Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzeństwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 września 2022

Każdy z nas był kiedyś małym smokiem. Recenzja serii książeczek Katarzyny Wierzbickiej „Maciuś i Leon”


Niedawno podczas transmisji na moim fanpage’u, zapytana o to, co w tej chwili czytam, pokazałam jedną z kilkustronicowych książeczek o zaokrąglonych rogach, z dwoma uroczymi smokami na okładce. Maciuś i Leon, czyli wspomniane smoki, trafili w moje ręce dzięki uprzejmości wydawnictwa Zielona Sowa. Dzisiaj opowiem Wam o ich perypetiach, które zostały opisane w tych książeczkach.

Katarzyna Wierzbicka, której twórczość śledzę od dawna (na blogu znajdziecie recenzje jej wcześniejszych książek!), jest pisarką niezwykle wszechstronną. Z pewnością wielu z Was wie, że ta autorka wydaje z powodzeniem zarówno mroczne powieści fantasy dla dorosłych czytelników, jak i ciepłe, kolorowe i pełne pozytywnych wartości książki dla dzieci. Nie wiem jednak, czy zdajecie sobie sprawę z tego, jak bardzo różnorodna jest jej twórczość właśnie dla tych najmłodszych czytelników. Począwszy od nieco przewrotnej bajki „O królewiczu, który się odważył”, poprzez niezwykle baśniowego i pouczającego „Elfa do zadań specjalnych”, przeznaczonego dla dzieci w wieku szkolnym, które są w stanie skupić się na dłuższej historii, barwne i przemiłe „Duże troski małych zwierzątek” idealne do wspólnego czytania przed zaśnięciem, aż po „Nikt nie widzi Słoni”, bardzo ambitną opowieść o tolerancji. Każda z tych pozycji jest inna, pisana z myślą o trochę innej grupie wiekowej.

Jak wpisuje się w ten dorobek seria o Maciusiu i Leonie? To książeczki dla maluchów w wieku przedszkolnym. Mój trzyletni Michaś, dla którego nawet „Duże troski…” są miejscami jeszcze zbyt trudne, od razu polubił tytułową parę kolorowych smoków. Robert odnalazł w przygodach opisanych na kartach książeczek sporo podobieństw do jego własnych doświadczeń z życia starszego brata. Obaj stwierdzili jednogłośnie, że starszy ze smoków – fioletowy Leon – to Robert, a młodszy – zielony Maciuś – to Michał. Od tej pory, gdy czytamy razem książeczki o przygodach dwóch małych smoczych braci, używamy tych zmienionych imion :)

Tu zaznaczę przy okazji, że pewien drobny zabieg graficzny pomaga szybko zapamiętać, który ze smoków to Maciuś, a który Leon – ich imiona są za każdym razem napisane odpowiadającymi im kolorami. Maciuś na zielono, a Leon na fioletowo.

Kolorystyka serii jest zresztą bardzo spójna, a ilustracje wykonane przez Paulinę Kmak wprost idealne dla najmłodszego odbiorcy. Smoki z dziecięcymi buźkami i wielkimi oczkami budzą sympatię i w żaden sposób nie wydają się groźne, rysunki są czytelne i dobrze oddają treść opowiadań. Podoba mi się też wygodny format książeczek oraz duże, tekturowe strony, których małe rączki tak łatwo nie pozaginają.


Dobrze, co zatem przydarza się tym małym smokom i dlaczego Robert z taką łatwością wczuł się w rolę Leona, starszego brata Maciusia?  W jednym z opowiadań smoki idą z mamą do sklepu, a w pobliżu znajduje się piękny, kolorowy plac zabaw. Smocza mama nie bez trudu przekonuje Maciusia, że ulubiona zabawa na huśtawkach i zjeżdżalni musi poczekać, bo najpierw trzeba zrobić zakupy na obiad. W kolejnym opowiadaniu dwaj braciszkowie czytają wspólnie książkę. A innym razem kłócą się, bo obaj chcą się bawić tą samą zabawką – jakie to znajome! Przyznam, że spokojna, racjonalna reakcja smoczej mamy podpowiedziała mi pewien nowy sposób na radzenie sobie z tego typu konfliktami.

Podobnie jak „Duże troski małych zwierzątek”, opowiadania o Maciusiu i Leonie ukazują codzienne problemy doskonale znajome nam, rodzicom, i naszym dzieciom. Przyznam, że te smocze przygody stały mi się, i chyba chłopcom też, jeszcze bliższe – może dlatego, że zamiast leśnych dziupli i norek mamy tutaj zwykły dom, sklep, plac zabaw? Ale przede wszystkim chyba dlatego, że te dwa małe smocze łobuziaki wydają się być w podobnym wieku do moich synków i dynamika relacji między nimi też jest bardzo podobna. Jako mama z chęcią korzystam z tych książeczek nie tylko jako umilaczy czasu spędzonego z dziećmi, ale też widzę tam konkretne wskazówki dla siebie, co zrobić w kryzysowej sytuacji. Smocza mama jest bowiem równie opanowana i mądra jak Flop, opiekun króliczka Binga! Potrafi wysłuchać, gdy mały smok tego potrzebuje. Potrafi nazwać emocje i nie karać za sam fakt, że dziecko odczuwa złość. Potrafi też powstrzymać się od ingerowania, gdy nie jest ono potrzebne.

Czy polecam serię o Maciusiu i Leonie? Oczywiście, że tak! Szczególnie jeśli macie dzieci w wieku przedszkolnym. Książeczki są napisane prostym, zrozumiałym językiem, dotyczą sytuacji, które znacie z Waszej codzienności, mogą nie tylko bawić, ale też i podpowiedzieć, jak sobie z tymi codziennymi przygodami poradzić.

Z niecierpliwością czekamy – ja, smocza mama, starszy smoczek i młodszy smoczek – na kolejne książeczki z serii!

czwartek, 2 grudnia 2021

Trzylatek i jego garaż, czyli: trochę o prezentach i dużo o miłości


Budzę się rano z przerażeniem, z poczuciem, że czegoś ważnego nie zrobiłam i nie dopilnowałam i ogólnie, zawaliłam jako matka. Gdy zaczyna się dzień i jesteśmy po śniadaniu, to uczucie jeszcze się wzmaga. Wiem, że moje oczy są ogromne i widać w nich popłoch, gdy przyglądam się zabawie chłopaków. Czuję, że spokój i harmonia nie potrwają długo, że za chwilę rozpęta się tutaj małe piekiełko, a pamięć o nim przetrwa lata i wypłynie kiedyś na jakiejś kozetce u jakiegoś psychologa, który pomoże mojemu synkowi uporać się z traumami z dzieciństwa.

Mina i gesty Michałka, jego niecierpliwie wyciągnięte rączki już zdradzają, co za chwilę się wydarzy. Robert składa z tatą swój nowy, wspaniały zestaw Lego City, a Michał przez dłuższy czas ogląda ich poczynania jak interesujący spektakl, widać jednak, że tę milczącą fascynację powoli zastępuje chęć, by włączyć się do zabawy. A na to Robert nie pozwoli. Choć jest troskliwym starszym bratem i chętnie się dzieli, to jednak nowe Lego City to nowe Lego City. Nie jest do podziału.

Mój mózg aż huczy, gdy obmyślam strategię: czym by tu zająć Michałka? Jednocześnie mam świadomość, że to prawdopodobnie nie zadziała. Michał jest dzieckiem, którego uwagę ciężko odwrócić, gdy skupi się na określonej zabawie czy czynności. Sztuczki, które sprawdzały się w przypadku Roberta, nie działają na niego. Jeśli się uprze, by bawić się zestawem, prawdopodobieństwo, że za chwilę zobaczymy zapłakaną buźkę (a nawet dwie, bo dla Roberta też będzie to trudna sytuacja) jest niemal stuprocentowe.

Nie za dobrze to wyszło, prawda? A nie wiecie jeszcze wszystkiego...

Ta sytuacja miała miejsce w dniu urodzin Michałka. Tak, dobrze czytacie, Michałka.

Rzecz jasna, nikt nie zrobił tego celowo. Po pierwsze, przyjęcie urodzinowe chłopaków - wspólne, bo w końcu obchodzą urodziny w odstępie dwóch tygodni - jest zaplanowane na inny dzień. To nie znaczy, że zamierzaliśmy całkowicie zignorować fakt, że mamy 28 listopada i trzy lata wcześniej wydarzyło się coś bardzo wyjątkowego... Niemniej, huczna impreza z mnóstwem prezentów nie była na ten dzień przewidziana.

Zestaw Lego pojawił się w naszym domu dzień wcześniej, wypatrzył go Robert podczas wspólnych zakupów, kiedy szukaliśmy czegoś zupełnie innego. Z ręką na sercu, rozejrzałam się wówczas za prezentem także dla Michałka, jednak nie znalazłam niczego równie atrakcyjnego, dostosowanego do jego wieku i etapu rozwoju. Wszystko wydawało się albo za proste, albo zbytnio zaawansowane i łatwe do pogubienia. Później, w innym sklepie, byliśmy już wszyscy zbyt zmęczeni, żeby rozglądać się za prezentami, pojechaliśmy prosto do domu.

Nikt nie zrobił tego specjalnie, ale faktem jest, że w dniu własnych trzecich urodzin Michał przyglądał się, jak jego starszy brat bawi się swoim pięknym, nowym prezentem.

Kiedy już przestałam wyzywać się w myślach od wyrodnych matek i zaczęłam szukać rozwiązania, w mojej głowie zapaliła się lampka. Mamy jeszcze książki! Z październikowych Targów przywiozłam sporo pięknych zdobyczy, niektóre z nich nadal czekały na swoją porę, by pokazać je dzieciom, i ta pora właśnie nadeszła. Czmychnęłam do pokoju na piętrze, korzystając z okazji, że obaj chłopcy nadal zachowywali się spokojnie. Duża, ilustrowana, ładnie wydana książka idealnie nadawała się na prezent. Do paczki dorzuciłam jeszcze autko, które kupiłam kiedyś "na wszelki wypadek", i voila - prezent gotowy! Pobiegłam z ozdobną torebeczką na dół.

Gdy już prawie ruszałam z interwencją, gotowa odwracać jego uwagę za pomocą książki i autka, okazało się, że Michał z najszczerszą radością i skupieniem bawi się... pudełkiem po prezencie Roberta. Zrobił sobie z niego garaż dla autek, pozwalał im jechać w górę i w dół. Chyba z godzinę nie zainteresował się niczym innym. Dopiero później odśpiewaliśmy mu "Sto lat" i wręczyliśmy właściwy prezent.

Nie pierwszy raz jeden z moich synków pokazał mi, jaką radość może przynieść najprostsza rzecz - rok temu to Robert szalał z radości, że dostał pod choinkę autka i garaż. Oni dwaj są pod wieloma względami tak bardzo podobni do siebie, obaj równie pogodni, optymistyczni, kochający i dobrzy. Jednocześnie każdy z nich jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, a Michaś to już w ogóle chodzi własnymi drogami jak kot :)

W ostatnim czasie kilkakrotnie miałam okazję przekonać się, że te najprostsze, na pierwszy rzut oka niepozorne prezenty potrafią dać najwięcej radości. Na widok bogato zastawionych półek sklepowych przez chwilę dałam się zachłysnąć, szukałam tego, co najlepsze, najokazalsze, najbardziej nietypowe. Tymczasem mój młodszy synek ucieszył się z pudełka, starszy synek wolał prosty zestaw klocków od większego i bardziej skomplikowanego, mąż też bardzo docenił swój prezent imieninowy, choć zjeździłam pół Krakowa, by znaleźć dla niego coś większego i lepszego. To był chyba idealny moment dla mnie, teraz, na początku grudnia, by zauważyć, że czasami wcale nie chodzi o to, by było więcej, lepiej, na bogato. Cieszę się, że moi chłopcy o tym wiedzą. Oby pamiętali o tym jak najdłużej.

piątek, 16 października 2020

Porady kiepskiej matki


Te wszystkie blogerki parentingowe są takie idealne i niezawodne, prawda? Zawsze wiedzą, co zrobić! Ja też myślałam, że taka będę, dlatego zaczęłam blogować. A potem rzeczywistość kopnęła mnie w cztery litery ;)

Żarty żartami, ale poważnie, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czym zaskoczy nas rodzicielstwo. Wcześniejsze doświadczenie z młodszym rodzeństwem czy opiekowanie się dziećmi znajomych może dać Ci jakiś pogląd - zobaczysz, jak czujesz się w towarzystwie małego człowieczka. Ale to i tak nie to samo, co bycie rodzicem. 

Dobra wiadomość jest taka, że wcale nie musisz być idealną matką. Powiem więcej, Twoja nieidealność może Ci się przydać bardziej niż myślisz. Jako matka, której bardzo daleko ideału, opowiem Ci teraz, jak to działa u mnie.

1. A niech je, kiedy chce!


Oszalałabym chyba, gdybym miała karmić noworodka co trzy godziny, jak zalecali w szpitalu. Moje dzieci czasami potrzebowały jeść częściej, czasem rzadziej. Teraz, gdy obaj są starsi, mają stały rytm posiłków. Ale nie trzymamy się go obsesyjnie. Obiad mu nie smakuje? Przecież na siłę do buzi nie wcisnę. Mówi, że chce płatki? Niech je płatki! Może niekoniecznie codziennie :)
Trzeci dzień z rzędu chce jeść naleśniki i nie przyjmie nic innego? No i bosko, nie muszę się zastanawiać, co zrobić na obiad.

Nie wezmę odpowiedzialności za stwierdzenie, że żadne dziecko się nie zagłodzi, bo wiem, że istnieją przypadki drastycznych zaburzeń apetytu. Jednak zdecydowana większość zdrowych dzieci naprawdę zje, kiedy zgłodnieje. Szkoda czasu i nerwów, by się tym przejmować!

2. Nie chce Ci się robić wszystkiego za niego? Niech uczy się samodzielności!


Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że dzieci chcą być samodzielne. To my często hamujemy ich samodzielność, bo przecież zrobimy szybciej, lepiej, dokładniej, bezpieczniej.

Nie chce być karmiony łyżeczką, niech zje sam. Owszem, wybrudzi się.
Chce się umyć sam, niech się myje sam. Ty bądź w pobliżu i patrz, czy się nie topi. Owszem, podłoga w łazience będzie mokra.
Nie chce Ci się sprzątać jego zabawek? Popatrz, jak pięknie sprząta sam :)

Moje dzieci nie traktują obowiązków domowych jak obowiązki. Dla nich to są te fajne rzeczy, które robią rodzice. Zmywanie naczyń jest atrakcją. Przygotowywanie obiadu jest atrakcją. Choć czasem mam poczucie, że sama zrobiłabym coś sto razy szybciej niż małe pomocne łapki, to jednak korzystam z ich pomocy. A oni się uczą :)

3. Nie masz pomysłu na zabawy? Poczekaj, może wymyśli coś sam!


Siądź obok i popatrz, jakie wspaniałe, kreatywne pomysły kryją się w tym małym umyśle. Reaguj, gdy próbuje skakać z łóżka, siedząc na koniku, ale póki nie dzieje się nic groźnego, po prostu pozwól mu szukać, odkrywać, doświadczać.

Opowiadałam Wam ostatnio o zabawie w "Co mama powiedziała?". To był pomysł Roberta. Podobnie jak zabawa w naśladowanie pojazdów czy w odgadywanie, jaka rzecz jest danego koloru.

4. Nie chce Ci się z nim bawić? A kto powiedział, że musi Ci się chcieć?


Jesteśmy dorosłymi ludźmi, mamy dorosłe rozrywki. A on chce układać klocki, przesuwać autka po torze, czytać w nieskończoność tę samą, słabo napisaną bajkę... Przez jakiś czas możesz to wytrzymać, ale do wieczora? Codziennie?

Czasem wystarczy, gdy po prostu będziesz w pobliżu. Możesz być pacjentem małego lekarza, to naprawdę wdzięczna rola: leżysz, a on Ci mierzy temperaturę klockiem, osłuchuje płuca słuchawkami (takimi do telefonu), przyklei plasterek, czasem jeszcze da całusa.
Stań w drzwiach w rozkroku i bądź tunelem, a on pociągiem. I tyle, stoisz sobie, a pociąg jeździ.
Zrób zjeżdżalnię z kołdry. Sprawdź, czy lądowanie jest bezpieczne, a potem tylko słuchaj radosnych śmiechów :)
Możecie też pobawić się w chowanego. Wiesz, dzieci potrafią się czasem schować tak skutecznie, że mama musi ich szukać, i szukać, i szukać... Rozumiemy się, prawda?

5. Nie masz siły, by rozstrzygać kolejny spór między rodzeństwem? Czekaj... Może się dogadają?


Jeden ma niespełna cztery lata, drugi niespełna dwa, obaj chcą się bawić tą samą zabawką. A Ty nie jesteś królem Salomonem, zresztą nawet gdybyś była, to nie będziesz przy dzieciach machać mieczem.

Łatwo zabrać zabawkę maluchowi i dać starszakowi. Albo, łagodniejsza wersja: spróbować zainteresować malucha inną zabawką. Ale czy ten maluch musi być wiecznie pokrzywdzony? A czy starszak musi wiecznie ustępować? Czy mamy prowadzić rejestr: ostatnio Robert ustąpił Michałowi, więc teraz czas, by Michał ustąpił, i tak na zmianę?
Ja najchętniej w takich sytuacjach czekam i obserwuję, jak poradzą sobie sami. I przeważnie kończy się tak, że jestem wzruszona - bo oni naprawdę potrafią rozstrzygnąć spór samodzielnie. Nieraz lepiej niż dorośli.

6. Jeszcze chwila i coś mu powiesz? A powiedz!


Nie, nie namawiam Cię do agresji słownej ani, broń Boże, żadnej innej. Ale powiedz, co czujesz. Nazwij emocje. Choć w trudnej chwili, gdy prawie puszczają Ci nerwy, zapewne o tym nie myślisz - on teraz też się uczy. Uczy się prawdy o ludziach, o sobie. Uczy się, że jego zachowanie może spowodować czyjś gniew lub smutek. Uczy się, że wyrazem trudnych emocji może być podniesiony głos i mina pełna frustracji. Nie trzeba go za wszelką cenę chronić przed tą wiedzą. 

7. Kochaj :)


No dobrze, to nie jest rada kiepskiej matki. Właściwie to w ogóle nie jest rada, bo jak można radzić komuś, żeby kochał? 
Chcę Ci tylko powiedzieć, że to wystarczy. Twoja miłość jest tym, czego dziecko potrzebuje od Ciebie najbardziej. Nie musisz gotować jak mistrzyni, tryskać pomysłami, być zawsze w świetnym humorze.
Kochaj, przytulaj, całuj, uśmiechaj się do niego, mów mu o tym, jak bardzo jesteś z niego dumna. To jest prezent, który dajesz mu na zawsze, cenniejszy niż wszystkie zabawki. 

Co myślisz o tej liście? Może chcesz dodać coś od siebie? :)




czwartek, 28 listopada 2019

365 powodów do wdzięczności, czyli: pierwsze urodziny Michałka.



365 dni, a każdy wart tego, by za niego dziękować. Każdy wypełniony Twoją obecnością, malutkimi rączkami, oczkami, minkami. Dwanaście cudownych miesięcy!


Pierwszy miesiąc

Szybko pokazałeś nam, że wcale jeszcze nie wiemy wszystkiego o byciu rodzicami. Kilkutygodniowe dziecko z zapaleniem płuc? Nie wiedziałam, że takie rzeczy zdarzają się w troskliwych rodzinach. Teraz już wiem. Tydzień w szpitalu, wenflon w małej główce - nazywaliśmy Cię teletubisiem, a pielęgniarki dziwiły się nam, że nie jesteśmy przerażeni. Jedyna w swoim rodzaju Wigilia spędzona na oddziale.

Byłeś przez cały czas radosny, pogodny i szybko przybierałeś na wadze. Przez większość dni sprawiałeś wrażenie zupełnie zdrowego. Pozdrawiam w tym miejscu lekarza, który próbował mi wmówić, że kaszlesz dlatego, bo za często Cię karmię :) Oj, to był ciężki dzień.


Drugi miesiąc

Poznałeś dużo wspaniałych osób, w tym ciocię Gosię, która nieco później została Twoją chrzestną. Tym sposobem masz dwie, a nawet trzy ciocie o tym imieniu - co za zbieg okoliczności :)

Na szczęście nie chorowałeś już więcej. Codziennie obdarzałeś nas swoimi pięknymi uśmiechami. W kraju działy się wtedy smutne rzeczy, więc i nasze nastroje nie były najlepsze, ale Twoja wesoła bezzębna buźka zawsze potrafiła nas pocieszyć.

Trzeci miesiąc

Nie czułam się dobrze. To, co ominęło mnie dwa lata wcześniej, tym razem chyba faktycznie mnie dopadło. Może nie od razu odnalazłam się w roli mamy dwóch synów, może faktycznie proza życia była wówczas trochę mniej znośna. Ale Wy dwaj, Ty i Robert, każdego dnia dawaliście mi siłę. Twój brat już wtedy zachwycał nas swoją troskliwością i czułością wobec Ciebie. Ty - wiadomo - siedem kilo uśmiechu, radości, zadowolenia z życia.

Czwarty miesiąc

Po raz pierwszy zostałeś na jakieś dwie godzinki beze mnie z babcią, a my z Twoim tatą wyskoczyliśmy na randkę. Dobrze się bawiłeś, tylko ta butelka nie bardzo Cię przekonała, prawda? Okazałeś się konserwatywnym zwolennikiem karmienia piersią :) Dość długo nie akceptowałeś innej formy podawania pokarmu.

Kształtowała się Twoja relacja z bratem. Czasem bywał zazdrosny o to, że okazuję Ci tak dużo uwagi. Ale też tulił Cię, bawił się z Tobą, dzielił się swoimi zabawkami.


Piąty miesiąc

To była dopiero rewolucja, co? Pojechaliśmy do dziadków w odwiedziny, tylko jakoś tak wyszło, że nie wróciliśmy na noc do domu. Mało tego, mijały kolejne dni, a my nadal nie wracaliśmy. Ale kto by narzekał! Świetnie się bawiłeś u dziadków. Miałeś do dyspozycji mnóstwo zabawek i fantastyczne, szerokie łóżko, na którym nauczyłeś się turlać :)

Szósty miesiąc 

Nadal u dziadków! Co prawda, odwiedziliśmy kilkakrotnie ogród, który dobrze znasz, ale do domu nie wchodziliśmy. Coś się tam działo, kręciły się tam osoby, których chyba nie znałeś. Ale mama i tata nie martwili się, więc i Ty zachowywałeś pogodę ducha. Nawet pomimo tego, że zęby szły i bardzo Cię męczyły.

Co do pogody, to było gorąco, oj... Słońce nawet trochę parzyło. Co chwilę musiałam przenosić koc w cień. A i tak próbowałeś z niego zejść, aby skubać trawę jak mała kózka :)


W tym miesiącu odbył się Twój chrzest. Nie bez przygód - wracaliśmy z kościoła przy akompaniamencie grzmotów i grubych kropel deszczu bębniących o dach auta. Ale spędziłeś piękne chwile z rodziną, również z ciocią Gosią i wujkiem Wojtkiem, czyli z Twoimi wspaniałymi chrzestnymi :) 

Kiedy wróciliśmy do domu, okazało się, że nasza łazienka bardzo się zmieniła :) Teraz jest piękna, prawda?

Siódmy miesiąc

Przetrwaliśmy już zapalenie płuc, więc ospa to dla nas drobiazg, prawda? Strasznie biednie wyglądałeś z tą zsypaną krostami buzią! Na szczęście zniosłeś chorobę bardzo dobrze. Praktycznie nie gorączkowałeś, nie traciłeś też dobrego nastroju. Pewnie miał na to wpływ również fakt, że Twój starszy brat troskliwie się Tobą opiekował.

Ósmy miesiąc

Nauczyłeś się siadać i raczkować :) Kiedy zorientowałeś się, że wyżej jest ciekawiej, chciałeś koniecznie opanować jak najwięcej umiejętności.

Spacery stały się teraz o wiele ciekawsze. Choć czasem ciężko było wyjść z domu przez upały i komary! W domu też zresztą bawiłeś się świetnie, a do Twoich ulubionych zabawek należała butelka z wodą.

Dziewiąty miesiąc

Wstawałeś, tańczyłeś, chodziłeś, trzymając się mebli! Nauczyłeś się też schodzić z łóżka, choć trzeba przyznać, że do tej pory czasami Ci się myli i próbujesz skakać z niego na główkę...

Po raz pierwszy wybraliśmy się na plażę. Woda w jeziorze Cię nie zachwyciła, za to spacery były dla nas wszystkich bardzo przyjemne :)


W sierpniu pojechaliśmy też na pierwsze tak dalekie wakacje, do moich rodziców, a Twoich dziadków. To był cudowny czas! Tyle zabawy, miłości, radości, nowych ludzi, nowych miejsc... I piesek, z którym ścigałeś się na czworaka :)

Dziesiąty miesiąc

Kolejna wielka rewolucja w Twoim życiu - żłobek! Nie zapomnę pierwszego dnia, gdy przyjechałam po Ciebie po dwóch godzinach, a Ciocia mi mówi, że Michałek śpi! Twoja adaptacja w żłobku była chyba jeszcze łatwiejsza niż w przypadku Twojego brata, a wydawało mi się, że lepiej już się nie da :)

Pokochałeś żłobek, a żłobek pokochał Ciebie :) Martwiłam się, że teraz to dopiero zaczniesz chorować, ale trzymałeś się dzielnie. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale kiedy wracałeś do domu, widziałeś mnie o wiele bardziej wypoczętą i pełną energii niż do tej pory.

Jedenasty miesiąc


Październik - nie przepadam za tym miesiącem, ale w tym roku naprawdę się udał :) Było ciepło, złociście i ogniście. Zapamiętam go jako czas spacerów i spotkań z cudownymi ludźmi. Na szczęście zdrowie Was nie opuszczało, czego nie mogę powiedzieć o sobie - zupełnie niespodziewanie zachorowałam na anginę. Na szczęście Was nie zaraziłam :)

Dwunasty miesiąc

Chłodniejsze dni, choroby, upadek z łóżka... Trzymam się myśli, że trudniejsze dni też są potrzebne, żebyśmy bardziej docenili te dobre. Listopad nas wymęczył, cała nadzieja w grudniu, że da nam trochę odpoczynku.

Dziś.


Pobudka o czwartej rano? Radosny uśmiech, mnóstwo energii i chęć zabawy? Michałku, oj, będziesz spał w ciągu dnia...



Na szczęście jesteś już zdrowy. Co rano jeździsz do żłobka, tam spędzasz radośnie czas, tworzysz z pomocą Cioć piękne prace plastyczne. Jesz coraz więcej, coraz lepiej gryziesz tymi swoimi imponującymi ośmioma zębami :) Zauważyłam, że znowu swędzą Cię dziąsełka, chyba idą trójki!

Kiedy wspominam, jaki był Robert w Twoim wieku, wydajesz mi się trochę młodszy. Może mimo woli widzę w Tobie ciągle maluszka, to mniejsze i bardziej bezbronne z moich dzieci, podczas gdy z Ciebie już taki duży chłopak! Nie, nie porównuję Was. Obaj jesteście całym moim sercem.

Wszystkiego najlepszego, kochany Urodzinku. Obyś zawsze był tak pogodnym, uśmiechniętym chłopakiem, pełnym miłości i zaciekawienia.

czwartek, 12 września 2019

Znam pewnego dwulatka.




Znam pewnego dwulatka, który regularnie zbiera pochwały, że jest niezwykle grzecznym dzieckiem, nie sprawia żadnych problemów w przedszkolu, da się z nim współpracować, jest pogodny i lubiany w grupie. 

Znam też pewnego dwulatka, który świętego wyprowadziłby z równowagi swoimi wiecznymi histeriami, przekorą, uporem i negatywnym nastawieniem.

Znam dwulatka, który jest inteligentny, umie czytać (!), bardzo stara się pisać, komunikuje się pełnymi zdaniami, próbuje liczyć w dwóch językach, śpiewa piosenki, nazywa kolory, naśladuje zwierzątka. Bez problemu można się z nim dogadać.

Znam też dwulatka, który w ciągu całego spotkania nie powie ani jednego słowa podobnego do ludzkiej mowy (poza często powtarzanym "nie"), a czasem pochłonięty zabawą lub, o zgrozo, bajką, tak zapomina o całym świecie, że po prostu nie słyszy, co się do niego mówi.

Znam dwulatka, który je samodzielnie i chętnie, bez problemu korzysta z nocnika, myje zęby, potrafi sam się umyć, uwielbia rytuały związane z wieczorną kąpielą. Sprząta po sobie i gdyby mógł, całymi dniami zmywałby naczynia. Chciałby jak najwięcej robić samodzielnie.

Znam też dwulatka, który zje kromkę lub jabłko, ale tylko wtedy, gdy mu się podzieli na kawałeczki. Kiedy w ogóle wyrazi chęć zjedzenia czegokolwiek, to jest cisza i wielkie święto w domu, bo dziecko je. Nigdy nie wiadomo, co wybije go z rytmu i spowoduje, że odechce mu się jeść. Nie korzysta z nocnika, wpada w rozpacz na sam dźwięk słowa "kąpiel". Możesz zapomnieć o porządku w domu, kiedy on w nim jest.

Znam dwulatka, który jest starszym bratem i uwielbia swojego małego braciszka. Tuli go, głaszcze, całuje, pociesza, gdy maluch jest smutny. Potrafi przywołać mamę, by poinformować ją, że braciszek czegoś potrzebuje. Dzieli się z nim zabawkami. Śmieje się do niego, bo wie, że go to bawi.

Znam też dwulatka, którego zazdrość o młodszego brata od razu rzuca się w oczy. Zabiera mu wszystkie zabawki, ciągle domaga się uwagi mamy, przegania małego, a nawet czasem podnosi na niego rękę. Oczywiście rodzice są czujni i nie dopuszczają do rękoczynów.

Skąd ja znam tych wszystkich dwulatków? Och, wiecie.

To jest jedno i to samo dziecko. 



Mój starszy syn, moja duma i radość, promyk słońca i żywe srebro. Każdego wieczoru, kiedy zasypia - czuję, jak bardzo odpoczywam... Bo co się działo chwilę wcześniej? Szalone chlapanie w łazience. Skakanie po łóżku i całym pokoju. Głośne śpiewanie piosenek. Udawane rozmowy przez telefon. A to nadal opis tego lepszego dnia, bez histerii i protestów o wszystko.

Odważę się na sformułowanie jakiejś opinii o charakterze, osobowości mojego syna może dopiero wtedy, gdy będzie dorosłym facetem szukającym swojej roli w świecie. Może wtedy spróbuję mu podpowiedzieć, jaki widzę w nim potencjał i predyspozycje, jakie cechy swojego fascynującego charakteru mógłby wykorzystać w przyszłej pracy czy innych zajęciach. Wcześniej - nie. Choć i mnie korci, by go oceniać, próbować określić za pomocą pewnych ram. Myślę o nim jako o pogodnym, przebojowym, kontaktowym, ale widziałam go też, gdy był zawstydzony, przestraszony, niechętny. Cenię jego inteligencję i dobry charakter, ale czasem mam wrażenie, że wystarczy go polać wodą, żeby zamienił się w gremlina.

Mówisz, że jest zazdrosny? Ktoś inny powie, że to niesamowite, jaki z niego kochający i opiekuńczy brat.

Mówisz, że jest źle wychowany? Ktoś inny właśnie się zachwyca jego wspaniałymi manierami.

Może wszyscy przestańmy po prostu tak dużo mówić i zachwyćmy się tymi naszymi dziećmi, które są tak zadziwiające, pełne sprzeczności i ludzkie, że trudno je opisać słowami.


wtorek, 12 marca 2019

Siedem odcieni zazdrości, czyli "mieć BRATA!"


Od urodzenia chłoniesz wiedzę o otaczającym Cię świecie. Zimno, ciepło, jasno, ciemno. Jest mama i tata. Kiedy płaczesz, ktoś Cię przytula. Uczysz się jeść, patrzeć, poznajesz nowe słowa i zjawiska. Po domu chodzą koty (też chciałbyś się tak szybko poruszać!), na suficie wisi lampa i czasem świeci. Uczysz się przewracać na brzuszek, potem siadać, stawać, chodzić. Dzień po dniu rośniesz, coraz więcej umiesz, coraz więcej wiesz, coraz więcej znasz słów i pojęć. Aż wreszcie słyszysz, że będziesz mieć brata.

Co to znaczy, mieć brata?

Brat to podobno małe dziecko. Taki mały chłopczyk, jeszcze mniejszy niż Ty. Widziałeś już małych chłopców, ale ten brat ma być w jakiś sposób wyjątkowy. Ma być Twój, nasz, ma zamieszkać razem z nami. Tak jak koty.

Nie wiesz wcale, jak się z tym czujesz. Jeszcze nie miałeś brata.

"A co to?"


Kilka razy byłam pytana, czy przygotowałam Roberta na to, że będzie mieć brata. Przyznam, że za każdym razem dziwiły mnie te pytania. Choć umysł mojego dziecka jest nadal dla mnie wielką zagadką (i pewnie w jakimś stopniu zawsze będzie), jestem dość mocno przekonana, że pojęcie brata przekraczało jeszcze możliwości jego rozumienia. Póki ten brat się nie pojawił, nie miał wielkich, okrągłych oczu i maleńkich rączek, był dla Roberta zupełną abstrakcją.

Starałam się przekazywać mu nowinę w sposób pozytywny i entuzjastyczny, ale uważałam też, by nie przesadzić. Żeby nie było tak, że przygotowuję Roberta na coś wspaniałego, prawdziwy prezent, cudowną atrakcję, a okaże się, że przywiozę małego, czerwonego, płaczącego człowieczka, który nie spełni tych zasianych w Robercie oczekiwań.

Wydaje mi się, że niezwykle ważna była ta pierwsza chwila, pierwsze spotkanie. Pochlebiam sobie, że rozegrałam to bardzo dobrze, choć od razu przyznam, że nie kierowała mną żadna mądrość czy wiedza, a po prostu emocje. Ogrom emocji. Nawet nie intuicja, tylko po prostu miłość do tego mojego dziecka, za którym zdążyłam się tak bardzo stęsknić, kiedy byłam w szpitalu. Na chwilę zostawiłam maluszka rodzinie, żeby się wszyscy pozachwycali nowym człowiekiem, a sama rzuciłam się ściskać mojego starszaka.

Jakoś tak ta chwila określiła nasze relacje w powiększonej rodzinie. Michał jest ważny, kochany, dopieszczony - ale Robert też. Wiele się zmieniło, ale nie miłość i czułość, którą dla niego mam. On o tym wie.

Pierwszą jego reakcją na braciszka było zaciekawienie. Ze sto razy pytał mnie z uśmiechem "a co to?", pokazując paluszkiem na Michała. Nieraz pytania były bardziej szczegółowe - odpowiadałam cierpliwie, że to głowa braciszka, a to nos braciszka, a to nóżka braciszka... Te pytania były tak często, że mąż zaczął w pewnym momencie wyrażać niepokój - czy Robert nie jest w stanie zapamiętać odpowiedzi? Myślę, że ta potrzeba ciągłego słyszenia tych samych odpowiedzi to był sposób Roberta na poradzenie sobie z nową sytuacją.

"Mama, chodź tu!"


Sytuacja jakich setki: ja na łóżku karmię Michała, kołyszę go w ramionach, zajmuję się nim, a tu nagle Robert mnie woła. Robert mnie potrzebuje. Biorę Michała na ręce i siadam obok Roberta. Albo odkładam Michała do łóżeczka, jeśli akurat jest to możliwe.

Trochę trudniej robi się wtedy, gdy trzymam Michała na rękach, a Robert koniecznie chce na kolana.

To domaganie się mojej uwagi to właściwie jedyny albo jeden z nielicznych widocznych objawów zazdrości Roberta o braciszka. Robert nie złości się na niego, nie próbuje być wobec niego agresywny, jest dla niego miły i troskliwy. Nie złości się też na mnie, przynajmniej nie bardziej niż wcześniej.

Zaskakująca prawda jest taka, że dwulatek potrzebuje uwagi mamy znacznie bardziej niż niemowlak. Oczywiście, niemowlaki są różne, tak jak różne są dwuletnie dzieci. Moi chłopcy są akurat dość podobni do siebie, obaj (względnie) spokojni, pogodni i na swój sposób samodzielni. Michał ciągle jeszcze dużo śpi, często też po prostu leży, obserwuje świat swoimi wielkimi oczami i uśmiecha się słodko. Robert w wieku dwóch lat to istny żywioł. Zajmowanie się nim jest bardziej angażujące, wymaga więcej skupienia i aktywności. Myślę też, że moja uwaga jest teraz dla niego szczególnie ważna i bardzo mu potrzebna.

"To moje!"


Bardzo często słyszę te słowa. I wiecie co? Jestem za nie ogromnie wdzięczna Robertowi. 

"To moje!" wyraża nie tylko potrzebę posiadania, ale też decydowania o sobie, np. o swoim ciele. Słyszę zdecydowane, bardzo stanowcze "to moje!" w sytuacjach, gdy Robert stawia mi opór, a ja chcąc nie chcąc muszę ten opór przełamać. Czasem trzeba. Zdjąć zaplamioną bluzę, wcisnąć lekarstwo do niechętnej buzi, przyciąć zbyt długą grzywkę... Bardzo doceniam jego asertywność i mam nadzieję, że nigdy nie zostanie ona złamana.

Jego protest "to moje!" skierowany do braciszka nie jest więc tylko wyrazem zazdrości o zabawkę. To znacznie bardziej złożona kwestia. Robert przekazuje tak naprawdę, że nie chce ustępować. Nie chce rezygnować z siebie i swoich potrzeb, chce zaznaczyć swoją autonomię. Kiedy tylko mogę, pozwalam mu na to.

"Proszę, Misiu"


"To moje", zawołał Robert na widok swojej dawnej grzechotki w rączce Michała. Zapytałam go, czy braciszek może się pobawić jego zabawką. Robert bez wahania położył grzechotkę koło Michała i powiedział "Proszę, Misiu".

Robert przeżywa właśnie ten jeden z najszczęśliwszych okresów w życiu dziecka, kiedy rodzice dosłownie zachwycają się każdym jego słowem :) No, prawie każdym - już ze dwa razy dość dobitnie uświadomił nam, że musimy uważać na to, co przy nim mówimy... Zachwyca mnie jego serdeczność wobec Michała. On o tym wie i pewnie nieraz tym goręcej okazuje swoją czułość braciszkowi, bo spodziewa się, że zostanie za to pochwalony. Nie widzę problemu w tym, jeśli takie są jego motywacje. Na prawdziwą, głęboką więź z bratem przyjdzie jeszcze czas. Teraz budujemy dla niej fundamenty.

"Tuli Misio!"


Tak, przytula go, głaszcze, reaguje natychmiast, kiedy Michał płacze - podbiega do niego i okazuje mu czułość. Naśladuje nas we wszystkim, więc również i w czułych gestach. 

Widzi w Michale członka rodziny. Próbuje się z nim bawić, na przykład zasłania mu oczy i woła "a kuku!". Przybija mu piątkę i bardzo się cieszy, kiedy ich rączki się spotykają. Próbuje zderzyć się z nim czołem - "baran, baran, baran, BUM!". Łaskocze go. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy próbuje wziąć małego na ręce albo poczęstować go swoim jedzeniem. Ale po to my, rodzice jesteśmy w pobliżu, by odpowiednio zareagować.

Doceniamy i chwalimy każdy taki czuły gest z jego strony. Myślę, że to dla niego ważne, żeby dostrzec w tym wszystkim jego. Michał jest malutki i kochany, ale Robert też jest naszym wspaniałym synkiem i do tego fantastycznym starszym bratem.

"Idź! To tu!"


Ta złość też czasem musi się pojawić. Robert jest przecież tylko dwulatkiem. Uczy się emocji, nieraz sobie z nimi nie radzi i potrzebuje pomocy nas, dorosłych, by się z nimi uporać. To naturalne, że jego złe emocje dotykają czasem i brata. Przy czym to tak naprawdę nie jest wcale złość na brata, to jest złość o to, że ja trzymam brata na rękach.

"Tu!", pokazuje paluszkiem na łóżeczko Michała. Mam odłożyć małego i zająć się Robertem. Czy ustępuję? To zależy od sytuacji. Kiedy widzę, że Michał jest spokojny, a Robert bardzo potrzebuje przytulenia, zgadzam się. Dlaczego ustępuję dwulatkowi? Czy nie boję się, że stanie się przez to rozpuszczony i niewychowany? No jakoś nie. Widzicie, Robert nie może wiecznie tracić i być na drugim miejscu dlatego, że jest starszy. Jego młodszy brat może mnie wzywać i potrzebować w każdej chwili, bo jest małym dzieckiem. Robert też jest jeszcze małym dzieckiem.

Najtrudniej było mu zrozumieć, że karmię brata piersią. Do tej pory był jedynym dzieckiem, które karmiłam. Gdybym miała jeszcze raz przygotowywać starsze dziecko na przyjście na świat rodzeństwa (wierzę, że to już się nie zdarzy), zmieniłabym tę jedną rzecz. Przygotowałabym starszaka na to, że mogę karmić przy nim inne dziecko i nie wpływa to źle na naszą więź. Pokazałabym mu to na przykładzie pluszaka albo lalki. Nie wpadłam na ten pomysł wcześniej.

"Nie wolno, Misiu!"


Właściwie Robert bardzo rzadko zabrania czegoś Michałowi. Jedyne, czego nie wolno, to ciągnąć go za włosy. Oczywiście, wcale mu się nie dziwię. Przecież to musi bardzo boleć. 

Domyślam się, że im starsi będą obaj, tym więcej będzie tego "nie wolno!". Michał będzie umiał coraz więcej, jego obecność w przestrzeni życiowej Roberta będzie coraz bardziej znacząca. Pewnie nieraz pokłócą się o zabawkę lub o formę spędzania czasu.

Nie wiem, na ile będę umiała pozwolić im na samodzielne rozwiązywanie konfliktów, czy będę umiała stać z boku i nie ingerować. Jako idealny rodzic, którym byłam przed urodzeniem Roberta, pewnie tak bym zrobiła ;) Rzeczywistość jest jednak inna. Mimo wszystko wierzę, że żaden z nich nigdy nie usłyszy ode mnie: "ustąp mu, bo jest starszy!" czy "ustąp mu, bo jest młodszy!". Będziemy starali się wypracować wspólne rozwiązanie, ale nikt nie będzie już na dzień dobry na wygranej pozycji.


Co to znaczy, mieć brata? Sama tak naprawdę nie wiem, bo nigdy brata nie miałam. Ale myślę, że jest to cudowne doświadczenie :) Jak w każdej relacji, w tej również pojawią się nieraz ciemne chmury, i nawet więcej niż siedem odcieni zazdrości. Wierzę jednak, że poradzimy sobie z każdym z nich :) Najważniejsza jest miłość, zawsze. A tej nigdy moim synom nie braknie.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Młodsze dziecko ma PRZEKICHANE!


Przyznam, że tytuł tego tekstu chodził mi po głowie już od dawna, a dokładnie od połowy grudnia, kiedy mój młodszy synek faktycznie najpierw intensywnie kichał, potem intensywnie kasłał, aż w końcu wylądowaliśmy z nim w szpitalu, bo miał zapalenie płuc. Prawda jest taka, że Robert w jego wieku w ogóle nie chorował. Pamiętam co prawda jakiś katar, na który kupowaliśmy wodę morską, ale to było z pewnością później niż w czwartym tygodniu życia, no i nie aż tak poważne.

Nawiasem mówiąc, praktycznie wszystkie dzieci, które spotkaliśmy na oddziale, były młodszym rodzeństwem. Scenariusz był za każdym razem ten sam: młodsze dziecko złapało chorobę od starszego.

Starsze dziecko, młodsze dziecko...


Przyznam teraz uczciwie, że jednym z powodów, dla których Robert miał być jedynakiem, była świadomość, że młodsze dziecko będzie... no właśnie. Młodsze. Tak jak ja, tak jak mój mąż. Oboje mamy starsze rodzeństwo. Czytaliście może wyniki badań mówiące o tym, jak radzi sobie w życiu młodsze rodzeństwo? Ja czytałam, i potwierdzam na własnym przykładzie. Świadomość, że skazuję jedno z moich dzieci na bycie taką kolejną mną, nie była łatwa do przełknięcia.

Właśnie, jak już mowa o przełykaniu. Ponoć kiedy pierwsze dziecko połknie monetę, lecisz z nim na SOR, żeby zrobili prześwietlenie. Kiedy drugie dziecko połknie monetę, po prostu czekasz, aż wyjdzie z drugiej strony... Ponieważ my z mężem jesteśmy na tyle wyluzowanymi rodzicami, że pewnie nawet przy pierwszym dziecku w ogóle nie zorientowalibyśmy się, że jakaś kasa zniknęła - przyznam, że trochę się obawiałam o nasze hipotetyczne drugie dziecko... Niepotrzebnie, jak się okazało. Michał rozbroił nas oboje, a właściwie wszystkich troje swoją kruchością, delikatnością i niemowlęcością. Jesteśmy nie mniej, a bardziej ostrożni, uważni, staranni. Przecież on jest taki mały!

Dlaczego więc Michał ma przekichane?


Mniej uwagi ze strony mamy.

Bez względu na ogrom mojej miłości i zaangażowania, Michał nigdy nie będzie miał tego, co miał Robert przez pierwsze dwa lata swojego życia. Nie będzie miał mamy na wyłączność. Paradoksalnie, tydzień spędzony w szpitalu z powodu choroby mógł być dla niego jedyną okazją, żeby doświadczyć tej wyłączności. 

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież spędzam z Michałem znacznie więcej czasu w ciągu dnia niż z Robertem. Tym bardziej, że Robert potrafi w dużym stopniu bawić się sam ze sobą, albo bawi się z tatą, a ja mogę w tym czasie tulić małego. Problem w tym, że ja też już jestem inną osobą niż dwa lata temu. 

Przez te dwa lata stopniowo uczyłam się, że mam prawo do odpoczynku, do własnych zainteresowań, do zajmowania się sobą. Po urodzeniu drugiego dziecka ta świadomość nie wyparowała. Teraz, kiedy dziecko śpi, ja nie tulę go godzinami, wpatrując się w piękną bezbronną buźkę - nie! Kiedy tylko zasypia, biegnę do kuchni, by zaparzyć herbatę i korzystam z luksusu cichego pokoju. Jasne, zdarza mi się zawiesić nad łóżeczkiem i wpatrywać się w niego z zachwytem, ale umówmy się, nie jest to częste.

Mniej zdjęć.

OK, to może nie oznacza, że będzie miał z tego tytułu jakoś gorzej w życiu. Ale faktem jest, że robimy Michałowi znacznie mniej zdjęć niż Robertowi, gdy był w jego wieku. Teraz może trochę to się zmienia, bo Michał zaczął bombardować nas swoimi cudownymi bezzębnymi uśmiechami, a my robimy co możemy, by taki uśmiech możliwie dobrze uchwycić. Wcześniej jednak, kiedy był noworodkiem i tak po prostu sobie leżał... Ileż zdjęć można zrobić noworodkowi? Dwuletni Robert w tym samym czasie zachwycał bogatą mimiką i pełnym wachlarzem różnych uśmiechów i spojrzeń. Obaj są przepiękni i kochani, jednak trzeba przyznać, że zdecydowanie więcej zdjęć ma Robert.

Bardziej narażony na infekcje.

To, o czym wspomniałam na samym początku. Kiedy Robert był malutki, nie miał starszego brata, który przynosiłby ze żłobka różne choroby. On sam jest bardzo odporny, ale jego młodszy brat to jeszcze maleństwo. Na szczęście od czasu tamtego feralnego tygodnia w grudniu żaden z nich nie złapał nic poważniejszego niż katar. Jednak ciągle musimy być czujni.

Słabsza, bardziej zmęczona matka.

Ach, moje biedne dziecko! Trafiła mu się matka po trzydziestce, do tego chora i z wiecznie bolącym kręgosłupem... No dobra, nie piszę tego poważnie, niemniej w pewnym stopniu to jest nieuniknione - matka dwójki zawsze będzie starsza i bardziej zmęczona niż ta sama matka z jednym dzieckiem.

Starsze dziecko też ma przekichane!


Robert z kolei doświadczył czegoś, co prawdopodobnie będzie Michałowi oszczędzone - po dwóch latach sielanki jedynaka zobaczył w ramionach swojej mamy inne dziecko. W ciągu następnych dni musiał się przyzwyczaić do tego, że ten mały człowieczek będzie już na stałe obecny w jego życiu.

Wielokrotnie pytano nas o to, czy tłumaczyliśmy Robertowi, że będzie miał brata. Odpowiadaliśmy za każdym razem, że owszem, tłumaczyliśmy, ale na dobrą sprawę Robert wcale nie musiał rozumieć, co to znaczy mieć brata, przecież jeszcze tego nie doświadczył.

Robert jest wspaniałym bratem. Z pewnością jest zazdrosny, jednak nigdy nie wyładowuje złych emocji na Michale. Czasem tylko stanowczo nakazuje mi odłożyć małego do łóżeczka :) Zabiega o moją uwagę, ale jest też bardzo troskliwy wobec brata. Próbuje się też z nim bawić :)

Staram się nie zmuszać go nigdy do tego, by ustępował małemu, ale czasem jest to nieuniknione. Robert jest przecież o wiele bardziej samodzielny. Kiedy obaj domagają się mojej uwagi, nieraz Michał wygrywa ją tylko dlatego, że sam sobie przecież nie poradzi.

Czy to oznacza, że posiadanie rodzeństwa to jakiś kanał?


Absolutnie nie! :) Moi synkowie są jeszcze bardzo mali, ale już teraz widzę, jak wiele im daje to, że mają siebie nawzajem. Jak przyglądają się sobie, zaczepiają się, uśmiechają się do siebie... A to przecież dopiero początek. Już za rok pewnie będą się pięknie bawić ze sobą, a z każdym kolejnym rokiem te zabawy będą stawały się coraz bardziej zaawansowane. Czekają ich cudowne wspólne chwile. Michał zawsze będzie miał kogoś, od kogo będzie mógł się uczyć. Robert zawsze będzie miał kogoś, kto będzie wpatrywał się w niego z podziwem. Niezależnie od tego, jak ułoży się ich życie, żaden z nich nigdy nie będzie naprawdę sam na świecie. Będą mieli siebie nawzajem.

A chorobom się nie damy! :)