Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2020

Siedem lat szczęścia.

Fot. Sylwia Łęcka


Tak kiedyś miał się nazywać ten blog. Siedem lat liczyłam wówczas od - dajmy na to - dnia, w którym zrozumiałam, że jeśli chcę być szczęśliwa, to muszę zacząć szukać tego szczęścia gdzie indziej niż szukałam do tej pory. I znalazłam je!:)

Dziś myślę jednak o innej rocznicy, która miała miejsce kilka dni temu. O siódmej rocznicy naszego ślubu kościelnego :)

Co zmienił ślub kościelny?

Pisałam kiedyś już o tym, co zmienił w moim życiu ślub cywilny, który odbył się rok wcześniej. Jeśli miałabym porównać, które z tych wydarzeń stanowiło większą zmianę w naszym życiu - przyznam, że nie do końca potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie. Oba śluby były ważne. Kiedy ktoś pyta nas, od jak dawna jesteśmy małżeństwem, przeważnie odpowiadamy, że od ośmiu lat. Jednak gdy wracamy myślami do dnia naszego ślubu, częściej wspominamy jednak ten kościelny.

Oboje jesteśmy wierzącymi osobami. Zawarcie małżeństwa jako sakramentu miało dla nas wielkie znaczenie i wbrew temu, co niektórzy sądzili, było naszym celem od samego początku, to znaczy od dnia zaręczyn.

Choć duchowy aspekt był dla nas najważniejszy, zależało nam również na ładnej oprawie, pięknej muzyce, strojach, kwiatach, weselu - trochę tradycyjnym, ale jednak w "naszych" klimatach, na dobrej zabawie w gronie bliskich nam osób... No i zależało nam też na pięknych strojach :)

Fot. Sylwia Łęcka

Nie jest to rzecz, z której byłabym wybitnie dumna, ale - jeszcze jako mała dziewczynka wymarzyłam sobie wygląd mojej sukni ślubnej. To znaczy, zmodyfikowałam trochę ten dziecięcy projekt w oparciu o sugestie mojego męża. Tak powstał projekt sukni idealnej :) 

Całości stroju dopełniły buty, których historię opowiadałam Wam już kiedyś. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jesteśmy typową parą młodą.

Zrobiliśmy wiele, żeby ten dzień miał nasz własny, indywidualny charakter. Zamiast typowej weselnej kapeli, grał nam zespół rockowy. Było też karaoke. Zatańczyliśmy do ulubionej romantycznej piosenki, ale wpletliśmy w nią również zaskakującą, szybką wstawkę. W podziękowaniach dla rodziców pomogły nam muppety :) 

Fot. Marcin Tytko

Nawet figurki na torcie weselnym były jedyne w swoim rodzaju!

Fot. Sylwia Łęcka


Siedem lat małżeństwa - siedem chudych lat?

Po szalonym, nietypowym, nieszablonowym weselu zaczęło się małżeńskie życie codzienne. W nowym domu, bo nasza przeprowadzka ostatecznie niemal zbiegła się w czasie ze ślubem. W tym samym tygodniu przewoziliśmy meble i szliśmy do ołtarza :D

Jesteśmy dobrym, szczęśliwym małżeństwem. Nieraz jednak myślę o tych pierwszych siedmiu latach jako tych najtrudniejszych, "chudych", po których nadejdą następne, lepsze, spokojniejsze. Można to ująć tak, że patrzę z nadzieją w przyszłość :)

Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam tuż po ślubie, było podpisanie dużej, znaczącej umowy z ważnym klientem. Za to następną rzeczą było potknięcie się na dziurze w asfalcie – nie, to nie jest przenośnia :) Nie chodziłam i nie pracowałam przez następne dwa miesiące. Strach pomyśleć, jak wpłynąłby na moje życie jakiś poważniejszy wypadek, skoro skutki drobnego, niegroźnego złamania odczuwałam jeszcze przez lata, a właściwie gdzieś tam pośrednio nadal je odczuwam.

W ciągu pierwszych dwóch lat naszego małżeństwa odebraliśmy dwie bardzo gorzkie lekcje od losu. Pierwsza brzmiała tak: to, że chcecie mieć dziecko, wcale jeszcze nie znaczy, że będziecie mieć dziecko. Druga: szybki i niespodziewany sukces zawodowy może skutkować bolesnym, bolesnym upadkiem. Gorszym niż potknięcie na asfalcie, choć fizycznie bezbolesnym.

Rok 2014 był katastrofą. Rok 2015 był rokiem lizania ran, składania siebie na nowo do, pardon my French, kupy, i przede wszystkim rokiem próbowania, próbowania, próbowania. Jedyne, co było w tym piękne to, że byliśmy w tym razem. 

Kolejny rok przyniósł cud - Roberta :) Na pewno pisałam Wam już, że pierwsza ciąża była dla mnie cudownym doświadczeniem, był to jednak również trudny, stresujący czas. Miałam w pamięci to, co zawsze słyszałam o kobietach w ciąży, że nie wolno im się denerwować... I drżałam o nasze dziecko.

Rodzicielstwo wynagrodziło nam te trudne początki, a druga ciąża pokazała mi, jak bardzo relaksujące, piękne i radosne może być oczekiwanie na dziecko. Przynajmniej do momentu, kiedy nie wysiadło mi zdrowie :D

Mam wrażenie, że minione siedem lat, choć cudowne i pełne miłości, przeciągnęło nas jednak przez spore koleiny. Z chęcią przyjmiemy teraz siedem tłustych lat! To znaczy, mam nadzieję, że ta tłustość nie będzie dotyczyła naszych gabarytów, a przynajmniej nie tylko ich!

Siedem lat szczęścia.

Bez względu na różne trudności, jakie napotkaliśmy – nie miejcie wątpliwości, że to był czas pełen pięknych chwil. Dobrych wspomnień jest o wiele więcej niż tych złych. To były lata pełne radości, śmiechu, wspaniałych imprez, śpiewu, spotkań z przyjaciółmi, wycieczek w piękne miejsca… Nawet z trudniejszych dni staraliśmy się zawsze wyłuskać to, co było w nich najlepsze. Każde wyzwanie traktowaliśmy jak ciekawą przygodę, urozmaicenie, szansę na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wracamy do tych wspomnień z przyjemnością.

Fot. Janusz Bilski

Fot. Agata Łudzik

 
Fot. Andrzej Dymek


Szanowne życie, losie, przeznaczenie, szczęśliwa gwiazdo – dziękujemy za te siedem lat :) i prosimy o więcej!



sobota, 20 czerwca 2020

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło #3



Jest pewna rzecz, którą musicie wiedzieć o życiu w siódemkę (przypominam: czworo ludzi, trzy zwierzaki). Nasza codzienność jest jedną wielką przygodą!

Rytuały.


Rytuały poranne to, jak wiadomo, rzecz święta. Nie śmiałabym z tym dyskutować. Wiecie, co Robert musi, ale to musi zrobić każdego ranka? Musi przytulić każdą część garderoby, którą ma założyć. Przytulić spodenki, przytulić bluzę… To nie są zdawkowe uściski, każde przytulenie trwa odpowiednio długo i nieraz kończy się zaśnięciem ze spodenkami w czułych objęciach.

Przez pewien czas nie było mowy o umyciu zębów, jeśli nie poprzedziliśmy tej czynności dopasowaną tematycznie piosenką śpiewaną z podziałem na role :D

Rytuały przed snem są różne, zmieniają się w zależności od potrzeb. Czasem śpiewamy kołysanki. Najbardziej jednak rozczula mnie, gdy Robert wylicza (z moją drobną pomocą) wszystkie znane mu zwierzątka, które razem z nim idą spać. Małpeczka idzie spać, lew idzie spać, misio idzie spać… Czasem oprócz zwierzątek w zestawieniu pojawia się np. samochodzik albo traktor.

Co jest najlepszą zabawą?


Ostatnio atrakcją dnia jest rzucanie i odbijanie piłki, przy czym w zależności od humoru piłkę można odbić rękami, głową albo pupą. Michałek też z radością bierze udział w zabawie :) Robert pięknie dziękuje mu za każdym razem, gdy dostanie od niego piłkę.

Ale tego typu standardowe zabawy to, oczywiście, jeszcze nie wszystko! Co jeszcze lubią robić dzieci w wolnym czasie?

  • Kręcić kluczem. Robert nie umie jeszcze otworzyć ani zamknąć drzwi, ale samo próbowanie sprawia mu ogromną frajdę.
  • Biegać po ogrodzie w tę i z powrotem z okrzykiem: Rakieta Robert! Doszłam już do takiej wprawy, że po ułożeniu rąk rozpoznaję, czy po ogrodzie biega właśnie Rakieta Robert, czy Samolot Robert, czy też może Helikopter Robert (wtedy rączki robią śmigło nad głową).
  • A czasem po łóżku skacze mi Super Szczur. Bywa, że w moim staniku na głowie – wygląda jak wielkie uszy.
  • Czasem bawimy się w spanie. Ho-pśśś, ho-pśśś,,, To jedna z moich ulubionych zabaw.
  • A czasem bawimy się w groźne lwy. Żebyście tylko słyszeli lwi ryk Michałka!
  • Skoro o nim mowa – Michał jest jedyną znaną mi osobą na świecie, która potrafi się sama połaskotać i mieć z tego radochę. Leży na plecach, przebiera paluszkami po brzuszku, powtarza gili-gili i śmieje się serdecznie. Robert próbuje tego samego, ale z użyciem mojej miękkiej szczotki do włosów. Po czym zaraz okazuje się, że większą frajdę stanowi jednak łaskotanie brata.

Mowa jest złotem.


Michał, wbrew przewidywaniom, nie zaczął wcześnie chodzić. Mniej więcej przez pół roku dreptał przy meblach, zanim odważył się na samodzielne kroki. Natomiast rozwój mowy to już inna sprawa :) Jeszcze przed wspomnianymi pierwszymi krokami, z jego ust wydobywały się prawdziwe zdania, między innymi: „Ja chcę to”, „Nie chcę mleko”, „Nie ma halo” (to o sąsiedzie, który miał usta zasłonięte maską), czy też „Ty siku”.
Hm, pozostawię Waszym domysłom, w jakich wielce komfortowych okolicznościach usłyszałam to ostatnie zdanie…

Robert rozkręcił się z mówieniem do tego stopnia, że teraz opowiada bajki. Najczęściej zaczynają się one od słów „Przez cały dzień…”, przeważnie wybuchają w nich pożary i sytuację ratuje Strażak Sam. We wczorajszej bajce pojawił się też konik, który stał się smokiem i był niegrzeczny, a na koniec (już po interwencji Sama) były kwiatki i wszyscy powiedzieli „papa!”. Mówię Wam, dawno żadna bajka mnie tak nie wzruszyła do łez.



Przyznam, że lubię czasem posprzeczać się z Robertem. Podoba mi się, jak stara się postawić na swoim, nawet gdy nie ma w tym zbyt wiele sensu. Tak jak wtedy, gdy umówiłam męża na wizytę u lekarza. Kiedy mówiłam przez telefon, że przyjmie go pani doktor Baranowska, mój starszy synek, który był wtedy ewidentnie w nastroju Doktora No, zaprotestował głośno: „NIE BARANOWSKA, TYLKO OWIECZKA!”. Podobno pani doktor bardzo się ucieszyła z nowego nazwiska :)

Dola małżeńska.


Wiecie, co mówią a propos pandemii? Że u bezdzietnych małżeństw będziemy teraz obserwować falę ciąż, a u małżeństw z dziećmi – falę rozwodów… My, co prawda, nie mamy najmniejszego zamiaru się rozwodzić, rozumiemy jednak bardzo dobrze, dlaczego nikt nie spodziewa się fali ciąż u małżeństw, które już mają dzieci. 

Oczywiście, moje stanowisko jest niezmienne, żadnych kolejnych ciąż nie planujemy tak czy inaczej, niemniej pewne czynności, które niekoniecznie muszą prowadzić do ciąży, nadal są dla nas wielce atrakcyjną formą spędzania czasu. O ile nikt nam w nich nie przeszkodzi…

Sytuacja 1. Dzieci śpią, ja gaszę światło i dyskretnie czmycham po schodach piętro wyżej, gdzie już czeka mąż. Robi się coraz milej, aż w kluczowym momencie słyszę nagle „Mamo, gdzie jesteś?”, a potem dwa głosiki płaczą rozpaczliwie unisono.

Sytuacja 2. Mąż dość zamaszystym gestem chwyta mnie nieco poniżej pleców. Całkiem to przyjemne, jednak Robert ma inne zdanie. Stanowczo odsuwa rękę męża i mówi: „Tato! Jesteś niegrzeczny! Bijesz mamę? Idziesz na karę!”.

Sytuacja 3, moja ulubiona. Mąż tańczy, wdzięczy się w ruchach godnych egzotycznego tancerza. Po chwili za jego plecami pojawia się Robert, wymachuje rączkami i nóżkami na wszystkie strony i woła: „Mama! Ja też chcę ta-ta-ra-ta!”. Koniec, kurtyna, nastrój ulega zmianie, to znaczy nadal jest świetny, ale trochę w inny sposób. No i możecie sobie wyobrazić, jak często i w jakich sytuacjach przypomina mi się teraz to ta-ta-ra-ta… :D

Jedno jest pewne: nudno to z nimi nigdy nie będzie!
Poprzednie anegdotki z naszego życia codziennego znajdziecie tutaj i tutaj.

poniedziałek, 9 marca 2020

W życiu jak w filmie, czyli: moje lata przestępne


Nieco ponad tydzień temu świętowałam mój ulubiony dzień - 29 lutego. Dzień Żaby. Leap Day.

Mam słabość do tej daty, odkąd jako mała dziewczynka odkryłam, że występuje ona w kalendarzu tylko raz na cztery lata. Zaintrygowała mnie. Zastanawiałam się, czy osoba urodzona w tym dniu starzeje się cztery razy wolniej i kiedy jej rówieśnicy mają 32 lata, ona dalej pozostaje małą dziewczynką? (Zdaje się, że miałam wówczas osiem lat i właśnie uczyłam się tabliczki mnożenia) :)

Wyobrażałam sobie, że kiedy dorosnę, urodzę dziecko w tym dniu. Potem dorosłam i chciałam, żeby 29 lutego stał się dniem moich zaręczyn. Ale żaden z kandydatów nie był przekonany do tej daty :D

Lata przestępne mają jednak w sobie coś wyjątkowego. Przynajmniej dwukrotnie w okolicy 29 lutego przeżyłam sytuację, która równie dobrze mogła wydarzyć się w jakimś filmie lub książce.

Rok 2012




Pojechaliśmy nad morze :) Tak, w lutym. Do tej pory uważam, że morze zimą jest fascynujące - chłodne, surowe, bezludne, z potężnymi falami. Przeżyliśmy tam niezapomniane, romantyczne chwile. Wieczorne spacery po pustej plaży, zwiedzanie małego miasteczka, o tej porze roku praktycznie opuszczonego... Udało nam się zamoczyć nogi w chłodnych falach :)

Przyszedł jednak czas powrotu do domu. Mieliśmy od dawna sprawdzony dojazd - najpierw autobusem do Gdyni, stamtąd mieliśmy pociąg do Warszawy, gdzie zamierzaliśmy się przesiąść na "Jana Matejko", który jechał do Krakowa. To był dzień 3 marca.
(Jeśli coś pomyliłam w tym opisie, darujcie, minęło już parę lat, a pamięć jest ulotna).

Nie przewidzieliśmy jednego: cała Gdynia była strasznie rozkopana. Remont dróg. Mieliśmy zapas czasu, ale kurczę, nie aż taki. Nie zdążyliśmy na pociąg, spędziliśmy jakieś dwie lub trzy nadprogramowe godziny w Gdyni.



Spóźniliśmy się także, rzecz jasna, na "Jana Matejko". Który pod Szczekocinami zderzył się czołowo z innym pociągiem.

To pierwsza informacja, która dotarła do nas, gdy późnym wieczorem dotarliśmy bezpiecznie do domu, przemęczeni długą podróżą.


Jakie to uczucie? Jak gdyby darowano nam nowe życie.

Rok 2016


Zaczął się wyjątkowo źle. Pod koniec lutego musieliśmy jechać na pogrzeb na drugi koniec Polski, w drodze powrotnej zepsuło nam się auto. Nie mieliśmy urlopu, pieniędzy, sprawnego samochodu, ani nawet ładnej pogody. Dzień Żaby zasługiwał na swoją nazwę, bo prało żabami od rana do wieczora.

I to nawet nie były wszystkie powody naszego kiepskiego samopoczucia, szkoda jednak rozpamiętywać, co jeszcze się nie udało. W pewnym momencie usiedliśmy razem przy stole, oboje zmęczeni, zmoknięci i przygnębieni. Pamiętam, że powiedziałam: "Wiesz, co jest najgorsze? Gdyby to był jakikolwiek inny dzień, wiedziałabym, że prędzej czy później zapomnimy o tym, że był tak nieudany. Ale jak mam zapomnieć o tym, że akurat dzisiejszy dzień tak się nie udał?".

Wtedy zrobiliśmy najlepsze, co mogliśmy: postanowiliśmy uratować dzień. Urządziliśmy sobie romantyczną kolację. Świece, sukienka, nastrojowa muzyka i... puzzle. O ile dobrze pamiętam, były moim walentynkowym prezentem dla męża, a skończyliśmy je układać właśnie w ten romantyczny wieczór 29 lutego.



Ale to jeszcze nie koniec! Najlepsze przyszło dopiero z czasem. Podoba mi się, jak opisałam to kiedyś na FB, więc pozwólcie, że zacytuję samą siebie sprzed kilku lat:

"O tym, co najpiękniejsze, dowiedzieliśmy się dużo później – tak to w końcu działa w przyrodzie :) Nie mogliśmy wiedzieć, że właśnie tej nocy pojawił się najpiękniejszy prezent, jaki mogliśmy sobie dać. Choć wtedy był jeszcze zaledwie małym, maleńkim marzeniem czekającym na spełnienie, to jednak właśnie od tej nocy jest nas nie dwoje, a troje.

Dlatego ten dzień jest dla mnie ważniejszy niż cały rok, a przy okazji tak bardzo wyraźnie pokazał nam to, o czym starałam się pamiętać w tych gorszych chwilach minionego roku – to nic, że czasem coś się nie uda. To nic, że nasze plany może trafić szlag. Rzeczywistość może okazać się piękniejsza niż jakiekolwiek plany. I zawsze można zrobić coś, żeby choć troszeczkę, choć w nieznacznym stopniu uratować dzień".

Czy to nie jest niezwykłe? Jak wiecie, długo czekaliśmy na tę chwilę. I wreszcie nadeszła - właśnie wtedy! Wtedy zaczął się Robert :)

Rok 2020


Bez katastrof, których udało się uniknąć, bez spektakularnych zdarzeń i bez ciąż ;) Ale także wyjątkowy! Świętowaliśmy - z pewnym opóźnieniem - moje trzydzieste trzecie urodziny. Plus, oczywiście, Dzień Żaby :) Przygotowałam nawet specjalne żabie menu - zielone leczo, sałatkę "spora" z papryką i groszkiem oraz słodkie ciasto z cukinii.



Miało być kameralnie, skromnie, bez fajerwerków. Dosłownie dwa dni przed imprezą dowiedziałam się, że mamy możliwość zdobycia dowolnej ilości balonów, wystarczy po nie przyjechać :) Myślałam o kilku, może kilkunastu balonach, żeby dzieci miały radochę - a mąż zrobił mi niespodziankę i przywiózł ich kilkadziesiąt! Cały dom udekorowany balonami :) Istne szaleństwo!

Kolejną niespodzianką był przyjazd naszych kochanych przyjaciół spod Rzeszowa. Twierdzili niby, że nie pasuje im termin. Nic nie powiedzieli i przyjechali!

Bawiliśmy się fantastycznie. Jedliśmy pyszną pizzę upieczoną przez Wojtka, chrzestnego Michasia. Śpiewaliśmy, póki nam starczyło sił :) No i oczywiście, obrzucaliśmy się nawzajem balonami! Dzieci zachwycone, dorośli zresztą również ;)

Zagadka: kto się tam schował? :)

Zastanawiam się, czy to nie była najlepsza z naszych imprez. Co prawda, wcześniejsze też wspominamy z przyjemnością... :)


Aż jestem ciekawa, co przyniesie następny rok przestępny? Za cztery lata się dowiemy!


Gdybym miała nadać jeszcze jedną nazwę temu dniu, nazwałabym go Dniem Życia, albo Dniem Radości z Życia? Radości, że się przeżyło, bo cudem uniknęło się wypadku. Radości, bo pojawiło się upragnione, oczekiwane życie. Radości, bo są przyjaciele, jest rodzina, są kolorowe balony, pizza, muzyka i mnóstwo frajdy :) W każdym razie - za cztery lata również zamierzamy świętować!

środa, 26 lutego 2020

Siedem ważnych lekcji życiowych z okazji urodzin.




Niedawno miałam urodziny. Jeśli śledzicie fanpage Szczęśliwa Siódemka, to wiecie, kiedy to było :) (Zachęcam do śledzenia!

Urodziny to dobry czas na podsumowania, a ja je bardzo lubię. Ten rok przywitał mnie znaczącym niedoborem czasu na wszystko, a szczególnie na zajmowanie się blogiem, dlatego też większość planowanych przeze mnie tekstów pojawiła się z opóźnieniem albo w ogóle.

Jeszcze pod koniec minionego roku myślałam o tym, że dobrze byłoby spisać te najważniejsze, najbardziej pamiętne lekcje z ostatnich miesięcy. Będę do nich wracać, a może pomogą też komuś innemu?

Nie wszystkie są nowymi lekcjami. Niektóre traktuję jako przypomnienie :)

1. To moja sprawa, jak zareaguję na krytykę. Pozytywna reakcja jest przede wszystkim dobra dla mnie.


Po pierwsze, kwestia przyjmowania krytyki jest tak często wyolbrzymiana, że nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ba, sama robiłam ten błąd. Uważałam, że co by się nie działo, mam obowiązek zareagować ładnie, grzecznie, z dystansem. Że jeśli się przejmę, to znaczy, że jestem przewrażliwiona, dziecinna i w ogóle świadczy to o mnie jak najgorzej. Widzę to samo przekonanie u wielu osób z mojego otoczenia.

Słuchajcie mnie teraz. To normalna rzecz, pokazujecie światu jakąś cząstkę siebie czy swojej działalności - przecież nie po to, żeby powiedzieć "patrzcie, jak mi beznadziejnie wyszło". Pokazujecie, bo jesteście z czegoś zadowoleni, dumni, uważacie, że możecie się tym pochwalić. Jeśli ktoś zmiesza Was z błotem - nic dziwnego, że jest Wam przykro. Nie ma powodu, żebyście mieli się tego wstydzić. Szczególnie, gdy nie prosiliście tej osoby o wyrażenie zdania.

Natomiast spokojna, wyważona reakcja na negatywną opinię może sprawić, że po prostu poczujecie się dobrze. Jeśli przyjmiecie ją spokojnie i z podniesioną głową  zamiast pozwolić, by popsuła Wam nastrój - krytyka może Was wzmocnić, sprawić, że poczujecie się zadowoleni z siebie i być może wyciągniecie z niej konstruktywne wnioski.


2. Gdy dwie osoby wiecznie próbują ustępować sobie nawzajem, prędzej czy później doprowadzi to do frustracji.


Grzeczność ma swoje granice, i zdumiewająco łatwo może obrócić się przeciwko nam. Zaskakuje Was to? Mnie zaskoczyło. Myślałam, że tego właśnie oczekuje ode mnie świat: żebym ustąpiła, przedkładała cudze potrzeby nad własne, nie robiła problemów. W tym roku okoliczności sprawiły, że spędziłam dużo czasu z osobą, która uważała podobnie i dokładnie tak samo starała się postępować wobec mnie.

Efekt? Obie czułyśmy się niedocenione w naszych wysiłkach, sfrustrowane, pełne żalu. Każdy gest uprzejmości spotykał się z odmową, odrzuceniem, bo przecież to ta druga strona chciała być uprzejmą. "Nie trzeba, nie musisz" padało chyba w każdej naszej rozmowie. Każda z nas czuła, że robi dużo, a druga strona nie okazuje wystarczającej wdzięczności.

Stop. Kiedyś trzeba przerwać ten festiwal uprzejmości, podziękować i docenić czyjś gest. Jeśli tylko nie narusza on w żaden sposób Twoich granic, rzecz jasna.

Nawiasem mówiąc, pamiętacie może, jak wyginęli dżentelmeni? To jest bardziej życiowe, niż mogłoby się wydawać! ;)


3. Ta zła matka widziana przypadkowo na ulicy to ja, a jej dziecko to moje dziecko.


Ugryzłam się ostatnio w język, o jedną chwilę za późno. Zdążyłam wcześniej wyrazić opinię, że pewne określone złe zachowanie dziecka wynika z postawy matki. Po czym dotarło do mnie, że za parę lat ktoś tak powie o moim dziecku i o mnie. Może zresztą już ktoś tak mówi.

Zanim urodziłam dziecko, a właściwie, zanim to dziecko trochę podrosło i zaczęło pokazywać różki wystające spod jasnej czupryny aniołka... Widywałam na ulicy dużo złych matek. Teraz widzę same moje klony. Kobiety, które kochają swoje dzieci nad życie, ale bywają też zmęczone, miewają gorsze dni, brakuje im czasem cierpliwości. Oczywiście, nie mówię o zupełnie patologicznych zachowaniach. Ale kiedyś byłam o wiele mniej wyrozumiała.

Z perspektywy tamtej Martyny sprzed kilku lat - nie jestem pewna, czy uznałabym siebie za dobrą matkę. Na szczęście moja perspektywa zdążyła się zmienić.

4. Czasem musisz zacząć życie na nowo, bez czegoś, co uwielbiasz. Nawet jeśli sobie tego nie wyobrażasz.


Bez obaw, nic złego się u mnie nie stało :) Mam wrażliwe serce i przejmuję się problemami innych osób.

Już kiedyś musiałam się tego nauczyć. Parę lat temu mój maż, wówczas mój chłopak, miał poważne problemy zdrowotne pośrednio związane z piciem kawy. Z dnia na dzień oboje przestaliśmy ją pić, a w tamtym czasie trzy duże, mocne kawy dziennie stanowiło nasze minimum. Wytrzymałam bez kawy cztery lata, mąż jeszcze ze dwa lata dłużej. Obecnie wróciliśmy do niej, ale uważamy, by nie przesadzić z ilością.

Podziwiam ludzi, którzy zaczynają od nowa. Przyzwyczajenie jest potężną siłą, większą niż mogłoby się zdawać. Czasem trzeba stworzyć sobie nową codzienność i odnaleźć się w niej.

5, Młodsze dziecko ciągle wydaje się maleńkie, bez względu na to, jakie jest już duże.


Odkąd mam dwójkę dzieci, o wiele bardziej rozumiem ten mechanizm, który sprawia, że rodzice czasem traktują młodsze dziecko nieco inaczej, z większą troską, może też z pewnym ograniczonym zaufaniem i brakiem wiary w jego możliwości. Michał wydaje się przy Robercie taki malutki! Czasem muszę sobie przypominać, że on już przecież skończył rok jakiś czas temu. Mam skłonność do patrzenia na niego jak na niemowlę.


6. Nie porównuj doświadczeń innej osoby do własnych. Emocje nie podlegają porównaniom.


Jeśli śledzicie ten blog od jakiegoś czasu, wiecie dobrze, że Siódemka nie zawsze była Szczęśliwa. Lekcję na temat empatii przerobiłam już wielokrotnie, od różnych stron. Czasem wydaje mi się, że osobom doświadczonym najtrudniej zdobyć się na empatię. Łatwo wpędzić się w porównania. Albo zakładamy, że druga osoba nie ma pojęcia, co przeżyliśmy - albo wręcz przeciwnie, zakładamy, że jest taka sama jak my. Skoro więc ja poradziłam sobie z moim doświadczeniem, czemu ona/on nie może sobie poradzić?

Przeczytałam opis jednego porodu. Moją pierwszą reakcją było wzruszenie ramionami. I co? Mój poród był gorszy. Dużo gorszy.

Ale tamta kobieta nie przeżyła mojego porodu, nie ma o nim pojęcia. Przeżyła własny, i był dla niej trudnym doświadczeniem. Porównywanie nas nie ma sensu. 

7. Mogę zostać źle zrozumiana i uznana za nieuprzejmą nawet bez mojej winy.


Tak, to dla mnie nowa lekcja. W końcu zawsze byłam tą pyskatą smarkulą, która wiecznie mówiła nie to, co trzeba. Z czasem nauczyłam się uważać na moje słowa. Za to nieraz stwierdzam, że nie warto się ograniczać i po prostu mówię, co myślę :D Nie do wiary, ale istnieją takie osoby, które twierdzą, że nigdy (w ich obecności) nikogo nie uraziłam! Jest to jakieś zwycięstwo.

Przyzwyczaiłam się do myślenia, że jeśli kogoś uraziłam, to widocznie znowu palnęłam coś po swojemu. Bo przecież ja tak mam. Kilka sytuacji uświadomiło mi jednak, że nie zawsze jestem winna.

Mam nadzieję, że moi bliscy darują mi ten przykład, ale jest tak dobitny, że po prostu muszę się nim podzielić. Wyobraźcie sobie obiad rodzinny, specjalnie dla mnie zostały podane gołąbki z soczewicą (uwielbiam!). Wyraziłam radość, powiedziałam między innymi, że przy mnie żadna ilość soczewicy się nie zmarnuje. Padło pytanie, czy z soczewicy można zrobić ciasto. (Można? Próbował ktoś?) Nieco zaskoczona odpowiedziałam, że pewnie i można, ale dla mnie byłoby to marnowanie soczewicy.

Później tego samego dnia usłyszałam przez zupełny przypadek, jak jedna z osób obecnych przy tej rozmowie mówi, że Martyna powiedziała, że gołąbki to marnowanie soczewicy. Aaa! Gdybym tego nie usłyszała, gdybym natychmiast nie pobiegła sprostować, ta informacja dotarłaby do osoby, która tak bardzo postarała się, żebym miała pyszny obiad.

Nie powiedziałam nic złego. Ktoś nie dosłyszał, nie zrozumiał, coś umknęło, coś sobie dopowiedział - i nagle w czyjejś głowie powstała nowa wypowiedź, stawiająca mnie w bardzo niekorzystnym świetle.

I tak się dzieje pewnie po wielokroć, o większości podobnych sytuacji prawdopodobnie nawet się nie dowiadujemy.


Ha, nie planowałam, że tych punktów wyjdzie siedem, ale widocznie jestem już związana z tą liczbą na dobre! Ciekawa jestem, jakie są Wasze przemyślenia w związku z tym, co napisałam. Mam nadzieję, że zostawicie komentarz :)

piątek, 14 lutego 2020

W lutym zdobędę mężczyznę moich marzeń!


Już dawno chciałam się Wam do tego przyznać, ale jakoś tak ciągle brakowało mi - odwagi, okazji, albo po prostu czasu...

Jestem zakochana w pewnym mężczyźnie. Kiedyś myślałam, że to tylko przelotne zauroczenie i nie będzie miało większego wpływu na moje życie. Z czasem stało się jednak jeszcze silniejsze, aż zrozumiałam, że nie zdołam mu się oprzeć. Postanowiłam, że w tym roku go zdobędę. I co najlepsze, wiem, że nic mnie nie powstrzyma, pomimo tego, że...

On jest żonaty. Ma dwójkę wspaniałych dzieci! Jest wspaniałym, troskliwym i kochającym mężem i ojcem. Co więcej, znam i lubię jego żonę, choć moja relacja z nią bywa nieco skomplikowana. No dobra, zgrywam się, pewnie i tak już się domyśliliście, że to ja jestem jego żoną.

Skąd takie postanowienie?


Dawno, dawno temu...
... nie byłam jeszcze matką ani żoną. Nie byłam nawet narzeczoną. Byłam dziewczyną, jak to się dawniej mówiło, sympatią. Przyznam nieskromnie (skromność jest przereklamowana!), że mój chłopak miał ze mną bardzo dobrze. Uwielbiałam się o niego starać. Robiłam mu niespodzianki, na przykład zabrałam go raz na wycieczkę z okazji urodzin. Dowiedział się wieczorem, że ma spakować szczoteczkę do zębów i zapas ubrań, bo jedziemy z samego rana. Ta wycieczka to jedno z naszych ulubionych wspomnień :)

Stroiłam się dla niego, śpiewałam mu piosenki miłosne, pisałam mu wiersze. Nieraz gotowałam coś pysznego, choć wydaje mi się, że po ślubie znacznie bardziej rozwinęłam swoje umiejętności w tym zakresie. Robiłam dla niego piękne prezenty, np. albumy z naszymi zdjęciami. Nie no, naprawdę mu się trafiło.

A potem się ożenił :)

Słyszeliście kiedyś o tym? Kobieta wychodzi za mąż, bo liczy na to, że on się zmieni. Mężczyzna żeni się, bo liczy na to, że ona będzie taka jak przed ślubem.

Mój chłopak oświadczył się spontanicznej, zaangażowanej, oddanej dziewczynie, która trzy miesiące później została jego żoną. Wiele się wtedy zmieniło: moje nazwisko, adres zameldowania, zaczęłam nosić obrączkę... Pozostałam jednak tą samą osobą, która zdobyła jego serce. Jeśli te osiem lat temu miałam tyle wspaniałych pomysłów na wspólne spędzanie czasu i umilanie jego życia, dlaczego teraz miałoby to wyglądać inaczej?

Dziś.


"Boję się, że dopadnie nas rutyna", mówił mi kiedyś, zdaje się, że jeszcze przed oświadczynami. Już wtedy czułam, że z tą rutyną to jakoś więcej straszenia, niż to jest warte i tak naprawdę nie ma się czym przejmować. W zasadzie co może być złego w dzieleniu codzienności z kimś, kogo się kocha?

Po blisko ośmiu latach małżeństwa mogę powiedzieć, że owszem, rutyna nieraz nam towarzyszy. Nasze dni często wyglądają tak samo, i gdybym Wam je teraz opisała, pewnie nie uznalibyście tego opisu za szczególnie fascynujący. Wspólny obiad, kawa, zabawa z dziećmi, wieczorem jakiś film. Czasem gdzieś wychodzimy w czwórkę, ostatnio rzadko, bo dopadły nas przeziębienia.

Co mogę zrobić jako dzieciata, nieco zmęczona mężatka, która chce zdobyć serce swojego wybranka?

Mogę pójść z nim na randkę.

Randka z mężem ma w sobie o tyle więcej uroku niż zwykła randka, że tak naprawdę niewiele trzeba, by docenić jej urok. Wystarczy usiąść razem w kawiarni i tym razem zająć stolik dla dwojga, a nie ten przy kąciku dla dzieci :D Albo kupić sobie po bułce w ulubionej piekarni i iść na spacer do parku, usiąść razem na ławce, jak za dawnych lat. Nie musimy szukać wymyślnych atrakcji ani eleganckich restauracji, tak naprawdę liczy się to, że jesteśmy we dwoje.

Możemy spędzić wyjątkowy czas w naszym domu.

Tym razem niekoniecznie będzie to oglądanie filmu. Może pośpiewamy razem? (Oboje to uwielbiamy). Może zaprosimy znajomych? Przecież bycie we dwoje to także dzielenie czasu z ludźmi, którzy są nam bliscy. Oboje lubimy spędzać czas w gronie przyjaciół. Aż się cieszę na samą myśl o kolejnym takim spotkaniu!

Mogę ugotować lub upiec coś pysznego.

Jak już pisałam Wam niedawno, to jedna z moich ulubionych form spędzania czasu :) Przez żołądek do serca! Mam to szczęście, że mąż uwielbia moją kuchnię. Dzieci bywają w tej kwestii nieco bardziej wybredne ;) Na szczęście przeważnie wracają do domu już najedzone, więc tak naprawdę gotuję dla nas dwojga. Dziś w planach naleśniki :)

Możemy zaplanować wycieczkę.

Kiedy zastanawiałam się ostatnio, o czym marzę, co jeszcze chciałabym przeżyć wspólnie z tym wyjątkowym mężczyzną, dość szybko przyszło mi do głowy, że chciałabym zwiedzić z nim wiele miejsc, w których dotąd nie byliśmy. Ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele okazji, by podróżować, mam jednak nadzieję, że wkrótce uda nam się to zmienić. Jest jeszcze tyle świata do zobaczenia!


Mogłabym jeszcze długo wymieniać pomysły, ale darujcie, muszę zachować jeszcze w zanadrzu coś, co będzie dla niego niespodzianką :) Rozumiecie, zamierzam podejść poważnie do kwestii zdobycia mężczyzny moich marzeń, a to zakłada też działanie z zaskoczenia!

piątek, 22 lutego 2019

"Szczęśliwa" nie znaczy "zadowolona".


Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Moje maleńkie, ledwie urodzone dziecko miało zapalenie płuc, zanim skończyło pierwszy miesiąc życia. Panie na oddziale pediatrii powiedziały na jego widok "dopiero co był na noworodkach".

Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Kiedy robiłam plany finansowe na ten rok, przeliczyłam się o dobry tysiąc miesięcznie.

Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Trochę mi nie idzie z tym blogowaniem...

Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Miałam ostatnio urodziny. Z roku na rok coraz bardziej nie lubię tego dnia.

Halo, tu Siódemka... ;)

No nie, nie jest tak źle. 


Ale dobrze też nie jest. To nie jest tak, że wstałam dziś rano po kiepsko przespanej nocy, w czasie której jedno stękało, drugie chrapało, trzecie co chwilę się budziło, a czwarte skakało wszystkim po głowach, siadłam do komputera w kiepskim nastroju i napisałam ten tekst. To rosło, rosło, zbierało się, aż docierało powoli, że kilka dni przygnębienia po nieprzyjemnej sytuacji to już trochę za długo, że kolejny trudny tydzień to już więcej niż jeden trudny tydzień, że niepowodzenia, przestoje i niespełnione plany zaczynają coraz bardziej przyćmiewać to, co się udało i co jest dobre, i że, co tu dużo mówić, jestem w dołku.

Depresja poporodowa? Michał ma już prawie trzy miesiące (jak ten czas za***!), więc ta depresja byłaby jednak cokolwiek spóźniona. Hashimoto? Możliwe, w końcu i tak radzę sobie z tym lepiej niż można byłoby się spodziewać. Ale... kurczę, czy w życiu chodzi tylko o to, żeby poziom hormonów się zgadzał? Czy jak dostanę magiczną tabletkę, to nagle zacznę wszystko ogarniać? Nagle to wszystko, co mi nie odpowiada w tym momencie, zacznie mi się podobać, nagle uznam, że to jest to? No błagam.

Zawsze bałam się dnia, w którym powiem, że to już się nie uda. Wiecie, tego dnia, kiedy masz trzydzieści lat i już wiesz, że świat nie stoi przed Tobą otworem i tak dalej, i tak dalej. A dzisiaj to powiedziałam. Jakoś samo się wypsnęło. Zaraz zaczęłam samą siebie poprawiać i pouczać, że co za bzdury, przecież jeszcze jestem młoda i wszystko, wszystko jeszcze przede mną. Dawno temu postanowiłam sobie, że co by nie było, nie obniżę swoich oczekiwań wobec życia. Ale coraz częściej się zastanawiam...

Gdyby tak spojrzeć na życie jako na lekcję lub rolę do odegrania, to czego mogłoby uczyć moje życie? Jaka lekcja mogłaby z niego wynikać? Czasem obawiam się, że ta lekcja może być ostrzeżeniem, że nieraz masz wszystko, czego potrzeba, a i tak ostatecznie nic Ci się nie udaje. Bo powodzenie w życiu to nie jest proste równanie, zasługujesz = dostajesz. Niektórzy po prostu ponoszą porażki.

Nie jestem księżniczką w tej bajce. Jestem tą złą wróżką, która zawsze chciała być księżniczką, ale tę rolę dostał ktoś inny. Bycie złą wróżką ma sporo zalet, pozwala na więcej swobody. Ale czasem... po prostu chcesz być księżniczką. 

Już słyszę ten chórek. 


"Jak możesz tak mówić, przecież masz kochającego męża, cudowne dzieci, dom...". Mam. Każdego dnia dziękuję za to, co mam. Jestem szczęśliwa, kochana, potrzebna. Kiedy mój jasnowłosy mały książę wskakuje mi w ramiona ze śmiechem i mówi, że mnie kocha (po angielsku, bo jakoś łatwiej mu idzie w tym języku), kiedy mój młodszy skarb uśmiecha się do mnie promiennie i chwyta moje palce swoimi malutkimi, ale silnymi rączkami - uwierzcie, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. 

Gdyby tak życie składało się tylko z bycia mamą i żoną! Ale się nie składa. I całe szczęście. Bo kiedyś moje dzieci dorosną, wyprowadzą się, będą żyły swoim życiem, a moje życie nadal ma mieć wtedy sens. Chcę być z niego zadowolona. Teraz nie jestem. Nie chcę uzależniać mojego zadowolenia od moich dzieci czy nawet od męża. To ja mam się czuć dobrze sama ze sobą, sama w swojej skórze, i taką zadowoloną z siebie osobę chcę im dawać do kochania, do potrzebowania. Nie mam ich po to, by mnie ratowali.

Pozbieram się.


Zawsze się zbieram. W końcu przecież jestem... no, wiecie. Szczęściarą. Superdziewczyną. To do czegoś zobowiązuje. Nie po to sobie to wszystko tak ładnie w głowie układałam, żeby teraz tam się jakiś bajzel robił. Będzie dobrze, i to już niedługo. W sumie to już czuję się lepiej, bo Wam o tym napisałam szczerze, bez owijania w bawełnę. Nie chcę być nieszczera w tym, co do Was piszę. Czasem na jasnym niebie pojawiają się chmury, i o tym też trzeba wspomnieć. Bo dobrze wiem, że i u Was się pojawiają.



Będzie mi miło, jeśli napiszesz mi komentarz. Nie wiem, czy wiesz, ale zmieniłam ostatnio trochę podejście do prowadzenia tego bloga i troszeczkę się obawiam, że mi wszyscy stąd pouciekacie... Pokaż, że tu jesteś :)


czwartek, 7 lutego 2019

Jak poznałam Waszego ojca? ;)


Dzisiejszy wpis powstał w ramach internetowej akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa 7-14 lutego.

Tegoroczne tematy zaproponowane przez twórców akcji "Tydzień Małżeństwa w Internecie" wyjątkowo współgrają z moim planem - żeby wspominać, przywoływać dawne chwile i honorować tegoroczne dziesiąte rocznice. Temat przewodni dzisiejszego dnia to "Początki relacji". To idealna okazja, by opowiedzieć Wam, jak to wszystko między nami się zaczęło.

(Jeśli komuś coś nie gra w tytule niniejszego tekstu, śpieszę wyjaśnić, że jest to oczywiście nawiązanie do tytułu znanego serialu. Wiem, na pewno je wyłapaliście, ale wolę na wszelki wypadek to zaznaczyć.) 

Pierwsze spotkania.


Pisałam Wam już kiedyś, że nie pamiętam tego jedynego, absolutnie pierwszego spotkania. To nie była żadna z tych chwil, które zapadają w pamięci. Nie poznaliśmy się jako potencjalni przyszli partnerzy, nie było flirtu, w ogóle nic nie było. Przyszedł nowy chłopak do szkoły i tyle. Nawet nie byliśmy na tym samym roku, więc widywaliśmy się przelotnie na korytarzu i na łączonych zajęciach. 

Jako początek naszej znajomości postanowiłam zatem potraktować nie któryś z tych szkolnych epizodów, ale przypadkowe spotkanie na Rynku w Krakowie w pewne upalne czerwcowe popołudnie. To był chyba 1 czerwca, na Rynku tłum ludzi czekał na mające się wkrótce rozpocząć występy w ramach Festiwalu Piosenki Zaczarowanej. Wypatrzyliśmy się w tłumie, dwie znajome twarze. Wymieniliśmy kilka niezobowiązujących zdań, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy głodni i w związku z tym dobrze byłoby coś zjeść. Poszliśmy na pizzę. Do tej pory mamy sentyment do pizzerii, którą wtedy odwiedziliśmy :)

Wtedy po raz pierwszy tak naprawdę porozmawialiśmy ze sobą. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Bez przerwy się śmialiśmy. Miałam wrażenie, że coś zaiskrzyło, choć on twierdzi, że to jeszcze nie był ten moment. Ale dwie rzeczy dały mi do myślenia. Kiedy zapytana przez niego powiedziałam, ile mam wzrostu, a on stwierdził, że to "idealnie, w sam raz dla niego" (oboje z całą pewnością należymy do niewysokich). Poza tym mówił, że w wakacje wybiera się na żagle i zaproponował mi, żebym jechała razem z nim. 

Oczywiście nie pojechałam na te żagle, on zresztą też nie, ale to inna historia. Po tym spotkaniu zdecydowanie nie dążyłam do zacieśnienia naszych kontaktów. Czasem tak jest, że po jednym spotkaniu ma się przeczucie "to jest początek bliskiej relacji, o ile na to pozwolimy". Ja miałam takie przeczucie. I absolutnie nie mogłam na to pozwolić, wiecie dlaczego. Wiecie? Byłam zaręczona.

Mimo wszystko ta nasza relacja, stricte koleżeńska/przyjacielska, jakoś samoistnie się zacieśniała. Któregoś dnia pianistka z naszej szkoły wzięła mnie na stronę i powiedziała takim bardzo dyskretnym tonem: "Wiesz, Martyna, ten Andrzej to naprawdę porządny chłopak!"... Przytaknęłam, ale nie drążyłam tematu. No, porządny przecież.


Pierwsze rozmowy.


Jakiś czas później nudziło mi się i założyłam konto na popularnym wówczas portalu społecznościowym. Oczywiście na liście moich znajomych szybko pojawił się pewien profil z wielkim, szerokim uśmiechem na zdjęciu... Niedługo później dostałam od niego pierwszą wiadomość, na widok której dosłownie zamarłam - wiadomość zaczynała się od słów "Zakochałem się"! Odetchnęłam jednak z ulgą. Gdy ją otworzyłam, okazało się, że mój uroczy rozmówca zakochał się... w piosence, którą mi przesłał.

Przeważnie rozmawialiśmy o muzyce, o śpiewaniu. Mamy do niej podobne podejście, odgrywa równie wielką rolę w życiu każdego z nas. Mamy podobny gust, choć zdarzyło się nam nieraz nie zgodzić w ocenie jakiegoś utworu lub wykonawcy.

Rozmawialiśmy często poprzez wiadomości, komunikatory. Nigdy nie dzwoniliśmy do siebie. Znaliśmy się prawie od roku, kiedy zorientowaliśmy się, że w ogóle nie mamy swoich numerów telefonu.

Pierwsze "chodzenie ze sobą".


"Muszę z Tobą zerwać", powiedział mi pewnego dnia, niemal dokładnie 10 lat temu. Zabawne słowa, choć sytuacja taka nie była.

"Chodzenie ze sobą" to był nasz wspólny żart. W którejś rozmowie wspomniałam, że w szkole podstawowej chodziłam z różnymi chłopakami, ale to chodzenie polegało głównie na tym, że widywaliśmy się w szkole i rozmawialiśmy. "To tak jak my", stwierdził wtedy rozbawiony. No i chodziliśmy ze sobą, aż do chwili, kiedy musieliśmy zerwać. Bo odpowiedzią na jego pierwsze poważne pytanie było "NIE".

Czy nie zorientowałam się wcześniej, że zakochał się we mnie? Musiałabym być ślepa. Przecież przeczuwałam to już wtedy w czerwcu. Ale pewności nie mogłam mieć. Tym bardziej, że w tym samym czasie miałam jeszcze jedną, bardzo podobną przyjacielską relację - z chłopakiem, który z całą pewnością nic do mnie nie czuł. I też wszyscy wokół nas twierdzili, że jestem niedobra, że robię mu nadzieję, że on na pewno jest zakochany po uszy... Miałam tak zapobiegawczo go spławić, żeby być w porządku? Czekałam na jego krok.

Strasznie mi było go wówczas szkoda. I na pewno nic jeszcze do niego nie czułam, albo przynajmniej zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Próbowałam sobie wyobrazić, że odpowiadam jakoś na to jego uczucie, nie potrafiłam. Moje myśli i serce zajmował ktoś inny.

Miesiąc (i kilka dni) później byliśmy parą.


Wyobrażacie sobie? Tak wiele zmieniło się w jeden miesiąc.
Jeśli chciałabym to tutaj opisać, musiałabym chyba podzielić ten tekst na tomy.

To był trudny i szalony miesiąc. Jeśli miałabym wybrać, który miesiąc był najdziwniejszy/najtrudniejszy/najbardziej nietypowy w moim życiu, bez wahania wskazałabym właśnie ten, luty 2009.

Czy budowanie związku na fundamencie w postaci życia, które wywróciło się do góry nogami, ma jakikolwiek sens? W moim przypadku zadziałało, jednak nie mogłabym z czystym sumieniem polecać takiego rozwiązania. Trochę wbrew komedii romantycznej, w jaką zmieniło się wówczas moje życie - uważam, że budowanie zdrowego związku nie powinno polegać na tym, że jedna osoba ratuje drugą. Ani nawet na tym, że obie osoby ratują się nawzajem. Myślę, że najzdrowiej jest najpierw pozbierać się samemu (choć niekoniecznie samodzielnie, może np. z pomocą psychologa), poradzić sobie i dopiero jako silna i poukładana osoba próbować stworzyć z kimś szczęśliwy związek. Życie pisze jednak różne scenariusze.

Co jeszcze mogę powiedzieć? Możesz mieć różne plany i pomysły, jak poradzić sobie z daną relacją, ale jednej rzeczy nigdy nie jesteś w stanie zaplanować - siły uczuć drugiej osoby. To jest dla Ciebie wielka niewiadoma. Rezultaty mogą być nieprzewidziane.

I jeszcze - prawdziwa miłość istnieje! Po dziesięciu latach jestem tego pewna, z każdym dniem coraz bardziej :)





poniedziałek, 27 sierpnia 2018

"Za zamkniętymi drzwiami" B. A. Paris.


Pewnych rzeczy nie umiem wyjaśnić. Na przykład tego, że fascynują mnie książki o przemocy w rodzinie. Nie mam żadnych osobistych doświadczeń z tym związanych (choć może i niewiele brakowało, żebym się w taki układ wpakowała). Nie jestem też na ogół osobą szukającą mocnych wrażeń. Najchętniej oglądam filmy, które są kolorowe, lekkie i przyjemne, zdecydowanie wolę szukać pozytywnych, inspirujących sygnałów. A jednak, gdy tylko wpadnie mi w ręce książka taka jak "Za zamkniętymi drzwiami", czytam ją dosłownie jednym tchem. 

Może to kwestia silnego przekonania, że ta historia musi się skończyć dobrze. Że ta kobieta musi w końcu znaleźć ratunek, uwolnić się od tyrana, zacząć nowe życie. Kiedy czytałam "Za zamkniętymi drzwiami", to przekonanie towarzyszyło mi przez cały czas, a im trudniejsza i bardziej beznadziejna stawała się sytuacja Grace, tym bardziej byłam zaciekawiona, jakie rozwiązanie uda jej się znaleźć.

Kiedy Grace poznała Jacka, wydawało jej się, że życie postanowiło wynagrodzić jej wszystkie dotychczasowe rozczarowania. Idealny mężczyzna po prostu spadł jej z nieba: przystojny, bogaty prawnik zajmujący się bronieniem kobiet doznających przemocy w małżeństwie. Czuły, troskliwy i szaleńczo zakochany w Grace, a do tego wyjątkowo serdeczny i opiekuńczy dla Millie, młodszej siostry Grace dotkniętej zespołem Downa. Wydawałoby się, że ten dżentelmen to prawdziwy anioł! Tak zresztą brzmi jego nazwisko - Angel.

Tuż po ślubie anioł pokazuje jednak swoje prawdziwe oblicze - sadysty pozbawionego uczuć, owładniętego tylko jedną żądzą: by znaleźć idealną ofiarę i krzywdzić ją, póki będzie żyła.

"Za zamkniętymi drzwiami" ukazuje bardzo nietypową formę małżeńskiej przemocy, rzadko opisywaną w literaturze. Jack nie bije Grace. Używa wobec niej siły tylko wtedy, gdy odpiera jej rozpaczliwe ataki i powstrzymuje jej próby ucieczki. Pokazuje, że jest silniejszy, ale nie uderza. Nie molestuje jej seksualnie - w rzeczywistości nie odczuwa nawet żadnego pożądania w stosunku do Grace. Przemoc w wykonaniu Jacka polega na więżeniu i kontrolowaniu żony, na całkowitym odcięciu jej od świata, na stopniowym ograniczaniu jej praw - przy jednoczesnym tworzeniu iluzji perfekcyjnego małżeństwa. Dla świata państwo Angel mają wyglądać jak idealna para, a sama Grace ma być odbierana jako piękna, elegancka i szczęśliwa bogini domowego ogniska.

Formą przemocy jest również - a może przede wszystkim - groźba przyszłych cierpień, jakie zostaną zadane Millie. Bo to ona jest prawdziwym celem psychopaty, wypatrzoną przez niego idealną ofiarą - upośledzona dziewczynka, która poza starszą siostrą nie ma żadnych bliskich. Dla Grace przewidziana jest rola bezradnego świadka udręczenia siostry.

Grace nigdy nie godzi się z tą rolą. Jej liczne próby ucieczki okazują się skazane na porażkę. Zdaje się, że Jack przewidział każdą możliwość, każdy ewentualny ruch żony. Bezradność bohaterki jest znakomicie opisana, męczy i przytłacza czytelnika. Cały czas jednak nie opuszczało mnie przekonanie, że Grace musi się udać. Piętrzące się trudności, jakie stawiał przed nią Jack sprawiały, że tym bardziej nie mogłam oderwać się od lektury. Ostateczny plan Grace, dzięki któremu uratowała ona siebie i siostrę, uważam za absolutnie genialny. Nie zdradzę jego szczegółów, by nie odbierać Wam przyjemności. Wspomnę tylko o jednym aspekcie, który szczególnie mnie ujął: otóż Grace zaprasza licznych znajomych Jacka na przyjęcie urodzinowe Millie. Wprowadzenie tak wielu ludzi do świata dziewczynki nieco zaburza urojoną przez Jacka wizję idealnej ofiary. Musi być świadom, że gdy Millie nagle zniknie, te wszystkie osoby będą o nią pytać. Znakomite posunięcie, Grace!

Po przeczytaniu książki


Miałam naprawdę dużo frajdy z czytania "Za zamkniętymi drzwiami" i stopniowego odkrywania, na czym polegał plan Grace. Ale prawdziwą wartość tej książki dostrzegłam już po przeczytaniu, kiedy zaczęłam się nad nią zastanawiać.

Czy podobne historie zdarzają się w rzeczywistości? Ilu dramatów tak naprawdę nie widzimy, choć rozgrywają się tuż obok nas?

Grace nie była przeciętną kobietą. Prawdę mówiąc, była bardzo wyjątkowa: inteligentna, zaradna, wytrwała i nieustępliwa. Dlaczego sadysta Jack wybrał taką właśnie kobietę na żonę? Może pomylił się w jej ocenie (i dlatego ostatecznie poniósł klęskę), a może czerpał dodatkową satysfakcję z łamania tak silnej osobowości. Jedno jest pewne: gdyby nie spryt i charakter (a także, mimo wszystko, sporo szczęścia), Grace nigdy nie wyrwałaby się z zastawionej przez Jacka pułapki.

A co by się stało, gdyby na jej miejscu była mniej wyjątkowa kobieta? Taka, która nie znalazłaby sposobu na ucieczkę, taka, która poddałaby się w końcu? Wtedy nikt nie uratowałby biednej Millie. Ona zaś, bezsilna i pełna rozpaczy, patrzyłaby na jej cierpienie każdego dnia, bez końca obwiniając się za całą tę sytuację.

A kiedy jakimś cudem wyszłoby na jaw, co spotkało Millie, winą za jej los zostałby obarczony nie tylko oprawca, ale też jego żona - która widziała wszystko i nic nie zrobiła.

Wiecie, przypomina mi się ta książka, ilekroć słyszę o jakimś przypadku przemocy wobec dzieci. Tak łatwo przychodzi nam ferowanie wyroków. Tak gładko przechodzi przez usta odwieczne pytanie: "gdzie była matka?", "dlaczego nie reagowała?".

Przypominam sobie wtedy Grace: zamkniętą w ciasnym pokoju, pozbawioną możliwości ratunku, z przerażeniem odliczającą dni do chwili, kiedy jej siostra będzie musiała trafić pod dach potwora.

Może niewielu jest takich geniuszy zbrodni jak Jack Angel. Ale niewiele jest też tak silnych kobiet jak Grace.

Niestety, sadyści i zastraszone przez nich kobiety żyją pośród nas. Może w naszym mieście, może na naszej ulicy. Może patrzymy na nich i myślimy, że są idealni. Może, gdy dochodzi do tragedii, oskarżamy o nią osobę, która tak naprawdę sama również jest ofiarą. Nie wiemy, co się dzieje za niejednymi zamkniętymi drzwiami.

Czy polecam tę książkę?


Bez chwili wahania! Nie widzę w niej żadnych wad. Czytałam w innych recenzjach, że jest ponoć przewidywalna, a w którymś miejscu trochę się dłuży - szczerze, nic takiego nie dostrzegłam. Jeśli już do czegoś miałabym się przyczepić - pod koniec Grace ma naprawdę dużo szczęścia, zbieg okoliczności pomaga jej trochę za bardzo. No i Jack, który dotąd był tak uważny i przewidywał każdy jej ruch, nagle nie zauważa... Ale świadomość, że aż taki szczęśliwy splot zdarzeń byłby mało prawdopodobny, nie odebrała mi przyjemności z czytania, a wręcz wzmocniła tę późniejszą refleksję - że w prawdziwym życiu takie historie kończą się znaczniej gorzej.

Książka jest świetna. Polecam każdemu.

wtorek, 6 marca 2018

Zgoda buduje, czyli: jak to w końcu jest z tym małżeństwem.


Jaki tu ruch się zrobił ostatnio! Niektórzy z Was pewnie są przyzwyczajeni do takiej sytuacji i nie robi to na Was szczególnego wrażenia, dla mnie jest to nowe i zupełnie fantastyczne doświadczenie. Cieszę się, że zajrzeliście, mam prośbę: rozgośćcie się i zostańcie na dłużej. Nieczęsto piszę wielkie i przełomowe teksty, ale te krótsze i lżejsze również są warte przeczytania.

Dzisiejszy wpis mógłby powstać w ramach akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa (w której zresztą wzięłam udział, ale z innym tekstem), gdybym nieco wcześniej wpadła na pomysł, by go napisać. Jest jednak inna, ważna okazja: w tym tygodniu obchodzimy z mężem rocznicę, jedną z trzech ważnych rocznic, które świętujemy co roku, dziewiątą rocznicę naszego związku.

W poprzednim tekście pisałam o tym, że coś przełomowego wydarzyło się w moim życiu dziewięć lat temu, a teraz, że od dziewięciu lat jesteśmy razem? Tak, te dwa fakty się ze sobą wiążą.

Dawno, dawno temu...


Trudno pisać o dziewięcioletnim, udanym związku bez uderzania w sentymentalną nutę. Zwłaszcza, że historia tej znajomości jest do bólu hollywoodzka i sentymentalna. Serio, znacie te bajki o dziewczynie, która ma swój wyśniony ideał mężczyzny, ale rozsądek podpowiada jej, żeby nie szukać ideałów, tylko dać szansę zwyczajnym, ale prawdziwym mężczyznom z krwi i kości - po czym jednak niespodziewanie spotyka ten swój ideał? I nie daje mu szansy, bo przecież w planach jest już jej ślub z innym, ale po długich i nieraz dramatycznych perypetiach ostatecznie odjeżdżają jednak wspólnie w stronę zachodzącego słońca? No, więc to jest bajka o mnie.

I żyli długo i szczęśliwie. 



Nie, nie jest idealny. I nie mam zamiaru pisać mu kolejnej laurki, już jedną na tym blogu ma ;) Chciałabym dzisiaj poruszyć nieco inną kwestię. Jak to jest, kiedy mąż i żona prawie we wszystkim się zgadzają?

Hm, jak to jest - jest fantastycznie! :) Ale ta sytuacja ma też swoje słabe strony.

Jesteśmy równie podobni do siebie, co różni. Od dziewięciu lat ze zrozumiałych względów pracujemy raczej nad budowaniem i wzmacnianiem podobieństw niż nad pogłębianiem różnic. Jeśli się nie zgadzamy, często dyskutujemy na ten temat nawet bardzo żywiołowo, we dwoje, bez świadków. Po czym przypadkiem, w którejś kolejnej rozmowie wychodzi na jaw, że w sumie to już się zgadzamy, wypracowaliśmy jakieś wspólne zdanie, któreś z nas nawet nie do końca świadomie dało się przekonać drugiemu i odtąd jesteśmy zgodni również i w tym temacie. To jest małżeństwo, to jest wspólne życie. Nie wojna, nie debata, w której trzeba wygrać, zdominować przeciwnika, pokonać argumentami. 

Łączą nas podobne zainteresowania, pasje, marzenia. Im dłużej jesteśmy razem, tym jest ich więcej. To on zabrał mnie na żagle. To ja zabrałam jego w góry. To przy nim zaczęłam śpiewać gospel. To przy mnie poznał kino indyjskie. Wspólnie odkrywaliśmy świat fotografii. To wszystko odbywa się zupełnie naturalnie, nikt nikogo do niczego nie zmusza, po prostu robimy wszystko razem.

Łączy nas podobny gust prawie we wszystkim. Spróbuj spędzić dziewięć lat z człowiekiem i nie lubić tego, co on lubi. Mimowolnie zaczynasz zauważać na ulicy jego ulubiony kolor, samochody takie, jakie mu się podobają, słyszysz w radiu piosenkę i uśmiechasz się, bo on tę piosenkę lubi. Czasem trzeba też podjąć wspólną decyzję, a jedno z nas nie ma zdania, wtedy gust i punkt widzenia jednej osoby staje się wspólnym zdaniem i na jego podstawie zostaje podjęta decyzja.

Łączą nas te same wartości, poglądy, podejście do życia. W dużym stopniu można powiedzieć, że mamy podobne charaktery.

Ale nie jesteśmy w stu procentach identyczni.


Różnią nas temperamenty. Ja jestem towarzyska, dynamiczna, intensywna. Mąż jest raczej bardziej zdystansowany. W sytuacjach konfliktowych ja staram się być dyplomatyczna, mąż niekoniecznie przebiera w słowach. Mimo to regularnie, ciągle i w różnych sytuacjach jesteśmy brani za jedną osobę, dwugłowego stwora mówiącego jednym głosem.

"Jak byłem singlem, łatwiej mi było się wypowiadać, bo przynajmniej wszyscy wiedzieli, że to moje zdanie", stwierdził ostatnio mój mąż.

W różnych sytuacjach w większym gronie, w których teoretycznie każdy ma prawo się wypowiedzieć, jedno z nas zawsze jest pozbawiane prawa głosu. Przeważnie jest to właśnie mój mąż. Pewnie dlatego, że ja sama nauczyłam się już unikać sytuacji, w których z pewnością zostałabym wzięta za obrończynię mojego męża, osobę bez własnego zdania.

Tak, przeważnie mojemu mężowi podoba się to, co robię. Z prostej przyczyny: już od dziewięciu lat patrzy na różne rzeczy, które robię. Tak, mój mąż często uważa, że mam rację. Jesteśmy dwojgiem ludzi, którzy na ogół myślą podobnie, między innymi to nas właśnie połączyło. 

Tak, podoba mi się praktycznie wszystko, co robi mój mąż. Może i nie jestem obiektywna, ale kiedyś przecież byłam, te dziewięć lat temu. Kiedyś zobaczyłam go po raz pierwszy, nic o nim nie wiedziałam i spodobał mi się. Kiedyś podjęłam decyzję, że to jest mężczyzna, z którym spędzę życie. Nie miał wtedy forów, nie był na wygranej pozycji, a jednak wygrał.

Żadne z nas nie straciło swojej indywidualności. Nadal jesteśmy tymi samymi osobami, które lata temu zakochały się w sobie.

Kiedy nie zgadzamy się ze sobą, zazwyczaj rozmawiamy o tym w cztery oczy. Mamy mnóstwo okazji, mnóstwo czasu, by o tym porozmawiać. W końcu spędzamy wspólnie życie.

Czeka nas milion wspólnych decyzji.



Każdego dnia będziemy podejmować kolejne, wspólne decyzje. Szczególnie przy wychowywaniu dziecka. Kiedyś nie byliśmy do końca zgodni w kwestii kar cielesnych, teraz dla obojga jest jasne, że żadne z nas nie podniosłoby ręki na naszego synka. 

Zależy mi na tym, żeby dziecko widziało naszą zgodę jak najczęściej. Nie chcę, żeby któreś z nas było w jego oczach tym złym rodzicem. Nie chcę, żeby kiedykolwiek słyszał ode mnie: "poczekaj, aż ojciec wróci do domu!". 

Życie razem to sztuka podejmowania wspólnych decyzji, wymagająca nieraz wzajemnego docierania się i kompromisów. Nie jesteśmy tacy sami, ale gramy w jednej drużynie - i oby zawsze tak było :)

Autorką pięknych zdjęć jest Agata Łudzik - Fotojaga :)


czwartek, 8 lutego 2018

Małżeństwo jest WAŻNE - jakie znaczenie ma ślub cywilny?


Dzisiejszy wpis powstał w ramach internetowej akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa 7-14 lutego.

Jakie znaczenie ma ślub cywilny?


"... to TYLKO ślub cywilny".

"... Powiedz mi szczerze, czy ten ślub cokolwiek dla ciebie zmienia?"

"... Obchodzicie rocznicę tego... kontraktu cywilnego?"

"... Znałam kilka par, które planowały wziąć ślub kościelny po cywilnym i w efekcie nigdy go nie wzięły. Nie mówię, że tak będzie w Waszym przypadku, ale..."

a z drugiej strony, między innymi:

"... Co, jednak ugięliście się i wzięliście też ślub kościelny?" 

"... Rodzina nie dała wam żyć?"

"... Jak to, bierzecie ślub? Przecież jesteście już małżeństwem?"

Z reakcji naszych bliskich i znajomych można wywnioskować, że jesteśmy bardzo nietypowym małżeństwem. Wzięliśmy ślub dwukrotnie: najpierw cywilny, a rok później kościelny. Oba śluby były dla nas ważnymi, przełomowymi wydarzeniami. Jesteśmy osobami wierzącymi i podchodzimy z pełną powagą do religijnego wymiaru ślubu kościelnego.

Dlaczego zatem - ślub cywilny?


W naszym przypadku odpowiedź jest prosta i prozaiczna: tak było szybciej. Chcieliśmy już być małżeństwem. Nie "pośpieszała" nas ciąża, bo jej nie było. Mój mąż jest takim typem człowieka, że jak już na coś się zdecyduje (w tym przypadku - na małżeństwo), to chciałby to zrealizować jak najszybciej. Jeśli o mnie chodzi, to już od pewnego czasu marzyłam o tym, by móc mówić o ukochanym mężczyźnie: "mój mąż" :) 

Od dnia zaręczyn do ślubu minęły równo trzy miesiące. Czy da się w takim krótkim czasie zorganizować ślub kościelny? Pewnie się da. Wszystko się da. Najpierw szukasz kościoła, gdzie znajdziesz jeszcze wolny termin. Potem szukasz sali weselnej, której jeszcze nikt nie zarezerwował, albo w ogóle rezygnujesz z wesela. Następnie czekają Cię intensywne trzy miesiące załatwiania spraw formalnych, odbycie przyśpieszonego kursu przedmałżeńskiego, zapraszanie gości (jeśli to jeszcze wchodzi w grę), szybkie wybieranie sukni, garnituru, dodatków, wszystkiego. 

My nie chcieliśmy organizować ślubu kościelnego w trzy miesiące. Chcieliśmy przygotowywać się do niego długo i starannie, żeby ten jedyny, najważniejszy dzień był taki, jak go sobie wymarzyliśmy. Ślub cywilny miał być tym szybkim, a ślub kościelny - tym wyczekanym i idealnym :)

Wiem, że nie każdy z Was zgodzi się z naszym podejściem, niektórzy pomyślą z pewnością, że to strasznie płytkie. Ale prawdziwe. Nie chciałabym do końca życia żałować, że nie miałam wesela i wymarzonej sukni, patrzeć z zazdrością na cudze zdjęcia ślubne i porównywać ich pięknie zorganizowane uroczystości z moim "ślubem w pięć minut". Oprawa nie jest najważniejsza, ale też ma znaczenie.

Co zmienił w moim życiu ślub cywilny?


Fot. Marek Krempa
Zmienił wszystko. Nagle byliśmy już nie parą narzeczonych, a małżeństwem. To, co nas łączyło, nie było już tylko obietnicą, zapowiedzią, ale formalnym, przypieczętowanym związkiem. Nasze życie małżeńskie nie było planem na bliżej nieokreśloną przyszłość, ale stało się rzeczywistością.

Dla mnie ta zmiana miała może nawet większe znaczenie dlatego, że już raz byłam zaręczona. Mimo szczerych chęci i wspólnych planów tamten związek nie przetrwał. Jeśli nie mieliście podobnych doświadczeń, uwierzcie na słowo: bycie narzeczoną to coś zupełnie innego niż bycie żoną (choćby tylko po ślubie cywilnym). Zerwanie zaręczyn to nic przyjemnego, ale - nie jest to rozwód.

Zmieniło się moje nazwisko, adres zameldowania, dokumenty, nagle we wszystkich formularzach zaczęłam wpisywać "zamężna", a już nie "panna", zmienił się nawet mój adres mailowy, no i od tamtej pory noszę obrączkę... To formalności, ale - nie da się pozostać w pełni tą samą osobą, gdy zmienia się praktycznie wszystko, co Cię określało do tej pory. Nagle spędzanie czasu z drugą osobą to już nie jest randka, to już nie jest tymczasowe pomieszkiwanie razem, to jest codzienność. To jest Twoja rzeczywistość.

Dlaczego jeszcze ślub cywilny jest ważny?


Fot. Marek Krempa

Fot. Marek Krempa
  • Nas to nie dotyczyło, ale - osoba mieszkająca poza krajem swojego urodzenia może szybciej i łatwiej ubiegać się o obywatelstwo dzięki temu, że weźmie cywilny ślub z obywatelem kraju, w którym mieszka. I nie chodzi mi tutaj o wizje rodem z amerykańskich komedii romantycznych, kiedy ktoś musi szybko wziąć ślub choćby z nieznajomą osobą, bo inaczej zostanie deportowany - ale o realną sytuację wielu znajomych nam Polaków i Polek, którzy mieszkają i pracują za granicą.
  • Formalny związek małżeński otwiera drogę do licznych przywilejów, o których chyba wszyscy wiedzą, bo co jakiś czas ta kwestia jest podnoszona w różnych nieraz kontrowersyjnych dyskusjach na tematy społeczne. Jako małżeństwo możecie się razem rozliczać, możecie wziąć razem kredyt, w razie pobytu małżonka w szpitalu jesteście traktowani jak rodzina, a nie jak przypadkowa osoba, która próbuje uzyskać informacje o stanie zdrowia drugiej osoby... To tylko część udogodnień.
  • Czy komuś się to podoba, czy niekoniecznie, coraz więcej ludzi w naszym kraju odcina się od Kościoła i sakramentów. Niejedno małżeństwo, które znamy, ma za sobą tylko ślub cywilny. Taka jest ich decyzja i nie ma podstaw, by ktoś miał tej decyzji nie szanować. Ich małżeństwo jest ważne i prawdziwe. Tak samo ważne i prawdziwe było moje małżeństwo jeszcze przed ślubem kościelnym.


Jakie znaczenie ma dla nas ten ślub po latach?


Fot. Marek Krempa
Tu też odpowiedź jest krótka i prosta - to dla nas piękne wspomnienie. Nasz ślub cywilny był z oczywistych względów skromny, ale piękny i romantyczny. Po ceremonii zjedliśmy pyszny obiad w rodzinnym gronie, a wieczorem świętowaliśmy w gronie znajomych podczas wielkiej i szalonej imprezy nad jeziorem :) Mamy pamiątkę w postaci pięknych zdjęć. Co roku świętujemy dwukrotnie z okazji rocznicy ślubu, obie rocznice są dla nas tak samo ważne. I gdy nas ktoś zapyta, od ilu lat jesteśmy małżeństwem, to zawsze liczymy te lata od 23 czerwca 2012, czyli od daty naszego ślubu cywilnego. W tym roku będzie to już szósta rocznica :)

Bardzo jestem ciekawa, co Wy myślicie na ten temat :) Ślub cywilny, ślub kościelny? Jeden i drugi?