Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 września 2022

Każdy z nas był kiedyś małym smokiem. Recenzja serii książeczek Katarzyny Wierzbickiej „Maciuś i Leon”


Niedawno podczas transmisji na moim fanpage’u, zapytana o to, co w tej chwili czytam, pokazałam jedną z kilkustronicowych książeczek o zaokrąglonych rogach, z dwoma uroczymi smokami na okładce. Maciuś i Leon, czyli wspomniane smoki, trafili w moje ręce dzięki uprzejmości wydawnictwa Zielona Sowa. Dzisiaj opowiem Wam o ich perypetiach, które zostały opisane w tych książeczkach.

Katarzyna Wierzbicka, której twórczość śledzę od dawna (na blogu znajdziecie recenzje jej wcześniejszych książek!), jest pisarką niezwykle wszechstronną. Z pewnością wielu z Was wie, że ta autorka wydaje z powodzeniem zarówno mroczne powieści fantasy dla dorosłych czytelników, jak i ciepłe, kolorowe i pełne pozytywnych wartości książki dla dzieci. Nie wiem jednak, czy zdajecie sobie sprawę z tego, jak bardzo różnorodna jest jej twórczość właśnie dla tych najmłodszych czytelników. Począwszy od nieco przewrotnej bajki „O królewiczu, który się odważył”, poprzez niezwykle baśniowego i pouczającego „Elfa do zadań specjalnych”, przeznaczonego dla dzieci w wieku szkolnym, które są w stanie skupić się na dłuższej historii, barwne i przemiłe „Duże troski małych zwierzątek” idealne do wspólnego czytania przed zaśnięciem, aż po „Nikt nie widzi Słoni”, bardzo ambitną opowieść o tolerancji. Każda z tych pozycji jest inna, pisana z myślą o trochę innej grupie wiekowej.

Jak wpisuje się w ten dorobek seria o Maciusiu i Leonie? To książeczki dla maluchów w wieku przedszkolnym. Mój trzyletni Michaś, dla którego nawet „Duże troski…” są miejscami jeszcze zbyt trudne, od razu polubił tytułową parę kolorowych smoków. Robert odnalazł w przygodach opisanych na kartach książeczek sporo podobieństw do jego własnych doświadczeń z życia starszego brata. Obaj stwierdzili jednogłośnie, że starszy ze smoków – fioletowy Leon – to Robert, a młodszy – zielony Maciuś – to Michał. Od tej pory, gdy czytamy razem książeczki o przygodach dwóch małych smoczych braci, używamy tych zmienionych imion :)

Tu zaznaczę przy okazji, że pewien drobny zabieg graficzny pomaga szybko zapamiętać, który ze smoków to Maciuś, a który Leon – ich imiona są za każdym razem napisane odpowiadającymi im kolorami. Maciuś na zielono, a Leon na fioletowo.

Kolorystyka serii jest zresztą bardzo spójna, a ilustracje wykonane przez Paulinę Kmak wprost idealne dla najmłodszego odbiorcy. Smoki z dziecięcymi buźkami i wielkimi oczkami budzą sympatię i w żaden sposób nie wydają się groźne, rysunki są czytelne i dobrze oddają treść opowiadań. Podoba mi się też wygodny format książeczek oraz duże, tekturowe strony, których małe rączki tak łatwo nie pozaginają.


Dobrze, co zatem przydarza się tym małym smokom i dlaczego Robert z taką łatwością wczuł się w rolę Leona, starszego brata Maciusia?  W jednym z opowiadań smoki idą z mamą do sklepu, a w pobliżu znajduje się piękny, kolorowy plac zabaw. Smocza mama nie bez trudu przekonuje Maciusia, że ulubiona zabawa na huśtawkach i zjeżdżalni musi poczekać, bo najpierw trzeba zrobić zakupy na obiad. W kolejnym opowiadaniu dwaj braciszkowie czytają wspólnie książkę. A innym razem kłócą się, bo obaj chcą się bawić tą samą zabawką – jakie to znajome! Przyznam, że spokojna, racjonalna reakcja smoczej mamy podpowiedziała mi pewien nowy sposób na radzenie sobie z tego typu konfliktami.

Podobnie jak „Duże troski małych zwierzątek”, opowiadania o Maciusiu i Leonie ukazują codzienne problemy doskonale znajome nam, rodzicom, i naszym dzieciom. Przyznam, że te smocze przygody stały mi się, i chyba chłopcom też, jeszcze bliższe – może dlatego, że zamiast leśnych dziupli i norek mamy tutaj zwykły dom, sklep, plac zabaw? Ale przede wszystkim chyba dlatego, że te dwa małe smocze łobuziaki wydają się być w podobnym wieku do moich synków i dynamika relacji między nimi też jest bardzo podobna. Jako mama z chęcią korzystam z tych książeczek nie tylko jako umilaczy czasu spędzonego z dziećmi, ale też widzę tam konkretne wskazówki dla siebie, co zrobić w kryzysowej sytuacji. Smocza mama jest bowiem równie opanowana i mądra jak Flop, opiekun króliczka Binga! Potrafi wysłuchać, gdy mały smok tego potrzebuje. Potrafi nazwać emocje i nie karać za sam fakt, że dziecko odczuwa złość. Potrafi też powstrzymać się od ingerowania, gdy nie jest ono potrzebne.

Czy polecam serię o Maciusiu i Leonie? Oczywiście, że tak! Szczególnie jeśli macie dzieci w wieku przedszkolnym. Książeczki są napisane prostym, zrozumiałym językiem, dotyczą sytuacji, które znacie z Waszej codzienności, mogą nie tylko bawić, ale też i podpowiedzieć, jak sobie z tymi codziennymi przygodami poradzić.

Z niecierpliwością czekamy – ja, smocza mama, starszy smoczek i młodszy smoczek – na kolejne książeczki z serii!

piątek, 16 października 2020

Porady kiepskiej matki


Te wszystkie blogerki parentingowe są takie idealne i niezawodne, prawda? Zawsze wiedzą, co zrobić! Ja też myślałam, że taka będę, dlatego zaczęłam blogować. A potem rzeczywistość kopnęła mnie w cztery litery ;)

Żarty żartami, ale poważnie, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czym zaskoczy nas rodzicielstwo. Wcześniejsze doświadczenie z młodszym rodzeństwem czy opiekowanie się dziećmi znajomych może dać Ci jakiś pogląd - zobaczysz, jak czujesz się w towarzystwie małego człowieczka. Ale to i tak nie to samo, co bycie rodzicem. 

Dobra wiadomość jest taka, że wcale nie musisz być idealną matką. Powiem więcej, Twoja nieidealność może Ci się przydać bardziej niż myślisz. Jako matka, której bardzo daleko ideału, opowiem Ci teraz, jak to działa u mnie.

1. A niech je, kiedy chce!


Oszalałabym chyba, gdybym miała karmić noworodka co trzy godziny, jak zalecali w szpitalu. Moje dzieci czasami potrzebowały jeść częściej, czasem rzadziej. Teraz, gdy obaj są starsi, mają stały rytm posiłków. Ale nie trzymamy się go obsesyjnie. Obiad mu nie smakuje? Przecież na siłę do buzi nie wcisnę. Mówi, że chce płatki? Niech je płatki! Może niekoniecznie codziennie :)
Trzeci dzień z rzędu chce jeść naleśniki i nie przyjmie nic innego? No i bosko, nie muszę się zastanawiać, co zrobić na obiad.

Nie wezmę odpowiedzialności za stwierdzenie, że żadne dziecko się nie zagłodzi, bo wiem, że istnieją przypadki drastycznych zaburzeń apetytu. Jednak zdecydowana większość zdrowych dzieci naprawdę zje, kiedy zgłodnieje. Szkoda czasu i nerwów, by się tym przejmować!

2. Nie chce Ci się robić wszystkiego za niego? Niech uczy się samodzielności!


Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że dzieci chcą być samodzielne. To my często hamujemy ich samodzielność, bo przecież zrobimy szybciej, lepiej, dokładniej, bezpieczniej.

Nie chce być karmiony łyżeczką, niech zje sam. Owszem, wybrudzi się.
Chce się umyć sam, niech się myje sam. Ty bądź w pobliżu i patrz, czy się nie topi. Owszem, podłoga w łazience będzie mokra.
Nie chce Ci się sprzątać jego zabawek? Popatrz, jak pięknie sprząta sam :)

Moje dzieci nie traktują obowiązków domowych jak obowiązki. Dla nich to są te fajne rzeczy, które robią rodzice. Zmywanie naczyń jest atrakcją. Przygotowywanie obiadu jest atrakcją. Choć czasem mam poczucie, że sama zrobiłabym coś sto razy szybciej niż małe pomocne łapki, to jednak korzystam z ich pomocy. A oni się uczą :)

3. Nie masz pomysłu na zabawy? Poczekaj, może wymyśli coś sam!


Siądź obok i popatrz, jakie wspaniałe, kreatywne pomysły kryją się w tym małym umyśle. Reaguj, gdy próbuje skakać z łóżka, siedząc na koniku, ale póki nie dzieje się nic groźnego, po prostu pozwól mu szukać, odkrywać, doświadczać.

Opowiadałam Wam ostatnio o zabawie w "Co mama powiedziała?". To był pomysł Roberta. Podobnie jak zabawa w naśladowanie pojazdów czy w odgadywanie, jaka rzecz jest danego koloru.

4. Nie chce Ci się z nim bawić? A kto powiedział, że musi Ci się chcieć?


Jesteśmy dorosłymi ludźmi, mamy dorosłe rozrywki. A on chce układać klocki, przesuwać autka po torze, czytać w nieskończoność tę samą, słabo napisaną bajkę... Przez jakiś czas możesz to wytrzymać, ale do wieczora? Codziennie?

Czasem wystarczy, gdy po prostu będziesz w pobliżu. Możesz być pacjentem małego lekarza, to naprawdę wdzięczna rola: leżysz, a on Ci mierzy temperaturę klockiem, osłuchuje płuca słuchawkami (takimi do telefonu), przyklei plasterek, czasem jeszcze da całusa.
Stań w drzwiach w rozkroku i bądź tunelem, a on pociągiem. I tyle, stoisz sobie, a pociąg jeździ.
Zrób zjeżdżalnię z kołdry. Sprawdź, czy lądowanie jest bezpieczne, a potem tylko słuchaj radosnych śmiechów :)
Możecie też pobawić się w chowanego. Wiesz, dzieci potrafią się czasem schować tak skutecznie, że mama musi ich szukać, i szukać, i szukać... Rozumiemy się, prawda?

5. Nie masz siły, by rozstrzygać kolejny spór między rodzeństwem? Czekaj... Może się dogadają?


Jeden ma niespełna cztery lata, drugi niespełna dwa, obaj chcą się bawić tą samą zabawką. A Ty nie jesteś królem Salomonem, zresztą nawet gdybyś była, to nie będziesz przy dzieciach machać mieczem.

Łatwo zabrać zabawkę maluchowi i dać starszakowi. Albo, łagodniejsza wersja: spróbować zainteresować malucha inną zabawką. Ale czy ten maluch musi być wiecznie pokrzywdzony? A czy starszak musi wiecznie ustępować? Czy mamy prowadzić rejestr: ostatnio Robert ustąpił Michałowi, więc teraz czas, by Michał ustąpił, i tak na zmianę?
Ja najchętniej w takich sytuacjach czekam i obserwuję, jak poradzą sobie sami. I przeważnie kończy się tak, że jestem wzruszona - bo oni naprawdę potrafią rozstrzygnąć spór samodzielnie. Nieraz lepiej niż dorośli.

6. Jeszcze chwila i coś mu powiesz? A powiedz!


Nie, nie namawiam Cię do agresji słownej ani, broń Boże, żadnej innej. Ale powiedz, co czujesz. Nazwij emocje. Choć w trudnej chwili, gdy prawie puszczają Ci nerwy, zapewne o tym nie myślisz - on teraz też się uczy. Uczy się prawdy o ludziach, o sobie. Uczy się, że jego zachowanie może spowodować czyjś gniew lub smutek. Uczy się, że wyrazem trudnych emocji może być podniesiony głos i mina pełna frustracji. Nie trzeba go za wszelką cenę chronić przed tą wiedzą. 

7. Kochaj :)


No dobrze, to nie jest rada kiepskiej matki. Właściwie to w ogóle nie jest rada, bo jak można radzić komuś, żeby kochał? 
Chcę Ci tylko powiedzieć, że to wystarczy. Twoja miłość jest tym, czego dziecko potrzebuje od Ciebie najbardziej. Nie musisz gotować jak mistrzyni, tryskać pomysłami, być zawsze w świetnym humorze.
Kochaj, przytulaj, całuj, uśmiechaj się do niego, mów mu o tym, jak bardzo jesteś z niego dumna. To jest prezent, który dajesz mu na zawsze, cenniejszy niż wszystkie zabawki. 

Co myślisz o tej liście? Może chcesz dodać coś od siebie? :)




sobota, 20 czerwca 2020

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło #3



Jest pewna rzecz, którą musicie wiedzieć o życiu w siódemkę (przypominam: czworo ludzi, trzy zwierzaki). Nasza codzienność jest jedną wielką przygodą!

Rytuały.


Rytuały poranne to, jak wiadomo, rzecz święta. Nie śmiałabym z tym dyskutować. Wiecie, co Robert musi, ale to musi zrobić każdego ranka? Musi przytulić każdą część garderoby, którą ma założyć. Przytulić spodenki, przytulić bluzę… To nie są zdawkowe uściski, każde przytulenie trwa odpowiednio długo i nieraz kończy się zaśnięciem ze spodenkami w czułych objęciach.

Przez pewien czas nie było mowy o umyciu zębów, jeśli nie poprzedziliśmy tej czynności dopasowaną tematycznie piosenką śpiewaną z podziałem na role :D

Rytuały przed snem są różne, zmieniają się w zależności od potrzeb. Czasem śpiewamy kołysanki. Najbardziej jednak rozczula mnie, gdy Robert wylicza (z moją drobną pomocą) wszystkie znane mu zwierzątka, które razem z nim idą spać. Małpeczka idzie spać, lew idzie spać, misio idzie spać… Czasem oprócz zwierzątek w zestawieniu pojawia się np. samochodzik albo traktor.

Co jest najlepszą zabawą?


Ostatnio atrakcją dnia jest rzucanie i odbijanie piłki, przy czym w zależności od humoru piłkę można odbić rękami, głową albo pupą. Michałek też z radością bierze udział w zabawie :) Robert pięknie dziękuje mu za każdym razem, gdy dostanie od niego piłkę.

Ale tego typu standardowe zabawy to, oczywiście, jeszcze nie wszystko! Co jeszcze lubią robić dzieci w wolnym czasie?

  • Kręcić kluczem. Robert nie umie jeszcze otworzyć ani zamknąć drzwi, ale samo próbowanie sprawia mu ogromną frajdę.
  • Biegać po ogrodzie w tę i z powrotem z okrzykiem: Rakieta Robert! Doszłam już do takiej wprawy, że po ułożeniu rąk rozpoznaję, czy po ogrodzie biega właśnie Rakieta Robert, czy Samolot Robert, czy też może Helikopter Robert (wtedy rączki robią śmigło nad głową).
  • A czasem po łóżku skacze mi Super Szczur. Bywa, że w moim staniku na głowie – wygląda jak wielkie uszy.
  • Czasem bawimy się w spanie. Ho-pśśś, ho-pśśś,,, To jedna z moich ulubionych zabaw.
  • A czasem bawimy się w groźne lwy. Żebyście tylko słyszeli lwi ryk Michałka!
  • Skoro o nim mowa – Michał jest jedyną znaną mi osobą na świecie, która potrafi się sama połaskotać i mieć z tego radochę. Leży na plecach, przebiera paluszkami po brzuszku, powtarza gili-gili i śmieje się serdecznie. Robert próbuje tego samego, ale z użyciem mojej miękkiej szczotki do włosów. Po czym zaraz okazuje się, że większą frajdę stanowi jednak łaskotanie brata.

Mowa jest złotem.


Michał, wbrew przewidywaniom, nie zaczął wcześnie chodzić. Mniej więcej przez pół roku dreptał przy meblach, zanim odważył się na samodzielne kroki. Natomiast rozwój mowy to już inna sprawa :) Jeszcze przed wspomnianymi pierwszymi krokami, z jego ust wydobywały się prawdziwe zdania, między innymi: „Ja chcę to”, „Nie chcę mleko”, „Nie ma halo” (to o sąsiedzie, który miał usta zasłonięte maską), czy też „Ty siku”.
Hm, pozostawię Waszym domysłom, w jakich wielce komfortowych okolicznościach usłyszałam to ostatnie zdanie…

Robert rozkręcił się z mówieniem do tego stopnia, że teraz opowiada bajki. Najczęściej zaczynają się one od słów „Przez cały dzień…”, przeważnie wybuchają w nich pożary i sytuację ratuje Strażak Sam. We wczorajszej bajce pojawił się też konik, który stał się smokiem i był niegrzeczny, a na koniec (już po interwencji Sama) były kwiatki i wszyscy powiedzieli „papa!”. Mówię Wam, dawno żadna bajka mnie tak nie wzruszyła do łez.



Przyznam, że lubię czasem posprzeczać się z Robertem. Podoba mi się, jak stara się postawić na swoim, nawet gdy nie ma w tym zbyt wiele sensu. Tak jak wtedy, gdy umówiłam męża na wizytę u lekarza. Kiedy mówiłam przez telefon, że przyjmie go pani doktor Baranowska, mój starszy synek, który był wtedy ewidentnie w nastroju Doktora No, zaprotestował głośno: „NIE BARANOWSKA, TYLKO OWIECZKA!”. Podobno pani doktor bardzo się ucieszyła z nowego nazwiska :)

Dola małżeńska.


Wiecie, co mówią a propos pandemii? Że u bezdzietnych małżeństw będziemy teraz obserwować falę ciąż, a u małżeństw z dziećmi – falę rozwodów… My, co prawda, nie mamy najmniejszego zamiaru się rozwodzić, rozumiemy jednak bardzo dobrze, dlaczego nikt nie spodziewa się fali ciąż u małżeństw, które już mają dzieci. 

Oczywiście, moje stanowisko jest niezmienne, żadnych kolejnych ciąż nie planujemy tak czy inaczej, niemniej pewne czynności, które niekoniecznie muszą prowadzić do ciąży, nadal są dla nas wielce atrakcyjną formą spędzania czasu. O ile nikt nam w nich nie przeszkodzi…

Sytuacja 1. Dzieci śpią, ja gaszę światło i dyskretnie czmycham po schodach piętro wyżej, gdzie już czeka mąż. Robi się coraz milej, aż w kluczowym momencie słyszę nagle „Mamo, gdzie jesteś?”, a potem dwa głosiki płaczą rozpaczliwie unisono.

Sytuacja 2. Mąż dość zamaszystym gestem chwyta mnie nieco poniżej pleców. Całkiem to przyjemne, jednak Robert ma inne zdanie. Stanowczo odsuwa rękę męża i mówi: „Tato! Jesteś niegrzeczny! Bijesz mamę? Idziesz na karę!”.

Sytuacja 3, moja ulubiona. Mąż tańczy, wdzięczy się w ruchach godnych egzotycznego tancerza. Po chwili za jego plecami pojawia się Robert, wymachuje rączkami i nóżkami na wszystkie strony i woła: „Mama! Ja też chcę ta-ta-ra-ta!”. Koniec, kurtyna, nastrój ulega zmianie, to znaczy nadal jest świetny, ale trochę w inny sposób. No i możecie sobie wyobrazić, jak często i w jakich sytuacjach przypomina mi się teraz to ta-ta-ra-ta… :D

Jedno jest pewne: nudno to z nimi nigdy nie będzie!
Poprzednie anegdotki z naszego życia codziennego znajdziecie tutaj i tutaj.

czwartek, 28 listopada 2019

365 powodów do wdzięczności, czyli: pierwsze urodziny Michałka.



365 dni, a każdy wart tego, by za niego dziękować. Każdy wypełniony Twoją obecnością, malutkimi rączkami, oczkami, minkami. Dwanaście cudownych miesięcy!


Pierwszy miesiąc

Szybko pokazałeś nam, że wcale jeszcze nie wiemy wszystkiego o byciu rodzicami. Kilkutygodniowe dziecko z zapaleniem płuc? Nie wiedziałam, że takie rzeczy zdarzają się w troskliwych rodzinach. Teraz już wiem. Tydzień w szpitalu, wenflon w małej główce - nazywaliśmy Cię teletubisiem, a pielęgniarki dziwiły się nam, że nie jesteśmy przerażeni. Jedyna w swoim rodzaju Wigilia spędzona na oddziale.

Byłeś przez cały czas radosny, pogodny i szybko przybierałeś na wadze. Przez większość dni sprawiałeś wrażenie zupełnie zdrowego. Pozdrawiam w tym miejscu lekarza, który próbował mi wmówić, że kaszlesz dlatego, bo za często Cię karmię :) Oj, to był ciężki dzień.


Drugi miesiąc

Poznałeś dużo wspaniałych osób, w tym ciocię Gosię, która nieco później została Twoją chrzestną. Tym sposobem masz dwie, a nawet trzy ciocie o tym imieniu - co za zbieg okoliczności :)

Na szczęście nie chorowałeś już więcej. Codziennie obdarzałeś nas swoimi pięknymi uśmiechami. W kraju działy się wtedy smutne rzeczy, więc i nasze nastroje nie były najlepsze, ale Twoja wesoła bezzębna buźka zawsze potrafiła nas pocieszyć.

Trzeci miesiąc

Nie czułam się dobrze. To, co ominęło mnie dwa lata wcześniej, tym razem chyba faktycznie mnie dopadło. Może nie od razu odnalazłam się w roli mamy dwóch synów, może faktycznie proza życia była wówczas trochę mniej znośna. Ale Wy dwaj, Ty i Robert, każdego dnia dawaliście mi siłę. Twój brat już wtedy zachwycał nas swoją troskliwością i czułością wobec Ciebie. Ty - wiadomo - siedem kilo uśmiechu, radości, zadowolenia z życia.

Czwarty miesiąc

Po raz pierwszy zostałeś na jakieś dwie godzinki beze mnie z babcią, a my z Twoim tatą wyskoczyliśmy na randkę. Dobrze się bawiłeś, tylko ta butelka nie bardzo Cię przekonała, prawda? Okazałeś się konserwatywnym zwolennikiem karmienia piersią :) Dość długo nie akceptowałeś innej formy podawania pokarmu.

Kształtowała się Twoja relacja z bratem. Czasem bywał zazdrosny o to, że okazuję Ci tak dużo uwagi. Ale też tulił Cię, bawił się z Tobą, dzielił się swoimi zabawkami.


Piąty miesiąc

To była dopiero rewolucja, co? Pojechaliśmy do dziadków w odwiedziny, tylko jakoś tak wyszło, że nie wróciliśmy na noc do domu. Mało tego, mijały kolejne dni, a my nadal nie wracaliśmy. Ale kto by narzekał! Świetnie się bawiłeś u dziadków. Miałeś do dyspozycji mnóstwo zabawek i fantastyczne, szerokie łóżko, na którym nauczyłeś się turlać :)

Szósty miesiąc 

Nadal u dziadków! Co prawda, odwiedziliśmy kilkakrotnie ogród, który dobrze znasz, ale do domu nie wchodziliśmy. Coś się tam działo, kręciły się tam osoby, których chyba nie znałeś. Ale mama i tata nie martwili się, więc i Ty zachowywałeś pogodę ducha. Nawet pomimo tego, że zęby szły i bardzo Cię męczyły.

Co do pogody, to było gorąco, oj... Słońce nawet trochę parzyło. Co chwilę musiałam przenosić koc w cień. A i tak próbowałeś z niego zejść, aby skubać trawę jak mała kózka :)


W tym miesiącu odbył się Twój chrzest. Nie bez przygód - wracaliśmy z kościoła przy akompaniamencie grzmotów i grubych kropel deszczu bębniących o dach auta. Ale spędziłeś piękne chwile z rodziną, również z ciocią Gosią i wujkiem Wojtkiem, czyli z Twoimi wspaniałymi chrzestnymi :) 

Kiedy wróciliśmy do domu, okazało się, że nasza łazienka bardzo się zmieniła :) Teraz jest piękna, prawda?

Siódmy miesiąc

Przetrwaliśmy już zapalenie płuc, więc ospa to dla nas drobiazg, prawda? Strasznie biednie wyglądałeś z tą zsypaną krostami buzią! Na szczęście zniosłeś chorobę bardzo dobrze. Praktycznie nie gorączkowałeś, nie traciłeś też dobrego nastroju. Pewnie miał na to wpływ również fakt, że Twój starszy brat troskliwie się Tobą opiekował.

Ósmy miesiąc

Nauczyłeś się siadać i raczkować :) Kiedy zorientowałeś się, że wyżej jest ciekawiej, chciałeś koniecznie opanować jak najwięcej umiejętności.

Spacery stały się teraz o wiele ciekawsze. Choć czasem ciężko było wyjść z domu przez upały i komary! W domu też zresztą bawiłeś się świetnie, a do Twoich ulubionych zabawek należała butelka z wodą.

Dziewiąty miesiąc

Wstawałeś, tańczyłeś, chodziłeś, trzymając się mebli! Nauczyłeś się też schodzić z łóżka, choć trzeba przyznać, że do tej pory czasami Ci się myli i próbujesz skakać z niego na główkę...

Po raz pierwszy wybraliśmy się na plażę. Woda w jeziorze Cię nie zachwyciła, za to spacery były dla nas wszystkich bardzo przyjemne :)


W sierpniu pojechaliśmy też na pierwsze tak dalekie wakacje, do moich rodziców, a Twoich dziadków. To był cudowny czas! Tyle zabawy, miłości, radości, nowych ludzi, nowych miejsc... I piesek, z którym ścigałeś się na czworaka :)

Dziesiąty miesiąc

Kolejna wielka rewolucja w Twoim życiu - żłobek! Nie zapomnę pierwszego dnia, gdy przyjechałam po Ciebie po dwóch godzinach, a Ciocia mi mówi, że Michałek śpi! Twoja adaptacja w żłobku była chyba jeszcze łatwiejsza niż w przypadku Twojego brata, a wydawało mi się, że lepiej już się nie da :)

Pokochałeś żłobek, a żłobek pokochał Ciebie :) Martwiłam się, że teraz to dopiero zaczniesz chorować, ale trzymałeś się dzielnie. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale kiedy wracałeś do domu, widziałeś mnie o wiele bardziej wypoczętą i pełną energii niż do tej pory.

Jedenasty miesiąc


Październik - nie przepadam za tym miesiącem, ale w tym roku naprawdę się udał :) Było ciepło, złociście i ogniście. Zapamiętam go jako czas spacerów i spotkań z cudownymi ludźmi. Na szczęście zdrowie Was nie opuszczało, czego nie mogę powiedzieć o sobie - zupełnie niespodziewanie zachorowałam na anginę. Na szczęście Was nie zaraziłam :)

Dwunasty miesiąc

Chłodniejsze dni, choroby, upadek z łóżka... Trzymam się myśli, że trudniejsze dni też są potrzebne, żebyśmy bardziej docenili te dobre. Listopad nas wymęczył, cała nadzieja w grudniu, że da nam trochę odpoczynku.

Dziś.


Pobudka o czwartej rano? Radosny uśmiech, mnóstwo energii i chęć zabawy? Michałku, oj, będziesz spał w ciągu dnia...



Na szczęście jesteś już zdrowy. Co rano jeździsz do żłobka, tam spędzasz radośnie czas, tworzysz z pomocą Cioć piękne prace plastyczne. Jesz coraz więcej, coraz lepiej gryziesz tymi swoimi imponującymi ośmioma zębami :) Zauważyłam, że znowu swędzą Cię dziąsełka, chyba idą trójki!

Kiedy wspominam, jaki był Robert w Twoim wieku, wydajesz mi się trochę młodszy. Może mimo woli widzę w Tobie ciągle maluszka, to mniejsze i bardziej bezbronne z moich dzieci, podczas gdy z Ciebie już taki duży chłopak! Nie, nie porównuję Was. Obaj jesteście całym moim sercem.

Wszystkiego najlepszego, kochany Urodzinku. Obyś zawsze był tak pogodnym, uśmiechniętym chłopakiem, pełnym miłości i zaciekawienia.

czwartek, 24 października 2019

Siedem październikowych ogłoszeń i refleksji.




Nie wiem, jak przepraszać za to, że tak rzadko ostatnio pojawia się tutaj coś nowego. Nie mam nawet dobrego wytłumaczenia. Cieszę się, że nadal tu jesteście, ciągle Was przybywa, czytacie mnie i czekacie na kolejne teksty.

Dziś - może trochę nietypowa dla mnie forma. Zdałam sobie sprawę z tego, że mam do poruszenia kilka ważnych tematów. Dziś będzie więc dosyć zwięźle,  konkretnie, a zarazem wielowątkowo i treściwie!


1. Po pierwsze i najważniejsze - dziś są urodziny mojej mamy! Jak wiecie, mama jest cudowną, mądrą i wrażliwą osobą, która napisała tu kiedyś przepiękny list. Pomyślcie o niej dzisiaj bardzo, bardzo, bardzo ciepło. Mam nadzieję, że zajrzy tu dzisiaj i zobaczy, jak razem ze mną przekazujecie jej najserdeczniejsze życzenia zdrowia, radości, uśmiechu i samych wspaniałych dni, a także, żeby nigdy nie zabrakło jej pięknych marzeń.



2. Muszę się Wam pochwalić: dzięki Waszym głosom otrzymałam wyróżnienie w konkursie BLOGS from HEART. Razem ze mną w gronie nagrodzonych i wyróżnionych znalazła się sama parentingowa śmietanka: Madka Roku, Mama Pod Prąd i Mama na wypasie. Spotkaliście się już może tutaj z tymi nazwami? O tak, i to dwukrotnie :) Najpierw w moim zestawieniu #shareweek, a potem własnie wśród moich faworytów w konkursie BLOGS from HEART! Co tu dużo mówić, są po prostu najlepsze :) To zaszczyt znaleźć się w takim gronie.

Gratulacje dla zwycięskiego bloga, Niedroga Droga. Życzę dalszych sukcesów i pasji w blogowaniu.


3. Zajrzyjcie tu:
https://www.facebook.com/events/464917754232296/. Akcja "Brzuszkowy Mikołaj" ruszyła i mam nadzieję, że będzie miała w tym roku jeszcze większy zasięg. Choć za oknem słonecznie, jesiennie i złociście, to jednak do grudnia zostało już całkiem niewiele czasu. Ja już czuję mikołajkową atmosferę, a Wy? :)


Jeśli ktoś chciałby napisać coś o "Brzuszkowym Mikołaju" lub porozmawiać ze mną na jego temat, jestem do dyspozycji! 

4. Na blogu Mama Pod Prąd ukazał się wywiad ze mną. Rozmawiałyśmy z Elą o tym, że macierzyństwo to nie bajka i zdarzają się w nim również trudniejsze chwile, których nie znajdziecie na pastelowo-idealnych zdjęciach na Instagramie.

Ela jest jedną z dwóch osób, które zapytały mnie w ostatnim czasie o to, jak zmieniło mnie macierzyństwo. Wiecie, że w pierwszej chwili nie wiedziałam, co odpowiedzieć? Po części dlatego, że trochę już nie pamiętam siebie z czasów przed dziećmi - a za tym, co pamiętam, ciężko tęsknić. Pamiętam między innymi starania o dziecko, częste zmiany pracy i próby wybrnięcia z kłopotów finansowych. Trochę brakuje mi imprez i sesji zdjęciowych, zwłaszcza teraz, w październiku, kiedy wszędzie jest tak kolorowo i mogłyby powstać cudowne zdjęcia! Ale powiedzmy, że to nie jest aż taka wartość, żeby uważać jej brak za jakąś wielką stratę.


Z drugiej strony - teraz robię to, co lubię, mam czas na pisanie, realizuję się, mam plany na przyszłość i dążę do ich spełnienia. Czuję się bardziej na swoim miejscu niż w ciągu kilku ostatnich lat. Czy twierdzę, że moje życie po urodzeniu dzieci stało się łatwiejsze? No nie, to chyba jednak trochę przesada ;) Ale mogę powiedzieć, że stało się o wiele lepsze. Choć czasami brakuje mi cierpliwości, ogarnia mnie frustracja i mam wrażenie, że sobie nie radzę. Ale to tylko te gorsze chwile :)

5. Pytałam Was niedawno na fanpage'u o to, bez czego nie moglibyście żyć. Udzieliliście wielu pięknych odpowiedzi, od których aż biło radością i zadowoleniem z życia :) Ale przy okazji obudziła się we mnie refleksja, która tak naprawdę towarzyszy mi już prawie od miesiąca.

Jak ciężko jest zmienić swoje przyzwyczajenia! Każdy z nas ma swój rytm życia, swoją codzienność wypełnioną drobiazgami, które czasem wydają się mało istotne... Póki ich nie zabraknie.

Mam szczęście być człowiekiem bez nałogów. Przynajmniej bez tych najgorszych. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasem ciężko mnie wylogować, ale póki Internet stanowi moje okno na świat, miejsce pracy i platformę do współpracy z innymi twórcami, naprawdę nie widzę możliwości, by to zmienić. Gdybym miała podjąć jakieś postanowienie, wyrzeczenie, że postaram się wytrzymać przez jakiś czas bez czegoś, co jest ważnym elementem mojego życia - byłyby to słodycze. Serio, wiem, że to brzmi banalnie, bo jak tu porównywać moją niewinną miłość do czekolady i domowych ciast - z prawdziwymi dramatami, z którymi borykają się ludzie? A jednak, gdy sobie wyobrażę, że miałabym z dnia na dzień całkowicie zrezygnować ze słodyczy, uwierzcie, że robi mi się na zmianę zimno i gorąco. Jak to? Całkowicie?

Zatem może... warto spróbować? Wierzę w moc dobrych postanowień. Wierzę, że niosą ze sobą ogromną pozytywną energię, która potrafi zmieniać świat na lepsze. 

Plan jest taki: zacznie się Adwent, ja odstawiam słodkości :D Na Święta trochę sobie odpuszczę, no wybaczcie, nie wyobrażam sobie Świąt bez słodyczy ;) A od nowego roku... Zobaczymy, jak będzie. Jeśli uznam, że nadal ma to sens - postaram się wytrzymać jeszcze dłużej.

To jak? Trzymacie za mnie kciuki? :)

6. Niedawno na moim fanpage'u pojawiła się również inna, odrobinę mniej budująca dyskusja. Światopoglądowa. Piszę, że była odrobinę mniej budująca, bo jednak widzę w niej bardzo dużo jasnych stron. Przede wszystkim: cieszę się, że jesteście ze mną niezależnie od różnic między nami. Moje poglądy, z którymi się nigdy nie kryłam, nie są dla Was powodem, by przestać mnie czytać. To imponujące i dziękuję Wam za to.

Po drugie, cieszę się, że mimo różnic jesteśmy w stanie dyskutować w sposób kulturalny, z szacunkiem dla rozmówcy. Poza bardzo nielicznymi wyjątkami, nie obrażaliście się nawzajem, pisaliście merytorycznie, odnosiliście się do poglądów i stwierdzeń, bez ataków personalnych.  Za to też Wam dziękuję.

Osoba, która prowadzi ten blog, to feministka, katoliczka o światopoglądzie mimo wszystko przechylonym bardziej w lewą stronę, wegetarianka, zwolenniczka prawa do wyboru, równości i do kochania swojej drugiej połowy. Uszanuj mnie taką, jaka jestem, bo inna nie będę. Niezależnie od tego, czy powyższy opis podoba Ci się, czy nie - nadal jestem też po prostu blogującą mamą, która potrafi nieźle pisać i z której tekstów możesz dowiedzieć się czegoś wartościowego :)

7. Trochę w związku z tym, o czym pisałam wyżej - kochani, jutro w wielu szkołach odbędzie się "Tęczowy Piątek". Niezależnie od tego, jakie macie poglądy - pomyślcie, proszę, przez chwilę o tych uczniach, nastolatkach, dojrzewających młodych osobach, które odkrywają nieraz z przerażeniem, że pociągają ich osoby tej samej płci. Wiedzą, że mogą spodziewać się z tego powodu wyśmiewania i braku zrozumienia. Niektórzy decydują, że będą się z tym kryć. Niektórzy liczą, że może to tylko tymczasowe, może im przejdzie, może jak się "postarają", to w końcu zaczną czuć pociąg do osób innej płci. Inni nie wytrzymują napięcia, stresu, obaw, a czasem pogardy otoczenia, i robią sobie straszne rzeczy.


Pomyślcie o tych dzieciach, one są wśród nas. Mijasz je na ulicy. Może chodzą do klasy z Twoim dzieckiem. Jeśli istnieje inicjatywa, która pomaga im czuć się na tym świecie trochę bardziej u siebie, jeśli dzięki niej mogą poczuć się choć przez chwilę zrozumiani i akceptowani, to moim zdaniem taką inicjatywę można tylko wspierać.

czwartek, 12 września 2019

Znam pewnego dwulatka.




Znam pewnego dwulatka, który regularnie zbiera pochwały, że jest niezwykle grzecznym dzieckiem, nie sprawia żadnych problemów w przedszkolu, da się z nim współpracować, jest pogodny i lubiany w grupie. 

Znam też pewnego dwulatka, który świętego wyprowadziłby z równowagi swoimi wiecznymi histeriami, przekorą, uporem i negatywnym nastawieniem.

Znam dwulatka, który jest inteligentny, umie czytać (!), bardzo stara się pisać, komunikuje się pełnymi zdaniami, próbuje liczyć w dwóch językach, śpiewa piosenki, nazywa kolory, naśladuje zwierzątka. Bez problemu można się z nim dogadać.

Znam też dwulatka, który w ciągu całego spotkania nie powie ani jednego słowa podobnego do ludzkiej mowy (poza często powtarzanym "nie"), a czasem pochłonięty zabawą lub, o zgrozo, bajką, tak zapomina o całym świecie, że po prostu nie słyszy, co się do niego mówi.

Znam dwulatka, który je samodzielnie i chętnie, bez problemu korzysta z nocnika, myje zęby, potrafi sam się umyć, uwielbia rytuały związane z wieczorną kąpielą. Sprząta po sobie i gdyby mógł, całymi dniami zmywałby naczynia. Chciałby jak najwięcej robić samodzielnie.

Znam też dwulatka, który zje kromkę lub jabłko, ale tylko wtedy, gdy mu się podzieli na kawałeczki. Kiedy w ogóle wyrazi chęć zjedzenia czegokolwiek, to jest cisza i wielkie święto w domu, bo dziecko je. Nigdy nie wiadomo, co wybije go z rytmu i spowoduje, że odechce mu się jeść. Nie korzysta z nocnika, wpada w rozpacz na sam dźwięk słowa "kąpiel". Możesz zapomnieć o porządku w domu, kiedy on w nim jest.

Znam dwulatka, który jest starszym bratem i uwielbia swojego małego braciszka. Tuli go, głaszcze, całuje, pociesza, gdy maluch jest smutny. Potrafi przywołać mamę, by poinformować ją, że braciszek czegoś potrzebuje. Dzieli się z nim zabawkami. Śmieje się do niego, bo wie, że go to bawi.

Znam też dwulatka, którego zazdrość o młodszego brata od razu rzuca się w oczy. Zabiera mu wszystkie zabawki, ciągle domaga się uwagi mamy, przegania małego, a nawet czasem podnosi na niego rękę. Oczywiście rodzice są czujni i nie dopuszczają do rękoczynów.

Skąd ja znam tych wszystkich dwulatków? Och, wiecie.

To jest jedno i to samo dziecko. 



Mój starszy syn, moja duma i radość, promyk słońca i żywe srebro. Każdego wieczoru, kiedy zasypia - czuję, jak bardzo odpoczywam... Bo co się działo chwilę wcześniej? Szalone chlapanie w łazience. Skakanie po łóżku i całym pokoju. Głośne śpiewanie piosenek. Udawane rozmowy przez telefon. A to nadal opis tego lepszego dnia, bez histerii i protestów o wszystko.

Odważę się na sformułowanie jakiejś opinii o charakterze, osobowości mojego syna może dopiero wtedy, gdy będzie dorosłym facetem szukającym swojej roli w świecie. Może wtedy spróbuję mu podpowiedzieć, jaki widzę w nim potencjał i predyspozycje, jakie cechy swojego fascynującego charakteru mógłby wykorzystać w przyszłej pracy czy innych zajęciach. Wcześniej - nie. Choć i mnie korci, by go oceniać, próbować określić za pomocą pewnych ram. Myślę o nim jako o pogodnym, przebojowym, kontaktowym, ale widziałam go też, gdy był zawstydzony, przestraszony, niechętny. Cenię jego inteligencję i dobry charakter, ale czasem mam wrażenie, że wystarczy go polać wodą, żeby zamienił się w gremlina.

Mówisz, że jest zazdrosny? Ktoś inny powie, że to niesamowite, jaki z niego kochający i opiekuńczy brat.

Mówisz, że jest źle wychowany? Ktoś inny właśnie się zachwyca jego wspaniałymi manierami.

Może wszyscy przestańmy po prostu tak dużo mówić i zachwyćmy się tymi naszymi dziećmi, które są tak zadziwiające, pełne sprzeczności i ludzkie, że trudno je opisać słowami.


środa, 6 marca 2019

#ADAtoWYPADA - List od mojej mamy.


Zaproszenie mojej mamy do współpracy przy pisaniu tego bloga to coś, o czym marzyłam od dawna. Jednak było to dla mnie również największe wyzwanie. Poważnie, łatwiej mi było rozpisywać się tutaj na temat mojego życia osobistego niż wystosować tę jedną małą prośbę "Mamo, napiszesz dla mnie tekst?".

Bo my jakoś nie porozmawiałyśmy nigdy o tym moim blogu. Wiem, że mama czyta go od początku, nieraz nawiązywała w rozmowach do tego, o czym pisałam. Ale nie rozmawiałyśmy o blogu jako takim. Mama nie podziela mojej, delikatnie mówiąc, otwartości w mediach społecznościowych. Pewnie nieraz się łapała za głowę; o jakich rzeczach ja piszę ludziom! Nie wiedziałam, jak zareaguje na moją prośbę. Z bijącym sercem czekałam najpierw na jej odpowiedź - jak się okazało, pozytywną, a potem na list. Dostałam go dziś rano.

Napisałyśmy dla Was ten tekst - czy raczej te teksty - w ramach akcji #ADAtoWYPADA, organizowanej przez autorkę bloga Popaprana. Z całego serca zachęcam do czytania innych tekstów, które powstały w ramach tej akcji. Są niesamowite. Myślę, że ich autorki poprzez swoją otwartość zmobilizowały mnie do tego, żeby odważyć się na ten krok i zaprosić mamę do współpracy.

Już nie przedłużam. Oto list:


               „Ludzie listy piszą ...” tak śpiewali kiedyś, i rzeczywiście ludzie pisali. A jaka radość była z otrzymanego listu! Postanowiłam się sprężyć i znowu napisać list, chociaż nie na pięknej papeterii i bez znaczka pocztowego, ale myślę, że może też wywołać radość u adresatki, mojej młodszej córki.

                              Kochana córeczko !


O właśnie zaczęłam i zaraz skojarzyło mi się z piosenką, której nie cierpiałam. Chodziło mi o słowa „córeczko, wolałabym abyś była chłopcem”. Nigdy nie wolałabym abyś była chłopcem!!!! I nie dlatego, że chłopców podobno wychowuje się łatwiej, i podobno matki kochają synów bardziej, totalne bzdury według mnie.
Stereotypy. Gotowych wzorców na wychowanie człowieka jest pełno…. dla mnie alfą i omegą była jak zawsze książka, w niej szukałam odpowiedzi jak to jest z takim małym człowieczkiem i tak do pierwszego roku życia jakoś tam się sprawdzało  to co dotyczyło rozwoju moich niemowlaków i nawet się cieszyłam jak coś robiłaś wcześniej niż statystyczne dzieci....... a potem to już moją radość zaczęła przysłaniać obawa. Bo tego zrobiło się już bardzo dużo! I zrobiło się trudno, może ciężko to zrozumieć, że cieszyliśmy się, my rodzice Twoi, że jako malutki berbeć nauczyłaś się czytać, pisać i liczyć, i byliśmy tacy dumni i jak staraliśmy się nie być za bardzo dumni..... pewnie ze strachu o Ciebie. Bo Twoje wypowiedzi, jakże mądre i wspaniałe, i takie dla nas oczywiste.... wzbudzały śmiech rodziny, znajomych i to mnie bolało. Człowiek to istota stadna, dopiero później nauczyłam się, że niekoniecznie to stado jest takie ważne. 

Czy przez lata mojej nauki rodzicielstwa popełniłam wiele błędów? Pewnie całe mnóstwo! Teraz Ty jesteś przede wszystkim Żoną i Matką. I jesteś mądrzejsza ode mnie, bo pamiętasz jak to jest wychowywać takie dziecko jak Ty i Twoja siostra, jak cudownie i jak trudno.... Wiem, że będzie Ci łatwiej niż mnie było i mam tylko trochę nadziei, że to przez dom jaki z Twoim Ojcem tworzyliśmy dla Was. Kocham Cię bardzo!

(Zachowałam oryginalną pisownię, trochę tylko poprawiłam spacje i wstawiłam jeden akapit dla przejrzystości). 

Słuchajcie, przeczytałam to teraz i cała drżę. Chyba ze wzruszenia. Może trochę z ulgi, że nie przeczytałam nic o tym, jak okropnie nieraz ze mną bywało, a uwierzcie, byłoby o czym pisać :) 

Moja mama nie chciała nigdy, żebym była chłopcem. To ciekawe, bo ja akurat chciałam :) Sama nie wiem, dlaczego bycie chłopcem wydawało mi się takie fascynujące, bo raczej nie chodziło mi o to, że chłopcom więcej wolno. Nie odbierałam tego w ten sposób, może nie miałam za bardzo porównania, bo spędzałam więcej czasu z dziewczynkami niż z chłopcami. Chyba chciałam być chłopcem, bo wydawało mi się, że wtedy bardziej lubiłabym siebie. Ale jednocześnie chciałam też być ładną dziewczynką, piosenkarką, zakonnicą, a w ogóle to najbardziej chciałam zostać świętą, więc może nie ma sensu zbytnio skupiać się na tym, kim chciałam być w dzieciństwie :D 


"... i byliśmy tacy dumni i jak staraliśmy się nie być za bardzo dumni..... pewnie ze strachu o Ciebie.

Ten strach w sumie towarzyszy mi w jakiś sposób do tej pory. O tym, że moi rodzice są ze mnie dumni, dowiadywałam się - kiedy podsłyszałam jakąś rozmowę na mój temat, albo kiedy spotkałam na ulicy kogoś znajomego i ten ktoś mówił np. "jaka ta mama jest dumna z Ciebie!". Nie słyszałam tego natomiast od rodziców bezpośrednio. Między innymi dlatego powtarzam codziennie moim chłopakom, jak bardzo jestem z nich dumna. Chcę, żeby zawsze o tym wiedzieli. 

Drogie młode mamy, warto mówić naszym dzieciom o tym, że jesteśmy z nich dumne. Wypada, żeby o tym wiedziały. Wypada, żeby znały swoją wartość

 "Bo Twoje wypowiedzi, jakże mądre i wspaniałe, i takie dla nas oczywiste.... wzbudzały śmiech rodziny, znajomych i to mnie bolało.

Inność. To zdanie mogłoby w sumie służyć za niezłe podsumowanie mojego dzieciństwa i dorastania, oczywiście nie całego, tylko tego społecznego aspektu. Najpierw wyprzedzanie rówieśników we wszystkim i inność, później... już po prostu inność ;) To jest coś, o czym nie lubię mówić i z czym nadal mimo wszystko nie do końca sobie radzę. Możecie mi wierzyć albo nie, ale łatwiej jest wyrwać się z toksycznego związku i głośno o tym mówić, niż pogodzić się z tym, że się było małoletnim dziwolągiem. Wiem, że to musiało wpływać i na moich rodziców, i na moją siostrę. Świadomość, że osoba im najbliższa nie jest w pełni akceptowana przez otoczenie. Wiem, że i ja będę się musiała kiedyś z tym zmierzyć jako matka. Pisałam o tym w tekście "Moje dziecko będzie dziwne".

Dziewczynko, dziewczyno, kobieto, odpowiedz sobie na pytanie: czy chcesz być taka sama jak wszyscy w Twoim otoczeniu, czy może jednak chcesz być inna? Bo wiesz, bycie inną oznacza też, że możesz pójść inną drogą, możesz odważyć się na więcej, możesz nie powielać schematów, możesz mieć życie lepsze i ciekawsze niż to, co obserwujesz wokół siebie. Wypada być inną! Warto być inną! 

"Człowiek to istota stadna, dopiero później nauczyłam się, że niekoniecznie to stado jest takie ważne." 

Tak. Człowiek potrzebuje innych ludzi, ale są chwile, kiedy jedyną opcją jest przestać oglądać się na to, co powie tłum. Pamiętam moment, kiedy musiałam podjąć decyzję, tak dosłownie: czy idę za tłumem, czy własną drogą? Chodziło o wybór liceum. Miałam fajną klasę w gimnazjum. Większość osób (w tym moje najlepsze koleżanki) wybrało jedno liceum w najbliższej miejscowości, ja jedna z całej szkoły wybierałam się do Krakowa. To była trudna, ale z perspektywy czasu znakomita decyzja. Kraków zmienił mnie, zmienił moje życie, pozwolił mi się usamodzielnić, rozwinąć skrzydła, zdobyć wiedzę i umiejętności, a także mnóstwo przyjaźni i wreszcie - miłość mojego życia. 

Wypada pójść inną drogą, warto żyć po swojemu, warto zrobić inaczej niż wszyscy. Inni ludzie są Ci dani tylko na jakiś czas, siebie - i konsekwencje swoich decyzji - masz na zawsze :) 

"... jesteś mądrzejsza ode mnie, bo pamiętasz jak to jest wychowywać takie dziecko jak Ty i Twoja siostra, jak cudownie i jak trudno....

Nie spodziewałam się tych słów i jestem mamie ogromnie za nie wdzięczna. Myślę, że to wymagało od niej niewiarygodnej mądrości, odwagi i zarazem pokory. Wiem, czy raczej potrafię sobie wyobrazić, jak ciężko jest spojrzeć na własne dziecko jako na dorosłą osobę, na rodzica. Przecież jeszcze tak niedawno mnie wychowywała, teraz patrzy - z pewnej odległości - jak ja wychowuję jej wnuki. Wiem, że czasem ciężko zaufać, że ktoś, kto dopiero co był niemądrym, niepokornym, zagubionym dzieciakiem, teraz potrafi być odpowiedzialną matką i wie, jak wychować dziecko. Bardzo, bardzo to doceniam i czuję jeszcze większą motywację, by nie zawieść pokładanego we mnie zaufania. 

Tak, pamiętam. Czasem ta moja dobra pamięć jest dla mnie przekleństwem, bo pamiętam i niedobre rzeczy, ale kiedy chodzi o wychowywanie moich dzieci, pamięć jest dla mnie wielkim skarbem i źródłem wiedzy. Pamiętam, jak się czułam jako dziwne dziecko, stara malutka. Pamiętam, czego wówczas potrzebowałam i co miało na mnie wpływ. Możliwe, że będę wiedziała, jak pielęgnować wyjątkowość moich dzieci. 

"Wiem, że będzie Ci łatwiej niż mnie było i mam tylko trochę nadziei, że to przez dom jaki z Twoim Ojcem tworzyliśmy dla Was.

Mamusiu, tak.  
To, co zrobili moi rodzice, jakich dołożyli starań, żeby stworzyć dla nas wspaniały, dobry, ciepły dom, to jest po prostu coś niesamowitego. Oni są oboje jak z obrazka i nie mam tu na myśli ich wyglądu (choć też). To są tacy ludzie, którzy są zawsze w porządku, zawsze stają na wysokości zadania, zawsze robią to, co mają do zrobienia. Nie, nie są idealni, po prostu robią dobrą robotę. Zawsze, we wszystkim. Słuchajcie, moi rodzice oboje doświadczyli w dzieciństwie bolesnej straty, smutku, przeżyli ciężkie chwile. Dom, jaki dla nas stworzyli, znali chyba głównie ze swoich marzeń i z książek, które czytali, bo ich codzienność była inna. Zawsze, nawet w tych chwilach, gdy się kłóciliśmy i miałam wszystkiego dosyć, byłam świadoma tego, jak wyjątkowe jest to, co wspólnie wypracowali. 

Trochę mnie też ta ich wieczna poprawność onieśmiela, bo gdzie mnie do nich. Moja mama nie zostawiłaby brudnych naczyń w zlewie, a u mnie, kurczę, dalej leżą. Skończę pisać i pozmywam. Moja mama jest zawsze punktualna, a ja się często spóźniam.

Mimo wszystko myślę, że wypada być niedoskonałą i nie świadczy to o mnie aż tak źle. W gruncie rzeczy nie te talerze są najważniejsze. Najważniejsza jest miłość. Bliskość, ciepło, wzajemne relacje. Czasem warto trochę wspólnie poleniuchować, nie robić nic pożytecznego, może nawet coś zawalić - ale razem, i mieć z tego frajdę. Oczywiście, bez przesady w drugą stronę. 

"Kocham Cię bardzo!"

 I ja Ciebie też.

Mam nadzieję, że dobrze się Wam czytało ten tekst. I że te wskazówki, nie wypunktowane jak we wpisach innych dziewczyn, ale rozsiane po całym tekście, jednak uda się Wam wyłuskać i wziąć sobie do serca. 

Bardzo się cieszę, że poprosiłam mamę o tych kilka słów. Myślę, że sama sporo dzięki nim zyskałam. Teraz czas, byście zyskali i Wy :)


czwartek, 4 października 2018

Kiedy wół był cielęciem.


Dość długo nosiłam się z zamiarem napisania tego tekstu. Były inne, pilniejsze tematy. Ale wreszcie przyszedł jego czas :)

W szufladzie na strychu przechowuję zdjęcia z mojej pierwszej, nazwijmy to, sesji zdjęciowej. Zrobiłyśmy je pewnego dnia z koleżanką. Miałam wtedy 14 lat. 

Wiecie, rumienię się na widok niektórych z tych zdjęć. Nawet nie dlatego, że jestem na nich w sportowym staniku. W upalne dni zdarzało mi się tak po prostu w nim chodzić, normalnie, do sklepu i na spacer. Albo w górze od bikini. Większe zakłopotanie wywołują we mnie niektóre spojrzenia uchwycone na zdjęciach, jak również nieodparte wrażenie, że patrzę na młodą kobietę świadomą swojego... swojej kobiecości.

Pamiętacie, jak to było, kiedy mieliście czternaście lat?


Ja pamiętam to dobrze. Wspominałam Wam już, że moja pamięć działa w specyficzny sposób :) Ma to swoje zalety i wady. Jedną z zalet jest właśnie to, że pamiętam, jak to jest być dzieckiem, nastolatką, dorastającą osobą. Staram się podtrzymywać w sobie tę pamięć, choć nie jest to łatwe. Łapię się czasem na tym, że zaczynam narzekać na dzisiejszą młodzież, że patrzę na dzieci jak na istoty zdecydowanie mniej rozumne i dojrzałe niż w rzeczywistości. 

Kiedy miałam czternaście lat, uważałam się oczywiście za bardzo mądrą i dojrzałą. To, że ja tak uważałam, chyba nikogo nie dziwi :) Bardziej zastanawiające jest to, że inni też zdawali się tak o mnie myśleć. Choć śmiać mi się chce, kiedy pomyślę o niektórych wygłoszonych przeze mnie wówczas mądrościach, to jednak byli ludzie, którzy słuchali tych mądrości z zupełną powagą i nawet powtarzali je dalej.

Jako czternastolatka byłam prawie tego wzrostu co teraz. Myślałam wówczas, że pewnie już więcej nie urosnę, jednak w liceum przydarzył mi się dość niespodziewany przypływ centymetrów, i to w linii pionowej :) Moja sylwetka zmieniała się wielokrotnie, mam wrażenie, że nieustannie lawirowałam między chudością a pewną pulchnością, choć prawdziwej nadwagi nie miałam chyba nigdy. Co ciekawe, niektóre ubrania z tamtego okresu mam nadal w szafie i nawet zdarza mi się w nich chodzić od czasu do czasu :) Wielokrotnie brano mnie za osobę starszą niż w rzeczywistości. Pamiętam dobrze, że miałam 12 lat, kiedy pierwszy raz zostałam zapytana o to, gdzie studiuję. Dwanaście lat! Teraz, kiedy patrzę na dwunastolatki, widzę w nich małe dziewczynki. I wiecie, bardzo się staram, żeby jednak popatrzeć na nie inaczej.

W wieku czternastu lat byłam o wiele większym niewiniątkiem, niż na to wyglądałam. W mojej ówczesnej świadomości sex appeal nie miał zbyt wiele wspólnego z erotyzmem czy z chęcią uprawiania seksu. Ja chciałam po prostu być ładna i podobać się chłopakom. Zamierzałam pozostać dziewicą do ślubu. Jednak pierwsze pocałunki miałam już za sobą.

Ta dzisiejsza młodzież! Te dzisiejsze dzieci!


Obecnie często mam kontakt z nastolatkami. Nieraz mnie zadziwiają. Szczególnie tym, jacy są bezpośredni w komunikacji z obcymi osobami. Myślę, że mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że ja taka nie byłam, a miałam opinię pyskatej. Nasze pokolenie czuło jednak większy respekt przed dorosłymi. Poza tym szczegółem, nie różnią się jednak od nas za bardzo. Traktują bardzo emocjonalnie sprawy, które dla nas, dorosłych, są błahe. Źle znoszą porażkę, przegrywanie. Popisują się przed rówieśnikami. Używają brzydkich słów. Mają dziwne fryzury i styl ubierania się. Słuchają innej muzyki niż ich rodzice, mają inne sposoby na spędzanie wolnego czasu. Zupełnie jak my w ich wieku.

Łapię się na tym, że patrzę na tych ludzi, ponad dwukrotnie ode mnie młodszych, jak na małe dzieci. Niestety, nie są nimi :) Oni są tacy jak ta młoda kobieta ze zdjęć, które trzymam w szufladzie na strychu. To jakaś cząstka mnie nie może pogodzić się z faktem, że minęło już tyle lat :) Oni właśnie przeżywają swój czas. Pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, pierwsze eksperymenty z alkoholem, pierwsze próby stania się atrakcyjniejszym dla płci przeciwnej. Nie, to nie jest za wcześnie. To jest ten moment.

Każda dzisiejsza młodzież jest taka sama. Zmieniają się tylko trendy, style, powody buntu, sposoby szokowania dorosłych swoim zachowaniem. U źródła jest zawsze to samo: młody dorastający człowiek, który czuje się już dorosły i wierzy, że może żyć po swojemu.

Kiedyś dowiem się, że Robert ma swoją dziewczynę. Prawdziwą, nie koleżankę z przedszkola, której da laurkę na Dzień Kobiet. Dziewczynę, z którą będzie się całował. Pewnie pomyślę wtedy, że to za wcześnie, że przecież to jeszcze mój mały chłopczyk. Potem zrozumiem, że wcale nie jest za wcześnie, że po prostu przyszedł już ten czas.

Matko, pilnuj swoich dzieci!


Skąd w ogóle pomysł, by napisać ten tekst? W czasie, kiedy zaczęłam nad nim pracować, wielu ludzi oskarżało jedną matkę, że nie zdołała upilnować czternastolatka, przez co wydarzyła się tragedia.

Weź tu i upilnuj czternastoletniego faceta.

Przecież taki czternastolatek może już mieć z metr osiemdziesiąt wzrostu, pojawia się u niego zarost. Jak usłyszysz go przez telefon, możesz go pomylić z jego tatą. Ba, w bezpośrednim kontakcie też możesz się pomylić. Pewnie nieraz już został wzięty za dorosłego mężczyznę. Pewnie i nieraz z tego skorzystał.

Dlaczego upieramy się, by widzieć w nim małe dziecko?

Warto rozmawiać z młodymi ludźmi. Uczyć ich ostrożności, rozważnego postępowania. Uczulać na różne niebezpieczeństwa. Ale też trzeba zdać sobie sprawę z tego, że nasze możliwości jako rodziców są już mocno ograniczone. To nie są niemowlęta, które w razie niebezpieczeństwa weźmiemy na ręce i wsadzimy do wózka. To młode kobiety i młodzi mężczyźni, którym nieraz musimy zaufać i wierzyć w ich rozsądek. 

poniedziałek, 17 września 2018

A może to nam się uda?


Coraz częściej pozwalam sobie na tę zuchwałą myśl. Choć boję się rozczarowania, którego doznam, kiedy okaże się, że jednak wyobrażałam sobie zbyt wiele.

Wiecie, często słyszę od różnych osób, że Robert jest wyjątkowo grzecznym dzieckiem. Ostatnio usłyszałam od pani ze żłobka, że jest "najgrzeczniejszy w grupie". Przyjmuję te słowa bez wielkiej ekscytacji - bo jak można w ogóle mówić o grzeczności w przypadku niespełna dwuletniego dziecka? - ale jednak z przyjemnością. Jest mi zwyczajnie, po ludzku miło, że mój synek jest pogodny i kontaktowy - bo o to właśnie chodzi z tą jego grzecznością. Przeważnie nie doszukuję się w tym jakichś wielkich moich zasług jako matki, ale przyznam, coraz częściej zdarza mi się tak myśleć. Że to bliskość i czułość, którą dawałam mu od pierwszych dni, tak pięknie teraz procentuje. Że jego pogodne usposobienie kształtowało się dzięki mojemu spokojowi i pozytywnemu nastawieniu.

Może życie zweryfikuje moje naiwne myślenie. Może moje drugie dziecko będzie zupełnie inne niż Robert i żadna porcja czułości i uśmiechów nie zmieni go w pogodnego aniołka. Mimo to pozwalam sobie coraz częściej na zuchwałą myśl: a może faktycznie robię to dobrze?

Wychowuję moje dziecko bezstresowo.


Heh, w sumie mogę tak powiedzieć :) Choć moje skojarzenia z pojęciem wychowania bezstresowego są pewnie podobne do Waszych... Ale po pierwsze, stres nie należy do uczuć, które chciałabym wzbudzać w moim dziecku. Po drugie, do tej pory nie widzę powodów, za co miałabym zacząć go stresować. Za jego ciekawość świata? Za to, że jeszcze wielu rzeczy nie wie i nie potrafi? Za to, że czasem nie radzi sobie jeszcze z emocjami? Za to, że tak bardzo mnie potrzebuje?

Wiadomo, nie jestem superbohaterką i nie mam nerwów we stali. Zdarza mi się tracić cierpliwość i podnosić głos. Ale to nie znaczy, że moje dziecko na to zasługuje. To świadczy o mnie, nie o nim.

Uczę go, żeby szanował innych ludzi i że jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjaś krzywda. Jak go uczę? Mówię do niego, tłumaczę mu. Wiem, że jeszcze wiele razy będę musiała mu to powtórzyć. Powtarzam zatem. Cierpliwie. Bezstresowo.

Jesteśmy pokoleniem poranionych dorosłych.


Wielokrotnie słyszy się zdanie "mnie też rodzice bili i wyrosłem na człowieka". Coraz częściej jednak pojawiają się też mniej lub bardziej ostrożne riposty, że może niekoniecznie wyrosłeś na człowieka, skoro chcesz bić dziecko... 

Ja jestem daleka temu, by komukolwiek odmawiać człowieczeństwa, ale w takiej sytuacji zapytałabym raczej: a czy zastanawiałeś się, jakim człowiekiem mógłbyś być, gdyby jednak rodzice Cię nie bili?

Naprawdę, czy z naszym pokoleniem jest na pewno wszystko w porządku? Jeśli tak, to skąd te wszystkie depresje, nerwice, lęki? Skąd tak duży odsetek samobójstw i prób samobójczych? Dlaczego tylu ludzi, którzy wyrośli na człowieka, potrzebuje lekarzy i środków chemicznych, żeby poradzić sobie z codziennością?

Nie zamierzam tutaj rozliczać moich rodziców z ich metod wychowawczych. Wiem, że starali się najlepiej jak potrafili. Tyle, że priorytety mieli trochę inne niż te, do których dąży się dzisiaj. Miałam być przede wszystkim grzeczna, porządna i dobrze się uczyć. I w sumie mogę powiedzieć, że to się udało. Jestem osobą grzeczną i uprzejmą, choć moja niepokorna natura wiecznie skłania mnie do zapominania o tej grzeczności. Uczyłam się dobrze, może nie tak dobrze, jak oczekiwali moi rodzice, ale: świadectwo z paskiem przez niemal wszystkie lata mojej edukacji, ani jednej poprawki na studiach, duże zaangażowanie w zajęciach pozalekcyjnych, liczne konkursy itd. ... Porządna może nie jest pierwszym słowem, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o sobie - ale w sumie jakiś poziom życiowego ogarnięcia osiągnęłam.

Nie nauczyłam się asertywności, pewności siebie, poczucia własnej wartości, konsekwencji w dążeniu do spełnienia swoich marzeń. Stale o to walczę. Jeśli sprawiam wrażenie osoby, która nie ma z tym problemu, to widocznie walczę całkiem nieźle. 

Przeważnie ustępuję innym, nawet jeśli jestem przekonana, że mam rację. Rzadko potrafię postawić na swoim. Zazwyczaj zauważam jako ostatnia, że ktoś jest wobec mnie nie w porządku. Niemal zawsze wolę się wycofać niż doprowadzić do tego, że ktoś będzie na mnie zły.

Nie twierdzę, że moi rodzice nie chcieli, żebym wyrosła na osobę pewną siebie i mającą własne zdanie. Na pewno chcieli. Po prostu... powiedzmy, że tego nie było w programie. Słowo asertywność w ogóle nie było wówczas zbyt modne. Pamiętam, że jako nastolatka sprawdzałam jego znaczenie w słowniku.

Może to nam się uda?


Kiedyś nie chciałam być matką, bo obawiałam się, że na pewno w jakiś sposób, w mniejszym lub większym stopniu skrzywdzę moje dziecko. Potem uznałam, że nie ma sensu bać się na zapas, no i w końcu złe matki też mają fajne dzieci. Liczyłam się z tym, że kiedyś moje dziecko będzie przeze mnie nieszczęśliwe, że będzie między nami konflikt, że nie będziemy umieli się dogadać. Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na myślenie, że może wcale tak nie będzie?

Przecież te wszystkie zmiany, które obserwujemy w podejściu do wychowywania dzieci, muszą do czegoś prowadzić. To niemożliwe, żeby przeprowadzono tyle badań, napisano tyle mądrych słów... tylko po to, żeby kolejne pokolenie za kilkanaście-kilkadziesiąt lat lizało rany z dzieciństwa.

Może to właśnie my jesteśmy tymi rodzicami, którzy wychowają dzieci na szczęśliwych, świadomych swej wartości ludzi. O ile nie zarazimy ich przy tym własnymi lękami i ograniczeniami - istnieje duża szansa, że nam się to uda.