Plac zabaw w sobotnie popołudnie świeci pustkami. Ludzie boją się deszczu, który może lunąć z lekko zachmurzonego nieba w każdej chwili. Rozsyłane w piątek ostrzeżenia o możliwych gwałtownych burzach zrobiły swoje.
Robert nic nie wie o deszczu ani o burzach. Śmiałym krokiem idzie razem ze mną w stronę swojego ulubionego autka. Wsiadamy do niego razem, Robert za kierownicę. Taka zabawa nie może jednak trwać zbyt długo, przenosimy się więc na karuzelę. Potem idziemy do piaskownicy.
Na placu zabaw pojawia się wyraźnie zmęczona młoda mama z dwojgiem dzieci. Jest też w towarzystwie mężczyzny, najwyraźniej znajomego niewidzianego od dłuższego czasu. Zaczepiana przez dzieci i zachęcana do wspólnej zabawy, odpowiada im burkliwie, niezadowolona. "Bawcie się, mama teraz rozmawia!". "Jestem wykończona", zwierza się znajomemu. Nietrudno w to uwierzyć.
Zastanawiam się, kiedy przyjdzie czas i na mnie. Kiedy to ja będę wykończona? Nie wątpię, że taki czas nadejdzie. Nie jestem żadną Supermamą obdarzoną magicznymi mocami. Jestem tylko człowiekiem, tak jak i ona. Uwielbiam, kiedy jesteśmy z Robertem w gronie rodziny lub znajomych i ktoś może się nim zająć przez pewien czas, a ja wtedy odpoczywam. Teraz jesteśmy tylko we dwoje i bawimy się. Choć jestem daleka od oceniania i tłumaczę sobie jak zawsze, że nie znam pełnego obrazu sytuacji - mam jednak tę głupią satysfakcję, kiedy śmieję się radośnie do mojego synka, wsiadam z nim na kolejne koniki i motocykle, śpiewam mu, chowam się za drabinką i wołam "a kuku!". Jestem fajną mamą, wesołą mamą, zadowoloną mamą! Przyszłam tu z dzieckiem i tylko dla dziecka. I nie ma znaczenia moja zaawansowana ciąża ani fakt, że mój synek jakoś tak nagle przestał potrzebować drzemki w środku dnia. Kiedyś pewnie będę wykończona. Teraz bawimy się razem.
Wracamy do piaskownicy, gdzie bawi się dwoje dzieci zmęczonej mamy. Każde z nich kopie swoją dziurę w piasku. Chłopczyk zwraca uwagę mojemu synkowi, że koparka, którą Robert zaczął się właśnie bawić, chyba nie należy do niego.
Po raz pierwszy - nie ostatni tego dnia - nie bardzo wiem, jak zareagować. Zaskakuje mnie ten niecodzienny zarzut. Co innego, gdyby chłopczyk powiedział "to jest moje" - wtedy wiadoma rzecz, trzeba mu oddać koparkę. Ale "to chyba nie jest Twoje"?
"Chyba nie jest", odpowiadam po kolejnym pytaniu. Robert przecież sam nie odpowie. "To już tutaj było".
Z pomocą przychodzi mi wyraźnie zaprawiona w bojach mama dwójki. "O co Ci chodzi, przecież Twoje też te rzeczy nie są", wraca uwagę chłopczykowi. "Każde dziecko może się nimi bawić".
Chłopczykowi to wyjaśnienie wystarczy, bawi się więc dalej. Jakiś czas później Robert zaczyna się interesować wykopaną przez niego dziurą.
"Nie możesz się tu bawić, zakopiesz mi dziurę!", zmartwił się chłopczyk. "Powiedz mu, że nie może się tutaj bawić", zwraca się bezpośrednio do mnie.
Uśmiecham się sama do siebie, rozbrojona wiarą nieznajomego chłopczyka w moją moc perswazji. Mimo wszystko wiem, że nie powinnam pozwalać Robertowi na psucie zabawy innemu dziecku. Delikatnie, ale stanowczo przenoszę go w inną część piaskownicy i staram się zainteresować go foremkami.
"Zobacz, mamusia narysowała dla Ciebie serduszko!", pokazuję mu.
Robert interesuje się przez chwilę foremkami. Nieznajomy chłopczyk może w spokoju kopać dalej swoją dziurę. Potem Robert postanawia uszczęśliwić chłopczyka prezentem w postaci foremki.
"O, jak ładnie, dałeś chłopczykowi foremkę!", chwalę synka. Chłopczyk nie wyraża zainteresowania ani foremką, ani zabawą z Robertem. Cóż, ma do tego prawo.
"On jest jeszcze malutki, wiesz?", tłumaczę chłopczykowi, po raz kolejny przenosząc Roberta. "Nie rozumie, że nie chcesz się z nim bawić. Ma dopiero półtora roku, wiesz?"
Robert bawi się spokojnie foremką w bezpiecznym kącie piaskownicy.
"A ty ile masz lat?", zagaduję dalej chłopczyka.
"Trzy".
" O, to widzisz. On jest dwa razy młodszy od Ciebie", powiedziałam, po czym zdałam sobie sprawę z tego, że chłopczyk raczej jeszcze nie zna tabliczki mnożenia. "Kiedy byłeś taki malutki jak on, to on się dopiero urodził", próbuję jeszcze raz.
"A jak się urodził?", zaciekawił się chłopczyk.
O masz ci los! To się wpakowałam. Skąd mogę wiedzieć, co mówiła mu na ten temat jego mama i czy moje wyjaśnienia nie zburzą jego dziecięcych wyobrażeń?
Nie daję po sobie poznać zakłopotania i tłumaczę spokojnie: "Wyszedł z mojego brzucha. Tak jak teraz, widzisz, będę mieć jeszcze jednego małego chłopczyka. On też wyjdzie z mojego brzucha".
"A jaki on będzie?"
Uśmiecham się. "Bardzo, bardzo malutki. Jeszcze mniejszy niż on. O taki", pokazuję dłońmi.
Opowieść o bardzo malutkim chłopczyku wzbudza zaciekawienie mojego rozmówcy, ale nie aż tak duże, by przyćmić fakt, że Robert znowu zmierza w kierunku wykopanej w piasku dziury. Biorę go na ręce i kieruję się w stronę innych miejscowych atrakcji. Nie jest zachwycony, ale liczę na to, że odwrócę jego uwagę.
"Kochanie, chłopczyk nie chce się z Tobą bawić", tłumaczę mu. "Czasem tak jest. Jest starszy od Ciebie, nie zna Cię, może nie chcieć się z Tobą bawić".
Idziemy na krótki spacer. W międzyczasie plac zapełnia się dziećmi w różnym wieku. Praktycznie każde z nich jest jednak starsze od Roberta.
Mój synek biegnie w kierunku swojego ulubionego autka, jest ono jednak oblegane przez grupę dzieci. Robert próbuje dosiąść się do nich, jednak nie jest to możliwe.
"To siądziemy z tyłu!", proponuję mu.
"Ale tam jest rower!", protestuje kilkuletni kierowca autka.
Rzeczywiście, tylne siedzenia również są szczelnie zapełnione.
"To pojedziemy na gapę!", chwytam za koło zapasowe.
Robert kręci kołem razem ze mną, ale po chwili przestaje mu to wystarczać. Chce dołączyć do dzieci siedzących z przodu.
"Nie zmieścisz się tutaj", tłumaczę mu. "Gdyby pan policjant zobaczył, że tyle osób jedzie z przodu, dostałbyś mandat".
Mój synek jeszcze chyba nie wie, kto to jest pan policjant i czym jest mandat, jednak to abstrakcyjne wyjaśnienie póki co mu wystarcza. W międzyczasie jedna z pasażerek autka upuszcza paczkę gum do żucia. Mam bliżej do ziemi - w końcu kucam przy moim maleńkim synku - decyduję się więc jej pomóc. Jednak podnoszę zgubę na tyle niefortunnie, że większość gum wysypuje się na piasek.
Jest mi okropnie głupio. To chyba pierwsza taka sytuacja w moim życiu, kiedy jako dorosła osoba zepsułam coś, co należało do dziecka, i to jeszcze do obcego dziecka.
"Przepraszam", mówię zawstydzona, razem z dziewczynką zbierając wysypane gumy. "Odkupię!", zapewniam, po czym przypominam sobie, że nie wzięłam żadnych pieniędzy i czuję się przez to jeszcze gorzej.
"Ależ skąd, nie trzeba!", zapewniają mnie rodzice dziewczynki, którzy już biegną na ratunek. Muszą m.in. wytłumaczyć córeczce, że nie może już jeść tych gum, skoro wysypały się na piasek.
"To ja je wysypałam", uzupełniam. Broń Boże nie zamierzam udawać niewinnej. "Jest mi z tego powodu bardzo przykro i przepraszam".
Być może już nigdy nie spotkam tej dziewczynki, ale chciałabym, żeby zapamiętała z tej sytuacji, że dorosła osoba, która sprawiła jej przykrość, poczuwała się do odpowiedzialności i przeprosiła ją. Fakt bycia dorosłą nie czyni mnie nietykalną. Prawdę mówiąc uważam, że powinnam była odkupić te gumy, ale cieszę się, że nie musiałam tego robić. Byłoby to bardzo kłopotliwe.
W międzyczasie Robert po raz kolejny próbuje dosiąść się do dzieci siedzących w autku. Wygląda na to, że musimy się oddalić. Tłumaczę Robertowi, że autko nie jest tylko jego, że inne dzieci też mają prawo się nim bawić. Idziemy w stronę huśtawek. Po drodze spotykamy chłopczyka na hulajnodze. Robert jest bardzo zainteresowany kolorowym pojazdem, chwyta za rączkę.
"Zostaw, to nie Twoje", powtarzam jak mantrę. "To hulajnoga chłopczyka".
Tymczasem tuż koło huśtawki mała dziewczynka żali się:
"Mamo, on mi zabrał hulajnogę!" i wskazuje na chłopczyka, którego właśnie minęliśmy.
"Nie martw się, odda Ci", spokojnie tłumaczy jej mama.
Zastanawiam się przelotnie, która z nas popełnia błąd: ja, ucząca półtorarocznego synka, że trzeba szanować własność innych dzieci czy ona, lekko pozwalająca na fakt, by inne dziecko zabierało własność jej córeczki? A może obie mamy rację? Tak czy inaczej, obie z różnych powodów pozwalamy, by nasze dzieci były w jakimś stopniu pokrzywdzone w tym mikro-społeczeństwie placu zabaw. Czy to dlatego, że właśnie wychowujemy, czy dlatego, że same zostałyśmy tak wychowane?
Robert huśta się przez chwilę na huśtawce, jednak nadal zerka w stronę autka. Zauważam, że jest już wolne. Opuszczamy huśtawkę i zajmujemy autko. Niemal natychmiast zjawia się chłopczyk, który wcześniej siedział za kierownicą.
"Zeszliście z autka, to teraz my się chwilę pobawimy", tłumaczę mu.
Chłopczyk dosiada się do Roberta, co nie przeszkadza nam ani trochę - w końcu miejsca jest sporo. Szybko jednak staje się jasne, że chce on być jedynym pasażerem.
"Daj chłopczykowi się pobawić, zobacz, jest młodszy od Ciebie", przychodzą nam z pomocą jego rodzice.
Nie uważam, że fakt bycia młodszym automatycznie oznacza, że mojemu synkowi trzeba ustępować. Nie zamierzam jednak zgadzać się na to, by był przeganiany z miejsca, które sobie wybrał.
Po raz kolejny zwracam się do nieznajomego kilkulatka: "Widzisz, on bardzo długo czekał, aż skończycie się tutaj bawić. Zeszliście z autka, więc teraz jest jego kolej".
Kilkulatek odchodzi smutny, siada w pobliżu i obserwuje nas. Robert bawi się autkiem, kręci kierownicą, śmieje się radośnie. Po pewnym czasie opuszcza autko, idzie przed siebie. Rzecz jasna, chłopczyk, który mu wcześniej "ustąpił", natychmiast zajmuje jego miejsce.
I oczywiście Robert przypomina sobie w tym momencie, że chyba jednak nie skończył się jeszcze bawić autkiem...
Biorę go na ręce, staram się go uspokoić. Powoli staje się jasne, że zabawa na placu chyba już się skończyła. Mały jest zmęczony i rozżalony.
"Musisz być konsekwentny, Kochanie", tłumaczę mu. Wiem, że to jeszcze trochę za trudne słowo dla niego, ale kiedyś mu się przyda. "Skończyłeś się bawić autkiem, to teraz chłopczyk się nim bawi. Tak jak wcześniej on musiał czekać, bo Ty się bawiłeś. Jemu też pewnie było smutno, ale musiał poczekać".
Upewniam się kilkukrotnie, czy może jednak nie pobawimy się w innym miejscu. Robert pozostaje niepocieszony. Opuszczamy zatem plac, oboje zmęczeni, jedno z nas we łzach. Tłumaczę mu, że go kocham i że rozumiem, dlaczego jest mu przykro.
Głupio mi kończyć zabawę w ten sposób, ale w tym momencie nie widzę innego wyjścia. Nie zamierzam zmuszać wszystkich dzieci na placu, by ustępowały mojemu synkowi, bo jest młodszy i jeszcze się nie nauczył, że nie zawsze jest jego kolej i że nie może mieć wszystkiego, czego w danym momencie sobie zażyczy, bo musi się też liczyć z potrzebami innych dzieci.
Uświadamiam sobie, że to się właśnie zaczyna. Ten wyższy poziom rodzicielskiego wtajemniczenia. Mój synek będzie się uczyć, jak funkcjonować w grupie. A mnie czeka milion trudnych decyzji. Kiedy reagować, a kiedy pozwolić, by dzieci rozstrzygnęły konflikt między sobą? Na ile pozwalać Robertowi na ingerowanie w zabawy innych dzieci? Jak nauczyć go zdrowego balansu między szanowaniem praw innych dzieci a uważaniem, by jego prawa też były szanowane?
To była dopiero jedna z pierwszych lekcji. Przed nami cała szkoła życia.