Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezenty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Grudniowa magia pomagania - kilka słów o "Brzuszkowym Mikołaju".

Tekst powstał w ramach akcji #blogrudzień2018.


Fot. Kocie Kadry

Duża paczka pieluch - z posiadanego zapasu wybieram te lepsze, w końcu to na prezent. Zapas nawilżanych chusteczek. Wkładki laktacyjne - mam, a chyba nigdy nie użyłam. Czas przejrzeć tę stertę ubranek i zdecydować, które z nich mogę włożyć do paczki, a które będzie nosił mój synek. O, na przykład to body z uroczymi uśmiechniętymi potworkami będzie idealne! Wszyscy lubią potworki oprócz... mnie, więc podarowanie ich innej młodej mamie to dla mnie podwójne zwycięstwo. 
Otwieram mikołajkowe paczki ze słodyczami i zastanawiam się, z których smakołyków zrezygnuję bez żalu. Przeglądam zabawki, kosmetyki.

Moja tegoroczna paczka w ramach "Brzuszkowego Mikołaja" powstanie w oparciu o to, co już mam w domu. Na szczęście mam tego sporo. Kilka dni po porodzie zwyczajnie nie dam rady wybrać się na większe zakupy. Myślę jednak, że obdarowana przeze mnie młoda mama będzie mogła czuć się usatysfakcjonowana :)

Co to jest "Brzuszkowy Mikołaj"?


O tej akcji pisałam już sporo w innych miejscach, przede wszystkim w opisie wydarzenia na FB. Pisali też o niej inni, i to w bardzo pięknych słowach :)

Krótko mówiąc - akcja polega na samodzielnym przygotowaniu mikołajkowej paczki dla młodej, potrzebującej mamy. Stanowi swego rodzaju wyzwanie, daje też jednak mnóstwo satysfakcji i radości zarówno osobie obdarowującej, jak i obdarowywanej. Możecie mi wierzyć na słowo - w zeszłym roku przygotowałam ostatecznie dwie takie paczki :) Nie zapomnę nigdy tej radości, gdy odebrałam od szczęśliwych przyszłych rodziców wiadomości z podziękowaniami oraz zapewnieniami, że w przyszłym roku zrobią to samo dla kogoś innego!

Postanowiłam puścić "Brzuszkowego Mikołaja" w świat. Jeśli wśród kilkudziesięciu osób, które wyrażają zainteresowanie akcją, powstanie choć kilka paczek - to już jest dla mnie wielki sukces. Wiem, że jedna wspaniała, naprawdę bogata paczka już powstała :) Wiem też, że informacja o "Belly Santa Claus" dotarła poza granice naszego kraju i wzbudziła tam pewne zainteresowanie! 

Skąd nazwa? Nie zastanawiałam się nad nią długo. Miała jednoznacznie wskazywać na to, o co chodzi w tej inicjatywie. Dzięki tej nazwie pojawił się też pomysł na zdjęcia, których użyłam do promowania akcji.

Fot. Kocie Kadry


Czy akcja obejmuje tylko mamy będące w ciąży?


Przypuszczam, że ten element opisu może budzić wątpliwości. Nie, nie tylko. Kiedy zaczęłam po raz pierwszy myśleć o akcji, sama byłam w bardzo zaawansowanej ciąży i chodziło mi przede wszystkim o to, by pomagać takim właśnie osobom. Jednak w momencie wysyłania moich paczek jedna z obdarowywanych przeze mnie mam była już po porodzie. Wiedziała już, że dostanie paczkę, cieszyła się ogromnie z jej powodu i naprawdę jej potrzebowała. I co, miałam nagle stwierdzić, że już nieaktualne? :)

Chodzi o mamy, które mają malutkie dzieci - jeszcze w brzuszku lub niedawno urodzone. Osoby, którym taka pomoc się przyda. Tak naprawdę najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że chcecie pomagać i dzielić się mikołajkową radością z innymi :)

Do kogo pójdzie moja paczka?


Mam już wstępnie wybraną osobę. Muszę jeszcze znaleźć sposób, by dostarczyć jej paczkę. Z całą pewnością przyda jej się pomoc - jej maleństwo jest bardzo chore.

Chcę też zapytać moją położną środowiskową, czy zna jakąś potrzebującą mamę w okolicy. Na co dzień ma kontakt z wieloma młodymi mamami. Bardzo prawdopodobne, że będzie mogła mi kogoś polecić.

Jeśli zajrzeliście pod zalinkowany przeze mnie adres wydarzenia, to wiecie, że podałam tam kilka przykładów, gdzie można szukać potrzebujących mam. Najłatwiej - wśród znajomych, przez strony ze zbiórkami internetowymi (np. Siepomaga.pl), można też pytać w Ośrodkach Pomocy Społecznej lub w Domach Samotnej Matki. Jedno jest - niestety - pewne: potrzebujących mam jest w naszym kraju bardzo wiele.

Dlaczego to robię?


Dla siebie. 

Zauważyłam, że osoby zajmujące się pomaganiem innym często odpowiadają w ten sposób na tak postawione pytanie - ale myślę, że podobnie jak ja mówią szczerze. To nie kokieteria ani hipokryzja. Świadomość, że niewielkim kosztem zrobiło się coś dobrego dla innej osoby, to niesamowity zastrzyk pozytywnej energii i dobrych emocji :) Po prostu nie da się nie uśmiechnąć, kiedy wiesz, że ktoś właśnie ma w oczach łzy wzruszenia i szczęścia z powodu prezentu od Ciebie!

Myślę też, że okres świąteczny i w ogóle grudzień sprzyja takim inicjatywom. To nie przypadek, że większość znanych akcji charytatywnych wiąże się z tym miesiącem. W grudniu myślimy o prezentach, o sprawianiu radości, w grudniu każdy z nas jest trochę bardziej bezinteresowny niż zwykle. I bardziej niż na co dzień pamiętamy o tych potrzebujących. Gdzieś w nas żyje tradycja świąteczna - zostawianie pustego miejsca przy stole, by mógł je zająć niespodziewany gość. Gdzieś w nas przetrwało wspomnienie o nieszczęsnej andersenowskiej "Dziewczynce z zapałkami", która przecież mogła żyć, gdyby tylko ktoś w porę wyciągnął do niej pomocną dłoń. Patrzymy na radość naszych dzieci i nawet mimo woli pojawia się myśl o tych dzieciach, które z jakichś przyczyn nie mają tyle szczęścia. Widzimy śnieg za oknem i myślimy o tym, że być może ktoś właśnie marznie...

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze chciałam zostawić swój ślad, zmienić jakąś cząstkę świata wokół siebie. Ta akcja daje mi właśnie taką możliwość. Lubię być widoczna, lubię robić szum wokół siebie. Taka już jestem i mam świadomość, że nie są to wspaniałe cechy. Ale dzięki nim może się wydarzyć coś naprawdę wspaniałego

Pamiętaj: jeśli podoba Ci się akcja, ale z jakichś względów (np. finansowych) nie możesz się do niej przyłączyć - możesz pomóc, przekazując informację dalej! Może kogoś z Twoich znajomych zainteresuje taka forma pomocy.

Na koniec chciałabym podzielić się z Wami wspaniałym artykułem, który ukazał się na blogu Passion Piece. Mam wrażenie, że Natalia opisała to wszystko jeszcze lepiej i składniej, niż ja byłam w stanie!
Przyznam, że już prawie nauczyłam się tego artykułu na pamięć - czytam go sobie czasem na poprawę nastroju, a jestem humorzasta ostatnio ;)
https://passionpiece.com/pl/2018/12/01/akcja-charytatywna-dla-przyszlych-mam-czyli-o-kulisach-brzuszkowego-mikolaja/.

--




Blogrudzień to wspólna akcja blogerek – odpowiednik blogowego kalendarza adwentowego, tyle, że trwa do końca grudnia i ma przerwę świąteczną na 'prawdziwe życie' W trakcie trwania akcji przeczytasz wiele wartościowych wpisów i poznasz masę cudownych kobiet!
W roku 2018 Blogrudzień ponownie zaczyna Ewelina i w swoim Pozytywnym Domu opowie o magii Świąt. 2 grudnia Emilia jako część Zgranego Teamu pokaże nam piękne świąteczne książeczki dla dzieci. 3 grudnia Martyna na swoim blogu Szczęśliwa Siódemka opowie o charytatywnej akcji mikołajkowej. 4 grudnia Wysmakowana Karolina podpowie, co podarować dzieciom na Święta. 5 grudnia Kasia, czyli Tarapatka podpowie, jak nie dać się zwariować w tym całym prezentowym szale. 6 grudnia na blogu Dagmary – dziubdziak.pl poznasz wspaniałe zimowe i świąteczne zabawy. 7 grudnia Blond Pani Domu Mirka opowie o wspomnieniach towarzyszących Świętom. 8 grudnia Agnieszka na agumama.pl przypomni, że czas wstawić bigos 9 grudnia Młodamamma Karolina zainspiruje nas sposobami na piękne zapakowanie świątecznych prezentów.
10 grudnia Młoda Mama Pisze, czyli Sylwia pokaże nam magiczne miejsca, które warto odwiedzić w świąteczno-zimowym okresie. 11 grudnia Małgosia wraz ze swoimi Jaśkowymi Klimatami wprowadzi nas w klimat Świąt pokazując świąteczne ozdoby. 12 grudnia Agnieszka zaprezentuje nam świąteczne DIY na swoim 321startdiy.pl. 13 grudnia Magda M. pokaże, w co ubrać się na Wigilię. 14 grudnia Magda na mumslife.pl pokaże nam tekst pod tytułem "10 dni do świąt, czyli jak to wszystko przygotować, nie zwariować i znaleźć czas dla siebie". 15 grudnia Agata, czyli Beztroska Mama zaprezentuje listę filmów wprowadzających w świąteczny nastrój. 16 grudnia Mama Carla będzie kontynuować filmowy nurt i pokaże świąteczne bajki i filmy dla dzieci. 17 grudnia Asia i jej Humory Zmory przedstawią sposoby na spędzanie Świąt Bożego Narodzenia. 18 grudnia Marta na swoim blogu Dzieciorka pokaże kolejną odsłonę godnych polecenia książeczek dla dzieci ze Świętami w tle. 19 grudnia Ania z kulinarnego bloga Zjem Cię pokaże przepis na kruche ciasteczka na choinkę.
20 grudnia Ania na swoich Kęsach Codzienności pokaże przepis na cudną świąteczną struclę makową. 22 grudnia swój grudniowy temat zaprezentuje Karolina z bloga Małe i duże dziecięce podróże. 23 grudnia Ela z bloga Mama pod prąd opowie o tym, jak dzięki macierzyństwu na nowo odkryła magię Świąt. 29 grudnia Magda z bloga AsertywnaMama.pl zmierzy się z wątpliwościami, czy mamy niemowlaków mogą się wybrać na Sylwestra, 30 grudnia Monika, czyli Mama na Całego podpowie co robić, gdy Twoje nastoletnie dziecko wybiera się na Sylwestra. Zapraszamy, bądźcie z nami!


środa, 17 października 2018

Dlaczego warto zorganizować Baby Shower?


Od mojego Baby Shower minęły już prawie dwa tygodnie. Jak ten czas szybko leci! Zdawało mi się jakoś, że kiedy Robert pójdzie do żłobka, moje dni wydłużą się w nieskończoność i będę miała czas dosłownie na wszystko. Rzeczywistość jest jednak trochę inna. Mam więcej czasu, ale też szybciej się męczę, a dni robią się coraz krótsze... 

Ale do rzeczy. Nie wątpię, że wiecie, czym jest Baby Shower. Nawet jeśli nie mieliście okazji być na takiej imprezie, mogliście z pewnością zobaczyć Baby Shower w niejednym filmie lub serialu, szczególnie w tych produkcji amerykańskiej - bo stamtąd właśnie przyszedł do nas ten zwyczaj.

W moim otoczeniu idea organizowania Baby Shower nie jest zbytnio rozpowszechniona. Byłam chyba tylko na jednej takiej imprezie, nie licząc moich własnych. Mimo to byłam przekonana od samego początku, że gdy przyjdzie na to czas, moje Baby Shower się odbędzie. Choćby z tej jednej prostej przyczyny - razem z mężem od zawsze wychodzimy z założenia, że każda okazja, by zorganizować imprezę, jest tego warta :)

Celebruj chwilę


Jak może już wiecie, moja pierwsza ciąża była bardzo wyczekana. Druga w zasadzie też, choć już bez tego ciężaru emocjonalnego, który towarzyszył staraniom o pierwsze dziecko. Kiedy wreszcie się udało, niemal natychmiast postanowiłam, że będę się cieszyć każdym dniem tej ciąży i korzystać ze wszystkich przyjemności związanych z tym stanem. Idea zorganizowania Baby Shower doskonale wpisywała się w to podejście. 

W końcu - skąd mogłam wiedzieć, czy będzie mi dane doświadczyć tego jeszcze raz? A jeśli po fakcie żałowałabym, że nie nacieszyłam się wystarczająco ciążą? Taka okazja mogła się już nie powtórzyć.

Spotkania po latach


Na obu moich imprezach zjawiło się bardzo zacne grono wspaniałych kobiet. Niektórych z nich nie widziałam naprawdę długo. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, czy to jakiś znak naszych czasów - ale strasznie ciężko jest mi utrzymywać regularny kontakt nawet z bliskimi mojemu sercu osobami. Niektóre z dziewczyn, które przyszły na moje Baby Shower, widziałam w tym roku po raz pierwszy - mimo szczerej obustronnej chęci, by spotkać się wcześniej. Ale swego rodzaju rekordzistką wśród moich tegorocznych gości okazała się Kasia, moja koleżanka z liceum, z którą ostatni raz widziałyśmy się... ponad 11 lat temu! Od tego czasu miałyśmy ze sobą kontakt wyłącznie za pośrednictwem Internetu. Zadziwiające, że mimo upływu lat tak nieznacznie się zmieniła i że nadal tak świetnie nam się ze sobą rozmawiało - chyba nawet jeszcze lepiej niż te naście lat temu.

Uwielbiam spotkania w tak różnorodnym gronie!

Zdjęcie z pierwszego Baby Shower
Właściwie mogę powiedzieć bez wahania, że niemal każda zorganizowana przeze mnie impreza jest wspaniałym przeżyciem - czy to Baby Shower, czy przyjęcie urodzinowe, czy jeszcze inna okazja. Dzieje się tak z prostej przyczyny. Znam bardzo dużo osób z zupełnie różnych środowisk. Na tegorocznym Baby Shower, poza wspomnianą już koleżanką z liceum pojawiły się osoby, które poznałam w czasie studiów, znajome ze wspólnych imprez oraz koleżanka poznana lata temu dzięki internetowemu forum, na którym obie pisałyśmy :) Dla większości dziewczyn w momencie przyjścia na imprezę byłam jedyną znajomą twarzą! (Niektóre z nich spotkały się wcześniej na moim weselu, ale nie udało im się wówczas ze sobą porozmawiać). Po chwili jednak siedziałyśmy wszystkie razem i rozmawiałyśmy z przejęciem jak zgrana paczka koleżanek :) Tematów do rozmów nie brakowało nam nawet przez chwilę.

Uwielbiam takie spotkania, ciągle marzę o kolejnych okazjach, by gromadzić przy jednym stole ludzi, którzy jeszcze chwilę wcześniej w ogóle się nie znali :) Baby Shower jest pod tym względem wspaniałym pomysłem.

Ucieczka od codzienności


Jak wspomniałam, rzadko mam okazję widywać się ze znajomymi. Prawdę mówiąc, większość moich dni wygląda podobnie - mniej więcej do 16:00 pracuję przy komputerze, a potem wracają chłopaki, jemy razem obiad i spędzamy wspólnie czas. Po niemal dwóch latach bycia mamą takie imprezy w gronie znajomych to dla mnie nieopisana atrakcja. Nie muszę przez cały czas rozglądać się i biegać za Robertem, pilnować, by dobrze się czuł i żeby mu niczego nie brakowało, uważać, by nie zrzucał wszystkich przekąsek ze stołu... ;) Przez te kilka godzin mogłam się w pełni zrelaksować i w ogóle nie myśleć o tym, co porabia moja starsza pociecha. Pod tym względem moje drugie Baby Shower było chyba nawet lepsze od pierwszego. 

Mnóstwo pozytywnych emocji


To chyba najważniejsze, co wiąże się z organizacją Baby Shower. Od momentu zapraszania dziewczyn na imprezę aż do ostatnich pożegnań spotkało mnie tyle życzliwości, serdeczności, ciepłych słów i miłych gestów, że do tej pory uśmiecham się na samą myśl o tym. Moja kochana, niezrównana Sara z własnej woli i bez żadnej namowy przygotowała wspaniałe przekąski. Kasia zapewniła mi transport powrotny pod sam dom. Usłyszałam mnóstwo wspaniałych słów i dobrych życzeń. Dostałam też cudowne prezenty :)

Kompletowanie wyprawki dla niemowlaka


No właśnie... Specjalnie zostawiłam ten temat na sam koniec, choć nie da się ukryć, że jest on dość istotnym elementem Baby Shower. Przyszła mama dostaje od swoich koleżanek prezenty, które mają jej się przydać w opiece nad nowo narodzonym dzieckiem. Wiem już z doświadczenia, że takie prezenty naprawdę ułatwiają życie :)

Nie chciałam nigdy sprawiać wrażenia, że zapraszam kogoś po to, by coś dostać. Zupełnie nie o to chodzi. Najważniejsze jest to, o czym pisałam wcześniej - miła atmosfera, spotkanie we wspaniałym gronie. Każdą z zaproszonych osób informowałam, że jeśli przyniesienie prezentu z jakichś przyczyn będzie dla niej kłopotem, to niech przyjdzie bez prezentu :) 

To, co dziewczyny przygotowały w tym roku, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zorganizowały tajną zrzutkę i dosłownie obsypały mnie prezentami :) Dostałam m.in. śliczne kocyki, ręczniczki, kosmetyki do pielęgnacji maluszka, ergonomiczne nosidło i chustę - wraz z voucherem na naukę chustonoszenia...  a także coś specjalnie dla mnie, piękny zestaw do makijażu! Dopiero w domu, widząc reakcję męża domyśliłam się, że wybór tego specjalnego upominku był konsultowany z nim :)

Wiecie, jakie to miłe - świadomość, że garstka osób, które się nawet ze sobą nie znają, umawia się potajemnie, dyskutuje i planuje, co zrobić, by sprawić mi jak największą przyjemność :) Sam fakt, że w ogóle zdecydowały się na taką współpracę, jest dla mnie czymś niewyobrażalnie cudownym.


Co tu dużo mówić - warto, naprawdę warto. Jeśli tylko czujesz się na tyle dobrze, by móc się wyrwać na taką imprezę, na pewno sprawi Ci ona mnóstwo radości.

Jestem ciekawa, co sądzicie na ten temat?

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Siedem życzeń, czyli trochę bezczelna lista prezentów, które sprawiłyby mi radość.

Jakoś dużo w tym roku na blogu moich prywatnych spraw, mam nadzieję, że Was to nie odstraszy. Zapewniam, że zamierzam pisać również teksty o szerszej tematyce, pomocne i przydatne, takie jak mój poprzedni tekst. Natomiast dzisiaj będzie o mnie.

Może to po prostu ten początek roku jest dla mnie taki specyficzny. W styczniu, lutym i marcu jest dużo ważnych dla mnie dat. I tak na przykład, za miesiąc są moje urodziny, a za nieco ponad dwa tygodnie – moje imieniny.

Z tej okazji właśnie umieszczam tutaj dzisiejszą listę życzeń ;) W razie gdyby ktoś zamierzał obdarować mnie z okazji któregoś z tych zbliżających się dni, a nie miał pomysłu na prezent, może skorzystać z mojej listy. I ma jeszcze sporo czasu, żeby zdobyć którąś z tych rzeczy ;)

Oczywiście nie wymagam od nikogo, żeby koniecznie dawał mi prezent i że w dodatku ten prezent musi być na pewno jedną z rzeczy z tej listy. Po prostu, jeśli ktoś szuka inspiracji, albo jeśli kogoś najzwyczajniej w świecie ciekawi, co ja lubię – w tym tekście znajdzie odpowiedź.

Wiecie, ciągną się za mną chyba jeszcze od dzieciństwa pewne słowa, które usłyszałam, i choć nie były adresowane do mnie, to jednak wzięłam je do serca. Brzmiało to tak: „Jeśli się kogoś kocha, to zawsze się wie, co mu dać w prezencie”.

Kochani, to nieprawda! Jeśli też uwierzyliście w coś równie niesprawiedliwego i żyjecie teraz pod presją, że zawsze, w każdej sytuacji i niezależnie od okoliczności musicie umieć znaleźć idealny prezent – uspokójcie się, odetchnijcie i poczytajcie, co mam Wam do powiedzenia. Istnieje mnóstwo powodów, dla których możecie mieć kłopot ze znalezieniem dobrego prezentu dla ukochanej osoby. Przede wszystkim, może nie spędzacie już z tą osobą tyle czasu co kiedyś i nie jesteście do końca na bieżąco z jej potrzebami i marzeniami. Może zaplanowaliście sobie idealny prezent dla tej osoby, ale z jakichś powodów nie możecie zdobyć tej konkretnej rzeczy i musicie szukać czegoś zamiast. Może wiecie, co ta osoba chciałaby mieć, ale nie wypada dawać jej tego w prezencie (czyli na przykład jakieś wyszczuplające akcesoria i zabiegi, no trochę niezręcznie by było) ;) Może Wasza osobista sytuacja zmusza Was do tego, żeby szukać prezentu w ostatniej chwili, w najbliższym sklepie i możliwie niedrogiego. Przecież różnie się układa w życiu.

Zatem, nie przedłużając: lista rzeczy, które sprawiłyby mi radość.

1. "Thorgal. Wyprawa do krainy cieni".



To jest biały kruk, jakich mało. Delikatnie mówiąc, trudny do zdobycia. Nakład wyczerpany, nie ma planów dodruku. Książka nie odniosła właściwie żadnego sukcesu, co mnie ani trochę nie zniechęca. Może nawet nie jest dobra literacko, ja i tak chcę ją mieć. Uwierzcie mi, że ja wyśniłam tę książkę, zanim jej autorce przyszło do głowy, że mogłaby ją napisać. To jest książkowa wersja mojego najulubieńszego komiksu. Nie ocenia się wartości literackiej takich publikacji.
Zaznaczam, że chodzi o drugą część ("Wyprawa do krainy cieni"), nie o pierwszą ("Dziecko z gwiazd"). Pierwszą mam. I nie potrzebuję dodatkowego egzemplarza.

2. Podgrzewacz do butelek.


No serio :D Przygotowuję się do odstawiania Roberta od piersi. Podgrzewacz nie jest konieczny, ale sporo ułatwi. Ogólnie nie mam jakiegoś problemu z tym, jeśli prezenty dla mnie będą prezentami dla mamy Roberta. Właściwie większość moich potrzeb wiąże się właśnie z nim.

3. Czerwona sukienka.


Jedni kolekcjonują buty, inni zdjęcia, jeszcze inni znaczki pocztowe. Ja podjęłam się kiedyś próby policzenia, ile mam w szafie czerwonych sukienek. Naliczyłam dziesięć czerwonych i chyba z pięć albo sześć czerwonawych, czyli np. bordo, malinową, pomarańczową, fuksję. I jedną brązową, którą kupiłam zamiast czerwonej, bo wtedy się jeszcze przejmowałam, że ktoś pomyśli, że mam obsesję. Czy obsesja na punkcie sukienek jest czymś złym? Dobrze wyglądam w tym kolorze, nie wydaję na nie fortuny, bo kupuję je przeważnie na wyprzedażach albo w sklepach z tanią odzieżą. Mimo iż mam ich aż tyle, wcale nie czuję, żeby było ich za dużo. Na pewno przyda mi się jeszcze jedna, ewentualnie pięć.

4. Książka kucharska z przepisami na eliksiry miłosne ;)


Z ręką na sercu przyznaję, że choć uwielbiam gotować, nie korzystam z książek kucharskich. Mam w domu ze dwie, ale kiedy chcę przygotować coś pysznego, przeważnie szukam inspiracji w Internecie albo wymyślam przepis sama. Mimo to jestem przekonana, że korzystałabym z takiej książki kucharskiej i wypróbowałabym każdy jeden przepis, choć zapewne zinterpretowałabym je po swojemu, bo ja jednak robię w kuchni wszystko po swojemu.

Mnie po prostu fascynuje sama idea oddziaływania na sferę miłosną za pomocą kulinariów. I śpieszę zapewnić: nie, nie oznacza to, że mój mąż potrzebuje jakiejkolwiek pomocy w tym zakresie. On po prostu lubi to, co ja gotuję, a ja lubię gotować dla niego. Dla siebie oczywiście też :)

5. Nietypowe karty do gry.


Karty do gry to jedna z rzeczy, które lubię i które nigdy mi się nie nudzą. Chociaż na co dzień nie mam zbyt wiele czasu na rozrywki, lubię od czasu do czasu zagrać w remika czy w makao lub po prostu ułożyć pasjansa. Nigdy nie miałam jakiejś sporej kolekcji kart, nie zależy mi też na tym, żeby takową mieć (co bym z nimi wszystkimi robiła?). Ale ucieszyłyby mnie np. karty z postaciami historycznymi zamiast królów, dam i waletów. Albo - widziałam kiedyś karty z przepisami kulinarnymi (jednak te przepisy jakoś mnie kuszą). Na pewno ucieszyłabym się z nietypowych kart do gry. W ogóle gry różnego rodzaju, planszówki, karty to jest jeden z fajniejszych pomysłów na prezent. 

6.  Słodycze.


Dla niektórych tzw. bezpiecznym prezentem, który zawsze sprawi im radość, jest butelka dobrego wina. Dla mnie, osoby pijącej alkohol od wielkiego dzwonu, o wiele lepszym bezpiecznym prezentem są słodycze. Najlepiej takie, których sama sobie nie kupię w supermarkecie. Czyli np. te z różnego rodzaju Kuchni Świata, Smaków Świata, czy jak to tam się jeszcze nazywa. Albo słodycze zrobione przez kogoś własnoręcznie. To chyba jeden z możliwie najmilszych prezentów: coś pysznego i zrobionego specjalnie dla mnie.

Nie lubię rodzynek, nie przepadam za słodyczami z alkoholem (bo alkoholu prawie nie piję), poza tym lubię praktycznie wszystko.

7. Współpraca.


Chyba najbardziej niezręcznie jest mi pisać właśnie o prezentach tego typu, ale nie ukrywam, że taki byłby dla mnie najmilszy. 

Jeśli robisz ciekawe, artystyczne rzeczy, znasz mnie i wiesz, co mnie interesuje - pewnie wiesz, jaki prezent od Ciebie sprawiłby mi największą radość. Oczywiście nie masz najmniejszego obowiązku, by robić taki prezent dla mnie. Po prostu moje urodziny mogłyby być fajną okazją i pretekstem do tego, żeby podziałać wspólnie.

Przyznacie, że wybór jest spory, a oczekiwania niezbyt wygórowane :) (może poza ostatnim punktem). Ciekawi mnie bardzo, jak wyglądałaby lista Waszych wymarzonych prezentów? A czego nie chcielibyście dostać?

wtorek, 5 grudnia 2017

Adwentowy Alfabet 5: E jak Entuzjazm, ekscytacja, euforia!


Kochani, udało mi się :) Pierwsze dwa, a nawet trzy punkty z mojego listu do Świętego Mikołaja - spełnione. Moje największe postanowienie - już prawie zrealizowane... Jeszcze trochę nie mogę uwierzyć, jeszcze mi trochę ręce drżą, kiedy piszę te słowa. 

Udało się. Spakowałam dziś do dwóch kartonowych pudeł kilka ciuszków, kilka przydatnych drobiazgów dla mamy noworodka i trochę zdrowych smakołyków. Zdrowych, bo to dla mamy maluszka.

Skąd ten pomysł? Dlaczego tak mi zależało? 


Moje postanowienie ma już prawie rok, zupełnie jak mój synek. Zaczęło tworzyć się w mojej głowie w taki dzień jak dziś, tuż przed Mikołajkami, kiedy Robert był jeszcze w brzuszku, choć było już po terminie. Czułam z różnych stron mniejszą lub większą, choć przecież absurdalną presję, żebym wreszcie urodziła to dziecko. Tak jakby to zależało ode mnie. No i stało się w końcu tak, że coś mnie ominęło, coś, co chciałam mieć i co sprawiłoby mi dużą radość, a ominęło mnie dlatego, że nie zdążyłam jeszcze urodzić. Podobno to było normalne, zrozumiałe... Dla osoby z wielkim brzuchem, od co najmniej tygodnia czekającej na poród, to było jak kara za to, że tak się ociągam z tym rodzeniem.

Było też tak, że kilka osób, które jeszcze chwilę wcześniej oferowały wsparcie, pomoc, odwiedziny - z dnia na dzień odwróciło się ode mnie. I choć wiem, że to niesprawiedliwe - bo tak naprawdę nadal było wiele osób, na które mogłam liczyć - czułam się jednak w tamtym momencie, jakby świat zapomniał o nas i o naszym dziecku. 

Zaczęłam sobie wyobrażać wtedy, że może kiedyś będę bogata i będę miała możliwość, by zrobić coś miłego dla jakiejś innej młodej mamy. Wiedziałam, że na pewno obdarowałabym hojnie taką osobę. Minął rok i znów zbliżają się Mikołajki, moja sytuacja jest o wiele lepsza niż w zeszłym roku, czas więc wywiązać się z obietnicy danej samej sobie.

Niewiele brakowało, żeby się nie udało...


Jak wiecie, mieliśmy niedawno wypadek, a jednym z jego najdotkliwszych skutków jest w tej chwili to, że w dalszym ciągu nie mamy samochodu. Mieszkamy na wsi, raczej daleko od stacji kolejowej. Wyprawa do sklepu po duże zakupy wydawała się nierealna i zbyt kłopotliwa. Na szczęście w końcu udało się nam pożyczyć samochód i pojechać do sklepu. Byliśmy tego dnia zmęczeni i obawiałam się, że nie będziemy mieć siły na robienie zakupów, daliśmy jednak radę i kupiliśmy mnóstwo smakołyków oraz przydatnych drobiazgów. Dziś rano przejrzałam też rzeczy, których mój synek nie używa, a są w dobrym stanie, praktycznie nienaruszone. Dorzuciłam je do paczki. W efekcie powstał duży, bogaty, wartościowy prezent. Musiałam jeszcze tylko porządnie go zapakować, a następnie - co okazało się najtrudniejsze - dostarczyć.

Komu i gdzie?


Nawet nie przypuszczałam, że największą trudnością okaże się wybór osoby, która taką paczkę ode mnie otrzyma, a także nawiązanie kontaktu z taką osobą. Okazało się, że w moim otoczeniu nie ma nikogo, kto do tego stopnia potrzebowałby pomocy. Nie chciałam też wybierać zupełnie przypadkowej osoby z Internetu, bo obawiałam się, że nie mogę mieć pewności, że taka osoba szczerze opisuje swoją sytuację. Już praktycznie zdecydowałam, że pomogę znajomej koleżanki. Pojawił się jednak kolejny problem - jak się z nią skontaktować? Gdzie zawieźć lub wysłać paczkę? Wysłałam wiadomość, ale nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Może ta osoba nie jest jednak zainteresowana taką formą wsparcia?

Kiedy kończę pisać ten tekst, dalsze losy paczki są jeszcze nieznane. Nie wątpię jednak, że do końca jutrzejszego dnia znajdę osobę, dla której stanie się ona cudownym prezentem mikołajkowym. Tak bardzo się z niej cieszę! :)


Dopisek z 6 grudnia: Wiedziałam, że znajdzie się ktoś, komu przyda się paczka! Dziś zostanie wysłana pocztą :) 

środa, 15 listopada 2017

O prezentach.

Kiedy dowiedziałam się, że Robert ma urodzić się na przełomie listopada i grudnia, jedną z moich pierwszych myśli było: "to jest ten czas, kiedy w sklepach pojawiają się świąteczne prezenty!". Bardzo się ucieszyłam z tego powodu, bo to oznaczało, że nigdy nie będę miała kłopotu ze znalezieniem pięknego prezentu na urodziny mojego synka. 

Niedługo będziemy świętować te urodziny po raz pierwszy. Już teraz zastanawiam się, jak zorganizujemy przyjęcie, jaki podam tort i oczywiście, jakie będą prezenty.


W sklepach już Święta...


Mam ogromną słabość do okresu przedświątecznego i do prezentów - tych od Świętego Mikołaja i tych znalezionych pod choinką :) Kojarzą mi się z dzieciństwem, z magią, z baśniami, które do tej pory uwielbiam. Nie pamiętam, kiedy zorientowałam się, że Mikołaj wcale nie zakrada się wieczorem do naszego domu, że to rodzice przynoszą prezenty - ale wydaje mi się, że to odkrycie nie było dla mnie w żaden sposób trudne czy przykre, po prostu od tego momentu trochę zmieniły się zasady gry. Od tej pory ja i moja siostra bawiłyśmy się w Świętego Mikołaja razem z rodzicami. I to też miało w sobie urok i prawdziwie świąteczną magię.

Pamiętam wiele cudownych świątecznych prezentów z dzieciństwa, ale kiedy próbuję pomyśleć o najlepszym, najbardziej wyjątkowym i niezapomnianym, do głowy przychodzi mi zawsze Barbie Syrenka. Nie pamiętam, ile miałam lat, kiedy ją dostałam, ale zdaje się, że byłam jeszcze w przedszkolu. Zobaczyłam reklamę telewizyjną Barbie Syrenki i od tamtej chwili marzyłam o takiej lalce. Tym bardziej, że uwielbiałam syrenki. Do tej pory pamiętam ogromną radość, jaką czułam, gdy pod choinką znalazłam przepiękną lalkę, prawdziwą Barbie z migoczącymi włosami, złocistą opalenizną i cudownym rybim ogonem! Do tego okazało się, że ogon syreni bardzo łatwo zdjąć, a pod spodem lalka ma nogi jak każda inna lalka, mogła więc brać udział we wszystkich naszych zabawach dla innych lalek z nogami :) Miała też śliczny złoty dwuczęściowy kostium kąpielowy oraz naszyjnik z gwiazdkami i kotwicą. Nie myślałam w ogóle o tym, że nie jest podobna do Barbie Syrenki z reklamy. Była najpiękniejszą syrenką, jaką mogłam sobie wyobrazić. 

Jej tajemnicę odkryłam przypadkiem jakiś czas później, gdy w moje ręce wpadł jakiś katalog z najnowszymi lalkami Barbie. Z pewnym zaskoczeniem znalazłam w nim moją Syrenkę, która jednak nie miała rybiego ogona. Siedziała sobie na jakimś leżaczku w swoim dwuczęściowym kostiumie kąpielowym, a podpis pod obrazkiem głosił, że jest to Słoneczna Barbie.

Mama opowiedziała mi wówczas, jak bezskutecznie szukała w sklepach mojej wymarzonej Syrenki i nigdzie jej nie znalazła, dlatego kupiła śliczną Słoneczną Barbie, po czym własnoręcznie, po kryjomu, po nocach uszyła dla niej syreni ogon. Uszyła. W czasach, gdy nie było powszechnie dostępnego Internetu, gdzie na pewno można znaleźć wzory, jak taki ogon uszyć. Mama musiała zaprojektować samodzielnie ten ogon i uszyć go tak dyskretnie, żebym się nie zorientowała. Wszystko po to, żeby spełnić marzenie swojego dziecka.

Chciałabym zdementować teraz pogląd, z którym spotkałam się niedawno w jednej dyskusji o prezentach - że dziecko nie ucieszy się, gdy dostanie nie to, co chciało, ale coś podobnego. Dla mnie moja lalka stała się jeszcze cenniejsza, gdy dowiedziałam się, że nie jest prawdziwą Syrenką i poznałam jej wyjątkową historię. Do tej pory czerpię z lekcji, jaką wówczas dostałam - że jeśli bardzo Ci na czymś zależy, a okoliczności nie sprzyjają, to i tak możesz zrobić wszystko, by spełnić swoje marzenia (lub marzenia ukochanej osoby). Oraz, że czasami dostaniesz od życia nie to, co dokładnie sobie wymarzyłaś, ale coś jeszcze lepszego. Moja Słoneczna Barbie była moją ulubioną lalką jeszcze przez wiele lat, tak długo, jak długo bawiłam się lalkami. Zawsze będzie jedną z ważniejszych bohaterek mojego dzieciństwa.

Lubię dostawać prezenty, ale jeszcze bardziej lubię je dawać.


Jakoś tak wyszło, że kiedy sięgam pamięcią wstecz i próbuję sobie przypomnieć, co dostałam na ostatnie urodziny, co pod choinkę, co z okazji rocznicy - to nie zawsze pamiętam, co to było. Natomiast praktycznie zawsze bez trudu potrafię sobie przypomnieć, co sama dałam w prezencie. Nawet jeśli minęło już parę lat. Uwielbiam całą tę magię związaną z obdarowywaniem kogoś, zastanawianiem się, co sprawiłoby tej osobie radość, szukaniem inspiracji... Każdy prezent ma swoją historię, którą znam tylko ja. Ta historia, to wspomnienie jest dla mnie jako obdarowującej najlepszą nagrodą - na równi z radością obdarowywanej osoby.


Jeśli chodzi o mnie samą, to wciąż jakoś tkwię we wspomnieniach związanych z prezentami-niespodziankami, które dostawałam jako dziecko. I gdzieś w głębi serca czekam na niespodziankę, która ucieszy mnie tak bardzo, jak tamte prezenty sprzed lat. Dlatego nie lubię mówić, co chciałabym dostać. Co wiąże się z tym, że - wybaczcie, Kochani - dość często zdarza mi się dostać nietrafiony prezent. Broń Boże, nie jestem jakąś strasznie wymagającą osobą. Znam tylko jedną kategorię nietrafionych prezentów: prezent, który nie jest dla mnie. Czyli np. prezent, którego ktoś sobie zażyczył w moim imieniu. Albo prezent, do którego ktoś chciał mnie przekonać, mimo mojej jednoznacznej opinii na jego temat. Albo prezent, który spodobał się ofiarującemu tak bardzo, że został kupiony bez chwili refleksji, czy ja w ogóle lubię takie rzeczy i czy choć raz z niego skorzystam. Klasyczny przykład - kolczyki dla osoby, która nie ma przebitych uszu. Albo paczka rodzynek w czekoladzie dla kogoś, kto nie znosi rodzynek. Znalazłabym więcej takich przykładów, ale boję się, że ktoś się na mnie obrazi ;)

Jest jedna, uniwersalna recepta na udany prezent: pomyśl o osobie, którą chcesz obdarować. Zastanów się, co lubi, czego potrzebuje, może mówiła o czymś, co jej się marzy? Posłuchaj jej, zastanów się, jaką jest osobą, co sprawiłoby jej radość. Oczywiście, nadal możesz trafić kulą w płot, ale jeśli naprawdę skupisz się na tej osobie i jej potrzebach, masz dużą szansę na ujrzenie szczerej radości na czyjejś twarzy :)

Udany prezent nie musi być idealnie trafiony. Pamiętam, jak w zeszłym roku z okazji Świąt mój mąż dostał od bliskiej osoby z rodziny płytę z kolędami, na której były również kolędy w wersji karaoke. Jestem przekonana, że ta osoba kupiła płytę z myślą o moim mężu, mając na uwadze, że lubi on karaoke. I nie miało wcale znaczenia, że on raczej woli pośpiewać na imprezie pełnej ludzi niż odtwarzać sobie kolędy z płyty w domu. Najważniejsze było to, że ta osoba zrobiła wszystko, co mogła, by sprawić mu radość.

Najbardziej udany prezent, jaki dostałam jako dorosła osoba? Chyba czerwona sukienka, którą dostałam od mojego męża, który był wówczas moim chłopakiem. Bez okazji, po prostu dlatego, że mi się podobała. Nie była bardzo droga, bo przeceniona, ale na tyle droga, by kupienie jej było pewnym luksusem, na który raczej nie mogłam sobie pozwolić. Jego gest sprawił mi ogromną radość, a sukienkę z przyjemnością noszę do tej pory.

Najbardziej udany prezent, jaki sama komuś dałam? Było wiele takich prezentów, z których jestem zadowolona, ale jakoś szczególnie ciepło myślę o pięknym parasolu, który dałam przyjaciółce krótko po tym, jak urodziła dziecko. Zależało mi na tym, żeby dać jej coś, co będzie tylko dla niej, dla niej jako kobiety, nie tylko jako mamy niemowlaka. Wyobraziłam ją sobie, jak chodzi na spacery i nosi ze sobą ten piękny parasol. Mam nadzieję, że dał jej dużo radości.

No dobrze, ale jaki prezent będzie najlepszy na pierwsze urodziny?


Wspomniałam na początku, że już wkrótce - za miesiąc! - będziemy świętować pierwsze urodziny Roberta. Na pewno wiele osób, które go kochają, będzie chciało dać mu z tej okazji jakiś piękny prezent. Co będzie najlepszym prezentem dla rocznego dziecka?

Mogę w tym miejscu powtórzyć za Asią, autorką bloga Matka jest tylko jedna, że najlepsze prezenty na roczek są bardziej dla rodziców niż dla dzieci. Kiedy patrzę na mojego prawie rocznego Roberta, mam wrażenie, że on niczego nie potrzebuje. Równie atrakcyjną zabawką jest dla niego kolorowa grzechotka, jak i plastikowa miska lub kawałek sznurka. Za to rodzice rocznego dziecka zawsze potrzebują wielu rzeczy. Dziecko wyrasta z ubrań, z fotelika, różne rzeczy się zużywają i potrzebne są nowe. O tak, rodzice rocznego dziecka wiecznie czegoś potrzebują.

Wymyśliłam sobie, że póki mam jeszcze decydujące zdanie w kwestii prezentów dla mojego dziecka (za parę lat to zdanie będzie należało z pewnością do niego!), chciałabym, żeby prezenty dla niego były przynajmniej częściowo powiązane tematycznie. I tak, na pierwsze urodziny chciałabym podarować mu jak najwięcej bajek, bajeczek, książeczek, które będę mogła mu czytać przed zaśnięciem. Jeśli chcielibyście obdarować mojego synka z okazji jego pierwszych urodzin, pamiętajcie proszę o bajce dla niego :)

Wy pewnie też już się powoli zastanawiacie nad prezentami mikołajkowymi i świątecznymi :) Podzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami na ten temat?