Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dorastanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dorastanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2020

Okres




Dziś nie będzie o dzieciach, przynajmniej nie o małych. Będzie o dziewczynie, nastoletniej. A także o dorosłej kobiecie. I o wielu kobietach, które znacie. Możliwe, że nawet nie wiecie, że ten problem ich dotyczy.

Wyobraźcie sobie tę sytuację:
Środek dnia, może wczesne popołudnie. Zima, wszędzie dużo śniegu. Na cmentarzu na jednej z ławek leży dziewczyna, zupełnie sama. Trudno powiedzieć, jak długo tam leży, w końcu wstaje, zakłada plecak i idzie dalej. Nikt do niej nie podszedł, co w sumie do tej pory ciężko mi zrozumieć. Może nikt nie zauważył?

Inna sytuacja, dziewczyna nieco starsza, mniej więcej dwudziestoletnia, leży na przystanku tramwajowym niedaleko biblioteki uniwersyteckiej. Wczesna godzina, a od dziewczyny nie czuć alkoholu, ludzie wolą jednak nie ryzykować. Wsiadają, wysiadają, sprawdzają rozkład jazdy, udają, że jej nie widzą. Wreszcie jedna osoba decyduje się podejść i zapytać, co się dzieje. Jakiś czas później przyjeżdża karetka, zabiera dziewczynę na SOR.

Po latach prawie nie wierzę w opisane tu historie, byłabym skłonna przyjąć, że to mi się przyśniło. O młodzieży gimnazjalnej mówiło się w tym czasie różne rzeczy, mniej dziwi mnie zatem gimnazjalistka z plecakiem, której nikt nie pomógł, niż dwudziestolatka, którą bezrefleksyjnie minęło mnóstwo osób, zanim ktoś zdecydował się zareagować. Pamiętam chłopaka mniej więcej w tym samym wieku, co ja wówczas. Przez dobrych kilka minut siedział na tej samej ławce tuż obok mnie.
Moja własna bierność w tej sytuacji też mnie po latach trochę dziwi, ale myślę, że połączenie słabości, obezwładniającego bólu i zawstydzenia zrobiło swoje. Gdybym jeszcze miała jakąś ciężką chorobę, która wymagałaby poważnego traktowania, pewnie głośno domagałabym się uwagi. Ale wzywać pomocy dlatego, że mam okres?...

Okres.


U niektórych kobiet trwa nie dłużej niż trzy dni.
U innych nawet półtora tygodnia.
Czasem boli tylko przez jeden dzień.
Czasem początek okresu oznacza niemal tydzień bólu, który mogą ukoić tylko silne środki przeciwbólowe.
Krwawienie bywa nieduże, mało kłopotliwe, a bywa i tak, że żadna ilość superchłonnych podpasek nie uchroni cię przed plamą na pościeli.
Dla niektórych kobiet PMS jest gorszy niż sam okres.
Bywamy rozdrażnione, nerwowe, przygnębione, senne, zmienia nam się apetyt.
Czasem nie da się nic przełknąć, bo zbiera na wymioty.
Niektórym z nas bardziej dokucza ból głowy niż ból brzucha.
Jedna kobieta ma miesiączki regularne jak w zegarku, potrafi przewidzieć co do dnia, kiedy dostanie okres. Inna pomimo konsultacji z różnymi specjalistami nie jest w stanie uregulować swojego cyklu. 
Zdarza się, że dolegliwości związane z menstruacją mijają po urodzeniu pierwszego dziecka. Ale nie zawsze tak jest.

Każda z nas miesiączkuje inaczej. Mało tego, nawet ta sama kobieta w jednym miesiącu będzie przechodzić okres bezboleśnie, a w następnym nie da rady podnieść się z łóżka bez solidnej dawki leków przeciwbólowych. Kiedy jeszcze zmagałam się z bolesnymi miesiączkami, nigdy nie wiedziałam, czy w danym miesiącu przydarzy mi sytuacja podobna do tych, które opisałam na początku tekstu.

Pewien ginekolog doradził mi, żebym zaczęła zażywać nospę kilka dni przed spodziewanym okresem. Zrobiłam tak tylko raz. To, co nastąpiło później, wspominam jako najbardziej bolesną miesiączkę w życiu. Nospa nie działała w ogóle, miałam wrażenie, że się na nią uodporniłam.

Inny lekarz polecał mi, żebym w dniu spodziewanej miesiączki na wszelki wypadek nie wychodziła z domu. Nierealne! Uczyłam się, pracowałam, miałabym co miesiąc brać dzień wolnego? Zresztą, po około dwudziestu latach miesiączkowania (wcześnie zaczęłam) nadal nie umiem przewidzieć co do dnia, kiedy pojawi się okres. Mam regularny cykl, ale to zawsze jest plus-minus jeden dzień. Nie wiem, macie podobnie? Kilka osób zdziwiło się, kiedy im o tym powiedziałam, ktoś nawet straszył mnie okropnymi konsekwencjami takiego nieregularnego cyklu dla mojego zdrowia i płodności...

Obecnie nie mam problemu z bólem menstruacyjnym, należę do tych szczęśliwych kobiet, którym przeszło po urodzeniu dziecka. Wiem, że nie zawsze tak jest. Natomiast ciągle zdarzają mi się bardzo obfite krwawienia. Trzydzieści trzy lata, matka, żona i porządna obywatelka, i nadal czasem mam czerwone plamy na prześcieradle. Albo na ubraniu. Walczę z tym, ale nie zawsze mi się udaje.

Wstyd.


No właśnie, czy już Was oburzyłam? Piszę tak otwarcie o czymś, co przecież jest wielkim tabu. Odkąd pamiętam, o miesiączkach nie mówi się głośno ani wprost. Nawet w kobiecym gronie bywa to krępujące, a co dopiero, gdy w towarzystwie jest mężczyzna!

Nie jestem zwolenniczką happeningów z malowaniem obrazów krwią menstruacyjną, nie przeszkadza mi błękitna krew w reklamach podpasek (choć wiem, że niektórych bardzo to irytuje), jednak dziwi mnie, że w dwudziestym pierwszym wieku ten temat nie jest już trochę bardziej oswojony. Przecież dotyczy praktycznie każdej kobiety, każdej nastolatki. Pomyśl, spotykasz dowolną kobietę w wieku rozrodczym i wiesz, że na 90% ona miesiączkuje. Czemu o tym nie rozmawiamy?

Od zawsze byłam uczona, że miesiączka to wstydliwy temat. Używałyśmy z koleżankami setek eufemizmów, przyjeżdżała do nas ciocia czerwonym autobusem, bolał nas brzuch, nie żołądek!, wszystko po to, by nie powiedzieć wprost, że chodzi o okres. W związku z bolesnym miesiączkowaniem bardzo często musiałam się tłumaczyć - czemu nie było mnie w szkole, dlaczego odwołałam spotkanie, czemu przyjechałam później niż się umówiliśmy? Trochę trwało, zanim nauczyłam się mówić, że to przez okres. Przyznam, że w niektórych sytuacjach wolałam, gdy moi rozmówcy pomyśleli, że cierpiałam z powodu kaca, nie z powodu miesiączki!

Teraz nie wyobrażam sobie, żebym miała się tego wstydzić. Jestem kobietą, mam dwóch małych synków, nie jestem w kolejnej ciąży, zatem to dość logiczne, że miesiączkuję. Oczywiście, nie będę obnosić się z krwawymi plamami na odzieży, bo to zwyczajnie nieestetyczne. Ale jeśli otwieram torebkę i wystaje z niej paczka podpasek - to żaden powód do wstydu :)

Kiedyś moi synowie będą spotykać się z dziewczynami. Wierzę, że temat miesiączki nie będzie wprawiał ich w zażenowanie, będą z nim od dawna oswojeni. Już ja się o to postaram :)


Jestem ciekawa, jakie macie przemyślenia w tym temacie?

środa, 12 czerwca 2019

Wystawianie ocen - czy to może wyglądać inaczej?


Teraz, kiedy siadam do pisania tego tekstu, nie mam jeszcze zielonego pojęcia, jak on będzie wyglądać. Wy widzicie już gotową wersję, tymczasem przede mną jest biała, pusta strona. I milion moich myśli: w którą stronę pójdzie ten tekst? O czym odważę się napisać? Czy kogoś nie zranię tymi słowami?

Mamy prawie połowę czerwca. Oceny prawdopodobnie już wystawione, ale może jeszcze gdzieniegdzie trwają ostatnie zaliczenia, rozpaczliwe próby poprawienia końcoworocznego rezultatu. Czas, kiedy dzieci wielu spośród Was biegają od nauczyciela do nauczyciela i pytają: co mogę zrobić na piątkę, co mogę zrobić na szóstkę?...
Proszę pani, brakuje mi jednego punktu do świadectwa z paskiem...

Dobrze pamiętam to bieganie 


Nauczyciele reagowali różnie: od irytacji poprzez głębokie zafrasowanie aż po rozbawienie. Zazwyczaj się zgadzali. Trzeba było opanować dodatkowy materiał, przygotować dodatkową pracę, czasem to była kwestia wzięcia udziału w jakimś konkursie czy wydarzeniu. Prawie zawsze się udawało.

Przy czym ja nie biegałam za nauczycielami dlatego, że brakowało mi jednego punktu do paska. Dla mnie 4,75 to jeszcze nie był wynik na miarę moich ambicji. 

Bałam się złych ocen tak, jak dzisiaj bałabym się... nie wiem, czego. Aresztowania? Ciężkiej choroby? Skalpela? Pamiętam, kiedy dostałam pierwszą trójkę. To była ocena za nieładny charakter pisma. Pamiętam, kiedy dostałam pierwszą jedynkę, była za brak zadania. Pierwszą jedynkę za brak wiedzy dostałam dopiero w liceum. Nie przeszkodziła mi w zdobyciu piątki na koniec roku. Pamiętam i te złe oceny, których nie dostałam, bo wzięłam nauczycieli na litość. To nie było z mojej strony wyrachowane działanie. To był autentyczny strach.

Wiecie, kiedy po raz ostatni zostałam zapytana o ocenę, jaką otrzymałam? To było pod koniec 2010 roku, kiedy po studiach starałam się o moją pierwszą pracę. Prawdopodobnie pytanie i tak padło tylko dlatego, że mój pierwszy pracodawca był profesorem AGH.


Dziesięć świadectw z czerwonym paskiem (nie pamiętam, czy w pierwszej klasie było coś takiego jak pasek) od wielu lat nie ma w moim życiu żadnego znaczenia. Za to do moich nagród książkowych czasem jeszcze zaglądam :)

Dziś czuję się trochę oszukana przez życie. Nigdy nie spełniłam niczyich oczekiwań. Rodzice uważali, że za mało się uczę jak na moje możliwości. Rówieśnicy nie znosili faktu, że mam lepsze oceny od nich, a i tak nie jestem zadowolona. Nauczyciele uważali, że nie zasługuję na moje piątki, bo moje zachowanie jest dalekie od wzorowego. Promotorzy na studiach oczekiwali, że będę wiedziała, jaki temat pracy magisterskiej wybrać, skoro mogę pisać o czymś, co mnie interesuje. Kolejni pracodawcy oczekiwali, że będę pewna siebie, kreatywna, spontaniczna i będę myśleć outside the box, a ja tylko chciałam zasłużyć na kolejną piątkę lub szóstkę. Chyba wszyscy liczyli na to, że mimo bycia tak wkurzającą jednostką, w końcu zostanę kimś wyjątkowym i będzie ze mnie przynajmniej tyle pożytku, że będzie można się pochwalić, że się mnie znało. Nie zostałam nikim wyjątkowym.

Swoje własne oczekiwania też dopiero zaczęłam spełniać. Nawet dzisiaj boję się, że znów zawiodę, znów kogoś rozczaruję.


Coraz częściej słyszę o pomyśle, by zrezygnować w ogóle z ocen w szkole 


To by była dopiero rewolucja! Mam wrażenie, że wszyscy się jej trochę boją. W końcu od lat jesteśmy przyzwyczajeni do systemu ocen. To zawsze tak działało, i choć może ma wady, to jednak wszyscy ukończyliśmy te szkoły z lepszymi lub gorszymi ocenami na świadectwie. To jest coś, co znamy i na co jesteśmy gotowi. Nie jesteśmy gotowi na to, że oceny nagle znikną. 

Ja myślę, że to byłaby świetna zmiana. Oczywiście, nie da się jej wprowadzić z dnia na dzień, ale stopniowo, z rozwagą.
System oceniania w szkole to tak naprawdę to samo, co system kar i nagród. Wiem, piszę oczywistości :) Ale skoro przyznajemy coraz częściej, że można wychować dziecko bez kar, dlaczego nie widzimy szans na szkołę bez jedynek? Jesteśmy przekonani, że uczeń bez bata nad głową się nie nauczy?

Pamiętam, że z niektórych przedmiotów w szkole dość łatwo było dostać piątkę. Trochę to może odbierało tej ocenie prestiż, ale nie sprawiało wcale, że wszyscy przestawali się przykładać. Jeśli nauczyciel potrafił zainteresować uczniów swoją lekcją, nie musiał ich straszyć jedynkami. Jeśli uczeń zaciekawił się danym tematem, nie musiał na każdej lekcji dostawać piątki.
Pamiętam, że kiedyś podeszłam do mojej polonistki i pokazałam jej zadanie domowe - choć stopnie były już wystawione i to zadanie nie miało wpływu na moją ocenę. Pokazałam je nauczycielce, bo byłam zadowolona z tego, co napisałam i chciałam się tym z nią podzielić.

Chciałabym, żeby to zawsze tak działało.

Co zmieniłaby szkoła bez ocen?

  • Uczniowie przestaliby czuć, że muszą być równie dobrzy z wszystkiego. Może łatwiej byłoby im wówczas odkryć, co naprawdę ich interesuje.
  • Uczniowie przestaliby się ścigać o lepsze oceny, szufladkować się wzajemnie na podstawie tego, jakie wyniki osiągają w nauce (tak, to brzmi jak utopia).
  • Uczniowie uczyliby się po to, by zdobyć wiedzę, nie po to, by zdobyć piątkę.
  • Nauczyciele mieliby dużo więcej spokoju.
  • Skończyłyby się czerwcowe pielgrzymki "po lepszą ocenę".
  • Skończyłyby się histerie, bo ktoś dostał jedynkę.
  • Może nawet skończyłoby się ściąganie na sprawdzianach? W końcu nikt nie musiałby tego robić w obawie przed jedynką.
To wszystko brzmi tak, że aż ciężko zachować mi względnie poważny ton. Dla osoby z mojego rocznika, z mojego pokolenia, to brzmi po prostu nierealnie. Zwłaszcza dla mnie, po tym wszystkim, co Wam - w dużym skrócie - opisałam. Ale w zasadzie... nie wiem, czemu to musi być nierealne. 

Za parę lat mój syn będzie chodził do szkoły. Bardzo prawdopodobne, że któregoś dnia wróci do domu i powie: mamo, dostałem czwórkę. Chciałabym wierzyć, że nie zadam wtedy tego strasznego pytania: a czemu nie piątkę? - ale wiem, że mogę tego nie uniknąć. Bo będę chciała dobrze, bo będę chciała mu pomóc, bo będzie mi zależało, żeby opanował cały materiał. Mam nadzieję, że będę umiała mu przekazać, że tu wcale nie chodzi o oceny.

A może ocen już wtedy nie będzie? ;)

Zapraszam do dyskusji!

czwartek, 4 października 2018

Kiedy wół był cielęciem.


Dość długo nosiłam się z zamiarem napisania tego tekstu. Były inne, pilniejsze tematy. Ale wreszcie przyszedł jego czas :)

W szufladzie na strychu przechowuję zdjęcia z mojej pierwszej, nazwijmy to, sesji zdjęciowej. Zrobiłyśmy je pewnego dnia z koleżanką. Miałam wtedy 14 lat. 

Wiecie, rumienię się na widok niektórych z tych zdjęć. Nawet nie dlatego, że jestem na nich w sportowym staniku. W upalne dni zdarzało mi się tak po prostu w nim chodzić, normalnie, do sklepu i na spacer. Albo w górze od bikini. Większe zakłopotanie wywołują we mnie niektóre spojrzenia uchwycone na zdjęciach, jak również nieodparte wrażenie, że patrzę na młodą kobietę świadomą swojego... swojej kobiecości.

Pamiętacie, jak to było, kiedy mieliście czternaście lat?


Ja pamiętam to dobrze. Wspominałam Wam już, że moja pamięć działa w specyficzny sposób :) Ma to swoje zalety i wady. Jedną z zalet jest właśnie to, że pamiętam, jak to jest być dzieckiem, nastolatką, dorastającą osobą. Staram się podtrzymywać w sobie tę pamięć, choć nie jest to łatwe. Łapię się czasem na tym, że zaczynam narzekać na dzisiejszą młodzież, że patrzę na dzieci jak na istoty zdecydowanie mniej rozumne i dojrzałe niż w rzeczywistości. 

Kiedy miałam czternaście lat, uważałam się oczywiście za bardzo mądrą i dojrzałą. To, że ja tak uważałam, chyba nikogo nie dziwi :) Bardziej zastanawiające jest to, że inni też zdawali się tak o mnie myśleć. Choć śmiać mi się chce, kiedy pomyślę o niektórych wygłoszonych przeze mnie wówczas mądrościach, to jednak byli ludzie, którzy słuchali tych mądrości z zupełną powagą i nawet powtarzali je dalej.

Jako czternastolatka byłam prawie tego wzrostu co teraz. Myślałam wówczas, że pewnie już więcej nie urosnę, jednak w liceum przydarzył mi się dość niespodziewany przypływ centymetrów, i to w linii pionowej :) Moja sylwetka zmieniała się wielokrotnie, mam wrażenie, że nieustannie lawirowałam między chudością a pewną pulchnością, choć prawdziwej nadwagi nie miałam chyba nigdy. Co ciekawe, niektóre ubrania z tamtego okresu mam nadal w szafie i nawet zdarza mi się w nich chodzić od czasu do czasu :) Wielokrotnie brano mnie za osobę starszą niż w rzeczywistości. Pamiętam dobrze, że miałam 12 lat, kiedy pierwszy raz zostałam zapytana o to, gdzie studiuję. Dwanaście lat! Teraz, kiedy patrzę na dwunastolatki, widzę w nich małe dziewczynki. I wiecie, bardzo się staram, żeby jednak popatrzeć na nie inaczej.

W wieku czternastu lat byłam o wiele większym niewiniątkiem, niż na to wyglądałam. W mojej ówczesnej świadomości sex appeal nie miał zbyt wiele wspólnego z erotyzmem czy z chęcią uprawiania seksu. Ja chciałam po prostu być ładna i podobać się chłopakom. Zamierzałam pozostać dziewicą do ślubu. Jednak pierwsze pocałunki miałam już za sobą.

Ta dzisiejsza młodzież! Te dzisiejsze dzieci!


Obecnie często mam kontakt z nastolatkami. Nieraz mnie zadziwiają. Szczególnie tym, jacy są bezpośredni w komunikacji z obcymi osobami. Myślę, że mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że ja taka nie byłam, a miałam opinię pyskatej. Nasze pokolenie czuło jednak większy respekt przed dorosłymi. Poza tym szczegółem, nie różnią się jednak od nas za bardzo. Traktują bardzo emocjonalnie sprawy, które dla nas, dorosłych, są błahe. Źle znoszą porażkę, przegrywanie. Popisują się przed rówieśnikami. Używają brzydkich słów. Mają dziwne fryzury i styl ubierania się. Słuchają innej muzyki niż ich rodzice, mają inne sposoby na spędzanie wolnego czasu. Zupełnie jak my w ich wieku.

Łapię się na tym, że patrzę na tych ludzi, ponad dwukrotnie ode mnie młodszych, jak na małe dzieci. Niestety, nie są nimi :) Oni są tacy jak ta młoda kobieta ze zdjęć, które trzymam w szufladzie na strychu. To jakaś cząstka mnie nie może pogodzić się z faktem, że minęło już tyle lat :) Oni właśnie przeżywają swój czas. Pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, pierwsze eksperymenty z alkoholem, pierwsze próby stania się atrakcyjniejszym dla płci przeciwnej. Nie, to nie jest za wcześnie. To jest ten moment.

Każda dzisiejsza młodzież jest taka sama. Zmieniają się tylko trendy, style, powody buntu, sposoby szokowania dorosłych swoim zachowaniem. U źródła jest zawsze to samo: młody dorastający człowiek, który czuje się już dorosły i wierzy, że może żyć po swojemu.

Kiedyś dowiem się, że Robert ma swoją dziewczynę. Prawdziwą, nie koleżankę z przedszkola, której da laurkę na Dzień Kobiet. Dziewczynę, z którą będzie się całował. Pewnie pomyślę wtedy, że to za wcześnie, że przecież to jeszcze mój mały chłopczyk. Potem zrozumiem, że wcale nie jest za wcześnie, że po prostu przyszedł już ten czas.

Matko, pilnuj swoich dzieci!


Skąd w ogóle pomysł, by napisać ten tekst? W czasie, kiedy zaczęłam nad nim pracować, wielu ludzi oskarżało jedną matkę, że nie zdołała upilnować czternastolatka, przez co wydarzyła się tragedia.

Weź tu i upilnuj czternastoletniego faceta.

Przecież taki czternastolatek może już mieć z metr osiemdziesiąt wzrostu, pojawia się u niego zarost. Jak usłyszysz go przez telefon, możesz go pomylić z jego tatą. Ba, w bezpośrednim kontakcie też możesz się pomylić. Pewnie nieraz już został wzięty za dorosłego mężczyznę. Pewnie i nieraz z tego skorzystał.

Dlaczego upieramy się, by widzieć w nim małe dziecko?

Warto rozmawiać z młodymi ludźmi. Uczyć ich ostrożności, rozważnego postępowania. Uczulać na różne niebezpieczeństwa. Ale też trzeba zdać sobie sprawę z tego, że nasze możliwości jako rodziców są już mocno ograniczone. To nie są niemowlęta, które w razie niebezpieczeństwa weźmiemy na ręce i wsadzimy do wózka. To młode kobiety i młodzi mężczyźni, którym nieraz musimy zaufać i wierzyć w ich rozsądek. 

wtorek, 24 lipca 2018

Podróż sentymentalno-próżna, czyli: o moim wyglądzie

Fot. Joanna Schönborn-Tomczak
Kiedy zaczynam pisać ten tekst, zainspirowana publikacjami nieco młodszych koleżanek po fachu, czuję się trochę tak, jakbym znowu była nastolatką. To wówczas wygląd miał dla mnie tak wielkie znaczenie. W pewnym okresie był dla mnie chyba nawet najważniejszy. Szukałam w nim winy za wszystkie moje niepowodzenia. W trudnych chwilach był dla mnie gwoździem do trumny; wydawało mi się, że różne przykrości i nieciekawe sytuacje byłoby łatwiej znieść, gdybym doświadczała ich będąc piękną. 

Nie obwiniam za ten stan rzeczy nikogo, a już na pewno nie moich rodziców, którzy zdecydowanie nie tego dla mnie chcieli. Myślę, że to był po prostu etap w moim życiu, przez który musiałam przejść i bez którego nie byłabym tą osobą, którą jestem teraz.

Ale zacznijmy od początku.

Dawno, dawno temu...


... był taki magiczny czas zwany dzieciństwem, kiedy mój wygląd był dla mnie zupełnie nieistotny. Trwało to nawet całkiem długo, gdzieś do dziesiątego roku życia. Jak wnioskuję ze zdjęć i z zapamiętanych komplementów od różnych osób, byłam raczej ładnym dzieckiem. Sama natomiast nie uważałam się za ładną. W porównaniu z moimi ulubionymi postaciami z bajek i filmów, z piosenkarkami i aktorkami, wydawałam się sobie nijaka i bezbarwna. Ale nie przeszkadzało mi to. Wystarczało mi w zupełności, że potrafiłam sobie wyobrazić, że jestem piękna. Albo, że kiedyś będę. W moich zabawach mogłam być nawet najpiękniejszą osobą na świecie. Więcej nie potrzebowałam.

Nie przeszkadzało mi ani trochę, że moje koleżanki z klasy są ładniejsze ode mnie. Wręcz przeciwnie, bardzo się cieszyłam, że mam w swoim otoczeniu takie śliczne dziewczynki. One były ładniejsze, za to ja dużo łatwiej przyswajałam wiedzę. I ładnie śpiewałam.

Żałuję, że nie byłam w stanie zachować dłużej takiego fajnego podejścia. Niestety, okres dorastania był dla mnie bezlitosny. Zaczęłam czuć się okropnie brzydka, wstrętna, niezgrabna i szarobura. Już nie wystarczała mi wyobraźnia ani pocieszające wizje mojej przyszłej urody. Czułam się złapana w pułapkę bez wyjścia, w potworną pułapkę brzydoty.

Metamorfoza


To było moje wielkie marzenie. Z zapałem śledziłam w książkach i młodzieżowych filmach wątek przemiany brzydkiego kaczątka w śliczną, przebojową łabędzicę. Nawet jeśli w tych historiach było jakieś drugie dno, jakiś głębszy sens, to ja dostrzegałam tylko tyle: nieatrakcyjna dziewczyna staje się ładna (najczęściej dzięki pomocy jakiejś dobrej wróżki), zyskuje popularność, zdobywa chłopaka. Wierzyłam, że gdy będę atrakcyjna, wszystkie moje problemy przestaną istnieć.

W rzeczywistości ta prawdziwa metamorfoza przyszła niepostrzeżenie, jakoś pomiędzy jednym a drugim rokiem w szkolnej ławie, gdzieś na etapie liceum. Wtedy niemal wszystkie niepozorne dotąd dziewczyny niespodziewanie rozkwitały i piękniały, odkrywały, że i one mogą się komuś podobać. Mnie też to nie ominęło. 

Wcześniej jednak miałam również swoje wielkie momenty, chwile i zdarzenia z perspektywy czasu nieistotne, ale bardzo ważne dla nastolatki, którą byłam. Chwile, w których czułam się piękna. Najczęściej były związane ze zmianą fryzury. Na przykład wtedy, kiedy zaczęłam przychodzić do szkoły w rozpuszczonych włosach. Nigdy nie zapomnę, jak na wycieczce szkolnej fotograf, który robił nam pamiątkowe zdjęcie żartował, że za parę lat będą u nas w mieście wybory miss i będzie problem, kogo wybrać. Po czym jako jedną z "kandydatek" wskazał mnie! Mnie, brzydkie kaczątko! To był jeden z takich momentów w życiu dorastającej dziewczynki, który zostaje na zawsze zachowany w pamięci kobiety. Moje śliczne koleżanki pewnie słyszały podobne słowa wielokrotnie. Dla mnie to było nowe, cudowne, niespodziewane przeżycie.

Pamiętam też, jak fryzjerka-cudotwórczyni dokonała na mojej nieujarzmionej grzywie prostego zabiegu cieniowania i wydobyła stamtąd śliczne loczki, o jakich marzyłam. Zmiana była na tyle ogromna, że - jak się dowiedziałam później - jedna osoba z naprawdę bliskiego otoczenia była przez lata przekonana, że zrobiono mi wówczas trwałą ondulację. 


Wiele osób z mojego otoczenia odbierało moje próby stania się atrakcyjniejszą bardzo negatywnie. Byli przyzwyczajeni do nieśmiałej, niepozornej dziewczyny, jaką byłam. Podejmowane przeze mnie zmiany postrzegali jako sztuczne, wymuszone, jako udawanie kogoś, kim nie jestem, jako desperackie próby zwrócenia na siebie uwagi. Jeśli jednak mogłabym poradzić coś młodej, dorastającej dziewczynie, która chciałaby zmienić coś w sobie i obawia się reakcji otoczenia, moja rada brzmi: zrób to! Ci ludzie nie są przypisani Tobie na zawsze. Prędzej czy później trafisz w nowe środowisko i oni zobaczą Ciebie już taką, jaką chcesz im pokazać. 

Inspiracja, role model?


Tak, był ktoś taki w moim życiu. Nie, nie podam nazwiska - jest zbyt mało znane, by mieć dla Was znaczenie, a dla mnie mówienie o tym jest mimo wszystko nadal dość krępujące.

Przez lata przyzwyczaiłam się do myślenia, że to dziwne, szalone, nienormalne i nie świadczy za dobrze o moim zdrowiu psychicznym: tak bardzo fascynować się kimś i wszystkim, co dotyczy tej osoby. Marzyć o tym, by być kimś innym. Szkoda, że nie usłyszałam wówczas w porę, że to jest zupełnie normalne i bardzo częste u młodych ludzi.

Trochę żałuję, że mój czas fascynowania się i inspirowania kimś innym nie przypadł na późniejsze lata, kiedy poznałam różne osoby, które znalazły w takim podejściu swój pomysł na siebie. Na przykład:
- koleżanka, która nigdy nie kryła fascynacji jedną z legend kina, ma wiele gadżetów z jej wizerunkiem, nieraz pozowała do sesji zdjęciowych inspirowanych tą postacią;
- kolega, który odtwarza repertuar i styl wybitnego polskiego wokalisty i robi to po mistrzowsku;
- kolega, który stylizuje się na postać ze znanej gry;
- koleżanka, która nie kryje się ze swoją miłością do postaci z filmów animowanych, które pamiętam z dzieciństwa, sama szyje sobie wspaniałe stroje i regularnie uczestniczy w imprezach dla cosplayerów.

Bardzo podziwiam to, co robią i trochę im zazdroszczę. Dlaczego sama nie pójdę w ich ślady? Bo już od dawna mi nie zależy.
Zrobiłam sobie jakiś czas temu kilka zdjęć, na których wyglądam podobnie do tej osoby, która tak mnie inspirowała przez lata. Nie dlatego, że to było dla mnie ważne, zrobiłam je, bo mogłam. Popatrzyłam później na nie z uśmiechem: jak łatwo spełnia się wielkie marzenia z dzieciństwa i jak błahe się wówczas wydają! Miło było popatrzeć na te zdjęcia, ale nie zmieniły one nic w moim życiu, nie pomogły mi znaleźć fajnej pracy czy pozbyć się problemów, z którymi się wówczas borykałam.

Fot. Sylwia Łęcka
Nawet jeśli w którymś momencie, w międzyczasie niepostrzeżenie stałam się piękna, tak jak zawsze tego chciałam, nie zmieniło to w moim życiu zbyt wiele. Ta piękniejsza wersja mnie też miewa nieraz w życiu pod górkę, też bywa sfrustrowana i smutna, też czasami czuje, że sobie nie radzi. A kiedy coś mi się udaje, kiedy czuję się szczęśliwa, kochana i spełniona, nawet nie przejdzie mi przez myśl: to dlatego, że tak dobrze wyglądam! :)

Obecnie


Może ciężko Wam będzie w to uwierzyć, ale: zupełnie nie ma dla mnie znaczenia, czy jestem uważana za osobę atrakcyjną.

Oczywiście, i ja mam swoje momenty słabości, kiedy czuję się brzydka i jest mi z tego powodu smutno. Jednak na ogół jest mi to zupełnie obojętne.

Dlaczego? Powody są dwa. Po pierwsze, nie ma nic bardziej subiektywnego niż kryteria oceny ludzkiej urody. Oglądałam niedawno pewien konkurs piękności. Uwielbiam je oglądać, lubiłam to nawet w czasach, gdy miałam potworne kompleksy - zawsze sobie tłumaczyłam, że i tak jestem za niska na miss, więc nie ma sensu się porównywać z tymi wysokimi pięknościami ;) No i w tym niedawno oglądanym konkursie nagrodzona została dziewczyna, której nigdy w życiu bym nie wybrała. 

Pomyślałam wówczas, że skoro kryteria jury są dla mnie tak niejasne, to nie mam pojęcia, jak to samo jury oceniłoby moją urodę. Może to, co wydaje mi się niedoskonałe i dyskwalifikujące, byłoby w ich oczach piękne i godne nagrody?

Niby istnieje jakiś w miarę uniwersalny kanon urody: duże oczy, mały nos, usta wąskie, ale pełne, łagodna linia żuchwy. Ale popatrzcie chociażby na Julię Roberts. Nie posiada tych cech, a jednak wielokrotnie zdobywała tytuł Najpiękniejszej Kobiety Świata.

Po drugie - dlaczego nie zależy mi na tym, by być atrakcyjną? Bo uważam, że to byłoby... niesprawiedliwe.

Znacie takie sytuacje, gdy bardzo staracie się, by coś osiągnąć, inwestujecie w to swój czas i pieniądze, a komuś innemu to samo spada z nieba, bez żadnego wysiłku? Dajecie z siebie wszystko, mozolnie pniecie się po kolejnych szczeblach, a ktoś inny wchodzi tylnymi drzwiami i dostaje to samo, a nawet coś lepszego? Ja spotkałam się z tym nieraz, byłam zarówno osobą, która musiała długo na coś pracować, jak i osobą, której coś przychodzi z łatwością - w moim przypadku jest to np. przyswajanie wiedzy. Wiem, że takie sytuacje są trudne i można się wówczas poczuć niesprawiedliwe potraktowanym przez los.

Wiem, jak bardzo niektóre kobiety dbają o swój wygląd. Chodzą regularnie do fryzjera, kosmetyczki, na siłownię, na różne zabiegi. Odmawiają sobie przysmaków, by dbać o linię i o cerę. Inwestują w kosztowne kosmetyki i w ubrania odpowiednie dla ich typu sylwetki. Codziennie malują się starannie przed wyjściem z domu, dbają o fryzurę. Wieczorem stosują całe rytuały, by jak najlepiej zadbać o skórę. Pielęgnacja urody to jeden z ważnych elementów ich życia codziennego.

A ja? Praktycznie w ogóle się nie maluję. U fryzjera byłam ostatnio jeszcze przed urodzeniem Roberta, u kosmetyczki... chyba przed ślubem kościelnym. Słowo "dieta" najchętniej wykreśliłabym ze słownika, nie odmawiam sobie absolutnie niczego poza alkoholem i kawą. Ubrania noszę te same, co kilka lat temu, przecież nadal pasują i jeszcze się nie zużyły. Za bardzo. Moja pielęgnacja skóry polega na tym, że ją myję :) Czasem jeszcze jakiś krem wklepię.

Gdy pozuję do zdjęć, to co innego.

Fot. Marta Szopińska
Czuję wówczas odpowiedzialność, by wraz z fotografem stworzyć możliwie najlepszy obraz. Mam świadomość, że mój niekorzystny wygląd mógłby płynąć bardzo negatywnie na efekt końcowy. Dlatego robię co mogę, by wyglądać jak najlepiej na zdjęciu. Maluję się najlepiej jak potrafię, często też korzystam z pomocy wizażystek, które robią to o wiele lepiej niż ja. Starannie dobieram stylizację. 

Za to na co dzień - włosy spięte lub "na bezdomną", makijaż robiony w samochodzie albo w ogóle, ubranie wygodne i w miarę dostosowane do warunków pogodowych. Oto ja!

Dlatego nie zależy mi na tytule najpiękniejszej i bez żalu oddaję palmę pierwszeństwa osobom, którym się ona bardziej należy.

Ja i tak zawsze będę Królową Piękności - w oczach moich najukochańszych chłopaków! :)

Fot. Joanna Schönborn-Tomczak

Zachęcam gorąco do odwiedzenia stron, na których autorzy zamieszczonych w tym tekście zdjęć prezentują swoje dokonania:

Joanna Schönborn-Tomczak: Przerwa w dostawie deszczu
Marta Szopińska: "Serce w obiektywie"
Sylwia Łęcka: Sylwia Łęcka Photography



wtorek, 27 lutego 2018

Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?

Mam prośbę. Nie komentujcie tego tekstu bez przeczytania go. To bardzo ważny dla mnie wpis i na pewno będę robiła dużo, by dotarł do jak największego grona odbiorców. Ale nawet jeśli trafiliście tu przypadkiem, poświęćcie chwilę na jego przeczytanie. Nie jest aż tak długi ;)

Mam na imię Martyna. Od dziewięciu lat jestem szczęśliwa.

Chociaż bliższa prawdy będę pewnie, gdy napiszę, że już nigdy nie byłam tak nieszczęśliwa jak dziewięć lat temu, równo dziewięć lat temu. Każdy następny dzień był lepszy. Nawet dzień, kiedy byłam oskarżana publicznie o przerażające rzeczy. Nawet dzień, w którym straciłam pracę, wydawałoby się, że idealną dla mnie. Nawet dzień, w którym pod względem zawodowym i finansowym straciłam praktycznie wszystko, co miałam. Nawet dzień, w którym dowiedziałam się, że nikt nie jest w stanie pomóc mi z moją bezpłodnością (haha, tak, był taki dzień!). W każdym z tych dni czułam się tak, jakby zawalił się dach mojego domu. Ale dziewięć lat temu czułam, jakby zawaliły się jego fundamenty.

Kiedyś myślałam o tym, co się wtedy zdarzyło, jako o wypadku. Teraz najczęściej używam słowa zdrada. Bo tak to widzę - zdeptanie czyjegoś zaufania i potraktowanie drugiej osoby jak przedmiot, to w pierwszej kolejności zdrada.

Dlaczego nie napiszę bardziej dosadnie? Mam kilka powodów, ale najważniejszym z nich jest uniwersalność tego, co chciałabym Wam przekazać. Każdy z nas nosi w sobie różne blizny. Niektórzy z Was stracili kogoś kochanego. Niektórzy zmagają się z ciężką chorobą, swoją lub bliskiej osoby. Niektórzy nie mogą mieć czegoś, czego pragną najbardziej na świecie. Niektórzy mają za sobą nieszczęśliwe małżeństwo, inni noszą w sobie jeszcze rany z dzieciństwa. Nie podejmuję się oceniania, kto cierpiał bardziej, czyja tragedia jest gorsza. To, co chcę Wam powiedzieć, jest do Was wszystkich.

I jeszcze - skąd we mnie tyle śmiałości, że chcę przekazywać Wam jakąś mądrość, jakąś wiedzę, jakieś rady? Czy nie mam w sobie pokory? Owszem, mam. Tyle lat różnych doświadczeń nauczyłoby pokory każdego, więc i ze mną się udało :) Mam jednak wrażenie, że nauczyłam się kilku ważnych rzeczy i moim obowiązkiem jest przekazać je dalej, bo może ktoś jeszcze ich potrzebuje. Być może każdy z Was mógłby napisać taki tekst. Ale napisałam go ja.

Czego nauczyłam się przez te dziewięć lat od największej życiowej kraksy?

1. Nikt nie poradzi sobie z tym, co Ci się przydarzyło, lepiej niż Ty.



Nie piszę tego po to, aby zniechęcić Was do zwierzania się, do dzielenia się swoją historią. Broń Boże! Jeśli tylko macie siłę i czujecie potrzebę, by o nich mówić, mówcie głośno! Piszę raczej po to, żeby usprawiedliwić te wszystkie osoby, które nie umiały odpowiednio zareagować.

Kiedy byłam nastolatką, miałam swój życiowy dramat, o którym wspominałam tutaj już raz. W pewnym momencie poczułam potrzebę, żeby podzielić się nim z osobami, które uważałam za bliskie. Spotkało mnie wówczas sporo rozczarowań. Okazało się, że prawie nikt nie potrafił zareagować na moje zwierzenie tak, jak tego oczekiwałam. Dzisiaj, jako osoba dorosła, nie widzę w tym nic dziwnego. Tak po prostu jest.

Ludzie kiepsko sobie radzą z bólem, którego nie czują.

Kiedy będziesz opowiadać innym o tym, co przeżyłaś, trafisz najprawdopodobniej na trzy rodzaje reakcji. Pierwszy: jak to dobrze, że nie mnie to spotkało. Często uzupełniony uzasadnieniem: nie spotkało mnie, bo jestem inna niż Ty, ostrożniejsza, rozsądniejsza. Drugi rodzaj reakcji to: a wierz, zdarzyło mi się/mojej koleżance/komuś coś podobnego, tylko że... i od tej pory rozmawiacie już tylko o tamtej osobie i o tym, co jej się przydarzyło, a wiadoma rzecz, że ona miała o wiele gorzej. Trzeci, najbardziej przykry typ reakcji to negowanie Twoich słów, a wręcz zarzucanie kłamstwa. Przecież to niemożliwe, no już nie rób z niego takiego drania, to taki porządny facet! Może coś źle zrozumiałaś? Może Ci się wydawało? Jesteś pewna? 

Wiesz... To jest bardzo trudne i bolesne, ale te osoby nie mówią tego, by Cię zranić. One najzwyczajniej w świecie nie mają pojęcia, co powiedzieć. A coś powiedzieć trzeba. Te osoby, które negują Twoje doświadczenie, najprawdopodobniej nie są w stanie sobie z nim poradzić. Może świadomość, że coś złego spotkało Ciebie, osobę tak bliską i ważną, jest dla nich zbyt trudna i bronią się przed nią właśnie w ten sposób. Udają, wmawiają sobie, że to na pewno nieprawda, to nie mogło się zdarzyć.

Kiedy zrani Cię czyjaś reakcja, spróbuj zrozumieć, skąd mogła się wziąć? Co jest jej przyczyną? I nie rezygnuj z mówienia o sobie. Ale pociechy, pomocy szukaj nie w czyichś słowach, ale raczej w samym fakcie, że możesz o tym opowiedzieć, że nie musisz dusić tego w sobie. Jeśli natomiast potrzebujesz usłyszeć od kogoś konkretne słowa pocieszenia, poproś o nie! Proszę, powiedz, że to nie moja wina. Proszę, powiedz, że kiedyś to nie będzie tak boleć. Może gdy nakierujesz swoich rozmówców na oczekiwany tor, okaże się, że jednak potrafią z Tobą porozmawiać na ten temat? Przecież to są Twoi bliscy. Zasługują na szansę.

2. Twoje życie się nie kończy. Jeszcze możesz być szczęśliwa.



Już słyszę, jak mówisz: "łatwo powiedzieć!". Tak, łatwo powiedzieć. Tak samo, jak łatwo mi było powiedzieć parze starającej się o dziecko: "nie martwcie się, uda się Wam, nam też się w końcu udało". Nie jestem już tą osobą, która zmagała się z bezpłodnością, tak samo nie jestem już osobą, która zmagała się z traumą. Mówię te słowa łatwo, bez ciężaru emocjonalnego, z coraz słabszą pamięcią o tym, jak się czułam, kiedy dotyczyły one również mnie. Ale mimo wszystko mówi przeze mnie także moje doświadczenie.

Nie wiem, kim jesteś i co przeżywasz. Ale prawdopodobnie masz przed sobą jeszcze wiele lat. Prawdopodobnie nie przeżyłaś jeszcze nawet połowy swojego życia. Naprawdę myślisz, że jedno wydarzenie jest w stanie przyćmić te wszystkie lata i wszystko, co się w ciągu nich wydarzy?

Być może potrzebujesz dużo czasu, by się pozbierać. Może to będzie kilka lat. Może dziesięć. Może więcej. Ale gdy minie ten czas, nadal będziesz mieć życie przed sobą. I okaże się, że słońce nadal wschodzi, jedzenie smakuje, a po ulicy chodzą ludzie, których jeszcze nie poznałaś. To po prostu niemożliwe, żeby już nigdy nie miało Ci się przydarzyć nic dobrego!

Jestem żoną fantastycznego mężczyzny i mamą cudownego dziecka. Jestem zakochana jak nastolatka. Jestem szczęśliwa. Walczyłam o to szczęście, ale też nie robiłam nic niemożliwego, nic szczególnie trudnego, by je osiągnąć. Po prostu żyłam, byłam, kochałam. Nie jestem nikim bardzo wyjątkowym. Nie istnieje żaden powód, dla którego ja miałabym na to zasługiwać, a Ty nie.

Niedawno pisałam bardzo emocjonalną recenzję, w której ze szczególnym oburzeniem odniosłam się do fragmentu książki mówiącego o tym, że nie da się pokonać raka. Bo to nieprawda i kłamstwo. Są ludzie, którzy wygrali z rakiem. Nie wiem, kim jesteś i co przeżywasz, ale jeśli nawet z rakiem można wygrać, to z Twoim cierpieniem też. Ono nie jest nieuleczalne.


3. Związki bez przyszłości powinno się zakończyć jak najszybciej.



Słyszałam to już tyle razy. Ty pewnie też. W różnych sytuacjach, w różnych okolicznościach. Może nawet też zdarzyło Ci się tak powiedzieć. Co za podła kobieta, jak mogła zostawić takiego wspaniałego mężczyznę! Nie mogę jej wybaczyć, że tak go potraktowała (zupełnie jakby to nie była sprawa wyłącznie pomiędzy nimi dwojgiem)! Co za nieszczęście, że ten związek się rozpadł!

Słuchajcie. Co za szczęście, że ten związek się rozpadł!

Wiecie, jaka była alternatywa? Że ten związek by przetrwał. I dwoje ludzi, którzy nie powinni być ze sobą, którzy nie umieją być ze sobą, tkwiliby dalej w przedziwnym układzie, w którym przynajmniej jedna strona nie jest już szczera. Może jeszcze pchnęliby ten kulawy związek na jakiś wyższy etap. Może pojawiłyby się dzieci. Straszna wizja, prawda?

Masz złamane serce i cierpisz, bo zostałaś sama, ale czy wiesz, co Ci groziło? Mogłaś tkwić w związku bez miłości. Z facetem, który nie chce z Tobą być. Który Cię oszukuje, może zdradza, nie szanuje, może nawet stosuje wobec Ciebie przemoc. Albo: z facetem, którego Ty już nie kochasz. Na którego nie możesz patrzeć. Którego wolałabyś zostawić i być z kimś zupełnie innym, ale z jakichś szalonych powodów decydujesz się jednak to ciągnąć.

Tu nie chodzi o to, kto zawinił! Czujesz, że to Ty jesteś tą złą stroną? Zatem zrób najlepszą rzecz, którą możesz zrobić i odejdź.

Facet Cię nie szanuje? Zostaw go! Ty już go nie szanujesz? Zostaw go!

Nie odejdziesz, choć Ci źle, bo boisz się, co ludzie powiedzą? A jeśli znajdą się tacy ludzie, którzy powiedzą "to fantastycznie, że od niego wreszcie odchodzisz", to będzie Ci łatwiej podjąć decyzję? To poszukaj takich ludzi, a reszty po prostu nie słuchaj.

To jest Twoje życie. Nikt nie przeżyje go za Ciebie, więc nikt też nie ma obowiązku wybaczać Ci decyzji, które dotyczą Twojego życia.

4. To, co się stało, nie świadczy o Tobie.



Kiedy byłam jeszcze nastolatką ze wspomnianym wcześniej bagażem doświadczeń, usłyszałam raz w odpowiedzi na moją opowieść:
"Nie możemy być przyjaciółkami, bo jesteśmy od siebie zbyt różne. Ja bym nigdy nie pozwoliła, żeby coś takiego się wydarzyło". 

Nawet mnie to jakoś nie zabolało. Chyba miałam już trochę dystansu do całej tej sprawy, a reakcję koleżanki uznałam za zwyczajnie niemądrą. Ale zapadło mi w pamięć, że wówczas chyba po raz pierwszy ktoś uznał, że coś, co mi się przydarzyło świadczy o tym, jaką ja jestem osobą. Pewnie nie po raz ostatni.

I mnie samej zdarzało się nieraz pomyśleć o sobie, że chyba mam w sobie coś, co sprawia, że przyciągam różne dziwne, niefajne sytuacje. Chyba wiele osób ma gdzieś zakorzeniony taki sposób myślenia. Zupełnie krzywdzący i niesprawiedliwy.

Czy zdarzyło Ci się pomyśleć kiedyś: nie mogę się z nią przyjaźnić, bo ona złamała kiedyś nogę? Albo nie lubię go, bo go okradziono? Czy zdarzyło Ci się pomyśleć, że nie znajdziesz wspólnej płaszczyzny z tym człowiekiem, bo zmarła mu babcia?

Dlaczego jedne wydarzenia z życia nie są traktowane jako podstawa do formułowania ocen i wypowiadania się na temat czyjegoś charakteru czy osobowości, a inne już tak?

Kiedy zdecydowałam, że napiszę ten tekst, zastanawiałam się przez chwilę, czy udzielić w nim jakichś praktycznych rad: jakich sytuacji unikać, na co uważać, kiedy powinna Wam się zapalać ostrzegawcza lampka w głowie. Po czym dotarło do mnie, że wcale tego nie chcę. Nie chcę przekazywać nikomu, że warto żyć jak cień, w wiecznym poczuciu zagrożenia, wiecznie ostrożnie i zachowawczo. Żyjąc w ten sposób wcale nie gwarantujesz sobie, że nic Ci się nigdy nie przydarzy, a przy okazji zamykasz się na wiele ciekawych przeżyć. Robisz sobie więcej krzywdy niż pożytku.

Ten chłopak, którego skreśliłaś, bo w Twoim odczuciu jedno wypowiedziane przez niego zdanie może świadczyć o tym, że lepiej go unikać - mógł być w rzeczywistości rewelacyjnym facetem, może nawet tym jedynym. To miejsce, w które wolałaś nie pójść, mogło być w rzeczywistości miejscem, w którym spotkałoby Cię coś wspaniałego. Ta sytuacja, której na wszelki wypadek wolałaś uniknąć, mogła być punktem wyjścia dla nowego, wyjątkowego rozdziału w Twoim życiu.

5. Co za tabu, do cholery?



No właśnie, co za tabu, do cholery?

Pół życia, a może dłużej słyszę, że o czymś nie wypada mówić. Publicznie albo i w ogóle. Przeważnie dotyczy to kobiet i spraw związanych z płciowością. O seksie oczywiście nie wypada mówić. Pożądanie, orgazm - nie wypada, no skąd, porządna kobieta nie mówi o takich rzeczach. Miesiączka - nie wypada, przecież jak to tak można mówić wprost o tym, że krwawisz co miesiąc jak większość kobiet na świecie? Zresztą o braku miesiączki też nie wypada mówić. O chorobie - nie wypada, przecież to sprawy osobiste. O częściach ciała - nie wypada, o ile są to części ciała przypisane tylko do jednej płci. O bezpłodności - nie wypada. O poronieniach - nie wypada. O doznanej przemocy też oczywiście nie wypada mówić. Całkiem spora rzesza kobiet postanowiła przełamać to tabu w ramach akcji #metoo, ale szybko dostało im się, że to przesada i niedługo nie wolno będzie nawet komplementu powiedzieć.

Ludzie! Nie wypada to łysemu włos z głowy. Nie wypada stały ząb u zdrowego człowieka. 

Czy ja zrobiłam coś złego, żeby mieć się teraz tego wstydzić?

Niech to będzie jasne: bardzo szanuję i popieram prawo do tego, żeby ktoś milczał, jeśli nie chce o czymś mówić. Jeśli nie czuje się na siłach. Jeśli ma swoje powody. Ale wstyd? Ale tabu? Wielkie bzdury i tyle. Wielkie, krzywdzące bzdury.


6. Nie jesteś sama.



Na którymś etapie radzenia sobie z wspomnianą sytuacją, zaczęłam szukać pozytywów w tym zdarzeniu. Jest ich, wbrew pozorom, bardzo dużo. Największym jest niewątpliwie to, że był to dla mnie impuls do zakończenia związku. Ale to nie wszystko, pozytywnych aspektów jest o wiele więcej. Dlatego właśnie mówię, że od dziewięciu lat jestem szczęśliwa.

Nie chcę jednak bawić się tutaj w Pollyannę i zarażać Was moim podejściem. Nie ośmieliłabym się tłumaczyć osobie, która naprawdę cierpi, że powinna się zamiast tego cieszyć, bo jej cierpienie ma też dobre strony. Ale jest jedna dobra rzecz, o której chcę Wam powiedzieć: wspólne doświadczenia zbliżają ludzi.

Ja odkryłam cały nowy świat. Zaczęło się od tego, że sporo czytałam. Oczywiście na interesujący mnie temat. Widziałam tytuł, uznawałam, że to może mnie dotyczyć i czytałam. I odkryłam, jak wiele osób myśli i czuje podobnie jak ja. Odkryłam, że to jest cała rzesza osób podobnych do mnie, dzielących wspólne doświadczenia i przemyślenia. I że to są te osoby, których wcześniej unikałam, bo wydawały mi się dziwne, zbyt głośne, zbyt zasadnicze. Okazało się, że naprawdę wiele nas łączy.

Żałuję trochę, że nie miałam wcześniej takiej wiedzy. Ale cóż, kiedyś musiałam ją zdobyć.

7. Nie oceniaj pochopnie doświadczenia innych osób.



Właśnie, jeśli już mowa o doświadczeniach...
Często zbyt łatwo zakładamy, że jeśli ktoś o czymś nie mówi, to znaczy, że tego nie ma. Albo jeśli podzielimy się z kimś naszym doświadczeniem, to ten ktoś odwzajemni nam się swoją historią. A skąd. Wcale nie musi.

Ja też nieraz robiłam ten błąd. Dwie sytuacje dość mocno dały mi do myślenia. Pierwsza, krótko po rozpadzie mojego związku: spotkanie w gronie kobiet, cztery nieznajome dziewczyny, uczestniczki badania. Miałyśmy rozmawiać czysto teoretycznie o kwestiach bezpieczeństwa, ale dość szybko zaczęłyśmy sięgać po przykłady z własnego życia. Trzy spośród nas. Jedna, pomimo przedłużających się rozmów i atmosfery coraz bardziej zachęcającej do zwierzeń, nie powiedziała o sobie właściwie nic. Czy to możliwe, że ona jedna nie miała żadnej historii w zanadrzu? Czy raczej: nie czuła się na siłach, by o niej opowiedzieć?

Druga sytuacja. Siedzimy sobie przy piwku, ja i moja przyjaciółka ze szkolnej ławy. Ja jej opowiadam w miarę szczegółowo, jak doszło do tego, że byłam z jednym facetem, a teraz jestem z drugim. Kiedy w bardzo oszczędnych słowach zasygnalizowałam, że coś przełomowego wydarzyło się w tamten wieczór 9 lat temu, ona nagle zrobiła dziwną minę i bardzo szybko musiała akurat w tym momencie iść do toalety. Przypadkiem tak się złożyło? Tyle o niej wiedziałam, ale może jednak nie powiedziała mi wszystkiego?

Nie wiesz, co przeżyła druga osoba. Nawet jeśli jesteście ze sobą blisko. Nawet jeśli mówi Ci "wiesz o mnie wszystko", to wcale nie musi mówić prawdy.

8. On też jest czyimś dzieckiem.



Ten punkt może dziwić na tej liście, ale uwierzcie mi, odkąd jestem mamą, tak właśnie na to patrzę.

Ta osoba, która Cię zraniła, która Cię źle potraktowała, też jest czyimś dzieckiem. Jego mama tuliła go z czułością do snu. A może właśnie tej czułości w którymś momencie zabrakło. Pewnie starała się nauczyć go wszystkiego, co ważne. Może czasem ustępowała zbyt łatwo. Może przypadkiem przekazała coś, czego wcale nie chciała przekazać. Może coś było w relacji między rodzicami, co pozwoliło mu uwierzyć w jakąś dziwną wizję bycia w związku. Myślę, że jego rodzice bardzo się starali, by wychować wartościowego człowieka. Myślę, że zrobili mnóstwo świetnej roboty. Nawet idealna matka nie jest w stanie zagwarantować, że jej dziecko nigdy nie zrobi niczego złego. Ja też nie mogę zapewnić, że żadna kobieta nie zapłacze nigdy przez mojego syna. Wiem, że będą płakały. Już teraz tulę te kobiety w moim sercu i przepraszam je, ale mój syn jest i będzie tylko człowiekiem. Popełni błędy. Mam nadzieję, że wyciągnie z nich wnioski i poprawi się, i kiedyś naprawdę uszczęśliwi jakąś kobietę.

Wierzę, że mężczyzna, z którym na kilka lat zetknęło mnie życie, jest dobrym człowiekiem. Tak jak i ja jestem dobrą kobietą, choć zrobiłam w życiu niejedną złą rzecz i niejedną osobę zraniłam. Wierzę, że być może tworzy teraz piękny, szczęśliwy związek z kimś innym. Może ma córeczkę i myśli sobie, że pozabijałby wszystkich, którzy potraktują ją kiedyś tak, jak on potraktował mnie. Myślę, że może być dobrym mężem i ojcem.

Wybaczenie jest najlepszym, co możesz zrobić dla siebie. On może, ale wcale nie musi przejmować się tym, czy mu wybaczyłaś. Ale Ty dzięki temu będziesz mogła ruszyć do przodu. Póki nie wybaczasz, tak naprawdę tkwisz jeszcze w przeszłości.

9. Jeśli to przetrwasz i nie zwariujesz, to już nic Cię nie pokona.



To była tak naprawdę pierwsza rzecz, jakiej się nauczyłam, ale zdecydowałam się zostawić ją praktycznie na koniec, jako pewne podsumowanie.

Może i stwierdzenie, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni jest dość radykalne, ale jednak - doświadczenia sprawiają, że nie tylko nabierasz odporności, ale też przekonujesz się, ile tak naprawdę masz w sobie siły. W komfortowych warunkach tego nie sprawdzisz.

Wspomniałam na początku, że życie nie rozpieszczało mnie także i później. Bywało ciężko. Nawet dwa ostatnie lata, tak cudowne dla mnie, miały swoje dramatyczne momenty. Ale zawsze towarzyszyła mi świadomość, że przecież na słabą nie trafiło. Że może to chwilkę potrwa, ale w końcu i tak sobie poradzę. Przecież już wiem, na ile mnie stać.

10. Skorzystaj z pomocy.



Trochę dziwnie mi umieszczać tu radę, z której sama nie skorzystałam. Ale uważam, że zbrodnią byłoby ją pominąć. Jeśli zmagasz się z trudnym, bolesnym doświadczeniem, poszukaj pomocy psychologa lub psychoterapeuty. Nie lecz się samodzielnie. Nie ryzykuj kontaktu z jakimiś wątpliwej profesji "specjalistami". Poszukaj lekarza.

Ja żałuję, że tego nie zrobiłam. Ale kiedy dojrzałam do takiej decyzji, to już właściwie nie było o czym gadać; żyłam już zupełnie innymi sprawami, ważniejszymi i pilniejszymi.

Nie twierdzę, że na pewno nie poradzisz sobie bez fachowej pomocy. Ale to jest trochę jak samodzielne skręcanie mebli bez żadnej instrukcji. Może się uda, a może okaże się, że jakaś śrubka miała być jednak w innym miejscu. I niby mebel stoi, ale w zupełnie niespodziewanym momencie może się załamać.

No i - czy samodzielnie stwierdzisz, że już na pewno sobie poradziłaś? Mnie zajęło to sporo czasu.

To żadna ujma czy wstyd, korzystać z pomocy, kiedy jej potrzebujesz.

--

Bardzo liczę na to, że podzielicie się ze mną swoimi refleksjami. Zapraszam również na mój fanpage Szczęśliwa Siódemka. Jeśli chcecie, możecie tam do mnie napisać.