Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 września 2021

Wdech, wydech i... wrzesień


Rzadko myślę o oddychaniu. Najczęściej wtedy, gdy z jakichś powodów mam z nim kłopoty - co, obawiam się, może mnie niedługo czekać, gdyż wrześniowe przeziębienie ewidentnie się na mnie czai. Czasami jednak myślę też o oddychaniu, gdy się relaksuję, albo wręcz przeciwnie - gdy intensywnie pracuję nad czymś. Oddech jest wtedy bardzo potrzebny.

Tym właśnie były dla mnie minione letnie dni: oddechem. Zarówno tym oddechem relaksu między codziennością, urozmaiceniem czasu dzielonego między pracę, pisanie i dom - jak i oddechem wspierającym działanie, dotleniającym mięśnie i pomagającym w osiąganiu celów.


Wdech, wydech, zachowaj spokój


Praca w sezonie letnim różni się od zwykłej, codziennej pracy w innych miesiącach tym, że ruch jest nieco mniejszy, bo klienci są na urlopach ;) Ale też nas, osób odbierających telefony, jest w tym czasie znacznie mniej. W dodatku często zdarza się, że brakuje kogoś z przełożonych, czasami kogoś, z kim chciało się ustalić coś ważnego... Będę wspominać pracę w lipcu i sierpniu jako stresujący czas, nie tyle za względu na rozmowy z klientami i wypełnianie obowiązków, co ze względu na kwestie organizacyjne, w których kilkakrotnie pojawiało się zamieszanie. Nieraz potrzebny był głęboki oddech, rozluźnienie i zrozumienie, że pomyłki się zdarzają, ale wszystko da się wyprostować, i na pewno nikt nie każe mi ponosić konsekwencji cudzych błędów.

Wdech, wydech, jak miło Was widzieć!


Od lewej: ja, Angela Węcka, Patrycja Żurek

Tegoroczne lato dostarczyło mi kilku cudownych okazji do spotkań z osobami, które poznałam dzięki działalności w grupach pisarskich. Pisałam Wam już o spotkaniu z Madką Roku i Weroniką Szelęgiewicz, niedługo później miałam też wielką przyjemność spędzić popołudnie ze wspaniałą Patrycją Żurek oraz z Angelą i Tomkiem Węckimi. A na początku sierpnia odwiedziła mnie moja pisarska bratnia dusza, Joanna Krystyna Radosz, autorka recenzowanych na tym blogu "Szkoły wyprzedzania" oraz "Czarnej książki. Zostać mistrzem". Przywiozła ze sobą słońce do deszczowego i podmokłego Krakowa, wzbudziła sympatię i zaufanie mojej rodziny włącznie z kotami, wręczyła cudne prezenty literackie z nie mniej cudnymi dedykacjami, grała z moimi dziećmi w kolory, zniosła dzielnie moje preferencje muzyczne, piła z nami kawę z prądem, czy raczej prąd z kawą, i w ogóle aż dziwnie pusto się zrobiło, gdy wyjechała... 
(Był taki moment, kiedy rozważaliśmy możliwość zaadoptowania Asi, ale wyszło nam, że różnica wieku między nami jest zbyt mała, by było to możliwe).

Wdech, wydech i znów masz kilka lat




Jest jedna mała wioska nad rzeką Bug, w województwie lubelskim, której potrzebuję jak powietrza. Gdy tam jestem, ładują się moje wewnętrzne baterie. Każdy zakątek, każdy mijany dom przywołuje wspomnienia i myśli sprzed lat, i nie myślę tu o kilku, nawet kilkunastu latach - ale wręcz o trzydziestu. Widzę je oczami dziecka, którym byłam. Gdy patrzę w wodę w miejscu, w którym pływałam co roku jako mała dziewczynka, a później dorastająca dziewczyna i młoda kobieta, dociera do mnie, że niektóre stare sprawy pozostają na zawsze młode ;)



Jednocześnie - jak długo osoba w moim wieku może czuć się jak dziecko i nie zmęczyć się tym uczuciem? Po około tygodniu brakowało mi jednak mojej dorosłości i samodzielności ;) Może główną przyczyną pewnego zmęczenia tymi wakacjami była pogoda, która w drugiej połowie sierpnia wyjątkowo nie dopisała. Przez dwa-trzy dni praktycznie w ogóle nie wychodziliśmy z domu. W pozostałe - chwytaliśmy każdą chwilę bez deszczu, żeby pójść na spacer!



Wdech, przepona, postaw dźwięk


Tegoroczne lato to również dwa występy sceniczne. Jeden w duecie z mężem na festynie we wspomnianej małej miejscowości, drugi w Krakowie z zespołem Genezyp Kapen. Ze śpiewaniem na scenie wiąże się kilka specyficznych odczuć. Pierwsze: że to kocham :) Drugie, jak bardzo to dla mnie ważne, by nie być samą na scenie. Kiedyś myślałam, że jestem typową solistką, jednak uwielbiam dzielić energię sceniczną z zespołem lub po prostu z drugą osobą. Trzecie odczucie: jak bardzo przy tym wszystkim, pomimo scenicznego makijażu i radości z przebywania na scenie, jestem jednak w pierwszej kolejności mamą. Do chwili, w której wezmę do ręki mikrofon, zastanawiam się nad tym, czy moje dzieci są właściwie zaopiekowane i jak sobie radzą beze mnie, po skończonym występie myślę o momencie, w którym będę ich tulić do snu. Nie da się przełączyć w głowie wajchy: teraz wokalistka, a dopiero za chwilę mama. Ta mama zawsze tam jest :)

Wdech, wydech i... pozwól mu rozwijać się w swoim tempie!




Letnie zabawy na placu zabaw dały nam sposobność, by przyjrzeć się interakcjom Michała z innymi dziećmi. Czasem pojawiał się niepokój. Nie powiem, spodziewałam się, że młodsze dziecko dwójki młodszych dzieci, artystycznych dusz i dziwaków, będzie raczej chodzić własnymi drogami niż brylować w społeczeństwie. Michał jest do tego nieduży i ma w sobie mnóstwo wręcz niemowlęcego uroku, chętnie tańczy i jest niezwykle muzykalny, a choć potrafi mówić całymi zdaniami, korzysta z tej umiejętności rzadko i na własnych zasadach. Bywa strachliwy, płaczliwy, trudny we współpracy. Gdybym nie wiedziała, ile ma lat, spokojnie uwierzyłabym, że jest nawet o rok młodszy!


Jestem daleka od wypowiadania się na temat charakteru takiego małego dziecka, niemniej wydaje mi się prawdopodobne, że Misio wyrośnie na artystę i outsidera. Możliwe, że się jeszcze zdziwię ;) Festyn go przytłoczył, podczas gdy inne dzieci bawiły się razem na placu zabaw, on trzymał się z boku, zwiedzał mało uczęszczane kąty. Trochę jak jego mama w dzieciństwie ;)

Obserwuję go uważnie, ale ze spokojem. Wiem, że czasem wystarczy poczekać, wziąć głęboki wdech, a za chwilę Michaś poczuje się pewniej i współpraca z nim będzie łatwiejsza. Pośpiech i nerwowość nie są dobrymi doradcami.

Wydech, napnij mięśnie, wdech, rozluźnij mięśnie


Wspomniałam Wam na początku roku, że - delikatnie mówiąc - nie jestem w swojej życiowej formie fizycznej? Cóż, mogę powiedzieć tyle, że od tamtego czasu nie odnotowałam zmiany na lepsze. Trochę wypierałam ten fakt (w czym wybitnie pomagały zdjęcia od czarodziejów fotografii, na których wyglądam jak bogini), trochę też podeszłam do samej siebie ze zrozumieniem - to nie jest dla mnie łatwy rok. Wszystko ma swój czas, bywa tak, że dbanie o siebie musi polegać na tym, że nie będziesz od siebie wymagać zbyt wiele i pozwolisz sobie na słabości.

Ale przyszła pora i na zmiany. Jestem na początku drogi, więc na razie nie ma sensu chwalić się rezultatami czy nowymi przyzwyczajeniami. Jedno mogę powiedzieć: jestem konsekwentna. Mam swój wyznaczony czas w ciągu dnia na ćwiczenia, mam w sobie dużo entuzjazmu i determinacji. Póki co, wierzę, że to wystarczy :)


Pamiętam, jak ładnych parę lat temu, ćwicząc, zrozumiałam tę prostą zasadę, że z prawidłowym oddechem można zrobić znacznie więcej. Można sięgnąć dalej, użyć większej siły, pokonać swoje ograniczenia. To nadal działa, i nie tyczy się tylko ćwiczeń. Działa w pracy, w kontaktach z ludźmi, gdy czasami pojawiają się wzajemne napięcia i frustracja. Działa na scenie, gdy wydobywam z siebie dźwięki. Działa przy wychowywaniu dzieci, gdy najprostszym rozwiązaniem problemu okazuje się chwila cierpliwości. Czasami wszystko, czego nam trzeba, to odrobina oddechu.



środa, 7 lipca 2021

Madka Roku, Szczęśliwa Siódemka, ich mężowie i pięcioro dzieci

... a każde z nich o innym temperamencie, inaczej wyrażające siebie, inaczej reagujące na otaczającą go rzeczywistość niedzielnego, upalnego popołudnia w centrum Krakowa. Stanowiliśmy barwną gromadę, kiedy tak szliśmy w dziesiątkę ulicami miasta i pilnowaliśmy, by nie rozdzielili nas turyści, rowerzyści, bryczki z końmi i tramwaje :) W dziesiątkę, bo była z nami również pisarka Weronika Szelęgiewicz, autorka wspaniałych "Koniberków" - o nich opowiem Wam innym razem!

Jak to się stało, że spotkałam się z Madką Roku w Krakowie? 

W czwartek późnym wieczorem Kasia napisała do mnie, że będzie przelotem w Krakowie. Spontaniczna akcja, sporo załatwiania i stresu, i pewnie praktycznie od razu będą wracać, bo i tak dzieci będą wymęczone podróżą. Przez chwilę próbowałam kombinować, co by tu zrobić, żeby choć na chwilę znaleźć się w pobliżu i uścisnąć dłoń wspaniałej osobie, z którą znam się internetowo od blisko trzech lat. Wyczułam jednak, że to będzie kłopot, i nie drążyłam tematu. Sama wiem, jak to jest, gdy przyjeżdża się na chwilę do dużego, nieznanego miasta (Kraków jest może mniejszy od Warszawy, ale też potrafi onieśmielić) i próbuje się zdążyć ze wszystkim.

Madka Roku odezwała się jednak jeszcze raz, w sobotę. Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że kurczę, czasu mało, ale naprawdę fajnie byłoby się spotkać, może uda się choć na chwilę? Miałam trochę zdarte gardło i planowałam raczej odpoczywać przez całą niedzielę, ale perspektywa spotkania była zbyt kusząca, żeby z niej zrezygnować z tak błahego powodu :)

Skąd my w ogóle się znamy?

Pierwsze moje zetknięcie z blogiem Kasi to był niewątpliwie ten tekst. O matko (Madko), jak ja się śmiałam. Napisałam w komentarzu, że prawie pękłam, a byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, więc pękanie trochę nie było wskazane... :) Dzieci Madki zauroczyły mnie od razu, podobnie jak jej poczucie humoru i błyskotliwe riposty. Od razu wiedziałam, że będę odwiedzać ten adres regularnie, a może kiedyś przeczytam jakąś książkę Kasi... Bo że ma wielki dar pisania, widziałam od razu.

Kasia sprawia wrażenie osoby delikatnej i nieśmiałej, ale gdy pisze, wstępuje w nią... jakaś magiczna istota, najpewniej któraś z jej fantastycznych opowiadań :) Pisze dowcipnie, inteligentnie, bywa ostra jak brzytwa, a co najbardziej zaskakujące - w swoich tekstach dla dorosłych nie unika makabry. W tym roku premierę będzie miała jej powieść "Tajne przez magiczne", którą miałam przyjemność czytać jako beta-czytelniczka. Przyznam, że nieraz byłam zaskoczona, jakie mroczne wizje potrafi wykreować umysł tej dziewczyny o łagodnych oczach i anielskim uśmiechu. 

Wielokrotnie wspierałyśmy się i dopingowałyśmy nawzajem jako dwie początkujące pisarki, przy czym doprawdy nie wiem, skąd w Kasi przekonanie, że jesteśmy pod tym względem równe - u mnie próżno szukać jakichkolwiek sukcesów literackich, a ona ma na swoim koncie między innymi zwycięstwo w ogólnopolskim konkursie "Piórko", a także bestsellerowego "Elfa do zadań specjalnych". Jednak pomimo tych osiągnięć nie wywyższa się, mam wrażenie, że z nas dwóch to ona jest bardziej skromną.

Spotkanie z Madką i madczątkami

Umówiliśmy się na 15:00 koło Smoka Wawelskiego, ostatecznie spotkaliśmy się około 15:30 (bo w niedzielne upalne popołudnie w centrum Krakowa nie ma miejsc parkingowych) i w pewnej odległości od smoka (bo najmłodsze madczątko się go bało). Robert od razu nawiązał świetną komitywę z mężem Kasi, Michał czarował swoim urokiem dwulatka-wiecznego-niemowlaka i nie opuszczał wózka, w którym wylądował, bo spał w samochodzie. Okazało się to dobrym rozwiązaniem, bo w tym gąszczu dziecięcych nóżek, z których każde tuptały w innym tempie, nóżki Michała nie musiały nadążać za starszym towarzystwem, tylko spokojnie się wiozły. 

A nasze spotkanie okazało się w zasadzie jednym wielkim krakowskim spacerem. Od smoka (czy raczej okolic smoka) przez Planty, na Grodzką do lodziarni, potem znowu przez Planty, a na koniec odegraliśmy scenę z filmu "Stary, gdzie moja bryka?", bo szukaliśmy samochodu, który nasi cudowni goście zostawili na szerokiej ulicy z tramwajem, prostopadłej do Dietla. Znaleźliśmy!

O czym rozmawialiśmy? Kiedy nie odliczaliśmy kolejno, czy dzieci są nadal w komplecie i nie pilnowaliśmy, czy nikt nie wchodzi pod tramwaj, to w zasadzie o wszystkim. O pisaniu, o młodzieży (zarówno tej przedszkolnej, jak i licealnej), o smakach lodów, o wakacjach, trochę o wspólnych znajomych, o ciekawych miejscach... Wiecie, kiedyś czułam spore onieśmielenie, gdy miałam spotkać się z kimś, kogo znałam tylko z Internetu. Zawsze wydawało mi się, że ta osoba na żywo będzie inna niż się spodziewałam, że nie będzie nam się rozmawiało swobodnie, że to przyzwyczajenie do kontaktu na odległość okaże się zbyt silne, by przełamać dystans. Nic bardziej mylnego. Teraz wiem, że przyjaźń zawarta w Internecie jest taka sama po wylogowaniu. Od czasu, kiedy odkrywałam uroki sieci jako nastolatka, sporo się zmieniło. Nie stawia się już tak bardzo na anonimowość, raczej na autentyczność i szczerość, łatwiej kogoś poznać, wiemy o sobie więcej, łatwiej nam sobie wyobrazić tę osobę po drugiej stronie ekranu.

I mówię to ja, która ciągle jeszcze trochę zbieram się po tym, jak z hukiem rozleciały się dwie ważne dla mnie relacje, internetowe właśnie. Cóż, zawsze uważałam, że generalizowanie jest złe ;)

Następne spotkanie

Odbędzie się na pewno. Może w Krakowie, może w Warszawie, zapewne na którychś Targach Książki albo na zlocie pisarzy. Ale wiem, że się odbędzie. Skąd wiem?

Wyobraźcie sobie, że przez cały czas naszego spotkania miałam przy sobie egzemplarz "Królewicza, który się odważył" ("Elfa" zostawiłam w domu, i dobrze, bo byłoby mi z nim ciężko na spacerze) i nie wzięłam autografu od jego autorki! Kiedy sobie przypomniałam, że przecież chciałam o to poprosić, to okazało się, że nikt w naszym gronie nie ma przy sobie długopisu. Nawet próbowałam go kupić w Żabce, ale nie mieli długopisów na sprzedaż. Za to Robert naciągnął mnie na jajko niespodziankę, którego nawet nie zjadł.

Zatem widzicie, musimy się spotkać jeszcze raz, żeby Kasia podpisała mi "Królewicza". I "Tajne". I wszystkie inne świetne książki, które jeszcze wyda. Jest na co czekać!

piątek, 3 stycznia 2020

Rok pisarki - podsumowanie roku 2019.



W jednej z wielu dyskusji, które toczyłam w minionym roku na temat pisania, spotkałam się z sugestią, że nie powinnam mieć oporów przed nazywaniem siebie pisarką, nawet jeśli jestem jeszcze przed debiutem. Zatem teraz podsumuję rok 2019 jako pisarka. A powiem Wam, że pisanie książki faktycznie zdominowało ten rok. Zdarzały się - sporadycznie - dni, w których nie pisałam, wyłącznie z powodu braku czasu. Z pewnością jednak nie było w tym roku ani jednego dnia, kiedy nie myślałam o książce, postaciach i opowiadanej przeze mnie historii. 365 dni z kilkunastoma osobami, które ciągle gadają w mojej głowie - czy to nie szaleństwo? :)

Nie wiem, czy znajome mi osoby, które też piszą, zgodzą się z tym stwierdzeniem, ale - wydaje mi się, że pisarz to taki ktoś, kto bardzo często czuje się śmieszny. Ja wielokrotnie mam poczucie, że narażam się na śmieszność. Od ponad roku stale siedzę z zeszytem i coś w nim skrobię. Codziennie. A ukończenie książki to nie wszystko, jest jeszcze cały żmudny proces redakcji, niekończące się poprawki, wreszcie - wysłanie tekstu do wydawnictw i znów kolejne długie miesiące oczekiwania na odpowiedź. A potem, gdy otrzymasz odpowiedź pozytywną... znów trzeba czekać! Pisarz to osoba, która ciągle tylko pisze i czeka :) Jeśli znacie kogoś, kto zachowuje się podobnie, proszę, postarajcie się pomyśleć o nim z nieco większą powagą. Ten zabawny człowieczek naprawdę nad czymś pracuje, i może się zdarzyć, że będzie to coś dobrego!

W podsumowaniu roku z pisaniem pomogła mi Marta Łysek, której "Listy od M." subskrybuję. Odpowiedziałam na pytania postawione przez nią w najnowszym liście. Korzystając z okazji, chciałabym gorąco polecić Wam Martę i jej listy. Mnóstwo świetnej motywacji i praktycznych wskazówek dla osób, które piszą!

1. Co w tym roku dało Ci najwięcej radości?


Pierwsze pytanie - i od razu dylemat nie do przejścia :) W tym roku spotkało mnie tak wiele cudownych chwil związanych z pisaniem, jak wyróżnić jedną z nich? Może to chwila, gdy bliska mi osoba oceniła pozytywnie to, co napisałam? Może chwila, gdy czytelniczka podziękowała mi za wykreowaną przeze mnie postać? Może rozmowa z szefową wydawnictwa, której spodobała się przesłana przeze mnie propozycja? Może któreś ze spotkań ze wspaniałymi pisarkami poznanymi przez Internet, np. podczas Targów Książki w Krakowie lub w Katowicach? Może wiadomość od wymagającej redaktorki, która oceniła moje opowiadanie jako "piękne"?

Nie jestem pewna, ale chyba wygrywa chwila, kiedy napisałam słowa "KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ" w moim rękopisie, czyli skończyłam pisanie pierwszego tomu książki. Ha, słowo koniec było bardzo na wyrost, bo czeka mnie jeszcze dużo pracy nad tym tekstem :)


2. Czego na pewno nie chcesz powtarzać?


Nigdy nie mów nigdy ;) Ciężko mi było wskazać coś, czego na pewno nie chcę powtarzać, bo nawet jeśli niektóre doświadczenia nie były łatwe, to jednak czegoś uczyły. Ale jest taka rzecz. Nie chcę już nigdy zmarnować możliwości udziału w warsztatach literackich. Zdecydowałam się zapisać na nie, ale rozmaite okoliczności - na czele z kapryśną weną i trudnościami technicznymi - sprawiły, że moje uczestnictwo było niemal wyłącznie bierne. Szkoda.

3. Z czego rezygnujesz?


Na ten moment - z udziału w warsztatach, kursach i innych tego typu rzeczach. To wynika z poprzedniego punktu. Jeśli nie jestem w stanie się w to włączyć tak, żeby obie strony skorzystały, to naprawdę szkoda czasu, pieniędzy i miejsca, które mógłby zająć ktoś bardziej aktywny.

4. Co chcesz zrobić jeszcze raz?


Na pewno niejeden raz chcę spotkać się ze wspaniałymi osobami, które poznałam w tym roku. Z pisarzami, z przedstawicielami wydawnictw. Wiecie, to jest tak, że od lat próbuję swoich sił w pisaniu, ale w tym roku po raz pierwszy poczułam się częścią pisarskiej społeczności.


5. Kto w tym roku był najważniejszy dla Twojego pisania?


Ha! Trudne pytanie, a ponoć każda odpowiedź jest prawidłowa. Kto zatem był najważniejszy? Postacie, o których piszę. A dokładnie dwie spośród nich, dziewczyna i chłopak, na swój sposób bardzo do siebie podobni i może dlatego wyjątkowo sobie bliscy. I oboje bardzo kłopotliwi dla autorki ;) Jeśli kiedyś przeczytacie moją książkę (jeśli jakimś cudem się ukaże), chciałabym Was prosić, żebyście dali im szansę, nawet jeśli nie czytacie takich rzeczy, nie uznajecie takich książek. Nie twierdzę, że wszystko napisałam dobrze - wręcz przeciwnie! - ale oni naprawdę mi się udali.

Spotkałam się ostatnio z takim zdaniem: Najważniejsza jest ta osoba, o której myślisz przed zaśnięciem. Cóż, zatem jeśli nie myślałam akurat o mężu lub o dzieciach, to z pewnością o kimś z tej dwójki :D

6. Która porażka była najcenniejsza?


Trudne pytanie. Widzę, jak autorzy bardziej doświadczeni ode mnie wspominają z rozrzewnieniem czasy, kiedy dostawali po pisarskim tyłku i jak bardzo to pomogło im się rozwinąć. Widzę i czuję, że jestem jeszcze na wcześniejszym etapie. Ja po prostu dostaję po tyłku :) Brakuje mi poczucia, że moje porażki czegoś mnie uczą. Może tylko cierpliwości i pokory ;)

Ale było coś takiego, co mogę uznać za cenną porażkę. Jedna z beta-czytelniczek bardzo ostro skrytykowała mój tekst, co - wraz z późniejszą burzą mózgów z koleżankami po piórze - zmotywowało mnie do decyzji o podzieleniu wspomnianej części pierwszej na dwa jeszcze krótsze tomy. Co za tym idzie, musiałam przemyśleć znaczenie poszczególnych wątków, zastanowić się nad scenami, które warto dopisać, słowem, uporządkować i doszlifować to, co już napisałam. Czyli - wyszło mi na dobre.

7. Z czego czujesz największą dumę?


Czuję się dumna z tego, że oswoiłam wewnętrznego krytyka. Ostatecznie żadne z potknięć, których było więcej, niż możecie sobie wyobrazić, nie zablokowało mnie na dłużej niż jeden dzień. Nie wyrzuciłam książki do śmieci, choć wielokrotnie miałam na to ochotę. (Ale jeśli kiedyś to zrobię, bez obaw, mam mnóstwo kopii zapasowych) :D 

I pytanie gratis: Komu i za co chcesz okazać wdzięczność?


Uwielbiam dziękować, więc to dla mnie bardzo przyjemne pytanie :) Nie mam pojęcia, czy te osoby życzą sobie, bym je wymieniała z nazwiska, stąd tylko imiona. 

Przede wszystkim, Andrzej - za nieocenioną, mrówczą pracę przy przepisywaniu moich rękopisów, za żywe zaangażowanie w akcję, dyskusję nad motywacjami postaci, nieraz otwierające mi oczy na zupełnie nowy punkt widzenia. Za to, że jesteś moim pierwszym beta-czytelnikiem, nadspodziewanie wymagającym i pomocnym, a przy tym ogromnie wspierającym. Dajesz mi wiarę i siłę.

Kasia - osoba, która zdominowała mój pisarski rok 2019, wraz z inną Kasią, moją bohaterką :) Nie znam osoby, która potrafiłaby równie mocno zarażać pasją i motywować. Powiedziałaś mi wiele ogromnie ważnych rzeczy, ale chyba najbardziej przemówiło do mnie to, że ta historia sama do mnie przyszła i mnie wybrała. Dzięki za zaangażowanie, podpowiedzi i za pokochanie moich bohaterów.

Paulina - osoba, która chyba najlepiej rozumie, na jakie szaleństwo się porwałam, pisząc tę książkę - i szaleństwo jest tu wyjątkowo dobrym słowem... Uwielbiam Twoje uważne czytanie, wnikliwe spostrzeżenia i otwieranie mi oczu, gdy trzeba.

Natalia - osoba w wieku moich bohaterów, która pomogła mi poczuć się pewniej w pisaniu o młodzieży :) Dzięki za Twój entuzjazm!

Agnieszka - za pierwszą fachową konsultację i bardzo życzliwe podejście do moich wymysłów :)

Patrycja - to chyba Ty nauczyłaś mnie najwięcej, jeśli chodzi o redakcję. Oswoiłaś mnie z nią.

Mania - za punkt szósty.

Alicja, Marta, Aleksandra, Magda, Agnieszka i wszystkie Wojowniczki - za burzę mózgów i za danie mi szansy.

Ela - kochana Ty moja, wspominam o Tobie tak często, że może darujesz mi to, że teraz w pierwszej wersji tego tekstu zapomniałam ;) Dziękuję za przeczytanie mojej książki, za długie dyskusje i sugestie, i za to, że wiesz o mnie tyle zawstydzających rzeczy ;)

Krzysztof - za fachową pomoc, gdy o nią poprosiłam, a także za wyłowienie mnie z tłumu i bardzo obiecujące plany pisarskie na rok 2020 :)

Ewa - za przeczytanie mojej książki i za świetną polecajkę :)

Kasia (jeszcze jedna!) - za naszą korespondencję, która dała mi bardzo dużo radości i wiary. Zobaczymy, jak będzie :)

Kasia (jeszcze jedna! Co ja mam z tymi Kasiami?), Kinga, Krzysia, Edyta, Małgosia, Magda, Marta, Emilia i mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałam - za potężna dawkę fachowej wiedzy, treningu i poczucia wspólnoty.

Wiecie, to bardzo przyjemne, gdy można podziękować tak wielu wspaniałym osobom!
Wam, drodzy czytelnicy, również dziękuję - za przeczytanie tego długiego tekstu :) Dla niektórych z Was to, o czym piszę, to pewnie istna egzotyka. Cieszę się, że towarzyszycie mi w moich zmaganiach. Może kiedyś będziecie ze mnie dumni. Może jeszcze w tym roku :)

poniedziałek, 14 października 2019

Jak się blogerki umówiły - o spotkaniu z Mamą Pod Prąd.



Mama Pod Prąd mówiła mi, żebym w relacji z naszego spotkania koniecznie wspomniała o tym, że rozmawiałyśmy o miesiączkach. Potwierdzam, rozmawiałyśmy, oczywiście nie tylko o tym :) Tak naprawdę temat miesiączek pojawił się w kontekście starań o dziecko, w mojej opowieści o tym, jak starałam się długo o Roberta. Przypuszczam, że ten wątek (starań o dziecko, nie miesiączek) pojawia się w większości moich rozmów o macierzyństwie.

Macierzyństwo, podejście do wychowywania dzieci, nasze doświadczenia i anegdoty związane z życiem w rodzinie, to był niewątpliwie główny temat naszych rozmów. Nic dziwnego, w końcu spotkały się dwie blogerki parentingowe.

Jak to się zaczęło


Wydaje mi się bardzo prawdopodobne, że śledzę blog Eli praktycznie od samego początku. Na pewno trafiłyśmy na siebie w którejś facebookowej grupie dla blogerów. Pamiętam, że stuprocentowo kupiła mnie tym tekstem: "Koty, ciąża i... toksoplazmoza". Temat bardzo dla mnie ważny, ujęty rzetelnie i z niesamowitym humorem. I do tego przepiękne zdjęcia kotów Eli! Ja też jestem kociarą, poczułam więc wtedy, że znalazłam pokrewną duszę. Z czasem odkrywałyśmy coraz więcej wspólnych tematów i zaskakujących podobieństw między nami - nasze dzieci są niemal dokładnie w tym samym wieku, nasze związki mają identyczny staż (choć ich historia jest zupełnie inna), słuchamy podobnej muzyki, kochałyśmy się kiedyś w tych samych aktorach :) I obie boimy się pająków!

Te podobieństwa zawsze robiły na nas duże wrażenie, ale chyba jeszcze ważniejsze jest dla nas to, jak bardzo zgadzamy się w różnych istotnych kwestiach. Obie kochamy ludzi bez względu na ich narodowość, kolor skóry, orientację seksualną, wyznanie. Obie wolimy pokazywać życie bez lukru, takie jakie jest. Obie wychowujemy nasze dzieci w duchu rodzicielstwa bliskości. Bardzo lubię czytać teksty Eli, uważam, że są mądre, celne i niezwykle szczere. Cieszę się, że Ela myśli to samo o moich tekstach.

Na początku tego roku podjęłyśmy wspólne postanowienie - musimy się zobaczyć na żywo! Dla dwóch mam, z których każda ma dwoje maleńkich dzieci, to było nie lada wyzwanie. Przekładałyśmy spotkanie dwukrotnie, wreszcie jednak się udało.

Jak się spotkałyśmy?


O godzinie 11:00 (a nawet 10:59!) tego pięknego dnia Ela wysłała do mnie wiadomość: "Szczęśliwa Siódemko, jestem. Ciebie jeszcze nie widzę. :)"

Nic dziwnego, że mnie nie widziała. Co robiłam w tym czasie? Biegłam krzywym chodnikiem wzdłuż całkowicie rozkopanej ulicy, po to, by znaleźć się na kolejnej rozkopanej ulicy i dopiero za ok. kilometr złapałam tramwaj, który zawiózł mnie już bezpośrednio na miejsce spotkania. To jakiś cud, że spóźniłam się tylko 15 minut!

Nazwę to pechem, choć z perspektywy czasu widzę, że można było uniknąć tej sytuacji. Wystarczyło sprawdzić, gdzie w tym czasie trwają w Krakowie prace drogowe. Nie bywam w centrum Krakowa aż tak często, więc ilość nieprzejezdnych ulic mocno mnie zaskoczyła. Ela pomyślała pewnie wtedy, że jestem strasznie niezorganizowana i roztrzepana, nie wpłynęło to jednak źle na przebieg naszych rozmów :)

W spotkaniu brała udział jeszcze jedna wyjątkowa dziewczyna: Natalia, córeczka Eli. Mam wrażenie, że nawiązała się między nami pewna nić sympatii :) Na pewno byłam przez nią obserwowana z wielkim zainteresowaniem!

Rozmawiałyśmy z Elą... trzy godziny, albo i dłużej. Nie liczyłam czasu. Gdy już wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy marchewkowe ciacho, wybrałyśmy się na spacer po Rynku i Plantach. Pogoda udała się niesamowicie, Natalka słodko spała w wózku, mogłyśmy bez końca włóczyć się i rozmawiać.

Zdaje mi się, że nie potrzebowałyśmy nawet chwili na przełamanie lodów czy coś w tym stylu. Od pierwszego uścisku na powitanie byłyśmy po prostu dobrymi koleżankami! W końcu czytamy się od dawna i wiemy o sobie tak dużo. Zdarzało się, że jedna z nas coś zaczynała o czymś mówić, a druga zaraz wtrącała: "Wiem!" albo "Pamiętam, pisałaś o tym". To było aż niesamowite!

O czym rozmawiałyśmy?


Poza tym, że o miesiączkach? :) Kiedy pisałam Wam jakiś czas temu, że planuję napisać relację ze spotkania z Elą, od razu zastrzegłam, że nie będę cytować naszych rozmów :) To nie był wywiad przeznaczony do publikacji, po prostu spotkanie dwóch dziewczyn, które zajmują się blogowaniem. Mogę Wam zdradzić, że mówiłyśmy sporo o naszych dzieciach i rodzinach, o wspomnieniach, o zespole Kelly Family, serialu "Przyjaciele", a także o planach na przyszłość. Obie mamy wspaniałe plany związane z robieniem tego, co kochamy! Patrzcie, to kolejna rzecz, która nas łączy :)

Myślę, że jesteśmy też zgodne co do tego, że musimy się zobaczyć jeszcze raz, albo i wiele razy. Pewnie jeszcze nadarzy się okazja :)

Uwielbiam spotykać się z ludźmi, z którymi dzielę pasję. W Internecie nieraz łatwiej odważyć się na otwartość i szczere rozmowy, jednak tego bezpośredniego kontaktu nic nie zastąpi :) Hm, jeśli mieszkacie lub będziecie przejazdem gdzieś w okolicy Krakowa, Bochni i myśleliście kiedyś o tym, że chcielibyście pogadać ze mną na żywo - piszcie do mnie, może akurat się umówimy :)

A teraz, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, lećcie odwiedzić blog Eli: Mama Pod Prąd :)