Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2020

To nie jest kraj dla ciebie

Urodziłaś się w katolickiej rodzinie, jako młodsza córka niezwykle gorliwych, zaangażowanych, wspaniałych ludzi.

Wychowywałaś się w latach dziewięćdziesiątych w małym miasteczku, gdzie każdy każdego znał albo przynajmniej kojarzył. Kiedy wróciłaś z rodzicami z wakacji, znajomi krzywo patrzyli, przekonani, że twoja rodzina zmieniła wiarę. W końcu od dwóch miesięcy nie widzieli was w kościele!

Byłaś śmiesznym, rozmodlonym dzieciakiem, potrafiłaś klęczeć przez całą mszę, nie przepuściłaś żadnego nabożeństwa majowego, czerwcowego ani październikowego. Mówiłaś wszystkim, ze chcesz zostać zakonnicą. Śpiewałaś psalm na Pierwszej Komunii Św.

Pamiętasz swoje zaskoczenie, gdy rodzice uświadomili cię, że nie wszyscy ludzie wierzą w Boga. Że są tacy ludzie, którzy w ogóle nie wierzą, i mimo to mogą być dobrymi, wartościowymi osobami.

Mniej więcej w tym samym wieku dowiedziałaś się, czym jest aborcja, i twoje wrażliwe serduszko płakało nad tymi dziećmi, których mama nie chciała... 

Potem byłaś nastolatką, buntowałaś się, poszukiwałaś, ulegałaś wpływom, ludzie Kościoła bardzo cię zawiedli. Widziałaś hipokryzję, widziałaś, jak nieświęte usta wypowiadają święte słowa. Bywało, że zamiast do kościoła szłaś "na wagary". Ale ostatecznie wracałaś tam, gdzie twoje korzenie. Wiarę w Boga wyssałaś z mlekiem matki i nic nie mogło tego zmienić. W chwilach całkowitego zwątpienia w ludzi czułaś przy sobie obecność Boga. Piszesz teraz te słowa bez wahania, choć wiesz, że wielu osobom wydadzą się one śmieszne. Jak możesz czuć obecność Kogoś, kogo "nie ma"?

Działałaś w duszpasterstwie akademickim, prowadziłaś katechezy dla młodzieży. Są na świecie tacy ludzie, których przyprowadziłaś do Kościoła. Choć nigdy nie robiłaś tego na siłę.

A potem... Wpadłaś. No nie, nie do końca. Głupotą byłoby pisanie kłamstw w tym momencie. Nie wpadłaś, bo nie zaszłaś w ciążę. Ale była taka możliwość, okres się spóźniał, a ty byłaś młodziutka i przerażona, zupełnie niegotowa na macierzyństwo. Nie lubisz się do tego przyznawać, ale myśl o aborcji przemknęła ci przez głowę. Wyznałaś ją księdzu w konfesjonale.

Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono, więc ty wiesz całkiem sporo. Wiesz, że ostatecznie nie usunęłabyś wtedy ciąży, choć czułaś, że twój świat się wali.

Wiesz, że inna kobieta mogłaby postąpić inaczej. Jesteś sobą, nie nazywasz się każda. Nie dajesz sobie prawa do oceniania cudzych wyborów.

Założyłaś rodzinę. Ślub kościelny był najbardziej niezwykłym przeżyciem duchowym w twoim życiu. Twoje dzieci są ochrzczone. Nawet przez chwilę nie miałaś wątpliwości, że to właściwa droga, że tak ma wyglądać twoje życie. 

Nadal wierzysz. Modlisz się co wieczór. I pisząc to zdanie, używasz słowa "nadal", jakby to już nie było oczywiste, że wierzysz.

Kiedy pojawiła się pierwsza rysa? Gdy pewnego dnia wyszłaś z kościoła w trakcie mszy, krztusząc się ze śmiechu, bo ksiądz uprawiał politykę z ambony? Gdy dotarło do ciebie, że przekaz, który płynie do twoich uszu, jest wewnętrznie sprzeczny? Przecież Bóg, w którego wierzysz, którego kochasz i którego obecność czujesz, nie potępia nikogo. Nie wykluczyłby ze swojej rodziny twojej koleżanki lesbijki czy przyjaciela geja. Nie nazwałby morderczynią zrozpaczonej kobiety, która wie, że dziecko w jej brzuchu umrze zaraz po urodzeniu, a ona przecież chce dalej walczyć, starać się o kolejne dziecko, chce zostać matką żywego dziecka. Bóg, którego znasz, patrzyłby na serce, nie generalizowałby, nie wrzucałby wszystkich do jednego wora, podpisanego najgorszymi obelgami.

Kiedy zaczęły upadać autorytety? Gdy przekonałaś się, że najbardziej znany kaznodzieja w kraju jest cynicznym biznesmenem? Kiedy papież, który dla ciebie jest wzorem chrześcijanina, zaczął spotykać się z ostrą krytyką ze strony lokalnego Kościoła, bo jego chrześcijaństwo kłóci się z ich radykalizmem? Może wtedy, kiedy dotarło do ciebie, jak wielu twoich znajomych nie chodzi do kościoła i żyje zgodnie z własnym kręgosłupem moralnym, ale mimo to władza uparcie widzi w nich kościelne owieczki i domaga się respektowania katolickich norm? 

Kiedy zaczęłaś się wstydzić za Kościół, do którego należysz? Może wtedy, kiedy uświadomiłaś sobie, że pedofilia w Kościele to może i jest margines, ale tuszowanie, zamiatanie pod dywan, przenoszenie tych, którzy zbłądzili do innych parafii, w których błądzili dalej, zmuszanie ofiar i ich matek do milczenia - to już niestety smutna norma i rzeczywistość wielu parafii.

Pamiętasz za to, kiedy zaczęłaś popierać prawo wyboru. To było wiele lat temu. Może to infantylne, ale szczera prawda taka bywa: uświadomił cię film. Zwyczajny, obyczajowy. Zobaczyłaś kobietę, która wykrwawia się po nieudolnie przeprowadzonej aborcji. Nie mogła poddać się legalnemu zabiegowi, skorzystała z usług podziemnego lekarza. Wtedy dotarło do ciebie, że bez względu na poglądy jednostki, bez względu na twoje poglądy, aborcja nie zniknie. Kobiety nadal będą szukać rozwiązań wszędzie, gdzie się da. Zakaz nie sprawił, że dziecko tej kobiety przeżyło. Zakaz sprawił, że w niebezpieczeństwie znalazło się życie matki.

Następne lata utwierdzały cię w tym przekonaniu. Utwierdza cię w nim obecna sytuacja. Zakaz nie jest rozwiązaniem, nie tędy droga. Jak to możliwe, że ci, co prowadzą skuteczne kampanie wyborcze, co potrafią  (ponoć...) przekonać miliony do oddania na nich głosu, stają się tak bezradni, gdy mają przemówić do naszych sumień? Dlaczego jedyne rozwiązanie, jakie widzą, to przemoc, zakaz, oczernianie protestujących kobiet? 

Stoisz w rozkroku. Wartości, w które zawsze wierzyłaś, mieszają się z hasłami pełnymi potępienia w wypowiedziach ludzi, których nie chcesz już dłużej słuchać. Zaczyna cię mdlić, odrzucać od tych, którzy idą na wojnę z Twoim Bogiem na ustach. Słyszysz z wielu stron, że nie masz prawa uważać się za katoliczkę - i szczerze, coraz mniej cię to boli. Nie czujesz wspólnoty z ludźmi, którzy tak rwą się do oceniania twojego sumienia.

Jedna strona wymaga od ciebie skrajności poglądów, druga - zdecydowanych kroków. Słyszysz, że powinnaś odciąć się od tego, w czym wyrosłaś i co zawsze było sensem twojego życia. Bo twoje milczenie ma oznaczać zgodę, przyzwolenie na tradycję przemocy wobec kobiet. 

Nie jesteś u siebie. Twoje poglądy, które zawsze nazywałaś po prostu zdrowym rozsądkiem, nie dają się zamknąć w żadnej z szuflad. 

Nie jesteś u siebie. Może jeszcze niedawno byłaś, a może tylko łudziłaś się, chciałaś widzieć tylko to, co piękne.

Nie jesteś już u siebie. To nie jest kraj dla ciebie.




piątek, 18 września 2020

Krzyk


Wiedzcie, że planowałam na dzisiaj tekst o innej tematyce. Dużo lżejszy, sympatyczniejszy.

Kiedy jednak poznałam skandaliczny wyrok sądu wrocławskiego w sprawie czternastoletniej dziewczynki zgwałconej przez dorosłego kuzyna, uznałam, że nie mogę zostawić tego tematu bez komentarza. Dlaczego nie mogę? Bo od lat staram się żyć w myśl zasady, że kto milczy, ten się zgadza. Co za ironia! Gdy chodzi o reakcję na czyjąś krzywdę, te słowa wydają mi się nieskończenie prawdziwe i adekwatne. Ale gdy to nam dzieje się krzywda… To już nie jest takie proste.

Kto milczy, ten się zgadza

Świat wysyła nam sprzeczne sygnały. Świat – a ściślej mówiąc, władza, media, społeczeństwo, politycy, wymiar sprawiedliwości. Z jednej strony oczekuje się od nas krzyku, jednoznacznej walki o swoje prawa, bo jeśli nie walczymy, to widocznie się zgadzamy. Z drugiej strony – mamy być grzeczni, uprzejmi, nie urazić nikogo, nie obrazić żadnego symbolu ani instytucji. Owszem, pisząc „my” mam na myśli nie tylko czternastoletnie dziewczynki, nie tylko kobiety, ale też inne grupy społeczne i mniejszości, którym zagraża przemoc.

Ale skupmy się na razie na dziewczynce. Czternastolatka, dorastająca dziewczyna w wieku, w którym zgodnie z obowiązującym prawem nie jest jeszcze w stanie świadomie wyrazić zgody na stosunek seksualny. Spędzała święta u rodziny, spała sama w łóżku kuzyna, którego nie było wówczas w domu. Wrócił nad ranem, pijany. Zgwałcił ją. Dlaczego nie krzyczała? Powody mogły być różne. Może znieruchomiała w szoku, w reakcji obronnej podyktowanej przez instynkt lub wyuczonej – wielokrotnie spotkałam się z radą, że w obliczu zagrożenia przemocą należy zachowywać się spokojnie, by nie rozjuszyć napastnika. Może kuzyn zastraszył ją lub zawstydził. Może nie chciała obudzić pozostałych członków rodziny, bo bała się ich gniewu.

Zdarzyło się Wam kiedyś znieruchomieć, nie umieć zareagować w obliczu zagrożenia? Koleżanka opowiedziała mi raz o pewnej sytuacji, która jej się przydarzyła. Szła ruchliwą ulicą i zobaczyła nagle małe dziecko, które biegło wprost na nią, a za nim kobietę próbującą je dogonić. Koleżanka zastygła w bezruchu, dziecko ją ominęło. Jak mówiła później, żałowała, że nie pomogła go zatrzymać, ale nie była w stanie nic zrobić, czuła się sparaliżowana. Na szczęście nie stało się nic złego.

A może zdarzyło się, że nie umieliście przeciwstawić się komuś z obawy przed gniewem, upokorzeniem lub bólem fizycznym?

Błędem jest ocenianie sytuacji w oparciu o reakcję osoby zagrożonej. Takie reakcje nie muszą być racjonalne. Przestępstwo pozostaje przestępstwem.

Krzyk

Czasem krzyczałam, gdy czułam się zagrożona. Krzyk, ekspresja to dla mnie naturalna reakcja, gdy nie mogę sobie poradzić z niebezpieczną sytuacją.

Pamiętam, jak głośno wrzeszczałam, gdy podczas spaceru mój mały psiak (nie Fortis, mowa o zdarzeniu sprzed lat i o innym psie) został zaatakowany przez wielkiego wilczura. Krzyk to jedyne, co mogłam wówczas zrobić, okazał się zresztą dość skuteczny – zaalarmował ludzi, którzy nam pomogli.

Znacznie więcej było jednak takich sytuacji, w których nie krzyczałam. W końcu tego się nas uczy: bądź cicho, bądź grzeczna, nie rób hałasu. Z reguły mój krzyk, o ile nie przydawał się do ratowania życia psa, był bardzo źle odbierany. Spotykałam się z jego powodu z karaniem, pouczaniem lub też z zawstydzaniem. Aby moje zachowanie uznano za akceptowalne, musiałam się nauczyć bierności i milczenia.

Nie zwracaj na niego uwagi, to się odczepi.

Udawaj, że nie słyszysz. Udawaj, że cię to nie rusza.

Nie śmiałabym porównywać moich doświadczeń do horroru, jaki przeżyła dziewczynka zgwałcona przez niemal dwukrotnie starszego, pijanego kuzyna… Ale wielokrotnie zetknęłam się z przemocą. Głównie werbalną i psychiczną, znacznie rzadziej fizyczną. Darujcie, że nie będę się rozpisywać na ten temat, jeszcze wczoraj nie spodziewałam się, że w ogóle do niego nawiążę.

Nie krzyczałam. Udawałam obojętność. To czasem przynosiło rezultaty. Czasem nie.

Moja bierność trochę psuła zabawę agresorom, ale też zapewniała im bezkarność. Może gdybym reagowała, stałabym się w końcu zbyt kłopotliwa. Może narobiłabym im problemów. Może trzeba było krzyczeć. Zachować się niegrzecznie, urazić, obnosić się ze swoją niezgodą na przemoc.

Mogę tylko zgadywać, ile osób każdego dnia mierzy się z tym samym. Ile dziewcząt, ilu chłopców. Ile kobiet, zbyt atrakcyjnych, by przejść spokojnie przez ulicę, lub przeciwnie, uznanych za nieatrakcyjne i odbiegające od normy, wyśmianych, zawstydzonych. Ilu mężczyzn, których inni uznali za mało męskich. Ilu przedstawicieli mniejszości, którzy przez całe życie uczą się przystosowywać do niesprzyjającego im otoczenia. Ile osób każdego dnia spotyka się z zagrożeniem, z naruszeniem ich intymności, z przemocą.

Mam ten przywilej, że czuję się bezpieczna – tu gdzie jestem, z rodziną, którą kocham, w domu, w którym mi dobrze. Nic mi nie zagraża. Nie muszę się bać. I nie będę obojętna. Nie pominę tematu, nie przemilczę, nie uznam, że krzywda nieznanej mi dziewczynki i setek nieznanych mi osób to nie moja sprawa.

Będę krzyczeć.




sobota, 22 czerwca 2019

Klaps to TEŻ bicie - o wypowiedzi Rzecznika Praw Dziecka.



Cześć, mam na imię Robert. Mam 2,5 roku. Jestem energiczny i bardzo bystry, i szybko się uczę. Często naśladuję to, co robią rodzice. Oni nie zawsze są z tego zadowoleni, na przykład wtedy, gdy powtórzę jakieś niezrozumiałe dla mnie słowo. Albo wtedy, gdy chcę się bawić telefonem. Trochę tego nie rozumiem; skoro oni to robią, to dlaczego ja nie mogę? 

Wiem, że nie wolno bić dzieci. W ogóle nikogo nie wolno bić, chyba że ktoś chce mi zrobić krzywdę.

Moja mama nie bije dzieci. Mój tata też nie. Czasem się denerwują, gdy tak bardzo roznosi mnie energia i mam ochotę robić różne rzeczy, których mi nie wolno. Ale nigdy mnie nie uderzyli, mojego braciszka też nie. Myślę, że to dlatego, że mnie kochają. 

Dlatego ja też nie biję tych, których kocham.


Cześć, mam na imię Martyna. Mam 32 lata. Moi rodzice mnie bili i wyrosłam na człowieka, choć myślę czasem, że ciągle jeszcze na tego człowieka wyrastam.

Nie mam im za złe tego, że stosowali kary cielesne. Z prostego powodu - wiem bardzo dobrze, że gdyby wiedzieli wówczas, że to nie jest dobra metoda wychowawcza, żadne z nich nigdy w życiu nie podniosłoby na mnie ręki. Są dobrymi ludźmi i dobrymi rodzicami.

Uwaga! To, co napiszę, możecie uznać za herezję, ale myślę, że jest wielu dobrych rodziców, którzy biją swoje dzieci.

Biją, bo tak są nauczeni, a nie potrafią przyznać, że nauczono ich źle. Bo oni tylko dają klapsy. Tylko w pupę. 

Od lat zadziwia mnie ten wyjątek dla pupy

Pupa jest na tyle intymną częścią ciała, że nie wypada jej odsłaniać w miejscu publicznym, a złapanie kogoś za pupę ma zdecydowanie konotacje erotyczne, ale gdy idzie o klapsa, wówczas pupa nagle przestaje być intymna i osobista, a staje się tym jedynym punktem na ciele dziecka, którego intymność można bezkarnie naruszać.

Po słynnym już wystąpieniu Rzecznika Praw Dziecka, na którym wielu mądrych ludzi nie zostawiło suchej nitki, mnożą się celne pytania. Czy klaps wymierzony samemu panu rzecznikowi byłby już biciem, czy nadal niewinnym klapsem? Czy jeśli wyceluję w pupę, a dziecko mi się wywinie i trafię je w głowę, to nadal jestem dobrą mamą, która dała klapsa, czy już okrutną mamą, która bije? Czy kiedy obca osoba da klapsa mojemu dziecku, to nadal nic złego się nie dzieje, skoro to tylko klaps w pupę? Czy ja wobec tego mogę iść zbić dziecko sąsiada po pupie? A samego sąsiada też?

Dodam do tej listy jeszcze jedno pytanie: czy klaps wymierzony przez moje dziecko innemu dziecku to też tylko klaps, czy już bicie?

Nie trzeba być ekspertem, by stwierdzić, że dzieci uczą się przede wszystkim przez przykład. Wystarczy spędzić nie więcej niż godzinę w towarzystwie takiego, dajmy na to, dwulatka. Zobaczymy cały wachlarz zachowań, które to dziecko skopiowało od dorosłych. Klapsów też się nauczy, nie miej co do tego wątpliwości. Przy odrobinie szczęścia będzie bić tylko swoje lalki i misie.

Nauczy się nieufności, nauczy się strachu przed karą. Nauczy się, że jego rodzice nie grają z nim w jednej drużynie. Nauczy się, że gdy jesteśmy niezadowoleni z czyjegoś zachowania, możemy się uciec do argumentów siłowych. Nauczy się hipokryzji, bo przecież jego rodzice go nie biją, oni tylko dają klapsy. Nauczy się, że fakty można dowolnie naginać do swoich potrzeb, a gdy coś nam się nie podoba w obowiązujących zasadach, zawsze można znaleźć w nich wyjątek.

Nie uczmy tego naszych dzieci.
Nie pozwalajmy na to, żeby klapsy były akceptowane w społeczeństwie.
Nie pozwalajmy, by były akceptowane przez Rzecznika Praw Dziecka.

Słyszałam, że rzecznik odżegnuje się teraz od tych słów, twierdzi, że zostały wyrwane z kontekstu i że został sprowokowany. Nie podoba mi się, że w ten sposób próbuje uniknąć odpowiedzialności za własne słowa, ale wiecie co? Przynajmniej mu głupio :)

Poniżej znajdziecie linki do petycji, które warto podpisać:


środa, 10 października 2018

Nikt nie zasługuje na przemoc


Dziś będzie krótko. Chyba.
Pod wpływem różnych ostatnich dyskusji przypomniał mi się niespodziewanie jeden z odcinków oglądanego dawno temu serialu "Doktor Quinn". Pamiętacie? Na pewno pamiętacie :) W tym odcinku pojawiła się postać nowej nauczycielki - młodej, z pozoru bardzo sympatycznej. Wkrótce okazało się jednak, że nauczycielka traktuje swoich podopiecznych dość brutalnie. Jedną z jej ofiar stał się najmłodszy z adoptowanych dzieci Doktor Quinn - Brian. Kiedy przyjaciel Briana zobaczył na jego nogach ślady po biciu, obiecał, że go pomści, jeśli nauczycielka jeszcze raz podniesie na niego rękę. Tak też się stało.

Ciężko pobita, poraniona kobieta trafiła pod opiekę Doktor Quinn. Zapłakana wykrztusiła, że to jej wina i że zasłużyła sobie na to. Lekarka i zarazem matka pokrzywdzonego chłopca odpowiedziała wtedy stanowczo, bez wahania: "Nikt nie zasługuje na bicie".

Jestem pod wrażeniem, że twórcom serialu sprzed ponad 20 lat udało się zamieścić w nim tak mądrą, współczesną myśl. 

Tak łatwo było przecież powiedzieć: "Tak, zasłużyła Pani. Biła Pani dzieci i dostała Pani od nich to samo". Przecież niejeden z nas, widzów oglądających ten odcinek, tak właśnie pomyślał. Może nawet życzyliśmy okrutnej nauczycielce tego pobicia, może odczuliśmy jakąś satysfakcję, kiedy spotkała ją taka kara. A jednak morał tej historii jest inny. "Nikt nie zasługuje na bicie".

Sprawiedliwość?


Wydaje mi się, że w naszym społeczeństwie mocno zakorzeniona jest swego rodzaju wiara w sprawiedliwość. Jeśli jesteś grzeczny, porządny, poprawny, to nic złego Cię nie spotka. Złe rzeczy spotykają tylko tych, którzy nie uważali. Przemoc, zło, krzywdy to w tym rozumieniu swego rodzaju kara za złe zachowanie, za niespełnianie jakichś norm społecznych. Zamiast współczucia pojawia się podejrzliwość: co on zrobił, co ona zrobiła, że zasłużyła na taki los? 

Skąd bierze się taka - pardon - bezduszna postawa? Myślę, że wytłumaczenie jest bardzo proste. Wiara w sprawiedliwość pozwala na pozorne poczucie bezpieczeństwa. Osoba, która tak myśli, w swoim mniemaniu zapewniła sobie spokojne życie bez żadnych dramatów. Wystarczy, że żyje skromnie i porządnie, nikogo nie prowokuje, nikomu się nie naraża. Chce wierzyć, że ma wpływ na wszystko, co ją spotyka.

Pisałam kiedyś, że nie wystarczy być dobrym kierowcą, by uniknąć wypadku. Tak samo - nie wystarczy być dobrym człowiekiem, by uniknąć zła. Niestety.

Ja też wierzę w sprawiedliwość, ale w inny rodzaj sprawiedliwości. Wierzę, że ludzie, którzy ciężko pracują, by spełnić swoje marzenia, prędzej czy później osiągną sukces. Chcę w to wierzyć i cieszę się, ilekroć widzę, że to faktycznie działa. Ale nie wierzę w taką sprawiedliwość, która zakłada, że doświadczane nieszczęścia są karą za grzechy.

Nikt nie zasługuje na bicie. Nikt nie zasługuje na przemoc. Nikt nie zasługuje na krzywdę.

Czy w takim razie coś w ogóle zależy ode mnie?


Czy w takim razie jesteśmy zupełnie bezradni wobec tego, co nam zsyła los? Myślę, że jest zupełnie inaczej. Nawet jeśli niewiele możemy zrobić w chwili, kiedy doświadczamy czegoś złego - później już wszystko zależy od nas. To, co z tym zrobimy. To, co będziemy o tym myśleć. To, jak sobie poradzimy. To, jakie kroki podejmiemy. To, co przekażemy innym.

Od nas zależy to, jaki świat pokażemy naszym dzieciom. Czy będzie to świat pełen nieufności, podejrzliwości, obaw i pogardy dla inności, czy świat wsparcia, zaufania, otwartości i bliskości. Zmarnowanie takiej szansy - to dopiero byłoby zło!


PS. Na końcu wspomnianego przeze mnie odcinka "Doktor Quinn", pastor opowiada wiernym przypowieść o mieście, w którym wszyscy byli nieszczęśliwi. Pewnego dnia w tym mieście pojawił się król i oświadczył mieszkańcom, że jedno spośród miejscowych dzieci jest jego dzieckiem. Od tej pory wszystkie dzieci w mieście były traktowane ze szczególną miłością, czułością i szacunkiem - nikt nie wiedział, które dokładnie dziecko jest królewiczem lub królewną. Minęło wiele lat. Dzieci dorosły, miały swoje dzieci. Miasto było pełne szczęśliwych, radosnych, życzliwych sobie nawzajem ludzi.

poniedziałek, 17 września 2018

A może to nam się uda?


Coraz częściej pozwalam sobie na tę zuchwałą myśl. Choć boję się rozczarowania, którego doznam, kiedy okaże się, że jednak wyobrażałam sobie zbyt wiele.

Wiecie, często słyszę od różnych osób, że Robert jest wyjątkowo grzecznym dzieckiem. Ostatnio usłyszałam od pani ze żłobka, że jest "najgrzeczniejszy w grupie". Przyjmuję te słowa bez wielkiej ekscytacji - bo jak można w ogóle mówić o grzeczności w przypadku niespełna dwuletniego dziecka? - ale jednak z przyjemnością. Jest mi zwyczajnie, po ludzku miło, że mój synek jest pogodny i kontaktowy - bo o to właśnie chodzi z tą jego grzecznością. Przeważnie nie doszukuję się w tym jakichś wielkich moich zasług jako matki, ale przyznam, coraz częściej zdarza mi się tak myśleć. Że to bliskość i czułość, którą dawałam mu od pierwszych dni, tak pięknie teraz procentuje. Że jego pogodne usposobienie kształtowało się dzięki mojemu spokojowi i pozytywnemu nastawieniu.

Może życie zweryfikuje moje naiwne myślenie. Może moje drugie dziecko będzie zupełnie inne niż Robert i żadna porcja czułości i uśmiechów nie zmieni go w pogodnego aniołka. Mimo to pozwalam sobie coraz częściej na zuchwałą myśl: a może faktycznie robię to dobrze?

Wychowuję moje dziecko bezstresowo.


Heh, w sumie mogę tak powiedzieć :) Choć moje skojarzenia z pojęciem wychowania bezstresowego są pewnie podobne do Waszych... Ale po pierwsze, stres nie należy do uczuć, które chciałabym wzbudzać w moim dziecku. Po drugie, do tej pory nie widzę powodów, za co miałabym zacząć go stresować. Za jego ciekawość świata? Za to, że jeszcze wielu rzeczy nie wie i nie potrafi? Za to, że czasem nie radzi sobie jeszcze z emocjami? Za to, że tak bardzo mnie potrzebuje?

Wiadomo, nie jestem superbohaterką i nie mam nerwów we stali. Zdarza mi się tracić cierpliwość i podnosić głos. Ale to nie znaczy, że moje dziecko na to zasługuje. To świadczy o mnie, nie o nim.

Uczę go, żeby szanował innych ludzi i że jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjaś krzywda. Jak go uczę? Mówię do niego, tłumaczę mu. Wiem, że jeszcze wiele razy będę musiała mu to powtórzyć. Powtarzam zatem. Cierpliwie. Bezstresowo.

Jesteśmy pokoleniem poranionych dorosłych.


Wielokrotnie słyszy się zdanie "mnie też rodzice bili i wyrosłem na człowieka". Coraz częściej jednak pojawiają się też mniej lub bardziej ostrożne riposty, że może niekoniecznie wyrosłeś na człowieka, skoro chcesz bić dziecko... 

Ja jestem daleka temu, by komukolwiek odmawiać człowieczeństwa, ale w takiej sytuacji zapytałabym raczej: a czy zastanawiałeś się, jakim człowiekiem mógłbyś być, gdyby jednak rodzice Cię nie bili?

Naprawdę, czy z naszym pokoleniem jest na pewno wszystko w porządku? Jeśli tak, to skąd te wszystkie depresje, nerwice, lęki? Skąd tak duży odsetek samobójstw i prób samobójczych? Dlaczego tylu ludzi, którzy wyrośli na człowieka, potrzebuje lekarzy i środków chemicznych, żeby poradzić sobie z codziennością?

Nie zamierzam tutaj rozliczać moich rodziców z ich metod wychowawczych. Wiem, że starali się najlepiej jak potrafili. Tyle, że priorytety mieli trochę inne niż te, do których dąży się dzisiaj. Miałam być przede wszystkim grzeczna, porządna i dobrze się uczyć. I w sumie mogę powiedzieć, że to się udało. Jestem osobą grzeczną i uprzejmą, choć moja niepokorna natura wiecznie skłania mnie do zapominania o tej grzeczności. Uczyłam się dobrze, może nie tak dobrze, jak oczekiwali moi rodzice, ale: świadectwo z paskiem przez niemal wszystkie lata mojej edukacji, ani jednej poprawki na studiach, duże zaangażowanie w zajęciach pozalekcyjnych, liczne konkursy itd. ... Porządna może nie jest pierwszym słowem, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o sobie - ale w sumie jakiś poziom życiowego ogarnięcia osiągnęłam.

Nie nauczyłam się asertywności, pewności siebie, poczucia własnej wartości, konsekwencji w dążeniu do spełnienia swoich marzeń. Stale o to walczę. Jeśli sprawiam wrażenie osoby, która nie ma z tym problemu, to widocznie walczę całkiem nieźle. 

Przeważnie ustępuję innym, nawet jeśli jestem przekonana, że mam rację. Rzadko potrafię postawić na swoim. Zazwyczaj zauważam jako ostatnia, że ktoś jest wobec mnie nie w porządku. Niemal zawsze wolę się wycofać niż doprowadzić do tego, że ktoś będzie na mnie zły.

Nie twierdzę, że moi rodzice nie chcieli, żebym wyrosła na osobę pewną siebie i mającą własne zdanie. Na pewno chcieli. Po prostu... powiedzmy, że tego nie było w programie. Słowo asertywność w ogóle nie było wówczas zbyt modne. Pamiętam, że jako nastolatka sprawdzałam jego znaczenie w słowniku.

Może to nam się uda?


Kiedyś nie chciałam być matką, bo obawiałam się, że na pewno w jakiś sposób, w mniejszym lub większym stopniu skrzywdzę moje dziecko. Potem uznałam, że nie ma sensu bać się na zapas, no i w końcu złe matki też mają fajne dzieci. Liczyłam się z tym, że kiedyś moje dziecko będzie przeze mnie nieszczęśliwe, że będzie między nami konflikt, że nie będziemy umieli się dogadać. Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na myślenie, że może wcale tak nie będzie?

Przecież te wszystkie zmiany, które obserwujemy w podejściu do wychowywania dzieci, muszą do czegoś prowadzić. To niemożliwe, żeby przeprowadzono tyle badań, napisano tyle mądrych słów... tylko po to, żeby kolejne pokolenie za kilkanaście-kilkadziesiąt lat lizało rany z dzieciństwa.

Może to właśnie my jesteśmy tymi rodzicami, którzy wychowają dzieci na szczęśliwych, świadomych swej wartości ludzi. O ile nie zarazimy ich przy tym własnymi lękami i ograniczeniami - istnieje duża szansa, że nam się to uda.



poniedziałek, 27 sierpnia 2018

"Za zamkniętymi drzwiami" B. A. Paris.


Pewnych rzeczy nie umiem wyjaśnić. Na przykład tego, że fascynują mnie książki o przemocy w rodzinie. Nie mam żadnych osobistych doświadczeń z tym związanych (choć może i niewiele brakowało, żebym się w taki układ wpakowała). Nie jestem też na ogół osobą szukającą mocnych wrażeń. Najchętniej oglądam filmy, które są kolorowe, lekkie i przyjemne, zdecydowanie wolę szukać pozytywnych, inspirujących sygnałów. A jednak, gdy tylko wpadnie mi w ręce książka taka jak "Za zamkniętymi drzwiami", czytam ją dosłownie jednym tchem. 

Może to kwestia silnego przekonania, że ta historia musi się skończyć dobrze. Że ta kobieta musi w końcu znaleźć ratunek, uwolnić się od tyrana, zacząć nowe życie. Kiedy czytałam "Za zamkniętymi drzwiami", to przekonanie towarzyszyło mi przez cały czas, a im trudniejsza i bardziej beznadziejna stawała się sytuacja Grace, tym bardziej byłam zaciekawiona, jakie rozwiązanie uda jej się znaleźć.

Kiedy Grace poznała Jacka, wydawało jej się, że życie postanowiło wynagrodzić jej wszystkie dotychczasowe rozczarowania. Idealny mężczyzna po prostu spadł jej z nieba: przystojny, bogaty prawnik zajmujący się bronieniem kobiet doznających przemocy w małżeństwie. Czuły, troskliwy i szaleńczo zakochany w Grace, a do tego wyjątkowo serdeczny i opiekuńczy dla Millie, młodszej siostry Grace dotkniętej zespołem Downa. Wydawałoby się, że ten dżentelmen to prawdziwy anioł! Tak zresztą brzmi jego nazwisko - Angel.

Tuż po ślubie anioł pokazuje jednak swoje prawdziwe oblicze - sadysty pozbawionego uczuć, owładniętego tylko jedną żądzą: by znaleźć idealną ofiarę i krzywdzić ją, póki będzie żyła.

"Za zamkniętymi drzwiami" ukazuje bardzo nietypową formę małżeńskiej przemocy, rzadko opisywaną w literaturze. Jack nie bije Grace. Używa wobec niej siły tylko wtedy, gdy odpiera jej rozpaczliwe ataki i powstrzymuje jej próby ucieczki. Pokazuje, że jest silniejszy, ale nie uderza. Nie molestuje jej seksualnie - w rzeczywistości nie odczuwa nawet żadnego pożądania w stosunku do Grace. Przemoc w wykonaniu Jacka polega na więżeniu i kontrolowaniu żony, na całkowitym odcięciu jej od świata, na stopniowym ograniczaniu jej praw - przy jednoczesnym tworzeniu iluzji perfekcyjnego małżeństwa. Dla świata państwo Angel mają wyglądać jak idealna para, a sama Grace ma być odbierana jako piękna, elegancka i szczęśliwa bogini domowego ogniska.

Formą przemocy jest również - a może przede wszystkim - groźba przyszłych cierpień, jakie zostaną zadane Millie. Bo to ona jest prawdziwym celem psychopaty, wypatrzoną przez niego idealną ofiarą - upośledzona dziewczynka, która poza starszą siostrą nie ma żadnych bliskich. Dla Grace przewidziana jest rola bezradnego świadka udręczenia siostry.

Grace nigdy nie godzi się z tą rolą. Jej liczne próby ucieczki okazują się skazane na porażkę. Zdaje się, że Jack przewidział każdą możliwość, każdy ewentualny ruch żony. Bezradność bohaterki jest znakomicie opisana, męczy i przytłacza czytelnika. Cały czas jednak nie opuszczało mnie przekonanie, że Grace musi się udać. Piętrzące się trudności, jakie stawiał przed nią Jack sprawiały, że tym bardziej nie mogłam oderwać się od lektury. Ostateczny plan Grace, dzięki któremu uratowała ona siebie i siostrę, uważam za absolutnie genialny. Nie zdradzę jego szczegółów, by nie odbierać Wam przyjemności. Wspomnę tylko o jednym aspekcie, który szczególnie mnie ujął: otóż Grace zaprasza licznych znajomych Jacka na przyjęcie urodzinowe Millie. Wprowadzenie tak wielu ludzi do świata dziewczynki nieco zaburza urojoną przez Jacka wizję idealnej ofiary. Musi być świadom, że gdy Millie nagle zniknie, te wszystkie osoby będą o nią pytać. Znakomite posunięcie, Grace!

Po przeczytaniu książki


Miałam naprawdę dużo frajdy z czytania "Za zamkniętymi drzwiami" i stopniowego odkrywania, na czym polegał plan Grace. Ale prawdziwą wartość tej książki dostrzegłam już po przeczytaniu, kiedy zaczęłam się nad nią zastanawiać.

Czy podobne historie zdarzają się w rzeczywistości? Ilu dramatów tak naprawdę nie widzimy, choć rozgrywają się tuż obok nas?

Grace nie była przeciętną kobietą. Prawdę mówiąc, była bardzo wyjątkowa: inteligentna, zaradna, wytrwała i nieustępliwa. Dlaczego sadysta Jack wybrał taką właśnie kobietę na żonę? Może pomylił się w jej ocenie (i dlatego ostatecznie poniósł klęskę), a może czerpał dodatkową satysfakcję z łamania tak silnej osobowości. Jedno jest pewne: gdyby nie spryt i charakter (a także, mimo wszystko, sporo szczęścia), Grace nigdy nie wyrwałaby się z zastawionej przez Jacka pułapki.

A co by się stało, gdyby na jej miejscu była mniej wyjątkowa kobieta? Taka, która nie znalazłaby sposobu na ucieczkę, taka, która poddałaby się w końcu? Wtedy nikt nie uratowałby biednej Millie. Ona zaś, bezsilna i pełna rozpaczy, patrzyłaby na jej cierpienie każdego dnia, bez końca obwiniając się za całą tę sytuację.

A kiedy jakimś cudem wyszłoby na jaw, co spotkało Millie, winą za jej los zostałby obarczony nie tylko oprawca, ale też jego żona - która widziała wszystko i nic nie zrobiła.

Wiecie, przypomina mi się ta książka, ilekroć słyszę o jakimś przypadku przemocy wobec dzieci. Tak łatwo przychodzi nam ferowanie wyroków. Tak gładko przechodzi przez usta odwieczne pytanie: "gdzie była matka?", "dlaczego nie reagowała?".

Przypominam sobie wtedy Grace: zamkniętą w ciasnym pokoju, pozbawioną możliwości ratunku, z przerażeniem odliczającą dni do chwili, kiedy jej siostra będzie musiała trafić pod dach potwora.

Może niewielu jest takich geniuszy zbrodni jak Jack Angel. Ale niewiele jest też tak silnych kobiet jak Grace.

Niestety, sadyści i zastraszone przez nich kobiety żyją pośród nas. Może w naszym mieście, może na naszej ulicy. Może patrzymy na nich i myślimy, że są idealni. Może, gdy dochodzi do tragedii, oskarżamy o nią osobę, która tak naprawdę sama również jest ofiarą. Nie wiemy, co się dzieje za niejednymi zamkniętymi drzwiami.

Czy polecam tę książkę?


Bez chwili wahania! Nie widzę w niej żadnych wad. Czytałam w innych recenzjach, że jest ponoć przewidywalna, a w którymś miejscu trochę się dłuży - szczerze, nic takiego nie dostrzegłam. Jeśli już do czegoś miałabym się przyczepić - pod koniec Grace ma naprawdę dużo szczęścia, zbieg okoliczności pomaga jej trochę za bardzo. No i Jack, który dotąd był tak uważny i przewidywał każdy jej ruch, nagle nie zauważa... Ale świadomość, że aż taki szczęśliwy splot zdarzeń byłby mało prawdopodobny, nie odebrała mi przyjemności z czytania, a wręcz wzmocniła tę późniejszą refleksję - że w prawdziwym życiu takie historie kończą się znaczniej gorzej.

Książka jest świetna. Polecam każdemu.

wtorek, 27 lutego 2018

Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?

Mam prośbę. Nie komentujcie tego tekstu bez przeczytania go. To bardzo ważny dla mnie wpis i na pewno będę robiła dużo, by dotarł do jak największego grona odbiorców. Ale nawet jeśli trafiliście tu przypadkiem, poświęćcie chwilę na jego przeczytanie. Nie jest aż tak długi ;)

Mam na imię Martyna. Od dziewięciu lat jestem szczęśliwa.

Chociaż bliższa prawdy będę pewnie, gdy napiszę, że już nigdy nie byłam tak nieszczęśliwa jak dziewięć lat temu, równo dziewięć lat temu. Każdy następny dzień był lepszy. Nawet dzień, kiedy byłam oskarżana publicznie o przerażające rzeczy. Nawet dzień, w którym straciłam pracę, wydawałoby się, że idealną dla mnie. Nawet dzień, w którym pod względem zawodowym i finansowym straciłam praktycznie wszystko, co miałam. Nawet dzień, w którym dowiedziałam się, że nikt nie jest w stanie pomóc mi z moją bezpłodnością (haha, tak, był taki dzień!). W każdym z tych dni czułam się tak, jakby zawalił się dach mojego domu. Ale dziewięć lat temu czułam, jakby zawaliły się jego fundamenty.

Kiedyś myślałam o tym, co się wtedy zdarzyło, jako o wypadku. Teraz najczęściej używam słowa zdrada. Bo tak to widzę - zdeptanie czyjegoś zaufania i potraktowanie drugiej osoby jak przedmiot, to w pierwszej kolejności zdrada.

Dlaczego nie napiszę bardziej dosadnie? Mam kilka powodów, ale najważniejszym z nich jest uniwersalność tego, co chciałabym Wam przekazać. Każdy z nas nosi w sobie różne blizny. Niektórzy z Was stracili kogoś kochanego. Niektórzy zmagają się z ciężką chorobą, swoją lub bliskiej osoby. Niektórzy nie mogą mieć czegoś, czego pragną najbardziej na świecie. Niektórzy mają za sobą nieszczęśliwe małżeństwo, inni noszą w sobie jeszcze rany z dzieciństwa. Nie podejmuję się oceniania, kto cierpiał bardziej, czyja tragedia jest gorsza. To, co chcę Wam powiedzieć, jest do Was wszystkich.

I jeszcze - skąd we mnie tyle śmiałości, że chcę przekazywać Wam jakąś mądrość, jakąś wiedzę, jakieś rady? Czy nie mam w sobie pokory? Owszem, mam. Tyle lat różnych doświadczeń nauczyłoby pokory każdego, więc i ze mną się udało :) Mam jednak wrażenie, że nauczyłam się kilku ważnych rzeczy i moim obowiązkiem jest przekazać je dalej, bo może ktoś jeszcze ich potrzebuje. Być może każdy z Was mógłby napisać taki tekst. Ale napisałam go ja.

Czego nauczyłam się przez te dziewięć lat od największej życiowej kraksy?

1. Nikt nie poradzi sobie z tym, co Ci się przydarzyło, lepiej niż Ty.



Nie piszę tego po to, aby zniechęcić Was do zwierzania się, do dzielenia się swoją historią. Broń Boże! Jeśli tylko macie siłę i czujecie potrzebę, by o nich mówić, mówcie głośno! Piszę raczej po to, żeby usprawiedliwić te wszystkie osoby, które nie umiały odpowiednio zareagować.

Kiedy byłam nastolatką, miałam swój życiowy dramat, o którym wspominałam tutaj już raz. W pewnym momencie poczułam potrzebę, żeby podzielić się nim z osobami, które uważałam za bliskie. Spotkało mnie wówczas sporo rozczarowań. Okazało się, że prawie nikt nie potrafił zareagować na moje zwierzenie tak, jak tego oczekiwałam. Dzisiaj, jako osoba dorosła, nie widzę w tym nic dziwnego. Tak po prostu jest.

Ludzie kiepsko sobie radzą z bólem, którego nie czują.

Kiedy będziesz opowiadać innym o tym, co przeżyłaś, trafisz najprawdopodobniej na trzy rodzaje reakcji. Pierwszy: jak to dobrze, że nie mnie to spotkało. Często uzupełniony uzasadnieniem: nie spotkało mnie, bo jestem inna niż Ty, ostrożniejsza, rozsądniejsza. Drugi rodzaj reakcji to: a wierz, zdarzyło mi się/mojej koleżance/komuś coś podobnego, tylko że... i od tej pory rozmawiacie już tylko o tamtej osobie i o tym, co jej się przydarzyło, a wiadoma rzecz, że ona miała o wiele gorzej. Trzeci, najbardziej przykry typ reakcji to negowanie Twoich słów, a wręcz zarzucanie kłamstwa. Przecież to niemożliwe, no już nie rób z niego takiego drania, to taki porządny facet! Może coś źle zrozumiałaś? Może Ci się wydawało? Jesteś pewna? 

Wiesz... To jest bardzo trudne i bolesne, ale te osoby nie mówią tego, by Cię zranić. One najzwyczajniej w świecie nie mają pojęcia, co powiedzieć. A coś powiedzieć trzeba. Te osoby, które negują Twoje doświadczenie, najprawdopodobniej nie są w stanie sobie z nim poradzić. Może świadomość, że coś złego spotkało Ciebie, osobę tak bliską i ważną, jest dla nich zbyt trudna i bronią się przed nią właśnie w ten sposób. Udają, wmawiają sobie, że to na pewno nieprawda, to nie mogło się zdarzyć.

Kiedy zrani Cię czyjaś reakcja, spróbuj zrozumieć, skąd mogła się wziąć? Co jest jej przyczyną? I nie rezygnuj z mówienia o sobie. Ale pociechy, pomocy szukaj nie w czyichś słowach, ale raczej w samym fakcie, że możesz o tym opowiedzieć, że nie musisz dusić tego w sobie. Jeśli natomiast potrzebujesz usłyszeć od kogoś konkretne słowa pocieszenia, poproś o nie! Proszę, powiedz, że to nie moja wina. Proszę, powiedz, że kiedyś to nie będzie tak boleć. Może gdy nakierujesz swoich rozmówców na oczekiwany tor, okaże się, że jednak potrafią z Tobą porozmawiać na ten temat? Przecież to są Twoi bliscy. Zasługują na szansę.

2. Twoje życie się nie kończy. Jeszcze możesz być szczęśliwa.



Już słyszę, jak mówisz: "łatwo powiedzieć!". Tak, łatwo powiedzieć. Tak samo, jak łatwo mi było powiedzieć parze starającej się o dziecko: "nie martwcie się, uda się Wam, nam też się w końcu udało". Nie jestem już tą osobą, która zmagała się z bezpłodnością, tak samo nie jestem już osobą, która zmagała się z traumą. Mówię te słowa łatwo, bez ciężaru emocjonalnego, z coraz słabszą pamięcią o tym, jak się czułam, kiedy dotyczyły one również mnie. Ale mimo wszystko mówi przeze mnie także moje doświadczenie.

Nie wiem, kim jesteś i co przeżywasz. Ale prawdopodobnie masz przed sobą jeszcze wiele lat. Prawdopodobnie nie przeżyłaś jeszcze nawet połowy swojego życia. Naprawdę myślisz, że jedno wydarzenie jest w stanie przyćmić te wszystkie lata i wszystko, co się w ciągu nich wydarzy?

Być może potrzebujesz dużo czasu, by się pozbierać. Może to będzie kilka lat. Może dziesięć. Może więcej. Ale gdy minie ten czas, nadal będziesz mieć życie przed sobą. I okaże się, że słońce nadal wschodzi, jedzenie smakuje, a po ulicy chodzą ludzie, których jeszcze nie poznałaś. To po prostu niemożliwe, żeby już nigdy nie miało Ci się przydarzyć nic dobrego!

Jestem żoną fantastycznego mężczyzny i mamą cudownego dziecka. Jestem zakochana jak nastolatka. Jestem szczęśliwa. Walczyłam o to szczęście, ale też nie robiłam nic niemożliwego, nic szczególnie trudnego, by je osiągnąć. Po prostu żyłam, byłam, kochałam. Nie jestem nikim bardzo wyjątkowym. Nie istnieje żaden powód, dla którego ja miałabym na to zasługiwać, a Ty nie.

Niedawno pisałam bardzo emocjonalną recenzję, w której ze szczególnym oburzeniem odniosłam się do fragmentu książki mówiącego o tym, że nie da się pokonać raka. Bo to nieprawda i kłamstwo. Są ludzie, którzy wygrali z rakiem. Nie wiem, kim jesteś i co przeżywasz, ale jeśli nawet z rakiem można wygrać, to z Twoim cierpieniem też. Ono nie jest nieuleczalne.


3. Związki bez przyszłości powinno się zakończyć jak najszybciej.



Słyszałam to już tyle razy. Ty pewnie też. W różnych sytuacjach, w różnych okolicznościach. Może nawet też zdarzyło Ci się tak powiedzieć. Co za podła kobieta, jak mogła zostawić takiego wspaniałego mężczyznę! Nie mogę jej wybaczyć, że tak go potraktowała (zupełnie jakby to nie była sprawa wyłącznie pomiędzy nimi dwojgiem)! Co za nieszczęście, że ten związek się rozpadł!

Słuchajcie. Co za szczęście, że ten związek się rozpadł!

Wiecie, jaka była alternatywa? Że ten związek by przetrwał. I dwoje ludzi, którzy nie powinni być ze sobą, którzy nie umieją być ze sobą, tkwiliby dalej w przedziwnym układzie, w którym przynajmniej jedna strona nie jest już szczera. Może jeszcze pchnęliby ten kulawy związek na jakiś wyższy etap. Może pojawiłyby się dzieci. Straszna wizja, prawda?

Masz złamane serce i cierpisz, bo zostałaś sama, ale czy wiesz, co Ci groziło? Mogłaś tkwić w związku bez miłości. Z facetem, który nie chce z Tobą być. Który Cię oszukuje, może zdradza, nie szanuje, może nawet stosuje wobec Ciebie przemoc. Albo: z facetem, którego Ty już nie kochasz. Na którego nie możesz patrzeć. Którego wolałabyś zostawić i być z kimś zupełnie innym, ale z jakichś szalonych powodów decydujesz się jednak to ciągnąć.

Tu nie chodzi o to, kto zawinił! Czujesz, że to Ty jesteś tą złą stroną? Zatem zrób najlepszą rzecz, którą możesz zrobić i odejdź.

Facet Cię nie szanuje? Zostaw go! Ty już go nie szanujesz? Zostaw go!

Nie odejdziesz, choć Ci źle, bo boisz się, co ludzie powiedzą? A jeśli znajdą się tacy ludzie, którzy powiedzą "to fantastycznie, że od niego wreszcie odchodzisz", to będzie Ci łatwiej podjąć decyzję? To poszukaj takich ludzi, a reszty po prostu nie słuchaj.

To jest Twoje życie. Nikt nie przeżyje go za Ciebie, więc nikt też nie ma obowiązku wybaczać Ci decyzji, które dotyczą Twojego życia.

4. To, co się stało, nie świadczy o Tobie.



Kiedy byłam jeszcze nastolatką ze wspomnianym wcześniej bagażem doświadczeń, usłyszałam raz w odpowiedzi na moją opowieść:
"Nie możemy być przyjaciółkami, bo jesteśmy od siebie zbyt różne. Ja bym nigdy nie pozwoliła, żeby coś takiego się wydarzyło". 

Nawet mnie to jakoś nie zabolało. Chyba miałam już trochę dystansu do całej tej sprawy, a reakcję koleżanki uznałam za zwyczajnie niemądrą. Ale zapadło mi w pamięć, że wówczas chyba po raz pierwszy ktoś uznał, że coś, co mi się przydarzyło świadczy o tym, jaką ja jestem osobą. Pewnie nie po raz ostatni.

I mnie samej zdarzało się nieraz pomyśleć o sobie, że chyba mam w sobie coś, co sprawia, że przyciągam różne dziwne, niefajne sytuacje. Chyba wiele osób ma gdzieś zakorzeniony taki sposób myślenia. Zupełnie krzywdzący i niesprawiedliwy.

Czy zdarzyło Ci się pomyśleć kiedyś: nie mogę się z nią przyjaźnić, bo ona złamała kiedyś nogę? Albo nie lubię go, bo go okradziono? Czy zdarzyło Ci się pomyśleć, że nie znajdziesz wspólnej płaszczyzny z tym człowiekiem, bo zmarła mu babcia?

Dlaczego jedne wydarzenia z życia nie są traktowane jako podstawa do formułowania ocen i wypowiadania się na temat czyjegoś charakteru czy osobowości, a inne już tak?

Kiedy zdecydowałam, że napiszę ten tekst, zastanawiałam się przez chwilę, czy udzielić w nim jakichś praktycznych rad: jakich sytuacji unikać, na co uważać, kiedy powinna Wam się zapalać ostrzegawcza lampka w głowie. Po czym dotarło do mnie, że wcale tego nie chcę. Nie chcę przekazywać nikomu, że warto żyć jak cień, w wiecznym poczuciu zagrożenia, wiecznie ostrożnie i zachowawczo. Żyjąc w ten sposób wcale nie gwarantujesz sobie, że nic Ci się nigdy nie przydarzy, a przy okazji zamykasz się na wiele ciekawych przeżyć. Robisz sobie więcej krzywdy niż pożytku.

Ten chłopak, którego skreśliłaś, bo w Twoim odczuciu jedno wypowiedziane przez niego zdanie może świadczyć o tym, że lepiej go unikać - mógł być w rzeczywistości rewelacyjnym facetem, może nawet tym jedynym. To miejsce, w które wolałaś nie pójść, mogło być w rzeczywistości miejscem, w którym spotkałoby Cię coś wspaniałego. Ta sytuacja, której na wszelki wypadek wolałaś uniknąć, mogła być punktem wyjścia dla nowego, wyjątkowego rozdziału w Twoim życiu.

5. Co za tabu, do cholery?



No właśnie, co za tabu, do cholery?

Pół życia, a może dłużej słyszę, że o czymś nie wypada mówić. Publicznie albo i w ogóle. Przeważnie dotyczy to kobiet i spraw związanych z płciowością. O seksie oczywiście nie wypada mówić. Pożądanie, orgazm - nie wypada, no skąd, porządna kobieta nie mówi o takich rzeczach. Miesiączka - nie wypada, przecież jak to tak można mówić wprost o tym, że krwawisz co miesiąc jak większość kobiet na świecie? Zresztą o braku miesiączki też nie wypada mówić. O chorobie - nie wypada, przecież to sprawy osobiste. O częściach ciała - nie wypada, o ile są to części ciała przypisane tylko do jednej płci. O bezpłodności - nie wypada. O poronieniach - nie wypada. O doznanej przemocy też oczywiście nie wypada mówić. Całkiem spora rzesza kobiet postanowiła przełamać to tabu w ramach akcji #metoo, ale szybko dostało im się, że to przesada i niedługo nie wolno będzie nawet komplementu powiedzieć.

Ludzie! Nie wypada to łysemu włos z głowy. Nie wypada stały ząb u zdrowego człowieka. 

Czy ja zrobiłam coś złego, żeby mieć się teraz tego wstydzić?

Niech to będzie jasne: bardzo szanuję i popieram prawo do tego, żeby ktoś milczał, jeśli nie chce o czymś mówić. Jeśli nie czuje się na siłach. Jeśli ma swoje powody. Ale wstyd? Ale tabu? Wielkie bzdury i tyle. Wielkie, krzywdzące bzdury.


6. Nie jesteś sama.



Na którymś etapie radzenia sobie z wspomnianą sytuacją, zaczęłam szukać pozytywów w tym zdarzeniu. Jest ich, wbrew pozorom, bardzo dużo. Największym jest niewątpliwie to, że był to dla mnie impuls do zakończenia związku. Ale to nie wszystko, pozytywnych aspektów jest o wiele więcej. Dlatego właśnie mówię, że od dziewięciu lat jestem szczęśliwa.

Nie chcę jednak bawić się tutaj w Pollyannę i zarażać Was moim podejściem. Nie ośmieliłabym się tłumaczyć osobie, która naprawdę cierpi, że powinna się zamiast tego cieszyć, bo jej cierpienie ma też dobre strony. Ale jest jedna dobra rzecz, o której chcę Wam powiedzieć: wspólne doświadczenia zbliżają ludzi.

Ja odkryłam cały nowy świat. Zaczęło się od tego, że sporo czytałam. Oczywiście na interesujący mnie temat. Widziałam tytuł, uznawałam, że to może mnie dotyczyć i czytałam. I odkryłam, jak wiele osób myśli i czuje podobnie jak ja. Odkryłam, że to jest cała rzesza osób podobnych do mnie, dzielących wspólne doświadczenia i przemyślenia. I że to są te osoby, których wcześniej unikałam, bo wydawały mi się dziwne, zbyt głośne, zbyt zasadnicze. Okazało się, że naprawdę wiele nas łączy.

Żałuję trochę, że nie miałam wcześniej takiej wiedzy. Ale cóż, kiedyś musiałam ją zdobyć.

7. Nie oceniaj pochopnie doświadczenia innych osób.



Właśnie, jeśli już mowa o doświadczeniach...
Często zbyt łatwo zakładamy, że jeśli ktoś o czymś nie mówi, to znaczy, że tego nie ma. Albo jeśli podzielimy się z kimś naszym doświadczeniem, to ten ktoś odwzajemni nam się swoją historią. A skąd. Wcale nie musi.

Ja też nieraz robiłam ten błąd. Dwie sytuacje dość mocno dały mi do myślenia. Pierwsza, krótko po rozpadzie mojego związku: spotkanie w gronie kobiet, cztery nieznajome dziewczyny, uczestniczki badania. Miałyśmy rozmawiać czysto teoretycznie o kwestiach bezpieczeństwa, ale dość szybko zaczęłyśmy sięgać po przykłady z własnego życia. Trzy spośród nas. Jedna, pomimo przedłużających się rozmów i atmosfery coraz bardziej zachęcającej do zwierzeń, nie powiedziała o sobie właściwie nic. Czy to możliwe, że ona jedna nie miała żadnej historii w zanadrzu? Czy raczej: nie czuła się na siłach, by o niej opowiedzieć?

Druga sytuacja. Siedzimy sobie przy piwku, ja i moja przyjaciółka ze szkolnej ławy. Ja jej opowiadam w miarę szczegółowo, jak doszło do tego, że byłam z jednym facetem, a teraz jestem z drugim. Kiedy w bardzo oszczędnych słowach zasygnalizowałam, że coś przełomowego wydarzyło się w tamten wieczór 9 lat temu, ona nagle zrobiła dziwną minę i bardzo szybko musiała akurat w tym momencie iść do toalety. Przypadkiem tak się złożyło? Tyle o niej wiedziałam, ale może jednak nie powiedziała mi wszystkiego?

Nie wiesz, co przeżyła druga osoba. Nawet jeśli jesteście ze sobą blisko. Nawet jeśli mówi Ci "wiesz o mnie wszystko", to wcale nie musi mówić prawdy.

8. On też jest czyimś dzieckiem.



Ten punkt może dziwić na tej liście, ale uwierzcie mi, odkąd jestem mamą, tak właśnie na to patrzę.

Ta osoba, która Cię zraniła, która Cię źle potraktowała, też jest czyimś dzieckiem. Jego mama tuliła go z czułością do snu. A może właśnie tej czułości w którymś momencie zabrakło. Pewnie starała się nauczyć go wszystkiego, co ważne. Może czasem ustępowała zbyt łatwo. Może przypadkiem przekazała coś, czego wcale nie chciała przekazać. Może coś było w relacji między rodzicami, co pozwoliło mu uwierzyć w jakąś dziwną wizję bycia w związku. Myślę, że jego rodzice bardzo się starali, by wychować wartościowego człowieka. Myślę, że zrobili mnóstwo świetnej roboty. Nawet idealna matka nie jest w stanie zagwarantować, że jej dziecko nigdy nie zrobi niczego złego. Ja też nie mogę zapewnić, że żadna kobieta nie zapłacze nigdy przez mojego syna. Wiem, że będą płakały. Już teraz tulę te kobiety w moim sercu i przepraszam je, ale mój syn jest i będzie tylko człowiekiem. Popełni błędy. Mam nadzieję, że wyciągnie z nich wnioski i poprawi się, i kiedyś naprawdę uszczęśliwi jakąś kobietę.

Wierzę, że mężczyzna, z którym na kilka lat zetknęło mnie życie, jest dobrym człowiekiem. Tak jak i ja jestem dobrą kobietą, choć zrobiłam w życiu niejedną złą rzecz i niejedną osobę zraniłam. Wierzę, że być może tworzy teraz piękny, szczęśliwy związek z kimś innym. Może ma córeczkę i myśli sobie, że pozabijałby wszystkich, którzy potraktują ją kiedyś tak, jak on potraktował mnie. Myślę, że może być dobrym mężem i ojcem.

Wybaczenie jest najlepszym, co możesz zrobić dla siebie. On może, ale wcale nie musi przejmować się tym, czy mu wybaczyłaś. Ale Ty dzięki temu będziesz mogła ruszyć do przodu. Póki nie wybaczasz, tak naprawdę tkwisz jeszcze w przeszłości.

9. Jeśli to przetrwasz i nie zwariujesz, to już nic Cię nie pokona.



To była tak naprawdę pierwsza rzecz, jakiej się nauczyłam, ale zdecydowałam się zostawić ją praktycznie na koniec, jako pewne podsumowanie.

Może i stwierdzenie, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni jest dość radykalne, ale jednak - doświadczenia sprawiają, że nie tylko nabierasz odporności, ale też przekonujesz się, ile tak naprawdę masz w sobie siły. W komfortowych warunkach tego nie sprawdzisz.

Wspomniałam na początku, że życie nie rozpieszczało mnie także i później. Bywało ciężko. Nawet dwa ostatnie lata, tak cudowne dla mnie, miały swoje dramatyczne momenty. Ale zawsze towarzyszyła mi świadomość, że przecież na słabą nie trafiło. Że może to chwilkę potrwa, ale w końcu i tak sobie poradzę. Przecież już wiem, na ile mnie stać.

10. Skorzystaj z pomocy.



Trochę dziwnie mi umieszczać tu radę, z której sama nie skorzystałam. Ale uważam, że zbrodnią byłoby ją pominąć. Jeśli zmagasz się z trudnym, bolesnym doświadczeniem, poszukaj pomocy psychologa lub psychoterapeuty. Nie lecz się samodzielnie. Nie ryzykuj kontaktu z jakimiś wątpliwej profesji "specjalistami". Poszukaj lekarza.

Ja żałuję, że tego nie zrobiłam. Ale kiedy dojrzałam do takiej decyzji, to już właściwie nie było o czym gadać; żyłam już zupełnie innymi sprawami, ważniejszymi i pilniejszymi.

Nie twierdzę, że na pewno nie poradzisz sobie bez fachowej pomocy. Ale to jest trochę jak samodzielne skręcanie mebli bez żadnej instrukcji. Może się uda, a może okaże się, że jakaś śrubka miała być jednak w innym miejscu. I niby mebel stoi, ale w zupełnie niespodziewanym momencie może się załamać.

No i - czy samodzielnie stwierdzisz, że już na pewno sobie poradziłaś? Mnie zajęło to sporo czasu.

To żadna ujma czy wstyd, korzystać z pomocy, kiedy jej potrzebujesz.

--

Bardzo liczę na to, że podzielicie się ze mną swoimi refleksjami. Zapraszam również na mój fanpage Szczęśliwa Siódemka. Jeśli chcecie, możecie tam do mnie napisać.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Tam, gdzie kończy się wyobraźnia.

Uwaga! Tekst dotyczy drastycznych wydarzeń.

Muszę przyznać się Wam do tego, że od jakiegoś tygodnia nie jestem do końca sobą. To znaczy, jestem sobą, ale tak trochę gorzej sypiam, zamyślam się czasami, a przy tym - obsypuję mojego synka czułościami jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Na szczęście on to bardzo lubi, więc ta moja nietypowa kondycja psychiczna ma swoje zalety.

Jakiś tydzień temu w Internecie zaczęło być głośno o sprawie małego Oskarka. Może czytaliście już coś na ten temat. Widziałam, że teksty dotyczące Oskarka pojawiły się również na kilku blogach, np. tutaj.

O tyle zadziwiające jest to nagłe zainteresowanie, że jest to historia sprzed lat. Oskar umarł w roku 2006. Nie wiem dokładnie, dlaczego teraz, po latach ktoś zdecydował się wrócić do tych zdarzeń.

W największym możliwym skrócie: matka Oskara i jej konkubent zostali skazani na 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo (konkubent) oraz pomoc i podżeganie do zabójstwa (matka). Uznano ich także za winnych wielomiesięcznego, okrutnego znęcania się nad dzieckiem. Sąd nie przychylił się do próśb adwokatów o złagodzenie kary i zmiany klasyfikacji czynu na pobicie ze skutkiem śmiertelnym.
Oskarek był zabijany przez dwa lata, dzień po dniu, bez przerwy. W chwili śmierci miał cztery lata, ważył 11 kilo i... oszczędzę Wam szczegółów. Nie każdy ma na tyle mocne nerwy, by o tym czytać. Ja sama zawsze po przeczytaniu takiej historii wyrzucam sobie, że nie powinnam była tam zaglądać, przecież wiem, jak na mnie to wpływa. Ale z drugiej strony - przecież po to ktoś opisuje te dramaty i przechowuje pamięć o tych dzieciach, żeby kogoś to poruszyło, żeby ktoś nad nimi zapłakał.

Cała historia Oskarka jest opisana na FB na fanpage'u Pamięci dzieci zakatowanych oraz na stronie oskarekmalgorzaciak.kupamieci.pl. Artykuł jest świetnie napisany, porusza już od pierwszych zdań. Zaczyna się opisem pogrzebu malutkiego chłopczyka. Ktoś uchyla wieko trumny, a w kościele rozlega się pełen przerażenia krzyk. Ludzie płaczą, mdleją... Przeczytajcie całość, jeśli zdołacie.

Próbuję zrozumieć.


Wiem, że nie da się. Ale nie mogę przestać myśleć o tym, zastanawiać się, co kryje się w głowie osoby, która znęca się nad dzieckiem. Przecież jest człowiekiem, ma uczucia, jak to możliwe, że różnimy się tak bardzo? Zastanawiam się nad tym, odkąd zostałam matką i dotarło do mnie, że każde cierpienie, każda przemoc zadana tej małej, bezbronnej istotce dosłownie rozerwałaby mi serce. Jak matka może patrzeć na katowanie swojego dziecka? Jak matka może przykładać do tego rękę? Co wtedy czuje? Jakie myśli pojawiają się w jej głowie?

Zawsze uważałam, że potrafię sobie wiele wyobrazić. Próbuję użyć tej mojej wyobraźni. Dziecko bywa nieposłuszne, czasem ciężko się z nim dogadać, człowiekowi puszczają nerwy, krzyczy, w końcu uderza... Raz. Tutaj moja wyobraźnia się kończy. Nie mogę pojąć, jak po takiej żałosnej porażce można spojrzeć na zapłakaną, wykrzywioną bólem buzię dziecka i uderzyć ponownie. Ja chyba spaliłabym się ze wstydu, a synka przepraszałabym pewnie jeszcze z tydzień. Albo i miesiąc. Albo dłużej. 

Może nie każdy lubi dzieci. Ja nie lubię pająków, nie mam ciepłych uczuć względem tych nieładnych zwierząt. Może dla kogoś małe dzieci są właśnie takimi pająkami? Zabijano już przecież i nienawidzono z powodu czyjegoś koloru skóry, wiary, orientacji seksualnej, może są ludzie, którzy nienawidzą dzieci?

W większości tych głośnych historii o zabitych, zadręczonych dzieciach rolę kata odgrywa nowy partner matki. Pozbawiony uczuć ojcowskich w stosunku do dziecka, traktuje je jak przeszkodę, nie chce się nim zajmować, typowo dziecięce zachowania wzbudzają w nim agresję i złość... Uderza. Popycha. Szarpie. Kopie. Poddusza. Kiedy zada ten ostatni, krytyczny cios, boi się tylko o siebie, bo przecież nie o dziecko, którego nie znosił.

Ale matka?


Przecież nosiła to dziecko pod sercem przez dziewięć miesięcy. Nadała mu imię Oskar, pewnie jej się podobało to imię. Podobno przez dwa lata dbała o dziecko. Czyli robiła to, co my wszystkie: kąpała, karmiła, nosiła na rękach, pielęgnowała, tuliła do snu. Co stało się z nią później? Gdzie się podziała czułość, troska, opiekuńczość? 

Podobno Oskarek przed śmiercią wołał ją: "Mamo! Brzuszek boli"... Szukał jej bliskości, pomocy. Pomimo całego bólu, który mu zadała. Kiedyś przecież musiał usłyszeć słowa pełne czułości. Kiedyś mama przychodziła na takie zawołania i uśmierzała ból. Czy jeden człowiek mógł zmienić ją aż tak bardzo?

Kiedy myślę o niej i tak bardzo nie mogę się pogodzić z tym, co zrobiła własnemu dziecku, próbuję sobie wmówić, że było inaczej. Przecież to, co dokładnie spotkało Oskarka, wiemy tylko z przerażających zeznań tych dwojga, matki i konkubenta. Próbuję wyobrazić sobie matkę Oskarka bezbronną, sterroryzowaną przez partnera-sadystę. Bojącą się okazać synkowi czułość. Naiwnie wierzącą, że któregoś dnia ucieknie z dziećmi od tyrana, może jak młodsze dziecko trochę podrośnie... Podczas składania zeznań nadal sterroryzowaną, zmanipulowaną, biorącą część winy na siebie. Wbrew logice wmawiam sobie, że tak było, bo nie mogę znieść myśli, że własna matka mogła tak skrzywdzić malutkie dziecko.

Dlaczego warto o tym mówić?


Oskar już nie żyje i nie pomożemy mu. Byłby dzisiaj nastolatkiem, gdyby pozwolono mu żyć. Ale są inne dzieci, które cierpią otoczone zmową milczenia, cierpią wśród ludzi, którym się wydaje, że to nie ich sprawa. Obudźcie się, ludzie! Przeraźliwie chude dziecko z sąsiedztwa może być głodzone. Zapytajcie, skąd ten siniak. Ślad po nożu czy papierosie nie zrobił się sam, dziecko też go sobie samo nie zrobiło. To jest Wasza sprawa. Tu chodzi o życie.

Nie wierzę, że przez dwa lata nikt nie widział Oskarka. To dziecko żyło w mieście, miało sąsiadów. W Internecie można znaleźć zdjęcie, na którym chłopiec wygląda jeszcze w miarę zdrowo, ale ma podbite oko i krew w nosku. Kto zrobił to zdjęcie? Nie widział oznak przemocy, której doznawało dziecko?

W każdym mieście, w każdej gminie jest Ośrodek Pomocy Społecznej. Telefon na policję zna każdy. Nie bójcie się reagować. Czego się boicie? Że oprawca dziecka pobije Was w odwecie? Powiem brutalnie: z pewnością zniesiecie to lepiej, niż ta mała krucha istotka, a i łatwiej Wam będzie dochodzić później sprawiedliwości. Dziecko nie wie, gdzie szukać pomocy. Wy wiecie.

Przytulcie dzisiaj mocno swoje dzieci. Posłuchajcie ich radosnego śmiechu. Są dzieci, które nigdy się nie śmieją i nigdy nie są tulone.

wtorek, 17 października 2017

#metoo - czyli o seksualnym napastowaniu.


Lubię włączać się w akcje, szczególnie te mówiące o czymś ważnym, uświadamiające o istotnym problemie. Wiedziałam, że ten tekst powstanie, kiedy tylko zobaczyłam hasztag #metoo.

O co chodzi? Kobiety, które doświadczyły w swoim życiu seksualnego napastowania, udostępniają #metoo, żeby pokazać skalę zjawiska. Żeby uzmysłowić ją tym osobom, którym się wydaje, że to nie dotyka ich znajomych, że to margines, że nic takiego się nie dzieje.

Październik stał się w ciągu kilku ostatnich lat wyjątkowo ciekawym miesiącem. Najpierw - 3 października, czyli Czarny Marsz (dla mnie ta data ma również osobiste znaczenie, ale o tym może napiszę innym razem). Okazja do zastanowienia się nad prawami kobiet. Potem jest 11 października - według kalendarza świąt nietypowych jest to Dzień Wychodzenia z Szafy, a ostatnio okazało się, że również i Międzynarodowy Dzień Dziewczynek. Teraz pojawiła się akcja #metoo. Coraz więcej impulsów do tego, by dokonać swojego rodzaju coming outu, wyjścia z szafy i napisać: tak, byłam napastowana seksualnie.

Tylko co to za coming out, który nikogo nie szokuje? Czy kogoś w ogóle dziwi fakt, że kobieta była w swoim życiu przynajmniej raz napastowana seksualnie?

Kiedyś, przy okazji podobnej akcji, zaczęłam się zastanawiać, ile osób spośród moich znajomych doświadczyło jakiejś formy napastowania seksualnego. Wynik był porażający. Co najmniej kilka zgwałconych dziewczyn (wiem również o przypadkach gwałtu na mężczyznach), kilka osób molestowanych w dzieciństwie, niektóre doświadczyły próby gwałtu lub wyjątkowo obleśnej "próby podrywu", mnóstwo, mnóstwo historii o zaczepkach na ulicy, chwytaniu za pośladek lub za pierś. A to tylko opowieści tych spośród moich znajomych, które otworzyły się przede mną na tyle, by mi o tym opowiedzieć. Dobrze wiecie, że to nie są doświadczenia, o których opowiada się łatwo i chętnie. Domyślam się, że tych historii, o których nie mam pojęcia, jest kilkakrotnie więcej.

Jak to było u mnie? Różnie. 

Były na przykład takie zajęcia z udzielania pierwszej pomocy, na których zostałam wybrana jako model, na którym zademonstrowano prawidłowe opatrywanie pośladka. Dobrze, powiedzmy, że to nie miało seksualnego podtekstu, no i w końcu ktoś musiał tam stać (chociaż w szkole był fantom i pośladki chyba też posiadał). Ale wiecie, miałam jakieś piętnaście lat, stałam przed połową klasy, a ręce praktycznie obcej osoby wciąż i wciąż przesuwały się między moimi nogami. Cholera, to chyba brzmi jeszcze gorzej niż wyglądało w rzeczywistości! Ale zapewniam, że w rzeczywistości też nie miało to nic wspólnego z przyjemnością.

Był też taki gabinet ginekologiczny, w którym miałam po raz pierwszy zrobioną cytologię. Po badaniu pani doktor uśmiechnęła się i powiedziała dokładnie: "Bardzo się cieszę, że panią zgwałciłam". Jasne, to miał być żart. Ja nawet widzę, co miało być w nim zabawne. Tylko czułam wówczas, zresztą równie silnie jak teraz, że nie powinnam była usłyszeć tych słów, szczególnie jako pacjentka, która chwilę wcześniej była badana ginekologicznie. Nie zdołałam nic odpowiedzieć. Wyszłam z gabinetu poruszona do tego stopnia, że zupełnie nieświadomie pokaleczyłam się własnymi paznokciami - tak mocno zacisnęłam je na ręce.

Miałam 13 lat, kiedy usłyszałam od chłopaka: "przecież widzę, że tego chcesz". I choć nie wydarzyło się wówczas nic naprawdę dramatycznego, to jednak to nic odcisnęło się dość silnym piętnem na moim nastoletnim życiu i dorastaniu i długo uważałam to nic za najgorszą rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła. 

Chyba w to samo lato (a może następne?) inny chłopak, wbrew moim protestom, odprowadził mnie pod sam dom, a wracałam z długiego spaceru. Kiedy odpowiedziałam odmownie na jego tak zwane zaloty, zaczął rzucać we mnie kamykami. Jego kolega jechał obok na rowerze.

Były też i dyskoteki, imprezy. Chłopak, który uznał nasz wspólny taniec za wystarczającą zachętę do tego, żeby zacząć całować mnie mocno w szyję. Uciekłam do toalety. Inna impreza, chłopak tańczący za moimi plecami obejmował mnie rękami, w pewnym momencie wpadł na pomysł, żeby zsunąć te swoje ręce niżej, znacznie niżej. Poszłam tańczyć w inne miejsce.

Po wyjściu za mąż takie sytuacje praktycznie przestały mnie spotykać, właściwie zresztą już wcześniej, kiedy byliśmy parą. Ale był na przykład wieczór panieński mojej przyjaciółki, w czasie którego po kilku próbach zdecydowałam, że muszę opuścić parkiet, bo każda moja próba zatańczenia kończyła się tym, że musiałam uciekać od kolejnego zainteresowanego. 

Ciekawe, czy to zestawienie robi wrażenie. Może nie. A może jesteście zaskoczeni i napiszecie mi zaraz, że nie mieliście pojęcia, że coś takiego przeżyłam.

Wiecie co? Ja tego nie przeżyłam. Zdarzyło się i tyle, większością z tych sytuacji nie przejmowałam się dłużej niż jeden dzień. Nie myślę o nich, nie rozpamiętuję, nie cierpię z ich powodu. Pamiętam o nich, bo mam pamięć słonia. Zapominam tylko o tym, gdzie położyłam telefon, zdarzenia z przeszłości pamiętam z dokładnością, która dziwi nawet mnie.

Ale mniejsza z tym. Wiele było takich sytuacji, nad którymi przeszłam do porządku dziennego. I teraz, po latach, kiedy siedzę tutaj, spisuję ten tekst i zastanawiam się, o których sytuacjach w ogóle warto napisać, a które pominąć, dociera do mnie, że to dopiero jest przerażające.

To, że można przejść nad tym do porządku dziennego.
To, że można traktować takie sytuacje jak normalność.
To, że można uważać coś nienormalnego za normalność.
To, że to nie są najgorsze sytuacje, że nie są na tyle najgorsze, żeby się nimi jakoś porządnie przejąć. Że może być jeszcze dużo gorzej. I bywało.
To, że w ogóle może być gorsze i jeszcze gorsze napastowanie seksualne, że to nie są jakieś pojedyncze epizody, ale stały motyw pojawiający się co jakiś czas w życiu kobiety.

Ja nawet nie mam pełnego obrazu zjawiska. Muszę przyznać, choć pewnie nie ma czym się chwalić, że lubię słyszeć komplementy i lubię, gdy obcy mężczyźni okazują mi zainteresowanie. Jeśli słyszałam na ulicy pogwizdywania i komplementy, to choćbyście mieli pomyśleć sobie o mnie teraz nieco gorzej, przyznam, że przeważnie odbierałam je pozytywnie. Zatem ta część problemu, która obejmuje zaczepki na ulicy i niechciane komplementy, jest przeze mnie samą dość niezauważona. I wiem o tym. I myślę sobie teraz, że - to też jest przerażające!

Bo jeśli ja nie widzę całego problemu, a widzę, że problem jest ogromny, to jak gigantyczny on jest w rzeczywistości?

...

Na tym pytaniu zakończyłam wczoraj pisanie tekstu. Wróciłam do niego dzisiaj, bo czuję, że mam jeszcze coś do dodania.

Spotkałam się z głosami krytykującymi akcję: że wrzuca do jednego worka "prawdziwe" molestowanie i np. gwizdy na ulicy, że jest bezskuteczna i bezcelowa, że na pewno nie przemówi do sprawców przemocy i tak naprawdę niczego nie zmieni.

Może zatem trzeba napisać jeszcze wyraźniej: jaki jest cel tej akcji i do kogo ma ona trafić?

Kiedy widzę statusy moich znajomych, że one też doświadczyły napastowania seksualnego, tak naprawdę w większości przypadków nie wiem, co je spotkało. Zostały zgwałcone? Czy ktoś je zaczepiał w sposób dla nich nieprzyjemny? I chodzi własnie o to, że ja mam tego nie wiedzieć. Ja nie muszę tego wiedzieć. Gdyby hasztag #metoo przysługiwał tylko osobom, które doświadczyły gwałtu, prawdopodobnie użyłyby go tylko pojedyncze osoby. Bo mało kto chce informować wszystkich swoich znajomych o takich doświadczeniach.

Uważacie, że zaczepki i gwizdanie to nie napastowanie? Nie Wam to oceniać, to po pierwsze. Tak jak napisałam wcześniej, mnie większość komplementów usłyszanych na ulicy po prostu ucieszyła. Było mi miło, że się podobam. Spotkałam się też z tym, że jedna czy druga znajoma opisywała mi z oburzeniem jakąś sytuację, a ja skrycie uważałam, że na jej miejscu nie tylko nie czułabym się źle, ale wręcz byłoby mi przyjemnie. Ale nie oznacza to, że mam prawo do negowania jej odczuć i jej odbioru tej sytuacji.

A moje opisane wyżej doświadczenie, kiedy miałam kilkanaście lat i przez całą drogę do domu nie mogłam się pozbyć niechcianego towarzystwa - czy to już napastowanie, czy jeszcze tylko komplementy? Bo wiecie, w tamtej sytuacji nie było dla mnie najgorsze, że jakiś tam kamyk poleciał w moją stronę. Najgorsze było to, że nie miałam pojęcia, jak się komplemenciarza pozbyć. To, co mówiłam, nie robiło na nim wrażenia. Nie byłam w stanie poruszać się dużo szybciej niż oni (zwłaszcza, że jeden z nich był na rowerze). Nie byliśmy w mieście, żebym mogła uciec na światłach albo wsiąść do najbliższego tramwaju, albo nawet zgubić się w najbliższym sklepie. Nie było wokół ludzi, u których mogłabym szukać pomocy, zresztą - co miałabym im powiedzieć? "Bo oni za mną idą"? Jesteście pewni, że zostałabym potraktowana poważnie?

Po drugie - takie zjawiska eskalują. Przemoc eskaluje. Jeśli damy przyzwolenie na uliczne zaczepki, niektórzy uznają, że wobec tego można łapać kobietę za tyłek, przecież to tylko komplement. Wiecie, niektórzy gwałciciele też uważają, że to, co robią, to komplement dla ofiary. No co, w końcu ktoś ją zechciał.

Akcja ma pokazać skalę problemu i nie, nie jest bezpośrednio skierowana do sprawców przemocy. Tylko do dobrych ludzi, do Twoich i moich znajomych. Którzy dziwią się, że mówimy o jakiejś kulturze gwałtu, którzy twierdzą, że problem jest wyolbrzymiany przez środowiska feministyczne. Że to margines, multikulti, że statystycznie w naszym kraju nie ma takiego problemu. Wiecie, ile razy to słyszałam lub czytałam? Ilu moich znajomych tak twierdzi? To oni mają zobaczyć, że marginalny problem dotyka ich koleżanek z pracy, kumpelek ze szkolnej ławy, przyjaciółek żon, sióstr, rodziny, sąsiadek.

Wiecie, ja bym bardzo chciała, żeby chodziło tylko o zaczepki. Żeby to było najgorsze, co może spotkać znajomą mi kobietę. Chciałabym, żeby zaczepianie kobiet na ulicy było na tyle nietypowe, żeby nie uważano go za normę, tylko za patologię. Chciałabym, żeby można było walczyć tylko z zaczepkami, bo nic gorszego by się nam nie przydarzało.

Ale dobrze wiecie, że tak nie jest.



poniedziałek, 2 października 2017

Dlaczego matka i katoliczka popiera Czarny Protest?


Niemal rok temu zaśmiałam się nie do końca wesoło, gdy mijający mnie na ulicy zupełnie obcy człowiek nazwał mnie morderczynią dzieci. Szłam przez centrum Krakowa w bardzo widocznej, zaawansowanej ciąży, szłam ramię w ramię z setkami kobiet i mężczyzn, którzy podobnie jak ja pragnęli zaprotestować przeciwko projektowi ustawy Ordo Iuris. 

Od tego czasu nieraz musiałam odpowiadać na pytanie, co ja tam robiłam i w ogóle jak to możliwe, że matka, która czuje pod sercem ruchy swojego maleństwa, że osoba wierząca i praktykująca, że ktoś taki jak ja popiera prawo do aborcji. Pozwólcie, że odpowiem i teraz.

Jestem przeciwna aborcji.


Jestem bardzo przeciwna aborcji.
Uważam, że aborcja jest złem.
Nigdy w życiu bym jej sobie nie zrobiła.
Nawet jeśli byłabym w ciąży w wyniku gwałtu. Nawet jeśli moje dziecko miałoby urodzić się chore (ale żywe). Jeśli usłyszałabym, że ciąża stanowi zagrożenie mojego życia, ale moje dziecko ma szanse przeżyć i żyć długo, podjęłabym ryzyko donoszenia ciąży i urodzenia dziecka. 

Wiem o tym dlatego, że...

TAKI JEST MÓJ WYBÓR.


Tak mi podpowiada moje sumienie, wśród takich wartości dorastałam i jestem im wierna. Taką jestem osobą. To przekonanie i te poglądy nie wynikają z faktu, że ktoś mnie do czegoś zmusza, że boję się jakichś konsekwencji prawnych.

Nie ma takiego heroizmu, takiego właściwego wyboru, takiego dobrego postępowania, które wynikałoby z przymusu i ze strachu przed karą. Postąpić dobrze możesz tylko wtedy, gdy masz wybór. 

Prawo powinno być świeckie, choćby dlatego, że nie wszyscy w tym pięknym kraju jesteśmy katolikami. Jeśli nimi jesteśmy, to prawdopodobnie i tak aborcja nie będzie dla nas opcją do rozważenia. Jeśli ktoś nie jest katolikiem, jakim prawem grupa osób wierzących w to, w co on/ona nie wierzy, ma im narzucać, że muszą się poświęcać i ryzykować zdrowiem w imię wyznawanych przez tę grupę wartości?

Kiedy zaczyna się życie.


Mój synek był dla mnie życiem, dzieckiem, upragnionym cudem od pierwszego dnia mojej ciąży. Rozumiecie, od pierwszego. Noc poprzedzającą pojawienie się tego mikroskopijnego życia w moim ciele uważamy z jego tatą za jedną z najważniejszych nocy w naszej historii. Rano obudziłam się i policzyłam, że jeśli się uda, to termin porodu przypadnie na Andrzejki. 

Nie zmienia to faktu, że w szóstym tygodniu mojej ciąży to maleńkie życie wisiało na włosku. Moja ciąża była zagrożona. Miałam silne plamienie. Gdybym nie wiedziała już wtedy, że jestem w ciąży, uznałabym zapewne to plamienie za spóźniony okres. Poroniłabym, nawet nie wiedząc, że moje marzenie o ciąży zdążyło się spełnić.

W czasie, kiedy ja leżałam w łóżku z zagrożoną ciążą i modliłam się, żeby tam w środku jeszcze było kogo ratować, grupa mężczyzn przekonanych o słuszności swoich poglądów prawdopodobnie już konstruowała projekt ustawy, zgodnie z którą kobiety, które poroniły, są z miejsca podejrzane o spowodowanie śmierci swojego dziecka.

Wystarczyłoby, żebym raz zbiegła ze schodów...

Znam kobiety, które poroniły.


Znam ich sporo, bo poronienie to nie jest niestety rzadkość. Widziałam, jakim ciosem jest poronienie dla kobiety i właściwie dla całej rodziny. Potrafię sobie wyobrazić moją przyjaciółkę, bliską mi jak siostrę, przesłuchiwaną, czy nie zrobiła czegoś, co spowodowało to poronienie. Potrafię sobie wyobrazić jej męża, przesłuchiwanego, czy nie przyczynił się do tego w jakiś sposób.

Potrafię sobie sporo wyobrazić. I dlatego będę jutro ubrana na czarno i jeśli się uda, będę uczestniczyć w Czarnym Marszu razem z moim malutkim synkiem, którego jednak nie zamordowałam, choć nieznajomy pan mnie o to podejrzewał. Potrafię sobie wyobrazić kobiety inne niż ja, inaczej myślące, z innym podejściem do życia, zdrowia, ciąży, wiary, kobiety, od których oczekuje się jednak, że tak jak ja w sytuacji trudnej i kryzysowej będą gotowe donosić ciążę.

Potrafię sobie wyobrazić kobietę wyglądającą identycznie jak ja rok temu, w zaawansowanej ciąży, z pięknym ciążowym brzuchem, ale z ciężko upośledzonym dzieckiem w środku, z dzieckiem bez szans na przeżycie. Kobietę, której nie pozwolono dokonać aborcji, zmuszoną do noszenia przez dziewięć miesięcy dziecka, które nie przeżyje.

Potrafię wyobrazić sobie kobiety wykrwawiające się po "aborcji" przeprowadzonej przez byle oszusta, który uzna całkowity zakaz aborcji w Polsce za szansę na rozwinięcie swojej kariery w aborcyjnym podziemiu. Czy naprawdę ktoś wierzy w to, że jeśli aborcja będzie zakazana, to kobiety przestaną usuwać ciążę? Nie przestaną, i właśnie to jest straszne. Nie zrobi tego lekarz, zrobi to ktoś inny, w warunkach niekoniecznie bezpiecznych dla zdrowia i życia kobiety.

Myślę, że ujęłam w tym tekście wszystko, co chciałam ująć. Jeśli czegoś zabrakło, z chęcią odpowiem na Wasze pytania w dyskusji. 

Na zakończenie chciałam Was odesłać do najbardziej poruszającego tekstu, który przeczytałam rok temu na temat tego właśnie projektu ustawy. Jeśli ja zapomniałam o czymś napisać, to Królowa Matka z pewnością ujęła to wszystko w swoim tekście:

Jutro w Krakowie kolejny Czarny Marsz. Mam nadzieję, że się na nim spotkamy! :)