Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2020

Siedem lat szczęścia.

Fot. Sylwia Łęcka


Tak kiedyś miał się nazywać ten blog. Siedem lat liczyłam wówczas od - dajmy na to - dnia, w którym zrozumiałam, że jeśli chcę być szczęśliwa, to muszę zacząć szukać tego szczęścia gdzie indziej niż szukałam do tej pory. I znalazłam je!:)

Dziś myślę jednak o innej rocznicy, która miała miejsce kilka dni temu. O siódmej rocznicy naszego ślubu kościelnego :)

Co zmienił ślub kościelny?

Pisałam kiedyś już o tym, co zmienił w moim życiu ślub cywilny, który odbył się rok wcześniej. Jeśli miałabym porównać, które z tych wydarzeń stanowiło większą zmianę w naszym życiu - przyznam, że nie do końca potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie. Oba śluby były ważne. Kiedy ktoś pyta nas, od jak dawna jesteśmy małżeństwem, przeważnie odpowiadamy, że od ośmiu lat. Jednak gdy wracamy myślami do dnia naszego ślubu, częściej wspominamy jednak ten kościelny.

Oboje jesteśmy wierzącymi osobami. Zawarcie małżeństwa jako sakramentu miało dla nas wielkie znaczenie i wbrew temu, co niektórzy sądzili, było naszym celem od samego początku, to znaczy od dnia zaręczyn.

Choć duchowy aspekt był dla nas najważniejszy, zależało nam również na ładnej oprawie, pięknej muzyce, strojach, kwiatach, weselu - trochę tradycyjnym, ale jednak w "naszych" klimatach, na dobrej zabawie w gronie bliskich nam osób... No i zależało nam też na pięknych strojach :)

Fot. Sylwia Łęcka

Nie jest to rzecz, z której byłabym wybitnie dumna, ale - jeszcze jako mała dziewczynka wymarzyłam sobie wygląd mojej sukni ślubnej. To znaczy, zmodyfikowałam trochę ten dziecięcy projekt w oparciu o sugestie mojego męża. Tak powstał projekt sukni idealnej :) 

Całości stroju dopełniły buty, których historię opowiadałam Wam już kiedyś. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jesteśmy typową parą młodą.

Zrobiliśmy wiele, żeby ten dzień miał nasz własny, indywidualny charakter. Zamiast typowej weselnej kapeli, grał nam zespół rockowy. Było też karaoke. Zatańczyliśmy do ulubionej romantycznej piosenki, ale wpletliśmy w nią również zaskakującą, szybką wstawkę. W podziękowaniach dla rodziców pomogły nam muppety :) 

Fot. Marcin Tytko

Nawet figurki na torcie weselnym były jedyne w swoim rodzaju!

Fot. Sylwia Łęcka


Siedem lat małżeństwa - siedem chudych lat?

Po szalonym, nietypowym, nieszablonowym weselu zaczęło się małżeńskie życie codzienne. W nowym domu, bo nasza przeprowadzka ostatecznie niemal zbiegła się w czasie ze ślubem. W tym samym tygodniu przewoziliśmy meble i szliśmy do ołtarza :D

Jesteśmy dobrym, szczęśliwym małżeństwem. Nieraz jednak myślę o tych pierwszych siedmiu latach jako tych najtrudniejszych, "chudych", po których nadejdą następne, lepsze, spokojniejsze. Można to ująć tak, że patrzę z nadzieją w przyszłość :)

Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam tuż po ślubie, było podpisanie dużej, znaczącej umowy z ważnym klientem. Za to następną rzeczą było potknięcie się na dziurze w asfalcie – nie, to nie jest przenośnia :) Nie chodziłam i nie pracowałam przez następne dwa miesiące. Strach pomyśleć, jak wpłynąłby na moje życie jakiś poważniejszy wypadek, skoro skutki drobnego, niegroźnego złamania odczuwałam jeszcze przez lata, a właściwie gdzieś tam pośrednio nadal je odczuwam.

W ciągu pierwszych dwóch lat naszego małżeństwa odebraliśmy dwie bardzo gorzkie lekcje od losu. Pierwsza brzmiała tak: to, że chcecie mieć dziecko, wcale jeszcze nie znaczy, że będziecie mieć dziecko. Druga: szybki i niespodziewany sukces zawodowy może skutkować bolesnym, bolesnym upadkiem. Gorszym niż potknięcie na asfalcie, choć fizycznie bezbolesnym.

Rok 2014 był katastrofą. Rok 2015 był rokiem lizania ran, składania siebie na nowo do, pardon my French, kupy, i przede wszystkim rokiem próbowania, próbowania, próbowania. Jedyne, co było w tym piękne to, że byliśmy w tym razem. 

Kolejny rok przyniósł cud - Roberta :) Na pewno pisałam Wam już, że pierwsza ciąża była dla mnie cudownym doświadczeniem, był to jednak również trudny, stresujący czas. Miałam w pamięci to, co zawsze słyszałam o kobietach w ciąży, że nie wolno im się denerwować... I drżałam o nasze dziecko.

Rodzicielstwo wynagrodziło nam te trudne początki, a druga ciąża pokazała mi, jak bardzo relaksujące, piękne i radosne może być oczekiwanie na dziecko. Przynajmniej do momentu, kiedy nie wysiadło mi zdrowie :D

Mam wrażenie, że minione siedem lat, choć cudowne i pełne miłości, przeciągnęło nas jednak przez spore koleiny. Z chęcią przyjmiemy teraz siedem tłustych lat! To znaczy, mam nadzieję, że ta tłustość nie będzie dotyczyła naszych gabarytów, a przynajmniej nie tylko ich!

Siedem lat szczęścia.

Bez względu na różne trudności, jakie napotkaliśmy – nie miejcie wątpliwości, że to był czas pełen pięknych chwil. Dobrych wspomnień jest o wiele więcej niż tych złych. To były lata pełne radości, śmiechu, wspaniałych imprez, śpiewu, spotkań z przyjaciółmi, wycieczek w piękne miejsca… Nawet z trudniejszych dni staraliśmy się zawsze wyłuskać to, co było w nich najlepsze. Każde wyzwanie traktowaliśmy jak ciekawą przygodę, urozmaicenie, szansę na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wracamy do tych wspomnień z przyjemnością.

Fot. Janusz Bilski

Fot. Agata Łudzik

 
Fot. Andrzej Dymek


Szanowne życie, losie, przeznaczenie, szczęśliwa gwiazdo – dziękujemy za te siedem lat :) i prosimy o więcej!



poniedziałek, 9 marca 2020

W życiu jak w filmie, czyli: moje lata przestępne


Nieco ponad tydzień temu świętowałam mój ulubiony dzień - 29 lutego. Dzień Żaby. Leap Day.

Mam słabość do tej daty, odkąd jako mała dziewczynka odkryłam, że występuje ona w kalendarzu tylko raz na cztery lata. Zaintrygowała mnie. Zastanawiałam się, czy osoba urodzona w tym dniu starzeje się cztery razy wolniej i kiedy jej rówieśnicy mają 32 lata, ona dalej pozostaje małą dziewczynką? (Zdaje się, że miałam wówczas osiem lat i właśnie uczyłam się tabliczki mnożenia) :)

Wyobrażałam sobie, że kiedy dorosnę, urodzę dziecko w tym dniu. Potem dorosłam i chciałam, żeby 29 lutego stał się dniem moich zaręczyn. Ale żaden z kandydatów nie był przekonany do tej daty :D

Lata przestępne mają jednak w sobie coś wyjątkowego. Przynajmniej dwukrotnie w okolicy 29 lutego przeżyłam sytuację, która równie dobrze mogła wydarzyć się w jakimś filmie lub książce.

Rok 2012




Pojechaliśmy nad morze :) Tak, w lutym. Do tej pory uważam, że morze zimą jest fascynujące - chłodne, surowe, bezludne, z potężnymi falami. Przeżyliśmy tam niezapomniane, romantyczne chwile. Wieczorne spacery po pustej plaży, zwiedzanie małego miasteczka, o tej porze roku praktycznie opuszczonego... Udało nam się zamoczyć nogi w chłodnych falach :)

Przyszedł jednak czas powrotu do domu. Mieliśmy od dawna sprawdzony dojazd - najpierw autobusem do Gdyni, stamtąd mieliśmy pociąg do Warszawy, gdzie zamierzaliśmy się przesiąść na "Jana Matejko", który jechał do Krakowa. To był dzień 3 marca.
(Jeśli coś pomyliłam w tym opisie, darujcie, minęło już parę lat, a pamięć jest ulotna).

Nie przewidzieliśmy jednego: cała Gdynia była strasznie rozkopana. Remont dróg. Mieliśmy zapas czasu, ale kurczę, nie aż taki. Nie zdążyliśmy na pociąg, spędziliśmy jakieś dwie lub trzy nadprogramowe godziny w Gdyni.



Spóźniliśmy się także, rzecz jasna, na "Jana Matejko". Który pod Szczekocinami zderzył się czołowo z innym pociągiem.

To pierwsza informacja, która dotarła do nas, gdy późnym wieczorem dotarliśmy bezpiecznie do domu, przemęczeni długą podróżą.


Jakie to uczucie? Jak gdyby darowano nam nowe życie.

Rok 2016


Zaczął się wyjątkowo źle. Pod koniec lutego musieliśmy jechać na pogrzeb na drugi koniec Polski, w drodze powrotnej zepsuło nam się auto. Nie mieliśmy urlopu, pieniędzy, sprawnego samochodu, ani nawet ładnej pogody. Dzień Żaby zasługiwał na swoją nazwę, bo prało żabami od rana do wieczora.

I to nawet nie były wszystkie powody naszego kiepskiego samopoczucia, szkoda jednak rozpamiętywać, co jeszcze się nie udało. W pewnym momencie usiedliśmy razem przy stole, oboje zmęczeni, zmoknięci i przygnębieni. Pamiętam, że powiedziałam: "Wiesz, co jest najgorsze? Gdyby to był jakikolwiek inny dzień, wiedziałabym, że prędzej czy później zapomnimy o tym, że był tak nieudany. Ale jak mam zapomnieć o tym, że akurat dzisiejszy dzień tak się nie udał?".

Wtedy zrobiliśmy najlepsze, co mogliśmy: postanowiliśmy uratować dzień. Urządziliśmy sobie romantyczną kolację. Świece, sukienka, nastrojowa muzyka i... puzzle. O ile dobrze pamiętam, były moim walentynkowym prezentem dla męża, a skończyliśmy je układać właśnie w ten romantyczny wieczór 29 lutego.



Ale to jeszcze nie koniec! Najlepsze przyszło dopiero z czasem. Podoba mi się, jak opisałam to kiedyś na FB, więc pozwólcie, że zacytuję samą siebie sprzed kilku lat:

"O tym, co najpiękniejsze, dowiedzieliśmy się dużo później – tak to w końcu działa w przyrodzie :) Nie mogliśmy wiedzieć, że właśnie tej nocy pojawił się najpiękniejszy prezent, jaki mogliśmy sobie dać. Choć wtedy był jeszcze zaledwie małym, maleńkim marzeniem czekającym na spełnienie, to jednak właśnie od tej nocy jest nas nie dwoje, a troje.

Dlatego ten dzień jest dla mnie ważniejszy niż cały rok, a przy okazji tak bardzo wyraźnie pokazał nam to, o czym starałam się pamiętać w tych gorszych chwilach minionego roku – to nic, że czasem coś się nie uda. To nic, że nasze plany może trafić szlag. Rzeczywistość może okazać się piękniejsza niż jakiekolwiek plany. I zawsze można zrobić coś, żeby choć troszeczkę, choć w nieznacznym stopniu uratować dzień".

Czy to nie jest niezwykłe? Jak wiecie, długo czekaliśmy na tę chwilę. I wreszcie nadeszła - właśnie wtedy! Wtedy zaczął się Robert :)

Rok 2020


Bez katastrof, których udało się uniknąć, bez spektakularnych zdarzeń i bez ciąż ;) Ale także wyjątkowy! Świętowaliśmy - z pewnym opóźnieniem - moje trzydzieste trzecie urodziny. Plus, oczywiście, Dzień Żaby :) Przygotowałam nawet specjalne żabie menu - zielone leczo, sałatkę "spora" z papryką i groszkiem oraz słodkie ciasto z cukinii.



Miało być kameralnie, skromnie, bez fajerwerków. Dosłownie dwa dni przed imprezą dowiedziałam się, że mamy możliwość zdobycia dowolnej ilości balonów, wystarczy po nie przyjechać :) Myślałam o kilku, może kilkunastu balonach, żeby dzieci miały radochę - a mąż zrobił mi niespodziankę i przywiózł ich kilkadziesiąt! Cały dom udekorowany balonami :) Istne szaleństwo!

Kolejną niespodzianką był przyjazd naszych kochanych przyjaciół spod Rzeszowa. Twierdzili niby, że nie pasuje im termin. Nic nie powiedzieli i przyjechali!

Bawiliśmy się fantastycznie. Jedliśmy pyszną pizzę upieczoną przez Wojtka, chrzestnego Michasia. Śpiewaliśmy, póki nam starczyło sił :) No i oczywiście, obrzucaliśmy się nawzajem balonami! Dzieci zachwycone, dorośli zresztą również ;)

Zagadka: kto się tam schował? :)

Zastanawiam się, czy to nie była najlepsza z naszych imprez. Co prawda, wcześniejsze też wspominamy z przyjemnością... :)


Aż jestem ciekawa, co przyniesie następny rok przestępny? Za cztery lata się dowiemy!


Gdybym miała nadać jeszcze jedną nazwę temu dniu, nazwałabym go Dniem Życia, albo Dniem Radości z Życia? Radości, że się przeżyło, bo cudem uniknęło się wypadku. Radości, bo pojawiło się upragnione, oczekiwane życie. Radości, bo są przyjaciele, jest rodzina, są kolorowe balony, pizza, muzyka i mnóstwo frajdy :) W każdym razie - za cztery lata również zamierzamy świętować!

środa, 26 lutego 2020

Siedem ważnych lekcji życiowych z okazji urodzin.




Niedawno miałam urodziny. Jeśli śledzicie fanpage Szczęśliwa Siódemka, to wiecie, kiedy to było :) (Zachęcam do śledzenia!

Urodziny to dobry czas na podsumowania, a ja je bardzo lubię. Ten rok przywitał mnie znaczącym niedoborem czasu na wszystko, a szczególnie na zajmowanie się blogiem, dlatego też większość planowanych przeze mnie tekstów pojawiła się z opóźnieniem albo w ogóle.

Jeszcze pod koniec minionego roku myślałam o tym, że dobrze byłoby spisać te najważniejsze, najbardziej pamiętne lekcje z ostatnich miesięcy. Będę do nich wracać, a może pomogą też komuś innemu?

Nie wszystkie są nowymi lekcjami. Niektóre traktuję jako przypomnienie :)

1. To moja sprawa, jak zareaguję na krytykę. Pozytywna reakcja jest przede wszystkim dobra dla mnie.


Po pierwsze, kwestia przyjmowania krytyki jest tak często wyolbrzymiana, że nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ba, sama robiłam ten błąd. Uważałam, że co by się nie działo, mam obowiązek zareagować ładnie, grzecznie, z dystansem. Że jeśli się przejmę, to znaczy, że jestem przewrażliwiona, dziecinna i w ogóle świadczy to o mnie jak najgorzej. Widzę to samo przekonanie u wielu osób z mojego otoczenia.

Słuchajcie mnie teraz. To normalna rzecz, pokazujecie światu jakąś cząstkę siebie czy swojej działalności - przecież nie po to, żeby powiedzieć "patrzcie, jak mi beznadziejnie wyszło". Pokazujecie, bo jesteście z czegoś zadowoleni, dumni, uważacie, że możecie się tym pochwalić. Jeśli ktoś zmiesza Was z błotem - nic dziwnego, że jest Wam przykro. Nie ma powodu, żebyście mieli się tego wstydzić. Szczególnie, gdy nie prosiliście tej osoby o wyrażenie zdania.

Natomiast spokojna, wyważona reakcja na negatywną opinię może sprawić, że po prostu poczujecie się dobrze. Jeśli przyjmiecie ją spokojnie i z podniesioną głową  zamiast pozwolić, by popsuła Wam nastrój - krytyka może Was wzmocnić, sprawić, że poczujecie się zadowoleni z siebie i być może wyciągniecie z niej konstruktywne wnioski.


2. Gdy dwie osoby wiecznie próbują ustępować sobie nawzajem, prędzej czy później doprowadzi to do frustracji.


Grzeczność ma swoje granice, i zdumiewająco łatwo może obrócić się przeciwko nam. Zaskakuje Was to? Mnie zaskoczyło. Myślałam, że tego właśnie oczekuje ode mnie świat: żebym ustąpiła, przedkładała cudze potrzeby nad własne, nie robiła problemów. W tym roku okoliczności sprawiły, że spędziłam dużo czasu z osobą, która uważała podobnie i dokładnie tak samo starała się postępować wobec mnie.

Efekt? Obie czułyśmy się niedocenione w naszych wysiłkach, sfrustrowane, pełne żalu. Każdy gest uprzejmości spotykał się z odmową, odrzuceniem, bo przecież to ta druga strona chciała być uprzejmą. "Nie trzeba, nie musisz" padało chyba w każdej naszej rozmowie. Każda z nas czuła, że robi dużo, a druga strona nie okazuje wystarczającej wdzięczności.

Stop. Kiedyś trzeba przerwać ten festiwal uprzejmości, podziękować i docenić czyjś gest. Jeśli tylko nie narusza on w żaden sposób Twoich granic, rzecz jasna.

Nawiasem mówiąc, pamiętacie może, jak wyginęli dżentelmeni? To jest bardziej życiowe, niż mogłoby się wydawać! ;)


3. Ta zła matka widziana przypadkowo na ulicy to ja, a jej dziecko to moje dziecko.


Ugryzłam się ostatnio w język, o jedną chwilę za późno. Zdążyłam wcześniej wyrazić opinię, że pewne określone złe zachowanie dziecka wynika z postawy matki. Po czym dotarło do mnie, że za parę lat ktoś tak powie o moim dziecku i o mnie. Może zresztą już ktoś tak mówi.

Zanim urodziłam dziecko, a właściwie, zanim to dziecko trochę podrosło i zaczęło pokazywać różki wystające spod jasnej czupryny aniołka... Widywałam na ulicy dużo złych matek. Teraz widzę same moje klony. Kobiety, które kochają swoje dzieci nad życie, ale bywają też zmęczone, miewają gorsze dni, brakuje im czasem cierpliwości. Oczywiście, nie mówię o zupełnie patologicznych zachowaniach. Ale kiedyś byłam o wiele mniej wyrozumiała.

Z perspektywy tamtej Martyny sprzed kilku lat - nie jestem pewna, czy uznałabym siebie za dobrą matkę. Na szczęście moja perspektywa zdążyła się zmienić.

4. Czasem musisz zacząć życie na nowo, bez czegoś, co uwielbiasz. Nawet jeśli sobie tego nie wyobrażasz.


Bez obaw, nic złego się u mnie nie stało :) Mam wrażliwe serce i przejmuję się problemami innych osób.

Już kiedyś musiałam się tego nauczyć. Parę lat temu mój maż, wówczas mój chłopak, miał poważne problemy zdrowotne pośrednio związane z piciem kawy. Z dnia na dzień oboje przestaliśmy ją pić, a w tamtym czasie trzy duże, mocne kawy dziennie stanowiło nasze minimum. Wytrzymałam bez kawy cztery lata, mąż jeszcze ze dwa lata dłużej. Obecnie wróciliśmy do niej, ale uważamy, by nie przesadzić z ilością.

Podziwiam ludzi, którzy zaczynają od nowa. Przyzwyczajenie jest potężną siłą, większą niż mogłoby się zdawać. Czasem trzeba stworzyć sobie nową codzienność i odnaleźć się w niej.

5, Młodsze dziecko ciągle wydaje się maleńkie, bez względu na to, jakie jest już duże.


Odkąd mam dwójkę dzieci, o wiele bardziej rozumiem ten mechanizm, który sprawia, że rodzice czasem traktują młodsze dziecko nieco inaczej, z większą troską, może też z pewnym ograniczonym zaufaniem i brakiem wiary w jego możliwości. Michał wydaje się przy Robercie taki malutki! Czasem muszę sobie przypominać, że on już przecież skończył rok jakiś czas temu. Mam skłonność do patrzenia na niego jak na niemowlę.


6. Nie porównuj doświadczeń innej osoby do własnych. Emocje nie podlegają porównaniom.


Jeśli śledzicie ten blog od jakiegoś czasu, wiecie dobrze, że Siódemka nie zawsze była Szczęśliwa. Lekcję na temat empatii przerobiłam już wielokrotnie, od różnych stron. Czasem wydaje mi się, że osobom doświadczonym najtrudniej zdobyć się na empatię. Łatwo wpędzić się w porównania. Albo zakładamy, że druga osoba nie ma pojęcia, co przeżyliśmy - albo wręcz przeciwnie, zakładamy, że jest taka sama jak my. Skoro więc ja poradziłam sobie z moim doświadczeniem, czemu ona/on nie może sobie poradzić?

Przeczytałam opis jednego porodu. Moją pierwszą reakcją było wzruszenie ramionami. I co? Mój poród był gorszy. Dużo gorszy.

Ale tamta kobieta nie przeżyła mojego porodu, nie ma o nim pojęcia. Przeżyła własny, i był dla niej trudnym doświadczeniem. Porównywanie nas nie ma sensu. 

7. Mogę zostać źle zrozumiana i uznana za nieuprzejmą nawet bez mojej winy.


Tak, to dla mnie nowa lekcja. W końcu zawsze byłam tą pyskatą smarkulą, która wiecznie mówiła nie to, co trzeba. Z czasem nauczyłam się uważać na moje słowa. Za to nieraz stwierdzam, że nie warto się ograniczać i po prostu mówię, co myślę :D Nie do wiary, ale istnieją takie osoby, które twierdzą, że nigdy (w ich obecności) nikogo nie uraziłam! Jest to jakieś zwycięstwo.

Przyzwyczaiłam się do myślenia, że jeśli kogoś uraziłam, to widocznie znowu palnęłam coś po swojemu. Bo przecież ja tak mam. Kilka sytuacji uświadomiło mi jednak, że nie zawsze jestem winna.

Mam nadzieję, że moi bliscy darują mi ten przykład, ale jest tak dobitny, że po prostu muszę się nim podzielić. Wyobraźcie sobie obiad rodzinny, specjalnie dla mnie zostały podane gołąbki z soczewicą (uwielbiam!). Wyraziłam radość, powiedziałam między innymi, że przy mnie żadna ilość soczewicy się nie zmarnuje. Padło pytanie, czy z soczewicy można zrobić ciasto. (Można? Próbował ktoś?) Nieco zaskoczona odpowiedziałam, że pewnie i można, ale dla mnie byłoby to marnowanie soczewicy.

Później tego samego dnia usłyszałam przez zupełny przypadek, jak jedna z osób obecnych przy tej rozmowie mówi, że Martyna powiedziała, że gołąbki to marnowanie soczewicy. Aaa! Gdybym tego nie usłyszała, gdybym natychmiast nie pobiegła sprostować, ta informacja dotarłaby do osoby, która tak bardzo postarała się, żebym miała pyszny obiad.

Nie powiedziałam nic złego. Ktoś nie dosłyszał, nie zrozumiał, coś umknęło, coś sobie dopowiedział - i nagle w czyjejś głowie powstała nowa wypowiedź, stawiająca mnie w bardzo niekorzystnym świetle.

I tak się dzieje pewnie po wielokroć, o większości podobnych sytuacji prawdopodobnie nawet się nie dowiadujemy.


Ha, nie planowałam, że tych punktów wyjdzie siedem, ale widocznie jestem już związana z tą liczbą na dobre! Ciekawa jestem, jakie są Wasze przemyślenia w związku z tym, co napisałam. Mam nadzieję, że zostawicie komentarz :)

piątek, 14 lutego 2020

W lutym zdobędę mężczyznę moich marzeń!


Już dawno chciałam się Wam do tego przyznać, ale jakoś tak ciągle brakowało mi - odwagi, okazji, albo po prostu czasu...

Jestem zakochana w pewnym mężczyźnie. Kiedyś myślałam, że to tylko przelotne zauroczenie i nie będzie miało większego wpływu na moje życie. Z czasem stało się jednak jeszcze silniejsze, aż zrozumiałam, że nie zdołam mu się oprzeć. Postanowiłam, że w tym roku go zdobędę. I co najlepsze, wiem, że nic mnie nie powstrzyma, pomimo tego, że...

On jest żonaty. Ma dwójkę wspaniałych dzieci! Jest wspaniałym, troskliwym i kochającym mężem i ojcem. Co więcej, znam i lubię jego żonę, choć moja relacja z nią bywa nieco skomplikowana. No dobra, zgrywam się, pewnie i tak już się domyśliliście, że to ja jestem jego żoną.

Skąd takie postanowienie?


Dawno, dawno temu...
... nie byłam jeszcze matką ani żoną. Nie byłam nawet narzeczoną. Byłam dziewczyną, jak to się dawniej mówiło, sympatią. Przyznam nieskromnie (skromność jest przereklamowana!), że mój chłopak miał ze mną bardzo dobrze. Uwielbiałam się o niego starać. Robiłam mu niespodzianki, na przykład zabrałam go raz na wycieczkę z okazji urodzin. Dowiedział się wieczorem, że ma spakować szczoteczkę do zębów i zapas ubrań, bo jedziemy z samego rana. Ta wycieczka to jedno z naszych ulubionych wspomnień :)

Stroiłam się dla niego, śpiewałam mu piosenki miłosne, pisałam mu wiersze. Nieraz gotowałam coś pysznego, choć wydaje mi się, że po ślubie znacznie bardziej rozwinęłam swoje umiejętności w tym zakresie. Robiłam dla niego piękne prezenty, np. albumy z naszymi zdjęciami. Nie no, naprawdę mu się trafiło.

A potem się ożenił :)

Słyszeliście kiedyś o tym? Kobieta wychodzi za mąż, bo liczy na to, że on się zmieni. Mężczyzna żeni się, bo liczy na to, że ona będzie taka jak przed ślubem.

Mój chłopak oświadczył się spontanicznej, zaangażowanej, oddanej dziewczynie, która trzy miesiące później została jego żoną. Wiele się wtedy zmieniło: moje nazwisko, adres zameldowania, zaczęłam nosić obrączkę... Pozostałam jednak tą samą osobą, która zdobyła jego serce. Jeśli te osiem lat temu miałam tyle wspaniałych pomysłów na wspólne spędzanie czasu i umilanie jego życia, dlaczego teraz miałoby to wyglądać inaczej?

Dziś.


"Boję się, że dopadnie nas rutyna", mówił mi kiedyś, zdaje się, że jeszcze przed oświadczynami. Już wtedy czułam, że z tą rutyną to jakoś więcej straszenia, niż to jest warte i tak naprawdę nie ma się czym przejmować. W zasadzie co może być złego w dzieleniu codzienności z kimś, kogo się kocha?

Po blisko ośmiu latach małżeństwa mogę powiedzieć, że owszem, rutyna nieraz nam towarzyszy. Nasze dni często wyglądają tak samo, i gdybym Wam je teraz opisała, pewnie nie uznalibyście tego opisu za szczególnie fascynujący. Wspólny obiad, kawa, zabawa z dziećmi, wieczorem jakiś film. Czasem gdzieś wychodzimy w czwórkę, ostatnio rzadko, bo dopadły nas przeziębienia.

Co mogę zrobić jako dzieciata, nieco zmęczona mężatka, która chce zdobyć serce swojego wybranka?

Mogę pójść z nim na randkę.

Randka z mężem ma w sobie o tyle więcej uroku niż zwykła randka, że tak naprawdę niewiele trzeba, by docenić jej urok. Wystarczy usiąść razem w kawiarni i tym razem zająć stolik dla dwojga, a nie ten przy kąciku dla dzieci :D Albo kupić sobie po bułce w ulubionej piekarni i iść na spacer do parku, usiąść razem na ławce, jak za dawnych lat. Nie musimy szukać wymyślnych atrakcji ani eleganckich restauracji, tak naprawdę liczy się to, że jesteśmy we dwoje.

Możemy spędzić wyjątkowy czas w naszym domu.

Tym razem niekoniecznie będzie to oglądanie filmu. Może pośpiewamy razem? (Oboje to uwielbiamy). Może zaprosimy znajomych? Przecież bycie we dwoje to także dzielenie czasu z ludźmi, którzy są nam bliscy. Oboje lubimy spędzać czas w gronie przyjaciół. Aż się cieszę na samą myśl o kolejnym takim spotkaniu!

Mogę ugotować lub upiec coś pysznego.

Jak już pisałam Wam niedawno, to jedna z moich ulubionych form spędzania czasu :) Przez żołądek do serca! Mam to szczęście, że mąż uwielbia moją kuchnię. Dzieci bywają w tej kwestii nieco bardziej wybredne ;) Na szczęście przeważnie wracają do domu już najedzone, więc tak naprawdę gotuję dla nas dwojga. Dziś w planach naleśniki :)

Możemy zaplanować wycieczkę.

Kiedy zastanawiałam się ostatnio, o czym marzę, co jeszcze chciałabym przeżyć wspólnie z tym wyjątkowym mężczyzną, dość szybko przyszło mi do głowy, że chciałabym zwiedzić z nim wiele miejsc, w których dotąd nie byliśmy. Ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele okazji, by podróżować, mam jednak nadzieję, że wkrótce uda nam się to zmienić. Jest jeszcze tyle świata do zobaczenia!


Mogłabym jeszcze długo wymieniać pomysły, ale darujcie, muszę zachować jeszcze w zanadrzu coś, co będzie dla niego niespodzianką :) Rozumiecie, zamierzam podejść poważnie do kwestii zdobycia mężczyzny moich marzeń, a to zakłada też działanie z zaskoczenia!

piątek, 22 lutego 2019

"Szczęśliwa" nie znaczy "zadowolona".


Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Moje maleńkie, ledwie urodzone dziecko miało zapalenie płuc, zanim skończyło pierwszy miesiąc życia. Panie na oddziale pediatrii powiedziały na jego widok "dopiero co był na noworodkach".

Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Kiedy robiłam plany finansowe na ten rok, przeliczyłam się o dobry tysiąc miesięcznie.

Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Trochę mi nie idzie z tym blogowaniem...

Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Miałam ostatnio urodziny. Z roku na rok coraz bardziej nie lubię tego dnia.

Halo, tu Siódemka... ;)

No nie, nie jest tak źle. 


Ale dobrze też nie jest. To nie jest tak, że wstałam dziś rano po kiepsko przespanej nocy, w czasie której jedno stękało, drugie chrapało, trzecie co chwilę się budziło, a czwarte skakało wszystkim po głowach, siadłam do komputera w kiepskim nastroju i napisałam ten tekst. To rosło, rosło, zbierało się, aż docierało powoli, że kilka dni przygnębienia po nieprzyjemnej sytuacji to już trochę za długo, że kolejny trudny tydzień to już więcej niż jeden trudny tydzień, że niepowodzenia, przestoje i niespełnione plany zaczynają coraz bardziej przyćmiewać to, co się udało i co jest dobre, i że, co tu dużo mówić, jestem w dołku.

Depresja poporodowa? Michał ma już prawie trzy miesiące (jak ten czas za***!), więc ta depresja byłaby jednak cokolwiek spóźniona. Hashimoto? Możliwe, w końcu i tak radzę sobie z tym lepiej niż można byłoby się spodziewać. Ale... kurczę, czy w życiu chodzi tylko o to, żeby poziom hormonów się zgadzał? Czy jak dostanę magiczną tabletkę, to nagle zacznę wszystko ogarniać? Nagle to wszystko, co mi nie odpowiada w tym momencie, zacznie mi się podobać, nagle uznam, że to jest to? No błagam.

Zawsze bałam się dnia, w którym powiem, że to już się nie uda. Wiecie, tego dnia, kiedy masz trzydzieści lat i już wiesz, że świat nie stoi przed Tobą otworem i tak dalej, i tak dalej. A dzisiaj to powiedziałam. Jakoś samo się wypsnęło. Zaraz zaczęłam samą siebie poprawiać i pouczać, że co za bzdury, przecież jeszcze jestem młoda i wszystko, wszystko jeszcze przede mną. Dawno temu postanowiłam sobie, że co by nie było, nie obniżę swoich oczekiwań wobec życia. Ale coraz częściej się zastanawiam...

Gdyby tak spojrzeć na życie jako na lekcję lub rolę do odegrania, to czego mogłoby uczyć moje życie? Jaka lekcja mogłaby z niego wynikać? Czasem obawiam się, że ta lekcja może być ostrzeżeniem, że nieraz masz wszystko, czego potrzeba, a i tak ostatecznie nic Ci się nie udaje. Bo powodzenie w życiu to nie jest proste równanie, zasługujesz = dostajesz. Niektórzy po prostu ponoszą porażki.

Nie jestem księżniczką w tej bajce. Jestem tą złą wróżką, która zawsze chciała być księżniczką, ale tę rolę dostał ktoś inny. Bycie złą wróżką ma sporo zalet, pozwala na więcej swobody. Ale czasem... po prostu chcesz być księżniczką. 

Już słyszę ten chórek. 


"Jak możesz tak mówić, przecież masz kochającego męża, cudowne dzieci, dom...". Mam. Każdego dnia dziękuję za to, co mam. Jestem szczęśliwa, kochana, potrzebna. Kiedy mój jasnowłosy mały książę wskakuje mi w ramiona ze śmiechem i mówi, że mnie kocha (po angielsku, bo jakoś łatwiej mu idzie w tym języku), kiedy mój młodszy skarb uśmiecha się do mnie promiennie i chwyta moje palce swoimi malutkimi, ale silnymi rączkami - uwierzcie, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. 

Gdyby tak życie składało się tylko z bycia mamą i żoną! Ale się nie składa. I całe szczęście. Bo kiedyś moje dzieci dorosną, wyprowadzą się, będą żyły swoim życiem, a moje życie nadal ma mieć wtedy sens. Chcę być z niego zadowolona. Teraz nie jestem. Nie chcę uzależniać mojego zadowolenia od moich dzieci czy nawet od męża. To ja mam się czuć dobrze sama ze sobą, sama w swojej skórze, i taką zadowoloną z siebie osobę chcę im dawać do kochania, do potrzebowania. Nie mam ich po to, by mnie ratowali.

Pozbieram się.


Zawsze się zbieram. W końcu przecież jestem... no, wiecie. Szczęściarą. Superdziewczyną. To do czegoś zobowiązuje. Nie po to sobie to wszystko tak ładnie w głowie układałam, żeby teraz tam się jakiś bajzel robił. Będzie dobrze, i to już niedługo. W sumie to już czuję się lepiej, bo Wam o tym napisałam szczerze, bez owijania w bawełnę. Nie chcę być nieszczera w tym, co do Was piszę. Czasem na jasnym niebie pojawiają się chmury, i o tym też trzeba wspomnieć. Bo dobrze wiem, że i u Was się pojawiają.



Będzie mi miło, jeśli napiszesz mi komentarz. Nie wiem, czy wiesz, ale zmieniłam ostatnio trochę podejście do prowadzenia tego bloga i troszeczkę się obawiam, że mi wszyscy stąd pouciekacie... Pokaż, że tu jesteś :)


czwartek, 7 lutego 2019

Jak poznałam Waszego ojca? ;)


Dzisiejszy wpis powstał w ramach internetowej akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa 7-14 lutego.

Tegoroczne tematy zaproponowane przez twórców akcji "Tydzień Małżeństwa w Internecie" wyjątkowo współgrają z moim planem - żeby wspominać, przywoływać dawne chwile i honorować tegoroczne dziesiąte rocznice. Temat przewodni dzisiejszego dnia to "Początki relacji". To idealna okazja, by opowiedzieć Wam, jak to wszystko między nami się zaczęło.

(Jeśli komuś coś nie gra w tytule niniejszego tekstu, śpieszę wyjaśnić, że jest to oczywiście nawiązanie do tytułu znanego serialu. Wiem, na pewno je wyłapaliście, ale wolę na wszelki wypadek to zaznaczyć.) 

Pierwsze spotkania.


Pisałam Wam już kiedyś, że nie pamiętam tego jedynego, absolutnie pierwszego spotkania. To nie była żadna z tych chwil, które zapadają w pamięci. Nie poznaliśmy się jako potencjalni przyszli partnerzy, nie było flirtu, w ogóle nic nie było. Przyszedł nowy chłopak do szkoły i tyle. Nawet nie byliśmy na tym samym roku, więc widywaliśmy się przelotnie na korytarzu i na łączonych zajęciach. 

Jako początek naszej znajomości postanowiłam zatem potraktować nie któryś z tych szkolnych epizodów, ale przypadkowe spotkanie na Rynku w Krakowie w pewne upalne czerwcowe popołudnie. To był chyba 1 czerwca, na Rynku tłum ludzi czekał na mające się wkrótce rozpocząć występy w ramach Festiwalu Piosenki Zaczarowanej. Wypatrzyliśmy się w tłumie, dwie znajome twarze. Wymieniliśmy kilka niezobowiązujących zdań, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy głodni i w związku z tym dobrze byłoby coś zjeść. Poszliśmy na pizzę. Do tej pory mamy sentyment do pizzerii, którą wtedy odwiedziliśmy :)

Wtedy po raz pierwszy tak naprawdę porozmawialiśmy ze sobą. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Bez przerwy się śmialiśmy. Miałam wrażenie, że coś zaiskrzyło, choć on twierdzi, że to jeszcze nie był ten moment. Ale dwie rzeczy dały mi do myślenia. Kiedy zapytana przez niego powiedziałam, ile mam wzrostu, a on stwierdził, że to "idealnie, w sam raz dla niego" (oboje z całą pewnością należymy do niewysokich). Poza tym mówił, że w wakacje wybiera się na żagle i zaproponował mi, żebym jechała razem z nim. 

Oczywiście nie pojechałam na te żagle, on zresztą też nie, ale to inna historia. Po tym spotkaniu zdecydowanie nie dążyłam do zacieśnienia naszych kontaktów. Czasem tak jest, że po jednym spotkaniu ma się przeczucie "to jest początek bliskiej relacji, o ile na to pozwolimy". Ja miałam takie przeczucie. I absolutnie nie mogłam na to pozwolić, wiecie dlaczego. Wiecie? Byłam zaręczona.

Mimo wszystko ta nasza relacja, stricte koleżeńska/przyjacielska, jakoś samoistnie się zacieśniała. Któregoś dnia pianistka z naszej szkoły wzięła mnie na stronę i powiedziała takim bardzo dyskretnym tonem: "Wiesz, Martyna, ten Andrzej to naprawdę porządny chłopak!"... Przytaknęłam, ale nie drążyłam tematu. No, porządny przecież.


Pierwsze rozmowy.


Jakiś czas później nudziło mi się i założyłam konto na popularnym wówczas portalu społecznościowym. Oczywiście na liście moich znajomych szybko pojawił się pewien profil z wielkim, szerokim uśmiechem na zdjęciu... Niedługo później dostałam od niego pierwszą wiadomość, na widok której dosłownie zamarłam - wiadomość zaczynała się od słów "Zakochałem się"! Odetchnęłam jednak z ulgą. Gdy ją otworzyłam, okazało się, że mój uroczy rozmówca zakochał się... w piosence, którą mi przesłał.

Przeważnie rozmawialiśmy o muzyce, o śpiewaniu. Mamy do niej podobne podejście, odgrywa równie wielką rolę w życiu każdego z nas. Mamy podobny gust, choć zdarzyło się nam nieraz nie zgodzić w ocenie jakiegoś utworu lub wykonawcy.

Rozmawialiśmy często poprzez wiadomości, komunikatory. Nigdy nie dzwoniliśmy do siebie. Znaliśmy się prawie od roku, kiedy zorientowaliśmy się, że w ogóle nie mamy swoich numerów telefonu.

Pierwsze "chodzenie ze sobą".


"Muszę z Tobą zerwać", powiedział mi pewnego dnia, niemal dokładnie 10 lat temu. Zabawne słowa, choć sytuacja taka nie była.

"Chodzenie ze sobą" to był nasz wspólny żart. W którejś rozmowie wspomniałam, że w szkole podstawowej chodziłam z różnymi chłopakami, ale to chodzenie polegało głównie na tym, że widywaliśmy się w szkole i rozmawialiśmy. "To tak jak my", stwierdził wtedy rozbawiony. No i chodziliśmy ze sobą, aż do chwili, kiedy musieliśmy zerwać. Bo odpowiedzią na jego pierwsze poważne pytanie było "NIE".

Czy nie zorientowałam się wcześniej, że zakochał się we mnie? Musiałabym być ślepa. Przecież przeczuwałam to już wtedy w czerwcu. Ale pewności nie mogłam mieć. Tym bardziej, że w tym samym czasie miałam jeszcze jedną, bardzo podobną przyjacielską relację - z chłopakiem, który z całą pewnością nic do mnie nie czuł. I też wszyscy wokół nas twierdzili, że jestem niedobra, że robię mu nadzieję, że on na pewno jest zakochany po uszy... Miałam tak zapobiegawczo go spławić, żeby być w porządku? Czekałam na jego krok.

Strasznie mi było go wówczas szkoda. I na pewno nic jeszcze do niego nie czułam, albo przynajmniej zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Próbowałam sobie wyobrazić, że odpowiadam jakoś na to jego uczucie, nie potrafiłam. Moje myśli i serce zajmował ktoś inny.

Miesiąc (i kilka dni) później byliśmy parą.


Wyobrażacie sobie? Tak wiele zmieniło się w jeden miesiąc.
Jeśli chciałabym to tutaj opisać, musiałabym chyba podzielić ten tekst na tomy.

To był trudny i szalony miesiąc. Jeśli miałabym wybrać, który miesiąc był najdziwniejszy/najtrudniejszy/najbardziej nietypowy w moim życiu, bez wahania wskazałabym właśnie ten, luty 2009.

Czy budowanie związku na fundamencie w postaci życia, które wywróciło się do góry nogami, ma jakikolwiek sens? W moim przypadku zadziałało, jednak nie mogłabym z czystym sumieniem polecać takiego rozwiązania. Trochę wbrew komedii romantycznej, w jaką zmieniło się wówczas moje życie - uważam, że budowanie zdrowego związku nie powinno polegać na tym, że jedna osoba ratuje drugą. Ani nawet na tym, że obie osoby ratują się nawzajem. Myślę, że najzdrowiej jest najpierw pozbierać się samemu (choć niekoniecznie samodzielnie, może np. z pomocą psychologa), poradzić sobie i dopiero jako silna i poukładana osoba próbować stworzyć z kimś szczęśliwy związek. Życie pisze jednak różne scenariusze.

Co jeszcze mogę powiedzieć? Możesz mieć różne plany i pomysły, jak poradzić sobie z daną relacją, ale jednej rzeczy nigdy nie jesteś w stanie zaplanować - siły uczuć drugiej osoby. To jest dla Ciebie wielka niewiadoma. Rezultaty mogą być nieprzewidziane.

I jeszcze - prawdziwa miłość istnieje! Po dziesięciu latach jestem tego pewna, z każdym dniem coraz bardziej :)





czwartek, 20 września 2018

Imię dla chłopca!


Za inspirację do napisania tego tekstu serdecznie dziękuję Mamie Pod Prąd :) Zobaczcie, jak wyglądało wybieranie imienia dla jej synka! "Najtrudniejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia". 

Niedawno, najwyżej dwa tygodnie temu maż spojrzał na mój duży ciążowy brzuch i pytającym tonem wypowiedział to jedno męskie imię. A ja po raz pierwszy nie odpowiedziałam wymijająco, tylko spojrzałam mu w oczy i powtórzyłam to samo imię, ale już z pewnością w głosie. 

Wybór imienia dla młodszego synka sprawił nam dużo więcej trudności niż się tego spodziewaliśmy. Zdecydowanie więcej niż w przypadku Roberta.

A właśnie, skąd imię Robert?


Często jestem o to pytana. Zazwyczaj odpowiadam, że jest to jedyne imię męskie, które podobało się nam obojgu. Jak już pisałam, od początku byliśmy przekonani, że nasze pierwsze dziecko będzie dziewczynką. W związku z tym z łatwością znajdowaliśmy kolejne imiona dla dziewczynki. Okazało się jednak, że jesteśmy rodzicami chłopca.

Nasze kryteria nie były szczególnie wygórowane. Imię miało być ładne, nie kojarzyć się głupio, łatwo się zdrabniać, nie sprawiać większych problemów obcokrajowcom i nie tworzyć komicznego połączenia z nazwiskiem. Nazwisko mamy z tych problematycznych. Jak kogoś ciekawi, to zerknijcie na fanpage Szczęśliwa Siódemka i zobaczcie, kto go prowadzi :) Powiedzmy, że np. imię Tymoteusz nie było brane pod uwagę nawet przez chwilę...

Ciekawostką jest, że jeszcze jako mała dziewczynka chciałam nadać swojemu ewentualnemu przyszłemu synkowi imię Robert (choć i tak byłam przekonana, że będę mieć córeczkę). Po pierwsze, podobało mi się to imię. Po drugie i ważniejsze, kojarzyło mi się z muzyką.

Źródło: Youtube
Na polskiej scenie muzycznej było wówczas chyba z pięciu bardzo znanych Robertów, wśród nich wokaliści, instrumentaliści, kompozytorzy. Żadne inne imię męskie nie mogło się pochwalić tak liczną reprezentacją w tej branży.

Robert to także... imię mojej pierwszej miłości :) Mężczyzna noszący to imię jest bardzo porządnym człowiekiem, rozstaliśmy się w zgodzie i nadal utrzymujemy serdeczny, choć bardzo sporadyczny kontakt. Nie tyle nadałam dziecku jego imię, co raczej nie widziałam przeszkód, by moje dziecko nosiło imię takiej osoby.

Imię "Robert" oznacza w wolnym tłumaczeniu "ten, który żyje w chwale" lub "ten, który jaśnieje w ciemności". Przyznam, że znaczenie imienia jest dla mnie bardzo ważne. Kilka lat temu duże wrażenie zrobiła na mnie konferencja o. Adama Szustaka OP, w której mówił on o znaczeniu swojego imienia i o tym, jak wpłynęło ono na jego życie. Zapragnęłam wtedy nadać mojemu dziecku (którego wówczas jeszcze się nawet nie spodziewałam) imię, które będzie miało piękne i wartościowe znaczenie.

No i na koniec... muszę się przyznać, że tak ostatecznie zainspirowała mnie Lady Gaga i piosenka "Alejandro" :) Choć moje uczucia w stosunku do tego utworu są co najmniej mieszane (wolę "Don't turn around" w wykonaniu Ace of Base!), a teledysku nawet za bardzo nie jestem w stanie obejrzeć w całości, jednak motyw wykorzystanych w tej piosence imion ogromnie mi się podoba. Imię Alejandro, czyli Alexander odpadało na dzień dobry - to imię nosi chłopczyk w najbliższej rodzinie :) Dwóch Alexów przy jednym stole - no nie, tak się nie robi. Imię Fernando, czyli Ferdynand też nie było brane pod uwagę - dla mnie Ferdynand to albo Wspaniały, albo Kiepski, i żadne z tych skojarzeń mi nie odpowiada :) Zostawało Roberto, czyli właśnie Robert :)

Źródło: Youtube
Po pierwszym zaskoczeniu, że jednak nie dziewczynka i po odrzuceniu kilku opcji, które nie podobały się przynajmniej jednemu z nas, decyzja o wyborze imienia Robert zapadła względnie szybko :)

Za drugim razem było trudniej.


O matko, już widzę, że ten tekst będzie długi... 

Początkowo wydawało się, że wybór imienia jest dla nas oczywisty. Imię dla dziewczynki wybraliśmy jednogłośnie i bez wahania - miała być Magdalena. Powiedzmy, że dość analogicznie do Roberta :) Magda to po prostu imię pierwszej dziewczyny mojego męża. Przy okazji, jest to bardzo ładne imię, łatwo się zdrabnia, brzmi dobrze z nazwiskiem, raczej nie sprawia problemów obcokrajowcom - czyli dokładnie to, o co nam chodziło.

Imię dla chłopca? Mieliśmy wstępnie wybrane. Na zasadzie: "to będzie dziewczynka i będzie miała na imię Magdalena, a gdyby jednak jakimś cudem okazało się, że będzie chłopiec, to będzie miał na imię... " :)

Po czym okazało się, że mimo zupełnie innych objawów w ciąży i mimo tego, że na USG I trymestru dziecko wyglądało na dziewczynkę, z całą pewnością jest jednak chłopcem :) I dopiero wtedy - gdy już wiedzieliśmy, że Magdalena odpada - ogarnęły nas wątpliwości odnośnie imienia. Czy na pewno takie, o jakim myśleliśmy? Może jednak inne? Wybór imienia Roberta był w końcu tak dobrze przemyślany i przemawiało za nim tyle różnych argumentów, a teraz mieliśmy w zasadzie tylko jeden mocny argument: "bo ładne".

Zaczęliśmy więc się wahać, szukać, myśleć, kombinować... I odrzucać kolejne opcje.

"A jest jakieś imię, które Ci się podoba?".


Muszę się teraz przyznać do małego niedopowiedzenia. Tak jak pisałam, zazwyczaj tłumaczę wszystkim, że wybrane przez nas imię to jedyne, które podobało się nam obojgu. Jest to prawda, ale niepełna. W rzeczywistości wygląda to tak, że wybieramy jedno z bardzo, bardzo wąskiej listy imion, które jest w stanie zaakceptować mój mąż :)

Dwukrotnie przerobiliśmy wszystkie typowe i mniej typowe pułapki czyhające na osoby, które szukają imienia dla dziecka. Skojarzenia, przekręcanie imion, wymyślanie hipotetycznych przezwisk i powodów, dla których dziecko znienawidzi nas za nadanie takiego imienia... Starą prawdę, że "nie masz pojęcia, ilu osób nie lubisz, dopóki nie przyjdzie Ci szukać imienia dla dziecka"... Generalnie wyglądało to tak, że ja wychodziłam z kolejnymi propozycjami, a mój mąż znajdował powód, dlaczego to imię odpada.


Jeśli odnieśliście wrażenie, że w wyborze imienia dla Roberta skupiłam się głównie na moich skojarzeniach i na tym, co mnie się podoba, bądźcie łaskawi to teraz zrozumieć :)

"- Mateusz?
- Wajchę przełóż! Adam, już przekładam!
- Łukasz?
- Czego szukasz?
- Krystian?
- Krystian Andersen? Ten od smutnych baśni, w których zawsze ktoś umiera? Źle mi się kojarzy.
- Przemysław?
- Nie, żadnych -sławów!
- Mariusz?
- Nie... Nie podoba mi się."

I tak w nieskończoność! Wreszcie faktycznie zapytałam, czy jest w stanie zaproponować jakieś imię, które mu się podoba. Nie był w stanie :)

Jakie imiona odrzucaliśmy?


Imiona rymujące się z nazwiskiem. 

Wiadomo, te odrzucaliśmy w ciemno. Przy czym okazało się, że dla mojego męża problematyczne są nie tylko imiona takie jak Tymoteusz czy Szymon, ale też Jacek, Marek i w ogóle imiona, które zdrabnia się za pomocą końcówki -ek.

Imiona bardzo popularne oraz "obciachowe".

Tu chyba nie muszę nic tłumaczyć. Odpadły zarówno spolszczone wersje angielskich imion, jak i wracające ostatnio z wielką mocą imiona staropolskie. Co do imion "obciachowych" - uważam to za głupotę, że zupełnie normalne imię z jakichś powodów staje się nagle synonimem obciachu, jednak wolę nie musieć tłumaczyć nikomu, dlaczego nadałam takie imię dziecku.


Imiona bardzo rzadkie, oryginalne, egzotyczne.

Jedno słowo - nazwisko. Od początku było dla nas jasne, że nasze dziecko nie może mieć bardzo nietypowego imienia, bo w połączeniu z nazwiskiem stworzy ono ryzykowny zestaw.

Imiona osób, których nie lubimy.

My raczej lubimy ludzi :) Ale takie na przykład imię mojego byłego partnera odpadło bez dyskusji, choć obiektywnie jest to bardzo piękne imię męskie.  

Imiona, które wywołują silne i w związku z tym kłopotliwe skojarzenia.

Czyli na przykład wspomniany Ferdynand. Albo Mikołaj. Kilka osób sugerowało mi, że to bardzo ładne imię, na co ja zawsze odpowiadałam niezmiennie - dla mnie Mikołaj to w ogóle nie jest imię, tylko taki Święty z brodą :) Pozdrawiam wszystkich Mikołajów i wszystkich rodziców Mikołajów, nie gniewajcie się, proszę, to tylko moje odczucia!


Imiona, których znaczenie do mnie nie przemówiło.

Przyznaję, tu raczej ja podeszłam bardziej krytycznie. Odrzuciłam np. imię Filip. Konie to bardzo zacne zwierzęta i dobrze jest je kochać, jednak niekoniecznie chciałam, by właśnie taka wiadomość była zapisana w imieniu mojego synka.


Odpadło też imię Emil - to znaczy "ten, który rywalizuje". Nasz syn z pewnością będzie z kimś rywalizował, pewnie nawet ze starszym bratem, ale niekoniecznie musi mieć do tego dodatkową motywację w postaci imienia :)

"Miłosz, czekaj!"

Imię Miłosz było jednym z mocniejszych kandydatów nawet za pierwszym razem. To znaczy, było takie dla mnie - mój mąż oczywiście nie był do niego przekonany. Ta opcja odpadła jednak natychmiast, gdy pewnego dnia usłyszeliśmy na parkingu, jak jedna mama woła swojego synka: "Miłosz, czekaj" - co brzmiało zupełnie jak "Miło szczekaj!"...
Wizja kulturalnego, uprzejmie szczekającego psa już nas nie opuściła :)


Imiona osób, które lubimy.

To było najtrudniejsze.
Jednym z kilku imion, które najdłużej braliśmy pod uwagę, było imię Marcin. Wydaje mi się, że to była opcja, do której mój mąż był najbardziej przekonany. Ładne imię. Niezbyt częste i zarazem niezbyt oryginalne. Nie rymuje się ani nie kojarzy z niczym. Da się je zdrobnić. Obcokrajowcy sobie z nim poradzą, pewnie będą mówić "Martin". Jak na razie same zalety. Mało tego! Marcin to imię jednej z najbliższych nam osób, naszego najlepszego przyjaciela, w zasadzie już członka rodziny.

I właśnie dlatego jednak się nie zdecydowaliśmy.
Wydaje mi się, że to zawsze byłby problem. "Marcin! Ale który?"... "Nie mówię o Tobie, tylko o wujku Marcinie"... Wiem, że można sobie z tym poradzić. Nadawać pseudonimy, różne zdrobnienia... Ale po co sobie radzić, skoro można po prostu nie doprowadzać do tego, by problem się pojawił? 
Poza tym wyobraziłam sobie, że Robertowi mogłoby być przykro, że to jego brat dostał imię po wujku, a nie on. Długo się wahaliśmy, ale ostatecznie imię Marcin odpadło.

Innym mocnym typem było imię Artur. Robert i Artur, jakie to piękne połączenie! Tak mnie zachwyciło, że byłam nawet gotowa machnąć ręką na niezbyt ambitne znaczenie imienia Artur - mniej więcej "piękny niedźwiedź". 


O odrzuceniu tej opcji przesądził jednak fakt, że mamy kolegę Artura. I w sumie mamy z tym kolegą dość skomplikowaną relację. Wydaje mi się, że dziwnie odebrałby fakt, że nasz synek miałby nosić jego imię. Może uznałby, że mam jakąś obsesję na jego punkcie czy coś w tym stylu... Może to głupie, ale naprawdę nie chciałam doprowadzać do takiej sytuacji. 


Po przemyśleniu tych wszystkich opcji i odrzuceniu szeregu innych imion, które po prostu, najzwyczajniej w świecie jakoś nam nie brzmiały - okazało się, że nasz pierwszy wybór jest jednak tym najlepszym i najwyraźniej jedynym. Może dało się myśleć nad tym dłużej... W końcu rodzę dopiero za dwa miesiące. Chcieliśmy jednak móc już mówić do naszego młodszego synka po imieniu.

Michał.


To zawsze było w moim odczuciu jedno z ładniejszych imion męskich. Gdybym miała wymienić kilka takich najładniejszych, byłoby pewnie w pierwszej piątce - razem z imionami Robert i Andrzej :) 

Imię Michał nie wywołuje żadnych złych skojarzeń (no dobra, wiem, że Michał popychał i się skichał... Ale to nas nie zniechęciło!), daje się łatwo zdrobnić. Dla obcokrajowców może być nieco trudniejsze niż imię Robert, ale też można sobie z tym poradzić - mówić np. Michael, Michel, od biedy nawet Mike czy Mick :)

Dodatkowy argument za imieniem Michał - podobnie jak Robert, jest to imię znakomitego polskiego piłkarza. W czasie, gdy nadawaliśmy imię starszemu synkowi, nasza drużyna narodowa cieszyła się nieco lepszą opinią niż obecnie. Dużo osób się wtedy zachwycało, że mały będzie miał takie samo imię jak Lewandowski :) Będziemy mieć zatem małego "Lewego" i małego Pazdana. Wiadomo, że to nie jest najważniejszy argument - ale chłopcy pewnie się ucieszą, jak będą starsi i odkryją to powiązanie.

A drugie imię?


Andrzej. Tak samo, jak ma Robert - po tacie.

Byłoby inaczej, gdybyśmy od początku wiedzieli, że będzie dwóch chłopców. Ale kto to przewidzi? My na pewno nie przewidywaliśmy. Robert miał początkowo odziedziczyć drugie imię po jednym z dziadków. I właściwie w ostatniej chwili pojawiła się wątpliwość: a czy drugiemu dziadkowi nie będzie przykro?

Skoro już jeden z chłopców otrzymał drugie imię po ojcu, nie wyobrażam sobie, żeby młodszy miał dostać inne. Czy na pewno zdołalibyśmy mu to wytłumaczyć? Czy nie czułby się przez to gorszy, mniej kochany? Bardzo przemówił mi do wyobraźni motyw z filmu "Gattaca" - słabszy z synów, któremu wróżono krótkie życie, nie zasłużył na imię po ojcu. Otrzymał je młodszy, silniejszy syn.

Źródło: Youtube

Jeśli jakimś cudem zdarzy nam się, że będziemy mieć jeszcze jednego, trzeciego synka, on również otrzyma drugie imię po tacie :) Nad pierwszym nawet nie mam siły się zastanawiać...

I tak nigdy nie wiadomo, czy dziecko polubi swoje imię.


Ja sama długo nie lubiłam mojego imienia. Oznajmiałam rodzicom na przykład: "Od dzisiaj mówcie na mnie Asia!" :) Planowałam, że zmienię imię, jak będę dorosła. Potem mi przeszło, uczyłam się lubić moje imię, szukałam znośnych zdrobnień, próbowałam znaleźć w nim jakieś zalety. Bywa i tak.

Może się okazać, że tak starannie wybierane przez nas imiona nie spodobają się naszym synkom. Liczę się z tym. Myślę jednak, że sobie z tym poradzą - może wymyślą sobie jakieś pseudonimy? Będziemy wtedy używać pseudonimów, a co! :)

czwartek, 6 września 2018

Misja: adaptacja! Pierwsze dni w żłobku.


"- Kochanie, kiedy mamy te dni próbne w żłobku? - zapytałam męża jakiś czas temu.
- 30-31 sierpnia. Nie próbne, a zapoznawcze - poprawił mnie. - Trzeba myśleć pozytywnie :)"

No właśnie... W obliczu wielkiej rewolucji w życiu całej rodziny pozytywne myślenie to klucz do sukcesu. Kiedy dziecko widzi nasze uśmiechnięte twarze i entuzjazm, nie czuje się zagrożone. Przygotowujemy go przecież na wspaniałą przygodę :) 

A co z nami, rodzicami? Dla nas to też ogromna zmiana. Wydaje się, że głównie dla mam, które do tej pory spędzały całe dnie z dziećmi. Ale widzę nawet po moim mężu, że dla ojców to też jest silne przeżycie. Kilka nowych trosk każdego dnia, zastanawianie się, jak dziecko radzi sobie w nowym miejscu... Nie tylko dziecko potrzebuje adaptacji. My też.

Jestem nietypową matką


Piszę to bez kokieterii, raczej z myślą o tym, że sama czasem dziwię się swojemu podejściu. Nie do końca tego się spodziewałam. A może jestem właśnie bardzo typową matką, tylko żadna z nas nie chce się przyznać do tego, że wszystkie mamy tak samo? W każdym razie, kocham moje dziecko do szaleństwa i uwielbiam spędzać z nim czas... ale bardzo lubię też kochać je na odległość i spędzać czas bez niego. Owszem, pierwsze wyjście z domu bez dziecka było dla mnie stresujące, ale chyba tak naprawdę martwiłam się głównie o to, jak sobie poradzi osoba, która zostaje z dzieckiem i czy ewentualne trudności nie zniechęcą jej na przyszłość...

Moje oczekiwanie na początek września nie było pozbawione stresu, ale też radości. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że naprawdę uważam, że mojemu synkowi będzie w żłobku dobrze, pod pewnymi względami nawet lepiej niż w domu. O tym, dlaczego tak uważam, pisałam w poprzednim tekście: "Dlaczego posłałam dziecko do żłobka?".

Oczekiwania a rzeczywistość


Kiedy w głowie układałam już beztroski plan na pierwszy tydzień września, kiedy to będę mieć tak bardzo dużo czasu dla siebie, pani ze żłobka delikatnie ściągnęła mnie na ziemię. Zasugerowała nam, tak jak i innym rodzicom, żeby na początku przywozić synka do żłobka tylko na kilka godzin i stopniowo wydłużać ten czas, aż dziecko będzie gotowe na ośmiogodzinny pobyt. 

"Rodzice, którzy od początku przywozili do nas dzieci na osiem godzin, po tygodniu zabierali dzieci, bo sobie nie radziły", tłumaczyła.

Nie dyskutowałam z tym. Przecież nawet z babcią Robert nie zostawał od razu na cały dzień, tylko najpierw na maksymalnie 15 minut, potem godzinę, potem kilka godzin... Może faktycznie nie ma sensu się śpieszyć. Tyle tylko, że nasz tygodniowy plan wymagał natychmiastowych i bardzo znaczących modyfikacji. Mąż miał odbierać synka codziennie po pracy, teraz okazało się to niemożliwe - przecież nie będzie urywał się z pracy każdego dnia kilka godzin przed końcem, przez tydzień albo i dłużej! 

Wygląda to więc tak, że każdego dnia wsiadam w busa, odbieram Roberta i idę z nim na przystanek, razem czekamy na busa powrotnego i jedziemy do domu. Zajmuje nam to sporo czasu i wcale nie jest łatwe. Mój wyczekany tydzień stanął na głowie. Ciężko mi cokolwiek zaplanować, mam wrażenie, że ciągle się śpieszę i z niczym nie mogę zdążyć. Wiem jednak, że to wszystko dzieje się nie bez przyczyny i ma pomóc mojemu dziecku w przyzwyczajeniu się do nowego miejsca.

30 sierpnia, dzień pierwszy: zapoznawczy


Pojechaliśmy do żłobka w trójkę. Dosyć zestresowani, że się spóźnimy. Okazało się, że niepotrzebnie się przejmowaliśmy; nikt nie trzymał się sztywno godzin wyznaczonych na adaptację, niektórzy rodzice przyprowadzali swoje dzieci znacznie później niż my.

Na miejscu zobaczyliśmy dwie sale: jedną nieco większą (a przynajmniej robiła takie wrażenie) i drugą mniejszą, nieco zatłoczoną. Ta większa jest przeznaczona dla starszych dzieci. Robert z racji swojego wieku jest w grupie maluszków. Trochę żałowałam, że tak jest - bo i nas, i Roberta od początku jakoś tak ciągnęło do tej większej, bardziej przestronnej sali. Było tam więcej zabawek, a jednocześnie było też ciszej i spokojniej. Nawet te panie opiekunki, które od początku wzbudziły w nas największą sympatię, okazały się być przypisane do grupy starszych dzieci. Na szczęście nasze opiekunki też są przesympatyczne :) 

Robert chętnie poznawał nowe miejsce. Ponieważ uwielbia autka, był tam w swoim żywiole - w żłobku znalazł ich bardzo dużo :) Jeździł radośnie pomiędzy obiema salami i po całym podwórku. Na nas prawie nie zwracał uwagi. Kiedy musieliśmy już zbierać się do domu, wcale nie był zachwycony. Chciał zostać dłużej.

Przy wyjściu podsłuchałam rozmowę rodziców jednego dziecka z panią opiekunką. Pani poleciła im, żeby następnego dnia tylko tata przyjechał z dzieckiem, skoro to tata będzie codziennie zawoził dziecko do żłobka. Pomyślałam, że i my powinniśmy się do tego zastosować.

31 sierpnia, dzień drugi: zapoznawczy


Następny dzień wyglądał więc tak, że Robert pojechał z tatą do żłobka, a ja miałam w domu chwilę dla siebie :) Wykorzystałam ją między innymi na sporządzenie notatki o tym, co Robert lubi, co umie, jak sobie radzi z jedzeniem i z innymi czynnościami. Panie prosiły mnie, bym dostarczyła im taką kartkę. Rozpisałam się na jedną stronę A4, a i tak miałam wrażenie, że nie napisałam wszystkiego. Potem bez pośpiechu ubrałam się i poszłam na przystanek, żeby złapać busa i dołączyć do moich chłopaków.

Ten dzień był bardziej pochmurny, dlatego nie było już zabawy na podwórku. Ale w środku zabawa trwała w najlepsze. Robert nie od razu mnie zauważył. Mąż również starał się nie przykuwać jego uwagi. Siedział spokojnie w kącie i obserwował, jak nasz synek sobie radzi.

Kiedy w końcu mały zdał sobie sprawę z mojej obecności, ogromnie się ucieszył i zaraz zaczął mi się gramolić na kolana. Pomyślałam, że samodzielna zabawa chyba już się skończyła. Nie miałam jednak racji. Po pewnym czasie Robert znowu zaczął zwiedzać obie sale, układać klocki, bawić się "kuchenką", jeździć autkami... My z mężem trochę się nudziliśmy ;) Patrzyliśmy na inne dzieci, które płakały i kurczowo trzymały się rodziców, i pytaliśmy retorycznie: "a gdzie jest Robert?".

Pod koniec był zmęczony i trochę marudził. Pojechaliśmy do domu. Tam czekała nas niemiła niespodzianka. Robert zaczął wymiotować. Obficie, z rozdzierającym płaczem po każdej serii wymiotów. Nie miał gorączki ani żadnych innych objawów choroby. Diagnoza: odreagowanie stresu. Jakiego stresu? Czy zestresowane dziecko bawi się w najlepsze przez dwie godziny? Zresztą, czy ta sytuacja naprawdę była dla niego aż tak stresująca? Dla dziecka, które jeszcze przed skończeniem pierwszego miesiąca poznało mnóstwo nowych ludzi? Które regularnie bywa na placach zabaw i w różnych miejscach, gdzie ma styczność z innymi dziećmi? Które średnio raz na dwa tygodnie zostaje u babci na cały dzień? Czy naprawdę dwie godziny spędzone w miejscu pełnym zabawek mogły wywołać taką reakcję?

Może jednak coś mu zaszkodziło...

3 września, dzień trzeci: Robert sam w żłobku.


Możecie sobie wyobrazić, jak obawiałam się tego pierwszego dnia. Już nie mogłam się pocieszać, że przecież na pewno będzie się tam dobrze bawił. Wiedziałam, że dopiero po powrocie będę mogła ocenić, czy wszystko jest w porządku. Kilka razy przeszło mi przez myśl, czy może nie zrezygnować z tego żłobka? Może jeszcze chociaż przez jeden dzień zatrzymać go w domu?

Pojechali z samego rana, Robercik jeszcze bardzo zaspany. Zwykle spał dłużej. Zostałam sama, w perspektywie miałam kilka godzin dla siebie. Nie mogłam się za nic zabrać. Kilka godzin to trochę za mało, żeby spokojnie rozsiąść się i pracować... A jeśli bus mi ucieknie? One nie jeżdżą tak często.

Łapałam się na tym, że z chęcią przytuliłabym moje śpiące dzieciątko... ale przecież jego nie ma w domu. Co to, czyżbym jednak nie była tak bardzo wyluzowana? Czyżbym przejmowała się, zupełnie jak inne mamy?

Kiedy dojechałam na miejsce, od razu pośpiesznym krokiem udałam się w kierunku żłobka. Płacz dzieci było słychać, zanim jeszcze zobaczyłam budynek. Czy i mój synek płacze razem z nimi? No pewnie płacze, co ma robić, jak wszyscy wokół płaczą...

Zadzwoniłam do drzwi i powiedziałam, że przyszłam po Roberta. Chwilę później jedna z pań przyprowadziła go za rączkę. Pociągał noskiem, tak jak po długim płaczu. Na mój widok rozkleił się po raz kolejny, ale szybko się uspokoił. Pani wytłumaczyła mi, że bardzo ładnie się bawił, ale zaczął płakać wtedy, kiedy usłyszał płacz innych dzieci. Cóż, pewnie większym powodem do niepokoju byłoby, gdyby nadal bawił się radośnie wśród tych wszystkich żałosnych krzyków.

Powrót do domu był trudny, choć robiłam co w mojej mocy, by go uatrakcyjnić. Byliśmy jednak trochę za wcześnie na przystanku, a autobus mocno się spóźnił. Długie czekanie na przystanku z małym dzieckiem to naprawdę wątpliwa przyjemność. Do tego to był początek roku szkolnego, mnóstwo ludzi, duży ruch... Tłumaczyłam sobie: "Nie jest łatwo, ale dajesz radę. Trudniej nie będzie".

W autobusie Robert szybko się uspokoił, w końcu zaczął przysypiać. Po powrocie do domu spał bardzo długo. Pocieszające było to, że już do końca dnia nie zdradzał żadnych objawów złego samopoczucia czy stresu. A co jest najdziwniejsze? Pomimo szalonego dnia i trudnego powrotu do domu, czułam się wypoczęta, wręcz zrelaksowana. Może to dlatego, że mój dzień był tak urozmaicony, pozbawiony codziennej rutyny.

4 września, dzień czwarty: trochę dłużej, znacznie lepiej.


Następnego dnia nie śpieszyłam się tak bardzo. Chciałam uniknąć długiego oczekiwania na autobus. Poza tym miałam w pamięci słowa o stopniowym wydłużaniu czasu spędzonego przez dziecko w żłobku. Wydłużyłam go więc nieznacznie, bo o jakieś 20 minut. 

Tym razem Robert przywitał mnie w zupełnie innym nastroju. Uśmiechał się od ucha do ucha. Dowiedziałam się, że praktycznie przez cały czas był radosny i świetnie się bawił. Pani zaproponowała, żebym następnym razem przyjechała godzinę później. Czyli - postęp! :)

Robert pomachał pani rączką na pożegnanie. Przez cały czas był bardzo radosny. Tym razem oczekiwanie na busa było łatwiejsze, choć również się przedłużyło. Była ładna pogoda, więc poszliśmy jeszcze na krótki spacer. W domu Robert, tak jak poprzednio, mocno zasnął.

5 września, dzień piąty: obiadek i drzemka! 


To właściwie było do przewidzenia. Kiedy następnego dnia przyjechałam o godzinę później, okazało się, że Robert w najlepsze śpi :) Zresztą większość dzieci spała o tej porze. Żłobek był teraz zupełnie innym miejscem - było w nim cicho i sennie.

Usiadłam na korytarzu. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Adaptacja przebiegała dobrze! Zdążyłam już usłyszeć relację, że Robert był przez cały czas w dobrym nastroju, bawił się i zjadł cały obiad. 

Obudził się bez płaczu, szczęśliwy i wypoczęty. Nie śpieszyliśmy się z wyjściem. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, poszliśmy na plac zabaw i tam bawiliśmy się tak długo, aż dołączył do nas tata :)

Mimo tak długiej drzemki, Robert był zmęczony. Zasnął w samochodzie. 

6 września, dzień szósty: co to będzie?


Dzień szósty jest dzisiaj :) Mam odebrać Roberta około godziny 14:00, czyli prawie przed końcem dnia! Podobnie jak wczoraj, nie będziemy jechać busem do domu, tylko poczekamy, aż mąż skończy pracę.

Od początku wierzyłam, że mój synek bez większego trudu przyzwyczai się do żłobka. W międzyczasie pojawiły się obawy i wątpliwości, okazały się jednak niepotrzebne. Chyba mogę już robić plany na następny tydzień ;)

Każde dziecko jest inne.


Dużo się teraz pisze o adaptacji. W jednych placówkach wygląda to lepiej, w innych gorzej. Czytam między innymi o przedszkolankach, które dosłownie wyrywają rodzicom dzieci z rąk. Jednocześnie słyszę z wielu stron, że najlepsza metoda to: pożegnać się jak najszybciej i wyjść, nie przedłużać i nie opóźniać momentu rozstania.

U nas w żłobku wygląda to właśnie tak: pani otwiera drzwi i zaprasza dziecko do środka, pożegnanie trwa dosłownie chwilę. Czy to jest dobre? Dla mojego synka - tak. Robert jest dzieckiem, które łatwo czymś zainteresować, zabawić. Nie trzyma się kurczowo rodziców. Myślę też, że metoda małych kroczków, którą zastosowaliśmy, znakomicie się sprawdziła w naszym wypadku.

Jeśli czujesz, że Twoje dziecko może potrzebować innego podejścia, najlepiej będzie, jeśli porozmawiasz o tym z opiekunkami. Im też zależy na tym, żeby Twoje dziecko czuło się w żłobku jak najlepiej. To jest ich praca, ich powołanie, jak to określiła jedna pani z naszego żłobka. Dobrze wiedzą o tym, że od ich podejścia zależy, czy dziecko będzie zadowolone i spokojne i przede wszystkim, czy będzie chciało przychodzić tam codziennie. Warto dać im szansę :)