Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 listopada 2020

"Elf do zadań specjalnych" Katarzyny Wierzbickiej - kalendarz adwentowy bogaty w treść!

Przyznam, że z wszystkich tegorocznych premier książkowych, na tę czekałam najbardziej. Nie dość, że autorkę znam i cenię jako pisarkę, blogerkę i w ogóle cudowną osobę, to jeszcze tematyka książki jest mi tak bliska! Nie od dzisiaj wiecie, że uwielbiam kalendarze adwentowe. A ta książka to wyjątkowo piękny i bogaty w treść kalendarz adwentowy z 24 opowiadaniami na każdy dzień od początku grudnia do Wigilii Bożego Narodzenia.

Mowa o książce "Elf do zadań specjalnych" autorstwa Katarzyny Wierzbickiej. Mogliście już czytać na moim blogu recenzje dwóch bajek autorstwa Kasi - "O królewiczu, który się odważył" oraz "Zaskroniec i pudel". Nie ukrywam, że uwielbiam jej styl pisania! Najnowsza książka pokazuje, że autorka nie stoi w miejscu i cały czas rozwija się jako świadoma pisarka o wielkiej wyobraźni, która ma czytelnikowi coś ważnego do przekazania.

Oprawa graficzna



Zacznę nietypowo dla mnie - od ilustracji, które wykonała Ulyana Nikitina. Są one po prostu bajeczne! Wspominałam już nieraz, że jestem dość wybredna, gdy chodzi o ilustracje. Te ujęły mnie od pierwszej chwili. Już sama okładka zapowiada wspaniałą zawartość, a w środku jest tylko piękniej! Rysunki są dynamiczne, pełne światła, spójne kolorystycznie, przesycone świąteczną atmosferą, a przy tym nie udziwnione, odwołujące się do najpiękniejszych tradycji ilustratorskich. Elfy i inne postacie mają wyrazistą mimikę i sympatyczne buźki. Jedyne zastrzeżenie, o jakim mogłabym pomyśleć... Mam wrażenie, że ilustracji jest za mało! Choć może wydaje mi się tak dlatego, że czytałam książkę razem z niespełna czteroletnim synkiem, który trochę się niecierpliwił, gdy zbyt długo nie widział kolejnego obrazka :D 


Oprawa graficzna tej pięknej książki to nie tylko duże rysunki odzwierciedlające poszczególne postacie i wydarzenia, ale także mnóstwo przepięknych detali - małe paczuszki z prezentami, oddzielające od siebie poszczególne sceny, gwiazdki i inne ozdoby na początku i na końcu każdego rozdziału. Czcionka jest ładna, duża, przejrzysta. Całość prezentuje się przepięknie.

Treść

Wspomniałam wcześniej, że czytałam książkę z niespełna czteroletnim synkiem. Choć podobała mu się, zapewne doceni ją jeszcze bardziej za jakieś dwa-trzy lata. "Elf do zadań specjalnych" jest bowiem przeznaczony dla dzieci powyżej szóstego roku życia. To nie jest prosta, banalna opowiastka do przeczytania w jeden wieczór - wręcz przeciwnie, kryje w sobie wielowątkową historię z interesującymi postaciami, jak choćby ambitna elfka Lśniąca czy nieśmiały opiekun reniferów, Piastunek. Przypuszczam też, że język autorki i używane przez nią słowa przyczynią się do poszerzenia zasobu słownictwa niejednego młodego czytelnika.

Okładka informuje, że w środku czekają na nas 24 opowiadania, ja jednak nazwałabym je raczej dwudziestoma czterema rozdziałami jednej, rozbudowanej opowieści. Jej głównym bohaterem jest Wiercipiętek, trochę niesforny elf o wielkim sercu, który przez swój szlachetny gest pozbył się w minione święta czarodziejskiego szaliczka zapewniającego mu niewidzialność. Od tej pory musi się bardzo pilnować, gdy odwiedza domy dzieci - może zostać zauważony!

Tymczasem w wiosce Świętego Mikołaja szykują się spore zmiany zapoczątkowane przez Lśniącą, szefową nowego działu wprowadzania innowacji. Zmiany mają sprawić, że tegoroczne święta będą naprawdę idealne, nikt jednak nie przewidział, że w tym samym czasie w wiosce aż zaroi się od nowych przybyszy, trolli i krasnoludków, cokolwiek niezdarnych i niechętnie do siebie nastawionych... A Święty Mikołaj, dobroduszny mistrz sprawiania radości, po raz pierwszy staje przed wielkim dylematem - jaki prezent najbardziej ucieszy jego żonę?


Kasia Wierzbicka po raz kolejny chwyciła mnie za serce napisaną przez siebie historią. Tym razem uczyniła to za sprawą wątku dziewczynki o imieniu Ania, którą odwiedza Wiercipiętek i.... Nie, nie mogę zdradzić Wam szczegółów. Powiem tylko, że spotkałam niejedną taką Anię w czasach, gdy sama byłam dzieckiem. Ja też mam z nią trochę wspólnego. Życzyłabym każdemu takiemu dziecku, by spotkało na swojej drodze Wiercipiętka i inne dobre dusze, które sprawiły, że historia ma radosny finał. Wiem, że nie zawsze tak jest. Kto wie, może "Elf do zadań specjalnych" przemówi do kogoś, kto bardzo tego potrzebuje, i naprawi tę część świata, w której małe dziewczynki płaczą przed snem i marzą o tym, by zniknąć?

A teraz zdradzę Wam mały sekret! Czytajcie książkę po kolei, jak autorka Wam zaleca, od początku do końca - ale na kilka ostatnich stron możecie zajrzeć poza kolejnością. Znajdziecie tam przepisy na pierniczki i gorącą czekoladę! Dzięki nim u nas w domu już wczoraj zrobiło się świątecznie :)


Czy polecam tę książkę? Kochani, mało powiedziane. Moim zdaniem to powinna być pozycja obowiązkowa dla każdego, kto kocha świąteczną atmosferę i przygody w wiosce Świętego Mikołaja.

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa!




poniedziałek, 3 grudnia 2018

Grudniowa magia pomagania - kilka słów o "Brzuszkowym Mikołaju".

Tekst powstał w ramach akcji #blogrudzień2018.


Fot. Kocie Kadry

Duża paczka pieluch - z posiadanego zapasu wybieram te lepsze, w końcu to na prezent. Zapas nawilżanych chusteczek. Wkładki laktacyjne - mam, a chyba nigdy nie użyłam. Czas przejrzeć tę stertę ubranek i zdecydować, które z nich mogę włożyć do paczki, a które będzie nosił mój synek. O, na przykład to body z uroczymi uśmiechniętymi potworkami będzie idealne! Wszyscy lubią potworki oprócz... mnie, więc podarowanie ich innej młodej mamie to dla mnie podwójne zwycięstwo. 
Otwieram mikołajkowe paczki ze słodyczami i zastanawiam się, z których smakołyków zrezygnuję bez żalu. Przeglądam zabawki, kosmetyki.

Moja tegoroczna paczka w ramach "Brzuszkowego Mikołaja" powstanie w oparciu o to, co już mam w domu. Na szczęście mam tego sporo. Kilka dni po porodzie zwyczajnie nie dam rady wybrać się na większe zakupy. Myślę jednak, że obdarowana przeze mnie młoda mama będzie mogła czuć się usatysfakcjonowana :)

Co to jest "Brzuszkowy Mikołaj"?


O tej akcji pisałam już sporo w innych miejscach, przede wszystkim w opisie wydarzenia na FB. Pisali też o niej inni, i to w bardzo pięknych słowach :)

Krótko mówiąc - akcja polega na samodzielnym przygotowaniu mikołajkowej paczki dla młodej, potrzebującej mamy. Stanowi swego rodzaju wyzwanie, daje też jednak mnóstwo satysfakcji i radości zarówno osobie obdarowującej, jak i obdarowywanej. Możecie mi wierzyć na słowo - w zeszłym roku przygotowałam ostatecznie dwie takie paczki :) Nie zapomnę nigdy tej radości, gdy odebrałam od szczęśliwych przyszłych rodziców wiadomości z podziękowaniami oraz zapewnieniami, że w przyszłym roku zrobią to samo dla kogoś innego!

Postanowiłam puścić "Brzuszkowego Mikołaja" w świat. Jeśli wśród kilkudziesięciu osób, które wyrażają zainteresowanie akcją, powstanie choć kilka paczek - to już jest dla mnie wielki sukces. Wiem, że jedna wspaniała, naprawdę bogata paczka już powstała :) Wiem też, że informacja o "Belly Santa Claus" dotarła poza granice naszego kraju i wzbudziła tam pewne zainteresowanie! 

Skąd nazwa? Nie zastanawiałam się nad nią długo. Miała jednoznacznie wskazywać na to, o co chodzi w tej inicjatywie. Dzięki tej nazwie pojawił się też pomysł na zdjęcia, których użyłam do promowania akcji.

Fot. Kocie Kadry


Czy akcja obejmuje tylko mamy będące w ciąży?


Przypuszczam, że ten element opisu może budzić wątpliwości. Nie, nie tylko. Kiedy zaczęłam po raz pierwszy myśleć o akcji, sama byłam w bardzo zaawansowanej ciąży i chodziło mi przede wszystkim o to, by pomagać takim właśnie osobom. Jednak w momencie wysyłania moich paczek jedna z obdarowywanych przeze mnie mam była już po porodzie. Wiedziała już, że dostanie paczkę, cieszyła się ogromnie z jej powodu i naprawdę jej potrzebowała. I co, miałam nagle stwierdzić, że już nieaktualne? :)

Chodzi o mamy, które mają malutkie dzieci - jeszcze w brzuszku lub niedawno urodzone. Osoby, którym taka pomoc się przyda. Tak naprawdę najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że chcecie pomagać i dzielić się mikołajkową radością z innymi :)

Do kogo pójdzie moja paczka?


Mam już wstępnie wybraną osobę. Muszę jeszcze znaleźć sposób, by dostarczyć jej paczkę. Z całą pewnością przyda jej się pomoc - jej maleństwo jest bardzo chore.

Chcę też zapytać moją położną środowiskową, czy zna jakąś potrzebującą mamę w okolicy. Na co dzień ma kontakt z wieloma młodymi mamami. Bardzo prawdopodobne, że będzie mogła mi kogoś polecić.

Jeśli zajrzeliście pod zalinkowany przeze mnie adres wydarzenia, to wiecie, że podałam tam kilka przykładów, gdzie można szukać potrzebujących mam. Najłatwiej - wśród znajomych, przez strony ze zbiórkami internetowymi (np. Siepomaga.pl), można też pytać w Ośrodkach Pomocy Społecznej lub w Domach Samotnej Matki. Jedno jest - niestety - pewne: potrzebujących mam jest w naszym kraju bardzo wiele.

Dlaczego to robię?


Dla siebie. 

Zauważyłam, że osoby zajmujące się pomaganiem innym często odpowiadają w ten sposób na tak postawione pytanie - ale myślę, że podobnie jak ja mówią szczerze. To nie kokieteria ani hipokryzja. Świadomość, że niewielkim kosztem zrobiło się coś dobrego dla innej osoby, to niesamowity zastrzyk pozytywnej energii i dobrych emocji :) Po prostu nie da się nie uśmiechnąć, kiedy wiesz, że ktoś właśnie ma w oczach łzy wzruszenia i szczęścia z powodu prezentu od Ciebie!

Myślę też, że okres świąteczny i w ogóle grudzień sprzyja takim inicjatywom. To nie przypadek, że większość znanych akcji charytatywnych wiąże się z tym miesiącem. W grudniu myślimy o prezentach, o sprawianiu radości, w grudniu każdy z nas jest trochę bardziej bezinteresowny niż zwykle. I bardziej niż na co dzień pamiętamy o tych potrzebujących. Gdzieś w nas żyje tradycja świąteczna - zostawianie pustego miejsca przy stole, by mógł je zająć niespodziewany gość. Gdzieś w nas przetrwało wspomnienie o nieszczęsnej andersenowskiej "Dziewczynce z zapałkami", która przecież mogła żyć, gdyby tylko ktoś w porę wyciągnął do niej pomocną dłoń. Patrzymy na radość naszych dzieci i nawet mimo woli pojawia się myśl o tych dzieciach, które z jakichś przyczyn nie mają tyle szczęścia. Widzimy śnieg za oknem i myślimy o tym, że być może ktoś właśnie marznie...

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze chciałam zostawić swój ślad, zmienić jakąś cząstkę świata wokół siebie. Ta akcja daje mi właśnie taką możliwość. Lubię być widoczna, lubię robić szum wokół siebie. Taka już jestem i mam świadomość, że nie są to wspaniałe cechy. Ale dzięki nim może się wydarzyć coś naprawdę wspaniałego

Pamiętaj: jeśli podoba Ci się akcja, ale z jakichś względów (np. finansowych) nie możesz się do niej przyłączyć - możesz pomóc, przekazując informację dalej! Może kogoś z Twoich znajomych zainteresuje taka forma pomocy.

Na koniec chciałabym podzielić się z Wami wspaniałym artykułem, który ukazał się na blogu Passion Piece. Mam wrażenie, że Natalia opisała to wszystko jeszcze lepiej i składniej, niż ja byłam w stanie!
Przyznam, że już prawie nauczyłam się tego artykułu na pamięć - czytam go sobie czasem na poprawę nastroju, a jestem humorzasta ostatnio ;)
https://passionpiece.com/pl/2018/12/01/akcja-charytatywna-dla-przyszlych-mam-czyli-o-kulisach-brzuszkowego-mikolaja/.

--




Blogrudzień to wspólna akcja blogerek – odpowiednik blogowego kalendarza adwentowego, tyle, że trwa do końca grudnia i ma przerwę świąteczną na 'prawdziwe życie' W trakcie trwania akcji przeczytasz wiele wartościowych wpisów i poznasz masę cudownych kobiet!
W roku 2018 Blogrudzień ponownie zaczyna Ewelina i w swoim Pozytywnym Domu opowie o magii Świąt. 2 grudnia Emilia jako część Zgranego Teamu pokaże nam piękne świąteczne książeczki dla dzieci. 3 grudnia Martyna na swoim blogu Szczęśliwa Siódemka opowie o charytatywnej akcji mikołajkowej. 4 grudnia Wysmakowana Karolina podpowie, co podarować dzieciom na Święta. 5 grudnia Kasia, czyli Tarapatka podpowie, jak nie dać się zwariować w tym całym prezentowym szale. 6 grudnia na blogu Dagmary – dziubdziak.pl poznasz wspaniałe zimowe i świąteczne zabawy. 7 grudnia Blond Pani Domu Mirka opowie o wspomnieniach towarzyszących Świętom. 8 grudnia Agnieszka na agumama.pl przypomni, że czas wstawić bigos 9 grudnia Młodamamma Karolina zainspiruje nas sposobami na piękne zapakowanie świątecznych prezentów.
10 grudnia Młoda Mama Pisze, czyli Sylwia pokaże nam magiczne miejsca, które warto odwiedzić w świąteczno-zimowym okresie. 11 grudnia Małgosia wraz ze swoimi Jaśkowymi Klimatami wprowadzi nas w klimat Świąt pokazując świąteczne ozdoby. 12 grudnia Agnieszka zaprezentuje nam świąteczne DIY na swoim 321startdiy.pl. 13 grudnia Magda M. pokaże, w co ubrać się na Wigilię. 14 grudnia Magda na mumslife.pl pokaże nam tekst pod tytułem "10 dni do świąt, czyli jak to wszystko przygotować, nie zwariować i znaleźć czas dla siebie". 15 grudnia Agata, czyli Beztroska Mama zaprezentuje listę filmów wprowadzających w świąteczny nastrój. 16 grudnia Mama Carla będzie kontynuować filmowy nurt i pokaże świąteczne bajki i filmy dla dzieci. 17 grudnia Asia i jej Humory Zmory przedstawią sposoby na spędzanie Świąt Bożego Narodzenia. 18 grudnia Marta na swoim blogu Dzieciorka pokaże kolejną odsłonę godnych polecenia książeczek dla dzieci ze Świętami w tle. 19 grudnia Ania z kulinarnego bloga Zjem Cię pokaże przepis na kruche ciasteczka na choinkę.
20 grudnia Ania na swoich Kęsach Codzienności pokaże przepis na cudną świąteczną struclę makową. 22 grudnia swój grudniowy temat zaprezentuje Karolina z bloga Małe i duże dziecięce podróże. 23 grudnia Ela z bloga Mama pod prąd opowie o tym, jak dzięki macierzyństwu na nowo odkryła magię Świąt. 29 grudnia Magda z bloga AsertywnaMama.pl zmierzy się z wątpliwościami, czy mamy niemowlaków mogą się wybrać na Sylwestra, 30 grudnia Monika, czyli Mama na Całego podpowie co robić, gdy Twoje nastoletnie dziecko wybiera się na Sylwestra. Zapraszamy, bądźcie z nami!


środa, 27 grudnia 2017

Święta, Święta... I co dalej?


Minęły Święta, te moje ulubione spośród wszystkich dni w roku. Darujcie mi, że nie chcę się za bardzo o nich rozpisywać. To dla mnie bardzo osobiste emocje, połączenie zachwytu, zadowolenia i wzruszenia z odrobiną stresu (czy wszyscy ucieszą się z prezentów?), troski (bo niektórzy z moich bliskich nie mają już na tyle mocnego zdrowia, by w pełni cieszyć się wszystkimi radościami Świąt) i jednak tęsknoty za tymi spośród moich bliskich, z którymi spędzałam każde Święta przez dwadzieścia kilka lat mojego życia. Bez względu na ogrom miłości i życzliwości, jaką otrzymuję od rodziny mojego męża, ta tęsknota zawsze we mnie jest. Na szczęście jutro zobaczymy się z moimi rodzicami :)

Jeśli miałabym się podzielić z Wami jedną świąteczną refleksją... To powiem Wam, że miał rację ksiądz Twardowski, kiedy pisał: "Śpieszmy się kochać ludzi". Tylko że to jeszcze za mało. Pewnie to oczywiste dla każdego, że im bliżsi są dla nas ludzie, tym silniejsze emocje wzbudzają. Czasem te dobre, czasem te złe. Śpieszmy się zatem mieć cierpliwość dla najbliższych. Śpieszmy się ich rozumieć. Śpieszmy się na nich nie denerwować. Pamiętaj, że kiedyś zdenerwujesz się na bliską Ci osobę po raz ostatni. Oby to nie było Wasze ostatnie wspólne wspomnienie.

To własnie chciałam Wam przekazać z okazji Świąt. Teraz pytanie brzmi, co dalej z blogiem? Od ponad miesiąca - choć z małymi przerwami - królowała tutaj tematyka świąteczna. Prezenty, świąteczna dobroczynność, adwentowe kalendarze... Teraz, kiedy jest już po Świętach, czas odpowiedzieć na pytanie:

O czym będę pisać po Świętach?


Piszecie do mnie czasem z prośbą, żebym poruszyła jakiś temat na blogu. Te wiadomości są dla mnie bardzo cenne i jestem skłonna odpowiedzieć pozytywnie na każdą taką prośbę. Dzięki Waszej inicjatywie powstały m.in. takie teksty jak: O pomaganiu, Dzieci, których nie ma, czy Siedem głów, cztery ogony, czyli: jak nie dostać kota, gdy masz w domu koty. Z przyjemnością uwzględniam więc Wasze prośby w moich najbliższych planach na kolejne teksty na blogu. Pamiętajcie o tym i piszcie, co Was interesuje!

Oto wstępna lista tematów, które zamierzam poruszyć w ciągu najbliższych tygodni/miesięcy:

  1. Na pewno pojawią się tutaj pewne podsumowania minionego roku oraz postanowienia noworoczne. Nie ma takiej możliwości, żebym odpuściła taką okazję na napisanie długiego i osobistego tekstu! ;) Nie wiem tylko, kiedy znajdę na to czas, bo nie planuję spędzać Sylwestra przed ekranem komputera. 
  2. Początek roku to także kilka moich osobistych świąt i rocznic, do których na pewno będę chciała się odnieść.
  3. Zamierzam poruszyć temat brzucha po porodzie. Co może być przyczyną tego, że czasem brzuszek nie maleje?
  4. Cukinia w kuchni. Z przyjemnością podam Wam kilka przepisów na ciekawe i smaczne wykorzystanie cukinii. Tym bardziej, że oznacza to, że będę musiała je wypróbować :) Cukinia gości na naszym stole dość często i zawsze z powodzeniem.
  5. Zamierzam zrobić przegląd znanych filmów animowanych i razem z Wami zastanowić się, czy są to na pewno filmy dla dzieci, czy może raczej dla dorosłych?
  6. Planuję w nowym roku zamieszczać na blogu co jakiś czas recenzje książek lub rozważania na temat literatury. Powiedzmy, raz w miesiącu. Przede wszystkim dlatego, że w kwietniu ma się ukazać najnowsza powieść Małgorzaty Musierowicz i po prostu nie ma takiej możliwości, żebym o niej tutaj nie napisała. A nie chciałabym też sprawiać wrażenia, że nie czytam nic oprócz książek Małgorzaty Musierowicz (póki co, jest to jedyna autorka, o której twórczości pisałam, i to aż dwukrotnie). Od stycznia zrobi się tu zatem nieco bardziej literacko.
  7. Mam zamiar napisać TEN tekst. Myślę, że sobie z nim poradzę. Poruszałam już trudne tematy, nawet takie, o których osobiście nie wiem zbyt wiele. Myślę, że to już jest dobry moment.
Osobnym pytaniem pozostaje, czy w przyszłym roku też będę prowadzić Adwentowy Alfabet. Szczerze? Jeszcze nie wiem :) Z jednej strony chciałabym w przyszłym roku zrobić coś innego, z drugiej strony... Adwentowy Alfabet to mój autorski pomysł, zupełnie własny i oryginalny. I cieszył się dużą popularnością. Może warto zrobić sobie z niego mój znak rozpoznawczy?

Cóż, niewątpliwie mam sporo czasu, żeby się nad tym zastanowić :) Póki co, mogę być spokojna, że przez jakieś dwa miesiące nie muszę się martwić brakiem pomysłów na kolejne teksty. 

Zostańcie ze mną w przyszłym roku! Jesteście tu zawsze mile widziani :)





poniedziałek, 18 grudnia 2017

Adwentowy Alfabet 18: R jak Rodzice.

Słuchajcie, nie wiem, jak oni to robią. A jednak robią to co roku.


Jedno z pierwszych skojarzeń, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Świętach w moim rodzinnym domu, to stół zastawiony po brzegi jedzeniem. Dwanaście potraw to był zawsze cel do osiągnięcia! Co prawda w skład tych dwunastu potraw wchodził zazwyczaj też chleb, opłatek i kompot ;) Ale też barszcz, pierogi, karp, kilka rodzajów sałatek, kluski z makiem, kulebiak…

Za każdym razem, rok w rok mama powtarzała: „W tym roku na Święta będą dwa ciasta”. I za każdym razem były dwa. Razy cztery. Bo okazywało się, że nie może być Świąt bez makowca, a w sumie to mamy ochotę na orzechowca, a zostało też trochę sera, więc może i sernik…

Moi rodzice nigdy nie byli bogatymi ludźmi, choć właściwie… są różne rodzaje bogactwa. Z pewnością przygotowanie takiej uczty pochłania za każdym razem mnóstwo składników. Ja przygotowałam ostatnio obiad dla dziewięciu osób, dwie sałatki, dwie tortille, tort i trochę przekąsek – a paragonem za zakupy na tę imprezę mogłabym owinąć się w biodrach :p

Zresztą, zakupy to nie wszystko. Ktoś jeszcze musi zrobić to jedzenie. Przeważnie starałam się przygotowywać świąteczne pyszności razem z mamą, zwłaszcza ciasta i sałatki, ale jednak większość potraw mama robiła sama. I oczywiście, przygotowania nie kończą się na jedzeniu. Dom był zawsze starannie wysprzątany, choinka przystrojona pięknie i artystycznie, a pod choinką leżały starannie zapakowane, wspaniałe prezenty.

Nie wiem, jak oni to robili. A raczej: jak oni to robią, bo robią to nadal, tylko mieszkają teraz tak daleko ode mnie, że bardzo rzadko mogę w tym ich świątecznym czarowaniu uczestniczyć. Marzy mi się, że któregoś roku pojedziemy z mężem i Robertem do nich i spędzimy Wigilię z nimi. Ale to jeszcze nie będzie ten rok. Może następny?

Wigilia u moich rodziców zawsze była bardzo tradycyjna i przepełniona świąteczną, modlitewną atmosferą. Przed rozpoczęciem uroczystej kolacji modliliśmy się dość długo (w czym czasami przeszkadzał niecierpliwy piesek), potem jedna z nas – ja albo moja siostra – czytała fragment Pisma Świętego. Składaliśmy sobie długie i serdeczne życzenia przy łamaniu się opłatkiem. Niczego nie skracaliśmy ani nie przyśpieszaliśmy, choć każde z nas pewnie skrycie czekało na chwilę, kiedy będzie można zacząć jeść te wszystkie pyszności, które już stały na wigilijnym stole.

Podczas kolacji staraliśmy się raczej nie wstawać od stołu, choć ścisłe trzymanie się tej zasady było niemożliwe. Tak jak trzymanie się zasady, że trzeba spróbować każdej potrawy. Zawsze przychodził ten moment, kiedy byliśmy po prostu przejedzeni. Wtedy braliśmy się za rozpakowywanie prezentów.

Potem odpoczywaliśmy, cieszyliśmy się prezentami, śpiewaliśmy kolędy, przeważnie oglądaliśmy jakiś dobry film albo koncert w telewizji. Kładliśmy się spać o wczesnej porze, ale tylko po to, żeby krótko przed północą zebrać się do kościoła na Pasterkę. Nigdy nie zapomnę pierwszego wyjścia na Pasterkę. Miałam jakieś siedem lub osiem lat. W samą Wigilię spadł gęsty, puszysty śnieg. Rynek naszego miasteczka wyglądał jak wyjęty wprost ze świątecznej bajki. 

Najpiękniejsze i najważniejsze w naszych rodzinnych Świętach było to, że spędzaliśmy je razem. Nie brakowało wtedy czasu na rozmowy przy stole, na grę w scrabble albo w karty, na wspólne tworzenie pół żartem, pół serio rankingu najsmaczniejszych ciast... Nawet wspólne oglądanie telewizji miało w Święta jakiś wyjątkowy urok. Kiedy wracam pamięcią do tamtych dawnych Świąt, każda chwila wydaje mi się równie magiczna i warta wspominania.

Podzielicie się swoimi świątecznymi wspomnieniami? ;)

sobota, 9 grudnia 2017

Adwentowy Alfabet 9: I jak Inspiracje.


Grudzień, ach, grudzień :) Każdej nocy wyrywa mnie na chwilę ze snu sygnał przychodzącej wiadomości, bo jak zwykle zapominam wyciszyć dźwięk w telefonie. A zgodziłam się na to, żeby codziennie pewna strona wysyłała do mnie zadania do zrealizowania w czasie Adwentu. Zadanie na dzisiaj to przygotowanie listy prezentów dla najbliższych. Warto pomyśleć o tym wcześniej, żeby nie szukać na ostatnią chwilę. Tym bardziej, że niektóre prezenty wymagają więcej czasu, zwłaszcza jeśli przygotowujemy je własnoręcznie.

Moja lista rzeczy do zrobienia jest dłuższa niż kiedykolwiek. Ciągle przybywa na niej nowych punktów, a choćbym bardzo chciała, nie znikają one w tym samym tempie, ale nieco wolniej. Podjęłam się realizacji wielu zadań. Na niektórych z nich bardzo mi zależy. Już wkrótce pierwsze urodziny Roberta. Z tej okazji robimy duże przyjęcie dla rodziny i przyjaciół. Po raz pierwszy zapraszam do naszego domu aż tylu gości, i to w grudniu, kiedy jest zbyt zimno, żeby posiedzieć w ogrodzie. Czeka mnie mnóstwo przygotowań. Ale nie wyobrażam sobie, żeby mój synek nie miał swojego przyjęcia urodzinowego - nawet jeśli on sam jest jeszcze zbyt malutki, żeby w ogóle wiedzieć, jak fajne są takie przyjęcia :)

Kolejnym punktem na mojej liście rzeczy do zrobienia w grudniu jest sesja zdjęciowa, do której przygotowujemy się z dwiema koleżankami - fotografką i modelką. To będzie sesja o tematyce okołoświątecznej, dlatego musi się odbyć jeszcze przed Świętami. Na razie nie mogę powiedzieć Wam nic więcej, ale z przyjemnością pochwalę się rezultatami!

A przecież muszę jeszcze znaleźć czas na ubranie choinki, na kupienie oraz przygotowanie prezentów świątecznych... I oczywiście, na konsekwentne prowadzenie blogowego odliczania do Świąt. Nie wspominając już o pracy i innych codziennych obowiązkach. A tak naprawdę najważniejsze jest to, by w całym tym zamieszaniu nie zgubić istoty Świąt Bożego Narodzenia i przygotować się do nich nie tylko zewnętrznie, ale przede wszystkim w duchu i w sercu.

Chciałabym dzisiaj podzielić się z Wami kilkoma ciekawymi inspiracjami ze stron, na które zaglądam. Mam nadzieję, że podobnie jak ja znajdziecie na nich pomysły warte wykorzystania oraz przydatne wskazówki, które pomogą Wam przeżyć ten czas w wyjątkowy sposób.
  1. Mama Biznesowa i jej poradnik, jak dzień po dniu przygotować Święta. To jest jeden z kilku blogów, które śledzę regularnie i z wielką przyjemnością. Poradnik pozwala na spokojne, systematyczne rozdzielenie obowiązków i prac na poszczególne dni. Jeśli zastosujecie się do niego, nie będziecie w panice ogarniać wszystkiego na kilka dni przed Świętami :)
  2. Dzieciorka i lista najbardziej nietrafionych prezentów świątecznych. Warto wziąć ją sobie do serca, szczególnie jej pierwszy punkt. Śliczne, puchate zwierzątko może wydawać się cudownym prezentem, ale wraz z nim dajemy komuś obowiązek i odpowiedzialność, a ta osoba wcale nie musi być na to gotowa. Nie jest tajemnicą, że najwięcej zwierząt trafia do schronisk tuż po Świętach. To są właśnie niechciane prezenty. 
  3. Handmade by Taja i jej Grudniownik. Przygotowania do Świąt można uwiecznić w pięknym albumie, który będzie stanowił rodzinną pamiątkę na wiele lat!
  4. Skoro już mowa o pamiątkach... Na blogu Bakusiowo pokazał się nowy wpis o tym, jak bardzo wartościowe są prezenty, które stanowią właśnie taką sentymentalną, wyjątkową pamiątkę. Warto o tym poczytać... i zachwycić się cudownymi zdjęciami, które zdobią ten wpis! Ja po prostu oniemiałam z zachwytu.
  5. Moja kochana Victoria Handmade zrobiła kiedyś pięknego świątecznego skrzata. Jeśli jeszcze go nie widzieliście, szczerze polecam zajrzeć! Kto wie, może i Wy zrobicie podobnego świątecznego cudaka?
  6. Tekstualna i jej grudniowe inspiracje. Czuję się dość zobowiązana wobec Tekstualnej, bo to chyba jej cykliczne listy zainspirowały mnie do stworzenia własnej. Cóż to za inspiracyjne zapętlenie! :) Polecam lekturę tego wpisu, w którym znajdziecie między innymi bardzo ciekawy cover "Last Christmas"
  7. Czy wiecie, że pod hasztagiem #blogrudzień znajdziecie każdego dnia nowy, inspirujący tekst o tematyce okołoświątecznej? Autorem każdego z nich jest inny bloger. Bardzo podoba mi się ta akcja i żałuję, że nie dowiedziałam się o niej na tyle wcześnie, by móc się do niej włączyć. Ale z przyjemnością śledzę teksty powstające w ramach akcji :)
Mam nadzieję, że zajrzycie pod zamieszczone tutaj linki :) Może zostaniecie na dłużej na którymś z tych blogów? 

piątek, 1 grudnia 2017

Adwentowy Alfabet: A jak Adwent ;)


Napiszę krótko, bo czas mnie nagli, a chcę zdążyć jeszcze przed końcem dzisiejszego dnia :) Kocham Adwent! Ten radosny, grudniowy czas oczekiwania, uwieńczony najukochańszymi Świętami, to mój ulubiony czas w roku. Samo czekanie, odliczanie dni, przygotowywanie się do wielkiej tajemnicy Bożego Narodzenia ma w sobie nieopisany, jedyny w swoim rodzaju urok. 

Pamiętam z dzieciństwa dylematy, czy w czasie Adwentu tez powinniśmy być tacy wyciszeni jak w czasie Wielkiego Postu i też odmawiać sobie różnych rzeczy, na przykład tańca. Po wielu rozmowach na ten temat ktoś wreszcie przyznał, że Adwent to radosne oczekiwanie i w związku z tym - tańczyć można :) Pamiętam, że bardzo mnie to ucieszyło. Pamiętam chodzenie na Roraty z lampionami, po każdym spotkaniu było zadanie do wykonania, przykładaliśmy się do tych zadań bardziej niż do szkolnych prac domowych :) W kościele na wielkiej drabinie posadzona była figurka Dzieciątka Jezus. Każdego dnia Dzieciątko było o jeden szczebel niżej.

Pamiętam też dwa kalendarze adwentowe - jeden z ładnym, świątecznym obrazkiem i czekoladowymi figurkami schowanymi w dwudziestu czterech okienkach. Drugi kalendarz był poważniejszy, obrazek przedstawiał stajenkę z Maryją, Józefem i małym Jezuskiem, a pod każdym z okienek kryły się króciutkie teksty, ciekawostki, czasem rysunki dotyczące danego dnia. Oba kalendarze były dla mnie ogromnie atrakcyjne, ten drugi chyba nawet bardziej. Tak bardzo ciekawiło mnie, co będzie w następnym okienku, czego tym razem się dowiem! 

Mimo upływu lat, nadal lubię kalendarze adwentowe ;) Choć wiem, że w modzie na coraz bardziej fantazyjne pudełka z dwudziestoma czterema niespodziankami kryje się pewne niebezpieczeństwo; niebezpieczeństwo spłycenia Adwentu, sprowadzenia go tylko i wyłącznie do kolejnej świetnej okazji na wydanie dużej ilości pieniędzy. 

Chodzi o odliczanie dni do Bożego Narodzenia, tak?
(źródło: Archiwum Allegro)
Czy o to, żeby dać klientom pretekst do wydania pieniędzy?
Ten kalendarz adwentowy Porsche jest wart milion dolarów!

(źródło: luxlux.pl)
A tu sprawa jest prosta - chodzi o to, żeby wygrać!
(źródło: lotto.pl)

Dobrze jednak, że równolegle z modą na drogie, ekskluzywne i nietypowe kalendarze adwentowe, przeznaczone już nie tylko dla dzieci, ale bardziej dla dorosłych - rozwija się też moda na kalendarze adwentowe domowej roboty, stanowiące źródło kreatywnych zabaw i wyzwań dla całej rodziny. Takie kalendarze zawierają najczęściej, oprócz różnego rodzaju słodyczy, także karteczki z zadaniami na każdy dzień. Dzięki zadaniom dorośli i dzieci mogą cudownie przeżyć czas Adwentu i w wyjątkowy sposób przygotować się do Świąt Bożego Narodzenia.

Przykładem kalendarza DIY jest ten zrobiony przez Natalię, autorkę bloga Świat Tomskiego. Zobaczcie sami, jaki jest piękny :) 
Każdego dnia dzieci otrzymują kolejne zadanie. Dzisiaj miały napisać lub narysować list do Świętego Mikołaja! Ciekawe, jak im poszło :) 

Dlaczego ja nigdy nie zrobiłam swojego kalendarza adwentowego? Chyba obawiałam się, że będzie za mało idealny ;) Ale jestem przekonana, że podejmę wyzwanie w przyszłym roku!

A póki co... zapraszam do wspólnego odliczania dni do Świąt!


Codziennie na moim fanpage'u pojawi się krótki tekst i obrazek. Czasem będzie mu towarzyszyć dłuższy tekst na blogu - ale nie zawsze. Każdemu tekstowi będzie patronować kolejna litera alfabetu - tym sposobem będziemy mieć podwójne odliczanie, adwentowe i alfabetyczne!

Jeśli jeszcze nie obserwujecie mojego fanpage'a - zachęcam do tego. Obiecuję, że codziennie będzie tam czekała na Was miła niespodzianka lub ciekawostka :) Mam też nadzieję, że pomożecie mi w wymyślaniu słów na kolejne litery alfabetu.

Na koniec polecam Waszej uwadze również inne piękne kalendarze adwentowe DIY:
Może znacie jeszcze inne oryginalne kalendarze adwentowe? Podzielcie się!

poniedziałek, 20 listopada 2017

O pomaganiu.


Może nie powinnam o tym pisać, ale - mam takie jedno marzenie. Właściwie to nawet postanowienie. Zaczęłam o nim myśleć już prawie rok temu, kiedy byłam w bardzo zaawansowanej ciąży. Byłam pełna obaw, niepewna nawet tego, kiedy to moje dziecko dokładnie się urodzi, bo zdecydowanie nie śpieszyło mu się na ten świat. Nasza przyszłość jawiła się przede mną jako wielka niewiadoma. Czułam też niemało żalu, bo nie wszystko potoczyło się tak, jak byśmy tego chcieli. Tymczasem zbliżały się Mikołajki. Pomyślałam sobie wtedy, że gdyby role się odwróciły i gdybym sama znała jakąś młodą kobietę w zaawansowanej ciąży i miała możliwości, żeby coś dla niej zrobić, jakoś pomóc w tym szczególnym czasie, to zrobiłabym to. Myśl zmieniła się w postanowienie. Choć nadal nie czuję się bogata ani ustawiona, a wydarzenia ostatnich miesięcy dość zagmatwały nam życie, w dalszym ciągu myślę o moim postanowieniu i mam nadzieję, że uda mi się je zrealizować. Przecież nie trzeba mieć bardzo dużo, żeby móc się podzielić z kimś potrzebującym.

Jeśli znacie jakąś osobę, której mogłabym pomóc, to dajcie mi znać - ale uczciwie informuję, że pomogę tylko jednej :)

Dlaczego warto pomagać?


Nie chcę w tym miejscu moralizować ani odwoływać się do jakichś wyższych uczuć. Napiszę tylko, że pomaganie daje ogromną radość. Zarówno obdarowywanemu, jak i temu, kto pomaga. Pisałam niedawno o prezentach i o tym, ile radości niesie ze sobą dawanie prezentów bliskim osobom. Otóż, dawanie prezentów nieznajomym osobom jest w pewnym sensie jeszcze lepsze. Jest bardziej wyjątkowe, nietypowe, odświętne. Przecież tak naprawdę codziennie dbasz o to, żeby w jakiś sposób, choćby dobrym słowem, obdarować swoich najbliższych. Tymczasem znacznie rzadziej, może tylko raz do roku skupiasz się na tym, żeby przynieść radość, komfort, poczucie bezpieczeństwa - komuś, kogo może nawet nie zdarzyło Ci się osobiście spotkać. To jest tak wyjątkowa, magiczna, świąteczna radość, którą ciężko opisać słowami! A jak bardzo musi się cieszyć tak obdarowana osoba, która może nawet nie spodziewa się pomocy? Masz szansę dać komuś niezapomniane Święta, zupełnie jak z bajki o Świętym Mikołaju :) 

Oczywiście wiadomo, że nie da się pomóc każdemu, a potrzebujących nie brakuje. Chciałabym napisać Wam dzisiaj o kilku akcjach, w których warto wziąć udział. Niektóre z nich wymagają naprawdę minimalnego wkładu, więc nawet jeśli posiadasz bardzo mało, nadal możesz komuś pomóc!

Szlachetna Paczka.



W tej akcji brałam udział już kilka razy, kiedyś angażowałam się też trochę w jej promowanie. Teraz z przyjemnością obserwuję, jak bardzo się rozwinęła i jak wiele osób bierze w niej udział :) Zasady są proste - wybierasz z bazy rodzin objętych programem tę rodzinę, dla której przygotowujesz paczkę. W bazie znajdziesz opis rodziny (bez danych osobowych), jej sytuacji i jej potrzeb. Jeśli decydujesz się na zrobienie paczki, musisz rozważyć, na co Cię stać i jakiej rodzinie chcesz pomóc, jakie potrzeby chcesz zaspokoić. Zresztą, samodzielne przygotowanie paczki może być dla Ciebie dość dużym wydatkiem, warto dogadać się z kilkoma innymi osobami i podzielić koszty między siebie.

Przygotowaną paczkę zawozisz do magazynu, a stamtąd wolontariusze dostarczą ją do wybranej przez Ciebie rodziny. Choć nie zobaczysz osobiście, jak obdarowane przez Ciebie osoby zareagują na paczkę, na pewno możesz liczyć na relację wolontariusza :)

Co mogę jeszcze dodać? Jeśli decydujesz się na przygotowanie Szlachetnej Paczki, masz szansę na najprzyjemniejsze zakupy w życiu :) Tak właśnie wspominam każdą moją przygodę z Paczką. Wchodzisz do sklepu i buszujesz między stoiskami bez wyrzutów sumienia, bez poczucia, że to może za dużo, za drogo - a ostatecznie i tak to wszystko jest po to, żeby sprawić radość komuś potrzebującemu :)

Więcej na temat Szlachetnej Paczki: 

DobryKlik.



DobryKlik to bardzo prosta akcja, w której możesz brać udział codziennie. Wystarczy każdego dnia wejść na stronę dobryklik.pl i kliknąć w dowolną białą cegiełkę. Kliknięcie powoduje odsłonięcie fragmentu obrazka, a także - co ważniejsze - dodaje 10 groszy do zebranej kwoty. Kiedy obrazek będzie odsłonięty w całości, będzie to oznaczało, że zbiórka jest ukończona. 

Można zrobić coś więcej niż tylko codzienne klikanie. Strona oferuje dodatkową możliwość. Możesz wpłacić dowolną kwotę na cel zbiórki. To Ty decydujesz, czy wpłata będzie anonimowa, czy też opatrzysz ją swoim podpisem i słowami wsparcia, które możesz dołączyć.

Aktualna zbiórka prowadzona jest na rzecz malutkiej Lenki, która urodziła się bez jednego oczka. Kwota 5000 zł ma pokryć koszt operacji wszczepienia ekspanderów w pusty oczodół. Brak oka powoduje ucisk na mózg i może prowadzić do nieodwracalnych zmian, a nawet do śmierci. Operacja jest konieczna, by ratować zdrowie i życie dziewczynki.

Kiedy ostatnio odsłaniałam cegiełkę, uzbierana kwota wynosiła 1486,10 zł, czyli 29% kwoty docelowej. To zarazem dużo i mało. Z pewnością im więcej osób włączy się w klikanie, tym szybciej zbiórka będzie zakończona.

Do tej pory DobryKlik przeprowadził pomyślnie aż 60 zbiórek. Na ich stronie można poczytać o celach tych zbiórek oraz o zgromadzonych kwotach.

Miłośnicy zwierząt mogą uczestniczyć również w akcjach PsiKlik oraz KociKlik. Działają one na identycznej zasadzie jak DobryKlik. W ramach akcji PsiKlik prowadzona jest akcja na rzecz ratowania życia malutkiej suni Bojki, która prawdopodobnie choruje na nosówkę. KociKlik natomiast zbiera pieniądze na pomoc dla Hummusa, kociaka z uszkodzonym rdzeniem kręgowym.

Więcej na temat akcji:
http://www.dobryklik.pl
http://www.psiklik.pl
http://www.kociklik.pl

Pusta Miska.


Jeśli leży Ci na sercu los zwierząt, bez trudu znajdziesz i inne akcje, dzięki którym możesz pomóc tym naszym najbardziej bezbronnym przyjaciołom. Na przykład Pusta Miska. Działa na podobnej zasadzie jak DobryKlik. Każdego dnia możesz wejść na stronę i napełnić miskę potrzebującego psiaka. W ramach akcji możesz również przygarnąć psa lub kota ze schroniska czy też zaopiekować się wybranym zwierzakiem wirtualnie. 

Tego typu inicjatyw jest sporo, szczególnie w okolicy Świąt. Kliknięcie nie kosztuje nic, co najwyżej zajmie Ci trochę czasu, a może stanowić naprawdę wymierną pomoc dla wielu potrzebujących istot.

Więcej na temat Pustej Miski:

Możesz pomagać na wiele sposobów.


Możesz korzystać z internetowych akcji takich jak te wyżej opisane. Możesz kupować na charytatywnych kiermaszach. Możesz obejrzeć świąteczny blok reklamowy w telewizji, na pewno w tym roku też będzie taka możliwość. Dochód z takiego bloku reklamowego przeznaczony jest na cele charytatywne. Możesz oddać potrzebującym ubrania, których już nie używasz, w ramach jednej z wielu zbiórek tego typu. Możesz też zanieść je po prostu do kontenera na rzeczy używane, na pewno masz taki w okolicy.

Nawet jeśli posiadasz niewiele, każdego dnia masz możliwość, by bez wielkiego wysiłku wspomóc kogoś, kto posiada jeszcze mniej. I to jest piękne.

Może znasz jeszcze inne inicjatywy, o których warto wspomnieć?

środa, 15 listopada 2017

O prezentach.

Kiedy dowiedziałam się, że Robert ma urodzić się na przełomie listopada i grudnia, jedną z moich pierwszych myśli było: "to jest ten czas, kiedy w sklepach pojawiają się świąteczne prezenty!". Bardzo się ucieszyłam z tego powodu, bo to oznaczało, że nigdy nie będę miała kłopotu ze znalezieniem pięknego prezentu na urodziny mojego synka. 

Niedługo będziemy świętować te urodziny po raz pierwszy. Już teraz zastanawiam się, jak zorganizujemy przyjęcie, jaki podam tort i oczywiście, jakie będą prezenty.


W sklepach już Święta...


Mam ogromną słabość do okresu przedświątecznego i do prezentów - tych od Świętego Mikołaja i tych znalezionych pod choinką :) Kojarzą mi się z dzieciństwem, z magią, z baśniami, które do tej pory uwielbiam. Nie pamiętam, kiedy zorientowałam się, że Mikołaj wcale nie zakrada się wieczorem do naszego domu, że to rodzice przynoszą prezenty - ale wydaje mi się, że to odkrycie nie było dla mnie w żaden sposób trudne czy przykre, po prostu od tego momentu trochę zmieniły się zasady gry. Od tej pory ja i moja siostra bawiłyśmy się w Świętego Mikołaja razem z rodzicami. I to też miało w sobie urok i prawdziwie świąteczną magię.

Pamiętam wiele cudownych świątecznych prezentów z dzieciństwa, ale kiedy próbuję pomyśleć o najlepszym, najbardziej wyjątkowym i niezapomnianym, do głowy przychodzi mi zawsze Barbie Syrenka. Nie pamiętam, ile miałam lat, kiedy ją dostałam, ale zdaje się, że byłam jeszcze w przedszkolu. Zobaczyłam reklamę telewizyjną Barbie Syrenki i od tamtej chwili marzyłam o takiej lalce. Tym bardziej, że uwielbiałam syrenki. Do tej pory pamiętam ogromną radość, jaką czułam, gdy pod choinką znalazłam przepiękną lalkę, prawdziwą Barbie z migoczącymi włosami, złocistą opalenizną i cudownym rybim ogonem! Do tego okazało się, że ogon syreni bardzo łatwo zdjąć, a pod spodem lalka ma nogi jak każda inna lalka, mogła więc brać udział we wszystkich naszych zabawach dla innych lalek z nogami :) Miała też śliczny złoty dwuczęściowy kostium kąpielowy oraz naszyjnik z gwiazdkami i kotwicą. Nie myślałam w ogóle o tym, że nie jest podobna do Barbie Syrenki z reklamy. Była najpiękniejszą syrenką, jaką mogłam sobie wyobrazić. 

Jej tajemnicę odkryłam przypadkiem jakiś czas później, gdy w moje ręce wpadł jakiś katalog z najnowszymi lalkami Barbie. Z pewnym zaskoczeniem znalazłam w nim moją Syrenkę, która jednak nie miała rybiego ogona. Siedziała sobie na jakimś leżaczku w swoim dwuczęściowym kostiumie kąpielowym, a podpis pod obrazkiem głosił, że jest to Słoneczna Barbie.

Mama opowiedziała mi wówczas, jak bezskutecznie szukała w sklepach mojej wymarzonej Syrenki i nigdzie jej nie znalazła, dlatego kupiła śliczną Słoneczną Barbie, po czym własnoręcznie, po kryjomu, po nocach uszyła dla niej syreni ogon. Uszyła. W czasach, gdy nie było powszechnie dostępnego Internetu, gdzie na pewno można znaleźć wzory, jak taki ogon uszyć. Mama musiała zaprojektować samodzielnie ten ogon i uszyć go tak dyskretnie, żebym się nie zorientowała. Wszystko po to, żeby spełnić marzenie swojego dziecka.

Chciałabym zdementować teraz pogląd, z którym spotkałam się niedawno w jednej dyskusji o prezentach - że dziecko nie ucieszy się, gdy dostanie nie to, co chciało, ale coś podobnego. Dla mnie moja lalka stała się jeszcze cenniejsza, gdy dowiedziałam się, że nie jest prawdziwą Syrenką i poznałam jej wyjątkową historię. Do tej pory czerpię z lekcji, jaką wówczas dostałam - że jeśli bardzo Ci na czymś zależy, a okoliczności nie sprzyjają, to i tak możesz zrobić wszystko, by spełnić swoje marzenia (lub marzenia ukochanej osoby). Oraz, że czasami dostaniesz od życia nie to, co dokładnie sobie wymarzyłaś, ale coś jeszcze lepszego. Moja Słoneczna Barbie była moją ulubioną lalką jeszcze przez wiele lat, tak długo, jak długo bawiłam się lalkami. Zawsze będzie jedną z ważniejszych bohaterek mojego dzieciństwa.

Lubię dostawać prezenty, ale jeszcze bardziej lubię je dawać.


Jakoś tak wyszło, że kiedy sięgam pamięcią wstecz i próbuję sobie przypomnieć, co dostałam na ostatnie urodziny, co pod choinkę, co z okazji rocznicy - to nie zawsze pamiętam, co to było. Natomiast praktycznie zawsze bez trudu potrafię sobie przypomnieć, co sama dałam w prezencie. Nawet jeśli minęło już parę lat. Uwielbiam całą tę magię związaną z obdarowywaniem kogoś, zastanawianiem się, co sprawiłoby tej osobie radość, szukaniem inspiracji... Każdy prezent ma swoją historię, którą znam tylko ja. Ta historia, to wspomnienie jest dla mnie jako obdarowującej najlepszą nagrodą - na równi z radością obdarowywanej osoby.


Jeśli chodzi o mnie samą, to wciąż jakoś tkwię we wspomnieniach związanych z prezentami-niespodziankami, które dostawałam jako dziecko. I gdzieś w głębi serca czekam na niespodziankę, która ucieszy mnie tak bardzo, jak tamte prezenty sprzed lat. Dlatego nie lubię mówić, co chciałabym dostać. Co wiąże się z tym, że - wybaczcie, Kochani - dość często zdarza mi się dostać nietrafiony prezent. Broń Boże, nie jestem jakąś strasznie wymagającą osobą. Znam tylko jedną kategorię nietrafionych prezentów: prezent, który nie jest dla mnie. Czyli np. prezent, którego ktoś sobie zażyczył w moim imieniu. Albo prezent, do którego ktoś chciał mnie przekonać, mimo mojej jednoznacznej opinii na jego temat. Albo prezent, który spodobał się ofiarującemu tak bardzo, że został kupiony bez chwili refleksji, czy ja w ogóle lubię takie rzeczy i czy choć raz z niego skorzystam. Klasyczny przykład - kolczyki dla osoby, która nie ma przebitych uszu. Albo paczka rodzynek w czekoladzie dla kogoś, kto nie znosi rodzynek. Znalazłabym więcej takich przykładów, ale boję się, że ktoś się na mnie obrazi ;)

Jest jedna, uniwersalna recepta na udany prezent: pomyśl o osobie, którą chcesz obdarować. Zastanów się, co lubi, czego potrzebuje, może mówiła o czymś, co jej się marzy? Posłuchaj jej, zastanów się, jaką jest osobą, co sprawiłoby jej radość. Oczywiście, nadal możesz trafić kulą w płot, ale jeśli naprawdę skupisz się na tej osobie i jej potrzebach, masz dużą szansę na ujrzenie szczerej radości na czyjejś twarzy :)

Udany prezent nie musi być idealnie trafiony. Pamiętam, jak w zeszłym roku z okazji Świąt mój mąż dostał od bliskiej osoby z rodziny płytę z kolędami, na której były również kolędy w wersji karaoke. Jestem przekonana, że ta osoba kupiła płytę z myślą o moim mężu, mając na uwadze, że lubi on karaoke. I nie miało wcale znaczenia, że on raczej woli pośpiewać na imprezie pełnej ludzi niż odtwarzać sobie kolędy z płyty w domu. Najważniejsze było to, że ta osoba zrobiła wszystko, co mogła, by sprawić mu radość.

Najbardziej udany prezent, jaki dostałam jako dorosła osoba? Chyba czerwona sukienka, którą dostałam od mojego męża, który był wówczas moim chłopakiem. Bez okazji, po prostu dlatego, że mi się podobała. Nie była bardzo droga, bo przeceniona, ale na tyle droga, by kupienie jej było pewnym luksusem, na który raczej nie mogłam sobie pozwolić. Jego gest sprawił mi ogromną radość, a sukienkę z przyjemnością noszę do tej pory.

Najbardziej udany prezent, jaki sama komuś dałam? Było wiele takich prezentów, z których jestem zadowolona, ale jakoś szczególnie ciepło myślę o pięknym parasolu, który dałam przyjaciółce krótko po tym, jak urodziła dziecko. Zależało mi na tym, żeby dać jej coś, co będzie tylko dla niej, dla niej jako kobiety, nie tylko jako mamy niemowlaka. Wyobraziłam ją sobie, jak chodzi na spacery i nosi ze sobą ten piękny parasol. Mam nadzieję, że dał jej dużo radości.

No dobrze, ale jaki prezent będzie najlepszy na pierwsze urodziny?


Wspomniałam na początku, że już wkrótce - za miesiąc! - będziemy świętować pierwsze urodziny Roberta. Na pewno wiele osób, które go kochają, będzie chciało dać mu z tej okazji jakiś piękny prezent. Co będzie najlepszym prezentem dla rocznego dziecka?

Mogę w tym miejscu powtórzyć za Asią, autorką bloga Matka jest tylko jedna, że najlepsze prezenty na roczek są bardziej dla rodziców niż dla dzieci. Kiedy patrzę na mojego prawie rocznego Roberta, mam wrażenie, że on niczego nie potrzebuje. Równie atrakcyjną zabawką jest dla niego kolorowa grzechotka, jak i plastikowa miska lub kawałek sznurka. Za to rodzice rocznego dziecka zawsze potrzebują wielu rzeczy. Dziecko wyrasta z ubrań, z fotelika, różne rzeczy się zużywają i potrzebne są nowe. O tak, rodzice rocznego dziecka wiecznie czegoś potrzebują.

Wymyśliłam sobie, że póki mam jeszcze decydujące zdanie w kwestii prezentów dla mojego dziecka (za parę lat to zdanie będzie należało z pewnością do niego!), chciałabym, żeby prezenty dla niego były przynajmniej częściowo powiązane tematycznie. I tak, na pierwsze urodziny chciałabym podarować mu jak najwięcej bajek, bajeczek, książeczek, które będę mogła mu czytać przed zaśnięciem. Jeśli chcielibyście obdarować mojego synka z okazji jego pierwszych urodzin, pamiętajcie proszę o bajce dla niego :)

Wy pewnie też już się powoli zastanawiacie nad prezentami mikołajkowymi i świątecznymi :) Podzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami na ten temat? 


sobota, 15 kwietnia 2017

Wielkanoc w Siódemkę

Kadr z filmu "Pasja", na zdjęciu Maia Morgenstern
Żródło: Onet Film
Piszę na szybko, na kolanie, między jednym a drugim punktem na świątecznej to-do-liście, bo muszę zdążyć złożyć Wam świąteczne życzenia i podzielić się z Wami moją małą świąteczną refleksją.

Własnie w tle pobrzmiewa mi playlista z hiszpańską muzyką instrumentalną (Robert pięknie przy tym usypia!), i taki psikus od losu: na playliście pojawiła się kolęda. Czyli dzień przed Wielkanocą słucham kolędy. Jest w tym jakieś ponadczasowe piękno: od Świąt do Świąt, od niemowlęcia do dorosłego człowieka, od jednej Wielkiej Tajemnicy do drugiej Wielkiej Tajemnicy. 
Raz w żłobie, raz w grobie, jak ujął jeden dowcipny ksiądz. 

To są drugie Święta, które przeżywam jako matka. Właściwie trzecie, ale rok temu jeszcze nie wiedziałam na pewno, że jestem matką. Boże Narodzenie spędziłam z malutkim noworodkiem, niespełna dwa tygodnie starszym od Jezuska w stajence. To było niesamowite przeżycie. Niezwykle się czułam, chodząc do kościoła w Adwencie i jednocześnie przeżywać swój mały "Adwent", oczekując nie tylko tych wielkich Narodzin, ale też przecież własnego porodu. Teraz spędzam Wielkanoc z wyraźnie już starszym, czteromiesięcznym dzieckiem. O ile Boże Narodzenie i przygotowania do tych Świąt miały w sobie ogromną magię, o tyle czas poprzedzający Wielkanoc na swój sposób mną wstrząsnął. Mną jako matką. Nie byłam na to gotowa. 

Kadr z filmu "Pasja", na zdj. Maia Morgenstern i Jim Caviezel
Źródło: Pinterest
Muszę Wam się przyznać do odrobinę może wstydliwej rzeczy: od pewnego czasu nieco trudniej mi się rozważa Mękę Pańską. Miałam w tym momencie mrugnąć okiem i zostawić resztę Waszym domysłom, ale zdecydowałam się napisać to jednak wprost: tak, dzieje się tak od tego czasu, kiedy moje serce tak mocno pokochało drugiego człowieka. To krępujące i nie do końca zgodne z wykładnią Kościoła, ale niewiele mogę na to poradzić: choć zawsze ciężko było mi znieść myśl o torturach i okrutnej śmierci Jezusa, to jednak jestem w stanie znieść tę myśl. Z trudem, z płaczem, ilekroć oglądałam "Pasję" Mela Gibsona, tyle razy dosłownie szlochałam, ryczałam, wyłam przez cały film, ale jednak byłam w stanie go obejrzeć. Nie jestem w stanie znieść myśli, wyobrażenia o cierpieniu bliskiej osoby. 

A w tym roku, kiedy zostałam mamą, dotarło do mnie, że kiedyś będę patrzeć na cierpienie mojego dziecka. Kiedyś na pewno, nawet jeśli dane mu będzie długie i szczęśliwe życie. Każdy kiedyś poznaje smak cierpienia. Kiedyś ktoś go zrani. Kiedyś będzie potrzebował pomocy. Kiedyś pozna ból, a ja będę bezradnie patrzeć i jedyne, co będę mogła mu dać, to moja obecność. Nie wyobrażam sobie, a jednak wiem, że są tacy rodzice, którzy borykają się z tym na co dzień. Rodzice ciężko chorych dzieci. Nie wyobrażam sobie tego, co Matka Boska przeżywała pod krzyżem. Nawet kiedy piszę te słowa, chce mi się płakać. 

Kadr z filmu "Pasja", na zdj. Maia Morgenstern
Źródło: Pinterest
Ciężko rozważa się Drogę Krzyżową, gdy jest się matką. Czwarta stacja dosłownie łamie serce.

Nieraz zastanawiałam się, czy tak powinno być. Ale zawsze dochodziłam do wniosku, że chyba tak, że chyba ostatecznie o to tak naprawdę chodzi: o miłość. I jeśli Bóg kiedyś żył między nami jako człowiek, to może właśnie dlatego, żeby i teraz szukać Go w drugim człowieku. I żeby to szukanie i to kochanie czasami tak bardzo bolało, a czasami przynosiło uśmiech. Bardzo, bardzo dużo uśmiechu. 

Po śmierci jest przecież Zmartwychwstanie :) 

Życzę Wam z całego serca tej miłości, czasem trudnej, czasem łamiącej serce, ale jednak pięknej, dobrej, radosnej i zwycięskiej. Życzę Wam dużo śmiechu. Alleluja!

Kadr z filmu "Pasja"
Źródło: YouTube