Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2020

Siedem lat szczęścia.

Fot. Sylwia Łęcka


Tak kiedyś miał się nazywać ten blog. Siedem lat liczyłam wówczas od - dajmy na to - dnia, w którym zrozumiałam, że jeśli chcę być szczęśliwa, to muszę zacząć szukać tego szczęścia gdzie indziej niż szukałam do tej pory. I znalazłam je!:)

Dziś myślę jednak o innej rocznicy, która miała miejsce kilka dni temu. O siódmej rocznicy naszego ślubu kościelnego :)

Co zmienił ślub kościelny?

Pisałam kiedyś już o tym, co zmienił w moim życiu ślub cywilny, który odbył się rok wcześniej. Jeśli miałabym porównać, które z tych wydarzeń stanowiło większą zmianę w naszym życiu - przyznam, że nie do końca potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie. Oba śluby były ważne. Kiedy ktoś pyta nas, od jak dawna jesteśmy małżeństwem, przeważnie odpowiadamy, że od ośmiu lat. Jednak gdy wracamy myślami do dnia naszego ślubu, częściej wspominamy jednak ten kościelny.

Oboje jesteśmy wierzącymi osobami. Zawarcie małżeństwa jako sakramentu miało dla nas wielkie znaczenie i wbrew temu, co niektórzy sądzili, było naszym celem od samego początku, to znaczy od dnia zaręczyn.

Choć duchowy aspekt był dla nas najważniejszy, zależało nam również na ładnej oprawie, pięknej muzyce, strojach, kwiatach, weselu - trochę tradycyjnym, ale jednak w "naszych" klimatach, na dobrej zabawie w gronie bliskich nam osób... No i zależało nam też na pięknych strojach :)

Fot. Sylwia Łęcka

Nie jest to rzecz, z której byłabym wybitnie dumna, ale - jeszcze jako mała dziewczynka wymarzyłam sobie wygląd mojej sukni ślubnej. To znaczy, zmodyfikowałam trochę ten dziecięcy projekt w oparciu o sugestie mojego męża. Tak powstał projekt sukni idealnej :) 

Całości stroju dopełniły buty, których historię opowiadałam Wam już kiedyś. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jesteśmy typową parą młodą.

Zrobiliśmy wiele, żeby ten dzień miał nasz własny, indywidualny charakter. Zamiast typowej weselnej kapeli, grał nam zespół rockowy. Było też karaoke. Zatańczyliśmy do ulubionej romantycznej piosenki, ale wpletliśmy w nią również zaskakującą, szybką wstawkę. W podziękowaniach dla rodziców pomogły nam muppety :) 

Fot. Marcin Tytko

Nawet figurki na torcie weselnym były jedyne w swoim rodzaju!

Fot. Sylwia Łęcka


Siedem lat małżeństwa - siedem chudych lat?

Po szalonym, nietypowym, nieszablonowym weselu zaczęło się małżeńskie życie codzienne. W nowym domu, bo nasza przeprowadzka ostatecznie niemal zbiegła się w czasie ze ślubem. W tym samym tygodniu przewoziliśmy meble i szliśmy do ołtarza :D

Jesteśmy dobrym, szczęśliwym małżeństwem. Nieraz jednak myślę o tych pierwszych siedmiu latach jako tych najtrudniejszych, "chudych", po których nadejdą następne, lepsze, spokojniejsze. Można to ująć tak, że patrzę z nadzieją w przyszłość :)

Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam tuż po ślubie, było podpisanie dużej, znaczącej umowy z ważnym klientem. Za to następną rzeczą było potknięcie się na dziurze w asfalcie – nie, to nie jest przenośnia :) Nie chodziłam i nie pracowałam przez następne dwa miesiące. Strach pomyśleć, jak wpłynąłby na moje życie jakiś poważniejszy wypadek, skoro skutki drobnego, niegroźnego złamania odczuwałam jeszcze przez lata, a właściwie gdzieś tam pośrednio nadal je odczuwam.

W ciągu pierwszych dwóch lat naszego małżeństwa odebraliśmy dwie bardzo gorzkie lekcje od losu. Pierwsza brzmiała tak: to, że chcecie mieć dziecko, wcale jeszcze nie znaczy, że będziecie mieć dziecko. Druga: szybki i niespodziewany sukces zawodowy może skutkować bolesnym, bolesnym upadkiem. Gorszym niż potknięcie na asfalcie, choć fizycznie bezbolesnym.

Rok 2014 był katastrofą. Rok 2015 był rokiem lizania ran, składania siebie na nowo do, pardon my French, kupy, i przede wszystkim rokiem próbowania, próbowania, próbowania. Jedyne, co było w tym piękne to, że byliśmy w tym razem. 

Kolejny rok przyniósł cud - Roberta :) Na pewno pisałam Wam już, że pierwsza ciąża była dla mnie cudownym doświadczeniem, był to jednak również trudny, stresujący czas. Miałam w pamięci to, co zawsze słyszałam o kobietach w ciąży, że nie wolno im się denerwować... I drżałam o nasze dziecko.

Rodzicielstwo wynagrodziło nam te trudne początki, a druga ciąża pokazała mi, jak bardzo relaksujące, piękne i radosne może być oczekiwanie na dziecko. Przynajmniej do momentu, kiedy nie wysiadło mi zdrowie :D

Mam wrażenie, że minione siedem lat, choć cudowne i pełne miłości, przeciągnęło nas jednak przez spore koleiny. Z chęcią przyjmiemy teraz siedem tłustych lat! To znaczy, mam nadzieję, że ta tłustość nie będzie dotyczyła naszych gabarytów, a przynajmniej nie tylko ich!

Siedem lat szczęścia.

Bez względu na różne trudności, jakie napotkaliśmy – nie miejcie wątpliwości, że to był czas pełen pięknych chwil. Dobrych wspomnień jest o wiele więcej niż tych złych. To były lata pełne radości, śmiechu, wspaniałych imprez, śpiewu, spotkań z przyjaciółmi, wycieczek w piękne miejsca… Nawet z trudniejszych dni staraliśmy się zawsze wyłuskać to, co było w nich najlepsze. Każde wyzwanie traktowaliśmy jak ciekawą przygodę, urozmaicenie, szansę na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wracamy do tych wspomnień z przyjemnością.

Fot. Janusz Bilski

Fot. Agata Łudzik

 
Fot. Andrzej Dymek


Szanowne życie, losie, przeznaczenie, szczęśliwa gwiazdo – dziękujemy za te siedem lat :) i prosimy o więcej!



czwartek, 4 czerwca 2020

Pamiętam



Pamiętam nasz taniec.

Królowa parkietu była ze mnie wówczas żadna, jak i przez większość mojego życia, więc nic dziwnego, że zapamiętałam taniec z chłopakiem. To nie zdarzało się często. A Ty miałeś w sobie coś, co intrygowało mnie od samego początku naszej znajomości.

I odprowadziłeś mnie na autobus. Prawdopodobnie nie było to dla Ciebie nic szczególnego, po prostu zadbałeś o bezpieczeństwo szurniętej małolaty. Nie miałeś pojęcia, że dałeś mi w tamtej chwili prezent na całe życie. Dałeś mi wspomnienie. To był mój bal Kopciuszka, moja pierwsza wielka impreza, na której poczułam prawdziwy smak bycia nastolatką. Bez alkoholu, ale i tak zaszumiało mi w głowie.

Nie mogę powiedzieć, żeby połączyła nas wybitnie bliska relacja, niemniej szczerze Cię lubiłam, o czym raczej wiedziałeś. Miałam też wrażenie, że widzisz mnie nieco inaczej niż wszyscy, widziałeś prawdziwą osobę pod nastolatką, która miotała się i gubiła w tym, kim jest i kim chciałaby być. W każdym razie zawsze byłeś dla mnie miły.

Potem nie widziałam Cię przez lata. Nie mam pojęcia, co się stało. Jedyna osoba, która próbowała porozmawiać ze mną o Tobie, przedstawiła sprawę w taki sposób, że właściwie to nie ma czego żałować, i tak nie byłoby z Ciebie nic dobrego. W sumie mam do niej o to żal.

***

Pamiętam Twój śmiech.

Często się razem śmiałyśmy, choć zdarzały się nam również poważne rozmowy. Chyba nie pamiętam Ciebie smutnej.

Byłaś genialna, i szokująco przy tym skromna. Gigantyczny mózg w delikatnej, dziewczęcej głowie. I kompletnie nie umiałaś śpiewać. Daruj, że pamiętam taką rzecz, ale byłaś jedną z zaledwie trzech znanych mi osób, które nie potrafiły powtórzyć najprostszej melodii. To też swego rodzaju wyjątkowość i tylko w ten sposób na to patrzyłam.

Pamiętam, jak mocno się zaangażowałaś, by pogodzić mnie z jednym naszym wspólnym znajomym. 

Kazanie na temat niejedzenia obiadów, które od Ciebie usłyszałam, też oczywiście pamiętam. Bardzo chciałabym Ci powiedzieć, że już dotarło do mnie to, co chciałaś mi przekazać... Ale niektórym ludziom naprawdę ciężko przyznać się do błędu, nawet po latach. Przyjmij po prostu, że doceniam troskę.

Byłaś chyba najbardziej delikatną osobą, jaką znałam. Dziewczyną-dzieckiem. Jasne, że wszyscy byliśmy wtedy bardzo młodzi, ale Twoja dziecięcość szczególnie rzucała się w oczy. Przypuszczam, że zachowałaś ją do końca.

***

Pamiętam Twój entuzjazm.

Wszystko w Tobie krzyczało: kocham to, co robię! Nic dziwnego, że mnie przekonałeś. Chciałam nauczyć się tego, co wychodziło Ci tak świetnie, chciałam iść po Twoich śladach.

Nadal czerpię z niektórych rzeczy, których mnie nauczyłeś. Gdy coś mi się nie udaje, pamiętam, jak patrzyłeś na mnie z podziwem i gratulowałeś mi, że się nie poddałam. Wytłumaczyłeś mi wtedy, że niepowodzenia często nie są naszą winą, że najlepsze, co można zrobić, to próbować dalej, do skutku.

Chciałabym Ci powiedzieć, że to właśnie robię: próbuję do skutku. Choć już w innych barwach, w sumie w moich własnych. Nie wyszło mi tam, gdzie się spotkaliśmy. Potwornie mi nie wyszło. Ale dalej tu jestem. Ty nie.

***

Nie myślę o Was często, darujcie, rzadko spoglądam tam, gdzie zostaliście. Życie zmusza do patrzenia przed siebie. Ale kiedy przypominacie mi się, tak jak dzisiaj, zawsze zadziwia mnie świadomość, że już Was nie ma. Jak to? Przecież byliście. 

Was nie ma, a ja nadal jestem. Niesamowite, nie? Słuchajcie, nadal tu jestem! Mam trzydzieści trzy lata, nieźle, co? Kiedyś nie spodziewałam się, że starczy mi paliwa na taką długą trasę. 

Wiem, że nie mogłam pomóc nikomu z Was. Nie było mnie w pobliżu. Nawet gdybym chciała ratować życia, nie da się bezustannie czuwać nad wszystkimi poznanymi przez siebie ludźmi. Skąd mogłabym wiedzieć, że to o Was trzeba się zatroszczyć bardziej niż o innych? Po czym miałam to poznać? Po łobuzerskim uśmiechu? Zaangażowaniu? Pasji w oczach?

Może ktoś mógł coś zrobić. A może nie, w końcu nikt nie pomógł.


Nigdy nie jest tak, że nie obchodzisz nikogo. Na zawsze zapamiętam tych ludzi, choć pojawili się w moim życiu na chwilę. I z całą pewnością nie tylko ja o nich pamiętam.

środa, 27 maja 2020

Kim jest ta cała Szczęśliwa Siódemka?


Fot. Andrzej Abaj

Obiecałam sobie, że napiszę taki tekst, jeśli uda mi się osiągnąć jakiś znaczący wynik w tegorocznej edycji #shareweek. Drugie miejsce, wraz z trójką innych blogerów ze srebrnej grupy, to naprawdę dużo jak na moje możliwości. Gdzieś tam brzęczy mi z tyłu głowy marudzący głos, który twierdzi, że udało mi się tylko dlatego, że wyjątkowo mało osób wzięło udział w tej edycji. Nie daję się i tłumaczę mu, że to jest właśnie sukces: wśród tej garstki znalazło się kilkoro chętnych, by zagłosować na mnie.

Właśnie, czyli na kogo? Kim jest ta cała Szczęśliwa Siódemka, jakim cudem te osoby trafiły na mój blog i co sprawiło, że uznały go za wartościowy?

Na imię mi Martyna, w tym roku osiągnęłam wiek chrystusowy, mentalnie nadal czuję się nastolatką. Choć czasem mam też wrażenie, że straszny dinozaur ze mnie :) Żyję sobie na podkrakowskiej wsi w domku z ogrodem, a razem ze mną mąż, dwóch małych synków, dwie kotki i pies. Nazwę Szczęśliwa Siódemka przyjęłam trochę bez przemyślenia i z dziwnych powodów, w ogóle nie wzięłam pod uwagę, jak wpłynie na moją rozpoznawalność w blogosferze. Ale przywiązałam się już do niej ;) Pasuje do mnie, bo jak dobrze policzycie, razem z mężem, dziećmi i zwierzakami jest nas w sumie siedmioro - i jesteśmy bardzo szczęśliwi :)

Bloguję od trzech lat, czyli odkąd zyskałam trochę czasu wolnego jako mama trzymiesięcznego wówczas Roberta. Zadebiutowałam w marcu 2017 tekstem O tym, kim nie jestem. Zdecydowałam się na tak przekorną formę autoprezentacji głównie dlatego, że wówczas ważniejsze wydawało mi się poinformowanie czytelników o tym, czego mają się po mnie nie spodziewać (np. porad eksperckich).

Po trzech latach przyszła pora na nową autoprezentację :)

Kim jestem?


Jestem dziewczyną od Festiwalu Kolorów. Należę do kolorowej ekipy również od roku 2017, mam nadzieję, że zostanę w niej już na zawsze :) Choć obecny rok okazał się dla nas trochę mało kolorowy, nie poddajemy się i patrzymy z nadzieją w przyszłość! Moja praca wiąże się między innymi z tym, że czasem mogę trochę poopowiadać o Festiwalu Kolorów, a czasem coś o nim napisać :)



Jestem autorką tekstu "Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?". Liczba jego wyświetleń świadczy o tym, że jest wysoce prawdopodobne, że trafiliście na mój blog dzięki niemu. To z pewnością najdłuższy tekst na tym blogu, jeden z najpoważniejszych, wywołał wspaniały, emocjonalny odzew. Nadal lubię wracać do komentarzy i wiadomości, które wówczas dostałam.



Jestem pomysłodawczynią i organizatorką akcji "Brzuszkowy Mikołaj". To taka moja prywatna walka z wiatrakami. Niewątpliwie chciałabym, żeby ta akcja zdobyła większą popularność i docierała do wielu potrzebujących mam. Ale nawet jeśli tak się nie stanie - nie przestanę wysyłać moich paczek co roku :)



Jestem pisarką, która aktywnie działa w grupach dla pisarzy. W roku 2019 stanęłam przed ważną decyzją: wpakować oszczędności życia w debiut literacki z pomocą wydawnictwa usługowego typu vanity, czy jednak poszukać innego rozwiązania? Postanowiłam rozejrzeć się trochę w Internecie i uzyskać odpowiedź od ludzi, którzy znają się na kwestii wydawania książek lepiej niż ja. Od tego momentu moje życie zmieniło się w niesamowitym stopniu, jest teraz o wiele bardziej skoncentrowane wokół pisania. Razem ze wspaniałą pisarką, Kasią Jankowską-Nelup prowadzę grupę "Od czeladnika do rzemieślnika", działam również aktywnie w ramach grupy "Pisarskie olśnienia", gdzie wraz z kilkoma innymi osobami prowadzę wydarzenie "Piszę codziennie w roku 2020!". Pojawiam się też w innych miejscach, wydaje mi się, że stałam się dość widoczna w środowisku pisarskim.



Jestem autorką bajki "O dobrej wróżce i o domku dla zwierząt". Można było jej posłuchać na stronie Olgi Kokot w cyklu #Bajkisłuchajki. To jedna z bajek, z których jestem najbardziej dumna. Okazała się znacznie bardziej uniwersalna i bogata w znaczenia, niż początkowo sądziłam. Jeśli jeszcze jej nie znacie - serdecznie zapraszam do posłuchania :)



Jestem uśmiechniętą mamą, która nie publikuje zdjęć buziek swoich dzieci. Całkiem niemałe grono odbiorców trafiło do mnie dzięki zdjęciom. Moi synkowie są na nich widoczni, ale przeważnie od tyłu. Gdy jeszcze byłam w pierwszej ciąży, podjęliśmy z mężem decyzję, że nie będziemy pokazywać ich buziek. Pewnego dnia sami zdecydują o tym, czy chcą być widoczni w sieci. Więcej o powodach takiej decyzji możecie przeczytać tutaj :)



Jestem blogerką, która chętnie angażuje się w różne akcje. Mogliście przeczytać moje teksty w ramach akcji #ADAtoWYPADA, Blogrudzień, #niepełnoSPRAWNI, Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa, Wyciśnij LATO jak cytrynkę, Wyzwanie międzykulturowe. Ostatnio wzięłam też udział w #blog16challenge!

Poza tym...



Czasami śpiewam :) Miałam w tym roku znaleźć się na scenie z mikrofonem, po raz pierwszy po chyba dwuletniej przerwie, ale przeszkodziła nam pandemia. 

Fot. Andrzej Abaj
Czasami pozuję do zdjęć :) Czy raczej: pozowałam. Choć w planach jeszcze co najmniej jedna sesja!


Powiem Wam, że naprawdę przyjemnie się pisze takie podsumowania. Czytam je po raz kolejny i widzę, jak dużo fajnych rzeczy wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech lat - czyli w czasie, kiedy tak naprawdę głównie siedziałam w domu i zajmowałam się maleństwami  :) A kto wie, co jeszcze się wydarzy! 

Zatem - oto ja, Szczęśliwa Siódemka, blogerka, którą niektórzy polecają :) Mam nadzieję, że spodobało Ci się tu u mnie i zostaniesz dłużej! Tymczasem życzę Ci miłego dnia :) 

piątek, 22 maja 2020

Okres




Dziś nie będzie o dzieciach, przynajmniej nie o małych. Będzie o dziewczynie, nastoletniej. A także o dorosłej kobiecie. I o wielu kobietach, które znacie. Możliwe, że nawet nie wiecie, że ten problem ich dotyczy.

Wyobraźcie sobie tę sytuację:
Środek dnia, może wczesne popołudnie. Zima, wszędzie dużo śniegu. Na cmentarzu na jednej z ławek leży dziewczyna, zupełnie sama. Trudno powiedzieć, jak długo tam leży, w końcu wstaje, zakłada plecak i idzie dalej. Nikt do niej nie podszedł, co w sumie do tej pory ciężko mi zrozumieć. Może nikt nie zauważył?

Inna sytuacja, dziewczyna nieco starsza, mniej więcej dwudziestoletnia, leży na przystanku tramwajowym niedaleko biblioteki uniwersyteckiej. Wczesna godzina, a od dziewczyny nie czuć alkoholu, ludzie wolą jednak nie ryzykować. Wsiadają, wysiadają, sprawdzają rozkład jazdy, udają, że jej nie widzą. Wreszcie jedna osoba decyduje się podejść i zapytać, co się dzieje. Jakiś czas później przyjeżdża karetka, zabiera dziewczynę na SOR.

Po latach prawie nie wierzę w opisane tu historie, byłabym skłonna przyjąć, że to mi się przyśniło. O młodzieży gimnazjalnej mówiło się w tym czasie różne rzeczy, mniej dziwi mnie zatem gimnazjalistka z plecakiem, której nikt nie pomógł, niż dwudziestolatka, którą bezrefleksyjnie minęło mnóstwo osób, zanim ktoś zdecydował się zareagować. Pamiętam chłopaka mniej więcej w tym samym wieku, co ja wówczas. Przez dobrych kilka minut siedział na tej samej ławce tuż obok mnie.
Moja własna bierność w tej sytuacji też mnie po latach trochę dziwi, ale myślę, że połączenie słabości, obezwładniającego bólu i zawstydzenia zrobiło swoje. Gdybym jeszcze miała jakąś ciężką chorobę, która wymagałaby poważnego traktowania, pewnie głośno domagałabym się uwagi. Ale wzywać pomocy dlatego, że mam okres?...

Okres.


U niektórych kobiet trwa nie dłużej niż trzy dni.
U innych nawet półtora tygodnia.
Czasem boli tylko przez jeden dzień.
Czasem początek okresu oznacza niemal tydzień bólu, który mogą ukoić tylko silne środki przeciwbólowe.
Krwawienie bywa nieduże, mało kłopotliwe, a bywa i tak, że żadna ilość superchłonnych podpasek nie uchroni cię przed plamą na pościeli.
Dla niektórych kobiet PMS jest gorszy niż sam okres.
Bywamy rozdrażnione, nerwowe, przygnębione, senne, zmienia nam się apetyt.
Czasem nie da się nic przełknąć, bo zbiera na wymioty.
Niektórym z nas bardziej dokucza ból głowy niż ból brzucha.
Jedna kobieta ma miesiączki regularne jak w zegarku, potrafi przewidzieć co do dnia, kiedy dostanie okres. Inna pomimo konsultacji z różnymi specjalistami nie jest w stanie uregulować swojego cyklu. 
Zdarza się, że dolegliwości związane z menstruacją mijają po urodzeniu pierwszego dziecka. Ale nie zawsze tak jest.

Każda z nas miesiączkuje inaczej. Mało tego, nawet ta sama kobieta w jednym miesiącu będzie przechodzić okres bezboleśnie, a w następnym nie da rady podnieść się z łóżka bez solidnej dawki leków przeciwbólowych. Kiedy jeszcze zmagałam się z bolesnymi miesiączkami, nigdy nie wiedziałam, czy w danym miesiącu przydarzy mi sytuacja podobna do tych, które opisałam na początku tekstu.

Pewien ginekolog doradził mi, żebym zaczęła zażywać nospę kilka dni przed spodziewanym okresem. Zrobiłam tak tylko raz. To, co nastąpiło później, wspominam jako najbardziej bolesną miesiączkę w życiu. Nospa nie działała w ogóle, miałam wrażenie, że się na nią uodporniłam.

Inny lekarz polecał mi, żebym w dniu spodziewanej miesiączki na wszelki wypadek nie wychodziła z domu. Nierealne! Uczyłam się, pracowałam, miałabym co miesiąc brać dzień wolnego? Zresztą, po około dwudziestu latach miesiączkowania (wcześnie zaczęłam) nadal nie umiem przewidzieć co do dnia, kiedy pojawi się okres. Mam regularny cykl, ale to zawsze jest plus-minus jeden dzień. Nie wiem, macie podobnie? Kilka osób zdziwiło się, kiedy im o tym powiedziałam, ktoś nawet straszył mnie okropnymi konsekwencjami takiego nieregularnego cyklu dla mojego zdrowia i płodności...

Obecnie nie mam problemu z bólem menstruacyjnym, należę do tych szczęśliwych kobiet, którym przeszło po urodzeniu dziecka. Wiem, że nie zawsze tak jest. Natomiast ciągle zdarzają mi się bardzo obfite krwawienia. Trzydzieści trzy lata, matka, żona i porządna obywatelka, i nadal czasem mam czerwone plamy na prześcieradle. Albo na ubraniu. Walczę z tym, ale nie zawsze mi się udaje.

Wstyd.


No właśnie, czy już Was oburzyłam? Piszę tak otwarcie o czymś, co przecież jest wielkim tabu. Odkąd pamiętam, o miesiączkach nie mówi się głośno ani wprost. Nawet w kobiecym gronie bywa to krępujące, a co dopiero, gdy w towarzystwie jest mężczyzna!

Nie jestem zwolenniczką happeningów z malowaniem obrazów krwią menstruacyjną, nie przeszkadza mi błękitna krew w reklamach podpasek (choć wiem, że niektórych bardzo to irytuje), jednak dziwi mnie, że w dwudziestym pierwszym wieku ten temat nie jest już trochę bardziej oswojony. Przecież dotyczy praktycznie każdej kobiety, każdej nastolatki. Pomyśl, spotykasz dowolną kobietę w wieku rozrodczym i wiesz, że na 90% ona miesiączkuje. Czemu o tym nie rozmawiamy?

Od zawsze byłam uczona, że miesiączka to wstydliwy temat. Używałyśmy z koleżankami setek eufemizmów, przyjeżdżała do nas ciocia czerwonym autobusem, bolał nas brzuch, nie żołądek!, wszystko po to, by nie powiedzieć wprost, że chodzi o okres. W związku z bolesnym miesiączkowaniem bardzo często musiałam się tłumaczyć - czemu nie było mnie w szkole, dlaczego odwołałam spotkanie, czemu przyjechałam później niż się umówiliśmy? Trochę trwało, zanim nauczyłam się mówić, że to przez okres. Przyznam, że w niektórych sytuacjach wolałam, gdy moi rozmówcy pomyśleli, że cierpiałam z powodu kaca, nie z powodu miesiączki!

Teraz nie wyobrażam sobie, żebym miała się tego wstydzić. Jestem kobietą, mam dwóch małych synków, nie jestem w kolejnej ciąży, zatem to dość logiczne, że miesiączkuję. Oczywiście, nie będę obnosić się z krwawymi plamami na odzieży, bo to zwyczajnie nieestetyczne. Ale jeśli otwieram torebkę i wystaje z niej paczka podpasek - to żaden powód do wstydu :)

Kiedyś moi synowie będą spotykać się z dziewczynami. Wierzę, że temat miesiączki nie będzie wprawiał ich w zażenowanie, będą z nim od dawna oswojeni. Już ja się o to postaram :)


Jestem ciekawa, jakie macie przemyślenia w tym temacie?

poniedziałek, 9 marca 2020

W życiu jak w filmie, czyli: moje lata przestępne


Nieco ponad tydzień temu świętowałam mój ulubiony dzień - 29 lutego. Dzień Żaby. Leap Day.

Mam słabość do tej daty, odkąd jako mała dziewczynka odkryłam, że występuje ona w kalendarzu tylko raz na cztery lata. Zaintrygowała mnie. Zastanawiałam się, czy osoba urodzona w tym dniu starzeje się cztery razy wolniej i kiedy jej rówieśnicy mają 32 lata, ona dalej pozostaje małą dziewczynką? (Zdaje się, że miałam wówczas osiem lat i właśnie uczyłam się tabliczki mnożenia) :)

Wyobrażałam sobie, że kiedy dorosnę, urodzę dziecko w tym dniu. Potem dorosłam i chciałam, żeby 29 lutego stał się dniem moich zaręczyn. Ale żaden z kandydatów nie był przekonany do tej daty :D

Lata przestępne mają jednak w sobie coś wyjątkowego. Przynajmniej dwukrotnie w okolicy 29 lutego przeżyłam sytuację, która równie dobrze mogła wydarzyć się w jakimś filmie lub książce.

Rok 2012




Pojechaliśmy nad morze :) Tak, w lutym. Do tej pory uważam, że morze zimą jest fascynujące - chłodne, surowe, bezludne, z potężnymi falami. Przeżyliśmy tam niezapomniane, romantyczne chwile. Wieczorne spacery po pustej plaży, zwiedzanie małego miasteczka, o tej porze roku praktycznie opuszczonego... Udało nam się zamoczyć nogi w chłodnych falach :)

Przyszedł jednak czas powrotu do domu. Mieliśmy od dawna sprawdzony dojazd - najpierw autobusem do Gdyni, stamtąd mieliśmy pociąg do Warszawy, gdzie zamierzaliśmy się przesiąść na "Jana Matejko", który jechał do Krakowa. To był dzień 3 marca.
(Jeśli coś pomyliłam w tym opisie, darujcie, minęło już parę lat, a pamięć jest ulotna).

Nie przewidzieliśmy jednego: cała Gdynia była strasznie rozkopana. Remont dróg. Mieliśmy zapas czasu, ale kurczę, nie aż taki. Nie zdążyliśmy na pociąg, spędziliśmy jakieś dwie lub trzy nadprogramowe godziny w Gdyni.



Spóźniliśmy się także, rzecz jasna, na "Jana Matejko". Który pod Szczekocinami zderzył się czołowo z innym pociągiem.

To pierwsza informacja, która dotarła do nas, gdy późnym wieczorem dotarliśmy bezpiecznie do domu, przemęczeni długą podróżą.


Jakie to uczucie? Jak gdyby darowano nam nowe życie.

Rok 2016


Zaczął się wyjątkowo źle. Pod koniec lutego musieliśmy jechać na pogrzeb na drugi koniec Polski, w drodze powrotnej zepsuło nam się auto. Nie mieliśmy urlopu, pieniędzy, sprawnego samochodu, ani nawet ładnej pogody. Dzień Żaby zasługiwał na swoją nazwę, bo prało żabami od rana do wieczora.

I to nawet nie były wszystkie powody naszego kiepskiego samopoczucia, szkoda jednak rozpamiętywać, co jeszcze się nie udało. W pewnym momencie usiedliśmy razem przy stole, oboje zmęczeni, zmoknięci i przygnębieni. Pamiętam, że powiedziałam: "Wiesz, co jest najgorsze? Gdyby to był jakikolwiek inny dzień, wiedziałabym, że prędzej czy później zapomnimy o tym, że był tak nieudany. Ale jak mam zapomnieć o tym, że akurat dzisiejszy dzień tak się nie udał?".

Wtedy zrobiliśmy najlepsze, co mogliśmy: postanowiliśmy uratować dzień. Urządziliśmy sobie romantyczną kolację. Świece, sukienka, nastrojowa muzyka i... puzzle. O ile dobrze pamiętam, były moim walentynkowym prezentem dla męża, a skończyliśmy je układać właśnie w ten romantyczny wieczór 29 lutego.



Ale to jeszcze nie koniec! Najlepsze przyszło dopiero z czasem. Podoba mi się, jak opisałam to kiedyś na FB, więc pozwólcie, że zacytuję samą siebie sprzed kilku lat:

"O tym, co najpiękniejsze, dowiedzieliśmy się dużo później – tak to w końcu działa w przyrodzie :) Nie mogliśmy wiedzieć, że właśnie tej nocy pojawił się najpiękniejszy prezent, jaki mogliśmy sobie dać. Choć wtedy był jeszcze zaledwie małym, maleńkim marzeniem czekającym na spełnienie, to jednak właśnie od tej nocy jest nas nie dwoje, a troje.

Dlatego ten dzień jest dla mnie ważniejszy niż cały rok, a przy okazji tak bardzo wyraźnie pokazał nam to, o czym starałam się pamiętać w tych gorszych chwilach minionego roku – to nic, że czasem coś się nie uda. To nic, że nasze plany może trafić szlag. Rzeczywistość może okazać się piękniejsza niż jakiekolwiek plany. I zawsze można zrobić coś, żeby choć troszeczkę, choć w nieznacznym stopniu uratować dzień".

Czy to nie jest niezwykłe? Jak wiecie, długo czekaliśmy na tę chwilę. I wreszcie nadeszła - właśnie wtedy! Wtedy zaczął się Robert :)

Rok 2020


Bez katastrof, których udało się uniknąć, bez spektakularnych zdarzeń i bez ciąż ;) Ale także wyjątkowy! Świętowaliśmy - z pewnym opóźnieniem - moje trzydzieste trzecie urodziny. Plus, oczywiście, Dzień Żaby :) Przygotowałam nawet specjalne żabie menu - zielone leczo, sałatkę "spora" z papryką i groszkiem oraz słodkie ciasto z cukinii.



Miało być kameralnie, skromnie, bez fajerwerków. Dosłownie dwa dni przed imprezą dowiedziałam się, że mamy możliwość zdobycia dowolnej ilości balonów, wystarczy po nie przyjechać :) Myślałam o kilku, może kilkunastu balonach, żeby dzieci miały radochę - a mąż zrobił mi niespodziankę i przywiózł ich kilkadziesiąt! Cały dom udekorowany balonami :) Istne szaleństwo!

Kolejną niespodzianką był przyjazd naszych kochanych przyjaciół spod Rzeszowa. Twierdzili niby, że nie pasuje im termin. Nic nie powiedzieli i przyjechali!

Bawiliśmy się fantastycznie. Jedliśmy pyszną pizzę upieczoną przez Wojtka, chrzestnego Michasia. Śpiewaliśmy, póki nam starczyło sił :) No i oczywiście, obrzucaliśmy się nawzajem balonami! Dzieci zachwycone, dorośli zresztą również ;)

Zagadka: kto się tam schował? :)

Zastanawiam się, czy to nie była najlepsza z naszych imprez. Co prawda, wcześniejsze też wspominamy z przyjemnością... :)


Aż jestem ciekawa, co przyniesie następny rok przestępny? Za cztery lata się dowiemy!


Gdybym miała nadać jeszcze jedną nazwę temu dniu, nazwałabym go Dniem Życia, albo Dniem Radości z Życia? Radości, że się przeżyło, bo cudem uniknęło się wypadku. Radości, bo pojawiło się upragnione, oczekiwane życie. Radości, bo są przyjaciele, jest rodzina, są kolorowe balony, pizza, muzyka i mnóstwo frajdy :) W każdym razie - za cztery lata również zamierzamy świętować!

środa, 26 lutego 2020

Siedem ważnych lekcji życiowych z okazji urodzin.




Niedawno miałam urodziny. Jeśli śledzicie fanpage Szczęśliwa Siódemka, to wiecie, kiedy to było :) (Zachęcam do śledzenia!) 

Urodziny to dobry czas na podsumowania, a ja je bardzo lubię. Ten rok przywitał mnie znaczącym niedoborem czasu na wszystko, a szczególnie na zajmowanie się blogiem, dlatego też większość planowanych przeze mnie tekstów pojawiła się z opóźnieniem albo w ogóle.

Jeszcze pod koniec minionego roku myślałam o tym, że dobrze byłoby spisać te najważniejsze, najbardziej pamiętne lekcje z ostatnich miesięcy. Będę do nich wracać, a może pomogą też komuś innemu?

Nie wszystkie są nowymi lekcjami. Niektóre traktuję jako przypomnienie :)

1. To moja sprawa, jak zareaguję na krytykę. Pozytywna reakcja jest przede wszystkim dobra dla mnie.


Po pierwsze, kwestia przyjmowania krytyki jest tak często wyolbrzymiana, że nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ba, sama robiłam ten błąd. Uważałam, że co by się nie działo, mam obowiązek zareagować ładnie, grzecznie, z dystansem. Że jeśli się przejmę, to znaczy, że jestem przewrażliwiona, dziecinna i w ogóle świadczy to o mnie jak najgorzej. Widzę to samo przekonanie u wielu osób z mojego otoczenia.

Słuchajcie mnie teraz. To normalna rzecz, pokazujecie światu jakąś cząstkę siebie czy swojej działalności - przecież nie po to, żeby powiedzieć "patrzcie, jak mi beznadziejnie wyszło". Pokazujecie, bo jesteście z czegoś zadowoleni, dumni, uważacie, że możecie się tym pochwalić. Jeśli ktoś zmiesza Was z błotem - nic dziwnego, że jest Wam przykro. Nie ma powodu, żebyście mieli się tego wstydzić. Szczególnie, gdy nie prosiliście tej osoby o wyrażenie zdania.

Natomiast spokojna, wyważona reakcja na negatywną opinię może sprawić, że po prostu poczujecie się dobrze. Jeśli przyjmiecie ją spokojnie i z podniesioną głową  zamiast pozwolić, by popsuła Wam nastrój - krytyka może Was wzmocnić, sprawić, że poczujecie się zadowoleni z siebie i być może wyciągniecie z niej konstruktywne wnioski.


2. Gdy dwie osoby wiecznie próbują ustępować sobie nawzajem, prędzej czy później doprowadzi to do frustracji.


Grzeczność ma swoje granice, i zdumiewająco łatwo może obrócić się przeciwko nam. Zaskakuje Was to? Mnie zaskoczyło. Myślałam, że tego właśnie oczekuje ode mnie świat: żebym ustąpiła, przedkładała cudze potrzeby nad własne, nie robiła problemów. W tym roku okoliczności sprawiły, że spędziłam dużo czasu z osobą, która uważała podobnie i dokładnie tak samo starała się postępować wobec mnie.

Efekt? Obie czułyśmy się niedocenione w naszych wysiłkach, sfrustrowane, pełne żalu. Każdy gest uprzejmości spotykał się z odmową, odrzuceniem, bo przecież to ta druga strona chciała być uprzejmą. "Nie trzeba, nie musisz" padało chyba w każdej naszej rozmowie. Każda z nas czuła, że robi dużo, a druga strona nie okazuje wystarczającej wdzięczności.

Stop. Kiedyś trzeba przerwać ten festiwal uprzejmości, podziękować i docenić czyjś gest. Jeśli tylko nie narusza on w żaden sposób Twoich granic, rzecz jasna.

Nawiasem mówiąc, pamiętacie może, jak wyginęli dżentelmeni? To jest bardziej życiowe, niż mogłoby się wydawać! ;)


3. Ta zła matka widziana przypadkowo na ulicy to ja, a jej dziecko to moje dziecko.


Ugryzłam się ostatnio w język, o jedną chwilę za późno. Zdążyłam wcześniej wyrazić opinię, że pewne określone złe zachowanie dziecka wynika z postawy matki. Po czym dotarło do mnie, że za parę lat ktoś tak powie o moim dziecku i o mnie. Może zresztą już ktoś tak mówi.

Zanim urodziłam dziecko, a właściwie, zanim to dziecko trochę podrosło i zaczęło pokazywać różki wystające spod jasnej czupryny aniołka... Widywałam na ulicy dużo złych matek. Teraz widzę same moje klony. Kobiety, które kochają swoje dzieci nad życie, ale bywają też zmęczone, miewają gorsze dni, brakuje im czasem cierpliwości. Oczywiście, nie mówię o zupełnie patologicznych zachowaniach. Ale kiedyś byłam o wiele mniej wyrozumiała.

Z perspektywy tamtej Martyny sprzed kilku lat - nie jestem pewna, czy uznałabym siebie za dobrą matkę. Na szczęście moja perspektywa zdążyła się zmienić.

4. Czasem musisz zacząć życie na nowo, bez czegoś, co uwielbiasz. Nawet jeśli sobie tego nie wyobrażasz.


Bez obaw, nic złego się u mnie nie stało :) Mam wrażliwe serce i przejmuję się problemami innych osób.

Już kiedyś musiałam się tego nauczyć. Parę lat temu mój maż, wówczas mój chłopak, miał poważne problemy zdrowotne pośrednio związane z piciem kawy. Z dnia na dzień oboje przestaliśmy ją pić, a w tamtym czasie trzy duże, mocne kawy dziennie stanowiło nasze minimum. Wytrzymałam bez kawy cztery lata, mąż jeszcze ze dwa lata dłużej. Obecnie wróciliśmy do niej, ale uważamy, by nie przesadzić z ilością.

Podziwiam ludzi, którzy zaczynają od nowa. Przyzwyczajenie jest potężną siłą, większą niż mogłoby się zdawać. Czasem trzeba stworzyć sobie nową codzienność i odnaleźć się w niej.

5, Młodsze dziecko ciągle wydaje się maleńkie, bez względu na to, jakie jest już duże.


Odkąd mam dwójkę dzieci, o wiele bardziej rozumiem ten mechanizm, który sprawia, że rodzice czasem traktują młodsze dziecko nieco inaczej, z większą troską, może też z pewnym ograniczonym zaufaniem i brakiem wiary w jego możliwości. Michał wydaje się przy Robercie taki malutki! Czasem muszę sobie przypominać, że on już przecież skończył rok jakiś czas temu. Mam skłonność do patrzenia na niego jak na niemowlę.


6. Nie porównuj doświadczeń innej osoby do własnych. Emocje nie podlegają porównaniom.


Jeśli śledzicie ten blog od jakiegoś czasu, wiecie dobrze, że Siódemka nie zawsze była Szczęśliwa. Lekcję na temat empatii przerobiłam już wielokrotnie, od różnych stron. Czasem wydaje mi się, że osobom doświadczonym najtrudniej zdobyć się na empatię. Łatwo wpędzić się w porównania. Albo zakładamy, że druga osoba nie ma pojęcia, co przeżyliśmy - albo wręcz przeciwnie, zakładamy, że jest taka sama jak my. Skoro więc ja poradziłam sobie z moim doświadczeniem, czemu ona/on nie może sobie poradzić?

Przeczytałam opis jednego porodu. Moją pierwszą reakcją było wzruszenie ramionami. I co? Mój poród był gorszy. Dużo gorszy.

Ale tamta kobieta nie przeżyła mojego porodu, nie ma o nim pojęcia. Przeżyła własny, i był dla niej trudnym doświadczeniem. Porównywanie nas nie ma sensu. 

7. Mogę zostać źle zrozumiana i uznana za nieuprzejmą nawet bez mojej winy.


Tak, to dla mnie nowa lekcja. W końcu zawsze byłam tą pyskatą smarkulą, która wiecznie mówiła nie to, co trzeba. Z czasem nauczyłam się uważać na moje słowa. Za to nieraz stwierdzam, że nie warto się ograniczać i po prostu mówię, co myślę :D Nie do wiary, ale istnieją takie osoby, które twierdzą, że nigdy (w ich obecności) nikogo nie uraziłam! Jest to jakieś zwycięstwo.

Przyzwyczaiłam się do myślenia, że jeśli kogoś uraziłam, to widocznie znowu palnęłam coś po swojemu. Bo przecież ja tak mam. Kilka sytuacji uświadomiło mi jednak, że nie zawsze jestem winna.

Mam nadzieję, że moi bliscy darują mi ten przykład, ale jest tak dobitny, że po prostu muszę się nim podzielić. Wyobraźcie sobie obiad rodzinny, specjalnie dla mnie zostały podane gołąbki z soczewicą (uwielbiam!). Wyraziłam radość, powiedziałam między innymi, że przy mnie żadna ilość soczewicy się nie zmarnuje. Padło pytanie, czy z soczewicy można zrobić ciasto. (Można? Próbował ktoś?) Nieco zaskoczona odpowiedziałam, że pewnie i można, ale dla mnie byłoby to marnowanie soczewicy.

Później tego samego dnia usłyszałam przez zupełny przypadek, jak jedna z osób obecnych przy tej rozmowie mówi, że Martyna powiedziała, że gołąbki to marnowanie soczewicy. Aaa! Gdybym tego nie usłyszała, gdybym natychmiast nie pobiegła sprostować, ta informacja dotarłaby do osoby, która tak bardzo postarała się, żebym miała pyszny obiad.

Nie powiedziałam nic złego. Ktoś nie dosłyszał, nie zrozumiał, coś umknęło, coś sobie dopowiedział - i nagle w czyjejś głowie powstała nowa wypowiedź, stawiająca mnie w bardzo niekorzystnym świetle.

I tak się dzieje pewnie po wielokroć, o większości podobnych sytuacji prawdopodobnie nawet się nie dowiadujemy.


Ha, nie planowałam, że tych punktów wyjdzie siedem, ale widocznie jestem już związana z tą liczbą na dobre! Ciekawa jestem, jakie są Wasze przemyślenia w związku z tym, co napisałam. Mam nadzieję, że zostawicie komentarz :)

piątek, 14 lutego 2020

W lutym zdobędę mężczyznę moich marzeń!


Już dawno chciałam się Wam do tego przyznać, ale jakoś tak ciągle brakowało mi - odwagi, okazji, albo po prostu czasu...

Jestem zakochana w pewnym mężczyźnie. Kiedyś myślałam, że to tylko przelotne zauroczenie i nie będzie miało większego wpływu na moje życie. Z czasem stało się jednak jeszcze silniejsze, aż zrozumiałam, że nie zdołam mu się oprzeć. Postanowiłam, że w tym roku go zdobędę. I co najlepsze, wiem, że nic mnie nie powstrzyma, pomimo tego, że...

On jest żonaty. Ma dwójkę wspaniałych dzieci! Jest wspaniałym, troskliwym i kochającym mężem i ojcem. Co więcej, znam i lubię jego żonę, choć moja relacja z nią bywa nieco skomplikowana. No dobra, zgrywam się, pewnie i tak już się domyśliliście, że to ja jestem jego żoną.

Skąd takie postanowienie?


Dawno, dawno temu...
... nie byłam jeszcze matką ani żoną. Nie byłam nawet narzeczoną. Byłam dziewczyną, jak to się dawniej mówiło, sympatią. Przyznam nieskromnie (skromność jest przereklamowana!), że mój chłopak miał ze mną bardzo dobrze. Uwielbiałam się o niego starać. Robiłam mu niespodzianki, na przykład zabrałam go raz na wycieczkę z okazji urodzin. Dowiedział się wieczorem, że ma spakować szczoteczkę do zębów i zapas ubrań, bo jedziemy z samego rana. Ta wycieczka to jedno z naszych ulubionych wspomnień :)

Stroiłam się dla niego, śpiewałam mu piosenki miłosne, pisałam mu wiersze. Nieraz gotowałam coś pysznego, choć wydaje mi się, że po ślubie znacznie bardziej rozwinęłam swoje umiejętności w tym zakresie. Robiłam dla niego piękne prezenty, np. albumy z naszymi zdjęciami. Nie no, naprawdę mu się trafiło.

A potem się ożenił :)

Słyszeliście kiedyś o tym? Kobieta wychodzi za mąż, bo liczy na to, że on się zmieni. Mężczyzna żeni się, bo liczy na to, że ona będzie taka jak przed ślubem.

Mój chłopak oświadczył się spontanicznej, zaangażowanej, oddanej dziewczynie, która trzy miesiące później została jego żoną. Wiele się wtedy zmieniło: moje nazwisko, adres zameldowania, zaczęłam nosić obrączkę... Pozostałam jednak tą samą osobą, która zdobyła jego serce. Jeśli te osiem lat temu miałam tyle wspaniałych pomysłów na wspólne spędzanie czasu i umilanie jego życia, dlaczego teraz miałoby to wyglądać inaczej?

Dziś.


"Boję się, że dopadnie nas rutyna", mówił mi kiedyś, zdaje się, że jeszcze przed oświadczynami. Już wtedy czułam, że z tą rutyną to jakoś więcej straszenia, niż to jest warte i tak naprawdę nie ma się czym przejmować. W zasadzie co może być złego w dzieleniu codzienności z kimś, kogo się kocha?

Po blisko ośmiu latach małżeństwa mogę powiedzieć, że owszem, rutyna nieraz nam towarzyszy. Nasze dni często wyglądają tak samo, i gdybym Wam je teraz opisała, pewnie nie uznalibyście tego opisu za szczególnie fascynujący. Wspólny obiad, kawa, zabawa z dziećmi, wieczorem jakiś film. Czasem gdzieś wychodzimy w czwórkę, ostatnio rzadko, bo dopadły nas przeziębienia.

Co mogę zrobić jako dzieciata, nieco zmęczona mężatka, która chce zdobyć serce swojego wybranka?

Mogę pójść z nim na randkę.

Randka z mężem ma w sobie o tyle więcej uroku niż zwykła randka, że tak naprawdę niewiele trzeba, by docenić jej urok. Wystarczy usiąść razem w kawiarni i tym razem zająć stolik dla dwojga, a nie ten przy kąciku dla dzieci :D Albo kupić sobie po bułce w ulubionej piekarni i iść na spacer do parku, usiąść razem na ławce, jak za dawnych lat. Nie musimy szukać wymyślnych atrakcji ani eleganckich restauracji, tak naprawdę liczy się to, że jesteśmy we dwoje.

Możemy spędzić wyjątkowy czas w naszym domu.

Tym razem niekoniecznie będzie to oglądanie filmu. Może pośpiewamy razem? (Oboje to uwielbiamy). Może zaprosimy znajomych? Przecież bycie we dwoje to także dzielenie czasu z ludźmi, którzy są nam bliscy. Oboje lubimy spędzać czas w gronie przyjaciół. Aż się cieszę na samą myśl o kolejnym takim spotkaniu!

Mogę ugotować lub upiec coś pysznego.

Jak już pisałam Wam niedawno, to jedna z moich ulubionych form spędzania czasu :) Przez żołądek do serca! Mam to szczęście, że mąż uwielbia moją kuchnię. Dzieci bywają w tej kwestii nieco bardziej wybredne ;) Na szczęście przeważnie wracają do domu już najedzone, więc tak naprawdę gotuję dla nas dwojga. Dziś w planach naleśniki :)

Możemy zaplanować wycieczkę.

Kiedy zastanawiałam się ostatnio, o czym marzę, co jeszcze chciałabym przeżyć wspólnie z tym wyjątkowym mężczyzną, dość szybko przyszło mi do głowy, że chciałabym zwiedzić z nim wiele miejsc, w których dotąd nie byliśmy. Ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele okazji, by podróżować, mam jednak nadzieję, że wkrótce uda nam się to zmienić. Jest jeszcze tyle świata do zobaczenia!


Mogłabym jeszcze długo wymieniać pomysły, ale darujcie, muszę zachować jeszcze w zanadrzu coś, co będzie dla niego niespodzianką :) Rozumiecie, zamierzam podejść poważnie do kwestii zdobycia mężczyzny moich marzeń, a to zakłada też działanie z zaskoczenia!

piątek, 13 grudnia 2019

Dzień, w którym skończył się bunt dwulatka.



Miałam nadzieję, że może uda mi się obudzić dzisiaj przed 5:05, czyli przed godziną, o której trzy lata temu Robert otworzył swoje piękne oczka i wydał z siebie pierwszy krzyk. Ale umówmy się, to strasznie wczesna pora ;) Na szczęście poranne okrzyki nie weszły mu w nawyk. Jeszcze godzinę później nasz Urodzinek spał smacznie z jasnymi włoskami rozsypanymi na poduszce.

Tak, zaprosiłam Was tu dzisiaj, żeby opowiedzieć Wam o moim trzyletnim już (a nie dwuletnim) chłopczyku. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko? ;) 

Dobrze pamiętam Roberta sprzed trzech lat. Był duży jak na noworodka, prawie całkiem łysy, z delikatnym jaśniutkim meszkiem na głowie, z gładką buźką, prześliczny. Starałam się zapamiętać każda chwilę, niczego nie stracić, bo wiedziałam, że te chwile, kiedy jest taki maleńki, miną bezpowrotnie znacznie szybciej niż można byłoby się spodziewać. I rzeczywiście, minęły! Ale uwierzcie mi, że teraz jest jeszcze cudowniej.

Co jest najpiękniejsze w byciu mamą trzylatka?


Mogę dowiadywać się od niego różnych rzeczy.

Na przykład, jak nazywają się jego koledzy i koleżanki. Nawet ta ulubiona koleżanka! Wiem, że uczyli się piosenki o Mikołaju, a wcześniej - bardzo ładnego wierszyka o przedszkolu. Wiem, że na wycieczce widział króliczki. Nie tylko ja pokazuję mu świat, ale on też zaprasza mnie do swojego świata i opowiada mi o przeżyciach z całego dnia. 

Mogę wdawać się z nim w dyskusje.

A powiem Wam, że potrafi dyskutować! Cieszy mnie, że gdy zadaję mu pytanie, mogę liczyć na odpowiedź. Kiedy coś mu nie odpowiada, potrafi mi powiedzieć, o co chodzi. Kiedy chce coś uzyskać i przekonać mnie do czegoś, potrafi wdzięczyć się i łasić jak kotek! Uwielbiam te zdania, które musiał usłyszeć najpierw z moich ust, wypowiadane jego słodkim głosikiem.

Mogę się z nim śmiać. 

Kiedy udaje małpkę, kiedy stwierdza, że dynia na surowo jest "bleee!", kiedy coś go mocno rozbawi, kiedy cieszy się z niespodzianki, kiedy bawi się z braciszkiem. Czasem śmiejemy się bez powodu, po prostu dlatego, że mamy świetny nastrój.

Mogę się z nim bawić.

Mam na myśli aktywną, angażującą zabawę, włącznie z odgrywaniem ról. Ostatnio ulubioną zabawą jest udawanie "pani doktor" i wypisywanie recept na bolące kolana lub stopy. Całusy też pomagają ;)

Mogę patrzeć na jego czułość i troskę.

Oczywiście, sama też doświadczam tych jego czułych gestów. Przytula mnie, głaszcze, bawi się moimi włosami. Daje mi buziaka, gdy jedzie do przedszkola. Martwi się, gdy coś mnie boli. Jest moim kochanym, troskliwym małym przyjacielem.

Mogę się wzruszać z jego powodu.

Jak choćby wtedy, gdy znalazł przypadkiem zdjęcie męża, które noszę w portfelu. Spojrzał, przytulił z czułością do serduszka i powiedział: "moje tatuś!" (tak, rodzajniki się czasami mylą) ;) 

Mogę być z niego prawdziwie dumna.

Och, dumna jestem zawsze, każdego dnia. Z maleńkiego Michasia oczywiście również. Ale są takie momenty, gdy Robert bardzo mocno zaskakuje mnie swoją dojrzałością. Na przykład w sklepie, gdy pomaga mi ułożyć zakupy na taśmie, a potem cierpliwie czeka, aż wszystko spakuję - choć dobrze wiem, jak wielką ma ochotę na smakołyk, który tam leży wśród tych zakupów. Albo kiedy daje większe, sprawniejsze autko swojemu braciszkowi, a sam bawi się mniejszym.  Albo kiedy stara się zapiąć kurtkę, choć wcale nie chce jej mieć na sobie - ale wie, że trzeba, bo na zewnątrz jest zimno. Takich sytuacji jest naprawdę dużo.


Bycie mamą dwulatka okazało się niezwykłą przygodą, która wiele mnie nauczyła, dostarczyła niezapomnianych wrażeń i wzruszeń, choć też nieraz przynosiła frustrację i bezradność, bo określenie bunt dwulatka nie wzięło się znikąd. Nawet jeśli wiem, że tak naprawdę to nie jest żaden bunt, tylko próba poradzenia sobie z całym ogromnym wachlarzem emocji, trudnych dla maleńkiego jeszcze, zagubionego, bardzo szybko rozwijającego się człowieczka. Teraz ta przygoda się skończyła, na szczęście będę mogła przeżyć ją jeszcze raz, z Michasiem. Tymczasem Robert ma dla mnie kolejną podróż w nieznane - bunt trzylatka? Ha, nic strasznego :) Damy radę!

czwartek, 28 listopada 2019

365 powodów do wdzięczności, czyli: pierwsze urodziny Michałka.



365 dni, a każdy wart tego, by za niego dziękować. Każdy wypełniony Twoją obecnością, malutkimi rączkami, oczkami, minkami. Dwanaście cudownych miesięcy!


Pierwszy miesiąc

Szybko pokazałeś nam, że wcale jeszcze nie wiemy wszystkiego o byciu rodzicami. Kilkutygodniowe dziecko z zapaleniem płuc? Nie wiedziałam, że takie rzeczy zdarzają się w troskliwych rodzinach. Teraz już wiem. Tydzień w szpitalu, wenflon w małej główce - nazywaliśmy Cię teletubisiem, a pielęgniarki dziwiły się nam, że nie jesteśmy przerażeni. Jedyna w swoim rodzaju Wigilia spędzona na oddziale.

Byłeś przez cały czas radosny, pogodny i szybko przybierałeś na wadze. Przez większość dni sprawiałeś wrażenie zupełnie zdrowego. Pozdrawiam w tym miejscu lekarza, który próbował mi wmówić, że kaszlesz dlatego, bo za często Cię karmię :) Oj, to był ciężki dzień.


Drugi miesiąc

Poznałeś dużo wspaniałych osób, w tym ciocię Gosię, która nieco później została Twoją chrzestną. Tym sposobem masz dwie, a nawet trzy ciocie o tym imieniu - co za zbieg okoliczności :)

Na szczęście nie chorowałeś już więcej. Codziennie obdarzałeś nas swoimi pięknymi uśmiechami. W kraju działy się wtedy smutne rzeczy, więc i nasze nastroje nie były najlepsze, ale Twoja wesoła bezzębna buźka zawsze potrafiła nas pocieszyć.

Trzeci miesiąc

Nie czułam się dobrze. To, co ominęło mnie dwa lata wcześniej, tym razem chyba faktycznie mnie dopadło. Może nie od razu odnalazłam się w roli mamy dwóch synów, może faktycznie proza życia była wówczas trochę mniej znośna. Ale Wy dwaj, Ty i Robert, każdego dnia dawaliście mi siłę. Twój brat już wtedy zachwycał nas swoją troskliwością i czułością wobec Ciebie. Ty - wiadomo - siedem kilo uśmiechu, radości, zadowolenia z życia.

Czwarty miesiąc

Po raz pierwszy zostałeś na jakieś dwie godzinki beze mnie z babcią, a my z Twoim tatą wyskoczyliśmy na randkę. Dobrze się bawiłeś, tylko ta butelka nie bardzo Cię przekonała, prawda? Okazałeś się konserwatywnym zwolennikiem karmienia piersią :) Dość długo nie akceptowałeś innej formy podawania pokarmu.

Kształtowała się Twoja relacja z bratem. Czasem bywał zazdrosny o to, że okazuję Ci tak dużo uwagi. Ale też tulił Cię, bawił się z Tobą, dzielił się swoimi zabawkami.


Piąty miesiąc

To była dopiero rewolucja, co? Pojechaliśmy do dziadków w odwiedziny, tylko jakoś tak wyszło, że nie wróciliśmy na noc do domu. Mało tego, mijały kolejne dni, a my nadal nie wracaliśmy. Ale kto by narzekał! Świetnie się bawiłeś u dziadków. Miałeś do dyspozycji mnóstwo zabawek i fantastyczne, szerokie łóżko, na którym nauczyłeś się turlać :)

Szósty miesiąc 

Nadal u dziadków! Co prawda, odwiedziliśmy kilkakrotnie ogród, który dobrze znasz, ale do domu nie wchodziliśmy. Coś się tam działo, kręciły się tam osoby, których chyba nie znałeś. Ale mama i tata nie martwili się, więc i Ty zachowywałeś pogodę ducha. Nawet pomimo tego, że zęby szły i bardzo Cię męczyły.

Co do pogody, to było gorąco, oj... Słońce nawet trochę parzyło. Co chwilę musiałam przenosić koc w cień. A i tak próbowałeś z niego zejść, aby skubać trawę jak mała kózka :)


W tym miesiącu odbył się Twój chrzest. Nie bez przygód - wracaliśmy z kościoła przy akompaniamencie grzmotów i grubych kropel deszczu bębniących o dach auta. Ale spędziłeś piękne chwile z rodziną, również z ciocią Gosią i wujkiem Wojtkiem, czyli z Twoimi wspaniałymi chrzestnymi :) 

Kiedy wróciliśmy do domu, okazało się, że nasza łazienka bardzo się zmieniła :) Teraz jest piękna, prawda?

Siódmy miesiąc

Przetrwaliśmy już zapalenie płuc, więc ospa to dla nas drobiazg, prawda? Strasznie biednie wyglądałeś z tą zsypaną krostami buzią! Na szczęście zniosłeś chorobę bardzo dobrze. Praktycznie nie gorączkowałeś, nie traciłeś też dobrego nastroju. Pewnie miał na to wpływ również fakt, że Twój starszy brat troskliwie się Tobą opiekował.

Ósmy miesiąc

Nauczyłeś się siadać i raczkować :) Kiedy zorientowałeś się, że wyżej jest ciekawiej, chciałeś koniecznie opanować jak najwięcej umiejętności.

Spacery stały się teraz o wiele ciekawsze. Choć czasem ciężko było wyjść z domu przez upały i komary! W domu też zresztą bawiłeś się świetnie, a do Twoich ulubionych zabawek należała butelka z wodą.

Dziewiąty miesiąc

Wstawałeś, tańczyłeś, chodziłeś, trzymając się mebli! Nauczyłeś się też schodzić z łóżka, choć trzeba przyznać, że do tej pory czasami Ci się myli i próbujesz skakać z niego na główkę...

Po raz pierwszy wybraliśmy się na plażę. Woda w jeziorze Cię nie zachwyciła, za to spacery były dla nas wszystkich bardzo przyjemne :)


W sierpniu pojechaliśmy też na pierwsze tak dalekie wakacje, do moich rodziców, a Twoich dziadków. To był cudowny czas! Tyle zabawy, miłości, radości, nowych ludzi, nowych miejsc... I piesek, z którym ścigałeś się na czworaka :)

Dziesiąty miesiąc

Kolejna wielka rewolucja w Twoim życiu - żłobek! Nie zapomnę pierwszego dnia, gdy przyjechałam po Ciebie po dwóch godzinach, a Ciocia mi mówi, że Michałek śpi! Twoja adaptacja w żłobku była chyba jeszcze łatwiejsza niż w przypadku Twojego brata, a wydawało mi się, że lepiej już się nie da :)

Pokochałeś żłobek, a żłobek pokochał Ciebie :) Martwiłam się, że teraz to dopiero zaczniesz chorować, ale trzymałeś się dzielnie. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale kiedy wracałeś do domu, widziałeś mnie o wiele bardziej wypoczętą i pełną energii niż do tej pory.

Jedenasty miesiąc


Październik - nie przepadam za tym miesiącem, ale w tym roku naprawdę się udał :) Było ciepło, złociście i ogniście. Zapamiętam go jako czas spacerów i spotkań z cudownymi ludźmi. Na szczęście zdrowie Was nie opuszczało, czego nie mogę powiedzieć o sobie - zupełnie niespodziewanie zachorowałam na anginę. Na szczęście Was nie zaraziłam :)

Dwunasty miesiąc

Chłodniejsze dni, choroby, upadek z łóżka... Trzymam się myśli, że trudniejsze dni też są potrzebne, żebyśmy bardziej docenili te dobre. Listopad nas wymęczył, cała nadzieja w grudniu, że da nam trochę odpoczynku.

Dziś.


Pobudka o czwartej rano? Radosny uśmiech, mnóstwo energii i chęć zabawy? Michałku, oj, będziesz spał w ciągu dnia...



Na szczęście jesteś już zdrowy. Co rano jeździsz do żłobka, tam spędzasz radośnie czas, tworzysz z pomocą Cioć piękne prace plastyczne. Jesz coraz więcej, coraz lepiej gryziesz tymi swoimi imponującymi ośmioma zębami :) Zauważyłam, że znowu swędzą Cię dziąsełka, chyba idą trójki!

Kiedy wspominam, jaki był Robert w Twoim wieku, wydajesz mi się trochę młodszy. Może mimo woli widzę w Tobie ciągle maluszka, to mniejsze i bardziej bezbronne z moich dzieci, podczas gdy z Ciebie już taki duży chłopak! Nie, nie porównuję Was. Obaj jesteście całym moim sercem.

Wszystkiego najlepszego, kochany Urodzinku. Obyś zawsze był tak pogodnym, uśmiechniętym chłopakiem, pełnym miłości i zaciekawienia.