Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cesarskie cięcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cesarskie cięcie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 września 2019

5 lat z życia jednego brzucha.



Dzień zaczynam od dawki hormonów i od serii ćwiczeń. To pierwsze już raczej się nie zmieni, tego drugiego sama nie chcę zmieniać, choć nikt mi już nie każe ćwiczyć. Daje mi to jednak fantastyczne poczucie, że robię coś dla siebie i jestem aktywna, a jeśli przy tym może sprawić, że zdjęcie z 2020 roku będzie wyglądało lepiej niż to aktualne, to chyba warto się starać :)

Jak już kiedyś zauważyłam, w tym roku zapanowała istna moda na porównywanie zdjęć z przeszłości z obecnymi. Ja sama niezależnie od tej mody zawsze lubiłam sporządzać takie zestawienia, przede wszystkim dlatego, że jestem strasznie sentymentalna. Ale w tym zestawieniu chodzi nie tylko o powrót do wspomnień.

Te zdjęcia pokazują coś, o czym pewnie dobrze wiecie, ale być może nieczęsto patrzycie na to w ten sposób. Pokazują, jaką wielką rewolucją dla naszego ciała jest decyzja o zajściu w ciążę. Te zmiany wpływają na cały organizm, na gospodarkę hormonalną, co za tym idzie, na nasze samopoczucie i na równowagę psychiczną. Przyznam, że pomysł na sporządzenie takiego zestawienia przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, po tym, gdy jedna z bliskich osób zarzuciła mi, że stałam się humorzasta... Pomyślałam wtedy: Ej, po dwóch ciążach w krótkich odstępie czasu, dwukrotnych zmianach wagi o 20 kg w jedną i drugą stronę, to niby jaka ja mam być? :)

Zapraszam do podróży w czasie.

2015: Starania o ciążę.


Fot. Michał Buczek

Ten temat przewija się co jakiś czas na blogu, ale chyba nigdy nie pochyliłam się nad nim w sposób wyczerpujący. Zasadniczo, cały rok 2015 (i spory kawałek 2014, a także początek 2016) był dla mnie czasem starania się o pierwsze dziecko. W marcu jeden lekarz zdiagnozował u mnie zespół policystycznych jajników (PCOS), choć sam dziwił się przy tym, że nie wyglądam na osobę dotkniętą tym schorzeniem - typowe objawy to m.in. nadwaga, nadmierne owłosienie. Zaczęłam kurację hormonalną. Kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nie pewien zbieg okoliczności. Przyjechałam do przychodni na umówioną wizytę, aby dostać receptę na kolejną porcję hormonów i dowiedziałam się... że mój lekarz już tam nie pracuje. Przyjęła mnie inna lekarka, która jednak odmówiła wypisania recepty - stwierdziła, że jeśli leczenie do tej pory nie dało rezultatów, to prawdopodobnie przyczyna mojej bezpłodności jest inna. Szereg kolejnych wizyt wykazał, że diagnoza była błędna, nie miałam nigdy PCOS. Źle dobrane leki raczej mi zaszkodziły niż pomogły. Miałam cierpliwie czekać, aż wreszcie się uda. Wiecie, jak to mówią... staranie się o dziecko nie jest nieprzyjemne ;)

Jak wyglądałam? Uczciwość nakazuje przyznać, że to zdjęcie jest wyjątkowo korzystne, to już nie były moje najszczuplejsze czasy. Nie miałam już organizmu dwudziestolatki, która mogła zjeść wszystko i nie przytyć, hormony też pewnie zadziałały po swojemu. Ważyłam 55 kg, co było prawie najwyższą moją wagą w czasach przed dzieckiem. Miałam sporo zmartwień, bo końcówka roku 2014 przyniosła mi duże kłopoty zawodowe i finansowe, których skutki odczuwałam bardzo silnie przez cały następny rok. Raczej nie wpłynęło to dobrze na mój wygląd.

2016: Upragniona ciąża!


Fot. Sobie Jestem

Tak, historia moich starań o dziecko jest znacznie mniej dramatyczna niż wiele innych historii, z którymi mogliście się spotkać. Pewnego dnia po prostu się udało. Mniej więcej w tym czasie, kiedy miałam już zamiar poddać się znacznie poważniejszym badaniom w celu zdiagnozowania przyczyn bezpłodności. Śmiejemy się czasem, że trzeba nam było wyjątkowego dnia - bo początek mojej ciąży datuje się na noc z 29 lutego na 1 marca :)

W pierwszych tygodniach moja ciąża była zagrożona. Potem, gdy zagrożenie minęło - kwitłam, czułam się wspaniale, nie miałam większych dolegliwości. Czasem, zwłaszcza w trzecim trymestrze, robiło mi się słabo. Przeważnie uważałam na siebie bardziej z rozsądku niż dlatego, że naprawdę nie czułam się na siłach, by coś zrobić. Pod koniec zaczęłam odczuwać problemy z chodzeniem i ból bioder. 

Jak wyglądałam? Znajomi dziwili się, gdy mówiłam, że przytyłam aż 20 kg, bo ponoć nie było tego po mnie widać. Ja widziałam. Im bliżej porodu, tym pełniejszą miałam twarz, no i oczywiście wielki brzuch. Nie wiem, jaki miałam obwód w pasie, bo gdy próbowałam rozciągnąć metr krawiecki, by się nim opasać, to go rozerwałam :D Przed ciążą zawsze miałam wąską talię, musiałam się zatem bardzo mocno rozciągnąć, rozrosnąć. Mój kręgosłup, biodra odczuwały, że nagle muszą dźwigać znacznie większy ciężar. Niełatwo było mi znaleźć wygodną pozycję do spania. Za to moje włosy i cera były w świetnej kondycji i przyznam, że nigdy w życiu nie czułam się tak piękna jak wtedy.

2017: Stan po ciąży.


Fot. Joanna Schönborn-Tomczak: Przerwa w dostawie deszczu

Czułam się dobrze, więc też nie szukałam pomocy u żadnych lekarzy. Może niesłusznie? Bywałam zmęczona i senna, ale powiedzmy, że matkom niemowlaków zdarza się to dość często ;) Nie miałam depresji ani problemów zdrowotnych, laktacja bez zarzutu, fantastycznie się odnalazłam w roli mamy. Dość szybko zaczęliśmy się starać o drugie dziecko. Nie chcieliśmy czekać, nauczeni doświadczeniem z poprzednich lat. Wiedzieliśmy już, że w naszym przypadku to może trwać dłużej, niż byśmy tego chcieli. 

Jak wyglądałam? Nie wracałam do sylwetki sprzed ciąży z jakąś wyjątkową szybkością, ale też nie mogę powiedzieć, by mi na tym bardzo zależało. Miałam może drobne momenty słabości, gdy widziałam siebie i swój pociążowy brzuch na zdjęciach. Albo wtedy w czerwcu, gdy zapytano mnie, czy jestem w ciąży. Ale nie było źle, zaczęłam znów pozować do zdjęć, wskoczyłam nawet w dość skąpy strój. Gdzieś pod koniec roku wróciłam do wagi sprzed ciąży - 55 kg.

2018: Druga ciąża!


Fot. Nina Filek

Udało się szybko, co zakrawa na mały cud, biorąc pod uwagę liczne okoliczności, które mogły to upragnione drugie zajście opóźnić. Tym razem było inaczej. Praktycznie w tym samym czasie dowiedziałam się o ciąży i o Hashimoto. Nadal trochę nie mogę uwierzyć, że mam jakąś przewlekłą chorobę. W ogóle nie czuję się jak osoba chora. Za to zyskałam piękne wytłumaczenie dla wszelkich moich huśtawek nastrojów i gorszych stanów :D Ale nie korzystam z tego za często.

Druga ciąża była trudniejsza, więcej dolegliwości, więcej problemów zdrowotnych. Do tej pory wspominam końcówkę października z pewną zgrozą i poczuciem, że dosłownie walczyłam o życie. A w tym wszystkim był też ze mną mały, kochany człowieczek, który musiał zrozumieć, że mama nie może już go nosić na rękach i czasem znika na kilka dni albo leży w łóżku.

Jak wyglądałam? Tym razem brzuszek był widoczny dużo wcześniej, tak naprawdę już w drugim miesiącu dało się go zauważyć - czyli na tym etapie, kiedy niektóre kobiety wolą jeszcze nikomu nie mówić o ciąży! Wcześniej pojawiły się też problemy z chodzeniem. Wagę 75 kg, czyli taką, jak przy pierwszym porodzie, osiągnęłam już na początku ósmego miesiąca. Obawiałam się, że pod koniec ciąży ta waga będzie jeszcze znacznie większa, ale jakimś cudem nie przytyłam już nawet o jeden kilogram. Nie czułam się może już tak wyjątkowo piękna jak w pierwszej ciąży, za to nawet nie zauważyłam, kiedy moje włosy tak bardzo urosły. Pogodziłam się dawno z myślą, że dłuższe niż do połowy ramienia nie będą już nigdy, taka ich uroda, tymczasem teraz są do pasa.

2019: Stan po ciąży.


Zaniepokoiło mnie, że ból bioder i kręgosłupa nie minął po porodzie, tak jak to było za pierwszym razem. Poszłam na konsultację z fizjoterapeutą i dowiedziałam się, że mam rozstęp mięśni brzucha. Dolegliwość, którą opisałam rok wcześniej na blogu, posiłkując się głównie wiedzą z Internetu, poznałam teraz na własnej skórze. Okazało się, że problemy z chodzeniem wynikały pośrednio właśnie z tego - brak oparcia w mięśniach brzucha powodował, że kręgosłup i biodra były nadmiernie obciążone. 

Przez trzy miesiące regularnie uczęszczałam na fizjoterapię. Spotkania wyglądały tak, że najpierw terapeutka oceniała, w jakim stanie są moje mięśnie, potem robiła mi masaż (coś cudownego :)), a następnie wykonywałam ćwiczenia. Z początku bardzo proste, polegające właściwie na samym napięciu mięśni. Zaskoczyło mnie, jak bardzo byłam słaba - w ogóle nie czułam, że mam tam jakieś mięśnie i że one choć trochę pracują! Z czasem było lepiej, a ćwiczenia stawały się coraz bardziej zaawansowane. Na koniec każdego spotkania terapeutka zaklejała mnie taśmami, żeby mięśnie przyzwyczajały się do prawidłowego działania. Nosiłam te taśmy za każdym razem przez kilka dni i śmiałam się, że tak wygląda człowiek bez pępka :D Czułam się z nimi bardzo dobrze, bezpiecznie, stabilnie. Naprawdę pomagały, choć pod koniec pewnie to było działanie bardziej na podświadomość.


Czuję się dobrze. Wydaje mi się, że miałam niezbyt poważną depresję poporodową, choć moje gorsze samopoczucie w tamtym czasie mogło też wynikać z różnych problemów, które mnie wówczas dotknęły, a także, oczywiście z mojego stanu zdrowia. W każdym razie, szybko przeszło :)

Jak wyglądam? Nie narzekam ;) Moje mięśnie są już w dobrym stanie, jednak brzuszek nadal trochę widać. Zauważam go przede wszystkim na zdjęciach. Ważę około 60 kg, z drobnymi wahaniami o 1-2 kg. Nie czuję, żeby to było jakoś strasznie dużo :)


Pięć lat - w czasie których zażyłam całą aptekę hormonów, a jeszcze więcej wyprodukowało moje ciało najpierw w jednej, potem w drugiej ciąży, podczas dochodzenia do siebie po porodach i w czasie karmienia piersią, dwa razy przytyłam i dwa razy "zrzuciłam" 20 kg (no, pięć kilogramów jeszcze zrzucam), obciążałam mięśnie i kręgosłup na wiele możliwych sposobów (a już najzabawniej było wtedy, kiedy w zaawansowanej ciąży brałam 12-kilogramowego Roberta na ręce), rozciągałam skórę, przeżywałam najróżniejsze stresy, napięcia, zmartwienia, no i nie zapominajmy o tym, że dwa razy zostałam rozcięta skalpelem (i drugi raz był dość ekstremalny).

Wszystko dla tych dwóch łobuziaków.


Idealną puentą do tego tekstu byłyby zdjęcia moich uśmiechniętych synków, ale darujcie, nie umieszczam ich buziek w Internecie. Są piękni, uwierzcie na słowo. Pogodni, zdrowi, przytulaśni, dają mi tyle miłości i szczęścia, że dla nich mogłabym i ze czterdzieści kilo przytyć i zjeść ze trzy apteki różnych leków, byle tylko mieć ich w swoim życiu. 

Pomyśl ciepło o swojej mamie, o mamach, które znasz. 

czwartek, 16 maja 2019

STRASZNY tekst o porodzie! Czyli: nikt nie powiedział, chociaż każdy wiedział.


Kiedy zostajesz blogerką piszącą o macierzyństwie, na starcie pojawia się dylemat: jak pisać? Pokazywać piękno macierzyństwa czy wręcz przeciwnie, jego gorsze strony? Kreować się na wspaniałą mamę, która zna się na rzeczy, czy śmiało przyznawać się do swoich porażek? Raczej zachęcać, czy raczej przestrzegać?

Myślę, że taki dylemat dotyczy nie tylko blogujących mam, ale w ogóle wszystkich mam, które mają w swoim otoczeniu kobiety dopiero przygotowujące się do macierzyństwa. Co im powiedzieć? Przecież one i tak mogą sobie tylko wyobrażać, jak to jest. I wcale nie wiadomo, czy będą miały tak samo jak Ty. W moim przypadku wiele obaw nigdy się nie sprawdziło, często byłam straszona na wyrost. Te wszystkie legendy o nieprzespanych nocach! Kurczę, ja śpię. Każdej nocy. Czasem zdarzy się pobudka, ostatnio nawet często, ale potem po prostu śpimy dalej. Nauczyłam się w ogóle nie traktować tych pobudek w kategorii zakłócenia snu.

Albo teksty o zimnej kawie. Nie wiem, jak to się dzieje, ale ja zawsze piję ciepłą.

Jednak nie wszystkie strachy były na wyrost. Zdarzyło się i tak, że było wręcz przeciwnie: zapewniano mnie, że nie ma się czego obawiać, a w moim przypadku okazało się, że jednak było. To dotyczy przede wszystkim obu moich porodów.

Nikt nie powiedział...


"Nie chciałam Cię straszyć", napisała mi przyjaciółka po moim pierwszym porodzie. "Uważam, że dobre nastawienie ma też znaczenie".

Oczywiście, że to rozumiem. Co więcej, sama tak robię. Po co mam straszyć młodą mamę, że może być tak, że będzie rodziła całą noc w bólu, a potem i tak ją potną? Przecież znam całe mnóstwo kobiet, którym oszczędzono takich przeżyć. Znam dziewczyny, które nawet się nie zorientowały, że już rodzą, bo nic nie bolało. Znam dziewczyny, dla których skurcze porodowe były bardziej drażniące niż bolesne. Skoro to się zdarza, to po co od razu nastawiać się, że będzie strasznie?

Ja miałam dobre nastawienie. W końcu zawsze byłam odporna na ból. Próg wytrzymałości mam duży. Dlaczego żałuję, że jednak nikt mnie nie ostrzegł? Bo po porodzie, jednym i drugim czułam, że zawaliłam (po drugim czułam to trochę krócej). Bo skoro miało być łatwo, miało być dobrze, a nie było, to chyba musiałam zrobić coś nie tak. Jak to ja. I od razu w myślach wyświetlała mi się cała lista innych rzeczy, z którymi ludzie na ogół nie mają problemu, a ja jakoś mam.

W każdym razie, po tym pierwszym porodzie wiedziałam już, że rodzenie siłami natury to niekoniecznie moja specjalność, byłam za to dość entuzjastycznie, a na pewno spokojnie nastawiona do cięcia cesarskiego. Już wiedziałam, że czasem trzeba, że to też poród równie dobry jak naturalny, że czasem ratuje życie. Już wiedziałam, że nie boli...

Z historią podobną do mojej spotkałam się raz, to znaczy raz, zanim to przydarzyło się mnie. Wyczytałam ją jeszcze jako dziecko w którejś gazetce u babci lub cioci, wiecie, w tych kolorowych czasopismach. Było to opisane jako sensacja, coś nieprawdopodobnego, sytuacja jedna na milion. Oczywiście opis zrobił na mnie wielkie wrażenie. Po porodzie wracał do mnie jak bumerang.

Już wiecie, prawda?

Znieczulenie nie zadziałało.


Tak, poczułam, jak rozcina mnie skalpel.
Nawet pisanie o tym boli.
Wiedziałam, że może być różnie już w chwili, gdy anestezjolog miał jakieś przedziwne kłopoty ze zrobieniem mi zastrzyku. Naprawdę, za pierwszym razem poszło za jednym wkłuciem, a przecież nie było dużo czasu, bo już rodziłam od dawna. Teraz - niby na spokojnie, proszę usiąść, wypiąć plecy - a próbował się wkłuć chyba ze cztery razy. Podobno mogło być tak, że po pierwszym zastrzyku zrobił mi się jakiś zrost i znieczulenie poszło bokiem... Wytłumaczenie dobre jak każde.

Zaczęłam wpadać w panikę, kiedy usłyszałam pytanie "Czy nogi robią się ciepłe?", pytanie rzucone od niechcenia, z pełnym przekonaniem, że musi być dobrze - a moja odpowiedź brzmiała "nie". Potem przez dłuższy czas trwało ustalanie, czy ja jeszcze czuję, czy już nie czuję, aż wreszcie z jakiegoś powodu lekarz uznał, że chyba jednak już nie czuję.

Powiem Wam, że nie od razu się zorientowałam. Pewnie trudno w to uwierzyć, bo jak można się nie zorientować, że jest się rozcinanym bez znieczulenia? Jednak jest coś takiego jak szok. Poza tym wmawiałam sobie, że musi być dobrze. To, co czułam, brałam za zwykły dyskomfort, ale w którymś momencie poczułam, że więcej nie jestem w stanie wytrzymać... Zaczęłam machać nogami, które podobno miały być już nieruchome. Wtedy wszyscy się zorientowali, co się dzieje. Dostałam narkozę.

Generalnie operacji pod narkozą nie polecam, bo rurka do oddychania bardzo podrażniła mi gardło i ciągle chciało mi się kasłać, a na brzuchu miałam świeżą bliznę. Ale to nie było najgorsze. W gorszym stanie była moja psychika. Zanim jakoś to poukładałam w głowie, na zmianę wyrzucałam sobie, że nie wytrzymałam zwykłego cięcia cesarskiego - a w innych chwilach przeżywałam strasznie fakt, że zostałam rozcięta żywcem, rozcięta żywcem, jak ta kobieta z artykułu! Naprawdę nie było łatwo sobie z tym poradzić. Po kilku dniach pogodziłam się z tym, co się stało. Ale nigdy, już nigdy nie chcę rodzić. 

...a każdy wiedział.


Przed wyjściem ze szpitala zdążyłam usłyszeć cztery historie podobne do mojej. Nie, nie byłam wcale długo w tym szpitalu. Nagle się okazało, że każdy zna jakąś kobietę, którą operowano na żywca, albo przynajmniej każdy zna kogoś, kto zna kobietę, którą operowano na żywca.

Serio, jak tu nie przestrzegać, jak nie straszyć, skoro wychodzi na to, że to całe znieczulenie to jakaś loteria - raz działa, a raz nie? Zrobił mi się zrost, jak często po takim zastrzyku robi się zrost? Nie brzmi to jak coś bardzo nietypowego.

Nie dziwi mnie to, że takie historie wychodzą na jaw dopiero po fakcie. Bo przecież kto miałby z czystym sumieniem opowiadać takie straszne rzeczy kobiecie w ciąży? Codziennie przeprowadza się setki cesarek, z pewnością zdecydowana większość z nich przebiega bez zarzutu. Kto mógł przewidzieć, że będzie tak źle? Nikt.

Wiem, że straszę Was teraz.
Wiem, że może mnie czytać kobieta w ciąży.
Ale może mnie też czytać kobieta, która potrzebuje zrozumieć, że naprawdę, czasami coś przebiega niezgodnie z planem i nie dzieje się tak dlatego, że to z nią jest jakiś problem.

Czasami porody nie są dobre.
Czasami cesarka nie przebiega zgodnie z planem.
Czasem nie nakarmisz swojego dziecka piersią. Choć wiele problemów z laktacją da się rozwiązać, to jednak nie wszystkie.
Czasem Twoje dziecko nie da Ci przespać nocy przez dobre kilka lat.
Może być tak, że Twoje dziecko nie będzie zdrowe.
Może się zdarzyć, że nie przed wszystkim je uchronisz.
Możesz mieć depresję. Możesz nie poczuć instynktu macierzyńskiego. Możesz złościć się na swoje dzieci.

Nie jesteś jedyna. Nie jesteś sama. Wszystko jest z Tobą w porządku. Twoje macierzyństwo nadal może być piękne.

Historia pierwszego porodu jest tutaj:
https://szczesliwavii.blogspot.com/2017/03/nie-ty-jedna-miaas-taki-porod.html

środa, 12 grudnia 2018

Mama po raz drugi, czyli: to samo, a jednak inaczej.


Pamiętam, że gdy - już prawie dwa lata temu - pisałam tekst podsumowujący pierwsze trzy miesiące życia Roberta, czułam się jeszcze bardzo niedoświadczona i prawdę mówiąc, niezbyt przekonana:  czy jestem właściwą osobą, wystarczająco kompetentną, by pisać o macierzyństwie?

Słuchajcie, bardzo się cieszę, że napisałam wtedy ten tekst. To prawda, co w nim pisałam - pamięć jest ulotna. Nie jestem już tą samą osobą i nie do końca umiem odnaleźć się w odczuciach, które wtedy opisałam. Naprawdę, to było dla mnie takie trudne? Takie nowe? Naprawdę tak wykończyła mnie nieprzespana noc? Naprawdę byłam tak niepewna siebie?

Dwa lata macierzyństwa nie zmieniły mnie w genialną ekspertkę, która na wszystko zna odpowiedź, ale dały mi luksus bycia osobą doświadczoną na oddziale położniczym. Korzystałam z tego luksusu na wszystkie możliwe sposoby: doradzając młodziutkim mamom, z którymi dzieliłam salę, umiejętnie podając mojemu dziecku pierś i nie przejmując się wcale, że pokarm jeszcze nie ruszył, radząc sobie z własnymi emocjami... Wiem, to brzmi trochę jak przechwałki, ale chodzi mi wyłącznie o podkreślenie, jak wiele się zmieniło. Mama drugiego dziecka to już zupełnie inna pacjentka niż pierworódka. 

Choć ostatnio brakuje mi czasu na wszystko, a już zwłaszcza na pisanie, chciałabym podzielić się z Wami emocjami związanymi z pojawieniem się Michała w naszym życiu.

Jaki on jest maleńki!


Z jednej strony nabyłam doświadczenia, z drugiej strony... Odzwyczaiłam się od tego, że dziecko może być aż takie malutkie i delikatne! Mam wrażenie, że dopiero teraz dopadły mnie pewne obawy, których jakimś cudem uniknęłam za pierwszym razem. Jestem ostrożniejsza, bardziej się boję, że przypadkiem zrobię tej małej istotce krzywdę. Przez dwa lata jako mama rozwijałam się razem z Robertem, razem z nim uczyłam się jego coraz większej samodzielności, współpracy... Teraz muszę zrobić duży krok do tyłu. Znów mam w ramionach bezbronnego noworodka. Widzę, że moje obawy, że tym razem będę już za bardzo niefrasobliwa, nie miały większych podstaw. 

Jacy oni są różni!


Pamiętacie, jak obawiałam się, że moi synowie będą identyczni? Cóż, to kolejna obawa, która się nie sprawdziła :) Chłopcy różnią się od siebie tak bardzo, jak bardzo mogą się od siebie różnić dwaj bracia mający tych samych rodziców. 

Przyznam, że na początku to było dość zaskakujące, tym bardziej, że nie potrafiłam nawet za bardzo określić, do kogo z nas Michał jest podobny. (Ponoć cała mama, ale dla mnie to podobieństwo nie jest aż tak ewidentne). Ale cieszę się, że są różni, każdy z nich jest jedyny i niepowtarzalny, i każdy na swój indywidualny sposób jest przepiękny :)

Robert jest wspaniałym starszym bratem. Jest ciekawy maluszka, chętnie go głaszcze i przytula, najchętniej nosiłby go na rękach, gdybyśmy mu na to pozwolili. Próbuje też częstować go swoim jedzeniem. Zazdrość? Na pewno jest, choć nie tak ewidentna, jak się obawialiśmy. Objawia się raczej w drobnostkach, między innymi w szukaniu mojej uwagi wtedy, gdy zajmuję się maluchem. Ale radzimy sobie z tym. Na pewno nie może narzekać na brak czułości - nadal jest moim ukochanym małym synkiem!

Jaki inny szpital!


Po raz kolejny rodziłam w Bochni. Mam wrażenie, że przez te dwa lata strasznie dużo się tam zmieniło, choć personel jest w dużym stopniu ten sam. Pozytywna zmiana jest taka, że zrobiło się tam - mam wrażenie - o wiele sympatyczniej. Z mojego pierwszego pobytu na oddziale położniczym zapamiętałam przede wszystkim to, że niemal co chwilę ktoś miał mi coś do zarzucenia. Bo źle karmiłam, źle leżałam, źle trzymałam dziecko, źle się ubierałam, nawet dostało mi się za to, że byłam za gruba. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. Wszyscy byli nieopisanie mili i wspierający. Obserwowałam też, jak pomagają mojej koleżance z sali poradzić sobie z początkami karmienia piersią. Widziałam życzliwość i wsparcie, żadnych pouczeń czy pretensji.

Zmieniło się jednak coś jeszcze. Mam wrażenie, że dwa lata temu co chwilę ktoś do nas przychodził, coś sprawdzano, coś badano, dzieci były codziennie badane... Teraz tak nie było. Poza stałymi godzinami porannych i wieczornych obchodów personel był prawie niewidoczny. Po tym pobycie zostało mi wrażenie, że wszyscy jakoś tak... trochę mniej się starali. Cóż, może powinnam powiedzieć - coś za coś.

Ja po porodzie.


Doszłam do siebie znacznie szybciej niż dwa lata temu po urodzeniu Roberta. Kiedy wstawałam z łóżka po raz pierwszy po operacji, zrobiłam to tak szybko, że aż położna była zaskoczona. Oczywiście byłam obolała - nadal trochę jestem - ale nie byłam ani tak osłabiona, ani tak niewyspana jak za pierwszym razem, nie miałam też takiej huśtawki nastrojów.

Niepokoiłam się trochę, że przez to, co zdarzyło się przy moim porodzie, ciężko mi będzie wrócić do równowagi psychicznej. Nie było jednak tak źle. Paradoksalnie, fakt, że miałam powody, by czuć się źle, pomógł mi jakoś uporządkować tę masę emocji. Wszystkie negatywne myśli i odczucia wepchnęłam do jednego worka o nazwie "poród". I już mogłam się skupić na tych pozytywnych :)

Jeśli jesteś młodą mamą i zastanawiasz się nad drugim dzieckiem, jedno mogę powiedzieć Ci z pełnym przekonaniem: za drugim razem będziesz bardziej świadoma, bardziej gotowa. To, co sprawiało Ci trudności na początku przygody z macierzyństwem, za drugim razem będzie po prostu jeszcze jednym elementem Twojej codzienności. Na pewno sobie poradzisz :)



czwartek, 16 marca 2017

Nie Ty jedna miałaś taki poród.

Tak, wiem, moje wpisy nie układają się zbyt chronologicznie: niedawno pisałam o pierwszych trzech miesiącach życia dziecka, a teraz o porodzie. Ale cóż, nie prowadzę dzienniczka, a do tego uwielbiam podróże w czasie :)

13 grudnia 2016 roku o godzinie 5:05 wyjęto z mojego brzucha cztery kilogramy dziecka.

Co wtedy czułam? Bardzo wiele różnych rzeczy. Po pierwsze, było mi strasznie zimno i miałam dreszcze utrudniające oddychanie - trochę za wcześnie zrezygnowałam z podawanego mi tlenu. Ale to nie było takie ważne. Czułam przede wszystkim ulgę, że już mnie nic nie boli i że wreszcie ktoś zajmuje się mną z prawdziwą troską i zaangażowaniem. Czułam się też spokojna i pogodzona z losem: choć zależało mi na porodzie siłami natury, to jednak miałam różne obawy, czy na pewno temu podołam. Kiedy w końcu po całej nocy bólu wylądowałam na stole operacyjnym, pomyślałam sobie, że tak miało być, że od początku ten stół był mi pisany. 
Oczywiście czułam też, nieco przytłumioną przez zmęczenie, radość z tego, że już za chwilę spotkam się z moim synkiem twarzą w twarz.

Te pozytywne uczucia były na tyle silne, że niemal całkowicie przyćmiły te inne, które jednak też się pojawiły.
Uczucie, że zawiodłam.
Uczucie, że nie dałam rady.
Uczucie, które wydaje się absurdalne, ale zapewniam Was, że było prawdziwe: że nie umiem, nie umiałam urodzić mojego dziecka.

Wiecie, nie jestem największą fanką mojej osoby. Jak mi coś nie wyjdzie, to zawsze to zauważam. No, a teraz mi poród nie wyszedł.


Jak to się stało?


Przygotowywałam się do porodu najlepiej, jak potrafiłam. Dzięki szkole rodzenia miałam dobre nastawienie, ale też pewne oczekiwania. Wypytywałam rodzinę, koleżanki. Z perspektywy czasu myślę, że nikt nie chciał mnie straszyć i dlatego też te wszystkie opowieści wydawały mi się dość lekkostrawne. Nie wiem, jakim cudem przy całym moim zagłębianiu się w temat nie trafiłam wówczas na opis porodu podobnego do mojego własnego. Później znalazłam ich mnóstwo.

Nie byłam przygotowana na to, że praktycznie od początku do końca akcji będę mieć nieregularne skurcze. Nie byłam przygotowana na to, że najpierw przez wiele godzin będę mieć za małe rozwarcie, a potem nagle za duże i w efekcie nie dostanę znieczulenia. Absolutnie nie dotarło do mnie, że przez większość czasu będę zupełnie sama, zdana tylko na siebie i swoje liczenie, co ile minut mam te nieszczęsne skurcze, a wynik liczenia po każdym skurczu będzie inny. Jako osoba dość odporna na ból nawet nie myślałam o tym, że ból będzie ponad moje siły. Spodziewałam się współpracy, pomocy, a w efekcie wyglądało to tak, że kilka osób wpatrywało się ze zniecierpliwieniem między moje uda i zastanawiało się głośno, czemu jeszcze tego dziecka nie wypchnęłam i przekonywało mnie co chwilę do przewracania się z boku na bok, bo dziecko źle ułożone. Słyszałam, że muszę pomóc dziecku przyjść na świat, a jedyne, na co miałam siłę przy krótkich, ale potwornych skurczach to próbować jakoś przetrwać ten ból. I tak to było. Kiedy zapytano mnie, czy zgadzam się na cięcie cesarskie, moje "TAK!" było prawie radosne.

To nie była moja wina.


Kiedy po trzech miesiącach patrzę na to, co się stało na sali porodowej, przypomina mi się jeszcze jedno wydarzenie, dużo starsze. Kiedy miałam siedem lub osiem lat, usunięto mi trzeci migdał. Po operacji zostałam wypisana do domu, ale krótko później zaczęłam czuć się źle, wymiotować. Mama zabrała mnie do laryngologa. Pani doktor włożyła mi do ust patyczek, żeby obejrzeć moje gardło. Zawsze się tego okropnie bałam (i nadal nie lubię), więc zareagowałam, no cóż, tak jak kilkuletnie dziecko, które się czegoś okropnie boi. Pani doktor nie kryła niezadowolenia. A po chwili dowiedziałyśmy się, ja i mama, że muszę wracać do szpitala, bo coś jest nie tak.

Nikt mi wówczas nie powiedział tego, co dla dorosłych było pewnie zbyt oczywiste, by o tym mówić: że nie wracam do szpitala dlatego, że nie chciałam pokazać gardła. Dla mnie, najwyżej ośmioletniej, to był logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy: nie chciałam pokazać gardła, pani doktor była na mnie zła, musiałam wracać do szpitala. Mama płakała w drodze do domu, a ja się czułam bardzo, bardzo niegrzeczna. Czułam, zupełnie jak teraz, że zawiodłam.

Teraz było tak samo: nikt mi nie powiedział, że to nie moja wina. W jednej chwili zaspana i poirytowana lekarka tłumaczyła mi, że powinnam pomóc dziecku przyjść na świat, w następnej chwili jechałam na stół operacyjny. Nie było czasu na tłumaczenie, że akcja porodowa się cofa, dziecko jest za wysoko, skurcze są za krótkie i poród siłami natury stał się nierealny. Trzeba było działać, musiałam jeszcze podpisać mnóstwo dokumentów, musiałam dostać znieczulenie, nie było czasu na zbędne wyjaśnienia. Sama musiałam to zrozumieć.

Nie ja jedna miałam taki poród.


Po porodzie czytałam sporo na temat nieplanowanego cięcia cesarskiego. Znalazłam mnóstwo historii takich jak moja. I znacznie gorszych. Historia kobiety, u której zbyt późna decyzja o cięciu cesarskim spowodowała uszkodzenie macicy. Mnóstwo opowieści o tym, jak personel obecny przy porodzie zignorował spisany uprzednio plan porodu i nie przejmował się zupełnie oczekiwaniami rodzącej. Dowiedziałam się, że nieregularne skurcze to coś, co zdarza się często. Bardzo wiele porodów kończy się nieplanowanym cięciem cesarskim. Okazało się, że nie jestem jakimś wyjątkiem. 

Może miałaś podobny poród do mojego. Może inny, a równie trudny. Może czujesz się z tym źle. Dość łatwo znajdziesz w Internecie opisy przeżyć innych kobiet. Zachęcam Cię do tego. Poród to nie jest coś, co każda kobieta umie, a Ty nie. Jeśli poczytasz o doświadczeniach innych kobiet, może łatwiej Ci będzie zrozumieć, dlaczego było Ci tak ciężko.

I pamiętaj - cesarka to też poród! Nie daj się wpędzić w poczucie winy z jej powodu. Nie daj sobie wmówić, że nie urodziłaś dziecka. Urodziłaś. Popatrz, jakie duże i piękne :)
Gdybym nie wyraziła zgody na cięcie cesarskie, mojemu dziecku groziłaby śmierć z powodu niedotlenienia. Spadało mu tętno. Najlepsze, co mogłam zrobić, to zgodzić się na operację. Jeśli też miałaś cesarkę, to zapewne w Twoim przypadku było podobnie. Pamiętaj, zrobiłaś dla swojego dziecka to, co najlepsze. Nikt nie ma prawa wypowiadać się lekceważąco o tym, co przeżyłaś.

Jeśli masz ochotę podzielić się swoimi doświadczeniami, zapraszam do komentowania. Dla mnie to będzie bardzo miłe, a dla różnych czytających te słowa kobiet może okazać się również bardzo pomocne.