Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2022

Grudzień z sześciolatkiem i czterolatkiem

Taki wspaniały tort urodzinowy zapewniła nam sala zabaw DODO :)

Tuż przed świętami zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy, trochę zestresowana, bo w moich dokumentach brakowało jednej zgody, którą powinnam podpisać jako mama dziecka do lat czterech. Przez chwilę i mnie udzielił się niepokój; miałam bardzo mało czasu na dostarczenie zgody! Potem mnie olśniło. Oddzwoniłam i powiedziałam, że zgoda nie będzie potrzebna, bo nie jestem już mamą dziecka do lat czterech. Michał skończył przecież niedawno cztery lata. A dwa tygodnie później Robert skończył sześć.

Końcówka roku przyniosła nam nie tylko bajecznie kolorową jesień, wyjątkowo śnieżny grudzień i... choroby, ale też dużo okazji do świętowania. Jak co roku, urządziliśmy łączone przyjęcie urodzinowe dla rodziny - z podwójnym tortem i prezentami dla obu chłopców. Oprócz tego Michaś miał swoje własne, kameralne przyjęcie z nieco mniejszym tortem i prezentami, a Robert - imprezę dla kolegów w sali zabaw DODO, w której bawił się już rok temu.

Czterolatek

Początkowo w ogóle nie chciał tortu i prezentów :) Aż wreszcie odkrył, jaką frajdę sprawia mu zdmuchiwanie świeczki. Spodziewałam się tego, odkąd widziałam, jak bawił się z Robertem w strażaków na jednym z moich spotkań autorskich i gasił wszystkie świeczki w zasięgu wzroku!

Michał jest jak kot - chodzi swoimi drogami i niełatwo go przekonać do zmiany zdania. Dysponuje też iście kocim urokiem osobistym, a jego ulubioną czynnością jest przytulanie. Słodka prośba "Przytulić!" to chyba najczęstsze słowo, jakie słyszę z jego ust.

Sprawia wrażenie młodszego gdzieś o rok. Jest nieduży, wypowiada się w sposób mocno uproszczony, ale też ujmujący: dziękuję, proszę bardzo, przepraszam, dzień dobry, wesołych świąt. Śmieje się całą buzią, całym sercem :) A gdy płacze, zasłania oczy rączkami. Gdy śpi, wydaje się najbardziej niewinną i dziecięcą istotą na świecie.

Uwielbia śpiewać i tańczyć. Kiedy śpiewa ulubione piosenki, w jego dużych niebieskich oczach widać zaangażowanie i powagę. Nie lubi tłumu. Jeden, najwyżej dwóch towarzyszy do zabawy to dla niego wystarczająca ilość. Gdy wokół jest dużo dzieci, on bawi się raczej osobno, znajduje sobie własne zajęcie. Zachwyca się przyrodą, listkami, kamykami, śniegiem. Kocha zwierzęta, ostatnio jego ulubieńcami są pingwinki :) Żebyście widzieli, jak rozjaśnia się jego buzia, gdy o nich mówi!

Powoli przekonuje się do prac plastycznych, które nigdy nie należały do jego ulubionych zajęć. Za to godzinami mógłby układać puzzle! Czasem potrafi się dzielić zabawkami, częściej jednak powtarza "to moje". Nie każdemu się to podoba... Ja jednak podchodzę do tego ze spokojem i tłumaczę sobie - i rodzinie - że czteroletnie dziecko ma jeszcze czas, by się tego nauczyć.

Zdecydowanie największą rewolucją w tym roku było pożegnanie pieluchy. Trwało długo, zajęło nam grubo ponad rok, wiązało się z leczeniem zaparć nawykowych, konsultacjami z licznymi pediatrami i dwoma psychologami dziecięcymi, badaniami krwi oraz USG i eliminowaniem najróżniejszych podejrzeń. Na pewno ten trudny czas odcisnął swój ślad na Michałku, ale wierzę, że za kilka lat pozostanie tylko wspomnieniem.

Zaledwie kilka tygodni później nadeszła kolejna zmiana - i nocnik poszedł w odstawkę :) Michaś, który ewidentnie stara się nadrobić stracony czas, twierdzi teraz, że nocnik należy do Roberta! On sam, jako duży chłopak, korzysta przecież z nakładki na muszlę klozetową.

Sześciolatek

Robert ma w zeszycie szkolnym obrazek, który zgodnie z poleceniem wychowawczyni może kolorować po kawałku, odpowiednio do ilości minut poświęconych na naukę samodzielnego czytania. Mógłby już spokojnie pokolorować sporą część obrazka... Ale nie ma na to ochoty! O wiele łatwiej zachęcić go do czytania niż do kolorowania.

Chętnie natomiast rysuje mapy skarbów, różne laurki i zagadki dla nas, dawniej również gry planszowe. Lubi też zgadywanki, grę w skojarzenia oraz zadania matematyczne. W odróżnieniu od Michała, niechętnie bawi się sam, nawet teraz zagaduje mnie dosłownie co chwilę :)


Robert poszedł w tym roku do zerówki. Ciągle mam wrażenie, że przyzwyczaił się do tej zmiany znacznie szybciej niż my, rodzice! W świecie moich wspomnień z dzieciństwa zerówka to po prostu przedszkole, czas zabawy i co najwyżej jakichś elementów nauki. Zaskoczyły mnie zadania domowe, zeszyty ćwiczeń, teczki, piórniki... Mój mały synek z dnia na dzień stał się uczniem! Cieszę się, że tak dobrze się odnajduje w tej roli, nie tracę jednak czujności - wiem, że potrzebuje wsparcia.

Jest bardzo mądry i wygadany. Pamiętam czasy, kiedy cieszyło nas każde wypowiedziane przez niego słowo czy zdanie - teraz zdarza się, że wzdychamy z ulgą, gdy nasz sześciolatek na chwilę milknie :D Ale lubię z nim rozmawiać. Rozumie bardzo dużo, czasem wydaje mi się wręcz, że za dużo. Nieraz mówi do mnie wieczorem: "Wiem, że jesteś zmęczona. Wiem, że nie masz siły". Albo przynosi mi nauszniki - słuchawki - żebym miała ciszę i spokój. Potrafi też bezbłędnie mnie rozbroić - wystarczy, że zaproponuje przytulaska :) Jest w tym mistrzem, podobnie jak Michaś!

Nadal jest bardzo troskliwym starszym bratem, choć często sprzecza się z Michałkiem - głównie z powodu wspomnianej wcześniej niechęci Michasia do dzielenia się zabawkami ;) Regularnie jednak powtarza, że go kocha i okazuje mu czułość i zainteresowanie. Kocha zresztą całą rodzinę - "bardziej niż całe swoje serce", jak to niedawno powiedział.

Ma niezwykłą wyobraźnię. Często opowiada nam historie jakby z innego życia albo sprzed narodzin. Mówi, jak nas wybrał, żebyśmy byli jego rodziną, i że pamięta mnie z czasów, kiedy byłam mała. Lubię słuchać tych opowieści, choć zdarza się, że wywołują u mnie frustrację. Ale wiem, że zasługują na uwagę i szacunek. Może kiedyś Robert zostanie pisarzem, jak jego mama?

Życie z nimi dwoma...

...to niezwykła przygoda, która dostarcza mi każdego dnia mnóstwa wzruszeń i sprawia, że moje matczyne serce rośnie :) Choć czasem myślę, że przez nich osiwieję! Ale gdy obserwowałam ich, jak świetnie się bawili z innymi dziećmi podczas przyjęcia urodzinowego, czułam, że teraz już tak będzie coraz częściej. Chłopcy dorastają, nie będą już tak często potrzebowali mojej asysty. Czas pieluch, noszenia, karmienia już minął. Przed nami nowe wyzwania. 


środa, 23 lutego 2022

Kilka rzeczy, które zamierzam zrobić po skończeniu 35 lat

Oglądałam kiedyś serial o dwóch detektywach. Ten starszy, doświadczony, trochę zgorzkniały i pokiereszowany przez los, miał 35 lat. Tyle co ja teraz. Miał też zakola i zmarszczki. Ja jeszcze nie mam (no dobra, trochę zmarszczek się znajdzie, zwłaszcza koło oczu).

Nie, nie czuję się stara. Doświadczona już prędzej, ale stara? Gdzieżby! Przecież jestem młodą pisarką, jeszcze pod koniec minionego roku byłam młodszym specjalistą w obsłudze bankowości elektronicznej, dość niedawno młodą blogerką, kilka lat temu młodą mamą, wcześniej młodą mężatką, a nawet panną młodą :) Gdzieś po drodze jeszcze byłam młodym agentem ubezpieczeniowym i pewnie młodym kimś jeszcze. Moja recepta na niekończącą się młodość brzmi: stale zaczynaj coś nowego. Tym sposobem zawsze będziesz osobą początkującą, świeżakiem, juniorem.

Trzydzieste piąte to takie trochę okrągłe urodziny. Połowa drogi między magiczną trzydziestką i magiczną czterdziestką. Niektórzy, np. Riennahera, tworzą z tej okazji listy trzydziestu pięciu rzeczy, które zamierzają zrobić po trzydziestych piątych urodzinach. Postanowiłam się zainspirować :) Ale aż trzydzieści pięć punktów? To byłaby strasznie długa lista! Poprzestanę na tradycyjnych siedmiu, za to rozbudowanych punktach.

Zatem, po trzydziestych piątych urodzinach...

1. Wydam co najmniej sześć książek.

Dlaczego tyle? Bo w przypadku pięciu książek sprawa jest już postanowiona, podpisałam umowę wydawniczą na pięć tomów serii "Wszyscy mamy źle w głowach". A skoro nie zamierzam na tym poprzestać i chcę osiągnąć jeszcze więcej w tej dziedzinie - dlatego z okazji urodzin życzę sobie co najmniej sześciu :) Szósta książka będzie prawdopodobnie kolejnym tomem, chociaż kto wie? Może przyjdzie mi do głowy pomysł na całkiem nową historię?

2. Pojadę na duży rockowy koncert.

Nie mam szczęścia do koncertów, odkąd w drodze na Inwazję Mocy z The Cranberries dowiedziałam się, że zespół odwołał przyjazd. Poważnie, myślę, że bylibyście zaskoczeni, na jak niewielu koncertach w życiu byłam. Dość powiedzieć, że pamiętam nieporównywalnie więcej koncertów, w których uczestniczyłam jako wykonawca niż tych, których słuchałam jako publiczność, i wcale nie oznacza to, że spędziłam pół życia na scenie :D Od dłuższego czasu chcę nadrobić zaległości, jednak ciągle coś utrudnia mi realizację tych planów. Finanse, małe dzieci, pandemia, z powodu której odwołano większość kulturalnych wydarzeń w ciągu ostatnich dwóch lat... Obawiam się, że w tym roku też może się to zdarzyć. Wierzę jednak, że w końcu się uda!

3. Będę mówić ważnym dla mnie ludziom, że są dla mnie ważni.

To wydaje się takie proste, prawda? Otóż mam wrażenie, że czasami może się to stać prawdziwym wyzwaniem. A nawet jeśli nie - na pewno warto przypominać sobie o tym od czasu do czasu, zwłaszcza wtedy, gdy pochłaniają nas codziennie sprawy, stres, zmęczenie i nerwowość.

4. Schudnę i/lub nauczę się akceptować to, jak mój wygląd zmienia się z czasem.

O moim planowanym schudnięciu to czytacie już chyba od roku, prawda? Na swoje usprawiedliwienie mam to, że do niedawna takie postanowienia były dla mnie bardzo łatwe do zrealizowania. Wystarczyła moja silna wola i kilka ćwiczeń. Nie da się ukryć, metabolizm po trzydziestce się zmienia. Choroba, siedzący tryb życia i uzależnienie od słodyczy też nie ułatwiają sprawy.

(Tak, wiem, nie mam dużej nadwagi. Ale tej małej też chciałabym nie mieć!) :D 

Ale wiecie co? Dotarło do mnie ostatnio - gdy po raz kolejny tłumaczyłam pewnej pięknej i cudownej osobie, że wcale nie wygląda staro - że ta akceptacja własnego wyglądu jest jeszcze ważniejsza niż schudnięcie. Bo czas nas dogoni, prędzej czy później. Nawet jeśli w tym roku ostro wezmę się za siebie i będę wyglądać o dekadę młodziej, to przecież nie będzie to trwało wiecznie. I nie powinno! Życie i doświadczenie zostawia na nas ślad. Po mojej sylwetce widać, że jestem mamą, po moich oczach widać, że sporo czytałam i że dużo się śmiałam, te trudniejsze przeżycia też zostawiły swoje ślady. Mój wygląd przypomina mi o tym, kim byłam i kim jestem. Nie chciałabym mieć ciała innej osoby, skoro jestem właśnie tą. 

5. Doprowadzę dom do takiego stanu, że będzie można nagrywać w nim serial paradokumentalny!

 

Nie, żeby kręcenie serialu należało do moich celów czy planów... Ale rozumiecie, chodzi mi o takie wnętrze, gdzie można bez poczucia obciachu robić zdjęcia, nagrywać filmiki i nie przejmować się tłem, zaprosić kogoś wymagającego... Teraz pewne zawstydzenie się pojawia, jest ciasno, sporo niedoróbek, to i owo do remontu, każdy mebel z innej bajki. 

Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że nie jesteśmy tu szczęśliwi. Jesteśmy. Ale bywa niewygodnie, zwłaszcza gdy chcemy zaprosić gości i nie bardzo mamy gdzie ich posadzić. Ze zrobieniem zdjęcia pamiątkowego też przeważnie mamy kłopot, bo na każdej ścianie jest coś mało fotogenicznego :D Plany i pomysły są, teraz tylko trzeba znaleźć czas i ekipę, która pomoże nam upiększyć nasz dom. 

6. Wybiorę się jeszcze raz na nocny spacer.

 


To był w zasadzie przypadek, że z jednej firmowej imprezy wróciłam do domu bardzo późno, pociągiem. Nie zasiedziałam się, nie straciłam poczucia czasu, po prostu to naprawdę tyle trwało. Nieszczególnie cieszyła mnie perspektywa przejścia ok. 5 kilometrów samotnie w nocy, ale o tej porze była to jedyna możliwa opcja.

Słuchajcie, było magicznie.

Spokojna noc, księżyc w pełni, śnieg migoczący w blasku ulicznych lamp, gdzieniegdzie jeszcze światełka choinkowe i świąteczne dekoracje. Mnóstwo czasu na swobodne rozmyślania i odpoczynek dla umysłu. Spokój, za jakim się tęskni w codziennym zamieszaniu i hałasie. Naprawdę chciałabym to przeżyć jeszcze raz.

Czy się bałam? Może przez jakąś chwilę ;) Od dawna nie wierzę w tego mitycznego złoczyńcę, który przez całą noc czai się za krzakiem, bo a nuż będzie tamtędy przechodzić jakaś samotna kobieta. Jeśli coś się ma zdarzyć, to się zdarzy, bez względu na godzinę. A przyjemność z nocnego spaceru jest zbyt wielka, by rezygnować z niej przez nieuzasadnione lęki.

7. Wezmę się za porządki w swojej głowie.

O tym też już nieraz wspominałam. Bo wiem od dawna, że to jest do zrobienia, i szczerze, jestem na siebie wściekła z tego powodu.

Wiecie, gdy człowiek kaszle i ma gorączkę, to idzie do lekarza. Gdy człowieka boli ząb, natychmiast szuka dentysty. Gdy człowiek ma odrosty i rozdwojone końcówki, pędzi do fryzjera, aż się za nim kurzy! A gdy człowiek od lat kiepsko sobie radzi z emocjami, stresem, relacjami, fatalnie niskim poczuciem własnej wartości? To tak sobie... no... żyje z dnia na dzień, dzielnie, bo głupota też może być dzielna, wpycha sobie ten głaz codziennie na szczyt góry, bez narzekania, bo dobrze wie, że świat nie widzi ciężaru. Świat widzi niezadowoloną minę, wybuchy gniewu, roztargnienie, przewrażliwienie, lenistwo, zawalanie najprostszych spraw, a przez większość czasu widzi po prostu uśmiech i pewną postawę, bo przecież chwile słabości staramy się ukryć, gdy tylko możemy.

Trochę przypadkiem wyszło, że kończę pisać ten tekst właśnie dzisiaj, w Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Nie taki był zamysł, bo i nie to miało być tematem, ale może, może... Ktoś przeczyta te słowa, pomyśli: mam podobnie i postanowi zawalczyć o siebie?

To nie będzie jutro ani pojutrze, ale wiem, że znajdę na to czas. Dla siebie, dla dzieci, dla wszystkich bliskich, którzy mnie potrzebują. Dla tych wszystkich planów, które tu wypisałam, łatwiej je będzie realizować bez obciążenia głazem :)

Życzcie mi, żebym niedługo mogła przy każdym z tych punktów napisać: zrobione!


poniedziałek, 20 grudnia 2021

Najlepsze urodziny w pięcioletnim życiu

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym wpisie zostały zrobione na Sali zabaw DODO w Niepołomicach i umieszczone za zgodą pracowników sali.

Zastanowiłam się dzisiaj, które urodziny - moje własne - mogłabym nazwać najlepszymi w życiu. Zdaje się, że dwudzieste siódme, czyli nie tak znowu odległe ;) Spędzone w knajpce z karaoke, z imprezą zorganizowaną specjalnie dla mnie, z tłumem znajomych i wcale nie mniejszym tłumem nieznajomych, którzy bawili się razem z nami. Albo osiemnaste, bardziej kameralne, z imprezą niespodzianką, którą przygotowały dla mnie przyjaciółki (i którą prawie sabotowałam, bo dziewczyny trochę zbyt wiarygodnie udawały, że niczego nie planują) :D

Robert miał znacznie mniej imprez urodzinowych niż ja, a tych pierwszych na pewno już nie pamięta. Ma dopiero pięć lat. Gdy jednak powtarzał z przekonaniem, że to najlepsze urodziny w jego życiu, jego radość z pewnością była szczera. Widziałam to w jego oczach, w zarumienionych policzkach, w cudownym uśmiechu, w serdeczności, z jaką witał kolegów.

Sala zabaw


Sala zabaw DODO - Niepołomice, zdjęcie zaczerpnięte z fanpage'a

O tym, że warto organizować dziecięce urodziny w tego typu miejscach, przekonałam się już dawno temu, zanim jeszcze zostałam mamą. Miałam okazję uczestniczyć w jednej imprezie urodzinowej jako opiekunka dwóch uroczych dziewczynek. Zapamiętałam ogromną dziecięcą radość, dobrze zorganizowaną zabawę i bezcenne poczucie, że po wszystkim nie trzeba sprzątać domu :D

Mówiąc nieco poważniej - sala zabaw zapewnia swego rodzaju wyrównanie szans. Mieszkamy w małym domu, pięcioro dzieci wraz z rodzicami to byłby w takich warunkach już spory tłum. Na sali zabaw każdy miał mnóstwo miejsca dla siebie, a nasi goście nawet nie byli jedynymi którzy się tam bawili tego dnia :) Każdy może być na moich urodzinach, powtarzał rozradowany Robert, a my bez wahania częstowaliśmy wszystkie dzieci przekąskami z naszego stolika, i tak mieliśmy ich naprawdę dużo.

Tego typu sale mają również dość uniwersalny wystrój. Obawa, że goście będą z niego niezadowoleni, albo że zabawki będą mało atrakcyjne, raczej w ogóle nie ma racji bytu. Jeśli organizowaliście kiedyś jakiekolwiek przyjęcie w domu, musieliście zadbać o wystrój i o umilacze czasu, to pewnie wiecie, o czym myślę. Cały ten dylemat, czy to im się spodoba, w przypadku sali zabaw po prostu nie istnieje. Wiesz, że się spodoba.

Wydaje mi się, że kiedyś, dawno, dawno temu wyobrażałam sobie siebie jako super oryginalną mamusię, która wszystko robi sama, zapewnia dzieciom nietypowe atrakcje, tematyczne przyjęcia i własnoręcznie wykonane dekoracje. Jasne, to jest fantastyczne, ogromnie podziwiam osoby, które robią takie rzeczy. Tak czy inaczej, najważniejsza jest radość na buzi dziecka, a jestem przekonana, że impreza urodzinowa zorganizowana w miejscu do tego przeznaczonym z pewnością tę radość wywoła.

Nasz pierwszy raz


To były pierwsze urodziny Roberta zorganizowane w taki sposób. Wcześniej robiliśmy po prostu przyjęcia domowe dla rodziny i najbliższych znajomych. Ale teraz Robert ma już pięć lat i dużą potrzebę wspólnej zabawy z kolegami. Już od dawna czekał na te urodziny i wyliczał, kogo chciałby zaprosić.


Z tym zapraszaniem był chyba największy kłopot. Przede wszystkim, listę gości trzeba ustalić z pewnym wyprzedzeniem, a wizja Roberta zmieniała się kilkakrotnie - bo, dajmy na to, pokłócił się z kolegą i już nie chciał go zaprosić ;) Poza tym ja nawet nie znam osobiście większości rodziców jego kolegów, mamy ze sobą kontakt jedynie poprzez grupę na Facebooku. Z jedną z mam nawet nie udało mi się nawiązać kontaktu na czas! Na szczęście uznałyśmy wspólnie, że nic straconego, nadrobimy to niedopatrzenie w najszybszym możliwym terminie.

Sporym dylematem było też: ilu gości zaprosić? Mam wrażenie, że cztery-pięć osób to optymalna ilość. Szczęśliwym trafem wszyscy koledzy (poza tym jednym, z którym nadrobimy) mogli się pojawić na miejscu o określonej porze. A przecież z dziećmi to jest taka loteria! - jednego dnia zdrowe, następnego dnia choruje, innego dnia po prostu coś mu się odwidzi, albo rodzicom coś wypadnie... Najbardziej obawiałam się tego, że z dnia na dzień wszyscy goście odwołają przyjście, i tak po prostu posiedzimy sobie w tej sali sami... Jednak poszczęściło się nam :)

Mieliśmy też dużo szczęścia, jeśli chodzi o lokalizację sali i dostępny termin - a rezerwowałam go dosłownie kilka dni wcześniej! Od jednej z mam dowiedziałam się, że niedawno otworzono salę zabaw w Niepołomicach, bardzo blisko Rynku. To rozwiązało nasz dylemat, jak znaleźć miejsce, do którego wszyscy dojadą bez większych problemów.

Urodziny w DODO

Miejsce zrobiło na nas rewelacyjne wrażenie. To nie jest tylko zwykłe kulkowo, DODO oferuje również mnóstwo innych atrakcji, zabawek, klocków, nawet spory wybór książeczek do poczytania. Każde dziecko znajdzie coś dla siebie - a zapewniam, że o ile Roberta łatwo zabawić, to już trzyletni Michał potrafi być bardziej wybrednym odbiorcą. Po dwóch małych kryzysach, kiedy próbował się dostać do zjeżdżalni ewidentnie dla niego za dużej, znalazł sobie spokojniejszą rozrywkę i bawił się tak wybornie, że przy wychodzeniu trzeba go było odkopać z kulek niczym jeża schowanego w stercie liści :D 


W nieznacznie oddzielonej od reszty sali części, przypominającej mały pokoik, stał przystrojony balonami stolik z przekąskami. Niektóre z nich były wliczone w cenę, inne dokupiliśmy za niewielką opłatą. Większość została do spakowania :D Ale i tak cieszę się, że było ich tak dużo, dzięki nim stół prezentował się wspaniale. Nie zdecydowaliśmy się na tort, trochę chcieliśmy sprawdzić, jak w ogóle sprawdzi się taka formuła urodzin w miejscu, w którym dzieci są przede wszystkim nastawione na skakanie i szaleństwa, niekoniecznie na jedzenie. Po fakcie myślę, że rezygnacja z niektórych przekąsek na rzecz tortu mogłaby być niezłym pomysłem, wartym wypróbowania w przyszłości.

Sala posiada też część kawiarnianą dla rodziców, ale przyznam, że praktycznie w ogóle z niej nie skorzystaliśmy. Nie było kiedy, bo ciągle byliśmy w ruchu i przyglądaliśmy się, jak bawią się nasi mali podopieczni. Przyznam, że nawet weszłam dwukrotnie na konstrukcję przeznaczoną do zabaw, bo musiałam pomóc Michałowi, który jeszcze nie do końca odnajdywał się w tym labiryncie :) I dwa razy zjechałam w kulki! Ale zasadniczo, nie zachęcam do podążania w moje ślady, ta konstrukcja naprawdę jest dla dzieci, nie dla rodziców :)


Starsi chłopcy radzili sobie bez trudu, czasem tylko trzeba było ich pilnować, gdy chcieli wspinać się po siatce jak Spiderman! albo gdy przegrzewali się w bluzach, bo w ferworze zabawy nie pomyśleli, że przydałoby się je zdjąć :) Przyznam, że gdy na samym początku imprezy okazało się, że rodzice naszych gości nie będą siedzieć z nami przy stoliku, po prostu przyjdą po dwóch godzinach odebrać dzieci, ogarnęła mnie obawa, czy sobie poradzimy z taką gromadką. Szybko przekonałam się, że nie będzie to trudne, tym bardziej, że do pomocy mieliśmy czujną i nieustraszoną panią z obsługi :)

Przyznam, że nawet nie wiem, kiedy minęły te dwie godziny. Czas upłynął błyskawicznie, aż trochę żal było wychodzić! Na pewno trafiliśmy na miejsce, do którego będziemy wracać, tym bardziej, że to podobno najlepsze kulkowo na świecie - pewien pięcioletni promyk słońca tak mi mówił :)

czwartek, 18 lutego 2021

O wieku i wrażliwości - i inne urodzinowe refleksje



Nie pierwszy raz zauważyłam, że urodziny sprzyjają refleksjom, a właściwie te refleksje pojawiają się u mnie za każdym razem nieco wcześniej, jakiś tydzień czy dwa przed urodzinami. Często nie są zbyt pozytywne. Zastanawiam się, czy ten specyficzny nastrój wynika z faktu, że jestem coraz starsza, czy raczej z tego, że moje urodziny wypadają w lutym. To miesiąc, w którym często musimy zrewidować nasze plany i postanowienia noworoczne, miewamy sporo spraw do załatwienia i stresujemy się, w dodatku dni są nadal dość krótkie, jest chłodno i pochmurno. Początek lutego zaskakująco często wyznaczał dla mnie moment, kiedy uświadamiałam sobie pewne rzeczy, z których może niekoniecznie chciałam zdawać sobie sprawę. Musiałam wtedy zmienić podejście, przyjrzeć się krytycznie swoim działaniom i ostatecznie to uważniejsze spojrzenie na ogół wychodziło mi na dobre. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było przeboleć początek lutego.

Przy czym ja naprawdę lubię urodziny. Lubię życzenia, prezenty, świadomość, że istnieją tacy ludzie, którzy potrafią przejechać 120 km w jedną stronę po to, by napić się ze mną kawy. Lubię fakt, że tego jednego dnia pomyślą o mnie osoby, które nie myślały o mnie przez cały rok, może odezwą się, zapytają, co u mnie słychać, może nawet umówimy się i odnowimy kontakt. Lubię świętować :) I za każdym razem w połowie lutego zderza się we mnie ta urodzinowa radość z poczuciem pewnej melancholii, smutku, porażki.

Jesteście tu jeszcze? :)

Mam dla Was dzisiaj kilka myśli, którymi chciałabym się podzielić. Bez obaw, nie są przesadnie smutne.

Starszeństwo


Miewam trudną relację z moim wiekiem, to znaczy, za każdym razem ciężko mi się przyzwyczaić do tego kolejnego roku na liczniku. Przy czym największy kryzys przeżyłam chyba wtedy, gdy skończyłam 28 lat, czyli ładnych kilka lat temu. Bo rozumiecie, Janis Joplin żyła tylko 27 lat, a ja już dłużej i niczego szczególnego nie osiągnęłam ;) Czułam się staro. Wiecie, jak się pocieszałam? Tłumaczyłam sobie, że medycyna idzie do przodu i może się okazać, że ludzie będą żyli nawet ponad sto lat. I może kiedyś jako sto dwudziestoośmioletnia staruszka zaśmieję się, gdy przypomnę sobie, że kiedyś byłam tak młodziutka i uważałam siebie za starą... :)

Teraz, kilka lat po trzydziestce, znów trochę mi niekomfortowo z moim wiekiem. Może dlatego, że w środku czuję się na połowę z tej liczby. A może dlatego, że są w moim otoczeniu osoby, z którymi mam świetną, przyjacielską relację, młodsze ode mnie o sześć i więcej lat. To dla mnie dość nowe zjawisko. Przeważnie byłam najmłodszą osobą w większości grup, do których trafiałam. Teraz jestem dla moich przyjaciółek tą starszą i doświadczoną. Trochę potrwa, zanim przestanie mnie to zadziwiać.

Wrażliwość


Żyjemy w specyficznych czasach, jeśli chodzi o wrażliwość. Z jednej strony, zdaje mi się, że pojawił się pewien kult wrażliwości. Bardziej wsłuchujemy się w swoje emocje, pozwalamy sobie na reakcje, które nie muszą się podobać innym, ale są zgodne z naszymi potrzebami. Nietypowość jest w cenie.

Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z określeniem WWO (wysoko wrażliwa osoba), pomyślałam: o, to może być coś o mnie. W końcu zawsze byłam tym największym wrażliwcem w otoczeniu. Gdy jednak wczytałam się w definicję WWO, nie odnalazłam się w tym. Nie, to jednak nie o mnie. I mam takie poczucie, że ta moja zwyczajna, przeciętna duża wrażliwość jest postrzegana gorzej od mitycznej wysokiej wrażliwości, bo przecież gdyby to było to samo, po co ktoś wymyślałby nowe określenie? Czuję, że coś mnie omija, choć nawet nie mogę powiedzieć, że chciałabym się w to włączyć. Zastanawiam się, czy potrzebna jest nam nowa wrażliwość, skoro ta stara, zwykła, bez etykiet, też zasługuje, by się nad nią pochylić.

A druga strona medalu? Choć wrażliwość jest teraz bardziej doceniana, nadal spotykam się z tym, że niektórzy traktują ją jako problem i przyczynę nieporozumień. "Widocznie jesteś bardziej wrażliwa ode mnie", słyszę nieraz, i widzę, że w ten sposób ktoś próbuje przenieść odpowiedzialność na mnie i moją wrażliwość. Nie możemy się dogadać, bo jestem zbyt wrażliwa. Nie odpowiada mi dana sytuacja czy zjawisko, bo jestem przewrażliwiona na jakimś punkcie.

Nie. Nie zawsze. Pewne zjawiska są obiektywnie złe i czyjś subiektywny odbiór, wrażliwy lub nie, nic w tej kwestii nie zmienia. Przemoc jest zła, epatowanie okrucieństwem jest złe, zaniedbywanie zwierząt i pozwalanie na ich cierpienie jest złe, hejtowanie dla samego hejtowania jest złe. To nie moja reakcja podlega tu ocenie.

Czas na zmiany


Wygląda na to, że nowa praca nie będzie jedyną istotną zmianą w moim życiu. Niedawno miałam okazję przyjrzeć się sobie trochę uważniej niż zwykle, z nieco innej perspektywy. Wnioski były takie... że bez jakiegokolwiek sportu, z pracą siedzącą i przekonaniem, że szkoda życia na diety, długo zdrowa nie pobędę. Do zmian zbieram się powoli i niechętnie, bo są dwie rzeczy, których wyjątkowo nie lubię: zmuszać się do czegoś i odmawiać sobie czegoś. Ale zdrowie, czy raczej dobre samopoczucie, może być tego warte.

Słowo roku


Na początku 2020 modne było wybieranie sobie jednego najważniejszego słowa, które miało nas prowadzić przez cały rok. Wówczas moim słowem było "inspiracja" - i rzeczywiście, moje inspiracje twórcze wiele dla mnie znaczyły w ciągu minionego roku. Natomiast teraz, gdybym miała wybrać jedno słowo na cały 2021, brzmiałoby ono "porażka". Ale nie martwcie się - nie myślę o nim w negatywnym kontekście, raczej jak o wyzwaniu. Chcę udowodnić sobie, że to słowo mnie nie dotyczy.

Coś robię


W poniedziałek popłynęło w moją stronę wiele życzeń, o wiele więcej niż w poprzednich latach. Pojawiły się między innymi w grupach literackich, w których działam. Poza całą związaną z nimi radością, dały mi jeszcze bardzo cenne poczucie - że moja aktywność ma znaczenie, że znalazłam swoje miejsce, swoją niszę, swoje środowisko, w którym jest mi najlepiej. Od dłuższego czasu czuję silną potrzebę stabilizacji i pewnych stałych punktów w życiu, jednak nie przypuszczałam, że środowisko pisarskie również stanie się dla mnie takim stałym punktem. To coś więcej niż pasja, to moje zajęcie, moja druga rodzina i zarazem druga (czy już trzecia?) praca.

Niektórzy z Was czekają na informację o moim debiucie powieściowym, inni, jak się domyślam, reagują na moje wzmianki o książce pewnym rozbawieniem i pobłażliwością. Nie dziwię się ani trochę, jeśli postrzegacie mnie jako osobę, która wiecznie próbuje i nic z tego nie wychodzi. Przecież tak to wygląda z zewnątrz, nie? Cztery lata temu twierdziłam, że wydam książkę. Nadal jej nie wydałam. 

Nie chcę roztrząsać kwestii moich umiejętności. Powiem tak: jeśli byłabym znakomitą pisarką, nadal nie otwierałoby to przede mną wszystkich możliwych drzwi. Rynek wydawniczy ma swoje mniej lub bardziej sprecyzowane oczekiwania, a ja nie do końca potrafię wyjść im naprzeciw. Nie do końca chcę. Czuję w sobie sprzeciw na myśl o tym, że powinnam przerobić wykreowaną przez siebie historię, by zmieścić się w ramach wytyczonych przez kogoś innego. Staram się doskonalić warsztat i pisać z każdym dniem coraz lepiej. Istnieje garstka osób, które czekają na moją twórczość. Nie zamierzam ich rozczarować :)


Tu powinno pojawić się podsumowanie tych rozważań, mam jednak poczucie, że i bez niego ten tekst jest już strasznie długi i pewnie dobrnięcie do tego miejsca będzie stanowić dla Was spory wyczyn :) Dajcie znać w komentarzach, co myślicie, czy zgadzacie się ze mną, czy chcecie może coś dodać. 

środa, 2 grudnia 2020

Niespodzianka, mamy dwulatka!

Ostatnio na spacerze zauważyliśmy, że Michał nie chce już siedzieć w wózku, o wiele lepiej czuje się, gdy może swobodnie przemieszczać się na dwóch nóżkach. Idzie przed siebie jak mały czołg, problem pojawia się wtedy, gdy z jakichś względów musimy go zatrzymać :)

Nie lubi, gdy się go karmi łyżeczką. Zdecydowanie woli jeść samodzielnie. To samo z myciem zębów - robi to bez protestów, gdy tylko może sam trzymać szczoteczkę w rączce. Lewej, bo ewidentnie jest leworęczny.

Michał skończył dwa lata

Nasz mały Misio, Braciszek, słodka przytulanka, to już dwuletni chłopiec. Czy jesteśmy zaskoczeni? Przyznam, że trochę tak!

Mam wrażenie, że młodsze dziecko zawsze wydaje się mniejsze, bardziej delikatnie i bezradne, niż wskazuje na to jego wiek. Przecież w porównaniu ze starszakiem to jeszcze taka kruszynka! Michał do tego ma w sobie pewien... powiedziałabym, niemowlęcy urok. Uśmiech niewiniątka prawie nie schodzi z jego pyzatej buzi, małe rączki z absolutnie przepięknymi paluszkami wydają się dość nieporadne, ale to tylko złudzenie - w rzeczywistości są coraz bardziej sprawne, potrafią na przykład kolorować albo tworzyć piękne obrazki! Kiedy zasypia, zwija się w kłębek i naprawdę wygląda jak niemowlak. Śmiejemy się, że będzie długo młody ;)

Niemniej, każdego dnia Michał daje nam odczuć na wiele sposobów, że faktycznie stał się już dwulatkiem. Na przykład, przejawia typowy bunt dwulatka ;) Odkrył, że może mieć swoje zdanie i nieraz obstaje przy nim bardzo uparcie. Skoro postanowił sobie, że będzie właśnie teraz szedł środkiem drogi, to niech nikt nie myśli, że zdoła go powstrzymać!

Mówi coraz więcej, przeważnie słowa typu: mama, tata, dziękuję, halo, pa, nie ma, brawo, miau, kwa-kwa, siku, kupa, autko. Najczęściej dogaduje się z Robertem w ich własnym języku. Często śpiewa, tańczy, czasami próbuje grać na cymbałkach lub różnego rodzaju domowych instrumentach perkusyjnych ;)

Ulubione rzeczy

Ulubiona zabawka? To się zmienia, ale mam wrażenie, że jest w domu jeden przedmiot, któremu Michaś jest wierny od dłuższego czasu. Miotła na kiju. Poważnie, dziecko ma cały pokój pełen grających zabawek, aut i pluszaków, ale mogłoby godzinami kursować między pokojami i zamiatać podłogę.

Ulubiona piosenka? I-ja-i-jajo! Trochę jak w refrenie o Starym MacDonaldzie, jednak melodia jest nieco inna, i pojawia się za każdym razem, gdy Michaś bawi się wozem strażackim lub autkiem policyjnym. 

Ulubiony rodzaj interakcji z otoczeniem? Są dwa. Pierwszy to najsłodsze całusy pod słońcem, zwykle zupełnie spontaniczne - ot, robisz coś w kuchni, a tu przydreptuje do ciebie maleństwo i dostajesz całusa. I od razu dzień piękniejszy :) Drugi rodzaj to łaskotki. Michaś je uwielbia, jak już kiedyś pisałam, jest chyba jedynym człowiekiem na świecie, który potrafi połaskotać się sam i ma z tego radochę. Oczywiście, jeszcze weselej jest wtedy, gdy można połaskotać brata, mamę, tatę, a raz nawet sprawdzał, czy lodówka też ma gili-gili. No cóż, dwa lata to jeszcze malutko :)

Ulubiona postać? Chyba Blippi, bo Michaś nauczył się nawet wymawiać bezbłędnie jego niełatwe przecież imię. Znacie Blippiego? Nagrywa zabawne, edukacyjne filmiki, z których można się sporo dowiedzieć  np. o budowie i zasadach działania pojazdów, o pracy w różnych zawodach. Początkowo odstraszał nas trochę specyficzny sposób poruszania się Blippiego, jak i fakt, że filmiki są w języku angielskim, ale przekonaliśmy się do nich. A Robert i Michał uczą się dzięki nim ciekawych rzeczy i przy okazji szlifują język.

Ukochany brat

Robert jest wspaniałym, kochającym bratem. Potrafi oddać maluchowi swoją bułkę lub banana, a potem sam jest głodny. Dzieli się z nim zabawkami, smakołykami, wszystkim. Pociesza go i rozśmiesza, gdy mały płacze. Kiedy wczoraj usypiałam Michała, Robert nie pozwolił mi zgasić nocnej lampki, bo będzie ciemno i Michałek będzie się bał. Chwilami bardziej troszczy się o potrzeby braciszka niż o własne!

Coraz częściej chłopcy bawią się we dwóch, a my możemy zająć się czymś innym lub z zachwytem obserwować, jak pięknie ze sobą współpracują.

Wydaje się, że te dwa lata zleciały tak szybko. A jednocześnie - każdy dzień miał znaczenie, każdy miesiąc uczył czegoś nowego, tyle zdążyło się wydarzyć. I tylko ten uśmiech na małej buźce nadal tak samo niewinny i dziecięco uroczy :) Pewnie już zawsze będę widziała w Michałku moje maleństwo. Po prostu za kilka lat zacznę się z tym trochę kryć... Żeby dziecku obciachu nie robić! ;)

środa, 26 lutego 2020

Siedem ważnych lekcji życiowych z okazji urodzin.




Niedawno miałam urodziny. Jeśli śledzicie fanpage Szczęśliwa Siódemka, to wiecie, kiedy to było :) (Zachęcam do śledzenia!

Urodziny to dobry czas na podsumowania, a ja je bardzo lubię. Ten rok przywitał mnie znaczącym niedoborem czasu na wszystko, a szczególnie na zajmowanie się blogiem, dlatego też większość planowanych przeze mnie tekstów pojawiła się z opóźnieniem albo w ogóle.

Jeszcze pod koniec minionego roku myślałam o tym, że dobrze byłoby spisać te najważniejsze, najbardziej pamiętne lekcje z ostatnich miesięcy. Będę do nich wracać, a może pomogą też komuś innemu?

Nie wszystkie są nowymi lekcjami. Niektóre traktuję jako przypomnienie :)

1. To moja sprawa, jak zareaguję na krytykę. Pozytywna reakcja jest przede wszystkim dobra dla mnie.


Po pierwsze, kwestia przyjmowania krytyki jest tak często wyolbrzymiana, że nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ba, sama robiłam ten błąd. Uważałam, że co by się nie działo, mam obowiązek zareagować ładnie, grzecznie, z dystansem. Że jeśli się przejmę, to znaczy, że jestem przewrażliwiona, dziecinna i w ogóle świadczy to o mnie jak najgorzej. Widzę to samo przekonanie u wielu osób z mojego otoczenia.

Słuchajcie mnie teraz. To normalna rzecz, pokazujecie światu jakąś cząstkę siebie czy swojej działalności - przecież nie po to, żeby powiedzieć "patrzcie, jak mi beznadziejnie wyszło". Pokazujecie, bo jesteście z czegoś zadowoleni, dumni, uważacie, że możecie się tym pochwalić. Jeśli ktoś zmiesza Was z błotem - nic dziwnego, że jest Wam przykro. Nie ma powodu, żebyście mieli się tego wstydzić. Szczególnie, gdy nie prosiliście tej osoby o wyrażenie zdania.

Natomiast spokojna, wyważona reakcja na negatywną opinię może sprawić, że po prostu poczujecie się dobrze. Jeśli przyjmiecie ją spokojnie i z podniesioną głową  zamiast pozwolić, by popsuła Wam nastrój - krytyka może Was wzmocnić, sprawić, że poczujecie się zadowoleni z siebie i być może wyciągniecie z niej konstruktywne wnioski.


2. Gdy dwie osoby wiecznie próbują ustępować sobie nawzajem, prędzej czy później doprowadzi to do frustracji.


Grzeczność ma swoje granice, i zdumiewająco łatwo może obrócić się przeciwko nam. Zaskakuje Was to? Mnie zaskoczyło. Myślałam, że tego właśnie oczekuje ode mnie świat: żebym ustąpiła, przedkładała cudze potrzeby nad własne, nie robiła problemów. W tym roku okoliczności sprawiły, że spędziłam dużo czasu z osobą, która uważała podobnie i dokładnie tak samo starała się postępować wobec mnie.

Efekt? Obie czułyśmy się niedocenione w naszych wysiłkach, sfrustrowane, pełne żalu. Każdy gest uprzejmości spotykał się z odmową, odrzuceniem, bo przecież to ta druga strona chciała być uprzejmą. "Nie trzeba, nie musisz" padało chyba w każdej naszej rozmowie. Każda z nas czuła, że robi dużo, a druga strona nie okazuje wystarczającej wdzięczności.

Stop. Kiedyś trzeba przerwać ten festiwal uprzejmości, podziękować i docenić czyjś gest. Jeśli tylko nie narusza on w żaden sposób Twoich granic, rzecz jasna.

Nawiasem mówiąc, pamiętacie może, jak wyginęli dżentelmeni? To jest bardziej życiowe, niż mogłoby się wydawać! ;)


3. Ta zła matka widziana przypadkowo na ulicy to ja, a jej dziecko to moje dziecko.


Ugryzłam się ostatnio w język, o jedną chwilę za późno. Zdążyłam wcześniej wyrazić opinię, że pewne określone złe zachowanie dziecka wynika z postawy matki. Po czym dotarło do mnie, że za parę lat ktoś tak powie o moim dziecku i o mnie. Może zresztą już ktoś tak mówi.

Zanim urodziłam dziecko, a właściwie, zanim to dziecko trochę podrosło i zaczęło pokazywać różki wystające spod jasnej czupryny aniołka... Widywałam na ulicy dużo złych matek. Teraz widzę same moje klony. Kobiety, które kochają swoje dzieci nad życie, ale bywają też zmęczone, miewają gorsze dni, brakuje im czasem cierpliwości. Oczywiście, nie mówię o zupełnie patologicznych zachowaniach. Ale kiedyś byłam o wiele mniej wyrozumiała.

Z perspektywy tamtej Martyny sprzed kilku lat - nie jestem pewna, czy uznałabym siebie za dobrą matkę. Na szczęście moja perspektywa zdążyła się zmienić.

4. Czasem musisz zacząć życie na nowo, bez czegoś, co uwielbiasz. Nawet jeśli sobie tego nie wyobrażasz.


Bez obaw, nic złego się u mnie nie stało :) Mam wrażliwe serce i przejmuję się problemami innych osób.

Już kiedyś musiałam się tego nauczyć. Parę lat temu mój maż, wówczas mój chłopak, miał poważne problemy zdrowotne pośrednio związane z piciem kawy. Z dnia na dzień oboje przestaliśmy ją pić, a w tamtym czasie trzy duże, mocne kawy dziennie stanowiło nasze minimum. Wytrzymałam bez kawy cztery lata, mąż jeszcze ze dwa lata dłużej. Obecnie wróciliśmy do niej, ale uważamy, by nie przesadzić z ilością.

Podziwiam ludzi, którzy zaczynają od nowa. Przyzwyczajenie jest potężną siłą, większą niż mogłoby się zdawać. Czasem trzeba stworzyć sobie nową codzienność i odnaleźć się w niej.

5, Młodsze dziecko ciągle wydaje się maleńkie, bez względu na to, jakie jest już duże.


Odkąd mam dwójkę dzieci, o wiele bardziej rozumiem ten mechanizm, który sprawia, że rodzice czasem traktują młodsze dziecko nieco inaczej, z większą troską, może też z pewnym ograniczonym zaufaniem i brakiem wiary w jego możliwości. Michał wydaje się przy Robercie taki malutki! Czasem muszę sobie przypominać, że on już przecież skończył rok jakiś czas temu. Mam skłonność do patrzenia na niego jak na niemowlę.


6. Nie porównuj doświadczeń innej osoby do własnych. Emocje nie podlegają porównaniom.


Jeśli śledzicie ten blog od jakiegoś czasu, wiecie dobrze, że Siódemka nie zawsze była Szczęśliwa. Lekcję na temat empatii przerobiłam już wielokrotnie, od różnych stron. Czasem wydaje mi się, że osobom doświadczonym najtrudniej zdobyć się na empatię. Łatwo wpędzić się w porównania. Albo zakładamy, że druga osoba nie ma pojęcia, co przeżyliśmy - albo wręcz przeciwnie, zakładamy, że jest taka sama jak my. Skoro więc ja poradziłam sobie z moim doświadczeniem, czemu ona/on nie może sobie poradzić?

Przeczytałam opis jednego porodu. Moją pierwszą reakcją było wzruszenie ramionami. I co? Mój poród był gorszy. Dużo gorszy.

Ale tamta kobieta nie przeżyła mojego porodu, nie ma o nim pojęcia. Przeżyła własny, i był dla niej trudnym doświadczeniem. Porównywanie nas nie ma sensu. 

7. Mogę zostać źle zrozumiana i uznana za nieuprzejmą nawet bez mojej winy.


Tak, to dla mnie nowa lekcja. W końcu zawsze byłam tą pyskatą smarkulą, która wiecznie mówiła nie to, co trzeba. Z czasem nauczyłam się uważać na moje słowa. Za to nieraz stwierdzam, że nie warto się ograniczać i po prostu mówię, co myślę :D Nie do wiary, ale istnieją takie osoby, które twierdzą, że nigdy (w ich obecności) nikogo nie uraziłam! Jest to jakieś zwycięstwo.

Przyzwyczaiłam się do myślenia, że jeśli kogoś uraziłam, to widocznie znowu palnęłam coś po swojemu. Bo przecież ja tak mam. Kilka sytuacji uświadomiło mi jednak, że nie zawsze jestem winna.

Mam nadzieję, że moi bliscy darują mi ten przykład, ale jest tak dobitny, że po prostu muszę się nim podzielić. Wyobraźcie sobie obiad rodzinny, specjalnie dla mnie zostały podane gołąbki z soczewicą (uwielbiam!). Wyraziłam radość, powiedziałam między innymi, że przy mnie żadna ilość soczewicy się nie zmarnuje. Padło pytanie, czy z soczewicy można zrobić ciasto. (Można? Próbował ktoś?) Nieco zaskoczona odpowiedziałam, że pewnie i można, ale dla mnie byłoby to marnowanie soczewicy.

Później tego samego dnia usłyszałam przez zupełny przypadek, jak jedna z osób obecnych przy tej rozmowie mówi, że Martyna powiedziała, że gołąbki to marnowanie soczewicy. Aaa! Gdybym tego nie usłyszała, gdybym natychmiast nie pobiegła sprostować, ta informacja dotarłaby do osoby, która tak bardzo postarała się, żebym miała pyszny obiad.

Nie powiedziałam nic złego. Ktoś nie dosłyszał, nie zrozumiał, coś umknęło, coś sobie dopowiedział - i nagle w czyjejś głowie powstała nowa wypowiedź, stawiająca mnie w bardzo niekorzystnym świetle.

I tak się dzieje pewnie po wielokroć, o większości podobnych sytuacji prawdopodobnie nawet się nie dowiadujemy.


Ha, nie planowałam, że tych punktów wyjdzie siedem, ale widocznie jestem już związana z tą liczbą na dobre! Ciekawa jestem, jakie są Wasze przemyślenia w związku z tym, co napisałam. Mam nadzieję, że zostawicie komentarz :)

piątek, 13 grudnia 2019

Dzień, w którym skończył się bunt dwulatka.



Miałam nadzieję, że może uda mi się obudzić dzisiaj przed 5:05, czyli przed godziną, o której trzy lata temu Robert otworzył swoje piękne oczka i wydał z siebie pierwszy krzyk. Ale umówmy się, to strasznie wczesna pora ;) Na szczęście poranne okrzyki nie weszły mu w nawyk. Jeszcze godzinę później nasz Urodzinek spał smacznie z jasnymi włoskami rozsypanymi na poduszce.

Tak, zaprosiłam Was tu dzisiaj, żeby opowiedzieć Wam o moim trzyletnim już (a nie dwuletnim) chłopczyku. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko? ;) 

Dobrze pamiętam Roberta sprzed trzech lat. Był duży jak na noworodka, prawie całkiem łysy, z delikatnym jaśniutkim meszkiem na głowie, z gładką buźką, prześliczny. Starałam się zapamiętać każda chwilę, niczego nie stracić, bo wiedziałam, że te chwile, kiedy jest taki maleńki, miną bezpowrotnie znacznie szybciej niż można byłoby się spodziewać. I rzeczywiście, minęły! Ale uwierzcie mi, że teraz jest jeszcze cudowniej.

Co jest najpiękniejsze w byciu mamą trzylatka?


Mogę dowiadywać się od niego różnych rzeczy.

Na przykład, jak nazywają się jego koledzy i koleżanki. Nawet ta ulubiona koleżanka! Wiem, że uczyli się piosenki o Mikołaju, a wcześniej - bardzo ładnego wierszyka o przedszkolu. Wiem, że na wycieczce widział króliczki. Nie tylko ja pokazuję mu świat, ale on też zaprasza mnie do swojego świata i opowiada mi o przeżyciach z całego dnia. 

Mogę wdawać się z nim w dyskusje.

A powiem Wam, że potrafi dyskutować! Cieszy mnie, że gdy zadaję mu pytanie, mogę liczyć na odpowiedź. Kiedy coś mu nie odpowiada, potrafi mi powiedzieć, o co chodzi. Kiedy chce coś uzyskać i przekonać mnie do czegoś, potrafi wdzięczyć się i łasić jak kotek! Uwielbiam te zdania, które musiał usłyszeć najpierw z moich ust, wypowiadane jego słodkim głosikiem.

Mogę się z nim śmiać. 

Kiedy udaje małpkę, kiedy stwierdza, że dynia na surowo jest "bleee!", kiedy coś go mocno rozbawi, kiedy cieszy się z niespodzianki, kiedy bawi się z braciszkiem. Czasem śmiejemy się bez powodu, po prostu dlatego, że mamy świetny nastrój.

Mogę się z nim bawić.

Mam na myśli aktywną, angażującą zabawę, włącznie z odgrywaniem ról. Ostatnio ulubioną zabawą jest udawanie "pani doktor" i wypisywanie recept na bolące kolana lub stopy. Całusy też pomagają ;)

Mogę patrzeć na jego czułość i troskę.

Oczywiście, sama też doświadczam tych jego czułych gestów. Przytula mnie, głaszcze, bawi się moimi włosami. Daje mi buziaka, gdy jedzie do przedszkola. Martwi się, gdy coś mnie boli. Jest moim kochanym, troskliwym małym przyjacielem.

Mogę się wzruszać z jego powodu.

Jak choćby wtedy, gdy znalazł przypadkiem zdjęcie męża, które noszę w portfelu. Spojrzał, przytulił z czułością do serduszka i powiedział: "moje tatuś!" (tak, rodzajniki się czasami mylą) ;) 

Mogę być z niego prawdziwie dumna.

Och, dumna jestem zawsze, każdego dnia. Z maleńkiego Michasia oczywiście również. Ale są takie momenty, gdy Robert bardzo mocno zaskakuje mnie swoją dojrzałością. Na przykład w sklepie, gdy pomaga mi ułożyć zakupy na taśmie, a potem cierpliwie czeka, aż wszystko spakuję - choć dobrze wiem, jak wielką ma ochotę na smakołyk, który tam leży wśród tych zakupów. Albo kiedy daje większe, sprawniejsze autko swojemu braciszkowi, a sam bawi się mniejszym.  Albo kiedy stara się zapiąć kurtkę, choć wcale nie chce jej mieć na sobie - ale wie, że trzeba, bo na zewnątrz jest zimno. Takich sytuacji jest naprawdę dużo.


Bycie mamą dwulatka okazało się niezwykłą przygodą, która wiele mnie nauczyła, dostarczyła niezapomnianych wrażeń i wzruszeń, choć też nieraz przynosiła frustrację i bezradność, bo określenie bunt dwulatka nie wzięło się znikąd. Nawet jeśli wiem, że tak naprawdę to nie jest żaden bunt, tylko próba poradzenia sobie z całym ogromnym wachlarzem emocji, trudnych dla maleńkiego jeszcze, zagubionego, bardzo szybko rozwijającego się człowieczka. Teraz ta przygoda się skończyła, na szczęście będę mogła przeżyć ją jeszcze raz, z Michasiem. Tymczasem Robert ma dla mnie kolejną podróż w nieznane - bunt trzylatka? Ha, nic strasznego :) Damy radę!

czwartek, 28 listopada 2019

365 powodów do wdzięczności, czyli: pierwsze urodziny Michałka.



365 dni, a każdy wart tego, by za niego dziękować. Każdy wypełniony Twoją obecnością, malutkimi rączkami, oczkami, minkami. Dwanaście cudownych miesięcy!


Pierwszy miesiąc

Szybko pokazałeś nam, że wcale jeszcze nie wiemy wszystkiego o byciu rodzicami. Kilkutygodniowe dziecko z zapaleniem płuc? Nie wiedziałam, że takie rzeczy zdarzają się w troskliwych rodzinach. Teraz już wiem. Tydzień w szpitalu, wenflon w małej główce - nazywaliśmy Cię teletubisiem, a pielęgniarki dziwiły się nam, że nie jesteśmy przerażeni. Jedyna w swoim rodzaju Wigilia spędzona na oddziale.

Byłeś przez cały czas radosny, pogodny i szybko przybierałeś na wadze. Przez większość dni sprawiałeś wrażenie zupełnie zdrowego. Pozdrawiam w tym miejscu lekarza, który próbował mi wmówić, że kaszlesz dlatego, bo za często Cię karmię :) Oj, to był ciężki dzień.


Drugi miesiąc

Poznałeś dużo wspaniałych osób, w tym ciocię Gosię, która nieco później została Twoją chrzestną. Tym sposobem masz dwie, a nawet trzy ciocie o tym imieniu - co za zbieg okoliczności :)

Na szczęście nie chorowałeś już więcej. Codziennie obdarzałeś nas swoimi pięknymi uśmiechami. W kraju działy się wtedy smutne rzeczy, więc i nasze nastroje nie były najlepsze, ale Twoja wesoła bezzębna buźka zawsze potrafiła nas pocieszyć.

Trzeci miesiąc

Nie czułam się dobrze. To, co ominęło mnie dwa lata wcześniej, tym razem chyba faktycznie mnie dopadło. Może nie od razu odnalazłam się w roli mamy dwóch synów, może faktycznie proza życia była wówczas trochę mniej znośna. Ale Wy dwaj, Ty i Robert, każdego dnia dawaliście mi siłę. Twój brat już wtedy zachwycał nas swoją troskliwością i czułością wobec Ciebie. Ty - wiadomo - siedem kilo uśmiechu, radości, zadowolenia z życia.

Czwarty miesiąc

Po raz pierwszy zostałeś na jakieś dwie godzinki beze mnie z babcią, a my z Twoim tatą wyskoczyliśmy na randkę. Dobrze się bawiłeś, tylko ta butelka nie bardzo Cię przekonała, prawda? Okazałeś się konserwatywnym zwolennikiem karmienia piersią :) Dość długo nie akceptowałeś innej formy podawania pokarmu.

Kształtowała się Twoja relacja z bratem. Czasem bywał zazdrosny o to, że okazuję Ci tak dużo uwagi. Ale też tulił Cię, bawił się z Tobą, dzielił się swoimi zabawkami.


Piąty miesiąc

To była dopiero rewolucja, co? Pojechaliśmy do dziadków w odwiedziny, tylko jakoś tak wyszło, że nie wróciliśmy na noc do domu. Mało tego, mijały kolejne dni, a my nadal nie wracaliśmy. Ale kto by narzekał! Świetnie się bawiłeś u dziadków. Miałeś do dyspozycji mnóstwo zabawek i fantastyczne, szerokie łóżko, na którym nauczyłeś się turlać :)

Szósty miesiąc 

Nadal u dziadków! Co prawda, odwiedziliśmy kilkakrotnie ogród, który dobrze znasz, ale do domu nie wchodziliśmy. Coś się tam działo, kręciły się tam osoby, których chyba nie znałeś. Ale mama i tata nie martwili się, więc i Ty zachowywałeś pogodę ducha. Nawet pomimo tego, że zęby szły i bardzo Cię męczyły.

Co do pogody, to było gorąco, oj... Słońce nawet trochę parzyło. Co chwilę musiałam przenosić koc w cień. A i tak próbowałeś z niego zejść, aby skubać trawę jak mała kózka :)


W tym miesiącu odbył się Twój chrzest. Nie bez przygód - wracaliśmy z kościoła przy akompaniamencie grzmotów i grubych kropel deszczu bębniących o dach auta. Ale spędziłeś piękne chwile z rodziną, również z ciocią Gosią i wujkiem Wojtkiem, czyli z Twoimi wspaniałymi chrzestnymi :) 

Kiedy wróciliśmy do domu, okazało się, że nasza łazienka bardzo się zmieniła :) Teraz jest piękna, prawda?

Siódmy miesiąc

Przetrwaliśmy już zapalenie płuc, więc ospa to dla nas drobiazg, prawda? Strasznie biednie wyglądałeś z tą zsypaną krostami buzią! Na szczęście zniosłeś chorobę bardzo dobrze. Praktycznie nie gorączkowałeś, nie traciłeś też dobrego nastroju. Pewnie miał na to wpływ również fakt, że Twój starszy brat troskliwie się Tobą opiekował.

Ósmy miesiąc

Nauczyłeś się siadać i raczkować :) Kiedy zorientowałeś się, że wyżej jest ciekawiej, chciałeś koniecznie opanować jak najwięcej umiejętności.

Spacery stały się teraz o wiele ciekawsze. Choć czasem ciężko było wyjść z domu przez upały i komary! W domu też zresztą bawiłeś się świetnie, a do Twoich ulubionych zabawek należała butelka z wodą.

Dziewiąty miesiąc

Wstawałeś, tańczyłeś, chodziłeś, trzymając się mebli! Nauczyłeś się też schodzić z łóżka, choć trzeba przyznać, że do tej pory czasami Ci się myli i próbujesz skakać z niego na główkę...

Po raz pierwszy wybraliśmy się na plażę. Woda w jeziorze Cię nie zachwyciła, za to spacery były dla nas wszystkich bardzo przyjemne :)


W sierpniu pojechaliśmy też na pierwsze tak dalekie wakacje, do moich rodziców, a Twoich dziadków. To był cudowny czas! Tyle zabawy, miłości, radości, nowych ludzi, nowych miejsc... I piesek, z którym ścigałeś się na czworaka :)

Dziesiąty miesiąc

Kolejna wielka rewolucja w Twoim życiu - żłobek! Nie zapomnę pierwszego dnia, gdy przyjechałam po Ciebie po dwóch godzinach, a Ciocia mi mówi, że Michałek śpi! Twoja adaptacja w żłobku była chyba jeszcze łatwiejsza niż w przypadku Twojego brata, a wydawało mi się, że lepiej już się nie da :)

Pokochałeś żłobek, a żłobek pokochał Ciebie :) Martwiłam się, że teraz to dopiero zaczniesz chorować, ale trzymałeś się dzielnie. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale kiedy wracałeś do domu, widziałeś mnie o wiele bardziej wypoczętą i pełną energii niż do tej pory.

Jedenasty miesiąc


Październik - nie przepadam za tym miesiącem, ale w tym roku naprawdę się udał :) Było ciepło, złociście i ogniście. Zapamiętam go jako czas spacerów i spotkań z cudownymi ludźmi. Na szczęście zdrowie Was nie opuszczało, czego nie mogę powiedzieć o sobie - zupełnie niespodziewanie zachorowałam na anginę. Na szczęście Was nie zaraziłam :)

Dwunasty miesiąc

Chłodniejsze dni, choroby, upadek z łóżka... Trzymam się myśli, że trudniejsze dni też są potrzebne, żebyśmy bardziej docenili te dobre. Listopad nas wymęczył, cała nadzieja w grudniu, że da nam trochę odpoczynku.

Dziś.


Pobudka o czwartej rano? Radosny uśmiech, mnóstwo energii i chęć zabawy? Michałku, oj, będziesz spał w ciągu dnia...



Na szczęście jesteś już zdrowy. Co rano jeździsz do żłobka, tam spędzasz radośnie czas, tworzysz z pomocą Cioć piękne prace plastyczne. Jesz coraz więcej, coraz lepiej gryziesz tymi swoimi imponującymi ośmioma zębami :) Zauważyłam, że znowu swędzą Cię dziąsełka, chyba idą trójki!

Kiedy wspominam, jaki był Robert w Twoim wieku, wydajesz mi się trochę młodszy. Może mimo woli widzę w Tobie ciągle maluszka, to mniejsze i bardziej bezbronne z moich dzieci, podczas gdy z Ciebie już taki duży chłopak! Nie, nie porównuję Was. Obaj jesteście całym moim sercem.

Wszystkiego najlepszego, kochany Urodzinku. Obyś zawsze był tak pogodnym, uśmiechniętym chłopakiem, pełnym miłości i zaciekawienia.

czwartek, 24 października 2019

Siedem październikowych ogłoszeń i refleksji.




Nie wiem, jak przepraszać za to, że tak rzadko ostatnio pojawia się tutaj coś nowego. Nie mam nawet dobrego wytłumaczenia. Cieszę się, że nadal tu jesteście, ciągle Was przybywa, czytacie mnie i czekacie na kolejne teksty.

Dziś - może trochę nietypowa dla mnie forma. Zdałam sobie sprawę z tego, że mam do poruszenia kilka ważnych tematów. Dziś będzie więc dosyć zwięźle,  konkretnie, a zarazem wielowątkowo i treściwie!


1. Po pierwsze i najważniejsze - dziś są urodziny mojej mamy! Jak wiecie, mama jest cudowną, mądrą i wrażliwą osobą, która napisała tu kiedyś przepiękny list. Pomyślcie o niej dzisiaj bardzo, bardzo, bardzo ciepło. Mam nadzieję, że zajrzy tu dzisiaj i zobaczy, jak razem ze mną przekazujecie jej najserdeczniejsze życzenia zdrowia, radości, uśmiechu i samych wspaniałych dni, a także, żeby nigdy nie zabrakło jej pięknych marzeń.



2. Muszę się Wam pochwalić: dzięki Waszym głosom otrzymałam wyróżnienie w konkursie BLOGS from HEART. Razem ze mną w gronie nagrodzonych i wyróżnionych znalazła się sama parentingowa śmietanka: Madka Roku, Mama Pod Prąd i Mama na wypasie. Spotkaliście się już może tutaj z tymi nazwami? O tak, i to dwukrotnie :) Najpierw w moim zestawieniu #shareweek, a potem własnie wśród moich faworytów w konkursie BLOGS from HEART! Co tu dużo mówić, są po prostu najlepsze :) To zaszczyt znaleźć się w takim gronie.

Gratulacje dla zwycięskiego bloga, Niedroga Droga. Życzę dalszych sukcesów i pasji w blogowaniu.


3. Zajrzyjcie tu:
https://www.facebook.com/events/464917754232296/. Akcja "Brzuszkowy Mikołaj" ruszyła i mam nadzieję, że będzie miała w tym roku jeszcze większy zasięg. Choć za oknem słonecznie, jesiennie i złociście, to jednak do grudnia zostało już całkiem niewiele czasu. Ja już czuję mikołajkową atmosferę, a Wy? :)


Jeśli ktoś chciałby napisać coś o "Brzuszkowym Mikołaju" lub porozmawiać ze mną na jego temat, jestem do dyspozycji! 

4. Na blogu Mama Pod Prąd ukazał się wywiad ze mną. Rozmawiałyśmy z Elą o tym, że macierzyństwo to nie bajka i zdarzają się w nim również trudniejsze chwile, których nie znajdziecie na pastelowo-idealnych zdjęciach na Instagramie.

Ela jest jedną z dwóch osób, które zapytały mnie w ostatnim czasie o to, jak zmieniło mnie macierzyństwo. Wiecie, że w pierwszej chwili nie wiedziałam, co odpowiedzieć? Po części dlatego, że trochę już nie pamiętam siebie z czasów przed dziećmi - a za tym, co pamiętam, ciężko tęsknić. Pamiętam między innymi starania o dziecko, częste zmiany pracy i próby wybrnięcia z kłopotów finansowych. Trochę brakuje mi imprez i sesji zdjęciowych, zwłaszcza teraz, w październiku, kiedy wszędzie jest tak kolorowo i mogłyby powstać cudowne zdjęcia! Ale powiedzmy, że to nie jest aż taka wartość, żeby uważać jej brak za jakąś wielką stratę.


Z drugiej strony - teraz robię to, co lubię, mam czas na pisanie, realizuję się, mam plany na przyszłość i dążę do ich spełnienia. Czuję się bardziej na swoim miejscu niż w ciągu kilku ostatnich lat. Czy twierdzę, że moje życie po urodzeniu dzieci stało się łatwiejsze? No nie, to chyba jednak trochę przesada ;) Ale mogę powiedzieć, że stało się o wiele lepsze. Choć czasami brakuje mi cierpliwości, ogarnia mnie frustracja i mam wrażenie, że sobie nie radzę. Ale to tylko te gorsze chwile :)

5. Pytałam Was niedawno na fanpage'u o to, bez czego nie moglibyście żyć. Udzieliliście wielu pięknych odpowiedzi, od których aż biło radością i zadowoleniem z życia :) Ale przy okazji obudziła się we mnie refleksja, która tak naprawdę towarzyszy mi już prawie od miesiąca.

Jak ciężko jest zmienić swoje przyzwyczajenia! Każdy z nas ma swój rytm życia, swoją codzienność wypełnioną drobiazgami, które czasem wydają się mało istotne... Póki ich nie zabraknie.

Mam szczęście być człowiekiem bez nałogów. Przynajmniej bez tych najgorszych. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasem ciężko mnie wylogować, ale póki Internet stanowi moje okno na świat, miejsce pracy i platformę do współpracy z innymi twórcami, naprawdę nie widzę możliwości, by to zmienić. Gdybym miała podjąć jakieś postanowienie, wyrzeczenie, że postaram się wytrzymać przez jakiś czas bez czegoś, co jest ważnym elementem mojego życia - byłyby to słodycze. Serio, wiem, że to brzmi banalnie, bo jak tu porównywać moją niewinną miłość do czekolady i domowych ciast - z prawdziwymi dramatami, z którymi borykają się ludzie? A jednak, gdy sobie wyobrażę, że miałabym z dnia na dzień całkowicie zrezygnować ze słodyczy, uwierzcie, że robi mi się na zmianę zimno i gorąco. Jak to? Całkowicie?

Zatem może... warto spróbować? Wierzę w moc dobrych postanowień. Wierzę, że niosą ze sobą ogromną pozytywną energię, która potrafi zmieniać świat na lepsze. 

Plan jest taki: zacznie się Adwent, ja odstawiam słodkości :D Na Święta trochę sobie odpuszczę, no wybaczcie, nie wyobrażam sobie Świąt bez słodyczy ;) A od nowego roku... Zobaczymy, jak będzie. Jeśli uznam, że nadal ma to sens - postaram się wytrzymać jeszcze dłużej.

To jak? Trzymacie za mnie kciuki? :)

6. Niedawno na moim fanpage'u pojawiła się również inna, odrobinę mniej budująca dyskusja. Światopoglądowa. Piszę, że była odrobinę mniej budująca, bo jednak widzę w niej bardzo dużo jasnych stron. Przede wszystkim: cieszę się, że jesteście ze mną niezależnie od różnic między nami. Moje poglądy, z którymi się nigdy nie kryłam, nie są dla Was powodem, by przestać mnie czytać. To imponujące i dziękuję Wam za to.

Po drugie, cieszę się, że mimo różnic jesteśmy w stanie dyskutować w sposób kulturalny, z szacunkiem dla rozmówcy. Poza bardzo nielicznymi wyjątkami, nie obrażaliście się nawzajem, pisaliście merytorycznie, odnosiliście się do poglądów i stwierdzeń, bez ataków personalnych.  Za to też Wam dziękuję.

Osoba, która prowadzi ten blog, to feministka, katoliczka o światopoglądzie mimo wszystko przechylonym bardziej w lewą stronę, wegetarianka, zwolenniczka prawa do wyboru, równości i do kochania swojej drugiej połowy. Uszanuj mnie taką, jaka jestem, bo inna nie będę. Niezależnie od tego, czy powyższy opis podoba Ci się, czy nie - nadal jestem też po prostu blogującą mamą, która potrafi nieźle pisać i z której tekstów możesz dowiedzieć się czegoś wartościowego :)

7. Trochę w związku z tym, o czym pisałam wyżej - kochani, jutro w wielu szkołach odbędzie się "Tęczowy Piątek". Niezależnie od tego, jakie macie poglądy - pomyślcie, proszę, przez chwilę o tych uczniach, nastolatkach, dojrzewających młodych osobach, które odkrywają nieraz z przerażeniem, że pociągają ich osoby tej samej płci. Wiedzą, że mogą spodziewać się z tego powodu wyśmiewania i braku zrozumienia. Niektórzy decydują, że będą się z tym kryć. Niektórzy liczą, że może to tylko tymczasowe, może im przejdzie, może jak się "postarają", to w końcu zaczną czuć pociąg do osób innej płci. Inni nie wytrzymują napięcia, stresu, obaw, a czasem pogardy otoczenia, i robią sobie straszne rzeczy.


Pomyślcie o tych dzieciach, one są wśród nas. Mijasz je na ulicy. Może chodzą do klasy z Twoim dzieckiem. Jeśli istnieje inicjatywa, która pomaga im czuć się na tym świecie trochę bardziej u siebie, jeśli dzięki niej mogą poczuć się choć przez chwilę zrozumiani i akceptowani, to moim zdaniem taką inicjatywę można tylko wspierać.