Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypadek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypadek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Tyle wiesz o sobie, matko, ile cię sprawdzono...


Czerwiec 2015. Z okazji urodzin męża wznoszę toast szklanką pomarańczowego soku. Picie alkoholu nie wchodzi w grę, bo kłóci się z naszymi staraniami o dziecko. Próbujemy od roku - dla niektórych dopiero, dla nas już od roku. Mam wrażenie, że połowa świata jest w ciąży, a druga połowa to tatusiowie (moje frustracje są zdecydowanie na bakier z matematyką i logiką), i tylko nam się ciągle nie udaje. Przyjaciele kibicują nam i są pod wrażeniem naszej wytrwałości. Niektórzy mówią nam, że już teraz jesteśmy wspaniałymi rodzicami dla tego dziecka, które kiedyś się pojawi.

Prawdę mówiąc - wtedy byliśmy chyba najlepszymi. Nie zdążyliśmy popełnić żadnych błędów ;)

Wiecie, rodzicielstwo przypomina trochę teleturniej w stylu "Postaw na milion". Kiedy zaczynasz, masz w garści fortunę. Potem z każdą błędną, nieprzemyślaną decyzją, z każdą nieostrożnością, niecierpliwością, przeoczeniem, masz tego kapitału trochę mniej, aż wreszcie zaczynasz się obawiać, czy dotrzesz do ostatniego etapu z jakąkolwiek kasą, a może nawet zastanowisz się, czy decyzja o wzięciu udziału była słuszna. 

Dobra wiadomość jest taka, że najprawdopodobniej wygrasz ten turniej. Ale nie wygrasz go z milionem w kieszeni. Pewną część złudzeń i obietnic trzeba oddać po drodze.

Czerwiec 2021. Miesiąc, w którym prawie nie widziano mnie (a raczej: nie słyszano) w pracy, bo oprócz dwóch dni, cały spędziłam na L4. Ktoś musiał zostać z chorymi dziećmi w domu. Już wiem, jak to jest - kochać swoje dziecko do szaleństwa, ale jednak czekać z utęsknieniem na chwilę, gdy pojedzie ono do przedszkola. Już wiem, że choć najpiękniejszym dźwiękiem na świecie jest dziecięcy śmiech, to niemal równie piękna jest cisza :)

Z mojego początkowego miliona została już znacznie mniejsza kwota. Już wiem, że słowo "nigdy" potrafi szybko stracić ważność. Już wiem, jak to jest krzyczeć na dziecko, widzieć smutek w jego oczach i krzyczeć nadal. I wiem, jakie to podłe uczucie, gdy dziecko mówi: "mamo, nie krzycz na mnie" - a jednocześnie, jaka to duma, że potrafi tak pięknie zawalczyć o siebie, nie boi się tego powiedzieć. 

Myślę, że to są emocje, na które nie da się przygotować. Można sobie wyobrazić bardzo wiele, ale nie to, że nagle zmienia się cała codzienność. Że dziecko nie przyjechało tu na kilka tygodni czy miesięcy, ale zostaje na stałe - także wtedy, gdy nie masz siły, chorujesz, coś cię boli, lub zwyczajnie masz ochotę poczuć się przez chwilę wolna i swobodna jak dawniej. Nie będziesz miała takich potrzeb? Wybacz, ale tego też nie jesteś w stanie sprawdzić :)

Czerwiec 2021. Po całym popołudniu spędzonym w ogrodzie wracamy do domu. Na kuchennym krześle wisi koc, chwilę wcześniej przyniesiony z ogrodu. Michał pociąga za koc. Choć jestem w kuchni tuż obok niego, nie zauważam momentu, w którym krzesło spada mu na stopę. Dopiero głośny płacz Misia uświadamia mi, co się stało.

Raz po raz przeżywam ten moment w myślach. Jestem mamą-sierotą, mamą-dzieckiem, mamą totalnie zagubioną i nieodpowiedzialną, która najbardziej chciałaby, żeby przyszedł ktoś dorosły i ogarnął ten chaos. Tylko że dorosłą, teoretycznie, jestem tutaj ja... W pierwszej chwili w ogóle nie zauważam, że coś się stało. Z pobłażliwym uśmiechem biorę synka na ręce, przygotowuję się do karmienia, w końcu nic tak nie uspokaja wystraszonego dziecka jak cyc pocieszacz. Potem czuję, że coś płynie mi po nodze.

Paznokieć u dużego palca cały czerwony. Na szczęście nie robi mi się słabo, może dlatego, że już kiedyś widziałam podobny uraz na własnej stopie. Ale i tak nie mam pojęcia, co robić. Przemywamy, staramy się zakleić, ale dziecko natychmiast zdejmuje opatrunek. Uspokajam go jak umiem, w końcu mi się udaje. Palec trochę puchnie, więc jedziemy na pogotowie. Misio zasypia w samochodzie. W szpitalu noszę go na rękach niemal bez przerwy przez trzy godziny, a on już swoje waży. Przez większość czasu jest spokojny, daje się nawet rozbawić.

Złamania na szczęście nie ma, jest za to otwarta rana i opatrunek, który trzeba zmieniać codziennie. A nas kiedyś, kiedyś może i uczono, jak się bandażuje stopę, ale wówczas obiekt bandażowany był spokojny, współpracował, nie był przerażonym dwulatkiem i nie kończyła mu się cierpliwość... W ogóle kto ma to zrobić, ja czy mąż, skoro oboje czujemy się równie niekompetentni? Ostatecznie bandażował mąż, ja trzymałam małą nóżkę i uspokajałam pacjenta.

Nikt cię nie pyta, matko, czy poradzisz sobie z rannym dzieckiem w domu. Nie są to też umiejętności, które spływają na ciebie magicznie po porodzie. Jest to jednak test, który musisz zdać. Bo bez względu na to, jak bezradna się czujesz, twoje dziecko jest w tej sytuacji jeszcze bardziej bezradne. A jego oparciem, opoką, dorosłą osobą jesteś ty.

Półtora tygodnia po tym zdarzeniu mogę powiedzieć, że poradziliśmy sobie - choć przy okazji musieliśmy się sporo nauczyć, przede wszystkim tego, jak opanować emocje, gdy jesteśmy nie mniej zestresowani niż dziecko, któremu musimy zapewnić opiekę i poczucie bezpieczeństwa. Ranka się zagoiła, opatrunek jest już niepotrzebny.

Gdyby wtedy, w czerwcu 2015, gdy byłam najlepszą wersją siebie jako matki, ktoś powiedział mi, że będziemy musieli radzić sobie z takimi sytuacjami, jak bym zareagowała? Może wzruszyłabym ramionami i stwierdziłabym, że cóż, na pewno jakoś byśmy się nauczyli. Może wierzyłabym naiwnie, że upilnujemy, nie dojdzie do takiego wypadku. Moja wyobraźnia nie zdołałaby objąć sytuacji, w jakiej jeszcze nie byłam.

Z przygodą zwaną macierzyństwem wiąże się nieraz zmęczenie, strach, bezradność. Popełniamy błędy. Nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. Jest to jednak cudowna przygoda, pełna śmiechów, zabaw, całusów, przytulanek, zachwytów nad rozwojem dziecka, przezabawnych rozmów i chwil, które wspomina się latami. 

piątek, 15 listopada 2019

Listopad podwójnej matki.



Miałam ochotę zatytułować ten tekst "Listopadowe wpadki podwójnej matki", ale pomyślałam, że przez ten rym za bardzo skopiuję nazwę bloga mojej koleżanki, Sylwii - matkiupadki.pl (pozdrawiam!) :) Zostaje więc taki tytuł, jaki jest, choć będzie o wpadkach, a nawet i o upadkach i wypadkach.

Słuchajcie, co odkryłam w ciągu minionych dwóch tygodni, kiedy najpierw chorował jeden synek, potem drugi, w międzyczasie obaj, i tak przez pół miesiąca w ogóle nie mieliśmy odpoczynku od chorób i lekarstw:

Z jednym dzieckiem w domu jest łatwiej.


Przekonałam się o tym ostatnio, kiedy po długim weekendzie Michał, jako już zupełnie zdrowe dziecko, pojechał do żłobka po raz pierwszy od tygodnia. Robert natomiast został w domu z gorączką i kaszlem. Spodziewałam się huraganu, ośmiu godzin nieustannego zabawiania biedaka przyzwyczajonego do codziennych rozrywek w przedszkolu, no i ogólnie przewidywałam, że będzie raczej ciężko. Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, spędziliśmy razem spokojny, wręcz relaksujący dzień. Po części wynikało to zapewne z osłabienia wywołanego gorączką, ale też z faktu, że byliśmy tylko we dwoje.

Prawie trzyletni Robert wydaje się o wiele bardziej absorbujący niż niespełna roczny Michałek. Wszędzie go pełno, ma milion pomysłów na minutę. Jest też jednak o wiele bardziej samodzielny. Łatwiej się z nim dogadać, potrafi powiedzieć, czego potrzebuje. 

Wiecie, jaki był ten jeden, decydujący argument, dzięki któremu zdecydowaliśmy z mężem, że Robert będzie miał młodsze rodzeństwo? Bo będą się ze sobą bawić we dwóch/we dwoje. Cóż, na ten etap jeszcze musimy poczekać. Jak na razie tych chwil, w których dwaj braciszkowie zajmują się sobą nawzajem jest znacząco mniej niż tych, w których czuję, że powinnam się rozdwoić, żeby nadążyć za potrzebami starszego i młodszego dziecka.

Dwoje dzieci, dwa kolana...


Śmiałam się ostatnio, że gdybym miała zostać mamą po raz trzeci, musiałoby mi wyrosnąć trzecie kolano. Bo jak inaczej wszystkie moje dzieci miałyby siedzieć mi na kolanach?

Michaś jest jeszcze ode mnie bardzo uzależniony, nawet pomimo tego, że świetnie sobie radzi beze mnie w żłobku. Jednak czas, który spędzamy razem, wypełniony jest przytulaniem, wspólną zabawą, strojeniem min i siedzeniem na moich kolanach. Czy raczej: na jednym kolanie, bo drugie lubi zajmować Robert.

Mój starszak ma różne fazy; czasami mam go nie tulić, nie dotykać i w ogóle dać mu spokój. Szanuję jego zdanie i nie pcham się z łapami, póki nie ma takiej konieczności. Innym razem - ostatnio bardzo często - chce się tulić, wchodzi mi na kolana i na plecy, chce siedzieć ze mną na jednym krześle, potrzebuje bliskości, czułości. Uwielbiam te nasze czułe chwile. Bywa jednak ciężko, kiedy np. karmię malucha, a starszy ciągnie mnie za rękę tą swoją małą łapką i prosi: "Mama, chodź do mnie".

Wspólne wyjścia z domu.


Praktycznie zawsze w czwórkę. Niezależnie od celu i potrzeby. Jedziemy z maluchem do lekarza? Przecież Robert nie zostanie sam. Jedziemy z Robertem? Michał jedzie z nami. Zakupy z mężem? Przecież nie będziemy szukać opieki dla dzieci na każdą taką okazję!



Niedawno byłam na spacerze z Robertem, tylko z nim, przy okazji jego choroby i wizyty u lekarza. Trafiła nam się piękna pogoda, dużo złotych liści i bardzo przyjemna przechadzka, w czasie której mogłam się zachwycać tym, jaki ten mój chłopiec już duży i samodzielny, a zarazem jaki ostrożny! On natomiast zachwycał się przejeżdżającymi autami, wszystkie zauważał i nazywał.

Zdarzają się w(y)padki.


Każdemu się zdarzają, więc i mnie, podwójnej matce, też. Posłanie chorego dziecka do żłobka? Zaliczone. Kiedy trwa sezon na przeziębienia i wszyscy wokół mniej lub bardziej pokasłują, zdarza się, że dylemat - czy on powinien zostać dziś w domu? - towarzyszy mi codziennie. Zdarzyło mi się podjąć błędną decyzję i czułam się z tego powodu bardzo źle.

Czasami nie zdążę zareagować, gdy obaj chłopcy w tym samym czasie potrzebują mojej uwagi. Biegnę do Roberta, bo ma jakiś problem, a w tym samym czasie BAM! Michał uderzył się w główkę. Krzyk, łzy jak grochy, czerwona buźka, trzeba natychmiast utulić, ukoić.

Wiecie, co jest dla mnie najtrudniejsze w macierzyństwie? To, jak często może się zdarzyć coś złego. Przeważnie nic się nie stanie, bo uważasz. Masz oczy dookoła głowy, refleks, instynkt, codziennie ratujesz swoje dzieci przed całą serią wypadków. Po czym zdarzy się ten jeden raz, kiedy nie zareagujesz wystarczająco szybko, kiedy popełnisz błąd. Wtedy nie ma znaczenia, ile razy dzięki Twojej skuteczności uniknęłaś podobnej sytuacji.

Minione dwa tygodnie, męczące, wypełnione chorobami, miały wiele momentów, w których nie byłam idealną mamą, jaką chciałabym być. Tłumaczę sobie jednak po raz kolejny: moje dzieci nie potrzebują ideału, potrzebują mnie.

Będzie tylko lepiej.


Michał bierze do rączki autko-zabawkę, jeździ nim po podłodze, świetnie się bawi. Robert zauważa go i stwierdza głośno: "Ja też chcę się bawić autkiem!". Czekam na rozwój wydarzeń. Dogadają się? Obejdzie się bez płaczu i bitwy o autko?

Robert spokojnie bierze do ręki drugi samochód, mniejszy, i dołącza do Michała. Bawią się razem, każdy swoim autkiem.

Takich sytuacji jest coraz więcej. Michał staje się bardziej kontaktowy, łatwiej wciągnąć go we wspólna zabawę, z czego Robert chętnie korzysta. Myślę, że za rok o tej porze będą mieć już swoje ulubione sprawdzone zabawy i własny, braterski świat, do którego od czasu do czasu zaproszą rodziców. Kiedy tak patrzę, jak oni szybko rosną i wspaniale się rozwijają, myślę sobie - a może nawet nastąpi to wcześniej niż za rok? :)

czwartek, 21 czerwca 2018

Mój syn - kaskader.

Mój syn ma półtora roku.


Po raz pierwszy spadł z łóżka, kiedy miał 2,5 miesiąca. Dopiero uczył się pełzać. Jak udało mu się to zrobić w tym ułamku sekundy, kiedy nie stałam przy łóżku, bo sięgałam po jego zabawkę - nie mam pojęcia. Oczywiście czułam się wtedy najgorszą z matek i przysięgałam, że nigdy więcej do tego nie dopuszczę. A jednak, zanim skończył pół roku, spadł z łóżka ponownie, w jeszcze bardziej niewyjaśnionych okolicznościach. Nawet nie leżał z brzegu. Jakoś tak mocno się wybił, że wystrzelił jak z procy i wylądował pod łóżkiem.

Niedługo później jego ulubioną rozrywką było turlanie się wzdłuż i wszerz po całym łóżku. Musieliśmy być w ciągłym pogotowiu. Kiedy miał dziesięć miesięcy, nauczył się samodzielnie schodzić z łóżka, a my odetchnęliśmy z ulgą.

Tuż przed ukończeniem roku postawił pierwsze kroki. Patrzyliśmy na to z dumą i zachwytem, chyba jeszcze nieświadomi, jak wielka rewolucja rozgrywała się właśnie na naszych oczach.

Obecnie...


Jeśli da się gdzieś wejść, to on tam wejdzie. Jeśli można się na coś wspiąć, to będzie się wspinał. Potrafi wejść na wszystkie krzesła i fotele, włącznie z obrotowymi (na szczęście u nas w domu takich nie ma). Potrafi stanąć na swojej jeżdżącej zabawce, by po coś sięgnąć.

Bez trudu porusza się po wszelkiego rodzaju schodach, w górę i w dół, i korzysta z tego przy każdej możliwej okazji.

Długo trwała u nas w domu batalia: jak powstrzymać dziecko przed wchodzeniem na stół. Najpierw zaczęliśmy przewracać krzesła na bok. Nauczył się wchodzić po przewróconych. Zaczęliśmy przewracać je do góry nogami. Nasz dom wygląda codziennie jak po ostrej awanturze, ale przynajmniej udało się ukrócić zapędy młodego alpinisty. Oczywiście nadal próbuje się wspinać, ale bez wielkich sukcesów ;)

Nauczył się otwierać zabezpieczenia na szafkach. Kupiliśmy nowe, takie, które sami otwieramy z pewnym wysiłkiem :)

Potrafi sam wejść do swojego wózka. Jak się bardzo postara, potrafi również z niego wyjść - pomimo zapiętych pasów. To wymaga od niego sporej gimnastyki, musi się więc bardzo nudzić, żeby próbować - a do tego zwykle nie dopuszczamy. Z fotelika samochodowego na szczęście nie jest w stanie się wydostać, co wcale nie znaczy, że nie próbował.

Po kilku pierwszych, w pełni asekurowanych zjazdach na zjeżdżalni nasz mały indywidualista doszedł do wniosku, że zwykłe zjeżdżanie na pupie nie jest do końca w jego stylu, zaczął więc zjeżdżać na brzuchu, z głową w dół. Podobno próbował nawet hamować nosem, ale nie spodobało mu się to.

Kiedy się przewraca, to się śmieje, że wydarzyło mu się coś tak niespodziewanego.

Nieco ponad miesiąc temu upadł w okropny sposób i rozciął sobie wargę. Wtedy nikomu nie było do śmiechu. Próbował wskoczyć na krzesło, które dokładnie w tym momencie odsuwałam. Widok był tak przerażający, że do tej pory na samo wspomnienie robi mi się zimno. Na szczęście rana szybko się zagoiła. Czy to była moja wina? Raczej nie. Czy czułam się winna? Potwornie.


Jest ostrożny.


Może w kontekście tych wszystkich wymienionych powyżej faktów stwierdzenie, że mój synek jest ostrożny, brzmi jak kiepski dowcip - ale to prawda. Przy całej swojej ciekawości i chęci odkrywania, Robert robi wszystko bardzo uważnie, bada, sprawdza, ocenia. Nie pędzi na oślep. Próbuje. Obserwuje. Dlatego pozwalam sobie nieraz na luksus zaufania mu. Nie rzucam się z ratunkiem, gdy tylko widzę, że próbuje czegoś nowego. Pozwalam mu próbować.

W Słupsku doszło w tym tygodniu do strasznej tragedii.


Słyszeliście o tym, prawda? Chyba każdy musiał się zetknąć z tą wiadomością. Zginął mały chłopczyk. Wypadek w domu. Rodzice spali, starsza siostrzyczka nie mogła znaleźć brata, który skutecznie się ukrył podczas zabawy w chowanego.

Wszyscy pytają: jak to mogło się stać?

Ja czasem się zastanawiam, jak to się dzieje, że tyle dzieci wychodzi cało z tego najbardziej szalonego okresu dzieciństwa...

Tyle niebezpieczeństw czyha na nie każdego dnia. Są jeszcze tak bardzo nieświadome, tak bardzo chcą wszystkiego spróbować, a przy tym są takie bezbronne. Potrafią zaryzykować, a nie zawsze potrafią wyjść cało z ryzykownej sytuacji. Potrafią gdzieś wejść, a często nie potrafią wyjść/zejść. Każdego dnia uczą się samodzielności i niezależności, ale tak bardzo potrzebują jeszcze naszej opieki i czujności.

Proszę, zanim zaczniecie rzucać oskarżeniami i podejrzeniami, pomyślcie, ile razy udało Wam się zapobiec wypadkowi z udziałem Waszego dziecka. Ile razy to Waszemu dziecku groziło niebezpieczeństwo. Ile razy o tym, że nic się nie stało, zadecydowała nie Wasza niezawodna czujność, ale odrobina szczęścia, przypadek. Nie oceniajcie. Żaden rodzic nie chciałby, żeby jego dziecku stała się krzywda.

środa, 13 grudnia 2017

Adwentowy Alfabet 13: Ł jak Łyk szampana - Robert skończył roczek!

365 niezwykłych dni. 12 miesięcy wyjątkowych wspomnień.


Pierwsze dni... Byłeś wtedy dużym, zdrowym, pięknym noworodkiem o jasnych włoskach i jasnej, pucołowatej buźce. Jak to stwierdzał każdy, kto Cię widział po raz pierwszy, wyglądałeś na starsze dziecko, nawet kilkumiesięczne. Cieszyłeś się opinią jednego z najgłośniejszych noworodków na oddziale, ale szybko zyskałeś również opinię najbardziej wyprzytulanego dzidziusia na całym oddziale. Swoją imponującą wagę 4 kg traciłeś w dość szybkim tempie, co zaczynało nas niepokoić, bo niewiele brakowało, żeby Twoja utrata wagi przekroczyła dopuszczalne 10%. Ale potem zacząłeś jeszcze szybciej przybierać na wadze. 

Kiedy zawoziliśmy Cię do domu, byłeś przerażony i ciężko było Cię uspokoić, płakałeś głośno praktycznie przez cały czas. W domu zmęczony zasnąłeś, okryty kocami, a ja niespokojnie krążyłam wokół Ciebie i starałam się ulepszyć każdy skrawek Twojego małego świata. Wyglądałeś tak krucho i bezbronnie, że nie potrafiłam powstrzymać się od łez.


Po porodzie byłam w emocjonalnej rozsypce, ale szybko zaczęłam sobie radzić. Jest coś w tych wszystkich opowieściach o matczynym instynkcie. Nasza cudowna położna powiedziała mi na wizycie domowej: "Wiedziałam, że kto jak kto, ale pani sobie poradzi! Pani rozumie macierzyństwo. Gdyby wszystkie mamy były takie jak pani, to ja bym była bezrobotna!". Przechowuję te słowa w sercu, bo dodają mi pewności siebie w tej zupełnie nowej roli życiowej, do której nigdy nie jest się idealnie przygotowaną.

Jeden miesiąc... Wkroczyłeś w drugi miesiąc swojego życia z uśmiechem na twarzy. To już nie był ten bezwiedny uśmiech noworodka, ale prawdziwy wyraz radości. Wybrałeś dzień, o którym wszyscy mówili, że to najbardziej depresyjny dzień w roku. Dla nas taki nie był :)

Dwa miesiące... Byłeś wtedy tzw. idealnym dzieckiem, przesypiałeś noce, w dzień potrafiłeś się przez dłuższą chwilę zająć sam sobą, przez większość czasu byłeś pogodny i zdrowy. Uwielbiałeś leżeć na brzuszku, podnosiłeś wysoko główkę, próbowałeś pełzać, turlałeś się. Ale też zdarzyło się, że spadłeś z łóżka! Byłam tuż przy Tobie, zabrakło centymetrów, żebym zdążyła Cię złapać. Tak się bałam o Ciebie! Ale nic Ci się nie stało.

Trzy miesiące... Już wtedy byłeś duszą towarzystwa. Uwielbiałeś być wśród ludzi, nawet jeśli było ich dużo. Szczególnie polubiłeś taniec. Tak mocno przytuliłeś się do cioci, gdy razem tańczyliście! Pełzałeś już bardzo ładnie, ciężko Cię było zatrzymać w jednym miejscu. Wszystko Cię interesowało.

Cztery miesiące... Spędziliśmy wspólnie Wielkanoc. Dla Ciebie to na pewno było silne przeżycie, dla mnie nie mniej emocjonujące. Poczułam, jakie to uczucie, kiedy jest się matką i najbardziej przerażającą rzeczą na świecie jest wizja, że ktoś kiedyś mógłby zrobić krzywdę mojemu dziecku. Wielkanoc to takie trudne święto dla mam ;)

Ale byliśmy też po raz pierwszy w kościele :) A potem spadł deszcz i czekaliśmy, aż tata przyjedzie po nas samochodem. Spałeś sobie spokojnie, a ja przeżywałam w kościele swoje wyjątkowe, jedyne i niepowtarzalne sam na sam.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie pojawiły się Twoje dwa pierwsze zęby, ale to musiał być ten miesiąc. Wcześnie, prawda?

Pięć miesięcy... i kolejne ważne religijne wydarzenie: Twój chrzest! Trochę się rumienię na to wspomnienie, bo mam wrażenie, że byłam podczas tego wydarzenia strasznie nieporadna. Nie było żadnej próby ani instrukcji, a w innych parafiach te chrzty wyglądały inaczej. Trochę nie wiedziałam, co i kiedy mam robić. Ty za to byłeś perfekcyjny i bezbłędny, najpierw sobie spokojnie leżałeś, a potem bawiłeś się białą szatką.


Spotkałeś tego dnia wyjątkowo dużo kochających Cię ludzi. Świetnie się wszyscy razem bawiliśmy.

Zacząłeś podejmować pierwsze próby siadania i stawania. Zawsze byłeś ambitny. Ciągle przewracałeś się na brzuszek, nawet w wózku na spacerze, nawet w kąpieli. Coraz więcej rzeczy Cię interesowało, zacząłeś zwracać uwagę na nasze przekąski i na przedmioty, których używamy.

Pół roku... to był czas wielkich rewolucji. Nauczyłeś się siadać. Zacząłeś raczkować, choć ciągle jeszcze wolałeś pełzać. Kupiliśmy Ci kojec, w którym świetnie się bawiłeś. Zacząłeś jeść coś innego niż tylko moje mleko. Na początku myślałeś, że to taka nowa zabawa, mama wkłada Ci łyżeczkę do buzi. Ale zjadałeś wszystko bardzo ładnie.

Zrobiło się bardzo ciepło, często chodziliśmy na spacery, spotkałeś dużo nowych osób. Musieliśmy uważać, żebyś nie był za ciepło ubrany i żeby nie świeciło na Ciebie zbyt ostre słońce. Trochę to było męczące, ale teraz tęsknię za tymi upalnymi dniami ;) 

Spałeś już dość mało w ciągu dnia. Odkryłam przy okazji zasadę zachowania energii: dziecko, które było spokojne w ciągu dnia, zachowało tony energii na zabawę w nocy!

Siedem miesięcy... Pojawił się kolejny ząbek. Próby mycia zębów szczoteczką jeszcze Cię nie przekonały, musieliśmy sobie radzić inaczej. Raczkowałeś już po całym domu. Zdarzało się, że spędzałeś czas w swoim kojcu z zabawkami, od jakiegoś czasu jednak traktowałeś go trochę jak więzienie i szybko zaczynałeś protestować, gdy czułeś, że już jesteś tam za długo. W łóżeczku już w ogóle przestałeś przebywać, bo nauczyłeś się w nim stawać i zaistniało ryzyko, że z niego wyskoczysz ;) W tym miesiącu zacząłeś też stać bez trzymanki. Zacząłeś wstawać w wózku i baliśmy się, że w końcu z niego wypadniesz, dlatego przesiedliśmy się na spacerówkę.

Osiem miesięcy... Ziup! Ziup! Śmieszne słowo? Nie zapomnę nigdy, jak się zaśmiewałeś, kiedy to słyszałeś! Sam też mówiłeś już coraz więcej, najczęściej oczywiście "mama". Zacząłeś też śpiewać, a właściwie podśpiewywać. Bardzo lubisz, kiedy my z tatą śpiewamy.

Twoją ulubioną zabawą stało się bębnienie - w cokolwiek... Czasem nawet w kota, ale wtedy oczywiście protestowaliśmy.

Dziewięć miesięcy... To był świetny czas, każdego dnia uczyłeś się nowych rzeczy. Zacząłeś chodzić, trzymając się mebli. Nauka chodzenia bywa trudna, dlatego nieraz się przewracałeś, ale radziłeś sobie z tym bardzo dzielnie.

Tak jak przewidywaliśmy, wraz z rozwojem ruchowym rozwinął się u Ciebie lęk, że mama znika Ci z oczu. Ciężko znosiłeś nawet bardzo krótką rozłąkę. Z czasem zacząłeś też na szczęście zauważać tatę. 

Dziesięć miesięcy... Jak dotąd, najtrudniejsze chwile w Twoim życiu. Najpierw wypadek, potem choroba. Strasznie się bałam, kiedy miałeś taką wysoką gorączkę! Mieliśmy z tatą mnóstwo zmartwień i w związku z tym byliśmy często nerwowi, co na pewno też na swój sposób odczułeś. A jednak nawet w tych trudnych dniach zdołałeś nauczyć się nowej umiejętności - schodzenia z łóżka! Wreszcie nie musieliśmy się obawiać, że obudzisz się sam i spadniesz z łóżka. Dało to mnie i tacie trochę więcej swobody.

Jedenaście miesięcy... Oj, dużo się działo. Zacząłeś chodzić! Bez trzymanki! Najpierw to były bardzo nieśmiałe i dość przypadkowe próby, kiedy coś zaintrygowało Cię do tego stopnia, że zapominałeś, że musisz się czegoś trzymać. Ale wreszcie nadszedł czas i na zupełnie śmiałe kroki! Nowa umiejętność tak Cię ucieszyła i zafascynowała, że zacząłeś chodzić po całym pokoju. Ale potem wróciłeś do raczkowania, póki co to dla Ciebie nadal szybsza forma przemieszczania się :)

Po raz pierwszy bawiłeś się z innymi dziećmi, śmialiśmy się, że poznałeś pierwszą dziewczynę :) Rodzinne wyjścia do pizzerii stały się wreszcie atrakcją dla całej rodziny. W czasie, gdy my siedzimy przy stole, Ty bawisz się w kąciku zabaw. I tylko czasami stwierdzasz, że kącik jest za mały i postanawiasz pozwiedzać całą pizzerię :)

Bardzo zżyłeś się z tatą, co nas ogromnie cieszy. Często go wołasz: "tata, tata!' i już wiemy, że to nie są przypadkowe zbitki liter, ale naprawdę wiesz, co oznaczają.

Na nowo polubiłeś swój kojec, a to dlatego, że nauczyłeś się wchodzić do niego i wychodzić z niego :) Cóż, coś za coś. Nauczyłeś się też bawić, wkładając jedną rzecz do drugiej. To trochę kłopotliwe, zwłaszcza gdy wrzucasz swoje zabawki do kosza na papier albo do dzbanka z herbatą ;) Doskonale rozumiesz słowo "nie", natomiast nie wiesz jeszcze tego, że kiedy mama i tata mówią "nie", to Ty powinieneś przestać robić to, co robisz. A często słyszysz "nie", bo dziwnym trafem najbardziej interesują Cię te rzeczy, których nie wolno Ci ruszać.

Za to nauczyłeś się pięknie jeść samodzielnie. Wiedziałam, że w końcu nadejdzie ten dzień! Teraz po prostu siedzisz w swoim krzesełku i jesz to, co Ci przygotowałam, a ja w tym czasie mogę w spokoju jeść własny posiłek :)

Rok.


Budzisz się ze śmiechem, od rana jesteś samą radością. Mrużysz oczy w uśmiechu zupełnie jak Twój tata. Opowiadasz mi coś w swoim języku, mówisz całe zdania tym swoim słodkim, uśmiechniętym głosikiem, zmieniasz intonację, raz pytasz, raz oznajmiasz, tylko ja nie rozumiem z tego ani słowa :) Próbujesz nakarmić mnie swoją kaszką i ogromnie Cię to bawi.

Jesteś najpogodniejszą, najpiękniejszą, najbardziej zachwycającą istotą ludzką, jaką znam. Od roku nieprzerwanie każdego dnia zadziwia mnie cud, jakim jesteś. Wydaje się, że tak szybko ten czas minął... A jednak każdy dzień tego roku miał znaczenie, każdy przynosił kolejne cudowne niespodzianki.


Może przeczytasz kiedyś te słowa, synku. Nie miej do mnie żalu, że tak lubię wracać myślami do tych dawnych dni, których Ty nawet nie pamiętasz. Taka już jestem, lubię celebrować wspomnienia. Ale dobrze wiem, że to, co najpiękniejsze, jest jeszcze przed nami.

Wszystkiego najlepszego, Promyku Słońca, Roberciku, mój Ty Urodzinku. Rośnij zdrowo i pięknie. Kocham Cię z całego serca.







poniedziałek, 30 października 2017

Czasem zdarzy się wypadek...


Czy pamiętacie zawsze o starannym zapięciu fotelika? Jasne, każdy wie, jakie to ważne. Ale jesteśmy tylko ludźmi. Czasem się śpieszymy, czasem coś nas rozproszy. Przy wychodzeniu z domu trzeba pamiętać o tylu rzeczach, trzeba się spakować, wziąć cieplejsze ubrania na później, zamknąć drzwi... Zawsze coś może umknąć. W ogóle kiedyś dzieci jeździły bez fotelików, czy to na pewno takie konieczne? Dziecko nie zawsze lubi siedzieć w foteliku, może wygodniej byłoby mu na rękach u mamy...

W zeszły piątek po południu jechaliśmy samochodem do Krakowa. Kierowca jadący za nami nie wyhamował i uderzył w tył naszego auta tak mocno, że siła uderzenia pchnęła nas do przodu, wskutek czego zderzyliśmy się również z samochodem jadącym przed nami. Mamy zniszczony bagażnik, auto krótsze o jakieś 10 centymetrów.

W tamtym momencie myślałam tylko: "O Boże, dziecko!!!".

Nic mu się nie stało. Wystraszył się tylko, ale nie odniósł nawet najmniejszych obrażeń. Fotelik uchronił go przed skutkami wypadku.

Tak wiele mogło się stać. On jest taki malutki, taki kruchy, a oberwaliśmy przecież z ogromną siłą. Te kilka sekund, może pół minuty potrzebne na to, żeby zapiąć i zamontować fotelik, uchroniło go przed obrażeniami, a może nawet uratowało mu życie.

Nie ma ważniejszej sprawy, gdy wsiadasz z dzieckiem do samochodu. Może się spóźnisz, może nie weźmiesz ze sobą połowy rzeczy, które planowałaś wziąć. To są tylko rzeczy, nie są niezbędne. Ty przede wszystkim zapnij fotelik!

Nie oszczędzaj na foteliku. Nie bagatelizuj jego znaczenia. Nie kupuj byle czego. Niedawno trafiłam na artykuł o rodzicach, którzy przewozili swoje dziecko w prowizorycznym foteliku zrobionym własnoręcznie. Brak mi słów na taką postawę! Fotelik ma zapewnić Twojemu dziecku bezpieczeństwo. Ma je uratować w razie potrzeby. Powinien być atestowany, solidny, stabilny. Być może nigdy nie znajdziesz się w sytuacji, w której bezpieczeństwo Twojego dziecka będzie od niego zależało. Tego Ci życzę. Pamiętaj jednak, że...

Wypadki się zdarzają.


Mój mąż jest ostrożnym kierowcą. Czuję się bezpieczna, kiedy z nim jadę. W to piątkowe popołudnie jechaliśmy bezpiecznie, przepisowo. To nas jednak nie uchroniło przed wypadkiem. Okrutna prawda jest taka, że nie wystarczy, jeśli Ty poruszasz się bezpiecznie - ostrożność muszą zachować również pozostali uczestnicy ruchu. Niestety, nie masz gwarancji, że zawsze tak będzie.

O czym jeszcze (oprócz fotelika!) warto pamiętać, drogi rodzicu, zanim zdarzy się jakikolwiek wypadek?

  • Do kogo zadzwonisz? Miej w głowie - albo i zanotowany - plan działania, z kim skontaktujesz się w pierwszej kolejności, jeśli coś Wam się stanie. Miej też plan zapasowy - co w sytuacji, gdy ta osoba lub osoby w danym momencie nie będą mogły Wam pomóc? Muszę przyznać, że dłuższą chwilę zastanawiałam się, kogo poprosić o pomoc. Nasz pierwszy kontakt dopiero w sobotę wracał z wyjazdu... Ułóż sobie kilka awaryjnych scenariuszy. Nikt nie lubi wyobrażać sobie dramatycznych zdarzeń, ale czasem po prostu musisz przemyśleć, co zrobisz w takiej sytuacji.
  • A co, jeśli to Ty będziesz potrzebować pomocy? Przygotuj się również na taką okoliczność. Czasem wydaje Ci się, że najlepiej jest, kiedy masz nad wszystkim kontrolę i nie musisz polegać na nikim innym. Może się zdarzyć, że to Ty będziesz osobą potrzebującą pomocy. Poinstruuj bliską osobę, co przede wszystkim powinna zrobić. Wpisz sobie w komórkę numer ICE - numer telefonu osoby, którą należy powiadomić w razie Twojego wypadku. Teraz myślę, że tych numerów ICE powinno być tak naprawdę kilka. Pierwszy może siedzieć właśnie obok Ciebie i też potrzebować pomocy, drugi może być chwilowo nieosiągalny...
  • Gdzie jesteś ubezpieczony? Co obejmuje Twoje ubezpieczenie? W chwili, gdy zdarzy się wypadek, naprawdę nie będziesz mieć głowy do tego, żeby się zastanawiać, co tam było napisane w polisie. Musisz to wiedzieć. Czeka Cię zgłaszanie szkody, opisywanie sytuacji, ubieganie się o odszkodowanie. Może ubezpieczyciel już chwilę po wypadku może Ci w czymś pomóc? Może masz wykupiony pakiet assistance i nie musisz się martwić o to, kto odwiezie Twój samochód pod dom? Warto to wiedzieć, bo w chwili wypadku prawdopodobnie nawet nie pomyślisz o tym, by to sprawdzić. Uwierz mi, dużo się wtedy dzieje.

Gdy zdarzy się wypadek...


  • Dzwoń po karetkę. Jednolity ogólnoeuropejski numer alarmowy to 112, numer alarmowy na pogotowie to 999. Nieraz słyszałam, że lepiej jest dzwonić bezpośrednio na 999, przyznam jednak, że sama w pierwszym odruchu dzwonię na 112. Uwaga - poproszą Cię o podanie nazwy ulicy, na której zdarzył się wypadek. Kiedy powiedziałam, że nie wiem, jak nazywa się ta ulica, usłyszałam bezwzględne: "a może pani kogoś zapytać?". Dzwoń po karetkę, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie widzisz obrażeń, bo nie masz pewności, czy Twojemu dziecku nic się nie stało. Lepiej dmuchać na zimne.
  • Nie zostawiaj dziecka samego! Ta rada może wydawać Ci się zbędna, przecież kto zostawiłby małe dziecko samo w takiej sytuacji? Tymczasem bezpośrednio po wypadku otoczy Cię mnóstwo ludzi, będziesz mieć wiele rzeczy do załatwienia, podpisów do złożenia, dokumentów do pokazania, będziesz też prawdopodobnie w lekkim szoku. W całym tym zamieszaniu nie zapomnij o dziecku. Cała sytuacja będzie dla niego na pewno bardzo trudna i stresująca, zadbaj o jego komfort i poczucie bezpieczeństwa.
  • Postaraj się znaleźć świadków zdarzenia. O ile będziesz w stanie myśleć o takich kwestiach. Możliwe, że czeka Cię ustalanie, kto był sprawcą wypadku i czy nie było w nim Twojej winy. Zeznania świadków mogą Ci się przydać.
  • Przyjmij każdą oferowaną Ci pomoc. Nie bój się o nią prosić. Jest wiele okazji w życiu, kiedy warto, byś wykazał/a się bohaterstwem i wyjątkową samodzielnością. To nie jest jedna z nich ;)  Dzięki pomocy dobrych ludzi możesz jak najszybciej zapewnić sobie i bliskim bezpieczeństwo i komfort, a to jest w tej chwili najważniejsze. 

Po wypadku...


Wypadek był już drugim zdarzeniem w tym roku, które uświadomiło mi, że żyliśmy jak w mydlanej bańce. Przekonani, że nasze życie jest tak świetnie zorganizowane, przyjęliśmy bezpieczne role, w których czuliśmy się dobrze i nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to działa tylko wtedy, kiedy nie dzieje się nic złego. Z pewnym zawstydzeniem muszę przyznać, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak dużo robi w domu mój mąż. Teraz, kiedy na jakiś czas musiałam przejąć jego obowiązki, widzę, że jest tego naprawdę sporo.

Warto przygotować sobie plan awaryjny, usiąść i zastanowić się: jak będzie wyglądało nasze życie, kiedy zdarzy się coś nieprzewidzianego? Na jakie nieprzewidziane okoliczności jesteśmy w stanie się przygotować? Na jakie zmiany, na jakie odstępstwa pozwala nasz plan na najbliższy tydzień, na najbliższy miesiąc? Do kogo zwrócimy się o pomoc w kryzysowej sytuacji?

Wypadek pokazał nam również, jak wspaniałymi ludźmi są nasi znajomi i przyjaciele. Otrzymaliśmy sporo bezinteresownej pomocy, o którą wystarczyło tylko poprosić - a czasem nawet nie musieliśmy prosić, a pomoc się zjawiała. Tak jak wtedy, kiedy pisałam do koleżanki, żeby ją prosić o podwiezienie nas. Nawet nie zdążyłam jeszcze wyartykułować prośby, kiedy jej odpowiedź brzmiała: "będę za pięć minut"! Tak jak wtedy, kiedy przyjaciel bez wahania zapewnił nocleg mojemu mężowi po wyjściu ze szpitala. W całej tej trudnej sytuacji spotkało nas mnóstwo życzliwości.

Pewnie jeszcze długo będziemy odczuwać skutki tego wydarzenia. Najważniejsze jednak jest to, że nikomu nie stało się nic poważnego, jesteśmy cali i zdrowi i mamy siebie.