Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2021

O wieku i wrażliwości - i inne urodzinowe refleksje



Nie pierwszy raz zauważyłam, że urodziny sprzyjają refleksjom, a właściwie te refleksje pojawiają się u mnie za każdym razem nieco wcześniej, jakiś tydzień czy dwa przed urodzinami. Często nie są zbyt pozytywne. Zastanawiam się, czy ten specyficzny nastrój wynika z faktu, że jestem coraz starsza, czy raczej z tego, że moje urodziny wypadają w lutym. To miesiąc, w którym często musimy zrewidować nasze plany i postanowienia noworoczne, miewamy sporo spraw do załatwienia i stresujemy się, w dodatku dni są nadal dość krótkie, jest chłodno i pochmurno. Początek lutego zaskakująco często wyznaczał dla mnie moment, kiedy uświadamiałam sobie pewne rzeczy, z których może niekoniecznie chciałam zdawać sobie sprawę. Musiałam wtedy zmienić podejście, przyjrzeć się krytycznie swoim działaniom i ostatecznie to uważniejsze spojrzenie na ogół wychodziło mi na dobre. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było przeboleć początek lutego.

Przy czym ja naprawdę lubię urodziny. Lubię życzenia, prezenty, świadomość, że istnieją tacy ludzie, którzy potrafią przejechać 120 km w jedną stronę po to, by napić się ze mną kawy. Lubię fakt, że tego jednego dnia pomyślą o mnie osoby, które nie myślały o mnie przez cały rok, może odezwą się, zapytają, co u mnie słychać, może nawet umówimy się i odnowimy kontakt. Lubię świętować :) I za każdym razem w połowie lutego zderza się we mnie ta urodzinowa radość z poczuciem pewnej melancholii, smutku, porażki.

Jesteście tu jeszcze? :)

Mam dla Was dzisiaj kilka myśli, którymi chciałabym się podzielić. Bez obaw, nie są przesadnie smutne.

Starszeństwo


Miewam trudną relację z moim wiekiem, to znaczy, za każdym razem ciężko mi się przyzwyczaić do tego kolejnego roku na liczniku. Przy czym największy kryzys przeżyłam chyba wtedy, gdy skończyłam 28 lat, czyli ładnych kilka lat temu. Bo rozumiecie, Janis Joplin żyła tylko 27 lat, a ja już dłużej i niczego szczególnego nie osiągnęłam ;) Czułam się staro. Wiecie, jak się pocieszałam? Tłumaczyłam sobie, że medycyna idzie do przodu i może się okazać, że ludzie będą żyli nawet ponad sto lat. I może kiedyś jako sto dwudziestoośmioletnia staruszka zaśmieję się, gdy przypomnę sobie, że kiedyś byłam tak młodziutka i uważałam siebie za starą... :)

Teraz, kilka lat po trzydziestce, znów trochę mi niekomfortowo z moim wiekiem. Może dlatego, że w środku czuję się na połowę z tej liczby. A może dlatego, że są w moim otoczeniu osoby, z którymi mam świetną, przyjacielską relację, młodsze ode mnie o sześć i więcej lat. To dla mnie dość nowe zjawisko. Przeważnie byłam najmłodszą osobą w większości grup, do których trafiałam. Teraz jestem dla moich przyjaciółek tą starszą i doświadczoną. Trochę potrwa, zanim przestanie mnie to zadziwiać.

Wrażliwość


Żyjemy w specyficznych czasach, jeśli chodzi o wrażliwość. Z jednej strony, zdaje mi się, że pojawił się pewien kult wrażliwości. Bardziej wsłuchujemy się w swoje emocje, pozwalamy sobie na reakcje, które nie muszą się podobać innym, ale są zgodne z naszymi potrzebami. Nietypowość jest w cenie.

Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z określeniem WWO (wysoko wrażliwa osoba), pomyślałam: o, to może być coś o mnie. W końcu zawsze byłam tym największym wrażliwcem w otoczeniu. Gdy jednak wczytałam się w definicję WWO, nie odnalazłam się w tym. Nie, to jednak nie o mnie. I mam takie poczucie, że ta moja zwyczajna, przeciętna duża wrażliwość jest postrzegana gorzej od mitycznej wysokiej wrażliwości, bo przecież gdyby to było to samo, po co ktoś wymyślałby nowe określenie? Czuję, że coś mnie omija, choć nawet nie mogę powiedzieć, że chciałabym się w to włączyć. Zastanawiam się, czy potrzebna jest nam nowa wrażliwość, skoro ta stara, zwykła, bez etykiet, też zasługuje, by się nad nią pochylić.

A druga strona medalu? Choć wrażliwość jest teraz bardziej doceniana, nadal spotykam się z tym, że niektórzy traktują ją jako problem i przyczynę nieporozumień. "Widocznie jesteś bardziej wrażliwa ode mnie", słyszę nieraz, i widzę, że w ten sposób ktoś próbuje przenieść odpowiedzialność na mnie i moją wrażliwość. Nie możemy się dogadać, bo jestem zbyt wrażliwa. Nie odpowiada mi dana sytuacja czy zjawisko, bo jestem przewrażliwiona na jakimś punkcie.

Nie. Nie zawsze. Pewne zjawiska są obiektywnie złe i czyjś subiektywny odbiór, wrażliwy lub nie, nic w tej kwestii nie zmienia. Przemoc jest zła, epatowanie okrucieństwem jest złe, zaniedbywanie zwierząt i pozwalanie na ich cierpienie jest złe, hejtowanie dla samego hejtowania jest złe. To nie moja reakcja podlega tu ocenie.

Czas na zmiany


Wygląda na to, że nowa praca nie będzie jedyną istotną zmianą w moim życiu. Niedawno miałam okazję przyjrzeć się sobie trochę uważniej niż zwykle, z nieco innej perspektywy. Wnioski były takie... że bez jakiegokolwiek sportu, z pracą siedzącą i przekonaniem, że szkoda życia na diety, długo zdrowa nie pobędę. Do zmian zbieram się powoli i niechętnie, bo są dwie rzeczy, których wyjątkowo nie lubię: zmuszać się do czegoś i odmawiać sobie czegoś. Ale zdrowie, czy raczej dobre samopoczucie, może być tego warte.

Słowo roku


Na początku 2020 modne było wybieranie sobie jednego najważniejszego słowa, które miało nas prowadzić przez cały rok. Wówczas moim słowem było "inspiracja" - i rzeczywiście, moje inspiracje twórcze wiele dla mnie znaczyły w ciągu minionego roku. Natomiast teraz, gdybym miała wybrać jedno słowo na cały 2021, brzmiałoby ono "porażka". Ale nie martwcie się - nie myślę o nim w negatywnym kontekście, raczej jak o wyzwaniu. Chcę udowodnić sobie, że to słowo mnie nie dotyczy.

Coś robię


W poniedziałek popłynęło w moją stronę wiele życzeń, o wiele więcej niż w poprzednich latach. Pojawiły się między innymi w grupach literackich, w których działam. Poza całą związaną z nimi radością, dały mi jeszcze bardzo cenne poczucie - że moja aktywność ma znaczenie, że znalazłam swoje miejsce, swoją niszę, swoje środowisko, w którym jest mi najlepiej. Od dłuższego czasu czuję silną potrzebę stabilizacji i pewnych stałych punktów w życiu, jednak nie przypuszczałam, że środowisko pisarskie również stanie się dla mnie takim stałym punktem. To coś więcej niż pasja, to moje zajęcie, moja druga rodzina i zarazem druga (czy już trzecia?) praca.

Niektórzy z Was czekają na informację o moim debiucie powieściowym, inni, jak się domyślam, reagują na moje wzmianki o książce pewnym rozbawieniem i pobłażliwością. Nie dziwię się ani trochę, jeśli postrzegacie mnie jako osobę, która wiecznie próbuje i nic z tego nie wychodzi. Przecież tak to wygląda z zewnątrz, nie? Cztery lata temu twierdziłam, że wydam książkę. Nadal jej nie wydałam. 

Nie chcę roztrząsać kwestii moich umiejętności. Powiem tak: jeśli byłabym znakomitą pisarką, nadal nie otwierałoby to przede mną wszystkich możliwych drzwi. Rynek wydawniczy ma swoje mniej lub bardziej sprecyzowane oczekiwania, a ja nie do końca potrafię wyjść im naprzeciw. Nie do końca chcę. Czuję w sobie sprzeciw na myśl o tym, że powinnam przerobić wykreowaną przez siebie historię, by zmieścić się w ramach wytyczonych przez kogoś innego. Staram się doskonalić warsztat i pisać z każdym dniem coraz lepiej. Istnieje garstka osób, które czekają na moją twórczość. Nie zamierzam ich rozczarować :)


Tu powinno pojawić się podsumowanie tych rozważań, mam jednak poczucie, że i bez niego ten tekst jest już strasznie długi i pewnie dobrnięcie do tego miejsca będzie stanowić dla Was spory wyczyn :) Dajcie znać w komentarzach, co myślicie, czy zgadzacie się ze mną, czy chcecie może coś dodać. 

czwartek, 19 grudnia 2019

Mamo, nie czekaj!


Grudzień sprzyja refleksjom i wspomnieniom. Dla mnie są to szczególne wspomnienia. Trzy lata temu tuliłam noworodka i wszystko było dla mnie tak bardzo nowe. Dwa lata później, również w grudniu, tuliłam następnego noworodka, a śliczny dwulatek patrzył na niego z zaciekawieniem i pytał "A co to?". Wiedziałam już, że pewnymi sprawami nie muszę się tak bardzo przejmować. Nabyłam doświadczenia, a jednocześnie widzę wyraźnie, że większość rzeczy robię jednak tak samo jak za pierwszym razem. 

Choć może nie jestem już nowicjuszką, z upływem czasu mam coraz więcej pokory. Tak jak trzy lata temu, tak i teraz nie czuję się odpowiednią osobą, by uczyć kogoś, jakim powinien być rodzicem. Mam doświadczenie tylko z moją dwójeczką, a skąd w ogóle mogę mieć pewność, że nie popełniam błędów? Czas pokaże. Mogę tylko podpowiedzieć, co u mnie - mam wrażenie - świetnie się sprawdziło.

Mamo, nie czekaj!


Na początku mojej wielkiej przygody z macierzyństwem często słyszałam "poczekaj", "warto poczekać". I jakoś tak wyszło, że nigdy się do tej rady nie zastosowałam. Nie dlatego, że nie chciałam - po prostu tak się złożyło. Może jestem z natury niecierpliwa. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że nie czekałam! Uważam, że wyszło mi to na dobre. I możesz się ze mną nie zgodzić, tym bardziej, że zapewne słyszałaś nieraz coś zupełnie przeciwnego - ale chciałabym Ci powiedzieć, młoda mamo, że w tych sytuacjach po prostu nie warto czekać.

Nie czekaj z dzieleniem się swoją radością.


"Poczekaj do trzeciego miesiąca z mówieniem o ciąży, bo wcześniej to jeszcze nic nie wiadomo" - znacie to skądś? Ja owszem. Gdy to słyszałam, kiwałam z powagą głową i święcie wierzyłam, że tak właśnie trzeba. Miałam szczery zamiar poczekać do tego trzeciego miesiąca i aż do tego czasu nie zdradzać nikomu mojego słodkiego sekretu, bo przecież jeszcze nie wiadomo... Czy przeżyje

Cóż, tajemnicy przed mężem i tak nie zdołałabym zachować, bo obserwował mnie jeszcze uważniej niż ja sama. Rodzina dowiedziała się zaraz później, pracodawca zresztą też, bo okazało się, że moja pierwsza ciąża była zagrożona i faktycznie nie było jeszcze wiadomo, czy oboje z Robertem wyjdziemy z tego cało. Musiałam więc iść na L4. Jak się skończyło, to dobrze wiecie :) Ale chciałam zwrócić Waszą uwagę na coś innego.

A gdyby moja historia wyglądała inaczej? Gdyby jednak Robert nie przetrwał tych pierwszych, trudnych tygodni? Musiałabym wtedy zmierzyć się z bardzo bolesną stratą... SAMA?

Czy właśnie tego oczekujemy od kobiet, czy z tym się liczymy, kiedy decydujemy się na wszelki wypadek nic nie mówić? Gdybym straciła Roberta, na pewno byłoby to dla mnie potwornie trudne i jestem przekonana, że nie chciałabym zachować tego w tajemnicy. Nie chciałabym przechodzić przez to sama. Powiedziałabym rodzinie, przyjaciołom. Szukałabym w nich oparcia.

Nie twierdzę, ze trzeba od razu powiadamiać o ciąży wszystkich znajomych i cały świat. Ale moim zdaniem, nie warto zwlekać z rozmową z najbliższymi osobami.

Nie czekaj ze spotkaniami z bliskimi ludźmi.


W trosce o zdrowie maleństwa i jego wątłą jeszcze odporność, wiele mam decyduje, by przez pierwsze trzy miesiące po urodzeniu nikt go nie odwiedzał, poza może absolutnie najbliższą rodziną. I ono też nie jest zabierane w odwiedziny. Kiedy piszę te słowa, aż sama sobie nie dowierzam i sprawdzam co chwilę: nie pomyliło mi się coś?

Pierwsza sprawa: ta troska zupełnie na nic się nie zda, gdy maleństwo ma starsze rodzeństwo, które uczęszcza do żłobka lub do przedszkola. Pamiętam, że gdy Michał był malutki i poważnie zachorował, stanęłam przed dylematem: czy powinnam wypisać Roberta ze żłobka na te kilka miesięcy? Byłaby to bardzo trudna decyzja, i na pewno miałaby ogromny, niekoniecznie pozytywny wpływ na Roberta. Na szczęście później było już tylko lepiej.

Obaj moi synowie od początku mają kontakt z wieloma osobami. Zapraszamy gości, zabieramy ich w różne miejsca, do przyjaciół, do rodziny. Mam wrażenie, że dzięki temu wyrastają na otwartych, odważnych chłopców. Łatwo nawiązują kontakty, spotkania rodzinne nie wywołują w nich stresu, który musieliby potem odchorować.

Nie czekaj z dbaniem o swoje potrzeby.


Zadbaj o formę. Nie, wcale nie musisz z tym czekać x lat od urodzenia dziecka. Nie katuj się dietami matki karmiącej, bo to jedna wielka bujda, jedz co chcesz. Nie bądź niezastąpiona, zaangażuj bliskich w opiekę nad dzieckiem, a Ty idź - na fizjoterapię. Na aerobik. Na kawę. Na pogaduchy. Na zakupy. Na co chcesz. Napij się wina, jeśli to sprawia Ci przyjemność. Ufarbuj włosy, zjedz coś niezdrowego, zaszalej. A potem wróć do swojego maleństwa i bądź najlepszą na świecie zrelaksowaną, zadowoloną z życia mamą.

Dlaczego Ci nie wolno? Bo ono jest takie malutkie i zależne od Ciebie?

Cóż, może być też gorzej. Możesz mieć, dajmy na to, wypadek i trafić do szpitala. Wtedy będzie naprawdę nieciekawie, jeśli okaże się, że ta machina nie potrafi zadziałać bez Ciebie.

Nie chodzi mi o to, by wzbudzić w Tobie poczucie wiecznego zagrożenia i zmusić do przewidywania czarnych scenariuszy. Wręcz przeciwnie! Chcę Ci tylko powiedzieć, że... Masz prawo się dobrze bawić. Masz prawo myśleć o sobie. Jak ktoś już to kiedyś powiedział, szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Czyli tak naprawdę, robisz to też dla niego :)


Co jeszcze dodalibyście do mojej listy? Z czym nie warto zwlekać?

piątek, 4 sierpnia 2017

Już prawie osiem miesięcy karmienia piersią.

Fot. Marcin Tytko
http://marcintytko.wixsite.com/fotografia
Wspominałam już tu parokrotnie na temat karmienia piersią. Zdecydowałam się jednak napisać o tym trochę więcej. Jak zawsze - nie z pozycji eksperta, ale z pozycji osoby, dla której jest to temat aktualny i świeży. A przy okazji - zgadnijcie, co właśnie robię w tej chwili ;)

Karmię piersią już prawie od ośmiu miesięcy. Jakieś półtora miesiąca temu zaczęłam wprowadzać do diety Roberta inne pokarmy. Już teraz czuję, że kiedyś będzie mi bardzo brakowało tej wygody, jaka wiąże się z karmieniem piersią. Jeśli oczywiście nie ma problemów z laktacją, karmienie piersią to najłatwiejszy i najprzyjemniejszy sposób karmienia dziecka: nie musisz martwić się o przygotowanie jedzenia, o to, czy porcja jest odpowiednia, czy skład jest zdrowy, po prostu karmisz, korzystasz z dobrodziejstwa natury.

Chciałabym podzielić się z Wami kilkoma informacjami. Kto wie, może komuś z Was naprawdę się przydadzą.

Prawidłowa pozycja (i czy musisz się jej trzymać).


W czasie ciąży musiałam podjąć bardzo wiele decyzji. Jedne były lepsze, inne gorsze. Zapisanie się do szkoły rodzenia uważam za jedną z tych zdecydowanie najlepszych. Wiedza, którą wówczas uzyskałam, pomogła mi już po porodzie umiejętnie przystawić moje dziecko do piersi i uniknąć niedogodności wiążących się z niewłaściwą pozycją do karmienia. To bardzo ułatwiło życie nam obojgu.

Jak należy przystawić dziecko do piersi? Tak żeby i jemu, i matce było wygodnie. Brzuszek dziecka leży na brzuchu matki, jedna ręka matki trzyma dziecko tak, żeby móc delikatnie sterować jego główką, druga ręka podaje dziecku lekko spłaszczoną pierś. Ważne jest, aby usta dziecka objęły całą brodawkę, nie tylko koniec sutka.

Zobacz, jak to wygląda na ilustracji:

Źródło: Przychodnia Medyczna VENA
Dzięki tej pozycji dziecku jest łatwiej, Tobie wygodniej, a umiejętne podanie dziecku całej brodawki sutkowej sprawi, że dziecko dostanie cały pokarm, który kryje się w Twojej piersi i nie pogryzie Ci sutka - a uwierz, że nawet bez zębów jest w stanie to zrobić :)

Dobrze, ale czy musisz za każdym razem trzymać dziecko w tej pozycji i używać do karmienia obu rąk? Bardzo szybko przyda ci się przynajmniej jedna wolna ręka. Choćby po to, żeby sięgnąć po coś do picia - prawdopodobnie na początku będzie Ci się często chciało pić podczas karmienia. Ja piłam ogromne ilości wody. Poza tym, co tu dużo mówić, szybko zacznie Ci się nudzić. Dziecko (szczególnie na początku) je około 20-30 minut, trudno wytrzymać przez cały ten czas i nie ruszać rękami. Nie martw się, przyszła karmiąca mamo, poradzisz sobie. Stopniowo uwolnisz najpierw jedną rękę, potem obie. Ja w tej chwili mam obie ręce wolne, gdy karmię. I jasne, że nie odkurzam w tym czasie mieszkania ani nie robię zbyt skomplikowanych rzeczy, ale z przyjemnością korzystam z tej swobody, gdy dziecko jest przez dłuższy czas spokojne, a ja mogę np. coś poczytać. To jest nasz wspólny czas na odpoczynek.
Czasem karmimy się w pozycji leżącej, czasem jeszcze w innej, jak nam jest wygodnie w danej chwili. Kiedy nabierzecie wprawy, Ty i dziecko, ta czynność staje się dla Was całkowicie naturalna. Jest naturalna.

"Robisz to źle", "robisz to dziwnie", "a jakie są Pani odczucia?".


Przygotowana w szkole rodzenia, pełna zapału i dobrych myśli, prowadzona przez świeżo nabyty instynkt macierzyński, przystawisz swoje nowo narodzone dziecko do piersi. Wiesz, jak to zrobić i chcesz robić to po swojemu. Bądź gotowa, droga przyszła matko karmiąca, na to, że będziesz karmiła swoje dziecko po swojemu... u siebie w domu. Póki będziesz w szpitalu, jest całkiem prawdopodobne, że każda lekarka i każda położna czuły się zobowiązane do pouczenia Cię i przedstawienia swojej wizji karmienia piersią. Ja musiałam np. wypełniać rozpiskę, o której godzinie karmiłam dziecko i przez ile minut jadło. Ideałem, do którego miałam dążyć, było karmienie równo co trzy godziny. Ponieważ nie od razu pojawił się u mnie pokarm, a Robert ewidentnie się nie najadał, wkrótce byłam totalnie skołowana i nie wiedziałam już, czy karmię go za często, za rzadko, za długo czy za krótko i czy przypadkiem nie robię mu przy okazji jakiejś krzywdy. 

Na szczęście przyszła do mnie w końcu cudowna położna, która uczyła mnie w szkole rodzenia. Kiedy usłyszała, jaki mam problem, ona jako jedyna zapytała: "a jakie są pani odczucia"? I zachęciła mnie do tego, żeby zaufać przede wszystkim sobie i wyłowić z tego gąszczu dobrych rad to, co wydaje mi się odpowiadać mnie i Robertowi. 

Kiedy wyszliśmy ze szpitala, nie potrzebowaliśmy już rozpiski, nie potrzebowaliśmy kolejnych teorii i rad. Poradziliśmy sobie bez nich. Co nie znaczy, że już żadne rady i teorie się nie pojawiły :) Nie tylko lekarze i położne mają swoje wizje prawidłowego karmienia. Koleżanki i rodzina również je mają :)

Skoki rozwojowe.


O tym również miałam szczęście dowiedzieć się jeszcze w szkole rodzenia, więc z przyjemnością przekazuję wiedzę dalej. Świadomość istnienia skoków rozwojowych pomogła mi przetrwać trudne chwile, kiedy moje dziecko, które jeszcze dzień wcześniej jadło pięknie i bezproblemowo, nagle zaczęło miotać się, szarpać i płakać przy piersi, desperacko ciągnąć to z jednego, to z drugiego sutka. Zachowywał się, jakby się nie najadał. Był marudny i kiepsko spał.

Kiedy pojawiają się skoki rozwojowe i jak bardzo są intensywne, to oczywiście indywidualna kwestia. Według mojej wiedzy, najbardziej znaczące są skoki rozwojowe w okolicy szóstego tygodnia, trzeciego miesiąca i szóstego miesiąca. Ponoć w sumie jest ich aż siedem. 

Jak poradzić sobie ze skokiem rozwojowym? Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Pamiętaj, że Twoje mleko jest najlepszym, co możesz dać swojemu dziecku. Dostosowuje się do jego potrzeb i zmienia się razem z nimi. Po kilku dniach karmienie się ustabilizuje, a Twoje maleństwo znowu będzie jadło i spało spokojnie. Nie dzieje się nic złego ani nietypowego.

Oczywiście jeśli masz jakiekolwiek obawy, warto konsultować się z położną lub z pediatrą. Ale ważne jest też, żebyś zaufała sobie. 

Dieta karmiącej matki.


To nie będzie rozsądne, jeśli będę próbowała wypowiadać się stanowczo w tej kwestii. Mogę Was odesłać do bloga Hafiji, która jest ekspertem w tej dziedzinie. Jednak Hafija też nie daje prostych odpowiedzi na pytanie, jak to jest z tą dietą matki karmiącej. Trzeba uważać na to, co się je? Nie trzeba w ogóle uważać? Wystarczy unikać niektórych produktów? Można jeść wszystko?

Trzeba pamiętać o dwóch rzeczach, które są w tym wszystkim pewne. Po pierwsze, niemowlak ma jeszcze bardzo niedojrzały układ pokarmowy. Może mieć kolki, może mieć problemy z trawieniem nawet jeśli przykładnie trzymasz się diety. Po drugie, mleko matki powstaje w gruczołach piersiowych z krwi matki, a nie bezpośrednio z tego, co matka zjadła. Czyli nawet jeśli zjadłaś smażonego kotleta, to wcale nie znaczy, że ten sam kotlet w wersji płynnej poleci z Twojej piersi do ust dziecka. Warto jeść zdrowo i różnorodnie, ale bez ciągłych obaw o to, czy zaszkodzisz swojemu dziecku.

O moich perypetiach związanych z karmieniem piersią pisałam w tym tekście. Obecnie jem już nawet kapustę, nie odmawiam sobie praktycznie niczego, jedynie sushi i alkoholu. Nie stwierdziłam żadnej korelacji między moją dietą a tym, jak Robert trawi. Musisz jednak, droga przyszła mamo karmiąca, wyrobić sobie zdanie samodzielnie. 

Karmienie piersią a alkohol.


Właśnie, jak to jest z tym alkoholem? Myślę, że ta kwestia nie budzi wątpliwości: piłaś - nie karm! Czy to jednak oznacza, że musisz całkowicie zrezygnować z alkoholu na czas karmienia piersią? Wiele mam tak robi. Ja sama - choć mogłabym żyć bez alkoholu, poczułam kilkakrotnie potrzebę udowodnienia sobie, że mogę się napić, jeśli tego chcę. 

Co zrobić, jeśli chcesz napić się piwa lub wina, a karmisz piersią? Przede wszystkim przygotuj sobie odciągnięty pokarm. Z laktatorem warto się zaprzyjaźnić, zapas pokarmu w zamrażalniku przyda Ci się chociażby w sytuacji, kiedy będziesz musiała wyjść gdzieś bez dziecka. Zatem, jeśli planujesz napić się alkoholu, przygotuj sobie taki zapas. Najlepiej zacznij pić wtedy, kiedy dziecko jest najedzone, czyli krótko po karmieniu - zyskasz trochę czasu :) Gdy dziecko ponownie zgłodnieje, daj mu odciągnięty pokarm. Po wypiciu alkoholu zjedz coś, to rozrzedzi alkohol we krwi. Gdy przyjdzie czas na następne karmienie, niewielka ilość alkoholu powinna już ulotnić się z Twojego organizmu.

A co z większą ilością alkoholu? Takiej nie spożywaj w ogóle. No coś Ty. Masz pod opieką malutkie dziecko, bądź dla niego trzeźwa. Nawet jeśli masz taki luksus, że możesz powierzyć dziecko komuś innemu na czas Twojego imprezowania, to z pewnością nie chciałabyś zajmować się nim, będąc na kacu. 

Karmienie piersią w miejscu publicznym.


Następna kontrowersyjna kwestia. Zastanawiasz się, czy możesz karmić piersią w miejscu publicznym? Odpowiem Ci pytaniem: a krępujesz się?

Ja może nie tyle krępowałam się, co miałam opory. To w końcu kawałek nagiego ciała, które może nie każdy chce oglądać. Ale powiem Ci szczerze, że z czasem to ma mniejsze znaczenie. Ważniejsze jest to, że Twoje dziecko prosi Cię, żebyś dała mu jeść.

Mojemu słodkiemu i bezproblemowemu niemowlakowi zdarzyło się zgłodnieć w restauracji, w której oprócz nas byli też inni ludzie. Zastanowiłam się przez chwilę, czy będzie im bardzo przeszkadzało, jeśli w czasie, gdy oni będą konsumować swój obiad, moje dziecko również będzie konsumowało. Po czym odpowiedziałam sama sobie, że chyba mniej kłopotliwe będzie dziecko cichutko i spokojnie ssące pierś niż dziecko płaczące wniebogłosy, bo jest głodne. I nakarmiłam go.

Tak, można się schować. Przeważnie w takiej sytuacji szukam możliwie dyskretnego miejsca. Można się zakryć. Ale wiecie, mój synek niekoniecznie lubi jeść z bluzką na twarzy, a jego wygoda jest dla mnie ważna. To jest tylko ciało, widok normalny i znany ludzkości od tysiącleci. Jeśli komuś to tak bardzo przeszkadza, to chyba w każdej sytuacji jemu jest łatwiej się odwrócić niż karmiącej chować się pod stołem.

Jeśli masz do mnie pytania - pisz śmiało, odpowiem tak rzetelnie, jak tylko umiem. Jeśli nie zgadzasz się z tym, co napisałam - tym bardziej pisz, może się mylę i powinnam zweryfikować swoje przekonania?

niedziela, 7 maja 2017

Z pamiętnika matki karmicielki: Pizza z gotowanych ziemniaków

"- Słuchaj, to co Ty w ogóle możesz jeść?
- Wszystko! - zapewniłam z pełnym przekonaniem, mając przecież w pamięci mądre słowa położnej i znajomych promotorek karmienia piersią. - Unikam tylko rzeczy wzdymających, jak na przykład kapusta. Ale poza tym jem wszystko.
- Aha, czyli kapusta nie... A kalafior?
- Och nie! - odpowiedziałam zmartwiona, że przy tak dużym wyborze mój przyjaciel wskazał akurat kalafior. - Kalafior też jest wzdymający.
- A szpinak? Możesz?
- Mogę i lubię - westchnęłam. - Ale mąż nie lubi.
- Brokuły?
- Też nie.
- To może tuńczyk?
- Nie, tuńczyka nie mogę. Tuńczyk może zawierać rtęć.
- A jakieś grzyby?
- Nie, grzybów w ogóle nie jem. Są ciężkostrawne. Co najwyżej pieczarki mogą być.
- Słuchaj, to ja już się poddaję. Podaj jakiś przykład, co możesz jeść?"

To nie popis mojego dowcipu i fantazji, ale zapis autentycznej rozmowy z moim przyjacielem, który miał ambitny plan zrobienia sałatki dla karmicielki. Ta scenka dość dokładnie obrazuje zresztą moje podejście do diety, jakie miałam jeszcze kilka miesięcy temu. Mogę jeść wszystko, ALE. Lista produktów, na które wolałam jednak uważać, była tak długa, że zdarzało mi się żartować, że jak tak dalej pójdzie, będę jadła tylko suchy chleb i ziemniaki.

Wiecie, co usłyszałam raz w odpowiedzi?
"Ziemniaki? Jesteś pewna?"

O tak, droga przyszła mamo karmiąca. Twoja wyniesiona ze szkoły rodzenia i z różnych publikacji wiedza na temat karmienia piersią i wpływu Twojej diety na pokarm niewiele znaczy, gdy znajdziesz się pod czujnym okiem otoczenia, które gotowe jest strzec Twojej diety znacznie czujniej niż własnej. Do tej pory spotykam się z tym, że gdy idę w odwiedziny do jednej znajomej, to nie dostanę np. herbaty truskawkowej, bo to szkodzi dziecku. A gdy mówię tu i tam, że mogę jeść wszystko, w odpowiedzi słyszę nieraz stanowcze "no przecież nie!".

Oczywiście, problem nie leży tylko w otoczeniu. Spróbuj wytrwać w niefrasobliwym podejściu do swojej diety, kiedy tulisz w ramionach płaczące dziecko, które boli brzuszek. A Ty wiesz, że zjadłaś coś, co mogło mu zaszkodzić. I może gdybyś się powstrzymała... Generalnie, powodzenia życzę.

Mimo wszystko nieco bardziej rygorystyczne podejście do diety ma swoje dobre strony. Zawsze zresztą uważałam, że im mniej rzeczy wolno Ci jeść, tym ciekawsza może stać się Twoja dieta: bo szukasz wtedy nowych rozwiązań i pomysłów, na które być może nie wpadłaś, póki nie skłoniła Cię do tego potrzeba. Odkąd jako matka karmiąca ograniczyłam do absolutnego minimum potrawy smażone, zaczęłam dużo więcej gotować i piec. W naszym menu pojawiły się różnego rodzaju pieczone placki, na przykład placki z marchewki albo z gotowanych ziemniaków.

Przypomniałam sobie o tych plackach niedawno, kiedy w wyniku jednej dyskusji zaczęłam się zastanawiać, co jest zdrowsze: pizza czy placki ziemniaczane? Pomyślałam, że jeśli upiekę pizzę na ziemniaczanym spodzie, mam szansę uzyskać całkiem zdrowe danie, nie gorsze w smaku od tych wyżej wymienionych, a przy okazji zupełnie nowatorskie.

Nie trzeba długo mnie namawiać na eksperymenty w kuchni. Właściwie, nie trzeba namawiać mnie w ogóle.

Pizza z gotowanych ziemniaków


Składniki:

4-6 ziemniaków (w zależności od wielkości);
ok. 6-7 łyżek mąki
1 jajko
2 łyżki oleju
koncentrat pomidorowy 
7-10 pieczarek
1 mała cebula
ser
puszka kukurydzy
sól, pieprz, ulubione przyprawy

Ziemniaki obierasz i gotujesz do miękkości. Im bardziej będą miękkie, tym lepszą konsystencję ciasta uzyskasz. Muszą się rozpadać. Pod koniec gotowania posól wodę. Wyjmij ugotowane ziemniaki z garnka do miski i starannie rozgnieć. Nie wylewaj wody po ziemniakach! To świetna i bardzo zdrowa baza do zupy :) 

Do rozgniecionych ziemniaków dodaj jajko, odrobinę oleju i tyle mąki, ile trzeba, żeby zrobiło się gęste ciasto. Ja zazwyczaj daję 1 łyżkę mąki na 1 ziemniaka, ale zdarza się, że później jeszcze dosypuję, bo ciasto jest zbyt rzadkie. Dopraw do smaku.

Przełóż ciasto na blachę wyłożoną papierem, z wierzchu posmaruj niewielką ilością oleju. Podpiecz spód w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. 

Dodatki: właściwie masz tutaj pełną dowolność, jak to przy pizzy ;) U mnie to był dość tradycyjny zestaw: pieczarki, cebula, kukurydza. Pieczarki pokrój w plasterki, a cebulę w prążki, delikatnie posól i podsmaż bez użycia tłuszczu.

Podpieczony spód wyjmujesz z piekarnika, smarujesz koncentratem pomidorowym i wykładasz dodatki. Całość przykryj sporą warstwą tartego sera. Potem wkładasz pizzę z powrotem do piekarnika i pieczesz, aż będzie rumiana :)

Uzyskana pizza przypomina w smaku tradycyjne placki ziemniaczane, ale jest od nich znacznie delikatniejsza i mniej tłusta. Co tu dużo mówić, jest przepyszna :)

(Dziś tylko jedno zdjęcie - bo pizza za szybko znikała ;) )


wtorek, 25 kwietnia 2017

Szkoda życia na odchudzanie


Piszę ten tekst ze świadomością, że zostało mi jeszcze co najmniej pięć kilogramów do zrzucenia po ciąży, a tak naprawdę idealnie byłoby zrzucić z dziesięć, bo i przed ciążą nie byłam chucherkiem. I jednocześnie ze świadomością, że nawet z tymi dziesięcioma niechcianymi kilogramami należę raczej do szczupłych i tak naprawdę nie zrozumiem osób, które mają prawdziwe problemy z nadwagą.

Zdaję sobie zatem sprawę z tego, że mogę się narazić tym tekstem. Chciałabym jednak uściślić: na pewno warto zawalczyć o utratę pewnej ilości kilogramów, jeśli Twoim problemem jest znaczna, utrudniająca życie nadwaga lub otyłość, jeśli ciężko Ci się poruszać, a Twoje stawy są nadmiernie obciążone. Jeśli jak ja, jesteś osobą o prawidłowym BMI, która po prostu chciałaby być szczuplejsza - daruj sobie te wszystkie dziwaczne diety. Odchudzanie się jest bez sensu.

Tylko odchudzanie. Zdrowy tryb życia - świetna sprawa! Szczególnie jeśli jego podstawą jest ruch na świeżym powietrzu. Zdrowa dieta? Jeśli lubisz, jeśli umiejętnie ją stosujesz i nie musisz podporządkowywać jej całego życia - chylę przed Tobą czoła, podziwiam i gratuluję. Natomiast wszelkiego rodzaju magiczne sztuczki w stylu będę jeść trawę i popijać wodą przez sześć tygodni, bo sześć tygodni brzmi bardziej dramatycznie niż miesiąc wyrzuć na śmieci i nie zawracaj sobie nimi już więcej głowy. 

Dlaczego odchudzanie jest bez sensu?


Pozwól, że odwołam się do autentycznego przykładu. Miałam kiedyś znajomą, o której można było powiedzieć dużo różnych rzeczy, ale raczej nie to, że jest bardzo szczupła. Nie była też bardzo gruba, ot, przeciętna sylwetka, nieco tęższa niż ja obecnie. I ta znajoma opowiadała mi kiedyś z nutką nostalgii w głosie, jak parę lat wcześniej, w czasie jednego wyjazdu zagranicznego miała okazję uczestniczyć w tzw. festiwalu czekolady. Przez dłuższy czas wspominała, a ja słuchałam z fascynacją o wielkich czekoladowych rzeźbach, tancerzach żonglujących czekoladą, cukiernikach przygotowujących na bieżąco różne pyszności. I kiedy już tak bardzo zazdrościłam jej tego wspaniałego doświadczenia, znajoma zdradziła mi ten bolesny sekret:

- I wyobraża sobie pani, pani Martyno, że ja nawet nie spróbowałam żadnej z tych rzeczy?
- Ale dlaczego? - jęknęłam, a moja zazdrość w jednej chwili zmieniła się we współczucie.
- BYŁAM NA DIECIE!

Och.
Zauważ teraz, co przetrwało przez lata: nie odchudzona sylwetka, nie przyzwyczajenia żywieniowe, ale wspomnienie o smakołykach, których nie mogło się spróbować.

Może właśnie teraz wyglądasz najlepiej?


Ten przykład możesz potraktować jako złośliwy, ale uwierz mi, że taki nie jest. Zobacz, jaki piękny słoń:

Czy myślisz, że gdyby ten słoń schudł do rozmiaru gazeli, wyglądałby jak gazela? Nie, nadal wyglądałby jak słoń, tylko przeraźliwie wychudzony. Już nie byłby taki piękny. Jeśli przykład ze słoniem jest dla Ciebie przykry - wyobraź sobie owczarka odchudzonego do rozmiaru charta. Uwierz, nie wyglądałby zdrowo.

Ja tam uważam, że Matka Natura wie, co robi. Jeśli wyposażyła Cię w krągłości, to może właśnie z nimi wyglądasz najlepiej?

Jedyna sensowna dieta to taka, którą możesz stosować na stałe.


Właśnie tak. Wszystkie te pomysłowe metody typu przez trzy tygodnie żywię się powietrzem, a potem poszerzam dietę o światło z lodówki niosą ze sobą jedno zasadnicze ryzyko: minie magiczna liczba tygodni i wrócisz do swoich przyzwyczajeń żywieniowych. A jeśli Twój typowy obiad to krem z pizzy i spaghetti z cheeseburgerami, to efekt jo-jo masz jak w banku. 

Znacznie mądrzejszym pomysłem jest wyrobienie sobie takich przyzwyczajeń, które pomogą Ci utrzymać sylwetkę na stabilnym, w miarę zadowalającym poziomie. Nie jestem autorką tego zdania o jedynej sensownej diecie - spotkałam się z nim już wiele razy. Coraz bardziej modna staje się dieta rozumiana nie jako drastyczne ograniczanie spożywanych produktów, ale jako zwyczajne, stabilne i niepozbawione drobnych przyjemności odżywianie się na co dzień.

Spotkałam się kiedyś z takim zaleceniem, żeby wypisać sobie na kartce 20 ulubionych potraw/składników i na ich podstawie opracować sobie plan zdrowego odżywiania. Na początku się śmiałam, że będę się wobec tego żywić czekoladą i muffinkami, ale po sporządzeniu mojej listy byłam zaskoczona, ile różnorodnych przysmaków się na niej znalazło. Soczewica. Dynia. Cukinia. Kukurydza. Kalafior. Ziemniaki. Chrupkie pieczywo. Awokado. Nie brzmi źle, prawda?

Jeśli ja, z moim bagażem nadmiarowych dziesięciu (i tylko dziesięciu) kilogramów mogę Ci coś doradzić: sporządź sobie listę tego, co lubisz. Staraj się urozmaicać swoje potrawy. Szukaj zdrowych zamienników tego, co lubisz - choćby z samej ciecierzycy można wyczarować cuda! Rób sobie dni wolne od diety - naprawdę, jeden festiwal czekolady nie zrujnuje miesięcy zdrowego odżywiania ;) A przede wszystkim - popatrz w lustro, załóż fajny ciuch i zobacz, jaka jesteś ładna! Nawet z tymi kilogramami, których nie lubisz. Szkoda życia na zastanawianie się, co chcesz zmienić w tej pięknej osobie, którą widzisz w lustrze.