Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 września 2022

Każdy z nas był kiedyś małym smokiem. Recenzja serii książeczek Katarzyny Wierzbickiej „Maciuś i Leon”


Niedawno podczas transmisji na moim fanpage’u, zapytana o to, co w tej chwili czytam, pokazałam jedną z kilkustronicowych książeczek o zaokrąglonych rogach, z dwoma uroczymi smokami na okładce. Maciuś i Leon, czyli wspomniane smoki, trafili w moje ręce dzięki uprzejmości wydawnictwa Zielona Sowa. Dzisiaj opowiem Wam o ich perypetiach, które zostały opisane w tych książeczkach.

Katarzyna Wierzbicka, której twórczość śledzę od dawna (na blogu znajdziecie recenzje jej wcześniejszych książek!), jest pisarką niezwykle wszechstronną. Z pewnością wielu z Was wie, że ta autorka wydaje z powodzeniem zarówno mroczne powieści fantasy dla dorosłych czytelników, jak i ciepłe, kolorowe i pełne pozytywnych wartości książki dla dzieci. Nie wiem jednak, czy zdajecie sobie sprawę z tego, jak bardzo różnorodna jest jej twórczość właśnie dla tych najmłodszych czytelników. Począwszy od nieco przewrotnej bajki „O królewiczu, który się odważył”, poprzez niezwykle baśniowego i pouczającego „Elfa do zadań specjalnych”, przeznaczonego dla dzieci w wieku szkolnym, które są w stanie skupić się na dłuższej historii, barwne i przemiłe „Duże troski małych zwierzątek” idealne do wspólnego czytania przed zaśnięciem, aż po „Nikt nie widzi Słoni”, bardzo ambitną opowieść o tolerancji. Każda z tych pozycji jest inna, pisana z myślą o trochę innej grupie wiekowej.

Jak wpisuje się w ten dorobek seria o Maciusiu i Leonie? To książeczki dla maluchów w wieku przedszkolnym. Mój trzyletni Michaś, dla którego nawet „Duże troski…” są miejscami jeszcze zbyt trudne, od razu polubił tytułową parę kolorowych smoków. Robert odnalazł w przygodach opisanych na kartach książeczek sporo podobieństw do jego własnych doświadczeń z życia starszego brata. Obaj stwierdzili jednogłośnie, że starszy ze smoków – fioletowy Leon – to Robert, a młodszy – zielony Maciuś – to Michał. Od tej pory, gdy czytamy razem książeczki o przygodach dwóch małych smoczych braci, używamy tych zmienionych imion :)

Tu zaznaczę przy okazji, że pewien drobny zabieg graficzny pomaga szybko zapamiętać, który ze smoków to Maciuś, a który Leon – ich imiona są za każdym razem napisane odpowiadającymi im kolorami. Maciuś na zielono, a Leon na fioletowo.

Kolorystyka serii jest zresztą bardzo spójna, a ilustracje wykonane przez Paulinę Kmak wprost idealne dla najmłodszego odbiorcy. Smoki z dziecięcymi buźkami i wielkimi oczkami budzą sympatię i w żaden sposób nie wydają się groźne, rysunki są czytelne i dobrze oddają treść opowiadań. Podoba mi się też wygodny format książeczek oraz duże, tekturowe strony, których małe rączki tak łatwo nie pozaginają.


Dobrze, co zatem przydarza się tym małym smokom i dlaczego Robert z taką łatwością wczuł się w rolę Leona, starszego brata Maciusia?  W jednym z opowiadań smoki idą z mamą do sklepu, a w pobliżu znajduje się piękny, kolorowy plac zabaw. Smocza mama nie bez trudu przekonuje Maciusia, że ulubiona zabawa na huśtawkach i zjeżdżalni musi poczekać, bo najpierw trzeba zrobić zakupy na obiad. W kolejnym opowiadaniu dwaj braciszkowie czytają wspólnie książkę. A innym razem kłócą się, bo obaj chcą się bawić tą samą zabawką – jakie to znajome! Przyznam, że spokojna, racjonalna reakcja smoczej mamy podpowiedziała mi pewien nowy sposób na radzenie sobie z tego typu konfliktami.

Podobnie jak „Duże troski małych zwierzątek”, opowiadania o Maciusiu i Leonie ukazują codzienne problemy doskonale znajome nam, rodzicom, i naszym dzieciom. Przyznam, że te smocze przygody stały mi się, i chyba chłopcom też, jeszcze bliższe – może dlatego, że zamiast leśnych dziupli i norek mamy tutaj zwykły dom, sklep, plac zabaw? Ale przede wszystkim chyba dlatego, że te dwa małe smocze łobuziaki wydają się być w podobnym wieku do moich synków i dynamika relacji między nimi też jest bardzo podobna. Jako mama z chęcią korzystam z tych książeczek nie tylko jako umilaczy czasu spędzonego z dziećmi, ale też widzę tam konkretne wskazówki dla siebie, co zrobić w kryzysowej sytuacji. Smocza mama jest bowiem równie opanowana i mądra jak Flop, opiekun króliczka Binga! Potrafi wysłuchać, gdy mały smok tego potrzebuje. Potrafi nazwać emocje i nie karać za sam fakt, że dziecko odczuwa złość. Potrafi też powstrzymać się od ingerowania, gdy nie jest ono potrzebne.

Czy polecam serię o Maciusiu i Leonie? Oczywiście, że tak! Szczególnie jeśli macie dzieci w wieku przedszkolnym. Książeczki są napisane prostym, zrozumiałym językiem, dotyczą sytuacji, które znacie z Waszej codzienności, mogą nie tylko bawić, ale też i podpowiedzieć, jak sobie z tymi codziennymi przygodami poradzić.

Z niecierpliwością czekamy – ja, smocza mama, starszy smoczek i młodszy smoczek – na kolejne książeczki z serii!

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

"10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego" Marzeny Żurek - recenzja przedpremierowa!

Uwielbiam polecać Wam wartościowe książki. A już szczególną przyjemność mam wtedy, gdy mogę Wam polecić wartościową książkę napisaną przez autorkę, którą znam i lubię. Tak jest właśnie w tym przypadku :)

Marzenę Żurek poznałam ...dzieści lat temu, gdy obie byłyśmy nastolatkami. Już wówczas uważałam się za pisarkę, a w mojej głowie powoli zaczynała kiełkować opowieść, którą spisałam znacznie później, i która niedługo będzie mieć swoją premierę. O twórczości Marzeny natomiast nie wiedziałam nic, zupełnie nic. Dowiedziałam się dopiero dwa lata temu, gdy Marzenka wysłała mi jeden z wierszy o Tobim, kotku na schwał. Od tamtej pory śledzę z fascynacją i podziwem jej drogę pisarską, jej relacje ze spotkań autorskich i wszystkie fantastyczne działania, które podjęła, by kotek Tobi dotarł ze swoimi mądrymi radami do jak najszerszego grona młodych odbiorców.

Uroczy, puchaty kot (narysowany w mój absolutnie ulubiony sposób, czyli zero karykatury, a samo kocie piękno!) i mądre porady dotyczące zdrowego odżywiania się i trybu życia - co za doskonałe połączenie! Wyrazista, łatwo zapamiętywalna postać Tobiego z miejsca zdobędzie uwagę tych czytelników, których twarz rozpromienia się na widok kociej mordki. Porady napisane prostym językiem, ilość tekstu, która nie przytłacza, a dzięki rymom łatwo wpada w ucho - to idealny sposób, by trafić do dziecięcego odbiorcy :) Niewątpliwie pomysł Marzeny się sprawdził, i dlatego dzielny Tobi doczekał się kolejnej książki, w której dzieli się z dziećmi swoją mądrością. Nosi ona tytuł: "10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego".

O ile pierwsza część, czyli "Żywieniowe przygody Tobiego..." skupiała się na kwestiach dotyczących zdrowej diety, "10 czynności..." porusza nieco szerszą tematykę. Rymowane porady Tobiego dotyczą tutaj takich kwestii jak higiena osobista, znaczenie sportu i ruchu w codziennym rytmie, rola odpoczynku i snu, a także oczywiście - zdrowe posiłki spożywane o odpowiednich porach.

Tobi przygląda się porządkowi dnia, od śniadania zjedzonego z samego rana (to ważne, by o nim nie zapominać!), poprzez poranną higienę, obowiązki szkolne, aż po wieczorny odpoczynek i kolację zjedzoną 2 godziny przed dobrym i zdrowym snem. Myślę, że całkiem sympatycznym pomysłem byłoby spróbować spędzić cały dzień, stosując się dokładnie do wytycznych Tobiego - zresztą, kto mówi o jednym dniu? Gdy młody czytelnik zaprzyjaźni się z psotliwym kotkiem i zaufa jego mądrym radom, może się okazać, że zacznie pilnować zasad higieny i stałych pór posiłków bardziej niż kiedykolwiek - bo Tobi tak powiedział. Pamiętam z mojego dzieciństwa, a teraz widzę to samo u moich dzieci - że celne stwierdzenia płynące z ust postaci z bajek wielokrotnie zapadają w pamięć mocniej niż uwagi pań w przedszkolu. Nie od dzisiaj wiadomo, że nauka staje się bardziej efektywna, gdy jest związana z zabawą i rozrywką. Tobi wydaje mi się idealną postacią do roli mądrego przewodnika po zdrowym życiu, takiego, który jednocześnie uczy, bawi i zachwyca swoim nieodpartym kocim urokiem.

Dodam, że niemal na każdej stronie znajdują się proste i zabawne ilustracje z Tobim, wykonane przez Martę Raźniewską. Mam wrażenie, że nie tylko dzieci, ale też całkiem dorośli miłośnicy kotów będą mieli sporo frajdy z ich oglądania!

Książkę zamyka wspaniały bonus dla całej rodziny: gra planszowa! Ucieszyłam się ogromnie na jej widok, bo mój Robert przeżywa właśnie etap fascynacji grami planszowymi. Gra "Kraina pokus" zaproponowana przez Marzenę Żurek polega między innymi na jedzeniu pysznych warzyw i owoców, na odpowiadaniu na proste pytania (np. wymień pięć czerwonych warzyw) i wykonywaniu prostych ćwiczeń, bo w końcu w zdrowym ciele zdrowy duch! Jestem przekonana, że dzieci będą się przy niej świetnie bawić, a spożycie warzyw i owoców w domu wzrośnie, oj, wzrośnie :)




Czy widzę jakieś minusy? Może jeden: pierwszy wierszyk, poświęcony samej postaci Tobiego i opisywaniu, jaki z niego piękny kot, wydaje mi się dosyć długi. Takie rozwiązanie ma oczywiście swoje zalety, dziecięcy czytelnik zdoła się dzięki niemu bardziej przywiązać do postaci kotka i z tym większą przyjemnością będzie czytać, co czarujący Tobi ma do powiedzenia. Ale ja, dorosły czytelnik, czekałam z pewną niecierpliwością, kiedy Tobi skończy opowiadać o sobie i przejdzie do rzeczy ;)

Nie jestem też wielką fanką ilustracji przedstawiającej wirusy i bakterie ;) Ale to jest tylko i wyłącznie kwestia moich osobistych preferencji. Zauważyłam, że taki trend - pokazywania małych stworków, które trzeba wyeliminować - jest ogólnie bardzo modny w różnych bajkach zachęcających dzieci do dbania o higienę. Widocznie to po prostu się sprawdza. Dodam też, że w wykonaniu Marty Raźniewskiej nawet te nieszczęsne wirusy i bakterie prezentują się całkiem niebrzydko i niestrasznie!

Komu polecam "10 czynności dla zdrowotności"?

- rodzicom, którzy lubią czytać dzieciom na głos, a przy okazji chcą, żeby lektura miała walory edukacyjne,

- kociarzom, którzy chcą popatrzeć na ładne i zabawne obrazki z kotkiem w roli głównej,

- w zasadzie każdemu, kto potrzebuje pewnego przypomnienia zasad dotyczących zdrowego trybu życia, 

- dzieciom, dzieciom, dzieciom. Książka adresowana jest raczej do dzieci szkolnych, mniej więcej 1-2 klasa podstawówki, odnoszę jednak wrażenie, że przedszkolaki też będą się przy niej świetnie bawić i zrozumieją zawarty w niej przekaz.

Czekam z niecierpliwością na premierę! Dam Wam znać, kiedy "10 czynności... " będzie dostępne w sprzedaży!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki przed premierą bardzo dziękuję autorce, Marzenie Żurek.



środa, 6 października 2021

"Educzytajki" - mądre bajki do czytania przed snem!

Książeczki z serii "Educzytajki" trafiły w moje ręce dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat. Myślę, ze pojawiły się w naszym domu w idealnym momencie, na początku jesieni, kiedy wieczór zapada już dość wcześnie. Wspólne czytanie to świetny sposób na spędzanie razem czasu przed snem.

- Mamo, poczytasz mi książkę przed spaniem, a ja będę podnosić rączkę do góry i zadawać pytania? - słyszę ostatnio niemal co wieczór.

 - Którą bajeczkę chcesz poczytać?

- O zajączku, co bał się ciemności. 

Ta bajeczka ze zbioru "Duże troski małych zwierzątek" Katarzyny Wierzbickiej chyba najbardziej przemówiła do Roberta. Może dlatego, że mały zajączek ma z nim sporo wspólnego: tak jak on lubi marchewki, za to nie lubi, gdy gaśnie światło w pokoju.

Często na moje pytanie o wybór bajeczki pada też odpowiedź: o Olmisiu! - Robert zapomina czasami, że bohaterka "Niedźwiedziego świata Olmisi" Bożeny Bobrzyk-Stokłosy jest małą i pogodną miśką, a nie misiem-chłopcem. Pewnie dlatego, że w jakimś stopniu się z nią identyfikuje. Tak jak ona jest nieduży i bardzo chciałby urosnąć, ma swoich kolegów i małego braciszka, lubi się bawić na placu zabaw i chętnie zajada się smakołykami.

Na tym polega właśnie urok "Educzytajek". Choć opowiadają o zwierzątkach leśnych, zresztą przepięknie narysowanych - autorką ilustracji do obu książeczek jest Magdalena Babińska - dzieci czytają w nich o bohaterach podobnych do nich, mierzących się z podobnymi troskami, marzeniami i potrzebami. W czułych słowach pani Zajączkowej, mamy małego zajączka, czy w mądrości mamy niedźwiedzicy mogą znaleźć odpowiedzi na nurtujące je pytania. Może też znajdą pocieszenie, gdy będą go potrzebować?

"Duże troski małych zwierzątek"



Zajączek bał się, gdy zaczynało robić się ciemno, bo wszystko wokół niego wyglądało nagle tak bardzo inaczej, tak groźnie. Wiewiórce zrobiło się przykro, gdy naśmiewały się z niej sójki - uważały się za lepsze od niej, bo potrafią latać, a ona tylko skacze i wspina się po drzewach. Niedźwiadek martwił się, że jego najlepszy przyjaciel warchlak przestał się z nim bawić, odkąd w leśnym przedszkolu pojawił się nowy kolega, wilczek. Mały bóbr przestraszył się, gdy jego rodzice posprzeczali się nie na żarty. Pajączek niecierpliwił się, bo chciał się pobawić z mamą, a ona ciągle pracowała. 


Czy te duże troski brzmią znajomo? Dla mnie tak, i z pewnością brzmią znajomo dla moich dzieci. Widziałam nieraz ich niepokój, gdy robiło się ciemno, niecierpliwość, gdy nie mogłam się nimi bawić, bo musiałam zająć się czymś innym. Pamiętam też niejedną zabawną, ale i wzruszającą sytuację, gdy starali się pogodzić mnie i męża - najczęściej nawet się wtedy nie kłóciliśmy, po prostu przekomarzaliśmy się lub mówiliśmy głośno. Przyznam, że bajeczka o bobrze i jego rodzicach poruszyła mnie najmocniej. Pokazuje, jak stresujące mogą być dla dziecka kłótnie rodziców, jak bardzo potrafią one zaburzyć jego poczucie bezpieczeństwa. Podoba mi się, że choć spór pomiędzy mamą i tatą małego bobra udaje się rozwiązać bardzo szybko, a rodzina pozostaje pełna i kochająca - autorka przesyła też subtelne słowa wsparcia dla dzieci, których rodzice się rozstają.


Każda z sześciu bajeczek Katarzyny Wierzbickiej zbudowana jest w podobny sposób - zaczyna się od krótkiego, opisowego wprowadzenia, dzięki któremu dziecko może dowiedzieć się co nieco o warunkach, w jakich żyje dane zwierzątko. Potem poznajemy zwierzątko i jego troskę, a na koniec, gdy zwierzątko kładzie się spać, jego mama rozmawia z nim o jego zmartwieniach. Uspokaja, pociesza, wyjaśnia. Mądre słowa poszczególnych mam są dodatkowo wyróżnione graficznie - zapisano je ładną czcionką na ilustracjach. Dzięki temu łatwiej zapadają w pamięć czytelnikowi.

"Niedźwiedzi świat Olmisi"



O ile w książce Katarzyny Wierzbickiej mieliśmy sześcioro małych leśnych bohaterów, Bożena Bobrzyk-Stokłosa wprowadza nas w świat jednej bohaterki - Olmisi, a także jej mamy niedźwiedzicy, taty niedźwiedzia i małego braciszka Domisia. Jej przyjaciele z przedszkola także są misiami. Perypetie Olmisi, jej dom, miejsca, w których bywa, a także sposoby spędzania wolnego czasu - wszystko to przypomina naszą ludzką rzeczywistość, a mała miśka Olmisia równie dobrze mogłaby być po prostu małą dziewczynką, Olą. Zauważyłam, że mój starszy synek bardzo chętnie słucha opowieści z życia niedźwiedziej dziewczynki i z łatwością potrafi je odnieść do własnych doświadczeń z przedszkola czy z placu zabaw. 


Olmisia poprzez swoje przygody i dzięki mądrości rodziców uczy się, że każdy miś jest inny, każdy uczy się i rozwija w swoim tempie, a to, co jest łatwe dla jednego misia, może okazać się trudne dla innego - i na odwrót. Uczy się akceptować swoje cechy, które czynią ją wyjątkową, jak czerwona plamka na pyszczku, brokatowe okulary, a także niewielki wzrost - w odróżnieniu od jej przyjaciela, Wielgusia, który jest najwyższym misiem na placu zabaw. Nawiązuje wiele serdecznych przyjaźni i znajomości i dzięki nim odkrywa, że nieładnie jest śmiać się z kogoś i robić mu przykrość, za to zawsze warto wspierać się nawzajem i uczyć się od siebie tego, co najlepsze.

Jakie to piękne przesłanie dla naszych przedszkolaków! Cieszę się, ze moi chłopcy mogli poznać Olmisię i innych leśnych bohaterów. Wiem, że bajki przeczytane w dzieciństwie mają magiczną moc, potrafią zapisać się mocno w pamięci młodego czytelnika i wpływać na ich sposób postrzegania rzeczywistości. Szczególnie, gdy są to bajki tak piękne w swojej prostocie.


Szczerze polecam te książeczki. Są idealne do czytania przed snem - tu zwłaszcza polecam "Duże troski małych zwierzątek", z których każda kończy się słowem Dobranoc! :) Obie są wartościowe, mądre i krzepiące, a także naprawdę ślicznie wydane.

czwartek, 30 września 2021

Weronika Szelęgiewicz "Koniberki. Powrót na łąkę" - magiczne opowieści ze świata wyobraźni

Książkę Weroniki Szelęgiewicz "Koniberki. Powrót na łąkę" przeczytałam dzięki uprzejmości Kasi Wierzbickiej - Madki Roku, organizatorki Book Tour :) 

Tak wyszło, że poznałam koniberki jesienią, czyli w czasie, gdy opuszczają one łąkę i wyruszają w podróż do zimowego pałacu. Dzięki nim moje lato trwało o kilka dni dłużej, bo mogłam przenieść się w świat ich przygód :) 

Dziecięca wyobraźnia


Jako dziecko wymyśliłam półmotyle. Były to małe magiczne istotki o ludzkiej postaci i skrzydłach motyla, zamieszkiwały wielkie drzewo i żywiły się liśćmi. Nie zaprzątałam sobie wówczas głowy ich ewentualnym podobieństwem do elfów, wróżek czy innych baśniowych postaci istniejących już w kulturze, w ogóle nie myślałam tymi kategoriami. Dla mnie były jedyne i niepowtarzalne.

Przypomniałam sobie o nich, gdy czytałam "Koniberki. Powrót na łąkę" Weroniki Szelęgiewicz. Mam wrażenie, że koniberki - maleńkie latające koniki - wywodzą się mniej więcej z podobnej krainy dziecięcej wyobraźni, niczym nieograniczonej, spójnej i dziecięco szczerej. 

Nowy i nieznany, ale bliski świat


Świat koniberków jest przy tym bardzo podobny do naszego. Latające koniki żyją na łące, w kwiatach zwanych wingawiami, w czasie swoich przygód spotykają trzmiele, ważki, a nawet żółwia - czy raczej żółwicę, mądrą i uroczą Genowefę. Zagrożenie stanowią dla nich pająki, szarańcza, duże ryby oraz mięsożerne rośliny, które wyrosły na bagnach. Koniberki są naprawdę bardzo małymi stworzonkami... Ich perspektywa pozwala nam obejrzeć łąkę w powiększeniu, przyjrzeć się jej z bliska, zobaczyć, jak wielką rewolucję w życiu tak małych istotek może wywołać ulewny deszcz lub plaga szarańczy. Wspaniałe, barwne ilustracje wykonane przez Anię Jamróz pomagają czytelnikowi pięknie ukazują ten ogromny, różnorodny świat zaczarowanej łąki. 


Same koniberki przypominają swoim zachowaniem ludzi, w szczególności dzieci - bo większość rozdziałów opisuje perypetie najmłodszych mieszkańców łąki. Ich dziecięce zabawy, przygody, a także troski mogą się skojarzyć młodemu czytelnikowi z własnymi doświadczeniami. Lęk przed dużą zjeżdżalnią, zgubiony ładny drobiazg należący do przyjaciółki, sprzeczka z rodzeństwem - to problemy, które dzieci zrozumieją i będą potrafiły sobie wyobrazić, jak czułyby się w sytuacji koniberków, które się z nimi mierzą. Dlatego też przesłanie płynące z każdego rozdziału jest w pełni zrozumiałe i pouczające. 

Powrót na łąkę


Książka, która trafiła w moje ręce, to kontynuacja historii rozpoczętej w pierwszym zbiorze opowieści z życia latających koników, zatytułowanym po prostu "Koniberki". Pierwszy rozdział bardzo pobieżnie wprowadza nas w rzeczywistość i zwyczaje koniberków, odniosłam raczej wrażenie, ze jestem wrzucona bezpośrednio do magicznej rzeczywistości łąki i muszę się w niej odnaleźć sama - ale to wcale mi nie przeszkadzało, wręcz dodało uroku całej przygodzie :) Czułam się jak w dzieciństwie, gdy zaczynałam oglądać nową dobranockę i stopniowo odkrywałam, o czym ona będzie! Zresztą, to skojarzenie jest nieprzypadkowe - myślę, że na podstawie opowiadań o koniberkach można byłoby nakręcić wspaniałą dobranockę, nie tylko piękną wizualnie (te kwiaty i wielobarwne koniki!), ale też bardzo mądrą. Każdy rozdział opowiada w zasadzie jedną, zamkniętą przygodę, która ma swój wyraźnie nakreślony morał. 

Są to proste historyjki, niezbyt wymyślne, a ich przesłanie nie jest może szczególnie oryginalne, ale podane w wyjątkowo atrakcyjny, czarujący i bezpretensjonalny sposób. Historia o plotce, która przekazywana z ust do ust została dramatycznie wyolbrzymiona i zniekształcona, skojarzyła mi się i z baśnią Andersena, i z wierszem Brzechwy, i pewnie jeszcze na wiele sposobów ją opowiedziano, ale... przyznam szczerze, że wersja Weroniki Szelęgiewicz podoba mi się najbardziej :) Zresztą, to opowiadanie ma jeszcze jeden morał, z pewnością docenią go młodzi czytelnicy, których przyjaciele nie zawsze zachowują się wzorowo.

Tylko dla dzieci?


Czy "Koniberki. Powrót na łąkę" to książka tylko dla najmłodszych czytelników? Z jednej strony tak. Jest to baśniowa opowieść pisana niewątpliwie z myślą o dzieciach, dostosowana do ich wieku i raczej pozbawiona "mrugnięć okiem" do dorosłego odbiorcy - chyba że za takie uznamy  subtelne wzmianki o wychowywaniu dzieci, pojawiające się w dialogach starszych koniberków. Niemniej, lektura sprawiła mi mnóstwo przyjemności, a jej bohaterów szczerze polubiłam. Moim ulubieńcem stał się nieustraszony Węgielek :) Każdy z koniberków ma swój wyrazisty, dobrze zarysowany charakter, dzięki czemu żaden czytelnik, ani duży, ani mały, nie pogubi się w mnogości bohaterów.

Znalazłam też dla siebie ulubiony fragment :) Kiedy Gwiazdeczka, która obwołała się przyszłą królową koniberków, usłyszała reprymendę od rodziców (oj, było mi jej wtedy szkoda!), po namyśle stwierdziła sama do siebie: "Prawdziwa królowa da sobie radę ze wszystkim. Także z przeprosinami". To dopiero siła charakteru! Myślę, że niejedna dorosła królowa mogłaby nauczyć się tej postawy od Gwiazdeczki.




środa, 7 lipca 2021

Madka Roku, Szczęśliwa Siódemka, ich mężowie i pięcioro dzieci

... a każde z nich o innym temperamencie, inaczej wyrażające siebie, inaczej reagujące na otaczającą go rzeczywistość niedzielnego, upalnego popołudnia w centrum Krakowa. Stanowiliśmy barwną gromadę, kiedy tak szliśmy w dziesiątkę ulicami miasta i pilnowaliśmy, by nie rozdzielili nas turyści, rowerzyści, bryczki z końmi i tramwaje :) W dziesiątkę, bo była z nami również pisarka Weronika Szelęgiewicz, autorka wspaniałych "Koniberków" - o nich opowiem Wam innym razem!

Jak to się stało, że spotkałam się z Madką Roku w Krakowie? 

W czwartek późnym wieczorem Kasia napisała do mnie, że będzie przelotem w Krakowie. Spontaniczna akcja, sporo załatwiania i stresu, i pewnie praktycznie od razu będą wracać, bo i tak dzieci będą wymęczone podróżą. Przez chwilę próbowałam kombinować, co by tu zrobić, żeby choć na chwilę znaleźć się w pobliżu i uścisnąć dłoń wspaniałej osobie, z którą znam się internetowo od blisko trzech lat. Wyczułam jednak, że to będzie kłopot, i nie drążyłam tematu. Sama wiem, jak to jest, gdy przyjeżdża się na chwilę do dużego, nieznanego miasta (Kraków jest może mniejszy od Warszawy, ale też potrafi onieśmielić) i próbuje się zdążyć ze wszystkim.

Madka Roku odezwała się jednak jeszcze raz, w sobotę. Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że kurczę, czasu mało, ale naprawdę fajnie byłoby się spotkać, może uda się choć na chwilę? Miałam trochę zdarte gardło i planowałam raczej odpoczywać przez całą niedzielę, ale perspektywa spotkania była zbyt kusząca, żeby z niej zrezygnować z tak błahego powodu :)

Skąd my w ogóle się znamy?

Pierwsze moje zetknięcie z blogiem Kasi to był niewątpliwie ten tekst. O matko (Madko), jak ja się śmiałam. Napisałam w komentarzu, że prawie pękłam, a byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, więc pękanie trochę nie było wskazane... :) Dzieci Madki zauroczyły mnie od razu, podobnie jak jej poczucie humoru i błyskotliwe riposty. Od razu wiedziałam, że będę odwiedzać ten adres regularnie, a może kiedyś przeczytam jakąś książkę Kasi... Bo że ma wielki dar pisania, widziałam od razu.

Kasia sprawia wrażenie osoby delikatnej i nieśmiałej, ale gdy pisze, wstępuje w nią... jakaś magiczna istota, najpewniej któraś z jej fantastycznych opowiadań :) Pisze dowcipnie, inteligentnie, bywa ostra jak brzytwa, a co najbardziej zaskakujące - w swoich tekstach dla dorosłych nie unika makabry. W tym roku premierę będzie miała jej powieść "Tajne przez magiczne", którą miałam przyjemność czytać jako beta-czytelniczka. Przyznam, że nieraz byłam zaskoczona, jakie mroczne wizje potrafi wykreować umysł tej dziewczyny o łagodnych oczach i anielskim uśmiechu. 

Wielokrotnie wspierałyśmy się i dopingowałyśmy nawzajem jako dwie początkujące pisarki, przy czym doprawdy nie wiem, skąd w Kasi przekonanie, że jesteśmy pod tym względem równe - u mnie próżno szukać jakichkolwiek sukcesów literackich, a ona ma na swoim koncie między innymi zwycięstwo w ogólnopolskim konkursie "Piórko", a także bestsellerowego "Elfa do zadań specjalnych". Jednak pomimo tych osiągnięć nie wywyższa się, mam wrażenie, że z nas dwóch to ona jest bardziej skromną.

Spotkanie z Madką i madczątkami

Umówiliśmy się na 15:00 koło Smoka Wawelskiego, ostatecznie spotkaliśmy się około 15:30 (bo w niedzielne upalne popołudnie w centrum Krakowa nie ma miejsc parkingowych) i w pewnej odległości od smoka (bo najmłodsze madczątko się go bało). Robert od razu nawiązał świetną komitywę z mężem Kasi, Michał czarował swoim urokiem dwulatka-wiecznego-niemowlaka i nie opuszczał wózka, w którym wylądował, bo spał w samochodzie. Okazało się to dobrym rozwiązaniem, bo w tym gąszczu dziecięcych nóżek, z których każde tuptały w innym tempie, nóżki Michała nie musiały nadążać za starszym towarzystwem, tylko spokojnie się wiozły. 

A nasze spotkanie okazało się w zasadzie jednym wielkim krakowskim spacerem. Od smoka (czy raczej okolic smoka) przez Planty, na Grodzką do lodziarni, potem znowu przez Planty, a na koniec odegraliśmy scenę z filmu "Stary, gdzie moja bryka?", bo szukaliśmy samochodu, który nasi cudowni goście zostawili na szerokiej ulicy z tramwajem, prostopadłej do Dietla. Znaleźliśmy!

O czym rozmawialiśmy? Kiedy nie odliczaliśmy kolejno, czy dzieci są nadal w komplecie i nie pilnowaliśmy, czy nikt nie wchodzi pod tramwaj, to w zasadzie o wszystkim. O pisaniu, o młodzieży (zarówno tej przedszkolnej, jak i licealnej), o smakach lodów, o wakacjach, trochę o wspólnych znajomych, o ciekawych miejscach... Wiecie, kiedyś czułam spore onieśmielenie, gdy miałam spotkać się z kimś, kogo znałam tylko z Internetu. Zawsze wydawało mi się, że ta osoba na żywo będzie inna niż się spodziewałam, że nie będzie nam się rozmawiało swobodnie, że to przyzwyczajenie do kontaktu na odległość okaże się zbyt silne, by przełamać dystans. Nic bardziej mylnego. Teraz wiem, że przyjaźń zawarta w Internecie jest taka sama po wylogowaniu. Od czasu, kiedy odkrywałam uroki sieci jako nastolatka, sporo się zmieniło. Nie stawia się już tak bardzo na anonimowość, raczej na autentyczność i szczerość, łatwiej kogoś poznać, wiemy o sobie więcej, łatwiej nam sobie wyobrazić tę osobę po drugiej stronie ekranu.

I mówię to ja, która ciągle jeszcze trochę zbieram się po tym, jak z hukiem rozleciały się dwie ważne dla mnie relacje, internetowe właśnie. Cóż, zawsze uważałam, że generalizowanie jest złe ;)

Następne spotkanie

Odbędzie się na pewno. Może w Krakowie, może w Warszawie, zapewne na którychś Targach Książki albo na zlocie pisarzy. Ale wiem, że się odbędzie. Skąd wiem?

Wyobraźcie sobie, że przez cały czas naszego spotkania miałam przy sobie egzemplarz "Królewicza, który się odważył" ("Elfa" zostawiłam w domu, i dobrze, bo byłoby mi z nim ciężko na spacerze) i nie wzięłam autografu od jego autorki! Kiedy sobie przypomniałam, że przecież chciałam o to poprosić, to okazało się, że nikt w naszym gronie nie ma przy sobie długopisu. Nawet próbowałam go kupić w Żabce, ale nie mieli długopisów na sprzedaż. Za to Robert naciągnął mnie na jajko niespodziankę, którego nawet nie zjadł.

Zatem widzicie, musimy się spotkać jeszcze raz, żeby Kasia podpisała mi "Królewicza". I "Tajne". I wszystkie inne świetne książki, które jeszcze wyda. Jest na co czekać!

środa, 3 marca 2021

Pisarskie plany na marzec

Może wynika to z oddechu wiosny, który czuć już wyraźnie, gdy otworzy się okno. Może to pewna ulga, że skończył się luty, który (mimo mojej wielkiej miłości dla niego) jest dosyć słusznie uważany za najbardziej przygnębiający miesiąc w roku. W każdym razie, od kilku dni obserwuję, że znajomi mi pisarze masowo chwalą się planami pisarskimi na marzec. Pomyślałam, że popłynę razem z nimi na tej fali i opowiem, co będzie się działo w najbliższym czasie w moim własnym pisarskim światku :) Okazja jest idealna, w końcu dzisiaj świętujemy Międzynarodowy Dzień Pisarzy.

Zapraszam zatem do czytania :)

Seria o nastolatkach



Moje plany są raczej proste i konkretne: poprawiam trzeci tom serii dla młodzieży. Jak niektórzy z Was wiedzą, napisałam już cztery tomy z planowanych pięciu (a możliwe, że będzie ich jeszcze więcej), jednak dopiero dwa pierwsze zdołałam doprowadzić do satysfakcjonującej mnie formy. W czasie, gdy wspomniane dwa czekają na pozytywną odpowiedź od wydawnictwa, ja pracuję nad trzecim. Mam ambitny plan, by z końcem marca mieć już książkę gotową do przesłania beta-czytelnikom.

Na czym polega problem z trzecim tomem? Pisałam trójkę i czwórkę jako jedną całość, dopiero później zdecydowałam, w którym miejscu będzie przebiegał podział. Myślę, że wybrałam dobry moment na zamknięcie tomu, mimo to w efekcie powstała książka właściwie bez zakończenia. Wygląda to tak, że gdzieś po 75% nieźle skonstruowanej powieści... mamy jakieś trzy-cztery sceny, luźno związane ze sobą, nie prowadzące do żadnego podsumowania ani konkluzji. I tyle, i koniec. Rach, ciach, ciach, jakbym strzelała tymi ostatnimi scenami z karabinu, byle szybciej skończyć. Oczywiście, przyczyną jest to, że w pierwotnej wersji znajdowały się one gdzieś w środku całości i nie miały takiego dużego znaczenia. Muszę zatem dobudować ostatnie 25% książki, na szczęście już wiem, jakich scen tam brakuje i jak powiązać je z tym, co już napisałam.

Zmienił się mój styl. Dodawanie nowych scen, które wzbogacają całość, pokazują zdarzenia dotąd przemilczane, rozgrywające się gdzieś poza narracją - zmusza mnie jednocześnie do ulepszania, poprawiania wcześniej napisanych fragmentów. Inaczej różnica byłaby zbyt widoczna, nie mówiąc o tym, że nie mogłabym być z nich zadowolona. Mam sentyment do wykonanej już pracy i jestem daleka od stwierdzenia, że wówczas nie umiałam pisać, niemniej teraz potrafię pisać lepiej. Grzechem byłoby z tego nie skorzystać :)

Powoli szukam balansu pomiędzy artystycznym natchnieniem i rzemieślniczą pracą, wyobraźnią i wiedzą, moim subiektywnym zachwytem i próbą utrafienia w uniwersalne gusta. Między brakiem pokory i nadmiarem pokory. Moim problemem jest to, że nie umiem ocenić własnej pracy obiektywnie, a poleganie na ocenach zewnętrznych przestaje zdawać egzamin, bo opinie bywają sprzeczne i często wynikają z tego, jak dana osoba napisałaby mój tekst. Muszę wiedzieć przede wszystkim, jak sama chcę go napisać. Opinie czytelników, redaktorów, konsultantów mogą mnie naprowadzać, ale nie powinny zmieniać mojej własnej wizji.

Bajka



Czy są wśród Was autorzy bajek dla dzieci? Słyszeliście z pewnością o konkursie Piórko, organizowanym co roku przez Biedronkę. Moja serdeczna koleżanka po fachu, Katarzyna Wierzbicka, znana również jako Madka roku, wygrała ten konkurs dwa lata temu dzięki przepięknej bajce "O królewiczu, który się odważył". Ja sama próbowałam szczęścia w poprzedniej edycji, jednak bez powodzenia. W tym roku na pewno wezmę udział po raz kolejny. Jestem całkiem zadowolona z bajki, którą wysłałam poprzednio, wydaje mi się jednak, że ponowna próba podbicia serc jurorów tym samym tekstem, który już raz został odrzucony, ma bardzo niewielkie szanse na powodzenie. Dlatego moje pisarskie plany na marzec obejmują także pisanie nowej bajki na tegoroczną edycję Piórka.

Będzie to trudne zadanie, bo praca nad książką bardzo mnie angażuje. Niełatwo będzie oderwać się od niej. Nie mam też wystarczająco dobrego pomysłu na opowieść. Wierzę jednak, że ten pomysł przyjdzie do mnie jeszcze :) Oby nie w ostatniej chwili!

Opowiadanie



Trochę za wcześnie, by zdradzać szczegóły projektu, ale... moje opowiadanie zostało przyjęte do pewnej antologii. Cieszę się z tego ogromnie, bo chodzi o ważny dla mnie tekst. Jest ściśle powiązany ze wspomnianą serią o licealistach, stanowi jednak odrębną całość. Połączyłam w nim zabawę motywami literackimi i moje osobiste doświadczenia. W efekcie powstało coś wyjątkowego, co poruszyło nie tylko mnie :)

Przypuszczam, że w marcu czeka mnie trochę pracy związanej z przygotowaniem opowiadania do druku. Dostanę pewnie uwagi redakcyjne do niego i będę się starała tak je ulepszyć, że stanie się wręcz idealne :)

Blog


Moje plany pisarskie obejmują oczywiście i bloga :) Do tej pory udało mi się opublikować osiem wpisów w tym roku. Jestem dumna z tego wyniku i nie zamierzam zwalniać tempa! Myślę, że w najbliższym czasie pojawi się coś z okazji Dnia Kobiet, a później - może wpis o naszych spacerach. Mieszkamy w pięknej okolicy, chętnie trochę Wam ją przybliżę.


Spodziewałam się, że ta lista będzie dużo krótsza ;) Wychodzi jednak na to, że mam całkiem sporo planów! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o którymś ze wspomnianych tekstów, zapraszam do zadawania pytań w komentarzach :)

czwartek, 12 listopada 2020

"Elf do zadań specjalnych" Katarzyny Wierzbickiej - kalendarz adwentowy bogaty w treść!

Przyznam, że z wszystkich tegorocznych premier książkowych, na tę czekałam najbardziej. Nie dość, że autorkę znam i cenię jako pisarkę, blogerkę i w ogóle cudowną osobę, to jeszcze tematyka książki jest mi tak bliska! Nie od dzisiaj wiecie, że uwielbiam kalendarze adwentowe. A ta książka to wyjątkowo piękny i bogaty w treść kalendarz adwentowy z 24 opowiadaniami na każdy dzień od początku grudnia do Wigilii Bożego Narodzenia.

Mowa o książce "Elf do zadań specjalnych" autorstwa Katarzyny Wierzbickiej. Mogliście już czytać na moim blogu recenzje dwóch bajek autorstwa Kasi - "O królewiczu, który się odważył" oraz "Zaskroniec i pudel". Nie ukrywam, że uwielbiam jej styl pisania! Najnowsza książka pokazuje, że autorka nie stoi w miejscu i cały czas rozwija się jako świadoma pisarka o wielkiej wyobraźni, która ma czytelnikowi coś ważnego do przekazania.

Oprawa graficzna



Zacznę nietypowo dla mnie - od ilustracji, które wykonała Ulyana Nikitina. Są one po prostu bajeczne! Wspominałam już nieraz, że jestem dość wybredna, gdy chodzi o ilustracje. Te ujęły mnie od pierwszej chwili. Już sama okładka zapowiada wspaniałą zawartość, a w środku jest tylko piękniej! Rysunki są dynamiczne, pełne światła, spójne kolorystycznie, przesycone świąteczną atmosferą, a przy tym nie udziwnione, odwołujące się do najpiękniejszych tradycji ilustratorskich. Elfy i inne postacie mają wyrazistą mimikę i sympatyczne buźki. Jedyne zastrzeżenie, o jakim mogłabym pomyśleć... Mam wrażenie, że ilustracji jest za mało! Choć może wydaje mi się tak dlatego, że czytałam książkę razem z niespełna czteroletnim synkiem, który trochę się niecierpliwił, gdy zbyt długo nie widział kolejnego obrazka :D 


Oprawa graficzna tej pięknej książki to nie tylko duże rysunki odzwierciedlające poszczególne postacie i wydarzenia, ale także mnóstwo przepięknych detali - małe paczuszki z prezentami, oddzielające od siebie poszczególne sceny, gwiazdki i inne ozdoby na początku i na końcu każdego rozdziału. Czcionka jest ładna, duża, przejrzysta. Całość prezentuje się przepięknie.

Treść

Wspomniałam wcześniej, że czytałam książkę z niespełna czteroletnim synkiem. Choć podobała mu się, zapewne doceni ją jeszcze bardziej za jakieś dwa-trzy lata. "Elf do zadań specjalnych" jest bowiem przeznaczony dla dzieci powyżej szóstego roku życia. To nie jest prosta, banalna opowiastka do przeczytania w jeden wieczór - wręcz przeciwnie, kryje w sobie wielowątkową historię z interesującymi postaciami, jak choćby ambitna elfka Lśniąca czy nieśmiały opiekun reniferów, Piastunek. Przypuszczam też, że język autorki i używane przez nią słowa przyczynią się do poszerzenia zasobu słownictwa niejednego młodego czytelnika.

Okładka informuje, że w środku czekają na nas 24 opowiadania, ja jednak nazwałabym je raczej dwudziestoma czterema rozdziałami jednej, rozbudowanej opowieści. Jej głównym bohaterem jest Wiercipiętek, trochę niesforny elf o wielkim sercu, który przez swój szlachetny gest pozbył się w minione święta czarodziejskiego szaliczka zapewniającego mu niewidzialność. Od tej pory musi się bardzo pilnować, gdy odwiedza domy dzieci - może zostać zauważony!

Tymczasem w wiosce Świętego Mikołaja szykują się spore zmiany zapoczątkowane przez Lśniącą, szefową nowego działu wprowadzania innowacji. Zmiany mają sprawić, że tegoroczne święta będą naprawdę idealne, nikt jednak nie przewidział, że w tym samym czasie w wiosce aż zaroi się od nowych przybyszy, trolli i krasnoludków, cokolwiek niezdarnych i niechętnie do siebie nastawionych... A Święty Mikołaj, dobroduszny mistrz sprawiania radości, po raz pierwszy staje przed wielkim dylematem - jaki prezent najbardziej ucieszy jego żonę?


Kasia Wierzbicka po raz kolejny chwyciła mnie za serce napisaną przez siebie historią. Tym razem uczyniła to za sprawą wątku dziewczynki o imieniu Ania, którą odwiedza Wiercipiętek i.... Nie, nie mogę zdradzić Wam szczegółów. Powiem tylko, że spotkałam niejedną taką Anię w czasach, gdy sama byłam dzieckiem. Ja też mam z nią trochę wspólnego. Życzyłabym każdemu takiemu dziecku, by spotkało na swojej drodze Wiercipiętka i inne dobre dusze, które sprawiły, że historia ma radosny finał. Wiem, że nie zawsze tak jest. Kto wie, może "Elf do zadań specjalnych" przemówi do kogoś, kto bardzo tego potrzebuje, i naprawi tę część świata, w której małe dziewczynki płaczą przed snem i marzą o tym, by zniknąć?

A teraz zdradzę Wam mały sekret! Czytajcie książkę po kolei, jak autorka Wam zaleca, od początku do końca - ale na kilka ostatnich stron możecie zajrzeć poza kolejnością. Znajdziecie tam przepisy na pierniczki i gorącą czekoladę! Dzięki nim u nas w domu już wczoraj zrobiło się świątecznie :)


Czy polecam tę książkę? Kochani, mało powiedziane. Moim zdaniem to powinna być pozycja obowiązkowa dla każdego, kto kocha świąteczną atmosferę i przygody w wiosce Świętego Mikołaja.

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa!




środa, 13 maja 2020

Praca nad książką w czasach zarazy.



Jeśli zdarza się Wam odwiedzać ten adres, to wiecie, że tematyka pisania książki pojawia się tutaj od czasu do czasu, ale nie jest dominująca na moim blogu. Właściwie to od pewnego czasu należy Wam się aktualizacja informacji: co z moją książką, jak postępy w pracy, czemu to trwa tak długo i nad czym ja właściwie pracuję, skoro jeszcze w zeszłym roku pękałam z dumy, że udało mi się ją skończyć?

Zapraszam Was dzisiaj do mojego pisarskiego światka.

Co się stało?


No właśnie, czemu zaczynam od nowa? Dlaczego pochylam się po raz kolejny nad fragmentami, które napisałam już ponad rok temu?

Wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. Do tego stopnia zbiegły się w czasie, że gdybym była bardziej przesądna, musiałabym je traktować jako znak :)

Powoli szykowałam się do wysyłania książki do wydawnictw. Wcześniej jednak zdecydowałam się skorzystać z pomocy jeszcze jednej beta-czytelniczki. Spotkałam się z bardzo ostrą i zdecydowaną krytyką. Pojedyncza negatywna opinia - przy kilku pozytywnych - nie wpłynęłaby może tak silnie na moje dalsze działania, postanowiłam ją jednak skonsultować z innymi osobami. Wnioski nie były szczególnie pocieszające. Nawet osoby, które wcześniej wydawały się entuzjastyczne, przyznawały teraz, że książka wymaga co najmniej gruntownej przebudowy.

W tym samym czasie stopniowo zaczynało do mnie docierać, że 380 stron maszynopisu (17 arkuszy wydawniczych, jak kto woli) to jednak trochę za dużo i książka będzie odstraszać objętością. A beta-czytelnicy doradzali: rozbuduj, wzbogać, dodaj... Praktycznie nikt nie sugerował, żebym coś obcięła czy skróciła. Chociaż początkowo podział pierwszego tomu na dwie jeszcze mniejsze części wydawał mi się niemożliwy, w końcu się na to zdecydowałam.

Na czym polegała trudność? Miałam w głowie obmyśloną historię, która rozkręca się powoli aż do mocnego punktu kulminacyjnego. Musiałam dodać sporo mocnych akcentów w pierwszej części, żeby stała się czymś więcej niż tylko zapowiedzią kontynuacji. Kiedy wzięłam się do dzielenia, miałam w efekcie wrażenie, że w pierwszym tomie nie dzieje się dosłownie nic.

Jednocześnie napływały do mnie kolejne inspiracje i pomysły, i nowe postacie, które szukały swojego miejsca w opowiadanej przeze mnie historii. Chwilę trwało, zanim poukładałam sobie to wszystko w głowie, ale pewnego dnia po prostu wiedziałam, co zrobić.


Pierwszy tom.


Musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie: co ważnego wydarzyło się w ciągu tych dwóch miesięcy, które obejmowała akcja nowego pierwszego tomu? Czy któryś z wątków napotkał na przełomowy punkt? Czy pojawia się tam jakiś ciąg wydarzeń, który mogę uznać za zamknięty? A jeśli nie, czy mogę przerobić któryś z wątków, żeby tak się zdarzyło?

Znalazłam dwa główne, rozbudowane wątki, które pasowały do tych rozważań. Jeden miłosny-uczuciowy, drugi związany ze szkolnym konkursem muzycznym. Oba wymagały ogromnego dopracowania, musiałam wzmocnić ich znaczenie, uzasadnić postępowanie uczestniczących w nich postaci, dopisać nowe sceny. Szczególnie dotyczyło to wątku muzycznego, który w pierwotnej wersji tekstu nakreśliłam bardzo pobieżnie, rozgrywał się trochę poza głównym centrum wydarzeń. 

Pierwsza scena pierwotnej wersji spotkała się z dużą krytyką, zastąpiłam ją więc nową sceną, z udziałem dwóch głównych postaci. W ten sposób odkryłam, co sprawi mi największy problem przy konstruowaniu nowej wersji pierwszego tomu. Jak zdołam ukryć fakt, że między nimi aż trzaskają iskry? :) Musiałam trochę ich od siebie oddalić, żeby dalsze wydarzenia miały sens. Chyba znalazłam dobry sposób.

Redakcja.


Oprócz tego, że nową wersję pierwszego tomu czyta czworo beta-czytelników (w tym jedna osoba, która nie widziała poprzedniej wersji), moja serdeczna przyjaciółka po piórze, Kasia, zaoferowała, że zrobi mi tzw. harcik. Przyznam, nie spodziewałam się, że podejdzie do tego zadania aż tak poważnie. Pewnego dnia wysłała mi moją śliczną, wypieszczoną nową pierwszą scenę pokrytą gąszczem redakcyjnych uwag. W sumie było ich prawie 70. Siedemdziesiąt uwag do jednej sceny.

Gdzieś przy sześćdziesiątej czwartej zaczęły mnie piec oczy.

Miałam dobre nastawienie, ale ta ilość była przerażająca. Przecież wysłałam jej coś, co uważałam za wartościowe. Cięty dowcip na początku - redaktorka nie do końca rozumie. Dialog między dwoma nastoletnimi chłopakami - niewiarygodne słownictwo...

Kiedy starałam się na to odpowiedzieć, miałam wrażenie, że moja reakcja spotyka się z pewną pobłażliwością - początkująca autorka nie może przeboleć krytyki! Szybko dotarło do mnie, że nie chodzi o to, bym wytłumaczyła się z każdego uchybienia, ale o to, bym przemyślała uwagi, jedną po drugiej, i na spokojnie zdecydowała, do których chcę się zastosować. Bo wcale nie muszę stosować się do każdej!

Jedna z moich scen zawierała krótki opis snu. Redaktorka usiała ją uwagami - dodaj, wzbogać, pokaż! Natychmiast uświadomiłam sobie, że nie chcę tego robić. To miał być sen, nierealny, nielogiczny, ledwie muśnięty, wprowadzający do właściwej sceny. Nie widziałam sensu w rozbudowywaniu tego fragmentu. Dotarło do mnie, że mogę się nie zgodzić i to nie świadczy wyłącznie o moim braku doświadczenia i zadufaniu w sobie.

Z większością uwag jednak się zgodziłam, i większość przyjęłam dobrze :) Lubię poprawiać, lubię wprowadzać zmiany. Lubię to odkrycie, że wow, mogę wykreślić to zdanie, a tu zamiast trzech zdań napisać jedno i fragment wcale nie straci na wymowie, a będzie bardziej zwięzły i lepiej napisany! Przypomina mi to wyrywanie chwastów z grządki. I ogromnie, ogromnie doceniam pracę, jaką Kasia wkłada w analizowanie mojej pisaniny scena po scenie.

Czemu to wszystko trwa tak długo?


No własnie, jak w tytule - zaraza...  Gdybym mogła wybierać, wolałabym, żeby obecna sytuacja zastała mnie przy pisaniu pierwszej wersji, nie przy poprawianiu i redakcji. Z prostej przyczyny: piszę ręcznie w zeszycie, a poprawiam przy użyciu komputera. Tymczasem dopchanie się do komputera przy dwójce małych dzieci to naprawdę wyzwanie... Ledwie go włączę, Robert przerywa zabawę i biegnie do mnie, bo on chce oglądać bajki. I wcale nie chodzi o to, że ogląda jakoś strasznie dużo tych bajek (choć na pewno więcej niż przed zarazą :p). Chodzi o sam fakt, że ja usiadłam przy komputerze! A gdy komputer jest wyłączony, też przecież jestem potrzebna - żeby się bawić, przygotować jedzenie, wyjść z nimi do ogrodu...

Każdego dnia kradnę chwile na prace nad książką. Czasami są to dwie godziny, czasem mniej, zdarzają się dni, gdy zdołam poprawić zaledwie kilka akapitów. Albo w ogóle nic :)

Co jest zabawne, prawdopodobnie uda mi się skończyć przebudowę pierwszej części, zanim znowu będę sama w domu :) Czym ja się wtedy zajmę? Bez obaw, na pewno znajdę sobie zajęcie!



Co dalej?


No właśnie, co dalej, gdy już skończę poprawianie pierwszego tomu? Zamierzam potem przeczytać go jeszcze raz, właściwie wiele razy, by móc pochylić się nad poszczególnymi wątkami i postaciami. Może też trochę skrócić i przyciąć tu i tam - bo po dopisaniu nowych scen objętość książki znowu zaczyna lekko niepokoić...

Oprócz sprawdzonych beta-czytelników - niektórzy towarzyszą mi praktycznie od początku pisania! - będę szukać również nowych, którzy nie mieli dotąd okazji zetknąć się z moją książką. Potrzebuję opinii osób, dla których pierwotna wersja nie będzie punktem odniesienia. Wiem już, do kogo chcę się zwrócić w pierwszej kolejności.

Wiem, że pandemia mocno wpłynęła na rynek wydawniczy. Jeśli dotychczas nie było łatwo przebić się do wydawców, to teraz stanie się to jeszcze trudniejsze :D Muszę zatem dopracować moją książkę najlepiej, jak tylko potrafię. To spore wyzwanie - ale w końcu nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! :)

Trzymajcie za mnie kciuki :)

niedziela, 5 kwietnia 2020

"Tribajka - Czerwony Kapturek", czyli bajka, którą dokończysz sam.




Dowiedziałam się właśnie, że nie powinnam zapraszać Was do lasu, bo postanowiono, że lasy zostaną zamknięte. Zakaz nie dotyczy jednak miejsca, które chciałam Wam pokazać. Istnieje ono na kartach książki "Tribajka - Czerwony Kapturek", wydanej nakładem wydawnictwa Dziwny Pomysł.

Bajkę o Czerwonym Kapturku zna chyba każdy. A czym jest "Tribajka"? To projekt artystyczny Karoliny Grabarczyk i Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej z grupy 2wilki.pl, zwanej też Kulturalną Watahą. Jak sama nazwa wskazuje, obejmuje on trzy bajki - oprócz "Czerwonego Kapturka" także "Trzy świnki" i "Smoka Wawelskiego". 

Historia Czerwonego Kapturka, który w tej wersji nosi imię Malina i mieszka w miejscowości o nazwie Chruśniak (nawiązanie do Leśmiana - dostrzeżone!), napisana jest prostym, żartobliwym wierszem o przyjemnym rytmie, idealnym do czytania na głos. Nie jest ona jednak opowiedziana do końca! Wiersz Karoliny Grabarczyk urywa się dość niespodziewanie w trakcie rozmowy Maliny z wilkiem, który przekonuje ją, by nazrywała kwiatów dla babci. Dokończenie bajki należy do czytelnika. Kto wie, może za jego sprawą losy Czerwonego Kapturka, wilka i babci zakończą się zupełnie inaczej?

Ilustracje autorstwa Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej również wydają się trochę niedokończone. Las, do którego chciałam Was zaprosić, to w zasadzie same czarne kreski, a między nimi pojawia się bardzo symbolicznie zarysowana sylwetka Maliny.  Oraz wilk, którego mój starszy synek nazwał w pierwszej chwili potworem - zagadkowa, ciemna postać z wielkimi oczami i szpiczastymi uszami.



Jeśli czytaliście moje wcześniejsze recenzje, wiecie już, że preferuję zwykle nieco inny styl ilustrowania. Bardziej realistyczny, bogatszy w kolory. Jednak surowość ilustracji w projekcie "Tribajka" ma głębszy sens. Podobnie jak autorka wiersza, ilustratorka zaprasza czytelnika do dokończenia opowieści. Możesz dorysować to, czego brakuje. Możesz zapełnić mroczny las kolorami i szczegółami, a nawet - również za sprawą rysunku - całkowicie zmienić przebieg bajki.

Czy zdarzyło się Wam kiedyś wymyślić nowe zakończenie dla istniejącej już historii? Wiem, że dla wielu pisarzy taka zabawa stała się punktem wyjścia do tworzenia własnych fabuł. Niewątpliwie rozwija kreatywność, pobudza wyobraźnię. A może zdarzy się i tak, że Twoje dziecko, które dziś napisze własne zakończenie bajki o Czerwonym Kapturku, w przyszłości zostanie znanym pisarzem?

Szczerze polecam "Tribajkę" każdemu, kto lubi podobne kreatywne zabawy z książką. Wydaje mi się, że to pozycja dla nieco starszych dzieci, na pewno starszych niż moje. Surowy, mroczny las i wilk-potwór mogą okazać się zbyt straszne dla maluszków. Jednak nawet mój trzyletni Robert znalazł w tej książeczce coś dla siebie - duże, łatwe do przeczytania litery na okładce! :)

Za możliwość zapoznania się z "Czerwonym Kapturkiem" dziękuję wydawnictwu Dziwny Pomysł.


poniedziałek, 27 stycznia 2020

"Siedmiodniowa kolekcja rzeczy ważnych" Agaty Matraś.


Zadziwiająca jest ta książka.


Niby dla dzieci, a jakoś wydaje mi się, że dorośli docenią ją równie mocno, może nawet bardziej.

Kiedy ją czytałam, z jednej strony czułam się tak, jakbym wróciła do czasów dzieciństwa i do moich bardzo dziecięcych zachwytów nad rozgwieżdżonym niebem, słońcem zachodzącym nad wodą czy grzybami znalezionymi w lesie. Z drugiej strony - przypomniały mi się całkiem niedawne rozważania dorosłej już Siódemki nad moimi ulubionymi widokami, melodiami, książkami. W każdym razie, pochłonęłam "Siedmiodniową kolekcję rzeczy ważnych" tak, jak się czyta świetną książkę, która coś w czytelniku porusza i inspiruje. Niezależnie od wieku czytelnika.

To zaledwie 20-stronicowa książka, z czego połowę stanowią ilustracje. (Przepiękne, nawiasem mówiąc!). Choć tak naprawdę stron jest więcej - gdy już kończy się siedmiodniowa kolekcja bohaterki książki, autorka zachęca nas do tego, żebyśmy sami stworzyli własną kolekcję. Puste strony znalazły się tam po to, by zapełnił je czytelnik.

Ale o co chodzi z tą kolekcją?


Już wyjaśniam. Bohaterka książki, której imienia nie poznajemy, za namową taty postanawia przez siedem dni gromadzić kolekcję. Chce sprawdzić, czy spodoba jej się kolekcjonowanie. Ponieważ trudno jej się zdecydować, jaki charakter powinna mieć jej kolekcja - bo przecież tak wiele jest rzeczy ważnych w jej życiu! - postanawia stworzyć kolekcję rzeczy ważnych.



Ważne jest niebo o zachodzie słońca, z chmurą w kolorze sukni Kopciuszka.
Ważna jest piosenka, którą nuci mama, taka z mruczącym ehrrr.
Ważne jest to uczucie, kiedy jest już po czymś, czego się obawiasz, na przykład po wizycie u dentysty.

Ważnych rzeczy jest oczywiście więcej, ale nie napiszę Wam o wszystkich. Nie chcę Wam odbierać przyjemności odkrywania ich samodzielnie!

Myślę, że byłoby wspaniale, aby na pewnym etapie życia każdy człowiek - mały i duży - stworzył swoją kolekcję rzeczy, które są ważne dla niego. I zachował ją na zawsze, czy w zeszycie, czy w albumie ze zdjęciami, czy po prostu w sercu.

Autorką książki oraz ilustracji jest Agata Matraś, której prace możecie podziwiać między innymi na stronie Gackolandia - rysunki Agaty Matraś. Och, jak ja kocham taki styl rysowania! Bez maniery, bez pseudo-artystycznych udziwnień, po prostu piękne, przyjemne dla oka kompozycje. Wspominałam Wam już kiedyś, że jestem wybredna, jeśli chodzi o ilustracje. Styl Agaty Matraś naprawdę trafił w mój gust.




To tyle z mojej strony. Pozdrawiam Was i pędzę pracować nad własną kolekcją! ;)

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki składam serdeczne podziękowania wydawnictwu Dziwny Pomysł.