Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmieszne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmieszne. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 czerwca 2021

Prezenty, zabawy i okazywanie miłości, czyli: moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło

Przyszedł czas na kolejne zestawienie anegdotek z życia moich synków! Tym razem związane tematycznie z Dniem Dziecka, ale nie tylko. Zapraszam - będzie zabawnie, będzie i wzruszająco! 

***

Z okazji Dnia Dziecka chłopcy dostali w prezencie pudełko, co już samo z siebie ucieszyło ich ogromnie. Nic dziwnego, znam ich nie od wczoraj. Do tej pory pamiętam szczęście Roberta, który pod choinką znalazł kilkanaście autek oraz garaż (czyli opakowanie). Pamiętam też, jak podekscytowany otwierał wielkanocne czekoladowe jajka w poszukiwaniu niespodzianki i cieszył się, że w środku jest czekolada! W takich chwilach modlę się tylko, żeby zachowali to ufne, pozytywne spojrzenie na świat jak najdłużej, zanim czyjeś drwiące pytania - i z czego się cieszysz? - każą im myśleć, że naiwnością jest oczekiwać tak niewiele.

Niemniej, pudełko otrzymane przez nich wczoraj miało zawartość, i to nie byle jaką. Znajdowała się w nim między innymi kosiarka, taczka, konewka i mnóstwo foremek do piasku. Zachwycony Robert dopytywał raz po raz, czy dzisiaj są urodziny jego i Michała? Wielką radość zmąciło jednak odkrycie, że obaj z braciszkiem chcą się bawić czerwoną kosiarką w tym samym czasie.

- Czemu ja myślałam, że jak dostaną pudło zabawek, to się nimi podzielą? - pytałam retorycznie, próbując jednocześnie doprowadzić do pokojowego rozstrzygnięcia Bitwy o Kosiarkę.

- Trzeba kupować dwa pudła - skwitował mąż.

Wkrótce jednak Robert odkrył, że pozostałe skarby znalezione w pudełku są równie atrakcyjne. Jego entuzjazm wzbudziła szczególnie konewka, bo mógł z jej pomocą podlewać kwiatki! Trochę się tylko rozczarował, gdy po podlaniu nie urosły.


Wbrew temu, co moglibyście wywnioskować z powyższego opisu, chłopcy potrafią się bawić ze sobą jedną zabawką. Tu możecie zobaczyć, jak wspaniale Michał woził Roberta na jeżdżącym lewku! Myślę, że mógł wtedy przez chwilę poczuć, jak to jest być tym większym bratem :)

Czasami chłopcy oglądają też razem śmieszne filmiki, jak ten z pieskami kręcącymi się wokół miski z jedzeniem :) Obaj reagowali na nagranie równie entuzjastycznie, przy czym Robert wyrażał tę radość, śpiewając głośno i wyraźnie: pieski kręcą się na kole, pieski kręcą się na kole, tymczasem Michał zawarł ten sam przekaz w znacznie krótszym komunikacie: hau hau hau!

Robert wyraził też w bardzo piękny sposób swoją miłość do braciszka, gdy po raz pierwszy napisał jego imię. Powiem Wam, że choć nadal uwielbiam imię Michał i cieszę się, że wybraliśmy je dla młodszego synka, muszę przyznać, że nie przemyślałam tego, jak ciężko będzie je zapisać kilkuletniemu dziecku. CH i Ł w jednym imieniu! Z literką Ł musiałam pomóc ;) Najbardziej wzruszyło mnie jednak, gdy po napisaniu ostatniej literki Robert z radością odczytał imię, po czym oświadczył poważnie:

- To jest nasz Michał. Wiesz, mama? To jest nasz Michał.

Na potwierdzenie swoich słów, napisał pod spodem nieczytelny gryzmoł, mający oznaczać, że Michał jest nasz. Cóż, nauka pisania słowa "nasz" jeszcze przed nami. Nauka, jak być kochającym starszym bratem, powiodła się bez wątpienia znakomicie.

***

Michał też znakomicie sobie radzi z okazywaniem miłości. Obsypuje nas całusami, przytula się, wita nas z czułością, biegnie do nas z wyciągniętymi rączkami. Pamiętam, jak niedawno oglądaliśmy scenę w serialu Glee (tak, nigdy nie jest za późno na nadrabianie seriali sprzed ponad dekady), gdy Idina Menzel śpiewa "I dreamed a dream" dla odnalezionej po latach córki, a Michaś przez całą piosenkę klaskał w moje dłonie i obdarzał mnie uroczymi uśmiechami. Pomyślałam sobie wtedy, że może Idiną nie jestem i nie zaśpiewam nigdy tak, jak ona, ale mam najcudowniejszy skarb, jaki tylko mogę sobie wyobrazić, a moje marzenie już zawsze będzie spełnione.

Michaś okazuje czułość nie tylko mamie, tacie i bratu, ale też kotom, babci i dziadkowi, sąsiadowi, a także pani agentce ubezpieczeniowej, którą widział po raz pierwszy w życiu. Na razie nie widzę powodów, by go przestrzegać czy zniechęcać do tego. Nie chodzi nigdzie sam, zawsze jest pod opieką osób godnych zaufania. A każdemu przyda się od czasu do czasu uścisk małych łapek, nieprawdaż?

Ostatnio obiektem czułości Michasia stał się również jego największy przyjaciel i pocieszyciel od najmłodszych lat, czyli chłopczyk w lustrze. Michaś postanowił sprawdzić, czy chłopczyk w lustrze ma łaskotki. Chyba miał, bo się śmiał :D Nie byłam zaskoczona, w końcu Michał jest dzieckiem, które próbowało kiedyś połaskotać lodówkę.

***

Robert, oprócz całusów, uścisków i często wyrażanej prośby "usiądź mi na kolankach" - co oznacza, wbrew pozorom, że to on chce usiąść na moich kolanach, zna jeszcze inne wyjątkowe sposoby okazywania miłości. Robert troszczy się o nas.

- Mama, ty kaszlesz, musisz sobie zrobić inhalację - słyszę na przykład ostatnio dość często, bo jestem przeziębiona. 

Albo, gdy mąż uderzył się w głowę:

- Co się stało tatusiowi? Ojej! Biedny tatuś!

Bywa i tak, że wzruszenie walczy z rozbawieniem, gdy kochany synek widzi, jak smaruję sobie twarz kremem, i przestrzega mnie poważnie:

- Dobrze, mama, tylko nie za dużo, bo będziesz cała biała!

Albo protestuje stanowczo, gdy zamierzam zjeść wafelek z czekoladą:

- Mama! Nie możesz! Bo będziesz miała czekoladową kupę!

Dostrzegam w tym echa różnych uwag, które Robert słyszy nieraz ode mnie i taty. I choć czasami naprawdę ciężko powstrzymać śmiech, to jednak wiem, że mówi to z miłości, i uwielbiam te jego mądre rady.

Na zakończenie dzisiejszego zestawienia chciałabym Wam opowiedzieć o grze w zagadki :) To jedna z ulubionych zabaw Roberta. Czasami pytamy o zwierzątka, innym razem o pojazdy, zdarza się, że o postacie z bajek. Robert przeważnie zgaduje bardzo ładnie, czasem jednak ma problem z odpowiedzią, ale i tak się nie poddaje i nadrabia sprytem:

- Co to jest? - pytam. - Małe, brązowe, ma długie zęby i gryzie drzewo?

Robert zastanawia się przez chwilę.

- Takie czerwone? 

- Nie, brązowe, z długimi zębami.

- Takie czerwono-czarne, i robi: ihaaa? To konik! Konik!

Cóż :) Z podobnym zgadywaniem spotkałam się wiele razy u dorosłych ludzi, nie dziwi mnie więc ono u czteroletniego Roberta :)

Poprzednie zestawienia znajdziecie tutajtutajtutaj tutaj.


środa, 26 maja 2021

Mama - oczami moich dzieci

Mama widziana oczami Michałka ma czarne włosy, choć przypuszczam, że młody portrecista użył czerni w ramach kompromisu, bo nie mógł znaleźć flamastra o kolorze ciemnoblond. Z kolei na jednym z niedawnych rysunków Roberta włosy mamy są różowe, ale to może wynikać z tego, że cały portret został narysowany różową kredką.

Niezależnie jednak od koloru, długie włosy mamy muszą być rozczesane, dlatego Michaś wziął dziś rano szczotkę i starannie mamę czesał, miał z tego dużo radości. A potem mama czesała jego jasne, jedwabiste włoski.

Mama to pierwsze słowo wypowiedziane przez każdego z nich, pierwsze słowo, które Robert nauczył się pisać i czytać, a nawet pierwsze na swój sposób "przeczytane" przez Michałka, choć więcej było w tym przypadku niż świadomego czytania.

Usłyszane po raz pierwszy, to słowo wywołało we mnie wielkie wzruszenie. Teraz, gdy słyszę je kilkadziesiąt razy w ciągu dnia, budzi we mnie czasem zniecierpliwienie. Wiem jednak, że to pokazuje, jak ważną osobą jest mama w życiu moich synków.

Mama

To trochę osoba, a trochę zjawisko. Rozpoznawana przez dzieci na każdym zdjęciu, nawet w peruce i charakteryzacji. A jednocześnie mylona czasami ze Stevie Nicks z Fleetwood Mac, z królową Lilian ze "Shreka" i z innymi blondynkami o długich, bujnych włosach, nieraz bardzo atrakcyjnymi. Pochlebiają mi te pomyłki :)

Ale mama to przede wszystkim osoba, która przytula dziecko, gdy obudzi się w nocy w ciemnym pokoju. To osoba, która karmi, nosi na rękach, rozśmiesza i ociera łzy, i daje całusa na pożegnanie, potrafi się bawić w policjanta i złodziejaszka, przybija piątkę, smaży pyszne naleśniki i śmieje się głośno ze wspólnych żartów, wygłupów i łaskotek.

Mama śpiewa piosenki, przeważnie wtedy, gdy tekst na ekranie podświetla się na różowo - tak jak tutaj. Mama czyta książki, najczęściej o Elfie, o strażaku albo o zwierzątkach. Mama często też pisze na komputerze, to jest jej praca. 

Ja jestem mamą, a ty Robertem

Ostatnio w naszych zabawach z Robertem pojawiają się tego typu akcenty - zamiana ról. Obserwuję jego pomysły z ciekawością, bo mam wrażenie, że mogę w ten sposób dowiedzieć się sporo na temat naszej relacji widzianej jego oczami.

Rzecz jasna, nie zawsze to działa :) Czasami Robert chce wcielić się w rolę mamy, bo liczy na to, że uda mu się wtedy wymigać od robienia czegoś, na co nie ma ochoty. Raz chciał na przykład, żebym była Robertem i umyła się za niego ;) Oczywiście się nie zgodziłam.

Innym razem prosiłam go, żeby posprzątał po sobie zabawki. Stwierdził: może ja będę mamą, a ty Robertem. Robert posprząta, a mama będzie oglądać bajkę. No co za spryciarz! Odpowiedziałam, że o nie, mama w tej sytuacji na pewno nie włączałaby bajki, tylko puściłaby sobie dobrą muzykę. Poszedł za moją sugestią, a że radzi sobie całkiem dobrze z obsługą komputera, niebawem słuchałam razem z nim świetnej muzyki wybranej specjalnie dla mamy. Trzeba przyznać, że mama ma dobry gust ;)

Jednak najmilej jest wtedy, gdy jestem Robertem i np. układam klocki, a malutka mama serdecznie mnie dopinguje: świetnie sobie radzisz, Robert. Bardzo ładnie, Robert. Dasz radę, Robert. Tak sobie myślę, że jeśli pierwszym skojarzeniem z rolą mamy, jakie pojawia się w główce mojego czteroletniego synka, są te wspierające i serdeczne słowa - to chyba coś mi jednak wyszło w tym macierzyństwie. 

Nigdy nie twierdziłam, że jestem idealną mamą. Ale podoba mi się bycie mamą widzianą ich oczami.

czwartek, 1 kwietnia 2021

"Hurra, jestem w ciąży!" - czyli: o nietrafionych żartach


Hurra, jestem w ciąży


Niektórzy czytają tylko nagłówki, prawda? Błagam, nie gratulujcie :) Nie jestem. Nie śmiałabym nabierać Was w ten sposób.

Tak się złożyło, że dwukrotnie właśnie pierwszego kwietnia - raz w 2016, drugi raz w 2018 roku - rzeczywiście dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Gdybym wówczas opublikowała taką informację - czy ktoś by uwierzył? ;) Niektórzy pewnie tak, zwłaszcza ci, którzy wiedzą, jak poważnie traktuję ten temat. 

Przyznam, że co roku mam problem z primaaprilisowymi żartami. Macie może podobnie? Kiedyś to było jakieś łatwiejsze. Patrzyło się z przerażeniem na czyjeś spodnie i wykrzykiwało się: "O nie, jaką masz wielką plamę!". Albo na buty: "Uważaj, sznurówka ci się rozwiązała!". A potem śmiały się obie osoby, ta żartująca i ta nabrana.

No właśnie, bo tak to chyba powinno wyglądać - nabierasz kogoś, by się pośmiał razem z tobą? To zdecydowanie najlepszy rodzaj primaaprilisowych żartów. Ostatnio mam wrażenie, że najtrudniejszy.

Chyba nieczęsto występuję tutaj w roli marudy (przynajmniej mam nadzieję, że nie odbieracie mnie w ten sposób!), ale dzisiaj będę marudzić - na żarty, które są moim zdaniem nietrafione.

Żarty, w które większość nie uwierzy, ale ktoś jednak uwierzy


Wspomniane: "Jestem w ciąży". Fałszywe ciąże to chyba najczęściej spotykany żart, jaki pojawia się na Prima Aprilis od początku istnienia Facebooka, przynajmniej takie mam wrażenie. Nadal jednak widzę pod takimi postami sporo szczerych komentarzy z gratulacjami. Nie wiem... Mnie by było zwyczajnie głupio :) Pamiętam, jak wiele bliskich mi osób czekało razem ze mną na moją pierwszą ciąże, wiem, ile radości i szczerych wzruszeń wywołała informacja, że w końcu się udało. Nie chciałabym wywoływać w ludziach takich uczuć dla żartu, na niby, po to, by się pośmiać z ich serdecznych reakcji.

To samo myślę o żartach na temat ślubu, zaręczyn, znaczących zmian w życiu, słowem: wszystkiego, co może wywołać u odbiorcy autentyczne emocje. Nie potrafiłabym z tego żartować. Za bardzo byłoby mi szkoda kogoś, kto by dał się nabrać. Czy na pewno jego śmiech byłby równie szczery jak wcześniejsza radość?

Żarty, które przerażają


Jasne, kiedy wołało się: "Masz plamę na bluzce!", obiekt żartu miał się na chwilę wystraszyć, a potem z ulgą zaśmiać. Czym innym są dowcipy, w których przedmiotem śmiechu jest czyjaś autentyczna panika. Wzbudzanie poczucia zagrożenia. Zamykanie w ciasnym pomieszczeniu, robienie głupich pranków telefonicznych, "napad" na niby... Albo udawanie, że to nam zdarzyło się coś strasznego... Co tu dużo mówić, takie żarty są po prostu idiotyczne i niebezpieczne.

Żarty, które ranią


Żarty z czyichś uczuć. Żarty, które kogoś wyśmiewają. Żaden Prima Aprilis nie powinien być przyczyną czyjegoś smutku lub bólu i żadna chęć zrobienia dowcipu nie usprawiedliwia tego, że się kogoś skrzywdziło. Zetknęłam się z tego typu żartami i do tej pory nie pojmuję, co kierowało osobą, która sądziła, że pierwszego kwietnia wszystko jej wolno.

Żarty, które nikogo nie obchodzą


OK, to może najlżejszy kaliber. Po prostu odczuwam czasami coś na kształt second hand embarrasment (w luźnym tłumaczeniu: współzażenowanie), gdy widzę, że ktoś naprawdę się napracował, starannie przygotował grafikę, sklecił porządny tekst, a dowcip okazał się... mało interesujący. Czyjś ulubiony autor wydał nową książkę? No dobrze... Pewnie i tak prędzej czy później jakąś wyda. Znany artysta przyjeżdża do Polski? No, jak nie w tym terminie, to kiedyś pewnie przyjedzie. Chyba że fake news mówi o tym, że artysta ma zagrać jutro darmowy koncert w sąsiedniej miejscowości - to już brzmi ciekawiej, choć zarazem mniej wiarygodnie :)

Rozumiecie, o co mi chodzi? Taki dowcip sprawi, że jedni uwierzą, inni nie, ale zdecydowanej większości odbiorców będzie po prosu wszystko jedno.

Żarty, które zabolą...  żartującego


Nieprawdopodobne? Może. Ale na wszelki wypadek odradzam żartowanie z własnych marzeń, pragnień, celów, udawanie, że się je osiągnęło. Kwitowanie gratulacji słowami "Prima Aprilis!" może smakować wyjątkowo gorzko. I z kogo wtedy tak naprawdę robimy kwietniowego głupka? Z siebie.

No dobra... To istnieją jakieś żarty, które mnie bawią?


Jasne, że tak! Osobiście mam słabość do reklamowych grafik prezentujących np. nowy, limitowany smak czekolady - cebulowy! Albo to, co widziałam dzisiaj - balsam do ciała o zapachu sałatki jarzynowej :) Coś, co na pierwszy rzut oka musi być żartem i nie wywołuje żadnych skomplikowanych uczuć poza rozbawieniem.


A jeśli chodzi o tegoroczny Prima Aprilis - żaden żart nie pobije tego, co wydarzyło się dzisiaj z systemem rejestracji na szczepienia. Zastanawiam się, do której kategorii mogłabym go wrzucić, ale on chyba nie mieści się w żadnej :) W każdym razie - nie róbcie tak! 



piątek, 26 lutego 2021

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło #4

Przyszedł czas na kolejną porcję anegdotek z życia naszych łobuziaków! Ponieważ chciałam podzielić tekst sprawiedliwie, by poświęcić mniej więcej tyle samo uwagi każdemu z synków - w pierwszej części przeczytacie o tym, czym ostatnio zaskoczył nas Robert, a w drugiej części, co nowego u Michałka :)

Co zrobił i powiedział Robert?


Robert potrafi nas zadziwić nawet wtedy, gdy po prostu bawi się autkami. Na zdjęciu widzimy korytarz życia. Z lewej strony nadjeżdża karetka, więc wszystkie auta zjeżdżają na bok, by zrobić jej miejsce. Ja w jego wieku... prawdopodobnie wiedziałam, czym jest karetka, ale o korytarzu życia z pewnością nie miałam pojęcia :)

***

Pisałam Wam niedawno, że Robert jakiś czas temu w sposób naturalny odstawił się od piersi. Sprawa okazała się mieć ciąg dalszy. Pewnego wieczoru, już dość długo po odstawieniu, tuliłam go jak zwykle do snu, a on w pewnym momencie dał mi całusa i odezwał się pogodnym, rozmarzonym tonem: 

- Cyc jest bardzo dobry. Ja bardzo lubię cyca.

Pomyślałam: no koniec, pośpieszyłam się z radością, po tygodniach przerwy znowu się zacznie karmienie czteroletniego oseska. Ale Robert po chwili kontynuował wypowiedź, nadal z tym samym słodkim uśmiechem:

- Ale to jest dla małych dzieci. Dla Michałka. Nie dla dużych dzieci.

Widocznie potrzebował to sobie podsumować, poukładać :) Temat wraca od czasu do czasu, ale właśnie w tej formie: Robert wspomina o cycu, po czym stwierdza, że to nie dla dużych dzieci. Podoba mi się, że to jego decyzja :)

***

Zatem tak, Robert jest już dużym dzieckiem. Niemniej, pod wieloma względami nadal jest małym chłopcem, kochanym czteroletnim niewiniątkiem, i trzeba o tym pamiętać. Również wtedy, kiedy wykrzykuje w samochodzie tonem nieznoszącym sprzeciwu:

- Ja też chcę kochać z ciocią!

Chodziło mu o to, że chciał odwiedzić ciocię Gosię, którą bardzo kocha. Kiedy usłyszał, że to niemożliwe, bo ciocia jest dzisiaj zajęta, odparował bez zastanowienia:

- Ja też chcę być zajęty z ciocią!

***

Mąż wynalazł nową zabawę, która bardzo angażuje dziecko, a niekoniecznie męczy rodzica :D Są to wyścigi, które dziecko oczywiście wygrywa. Rodzic zostaje daleko w tyle. Mam na myśli, DALEKO w tyle :D 

Co zrobił i powiedział Michał?


Ostatnio ulubioną zabawą Michałka jest układanie kolorowych magnesików na lodówce i nazywanie ich kolorów po angielsku. Próbowałam go przekonać, żeby mówił "czerwony" i "niebieski" zamiast "red" i "blue", ale był innego zdania ;)

***

Michaś bywa nazywany czołgiem (czasem pieszczotliwie: czołgusiem), bo ma w zwyczaju iść przed siebie szybkim, stanowczym krokiem i ciężko go zatrzymać. Potrafi też jednak iść spokojnie za rączkę, tak jak ostatnio, kiedy wybraliśmy się na spacer do Puszczy Niepołomickiej. Miał nawet sporo cierpliwości, kiedy z powodu zabawy w policjanta i złodziejaszka z Robertem musieliśmy się dość często zatrzymywać. W końcu jednak uznał, że dość tych wygłupów - i ruszył jak czołguś przed siebie w las!

***

Gdybym miała opisać Michała w zaledwie dwóch słowach, być może użyłabym słów pogodny i czuły. Oczywiście, zdarzają mu się chwile gorszego nastroju, głównie wtedy, gdy jest zmęczony albo coś mu dolega. Najczęściej jednak obdarza wszystkich domowników promiennymi uśmiechami, całuskami i uściskami. A domownicy chętnie odpowiadają czułościami, Robert również. Często obserwujemy sceny takie jak wczoraj: Michał śpi, Robert leży obok i przytula jego rączkę do swojego policzka.

Michał ma też ugodowy charakter, zwłaszcza w porównaniu z Robertem. Nie jest nastawiony na rywalizację, tylko na dobrą zabawę, co widać, gdy obaj ścigają się autkami. Michał przez chwilę wysuwa się na prowadzenie, po czym przepuszcza Roberta, żeby ten bez przeszkód dotarł do mety pierwszy :) Andrzej śmieje się, że to bardzo rozsądne zachowanie kierowcy - puszcza przodem auto, któremu śpieszy się bardziej :)

***

Poprzednie anegdotki z naszego życia codziennego znajdziecie tutajtutaj tutaj. Kiedy wracam do nich, ogarnia mnie wzruszenie: jak wiele się zmieniło! Dwa wpisy pochodzą jeszcze z czasów, kiedy Michał był niemowlakiem i nie umiał chodzić, a teraz stał się czołgusiem i coraz więcej mówi! Ale jedno się nie zmienia: codzienność z tymi dwoma łobuziakami bez przerwy dostarcza kolejnych cudownych wrażeń, radości oraz wzruszeń. 

piątek, 16 października 2020

Porady kiepskiej matki


Te wszystkie blogerki parentingowe są takie idealne i niezawodne, prawda? Zawsze wiedzą, co zrobić! Ja też myślałam, że taka będę, dlatego zaczęłam blogować. A potem rzeczywistość kopnęła mnie w cztery litery ;)

Żarty żartami, ale poważnie, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czym zaskoczy nas rodzicielstwo. Wcześniejsze doświadczenie z młodszym rodzeństwem czy opiekowanie się dziećmi znajomych może dać Ci jakiś pogląd - zobaczysz, jak czujesz się w towarzystwie małego człowieczka. Ale to i tak nie to samo, co bycie rodzicem. 

Dobra wiadomość jest taka, że wcale nie musisz być idealną matką. Powiem więcej, Twoja nieidealność może Ci się przydać bardziej niż myślisz. Jako matka, której bardzo daleko ideału, opowiem Ci teraz, jak to działa u mnie.

1. A niech je, kiedy chce!


Oszalałabym chyba, gdybym miała karmić noworodka co trzy godziny, jak zalecali w szpitalu. Moje dzieci czasami potrzebowały jeść częściej, czasem rzadziej. Teraz, gdy obaj są starsi, mają stały rytm posiłków. Ale nie trzymamy się go obsesyjnie. Obiad mu nie smakuje? Przecież na siłę do buzi nie wcisnę. Mówi, że chce płatki? Niech je płatki! Może niekoniecznie codziennie :)
Trzeci dzień z rzędu chce jeść naleśniki i nie przyjmie nic innego? No i bosko, nie muszę się zastanawiać, co zrobić na obiad.

Nie wezmę odpowiedzialności za stwierdzenie, że żadne dziecko się nie zagłodzi, bo wiem, że istnieją przypadki drastycznych zaburzeń apetytu. Jednak zdecydowana większość zdrowych dzieci naprawdę zje, kiedy zgłodnieje. Szkoda czasu i nerwów, by się tym przejmować!

2. Nie chce Ci się robić wszystkiego za niego? Niech uczy się samodzielności!


Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że dzieci chcą być samodzielne. To my często hamujemy ich samodzielność, bo przecież zrobimy szybciej, lepiej, dokładniej, bezpieczniej.

Nie chce być karmiony łyżeczką, niech zje sam. Owszem, wybrudzi się.
Chce się umyć sam, niech się myje sam. Ty bądź w pobliżu i patrz, czy się nie topi. Owszem, podłoga w łazience będzie mokra.
Nie chce Ci się sprzątać jego zabawek? Popatrz, jak pięknie sprząta sam :)

Moje dzieci nie traktują obowiązków domowych jak obowiązki. Dla nich to są te fajne rzeczy, które robią rodzice. Zmywanie naczyń jest atrakcją. Przygotowywanie obiadu jest atrakcją. Choć czasem mam poczucie, że sama zrobiłabym coś sto razy szybciej niż małe pomocne łapki, to jednak korzystam z ich pomocy. A oni się uczą :)

3. Nie masz pomysłu na zabawy? Poczekaj, może wymyśli coś sam!


Siądź obok i popatrz, jakie wspaniałe, kreatywne pomysły kryją się w tym małym umyśle. Reaguj, gdy próbuje skakać z łóżka, siedząc na koniku, ale póki nie dzieje się nic groźnego, po prostu pozwól mu szukać, odkrywać, doświadczać.

Opowiadałam Wam ostatnio o zabawie w "Co mama powiedziała?". To był pomysł Roberta. Podobnie jak zabawa w naśladowanie pojazdów czy w odgadywanie, jaka rzecz jest danego koloru.

4. Nie chce Ci się z nim bawić? A kto powiedział, że musi Ci się chcieć?


Jesteśmy dorosłymi ludźmi, mamy dorosłe rozrywki. A on chce układać klocki, przesuwać autka po torze, czytać w nieskończoność tę samą, słabo napisaną bajkę... Przez jakiś czas możesz to wytrzymać, ale do wieczora? Codziennie?

Czasem wystarczy, gdy po prostu będziesz w pobliżu. Możesz być pacjentem małego lekarza, to naprawdę wdzięczna rola: leżysz, a on Ci mierzy temperaturę klockiem, osłuchuje płuca słuchawkami (takimi do telefonu), przyklei plasterek, czasem jeszcze da całusa.
Stań w drzwiach w rozkroku i bądź tunelem, a on pociągiem. I tyle, stoisz sobie, a pociąg jeździ.
Zrób zjeżdżalnię z kołdry. Sprawdź, czy lądowanie jest bezpieczne, a potem tylko słuchaj radosnych śmiechów :)
Możecie też pobawić się w chowanego. Wiesz, dzieci potrafią się czasem schować tak skutecznie, że mama musi ich szukać, i szukać, i szukać... Rozumiemy się, prawda?

5. Nie masz siły, by rozstrzygać kolejny spór między rodzeństwem? Czekaj... Może się dogadają?


Jeden ma niespełna cztery lata, drugi niespełna dwa, obaj chcą się bawić tą samą zabawką. A Ty nie jesteś królem Salomonem, zresztą nawet gdybyś była, to nie będziesz przy dzieciach machać mieczem.

Łatwo zabrać zabawkę maluchowi i dać starszakowi. Albo, łagodniejsza wersja: spróbować zainteresować malucha inną zabawką. Ale czy ten maluch musi być wiecznie pokrzywdzony? A czy starszak musi wiecznie ustępować? Czy mamy prowadzić rejestr: ostatnio Robert ustąpił Michałowi, więc teraz czas, by Michał ustąpił, i tak na zmianę?
Ja najchętniej w takich sytuacjach czekam i obserwuję, jak poradzą sobie sami. I przeważnie kończy się tak, że jestem wzruszona - bo oni naprawdę potrafią rozstrzygnąć spór samodzielnie. Nieraz lepiej niż dorośli.

6. Jeszcze chwila i coś mu powiesz? A powiedz!


Nie, nie namawiam Cię do agresji słownej ani, broń Boże, żadnej innej. Ale powiedz, co czujesz. Nazwij emocje. Choć w trudnej chwili, gdy prawie puszczają Ci nerwy, zapewne o tym nie myślisz - on teraz też się uczy. Uczy się prawdy o ludziach, o sobie. Uczy się, że jego zachowanie może spowodować czyjś gniew lub smutek. Uczy się, że wyrazem trudnych emocji może być podniesiony głos i mina pełna frustracji. Nie trzeba go za wszelką cenę chronić przed tą wiedzą. 

7. Kochaj :)


No dobrze, to nie jest rada kiepskiej matki. Właściwie to w ogóle nie jest rada, bo jak można radzić komuś, żeby kochał? 
Chcę Ci tylko powiedzieć, że to wystarczy. Twoja miłość jest tym, czego dziecko potrzebuje od Ciebie najbardziej. Nie musisz gotować jak mistrzyni, tryskać pomysłami, być zawsze w świetnym humorze.
Kochaj, przytulaj, całuj, uśmiechaj się do niego, mów mu o tym, jak bardzo jesteś z niego dumna. To jest prezent, który dajesz mu na zawsze, cenniejszy niż wszystkie zabawki. 

Co myślisz o tej liście? Może chcesz dodać coś od siebie? :)




sobota, 20 czerwca 2020

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło #3



Jest pewna rzecz, którą musicie wiedzieć o życiu w siódemkę (przypominam: czworo ludzi, trzy zwierzaki). Nasza codzienność jest jedną wielką przygodą!

Rytuały.


Rytuały poranne to, jak wiadomo, rzecz święta. Nie śmiałabym z tym dyskutować. Wiecie, co Robert musi, ale to musi zrobić każdego ranka? Musi przytulić każdą część garderoby, którą ma założyć. Przytulić spodenki, przytulić bluzę… To nie są zdawkowe uściski, każde przytulenie trwa odpowiednio długo i nieraz kończy się zaśnięciem ze spodenkami w czułych objęciach.

Przez pewien czas nie było mowy o umyciu zębów, jeśli nie poprzedziliśmy tej czynności dopasowaną tematycznie piosenką śpiewaną z podziałem na role :D

Rytuały przed snem są różne, zmieniają się w zależności od potrzeb. Czasem śpiewamy kołysanki. Najbardziej jednak rozczula mnie, gdy Robert wylicza (z moją drobną pomocą) wszystkie znane mu zwierzątka, które razem z nim idą spać. Małpeczka idzie spać, lew idzie spać, misio idzie spać… Czasem oprócz zwierzątek w zestawieniu pojawia się np. samochodzik albo traktor.

Co jest najlepszą zabawą?


Ostatnio atrakcją dnia jest rzucanie i odbijanie piłki, przy czym w zależności od humoru piłkę można odbić rękami, głową albo pupą. Michałek też z radością bierze udział w zabawie :) Robert pięknie dziękuje mu za każdym razem, gdy dostanie od niego piłkę.

Ale tego typu standardowe zabawy to, oczywiście, jeszcze nie wszystko! Co jeszcze lubią robić dzieci w wolnym czasie?

  • Kręcić kluczem. Robert nie umie jeszcze otworzyć ani zamknąć drzwi, ale samo próbowanie sprawia mu ogromną frajdę.
  • Biegać po ogrodzie w tę i z powrotem z okrzykiem: Rakieta Robert! Doszłam już do takiej wprawy, że po ułożeniu rąk rozpoznaję, czy po ogrodzie biega właśnie Rakieta Robert, czy Samolot Robert, czy też może Helikopter Robert (wtedy rączki robią śmigło nad głową).
  • A czasem po łóżku skacze mi Super Szczur. Bywa, że w moim staniku na głowie – wygląda jak wielkie uszy.
  • Czasem bawimy się w spanie. Ho-pśśś, ho-pśśś,,, To jedna z moich ulubionych zabaw.
  • A czasem bawimy się w groźne lwy. Żebyście tylko słyszeli lwi ryk Michałka!
  • Skoro o nim mowa – Michał jest jedyną znaną mi osobą na świecie, która potrafi się sama połaskotać i mieć z tego radochę. Leży na plecach, przebiera paluszkami po brzuszku, powtarza gili-gili i śmieje się serdecznie. Robert próbuje tego samego, ale z użyciem mojej miękkiej szczotki do włosów. Po czym zaraz okazuje się, że większą frajdę stanowi jednak łaskotanie brata.

Mowa jest złotem.


Michał, wbrew przewidywaniom, nie zaczął wcześnie chodzić. Mniej więcej przez pół roku dreptał przy meblach, zanim odważył się na samodzielne kroki. Natomiast rozwój mowy to już inna sprawa :) Jeszcze przed wspomnianymi pierwszymi krokami, z jego ust wydobywały się prawdziwe zdania, między innymi: „Ja chcę to”, „Nie chcę mleko”, „Nie ma halo” (to o sąsiedzie, który miał usta zasłonięte maską), czy też „Ty siku”.
Hm, pozostawię Waszym domysłom, w jakich wielce komfortowych okolicznościach usłyszałam to ostatnie zdanie…

Robert rozkręcił się z mówieniem do tego stopnia, że teraz opowiada bajki. Najczęściej zaczynają się one od słów „Przez cały dzień…”, przeważnie wybuchają w nich pożary i sytuację ratuje Strażak Sam. We wczorajszej bajce pojawił się też konik, który stał się smokiem i był niegrzeczny, a na koniec (już po interwencji Sama) były kwiatki i wszyscy powiedzieli „papa!”. Mówię Wam, dawno żadna bajka mnie tak nie wzruszyła do łez.



Przyznam, że lubię czasem posprzeczać się z Robertem. Podoba mi się, jak stara się postawić na swoim, nawet gdy nie ma w tym zbyt wiele sensu. Tak jak wtedy, gdy umówiłam męża na wizytę u lekarza. Kiedy mówiłam przez telefon, że przyjmie go pani doktor Baranowska, mój starszy synek, który był wtedy ewidentnie w nastroju Doktora No, zaprotestował głośno: „NIE BARANOWSKA, TYLKO OWIECZKA!”. Podobno pani doktor bardzo się ucieszyła z nowego nazwiska :)

Dola małżeńska.


Wiecie, co mówią a propos pandemii? Że u bezdzietnych małżeństw będziemy teraz obserwować falę ciąż, a u małżeństw z dziećmi – falę rozwodów… My, co prawda, nie mamy najmniejszego zamiaru się rozwodzić, rozumiemy jednak bardzo dobrze, dlaczego nikt nie spodziewa się fali ciąż u małżeństw, które już mają dzieci. 

Oczywiście, moje stanowisko jest niezmienne, żadnych kolejnych ciąż nie planujemy tak czy inaczej, niemniej pewne czynności, które niekoniecznie muszą prowadzić do ciąży, nadal są dla nas wielce atrakcyjną formą spędzania czasu. O ile nikt nam w nich nie przeszkodzi…

Sytuacja 1. Dzieci śpią, ja gaszę światło i dyskretnie czmycham po schodach piętro wyżej, gdzie już czeka mąż. Robi się coraz milej, aż w kluczowym momencie słyszę nagle „Mamo, gdzie jesteś?”, a potem dwa głosiki płaczą rozpaczliwie unisono.

Sytuacja 2. Mąż dość zamaszystym gestem chwyta mnie nieco poniżej pleców. Całkiem to przyjemne, jednak Robert ma inne zdanie. Stanowczo odsuwa rękę męża i mówi: „Tato! Jesteś niegrzeczny! Bijesz mamę? Idziesz na karę!”.

Sytuacja 3, moja ulubiona. Mąż tańczy, wdzięczy się w ruchach godnych egzotycznego tancerza. Po chwili za jego plecami pojawia się Robert, wymachuje rączkami i nóżkami na wszystkie strony i woła: „Mama! Ja też chcę ta-ta-ra-ta!”. Koniec, kurtyna, nastrój ulega zmianie, to znaczy nadal jest świetny, ale trochę w inny sposób. No i możecie sobie wyobrazić, jak często i w jakich sytuacjach przypomina mi się teraz to ta-ta-ra-ta… :D

Jedno jest pewne: nudno to z nimi nigdy nie będzie!
Poprzednie anegdotki z naszego życia codziennego znajdziecie tutaj i tutaj.

piątek, 31 stycznia 2020

Sposób na apetyczne blond ciacho.



Słyszałam niedawno, że jednym z najczęstszych grzechów blogerów, które sprawiają, że czytelnik porzuca ich tekst, jest pisanie wstępu nie na temat. Zatem, by tego grzechu uniknąć, podkreślę od razu, iż w niniejszym wpisie znajdziecie przepis na ciacho. I to nie byle jakie, bo duże, słodkie, apetyczne blond ciacho i do tego jeszcze marchewkowe. A nawet trochę imbirowe :)

Wiecie być może, na czym polega specyfika ciast typu brownies i podobnych do nich blondies? Cóż, one są takie trochę wilgotne. Bardzo lubię je piec, bo są łatwe do przygotowania i pyszne, ale zawsze po upieczeniu mam pewien dylemat: czy ono na pewno się udało? Blondyn, którego za chwilę Wam przedstawię, nie jest typowym przedstawicielem swojego gatunku, bo trochę zmieniłam mu proporcje. Konkursu na najlepszego cukiernika miesiąca pewnie bym z nim nie wygrała, niemniej jestem z niego całkiem zadowolona.

Ciasto:

1 szklanka mąki
1 szklanka cukru
1 szklanka drobno startej marchwi
4 jaja
kostka masła
łyżka miodu
łyżeczka sody oczyszczonej
łyżeczka proszku do pieczenia
cynamon, imbir

Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę. Stopniowo dodajemy po jednym jajku, potem mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą oczyszczoną, na końcu marchew i przyprawy. Pieczemy w temperaturze ok. 160 stopni, aż patyczek wbity w ciasto będzie suchy (u mnie to trwało ok. 50-55 minut).

Ciasto wyrosło całkiem ładnie, jak na blondie, niestety zrobiłam błąd przy krojeniu go na pół - a wydawało się, że idzie mi łatwiej niż zwykle! Trochę za bardzo go ścięłam. Zamiast postawnego blondyna wyszedł bałaganek ;) Ale wszystko da się uratować za pomocą kremu i polewy :)

Krem: 

1 (lub więcej) opakowanie naturalnego serka śmietankowego
1 łyżka miodu

To ostatnio mój ulubiony krem, bajecznie prosty, a spełnia zadanie. Z jednego opakowania serka powstaje nieduża ilość kremu, jeśli chcecie obficie posmarować nim ciasto, warto rozważyć zwiększenie ilości.
Tym razem do kremu dodałam również trochę cynamonu.

Polewa:

puszka masy kajmakowej,
odrobina mleka
szczypta soli
nieco startej marchwi

Podgrzewamy i łączymy wszystkie składniki poza marchwią, którą dodajemy na samym końcu. Muszę przyznać, że ten pomysł z surową marchwią to totalny eksperyment! Nie wiem, czy jeszcze go nie pożałuje, np. czy po kilku dniach polewa nie stanie się niejadalna. Ale jest na to prosty sposób - nie pozwolić blondynowi czekać aż tak długo na konsumpcję ;)

Polewamy ciasto obficie ciepłą masą i robimy esy floresy - loki - widelcem. Nasz blondyn ma bujną czuprynę!


Dodatkowo posypałam go wiórkami białej czekolady. Mam nadzieję, że nie będzie teraz za słodki! Ale prezentuje się jeszcze lepiej.
Wygląda tak czarująco, że aż szkoda go jeść :) Ale powiem Wam w sekrecie, że smakuje przepysznie!

czwartek, 26 września 2019

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło #2



Uwielbiam rozmawiać z Robertem. Zachwyca mnie to, jak łatwo już mogę się z nim dogadać, coś ustalić, a czasem też się pokłócić. Nieraz czuję też, co prawda, że jego niewyczerpalne pokłady energii lada chwila wyprowadzą mnie z równowagi. Z drugiej strony jednak świadomość, że kiedy zadam Robertowi pytanie, to on mi odpowie, w wielu sytuacjach niesamowicie ułatwia mi życie. O takiego syna walczyłam! Uwielbiam także wszystkie zabawne sytuacje, do których nieraz dochodzi, gdy Robert mówi.

Rozmowa przez telefon.


Robert bierze do ręki telefon-zabawkę. Zresztą, gdyby nie miał takiej zabawki, pewnie udawałby, że rozmawia za pomocą klocka albo autka. Jego fascynacja rozmowami telefonicznymi trochę mnie zadziwia, bo ja sama raczej rzadko do kogoś dzwonię, mąż też nieczęsto. Czasem myślę, że Robert zapamiętał rozmowy telefoniczne jako ważny element życia jeszcze... sprzed porodu, wówczas w ciąży pracowałam w firmie, w której często gdzieś dzwoniłam.

Nieważne, w każdym razie Robert bierze do ręki telefon-zabawkę i nagle słyszymy, jak się kłóci, naprawdę ostro kłóci z wyimaginowanym rozmówcą:

NIE RO-ZU-MIESZ? Czemu dzwonisz do mnie do pracy? Wychodzę O DWU-NA-STEJ! Czemu do mnie dzwonisz, kiedy jestem z dziećmi?

W jego ustach brzmi to naprawdę niesamowicie! W takich chwilach dociera do nas, jak bardzo uważnie dzieci obserwują dorosłych. Czasem trzeba się nieźle pilnować, żeby nie powiedzieć czegoś, co Robert może powtórzyć w najmniej oczekiwanym momencie.

Nie wiem, która z Cioć wychodziła o dwunastej, ale szanuję, że nie chciała rozmawiać przez telefon, gdy była zajęta pracą z dziećmi :)

Ja kochany!


Tak, dzieci nasiąkają jak gąbka tym, co do nich mówimy. Robert szybko nauczył się, że jest kochany. Wiem, wiem, że zgodnie z nowoczesnymi metodami wychowania powinnam raczej chwalić go za poszczególne dobre uczynki, np. :

Cieszę się, że tak ładnie posprzątałeś po sobie.

albo:

Dziękuję Ci, że mi pomogłeś.

Tak też mówię, oczywiście. Ale te słowa miłości po prostu same cisną mi się na usta. Robert nauczył się zatem, że kiedy mi pomaga, czy w sprzątaniu, czy poda mi coś, co leży daleko, czy zaopiekuje się braciszkiem - wtedy jest kochany. I sam tak o sobie mówi. Uroczo to brzmi, np. wtedy, gdy wieszamy razem pranie, a Robert przy każdej jednej skarpetce, którą mi podaje, komunikuje głośno: 

- Ja kochany! :)

Mama, idź!


Dwa lata i dziewięć miesięcy to już jest ten wiek, kiedy niestety trzeba czasem powiedzieć rodzicielce w delikatnych słowach, żeby się odpierwiastkowała. Robert stara się być przy tym bardzo konstruktywny i od razu znajduje mi zajęcie. Cóż, myślę, że tego też nauczył się od nas ;)

Idź spać! - usłyszałam raz. Melduję, że polecenie wykonałam z radością, choć nie do końca na serio :)

Idź sikać! - padło innym razem. Cóż, tego nie wykonałam, ale niezmiernie doceniam kreatywność. A dziś usłyszałam:

Idź na bajkę!

Och, synu, z przyjemnością obejrzę sobie jakąś bajkę, kiedy już odrobię się z pracą... 

Ktoś płacze!


Wydaje mi się, że mogę powiedzieć o Robercie, że jest troskliwy. Wnioskuję to po tym, jak odnosi się do brata, a często również do swoich zabawek. Nieraz bawi się w najlepsze, po czym niespodziewanie stwierdza, że jego ulubiony pluszowy miś płacze. Bierze go wtedy na ręce, przytula, głaszcze, całuje, czasem mówi coś w stylu "Jestem tu". Bardzo podobnie pociesza braciszka, gdy mu coś dolega.

Braciszek mnie bije!


Ale nie zawsze jest między nimi tak różowo! Wiecie, to są takie trudne dla rodzica sytuacje, gdy pasowałoby zareagować z pełną powagą, a dosłownie skręcasz się ze śmiechu.

Robert oburzony, w oskarżycielskiej pozie, wyprostowanym paluszkiem wskazuje na braciszka i informuje rodziców:

Braciszek mnie bije!

W tym samym momencie Michał - no, jak to niemowlak, przebiera łapkami, człapu, człapu, ciap, ciap, szeroki uśmiech na pyzatej buźce, zero agresywnych intencji w stosunku do brata, pewnie w ogóle zero intencji, po prostu brat stał w tym miejscu, w którym on akurat przebierał łapkami.

Próbujemy zachować powagę i przerywamy bójkę ;)

Masz pranie!


W relacjach między Robertem a Michałem bardzo często przewija się motyw dzielenia się zabawkami. Robert jest trochę takim typowym dwulatkiem, dla którego wszystko jest "moje", każdego dnia musi się jednak mierzyć z sytuacją, że w domu jest jeszcze jedno dziecko i ono też chce się czymś bawić. 

Autko jest moje, i Tomek (pociąg) jest mój, i buczak (niebieska ciężarówka) jest mój, i wóz strażacki też jest mój - oznajmia tonem nieznoszącym sprzeciwu.

No dobrze, to wszystko jest twoje, to co w takim razie jest braciszka? - pytam.

Lewek! - odpowiada Robert po chwili namysłu.

No, powiem Wam, że to jest coś. To jest gest. Lewek to ukochana zabawka Roberta, którą dostał od cioci na pierwsze urodziny, fantastyczna rzecz, która jeździ, gra i świeci. Podzielenie się lewkiem z braciszkiem naprawdę warto docenić, nawet jeśli autko, Tomek, buczak i wóz strażacki nadal należą do Roberta.

Czasem bywa trudniej. Kiedy mój kochany starszak bawił się konikiem, a mały bardzo się tym konikiem interesował, ciężko było znaleźć Robertowi zabawkę, którą mógłby się z nim bez żalu podzielić. Z braku lepszych pomysłów, wskazał na pracującą właśnie pralkę:

Nie dam ci konika! Masz pranie!

Kochamy się.


Ale nie ulega wątpliwości, że wszyscy się bardzo kochamy, te małe łobuzy też.

- Robert kocha! - zapewnia radośnie nasz starszy synek.
- My też bardzo kochamy Roberta - odpowiadam, wzruszona.
- I kochamy też Michała - dodaje mąż.
- Bo śpi! - uzupełnia Robert z całą swoją logiką dwulatka.

Cóż... Sama nieraz stwierdzałam, że kiedy moje dzieci śpią, kocham je odrobinę bardziej ;)

środa, 4 września 2019

Idziemy do przedszkola! - skoki na główkę, pole minowe i tajemnica czerwonej bluzy.



Całkiem zwyczajny poranek przed wyjściem do przedszkola.


- Nie chcę bluzy! - krzyczy zapłakany Robert.
- Synku, trzeba założyć bluzę, bo jest zimno - tłumaczę.
- Nie trzeba! 

Spokój, tylko spokój może nas uratować. Staram się dotrzeć do przyczyny problemu.

- Nie chcesz tej bluzy, wolisz inną? - próbuję.
- Nie chcę inną! - Robert tak rozpaczliwie ucieka przed zagrożeniem w postaci bluzy, że mało sobie karku nie skręci, skacząc na główkę.

Kiedy już myślę, że będę musiała złamać jego imponujący dwuletni upór z tak błahego powodu, jak troska o jego zdrowie, moje dziecko postanawia rzucić mi koło ratunkowe:

- Nie chcę niebieskiej bluzy!
- O! - chwytam się jak poręczy. - A jaką bluzę chcesz?

Kto nigdy niechcący nie wpakował się na minę, ten chyba nie miał w domu dwulatka...

- Czerwoną!

Czerwoną, czerwoną... Gdzie była czerwona bluza? Wolałabym nie przekopywać teraz wszystkich szaf, ale to może być mniej czasochłonne zajęcie niż przekonywanie Roberta do niebieskiej bluzy...

- Jeśli nie znajdę czerwonej, to pójdziesz w tej, którą masz na sobie - lojalnie uprzedzam.

"Na sobie" to określenie trochę na wyrost, bo tylko jedna rączka jest w rękawie, ale nie mam za bardzo czasu na precyzyjne budowanie zdań. Szukam nieszczęsnej czerwonej bluzy. 

No i nie znalazłam, schowała się gdzieś. Mam za to dwie inne niebieskie. Robert chyba docenił moje starania, bo nagle słyszę:

- Chcę inną niebieską!

Czuję się uratowana. Po kolei pokazuję Robertowi niebieskie bluzy. Żadna go nie przekonuje. Mały paluszek wskazuje na jakiś niebieski kształt w szafie, ale to nie bluza, tylko zimowa kurtka. Bez przesady, mamy wrzesień. Po chwili ustalamy, że nie chodzi o kurtkę, tylko o to, że mam odłożyć niebieską bluzę o tam, do szafy. Oboje mamy dziś drobny problem z precyzją wypowiedzi.

- Kochanie, więcej niebieskich bluz nie mam. Musisz wybrać jedną z tych trzech.

Wybiera. Zakładam mu ją w rytm melodii śpiewanej przez chór anielski w mojej głowie. 
Potem zakładamy buty. Przesuwam lekko stertę wyjętych z szafy ubrań, by móc wygodnie usiąść. Czerwona bluza leży dosłownie na wierzchu, pierwsza z brzegu.

Śmieję się cicho i chowam ją, by przypadkiem Robert jej nie zauważył.

piątek, 2 sierpnia 2019

Nasze wakacje na RODOS.



Jedni spędzają wakacje na Bali, inni na Krecie, a my na RODOS. Znacie ten skrót? Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką.

Nasze Rodos jest o tyle wyjątkowe, że mieszkamy na nim na co dzień. Spędzamy na Rodos wiosnę, lato, jesień i zimę. To trochę tak, jakbyśmy zawsze byli na wakacjach :) Czy jest przez to nudno? Nieee... Życie codzienne toczy się wszędzie, na Rodos także. Często jesteśmy zbyt zajęci, zbyt pochłonięci codziennością by w pełni nacieszyć się miejscem, w którym mieszkamy. Gdy przychodzi czas, by odpocząć i zrelaksować się w otoczeniu przyrody - wystarczy otworzyć drzwi.



Przeprowadzka na wieś.


Decyzja, że zamieszkamy poza miastem zapadła mniej więcej w tym samym czasie, co decyzja o naszym ślubie. Było oczywiste, że musimy znaleźć coś większego niż maleńka kawalerka, którą mieliśmy wówczas do dyspozycji. Nie planowaliśmy jeszcze powiększenia rodziny, ale nie wykluczaliśmy, że kiedyś dzieci się pojawią - a wtedy nie byłoby szans, żebyśmy się tam pomieścili. Jak nieraz żartowałam, nie byłoby gdzie tego dziecka postawić! Nasze możliwości finansowe pozwalały albo na zakup mieszkania w mieście, albo na zakup małego domu na wsi. Oboje marzyliśmy o domu.

Sprawdziliśmy wiele ofert. Każdy dom miał jednak jakiś feler... Aż trafiliśmy na to jedno, wyjątkowe ogłoszenie. Miejscowość już znaliśmy, oglądaliśmy tam wcześniej inny dom. 
Kiedy zobaczyłam ogród na zdjęciach dołączonych do ogłoszenia, od razu zapowiedziałam mężowi, że będzie łatwo przekonać mnie do kupienia tego domu. Tak też było w istocie. Oboje daliśmy mu się uwieść. Podjęliśmy decyzję o zakupie od razu, kiedy tylko zobaczyliśmy dom, nie potrzebowaliśmy czasu do namysłu.


My na RODOS.


Ogrodnicy z nas nieszczególni, zwłaszcza ze mnie. Właściwie moje prace związane z ogrodem polegają głównie na zbieraniu owoców. W tej chwili mamy mnóstwo przepysznych, słodziutkich borówek amerykańskich. Robert je uwielbia :) Ostatnio nazbierałam ich trochę, żeby dodać do ciasta, które właśnie piekłam - ale same w sobie okazały się taką atrakcją, że upiekłam ciasto bez borówek :)


Mamy też maliny, kolejny przysmak Roberta :) A także porzeczki, aronię, brzoskwinie, pigwę, jabłka... Przed pojawieniem się dzieci robiliśmy z nich nalewki, teraz celujemy raczej w konfitury, dżemy, ciasta owocowe. Albo po prostu zjadamy :) Ale nie jesteśmy w stanie przejeść takiej ilości.

Mamy dmuchany basen, właściwie nawet kilka basenów - trzy mniejsze, bardziej dziecięce i jeden duży, dla dorosłych. Nieraz towarzyszy naszym ogrodowym imprezom :)

Mamy urokliwą altankę, idealną na spotkania w nieco większym gronie. Kiedy organizujemy imprezy, to zawsze tam. W pewnej odległości od altanki stawiamy grilla :)


Na drzewie wisi huśtawka Roberta, prezent od znajomych, którzy odwiedzili nas niedawno. Stara huśtawka, widoczna na zdjęciu, jest raczej nieużywana, ale strasznie ciężko ją zdemontować.

Robert uwielbia biegać po ogrodzie, szukać owoców, bujać się na huśtawce. Michał dopiero odkrywa uroki tego miejsca. Nie umie jeszcze chodzić, za to bardzo chętnie raczkuje, co w ogrodzie jest jednak trochę kłopotliwe :) Gdy był mniejszy, często kładłam go na kocu, w tej chwili z pewnością w ciągu kilku sekund byłby już w trawie. Przy okazji ostatniej imprezy ogrodowej ustawiliśmy jego kojec obok altanki. Mógł być z nami, bawić się, nawet trochę tańczył na stojąco :) 

Czemu nie wyjazd?


Mam również plany wyjazdowe w tym roku - zamierzamy odwiedzić moich rodziców. Mieszkają daleko, więc to cała wyprawa. Ich okolice są, muszę to przyznać, jeszcze piękniejsze niż nasze RODOS. Wspaniałe lasy, pola, łąki, brzeg rzeki, dzika przyroda... Jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Najczęściej tam właśnie jeździmy na wakacje. W tym roku po raz pierwszy Michał odwiedzi dziadków :) 

Prawda jest taka, że im liczniejsza staje się nasza rodzina, tym trudniej gdzieś pojechać. Trzeba poprosić kogoś o opiekę nad zwierzętami, zwłaszcza nad naszym szalonym psem. Dzieci są jeszcze małe i potrzebują dużo uwagi. Nie mówię już o takich kwestiach, jak finanse i ograniczona liczba dni urlopu. Powiedzmy, że inne dalekie podróże planujemy dopiero na przyszły rok :)


Tu, gdzie mieszkamy, możemy robić dużo fantastycznych rzeczy. Mamy blisko do Puszczy Niepołomickiej, po której lubimy spacerować, chociaż komary czasem nas trochę zniechęcają ;) Często jeździmy do Krakowa, w którym zawsze się coś dzieje. Nie narzekamy na monotonię.

Czasem trochę tęskni się nam za żeglowaniem ;) Kiedy dzieci podrosną, na pewno weźmiemy je na łódkę!


Tekst powstał w ramach akcji Wyciśnij LATO jak cytrynkę! 




sobota, 13 lipca 2019

Ulubione zabawki moich dzieci!



Wiecie, gdyby ktoś zadał mi pytanie, dlaczego zdecydowałam się pisać blog o dzieciach, odpowiedź brzmiałaby: bo mam dzieci. To takie proste, prawda? Gdybym miała hodowlę szynszyli, pewnie pisałabym blog o szynszylach. Ale nie mam.

Tak naprawdę chciałam po prostu pisać, a temat pojawił się sam... No dobra, może niekoniecznie sam, ale to nie jest tekst o tym, skąd się dzieci biorą. W każdym razie, od przeciętnej blogerki parentingowej dzieli mnie z pewnością wiele. Przede wszystkim, nie wrzucam na bloga zdjęć moich dzieci. Nie wystawiam recenzji, nie piszę o kosmetykach (wręcz przyznaję się do tego, że moje dzieci używają tylko niezbędnego minimum), nie chwalę się ciuszkami ani mebelkami. 

Ale dzisiaj chciałabym zarekomendować Wam kilka świetnych zabawek, które moje dzieciaki: Robert (2,5 roku) i Michał (7 miesięcy) naprawdę uwielbiają!

Kiedy wejdziecie do przeciętnego sklepu z zabawkami, zostaniecie z miejsca zbombardowani: kolorami, przepychem, różnorodnością. Potem zobaczycie, że połowa tych dobrodziejstw świeci, a jedna trzecia gra albo gada. A większość tych, które grają i gadają, potrafi też świecić. I vice versa. A niektóre też potrafią się poruszać samodzielnie. Można im regulować głośność, zmieniać melodie, kolor światła i częstotliwość migania... Kiedy widzisz to wszystko i jesteś mało doświadczonym rodzicem, który nie wie jeszcze, że wkrótce będzie wyjmować baterie z grających zabawek - łatwo uwierzyć, że dziecko potrzebuje tych wszystkich bajerów. Przecież są dostępne, najwyraźniej są modne. 

Moje dzieci też oczywiście je mają, nie twierdzę, że nie. Mają też puzzle, książeczki, klocki, autka. Ale czy wiecie, jak świetne zabawki macie w domu już teraz, zanim w ogóle wybierzecie się do sklepu z tymi grającymi i świecącymi cudami?

Kuchenna miska.



To wielofunkcyjne cacko może służyć zarówno maluchowi, jak i starszemu dziecku. Można z niego w łatwy sposób zrobić instrument muzyczny perkusyjny lub finezyjne nakrycie głowy. Sprzyja integracji z bratem, bo można mu je założyć na łepek. Można też wrzucać do miski inne zabawki, a nawet napełnić ją wodą i zrobić zabawkom basen.

Wyjątkowo utkwiła mi w pamięci chwila, gdy Robert odłożył jedną ze swoich najfajniejszych grających, gadających, śpiewających, świecących i jeżdżących zabawek, bo zdążył się nią lekko znudzić, i zaczął się z zapałem bawić miską. Ten kontrast robił wrażenie!

Kolorowe nakrętki.



Zbieramy, jak pewnie wielu z Was. To jeden z prostszych sposobów, by komuś pomóc - niewielkim kosztem i nakładem sił. Zanim jednak nakrętki pojadą na zbiórkę, służą jako zabawka dla Roberta. Wyjmuje je z pojemnika, wkłada z powrotem, wkłada jedną do drugiej, a potem rozdziela (często z pomocą mamy). Czasem układa je według kolorów albo jedną na drugiej.

W ogóle wszystkie nieduże przedmioty, które można wkładać i wyjmować z pojemnika, rewelacyjnie sprawdzają się w roli zabawki. Oczywiście, nie mogą być to przedmioty zbyt małe - ale np. klamerki do prania są w sam raz :)

Kartka papieru i długopis.



Dzieci naśladują nas we wszystkim, nie dziwi mnie więc, że Robert zafascynował się pisaniem. Stopniowo uczy się liter i kształtów, ale najczęściej po prostu pokrywa całą kartkę tego typu rysunkami. 

Butelka wody mineralnej.



To zabawka malucha, starszak używa butelki zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem. Mały uwielbia ją turlać, bębnić w nią rączkami, zachwyca się efektami świetlnymi i dźwiękowymi, jakie wywołuje poruszanie butelką. To działa prawie jak kalejdoskop.

Gąbka.



Ulubiona zabawka do kąpieli. Choć w wannie lądują nieraz kaczuszki, rybka, a nawet autka, żadna z tych zabawek nie ma takich cudownych właściwości jak gąbka, która cała nasiąka wodą i można ją powoli wycisnąć do wanny. A potem jeszcze raz, i jeszcze raz... :)


Słuchajcie, polecam z całego serca wszystkie te zabawki! Sprawdziły się u nas, są trwałe, wielofunkcyjne, zapewniają mnóstwo atrakcji dla całej rodziny. Dałabym Wam jakieś kody rabatowe, ale pewnie i tak macie je wszystkie w domu :)


Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

piątek, 31 maja 2019

"Zrozumiesz, jak będziesz mieć swoje dzieci!"


Zgodnie z zapewnieniami wielu osób, w ciągu ostatnich dwóch lat i prawie sześciu miesięcy powinnam była posiąść całe pokłady tajemnej wiedzy niedostępnej dla ludzi bezdzietnych. Czy ją posiadłam, to jeszcze nie wiem. Wydaje mi się, że człowiek, na którego naraz spłynęło tyle wiedzy, powinien czuć się w jakiś sposób, nie wiem, oświecony? Olśniony? Czy może raczej powinien czuć, że oberwał jakimś tępym narzędziem w łeb? To ostatnie się czasem zdarza...

Ja w ogóle czuję się dziwnie, kiedy ktoś mi mówi, że będę coś wiedziała, czy że coś zrozumiem. To jest trochę takie uczucie, jakby ktoś lepiej ode mnie wiedział, co się dzieje (lub będzie działo) w mojej głowie. Pochlebiam sobie, że na ogół mam nad nią dość dobrą kontrolę, a tu nagle okazuje się, że jest (lub będzie) w niej jakiś nieznany obszar, który inni znają lepiej niż ja. Przerażające, nie?

Z drugiej strony - sama czasem spoglądam na moje bezdzietne znajome i chcę, czy nie chcę, pojawia się myśl: one nie mają o tym pojęcia! Nie twierdzę, że jeszcze. Przecież nie wiem, jak ułoży im się życie, i czy w ogóle będą chciały/mogły mieć dzieci. A może nawet, jak będą te dzieci miały, to ich macierzyństwo może wyglądać inaczej niż moje, i może nauczy je czegoś zupełnie innego niż moje nauczyło mnie.

No właśnie, to czego ja się nauczyłam? Co zrozumiałam, kiedy już mam dzieci?

1. Że moje dziecko będzie tak robiło.


Możliwe, że wszystkie wpadamy w tę pułapkę. Widzimy źle zachowujące się dziecko i jesteśmy przekonane, że ta mama musi robić coś źle, przecież wystarczy trochę miłości, cierpliwości, tłumaczenia... Aha, jasne.

Histeria z byle powodu - zaliczona. Cały dzień o misce płatków z mlekiem - zaliczony (obawiam się, że niejeden). Wyrażanie swojej frustracji poprzez miotanie ciosów na prawo i lewo - zaliczone. Brzydkie słowo ze słodkich małych usteczek - zaliczone (moja wina, biję się tutaj w magazyn mleka). Rzucanie się na podłogę - zaliczone. Wrzaski w miejscu publicznym - zaliczone.

Przy czym jest to dokładnie to samo dziecko, które na co dzień zachwyca wszystkich wokół swoją pogodną naturą, spokojnym i rozsądnym zachowaniem, zdrowym apetytem, serdecznością i czułością wobec brata, w ogóle anioł, nie dziecko. I pewnie dokładnie tak samo jest z tymi wszystkimi nieznośnymi dziećmi, które nieraz wzbudzają Waszą irytację w autobusie, na ulicy, w sklepie... One też mają swojego Doktora Jekylla, to tylko Wy mieliście nieszczęście trafić na Mr Hyde'a.

2. Że ja będę tak robiła.


Kto dał dziecko tej matce? Przecież ona go chyba nawet nie lubi... Tak nieprzyjemnie się do niego odezwała w tej jednej, jedynej minucie, kiedy ją widziałam! W ogóle się nim nie interesuje, gapi się tylko w telefon... W końcu kiedy na nią patrzyłam, miała akurat telefon w ręce.

Wiecie, ilekroć widzę, jak któraś ciocia bawi się z moim synkiem, mam taki chwilowy wyrzut sumienia. Dlaczego ja taka nie jestem? Dlaczego to ona, nie ja, ma uśmiech dookoła twarzy, niezgłębione pokłady energii, i tak ładnie do tego mojego synka mówi, tak aktywnie, tyle w niej chęci, inicjatywy... Po czym dociera do mnie, że ona zaraz pójdzie do domu i będzie miała święty spokój, a mnie musi starczyć energii jeszcze do wieczora, aż ich umyję i położę spać. Może więc dobrze, że oszczędzam siły.

Tak, bywam zmęczona, bywam wkurzona, bywam nieobecna, przyznaję się do większości matczynych grzechów, na szczęście nie do wszystkich.

3. Że to nie fikcja i nie przesada - to rzeczywistość!


Wierzcie lub nie, ale istnieje taka kategoria żartów, które śmieszą tylko matki (i czasem ojców). Jeden z nich brzmi na przykład: "Idzie weekend, to sobie odpoczniesz".

Kiedy oglądam filmy, które ukazują macierzyństwo w krzywym zwierciadle, to się zastanawiam, gdzie do choinki jest to zwierciadło. Przecież to cała prawda. Dzieci tak robią. Matki tak mają. I to wcale nie jest coś strasznego. Że dziecko nie dało jej spać? Ojej, no rzeczywiście. Przecież potem spała!

4. Że czasami po prostu się nie chce.


Impreza? Ja już byłam na imprezie. No, dzisiaj, przed południem, skoczyłam na zakupy do owada...

Kiedy stałam się mamą, włączyła mi się swego rodzaju zadaniowość. Trzeba zrobić. Trzeba nakarmić, umyć, posprzątać. Im dziecko jest starsze, tym więcej trzeba, ale to też jest fajne, bo wprowadza różnorodność, urozmaicenie. No i pewnego dnia, kiedy zrobisz już wszystko to, co trzeba, możesz zająć się czymś, co zrobić można. Dla rozrywki, dla przyjemności, bo fajnie, bo lubisz.

I w Twojej zmęczonej, olśnionej tępym narzędziem głowie pojawia się ta myśl: "Ale po co?".

To wcale nie jest tak, że przed urodzeniem dzieci nie bywałam zmęczona. Bywałam, nawet bardziej. Czasem się zarywało noce przed egzaminami, czasem się pracowało po godzinach... Ale potem odpoczynek ustalało się na własnych zasadach. Teraz w czasie odpoczynku nadal trzeba. Czasem po prostu się nie chce robić innych rzeczy niż to, co trzeba.

Aha, oprócz tego, co trzeba jest też to, co robić warto. Rozwijające, cenne aktywności, ważne dla mamy, dla dzieci, dla całej rodziny. Przeważnie czas odpoczynku od tego, co trzeba wypełnia to, co warto. Oczywiście, spać też warto ;)

A czego jednak nie zrozumiałam?


Nie zrozumiałam nigdy, i nie chcę rozumieć, że można bić dziecko, poniżać i krzywdzić dziecko, traktować je przedmiotowo, nie szanować, spełniać za ich pomocą swoje zachcianki, nie dbać o ich zdrowie... Tego nigdy nie zrozumiem.

Wbrew różnym złotym myślom, nie zrozumiałam, czym jest prawdziwa miłość. Nie zrozumiałam, bo wiedziałam to już wcześniej. Macierzyństwo pokazało mi pewien nowy wymiar miłości, jednak nie przekreśla ani nie umniejsza tego wszystkiego, co wiedziałam o niej wcześniej.

W ogóle ja wcale nie uważam, że tylko matka może kochać taką miłością, jaką ja kocham moje dzieci. Skąd! Ja nawet nie uważam, że jestem jedyną osobą, która może kochać w ten sposób te konkretne dzieci. Może kiedyś mnie zabraknie, w końcu nigdy nie wiadomo, ile komu będzie dane pożyć. Wierzę, że wówczas znajdzie się ktoś, kto da im tę miłość taką, jaką ja im daję.


Pozdrawiam serdecznie wszystkie mamy i nie-mamy!