Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2019

Halloween - o strachach, tradycji i zabawie.

Dziś jest ten dzień, kiedy jako rozsądna osoba powinnam raczej wylogować się z mediów społecznościowych. Mam bowiem dość silną fobię, a przedmiot mojego lęku często pojawia się w obrazkach związanych tematycznie z Halloween (nie, nie chodzi o dynię) :) Jakimś cudem udało mi się jeszcze uniknąć tego nieprzyjemnego dla mnie widoku.

Zastanawiam się czasem, jak wygląda życie osób, które muszą się mierzyć ze znacznie silniejszymi lękami niż mój. Ja co najwyżej narażam siebie na śmieszność, kiedy przeglądam w księgarni książkę z ilustracjami dla dzieci, po czym dosłownie podskakuję jak szalona, bo tam jest PAJĄK. Albo słucham, jak mój kolega czyta swojej dwuletniej córeczce bajkę o pająkach i nie mam odwagi nawet zerknąć na okładkę... (dwulatka w tym czasie radośnie przegląda ilustracje). Ale to wszystko, nie mam z tego powodu napadów paniki ani innych uciążliwych objawów. Życie z czymś takim musi być naprawdę trudne.

Strach, strachy i straszydełka.


Halloween to dobra okazja, żeby porozmawiać o strachu. Wiecie, od pewnego czasu mam ten dylemat. Moje dzieci, zwłaszcza Robert, będą już niedługo w tym wieku, kiedy dość łatwo można zetknąć się z czymś potencjalnie przerażającym. Na przykład w bajkach, w książeczkach, w czasie zabawy z rówieśnikami. Halloween jest jedną z takich okazji. Jeszcze nie wiem, czy moje dzieci będą się bały wampirów, wilkołaków, szkieletów czy potworów. Ja się bałam ;) 

Czasy się trochę zmieniły, odkąd byłam dzieckiem. Mam wrażenie, że to, co kiedyś miało budzić lęk, jest coraz częściej oswajane i pokazywane jako pozytywne, przyjazne. Znacie kreskówkę o Vampirinie? Ja nie mogę powiedzieć, żebym znała, widziałam tylko reklamy w telewizji - uroczą dziewczynkę z fioletową buzią i ostrymi ząbkami, która mówi, że "tu trzeba działać jak wampirka" - czyli jak? Wyssać komuś krew? Nie wiem, może powinnam obejrzeć choć jeden odcinek dla celów poznawczych, bo naprawdę zastanawia mnie fakt, jak twórcy Vampiriny poradzili sobie z faktem, że pozytywna bohaterka jest tak jakby, no, drapieżnikiem stanowiącym śmiertelne zagrożenie dla swoich koleżanek.

Źródło: Youtube

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem zupełnie przeciwna pokazywaniu wampirów jako pozytywnych postaci - obejrzałam wszystkie dziewięć sezonów "Pamiętników Wampirów". Jednak tam była pokazana cała wewnętrzna (zewnętrzna zresztą też) walka między człowieczeństwem a naturą bestii, żal za popełnione zło, próba zapanowania nad morderczymi odruchami, słowem: nie było to takie głupie. Miałam wrażenie, że twórcy serialu naprawdę starają się uzasadnić w sposób wiarygodny wszelkie karkołomne zwroty akcji, np. jak dziewczyna może zakochać się w kolesiu, który próbował zabić kogoś z jej bliskich? Nie spodziewam się tego typu dylematów w kreskówce o Vampirinie. Może się mylę.

Zmierzam do tego, że trochę nie wiem, jak powinnam podejść do tych nowoczesnych przyjaznych straszydełek jako mama. Nie podoba mi się to, wydaje mi się dziwne i niemądre, ale może powinnam jednak okazać zrozumienie? Na pewno moje reakcje będą dla dzieci znaczące. Chłopcy mogą nauczyć się, że mama uważa wampirki za coś złego, strasznego i sami zaczną się ich bać. Wolałabym pokazać im, że tak naprawdę strach jest w tym przypadku niepotrzebny, co nie znaczy, że koniecznie muszą to oglądać :)

Tradycja.


Jeśli nie trafiliście jeszcze na żadną dyskusję na temat tego, czy Polak powinien świętować Halloween, skoro to obca tradycja (a my mamy przecież takie piękne polskie święta!) - to zazdroszczę Wam, bo chyba żyjecie w Narnii :) Z tego co słyszałam, nawet Lewandowskim się dostało za zdjęcie w strojach Jokera i Harley Quinn, no bo jak to tak, żeby polscy celebryci promowali jakąś obcą kulturę.

Wiecie, a ja się tak zastanawiam. Tak na serio. Co nam przeszkadzają te obce tradycje? Jeśli podoba Ci się jakieś święto obchodzone w innym kraju, to co, nie masz prawa go obchodzić? Wiecie, jutro w amerykańskim kalendarzu jest Dzień Autora (National Author’s Day). Czyli moje święto! Oczywiście, że zamierzam je uczcić, co nie znaczy, że chcę tym samym zaniedbać Dzień Wszystkich Świętych. Jedno wcale nie wyklucza drugiego.

Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, otwieramy się na różnorodność, zwiedzamy egzotyczne zakątki. Przejmujemy zwyczaje z innych stron świata. Będziemy się bać Halloween, serio? A nie przeszkadza nam Santa Claus w czerwonym wdzianku?  
(Hm, może nie powinnam tego pisać, w końcu sama się za tego Santa Clausa przebieram...) :)

Polskie tradycje są piękne nie tylko dlatego, że są polskie. Są piękne, bo ludzie od lat dbają o to, by zachować pamięć o nich i kultywować je w godny sposób. Halloween, choć nie jest polskie,  też może być dla kogoś piękną tradycją.

Satanistyczne święto?


Nie chcę tu wchodzić w zbyt ciężką tematykę. Spodziewam się, że niektórzy mogą mnie zarzucić linkami zawierającymi jakieś mniej lub bardziej niewiarygodne dowody na szatańską naturę Halloween. Powiem tylko jedno:

To, czy coś jest złe zależy od tego, co z tym zrobisz. Jeśli weźmiesz do ręki nóż i ukroisz kromkę chleba, którą podzielisz się z drugim człowiekiem, będzie to dobry uczynek. Jeśli weźmiesz do ręki nóż i zranisz nim drugiego człowieka, będzie to zły uczynek. Nóż nie jest ani dobry, ani zły.

Jeśli w Halloween przebierzesz dziecko za wesołego ducha i pozwolisz mu się świetnie bawić, nie stanie się nic złego. Jeśli w Halloween przebierzesz się za niekoniecznie wesołego ducha i zrealizujesz na żywo scenariusz któregoś horroru, oczywiście będzie to złe. Problem nie leży w Halloween.

Zabawa


Przeważnie w mniejszym lub większym stopniu staramy się jakoś uczcić to Halloween. Dla nas, rodziny, która lubi urozmaicać sobie czas, jest to po prostu jedna z wielu okazji w ciągu roku, by zrobić coś niestandardowego, innego od codziennej rutyny. W tym roku nie przewiduję wielkiego halloweenowego szaleństwa, bo trochę brakło nam czasu, by się tym zająć. Ale na pewno przygotuję coś pysznego i obejrzymy jakiś dobry film :)

A tak świętowaliśmy Halloween parę lat temu :)





czwartek, 16 maja 2019

STRASZNY tekst o porodzie! Czyli: nikt nie powiedział, chociaż każdy wiedział.


Kiedy zostajesz blogerką piszącą o macierzyństwie, na starcie pojawia się dylemat: jak pisać? Pokazywać piękno macierzyństwa czy wręcz przeciwnie, jego gorsze strony? Kreować się na wspaniałą mamę, która zna się na rzeczy, czy śmiało przyznawać się do swoich porażek? Raczej zachęcać, czy raczej przestrzegać?

Myślę, że taki dylemat dotyczy nie tylko blogujących mam, ale w ogóle wszystkich mam, które mają w swoim otoczeniu kobiety dopiero przygotowujące się do macierzyństwa. Co im powiedzieć? Przecież one i tak mogą sobie tylko wyobrażać, jak to jest. I wcale nie wiadomo, czy będą miały tak samo jak Ty. W moim przypadku wiele obaw nigdy się nie sprawdziło, często byłam straszona na wyrost. Te wszystkie legendy o nieprzespanych nocach! Kurczę, ja śpię. Każdej nocy. Czasem zdarzy się pobudka, ostatnio nawet często, ale potem po prostu śpimy dalej. Nauczyłam się w ogóle nie traktować tych pobudek w kategorii zakłócenia snu.

Albo teksty o zimnej kawie. Nie wiem, jak to się dzieje, ale ja zawsze piję ciepłą.

Jednak nie wszystkie strachy były na wyrost. Zdarzyło się i tak, że było wręcz przeciwnie: zapewniano mnie, że nie ma się czego obawiać, a w moim przypadku okazało się, że jednak było. To dotyczy przede wszystkim obu moich porodów.

Nikt nie powiedział...


"Nie chciałam Cię straszyć", napisała mi przyjaciółka po moim pierwszym porodzie. "Uważam, że dobre nastawienie ma też znaczenie".

Oczywiście, że to rozumiem. Co więcej, sama tak robię. Po co mam straszyć młodą mamę, że może być tak, że będzie rodziła całą noc w bólu, a potem i tak ją potną? Przecież znam całe mnóstwo kobiet, którym oszczędzono takich przeżyć. Znam dziewczyny, które nawet się nie zorientowały, że już rodzą, bo nic nie bolało. Znam dziewczyny, dla których skurcze porodowe były bardziej drażniące niż bolesne. Skoro to się zdarza, to po co od razu nastawiać się, że będzie strasznie?

Ja miałam dobre nastawienie. W końcu zawsze byłam odporna na ból. Próg wytrzymałości mam duży. Dlaczego żałuję, że jednak nikt mnie nie ostrzegł? Bo po porodzie, jednym i drugim czułam, że zawaliłam (po drugim czułam to trochę krócej). Bo skoro miało być łatwo, miało być dobrze, a nie było, to chyba musiałam zrobić coś nie tak. Jak to ja. I od razu w myślach wyświetlała mi się cała lista innych rzeczy, z którymi ludzie na ogół nie mają problemu, a ja jakoś mam.

W każdym razie, po tym pierwszym porodzie wiedziałam już, że rodzenie siłami natury to niekoniecznie moja specjalność, byłam za to dość entuzjastycznie, a na pewno spokojnie nastawiona do cięcia cesarskiego. Już wiedziałam, że czasem trzeba, że to też poród równie dobry jak naturalny, że czasem ratuje życie. Już wiedziałam, że nie boli...

Z historią podobną do mojej spotkałam się raz, to znaczy raz, zanim to przydarzyło się mnie. Wyczytałam ją jeszcze jako dziecko w którejś gazetce u babci lub cioci, wiecie, w tych kolorowych czasopismach. Było to opisane jako sensacja, coś nieprawdopodobnego, sytuacja jedna na milion. Oczywiście opis zrobił na mnie wielkie wrażenie. Po porodzie wracał do mnie jak bumerang.

Już wiecie, prawda?

Znieczulenie nie zadziałało.


Tak, poczułam, jak rozcina mnie skalpel.
Nawet pisanie o tym boli.
Wiedziałam, że może być różnie już w chwili, gdy anestezjolog miał jakieś przedziwne kłopoty ze zrobieniem mi zastrzyku. Naprawdę, za pierwszym razem poszło za jednym wkłuciem, a przecież nie było dużo czasu, bo już rodziłam od dawna. Teraz - niby na spokojnie, proszę usiąść, wypiąć plecy - a próbował się wkłuć chyba ze cztery razy. Podobno mogło być tak, że po pierwszym zastrzyku zrobił mi się jakiś zrost i znieczulenie poszło bokiem... Wytłumaczenie dobre jak każde.

Zaczęłam wpadać w panikę, kiedy usłyszałam pytanie "Czy nogi robią się ciepłe?", pytanie rzucone od niechcenia, z pełnym przekonaniem, że musi być dobrze - a moja odpowiedź brzmiała "nie". Potem przez dłuższy czas trwało ustalanie, czy ja jeszcze czuję, czy już nie czuję, aż wreszcie z jakiegoś powodu lekarz uznał, że chyba jednak już nie czuję.

Powiem Wam, że nie od razu się zorientowałam. Pewnie trudno w to uwierzyć, bo jak można się nie zorientować, że jest się rozcinanym bez znieczulenia? Jednak jest coś takiego jak szok. Poza tym wmawiałam sobie, że musi być dobrze. To, co czułam, brałam za zwykły dyskomfort, ale w którymś momencie poczułam, że więcej nie jestem w stanie wytrzymać... Zaczęłam machać nogami, które podobno miały być już nieruchome. Wtedy wszyscy się zorientowali, co się dzieje. Dostałam narkozę.

Generalnie operacji pod narkozą nie polecam, bo rurka do oddychania bardzo podrażniła mi gardło i ciągle chciało mi się kasłać, a na brzuchu miałam świeżą bliznę. Ale to nie było najgorsze. W gorszym stanie była moja psychika. Zanim jakoś to poukładałam w głowie, na zmianę wyrzucałam sobie, że nie wytrzymałam zwykłego cięcia cesarskiego - a w innych chwilach przeżywałam strasznie fakt, że zostałam rozcięta żywcem, rozcięta żywcem, jak ta kobieta z artykułu! Naprawdę nie było łatwo sobie z tym poradzić. Po kilku dniach pogodziłam się z tym, co się stało. Ale nigdy, już nigdy nie chcę rodzić. 

...a każdy wiedział.


Przed wyjściem ze szpitala zdążyłam usłyszeć cztery historie podobne do mojej. Nie, nie byłam wcale długo w tym szpitalu. Nagle się okazało, że każdy zna jakąś kobietę, którą operowano na żywca, albo przynajmniej każdy zna kogoś, kto zna kobietę, którą operowano na żywca.

Serio, jak tu nie przestrzegać, jak nie straszyć, skoro wychodzi na to, że to całe znieczulenie to jakaś loteria - raz działa, a raz nie? Zrobił mi się zrost, jak często po takim zastrzyku robi się zrost? Nie brzmi to jak coś bardzo nietypowego.

Nie dziwi mnie to, że takie historie wychodzą na jaw dopiero po fakcie. Bo przecież kto miałby z czystym sumieniem opowiadać takie straszne rzeczy kobiecie w ciąży? Codziennie przeprowadza się setki cesarek, z pewnością zdecydowana większość z nich przebiega bez zarzutu. Kto mógł przewidzieć, że będzie tak źle? Nikt.

Wiem, że straszę Was teraz.
Wiem, że może mnie czytać kobieta w ciąży.
Ale może mnie też czytać kobieta, która potrzebuje zrozumieć, że naprawdę, czasami coś przebiega niezgodnie z planem i nie dzieje się tak dlatego, że to z nią jest jakiś problem.

Czasami porody nie są dobre.
Czasami cesarka nie przebiega zgodnie z planem.
Czasem nie nakarmisz swojego dziecka piersią. Choć wiele problemów z laktacją da się rozwiązać, to jednak nie wszystkie.
Czasem Twoje dziecko nie da Ci przespać nocy przez dobre kilka lat.
Może być tak, że Twoje dziecko nie będzie zdrowe.
Może się zdarzyć, że nie przed wszystkim je uchronisz.
Możesz mieć depresję. Możesz nie poczuć instynktu macierzyńskiego. Możesz złościć się na swoje dzieci.

Nie jesteś jedyna. Nie jesteś sama. Wszystko jest z Tobą w porządku. Twoje macierzyństwo nadal może być piękne.

Historia pierwszego porodu jest tutaj:
https://szczesliwavii.blogspot.com/2017/03/nie-ty-jedna-miaas-taki-porod.html

poniedziałek, 13 maja 2019

Mt 25,40 - czyli o atakach na Kościół i o edukacji seksualnej.


Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). 


Słowa z Ewangelii św. Mateusza powinny zamykać usta wszystkim tym, którzy chyba jeszcze nie rozumieją, na czym tak naprawdę polega aktualny dramat w Kościele. Dziwię się, że to tak nie działa. Chyba mam w sobie jeszcze sporo naiwności.

To dla mnie bardzo specyficzny moment, by pisać o Kościele. Wczoraj odbył się chrzest Michasia. Wiele osób z oburzeniem i rozczarowaniem odchodzi od Kościoła, a ja właśnie wprowadzam do niego mojego synka. Bo wierzę w Boga, wierzę w człowieka, wierzę w zmiany i kolejne szanse. Wierzę w wyciąganie wniosków. Wierzę, że Kościół moich dzieci będzie inny niż ten, którego obraz wyłania się z dokumentu "Tylko nie mów nikomu". 

Księża i zepsute telefony.


Często dzielę się z Wami osobistymi historiami. Tym razem tak nie będzie. Problem pedofilii w Kościele zawsze istniał, myślę, że nawet niedaleko mnie. Pewne zjawiska, które dwadzieścia kilka lat temu nie budziły niepokoju, teraz obudziłyby go na pewno. Nie chcę pisać więcej, bo pisałabym o konkretnych ludziach, z imionami, nazwiskami, twarzami. To są ich historie, nie moje.

Nieraz zawiodłam się na ludziach reprezentujących Kościół. Pierwsze takie duże rozczarowanie, kiedy miałam kilkanaście lat, praktycznie zrobiło ze mnie nastoletnią ateistkę. Jak wiecie, nie na długo.

Pamiętam, co wtedy powiedziała mi moja również nastoletnia siostra. To brzmiało mniej więcej tak: "Pomyśl o księdzu jak o telefonie. Może być zepsuty, źle działać, źle łączyć. Ale nie zrywasz kontaktu z rozmówcą dlatego, że popsuł się telefon". 

Niezłe, nie? Do tej pory korzystam z tych słów. W tej chwili są mi potrzebne równie mocno jak wtedy. Bo tych popsutych telefonów jest naprawdę dużo.

Atak na Kościół?


Nie ja jestem autorką tej myśli - ale jakoś dzisiaj wyjątkowo dobrze się czuję z tym, że mogę trochę się schować za słowami innych osób. Teraz chcę powtórzyć za Szymonem Hołownią, że tak, atak na Kościół faktycznie nastąpił, i następował wiele razy, niezliczoną ilość razy, za każdym razem, kiedy krzywdzone było dziecko. Nikt tak bardzo nie zaatakował Kościoła jak jego "pasterze", przedstawiciele, reprezentanci, którzy chyba nie czytali Pisma Świętego, choć niby mają z nim do czynienia na każdej mszy. 

Ja nawet nie sprawdzam, czy mieści mi się w głowie, bo jednak tę moją głowę trochę cenię - jak w ogóle można spojrzeć na dziecko jak na obiekt seksualny, jak można pożądać, dotykać, gwałcić. No k!@#$% mać p^&*()_+!@#, nie można. Ale żyjemy w czasach, że się tak odważę to nazwać, w czasach wielkiej wyrozumiałości. Wiele rzeczy usprawiedliwia się chorobą, skłonnością. Nie brakuje gotowych do tego, by tłumaczyć pedofilię. 

Skłonności to jedno, ale - ci, co zamiatali pod dywan, co przenosili na inną parafię, co pomagali ukryć, ci, co mówili o zbłądzeniu, o jednostkowych przypadkach, co szukali winy w dzieciach, w edukacji seksualnej (?!?), w Unii Europejskiej, w polityce, w tęczy, a nie tam, gdzie wina była naprawdę - oni są równie winni. Może nawet bardziej. Bo ich obłudy nie usprawiedliwia już nic.

Jako matka...


... nie mogę przestać myśleć o tych dzieciach. Pozbawionych wsparcia, potraktowanych przedmiotowo, wykorzystanych w miejscu, gdzie miały otrzymać wsparcie, pomoc. Zniszczonych przez kogoś, kto miał być autorytetem. Przerażająco samotnych. Ich oprawcy wiedzieli, że mogą czuć sie bezkarni.

Ludzie, jak ważna jest edukacja seksualna, to po prostu szok. Nie mogę uwierzyć, że kiedyś to sformułowanie kojarzyło się mnie samej z czymś niewłaściwym - że ktoś mnie chce uczyć seksu? Ale spokojnie, to było bardzo dawno temu, kiedy tak to odbierałam. Dziecko musi wiedzieć, czego dorośli nie mają prawa mu robić. Musi wiedzieć, że istnieją tacy ludzie, którzy mogą chcieć użyć jego ciała w sposób niedozwolony. Musi wiedzieć, że kiedy to się zdarzy, powinno szukać pomocy i może o tym porozmawiać z mamą, z rodzicami, z bliską osobą.

Edukacja seksualna może nie uchronić Twojego dziecka przed krzywdą. Ale dzięki niej, jeśli już coś by się stało, jest szansa, że dziecko przyjdzie i Ci o tym powie.

Wiesz, co jest straszniejsze od wiadomości, że skrzywdzono Twoje dziecko? To, że możesz się o tym nigdy nie dowiedzieć, a Twoje dziecko może zostać z tym samo, bez ratunku, bez pomocy, bez wsparcia, bez Ciebie.

Rozmawiajcie o tym.

Na koniec, skoro tak dobrze mi dzisiaj z cytowaniem innych osób - mam dla Was dwa supermądre teksty, które dzisiaj przeczytałam.

Pozytywny Dom - "Tylko nie mów nikomu": 
Mama na wypasie - "Tylko powiedz... MNIE": 


środa, 6 marca 2019

#ADAtoWYPADA - List od mojej mamy.


Zaproszenie mojej mamy do współpracy przy pisaniu tego bloga to coś, o czym marzyłam od dawna. Jednak było to dla mnie również największe wyzwanie. Poważnie, łatwiej mi było rozpisywać się tutaj na temat mojego życia osobistego niż wystosować tę jedną małą prośbę "Mamo, napiszesz dla mnie tekst?".

Bo my jakoś nie porozmawiałyśmy nigdy o tym moim blogu. Wiem, że mama czyta go od początku, nieraz nawiązywała w rozmowach do tego, o czym pisałam. Ale nie rozmawiałyśmy o blogu jako takim. Mama nie podziela mojej, delikatnie mówiąc, otwartości w mediach społecznościowych. Pewnie nieraz się łapała za głowę; o jakich rzeczach ja piszę ludziom! Nie wiedziałam, jak zareaguje na moją prośbę. Z bijącym sercem czekałam najpierw na jej odpowiedź - jak się okazało, pozytywną, a potem na list. Dostałam go dziś rano.

Napisałyśmy dla Was ten tekst - czy raczej te teksty - w ramach akcji #ADAtoWYPADA, organizowanej przez autorkę bloga Popaprana. Z całego serca zachęcam do czytania innych tekstów, które powstały w ramach tej akcji. Są niesamowite. Myślę, że ich autorki poprzez swoją otwartość zmobilizowały mnie do tego, żeby odważyć się na ten krok i zaprosić mamę do współpracy.

Już nie przedłużam. Oto list:


               „Ludzie listy piszą ...” tak śpiewali kiedyś, i rzeczywiście ludzie pisali. A jaka radość była z otrzymanego listu! Postanowiłam się sprężyć i znowu napisać list, chociaż nie na pięknej papeterii i bez znaczka pocztowego, ale myślę, że może też wywołać radość u adresatki, mojej młodszej córki.

                              Kochana córeczko !


O właśnie zaczęłam i zaraz skojarzyło mi się z piosenką, której nie cierpiałam. Chodziło mi o słowa „córeczko, wolałabym abyś była chłopcem”. Nigdy nie wolałabym abyś była chłopcem!!!! I nie dlatego, że chłopców podobno wychowuje się łatwiej, i podobno matki kochają synów bardziej, totalne bzdury według mnie.
Stereotypy. Gotowych wzorców na wychowanie człowieka jest pełno…. dla mnie alfą i omegą była jak zawsze książka, w niej szukałam odpowiedzi jak to jest z takim małym człowieczkiem i tak do pierwszego roku życia jakoś tam się sprawdzało  to co dotyczyło rozwoju moich niemowlaków i nawet się cieszyłam jak coś robiłaś wcześniej niż statystyczne dzieci....... a potem to już moją radość zaczęła przysłaniać obawa. Bo tego zrobiło się już bardzo dużo! I zrobiło się trudno, może ciężko to zrozumieć, że cieszyliśmy się, my rodzice Twoi, że jako malutki berbeć nauczyłaś się czytać, pisać i liczyć, i byliśmy tacy dumni i jak staraliśmy się nie być za bardzo dumni..... pewnie ze strachu o Ciebie. Bo Twoje wypowiedzi, jakże mądre i wspaniałe, i takie dla nas oczywiste.... wzbudzały śmiech rodziny, znajomych i to mnie bolało. Człowiek to istota stadna, dopiero później nauczyłam się, że niekoniecznie to stado jest takie ważne. 

Czy przez lata mojej nauki rodzicielstwa popełniłam wiele błędów? Pewnie całe mnóstwo! Teraz Ty jesteś przede wszystkim Żoną i Matką. I jesteś mądrzejsza ode mnie, bo pamiętasz jak to jest wychowywać takie dziecko jak Ty i Twoja siostra, jak cudownie i jak trudno.... Wiem, że będzie Ci łatwiej niż mnie było i mam tylko trochę nadziei, że to przez dom jaki z Twoim Ojcem tworzyliśmy dla Was. Kocham Cię bardzo!

(Zachowałam oryginalną pisownię, trochę tylko poprawiłam spacje i wstawiłam jeden akapit dla przejrzystości). 

Słuchajcie, przeczytałam to teraz i cała drżę. Chyba ze wzruszenia. Może trochę z ulgi, że nie przeczytałam nic o tym, jak okropnie nieraz ze mną bywało, a uwierzcie, byłoby o czym pisać :) 

Moja mama nie chciała nigdy, żebym była chłopcem. To ciekawe, bo ja akurat chciałam :) Sama nie wiem, dlaczego bycie chłopcem wydawało mi się takie fascynujące, bo raczej nie chodziło mi o to, że chłopcom więcej wolno. Nie odbierałam tego w ten sposób, może nie miałam za bardzo porównania, bo spędzałam więcej czasu z dziewczynkami niż z chłopcami. Chyba chciałam być chłopcem, bo wydawało mi się, że wtedy bardziej lubiłabym siebie. Ale jednocześnie chciałam też być ładną dziewczynką, piosenkarką, zakonnicą, a w ogóle to najbardziej chciałam zostać świętą, więc może nie ma sensu zbytnio skupiać się na tym, kim chciałam być w dzieciństwie :D 


"... i byliśmy tacy dumni i jak staraliśmy się nie być za bardzo dumni..... pewnie ze strachu o Ciebie.

Ten strach w sumie towarzyszy mi w jakiś sposób do tej pory. O tym, że moi rodzice są ze mnie dumni, dowiadywałam się - kiedy podsłyszałam jakąś rozmowę na mój temat, albo kiedy spotkałam na ulicy kogoś znajomego i ten ktoś mówił np. "jaka ta mama jest dumna z Ciebie!". Nie słyszałam tego natomiast od rodziców bezpośrednio. Między innymi dlatego powtarzam codziennie moim chłopakom, jak bardzo jestem z nich dumna. Chcę, żeby zawsze o tym wiedzieli. 

Drogie młode mamy, warto mówić naszym dzieciom o tym, że jesteśmy z nich dumne. Wypada, żeby o tym wiedziały. Wypada, żeby znały swoją wartość

 "Bo Twoje wypowiedzi, jakże mądre i wspaniałe, i takie dla nas oczywiste.... wzbudzały śmiech rodziny, znajomych i to mnie bolało.

Inność. To zdanie mogłoby w sumie służyć za niezłe podsumowanie mojego dzieciństwa i dorastania, oczywiście nie całego, tylko tego społecznego aspektu. Najpierw wyprzedzanie rówieśników we wszystkim i inność, później... już po prostu inność ;) To jest coś, o czym nie lubię mówić i z czym nadal mimo wszystko nie do końca sobie radzę. Możecie mi wierzyć albo nie, ale łatwiej jest wyrwać się z toksycznego związku i głośno o tym mówić, niż pogodzić się z tym, że się było małoletnim dziwolągiem. Wiem, że to musiało wpływać i na moich rodziców, i na moją siostrę. Świadomość, że osoba im najbliższa nie jest w pełni akceptowana przez otoczenie. Wiem, że i ja będę się musiała kiedyś z tym zmierzyć jako matka. Pisałam o tym w tekście "Moje dziecko będzie dziwne".

Dziewczynko, dziewczyno, kobieto, odpowiedz sobie na pytanie: czy chcesz być taka sama jak wszyscy w Twoim otoczeniu, czy może jednak chcesz być inna? Bo wiesz, bycie inną oznacza też, że możesz pójść inną drogą, możesz odważyć się na więcej, możesz nie powielać schematów, możesz mieć życie lepsze i ciekawsze niż to, co obserwujesz wokół siebie. Wypada być inną! Warto być inną! 

"Człowiek to istota stadna, dopiero później nauczyłam się, że niekoniecznie to stado jest takie ważne." 

Tak. Człowiek potrzebuje innych ludzi, ale są chwile, kiedy jedyną opcją jest przestać oglądać się na to, co powie tłum. Pamiętam moment, kiedy musiałam podjąć decyzję, tak dosłownie: czy idę za tłumem, czy własną drogą? Chodziło o wybór liceum. Miałam fajną klasę w gimnazjum. Większość osób (w tym moje najlepsze koleżanki) wybrało jedno liceum w najbliższej miejscowości, ja jedna z całej szkoły wybierałam się do Krakowa. To była trudna, ale z perspektywy czasu znakomita decyzja. Kraków zmienił mnie, zmienił moje życie, pozwolił mi się usamodzielnić, rozwinąć skrzydła, zdobyć wiedzę i umiejętności, a także mnóstwo przyjaźni i wreszcie - miłość mojego życia. 

Wypada pójść inną drogą, warto żyć po swojemu, warto zrobić inaczej niż wszyscy. Inni ludzie są Ci dani tylko na jakiś czas, siebie - i konsekwencje swoich decyzji - masz na zawsze :) 

"... jesteś mądrzejsza ode mnie, bo pamiętasz jak to jest wychowywać takie dziecko jak Ty i Twoja siostra, jak cudownie i jak trudno....

Nie spodziewałam się tych słów i jestem mamie ogromnie za nie wdzięczna. Myślę, że to wymagało od niej niewiarygodnej mądrości, odwagi i zarazem pokory. Wiem, czy raczej potrafię sobie wyobrazić, jak ciężko jest spojrzeć na własne dziecko jako na dorosłą osobę, na rodzica. Przecież jeszcze tak niedawno mnie wychowywała, teraz patrzy - z pewnej odległości - jak ja wychowuję jej wnuki. Wiem, że czasem ciężko zaufać, że ktoś, kto dopiero co był niemądrym, niepokornym, zagubionym dzieciakiem, teraz potrafi być odpowiedzialną matką i wie, jak wychować dziecko. Bardzo, bardzo to doceniam i czuję jeszcze większą motywację, by nie zawieść pokładanego we mnie zaufania. 

Tak, pamiętam. Czasem ta moja dobra pamięć jest dla mnie przekleństwem, bo pamiętam i niedobre rzeczy, ale kiedy chodzi o wychowywanie moich dzieci, pamięć jest dla mnie wielkim skarbem i źródłem wiedzy. Pamiętam, jak się czułam jako dziwne dziecko, stara malutka. Pamiętam, czego wówczas potrzebowałam i co miało na mnie wpływ. Możliwe, że będę wiedziała, jak pielęgnować wyjątkowość moich dzieci. 

"Wiem, że będzie Ci łatwiej niż mnie było i mam tylko trochę nadziei, że to przez dom jaki z Twoim Ojcem tworzyliśmy dla Was.

Mamusiu, tak.  
To, co zrobili moi rodzice, jakich dołożyli starań, żeby stworzyć dla nas wspaniały, dobry, ciepły dom, to jest po prostu coś niesamowitego. Oni są oboje jak z obrazka i nie mam tu na myśli ich wyglądu (choć też). To są tacy ludzie, którzy są zawsze w porządku, zawsze stają na wysokości zadania, zawsze robią to, co mają do zrobienia. Nie, nie są idealni, po prostu robią dobrą robotę. Zawsze, we wszystkim. Słuchajcie, moi rodzice oboje doświadczyli w dzieciństwie bolesnej straty, smutku, przeżyli ciężkie chwile. Dom, jaki dla nas stworzyli, znali chyba głównie ze swoich marzeń i z książek, które czytali, bo ich codzienność była inna. Zawsze, nawet w tych chwilach, gdy się kłóciliśmy i miałam wszystkiego dosyć, byłam świadoma tego, jak wyjątkowe jest to, co wspólnie wypracowali. 

Trochę mnie też ta ich wieczna poprawność onieśmiela, bo gdzie mnie do nich. Moja mama nie zostawiłaby brudnych naczyń w zlewie, a u mnie, kurczę, dalej leżą. Skończę pisać i pozmywam. Moja mama jest zawsze punktualna, a ja się często spóźniam.

Mimo wszystko myślę, że wypada być niedoskonałą i nie świadczy to o mnie aż tak źle. W gruncie rzeczy nie te talerze są najważniejsze. Najważniejsza jest miłość. Bliskość, ciepło, wzajemne relacje. Czasem warto trochę wspólnie poleniuchować, nie robić nic pożytecznego, może nawet coś zawalić - ale razem, i mieć z tego frajdę. Oczywiście, bez przesady w drugą stronę. 

"Kocham Cię bardzo!"

 I ja Ciebie też.

Mam nadzieję, że dobrze się Wam czytało ten tekst. I że te wskazówki, nie wypunktowane jak we wpisach innych dziewczyn, ale rozsiane po całym tekście, jednak uda się Wam wyłuskać i wziąć sobie do serca. 

Bardzo się cieszę, że poprosiłam mamę o tych kilka słów. Myślę, że sama sporo dzięki nim zyskałam. Teraz czas, byście zyskali i Wy :)


wtorek, 15 stycznia 2019

Życie toczy się dalej.



"Rzeczywistość wymaga, 
żeby i o tym powiedzieć: 
życie toczy się dalej. "

Dobrze znam to uczucie. Nie po raz pierwszy go doświadczyłam. Wydaje mi się zresztą, że pamiętam ten pierwszy raz. Miałam dziesięć lat, układałam sobie puzzle i usłyszałam nagle wiadomość, że zginęła księżna Diana. Był to wtedy dla wszystkich wielki szok. Pamiętam, że po obejrzeniu materiału w wiadomościach wróciłam do tych moich puzzli i było mi tak strasznie dziwnie: jak to, mam teraz się bawić? Mam je układać? Kiedy wydarzyło się coś tak dramatycznego i nieodwracalnego, ja mam wracać do zabawy?

Potem nieraz doświadczałam tego samego uczucia. Przeważnie wtedy, gdy rzecz dotyczyła kogoś z mojej rodziny. Ale też wtedy, gdy jako nastolatka zobaczyłam w telewizji, jak najpierw jedna, potem druga wieża WTC zostaje uderzona przez samolot.

Albo wtedy, gdy w pewną leniwą kwietniową sobotę słuchaliśmy z moim chłopakiem (obecnie mężem) radia, a spiker między jedną a drugą piosenką rzucił mimochodem, że rozbił się samolot prezydencki i wszyscy zginęli. Nie słuchaliśmy więcej tej stacji radiowej. Ofiarom katastrofy należy się szacunek, niezależnie od poglądów politycznych.

Teraz, po tragedii, która wydarzyła się w Gdańsku, czuję się tak samo. Nie, nie porównuję tych wydarzeń, piszę tylko o swoich odczuciach. Czuję, że jest wokół mnie świat, który istnieje nadal i życie, które toczy się dalej, a ja tak trochę nie mam pomysłu, jak się w nie włączyć...

Bo zginął człowiek. Bo został ugodzony nożem chwilę po tym, jak powiedział, że kocha swoje miasto i żyjących tam ludzi. Bo radosne święto w jednej chwili zmieniło się w dramat. Bo ta jedna straszliwa śmierć położyła się cieniem na całym sukcesie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Bo inny człowiek, który przez wiele lat napędzał niesamowitą machinę czynienia dobra, mówi teraz, że rezygnuje. I choć wierzę, tak jak inni, że Orkiestra będzie grała dalej - to jednak dzisiaj wygląda to tak, jakby zło zatriumfowało. Ktoś zabił, ktoś zginął, ktoś się poddał. 

Nie ustają kłótnie, spory, szukanie winnych. Z jednej strony zapewniamy, że potrafimy się jednoczyć w obliczu tragedii, z drugiej strony - ciągle pomstujemy na jedną lub drugą opcję polityczną.  

Jest smutno. I strasznie. Ciężko dziś o wiarę i nadzieję.

"Tyle ciągle się dzieje, 
że musi dziać się wszędzie." 

Moje dziecko właśnie się obudziło, gaworzy w swoim łóżeczku. 
Miałam wczoraj dobry dzień. Dzieci są zdrowe, my dorośli też już czujemy się lepiej - weekend nas dość mocno wymęczył. Robaczek pięknie się wczoraj bawił i nawet wrócił mu apetyt. Chciałam Wam pisać o tym, że lubię takie dni i że to podwójne macierzyństwo bywa bardzo satysfakcjonujące. 

O tych mniej pozytywnych aspektach też chciałam pisać. O tym, że czasem trzeba wcisnąć dziecku na siłę lekarstwo do buzi. Że czasem dziecko przez cały dzień nie chce nic zjeść. Że czasem niemowlak płacze rozpaczliwie, a mama jest w toalecie i choćby bardzo chciała, nie może w tym akurat momencie pobiec do niego i go utulić. Ale co to za problemy? Zwykła proza normalnego, udanego życia

Za miesiąc mam urodziny, zaczęłam już myśleć o tym, jak chciałabym je spędzić. Jakie to ma znaczenie? Sam fakt, że dożyło się urodzin jest wystarczającym szczęściem.

Mąż pocałował mnie dziś na pożegnanie, wychodząc do pracy. Po południu wróci i przywita się ze mną serdecznie. Inny mąż innej żony nie pożegnał się z nią wczoraj, choć lekarze chcieli mu to umożliwić.

Żaden temat nie wydaje mi się dzisiaj wystarczająco ważny, by o nim pisać. Żaden inny - w obliczu tragedii, zbrodni, chorej nienawiści i podziałów. Moje myśli są przez cały czas przy rodzinie zamordowanego Prezydenta. Dlatego piszę dzisiaj ten tekst.

"Nie bez po­wa­bów jest ten straszny świat, 
nie bez poranków, 
dla których warto się zbudzić." 

Życie ruszy do przodu. Będą kolejne dni, tygodnie, miesiące. Choć ciężko to sobie dziś wyobrazić - ci, którzy teraz płaczą, będą się jeszcze kiedyś uśmiechać. Tym wszystkim, którzy mówią o końcu, o przegranej, o klęsce, chcę powiedzieć: nieprawda! Przetrwamy to. Podźwigniemy się, tak jak już wiele razy wcześniej. Będą kolejne dni, kolejne lata. Zło chwilowo triumfuje, ale ta chwila przeminie, jak każda.

I wierzę, że Orkiestra nadal będzie grała. Nikt nie zdoła jej uciszyć. Będzie grała za rok i w następnych latach. Do końca świata i o jeden dzień dłużej. 


Wszystkie cytaty zawarte w tym tekście pochodzą z wiersza Wisławy Szymborskiej "Rzeczywistość wymaga".

czwartek, 6 września 2018

Misja: adaptacja! Pierwsze dni w żłobku.


"- Kochanie, kiedy mamy te dni próbne w żłobku? - zapytałam męża jakiś czas temu.
- 30-31 sierpnia. Nie próbne, a zapoznawcze - poprawił mnie. - Trzeba myśleć pozytywnie :)"

No właśnie... W obliczu wielkiej rewolucji w życiu całej rodziny pozytywne myślenie to klucz do sukcesu. Kiedy dziecko widzi nasze uśmiechnięte twarze i entuzjazm, nie czuje się zagrożone. Przygotowujemy go przecież na wspaniałą przygodę :) 

A co z nami, rodzicami? Dla nas to też ogromna zmiana. Wydaje się, że głównie dla mam, które do tej pory spędzały całe dnie z dziećmi. Ale widzę nawet po moim mężu, że dla ojców to też jest silne przeżycie. Kilka nowych trosk każdego dnia, zastanawianie się, jak dziecko radzi sobie w nowym miejscu... Nie tylko dziecko potrzebuje adaptacji. My też.

Jestem nietypową matką


Piszę to bez kokieterii, raczej z myślą o tym, że sama czasem dziwię się swojemu podejściu. Nie do końca tego się spodziewałam. A może jestem właśnie bardzo typową matką, tylko żadna z nas nie chce się przyznać do tego, że wszystkie mamy tak samo? W każdym razie, kocham moje dziecko do szaleństwa i uwielbiam spędzać z nim czas... ale bardzo lubię też kochać je na odległość i spędzać czas bez niego. Owszem, pierwsze wyjście z domu bez dziecka było dla mnie stresujące, ale chyba tak naprawdę martwiłam się głównie o to, jak sobie poradzi osoba, która zostaje z dzieckiem i czy ewentualne trudności nie zniechęcą jej na przyszłość...

Moje oczekiwanie na początek września nie było pozbawione stresu, ale też radości. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że naprawdę uważam, że mojemu synkowi będzie w żłobku dobrze, pod pewnymi względami nawet lepiej niż w domu. O tym, dlaczego tak uważam, pisałam w poprzednim tekście: "Dlaczego posłałam dziecko do żłobka?".

Oczekiwania a rzeczywistość


Kiedy w głowie układałam już beztroski plan na pierwszy tydzień września, kiedy to będę mieć tak bardzo dużo czasu dla siebie, pani ze żłobka delikatnie ściągnęła mnie na ziemię. Zasugerowała nam, tak jak i innym rodzicom, żeby na początku przywozić synka do żłobka tylko na kilka godzin i stopniowo wydłużać ten czas, aż dziecko będzie gotowe na ośmiogodzinny pobyt. 

"Rodzice, którzy od początku przywozili do nas dzieci na osiem godzin, po tygodniu zabierali dzieci, bo sobie nie radziły", tłumaczyła.

Nie dyskutowałam z tym. Przecież nawet z babcią Robert nie zostawał od razu na cały dzień, tylko najpierw na maksymalnie 15 minut, potem godzinę, potem kilka godzin... Może faktycznie nie ma sensu się śpieszyć. Tyle tylko, że nasz tygodniowy plan wymagał natychmiastowych i bardzo znaczących modyfikacji. Mąż miał odbierać synka codziennie po pracy, teraz okazało się to niemożliwe - przecież nie będzie urywał się z pracy każdego dnia kilka godzin przed końcem, przez tydzień albo i dłużej! 

Wygląda to więc tak, że każdego dnia wsiadam w busa, odbieram Roberta i idę z nim na przystanek, razem czekamy na busa powrotnego i jedziemy do domu. Zajmuje nam to sporo czasu i wcale nie jest łatwe. Mój wyczekany tydzień stanął na głowie. Ciężko mi cokolwiek zaplanować, mam wrażenie, że ciągle się śpieszę i z niczym nie mogę zdążyć. Wiem jednak, że to wszystko dzieje się nie bez przyczyny i ma pomóc mojemu dziecku w przyzwyczajeniu się do nowego miejsca.

30 sierpnia, dzień pierwszy: zapoznawczy


Pojechaliśmy do żłobka w trójkę. Dosyć zestresowani, że się spóźnimy. Okazało się, że niepotrzebnie się przejmowaliśmy; nikt nie trzymał się sztywno godzin wyznaczonych na adaptację, niektórzy rodzice przyprowadzali swoje dzieci znacznie później niż my.

Na miejscu zobaczyliśmy dwie sale: jedną nieco większą (a przynajmniej robiła takie wrażenie) i drugą mniejszą, nieco zatłoczoną. Ta większa jest przeznaczona dla starszych dzieci. Robert z racji swojego wieku jest w grupie maluszków. Trochę żałowałam, że tak jest - bo i nas, i Roberta od początku jakoś tak ciągnęło do tej większej, bardziej przestronnej sali. Było tam więcej zabawek, a jednocześnie było też ciszej i spokojniej. Nawet te panie opiekunki, które od początku wzbudziły w nas największą sympatię, okazały się być przypisane do grupy starszych dzieci. Na szczęście nasze opiekunki też są przesympatyczne :) 

Robert chętnie poznawał nowe miejsce. Ponieważ uwielbia autka, był tam w swoim żywiole - w żłobku znalazł ich bardzo dużo :) Jeździł radośnie pomiędzy obiema salami i po całym podwórku. Na nas prawie nie zwracał uwagi. Kiedy musieliśmy już zbierać się do domu, wcale nie był zachwycony. Chciał zostać dłużej.

Przy wyjściu podsłuchałam rozmowę rodziców jednego dziecka z panią opiekunką. Pani poleciła im, żeby następnego dnia tylko tata przyjechał z dzieckiem, skoro to tata będzie codziennie zawoził dziecko do żłobka. Pomyślałam, że i my powinniśmy się do tego zastosować.

31 sierpnia, dzień drugi: zapoznawczy


Następny dzień wyglądał więc tak, że Robert pojechał z tatą do żłobka, a ja miałam w domu chwilę dla siebie :) Wykorzystałam ją między innymi na sporządzenie notatki o tym, co Robert lubi, co umie, jak sobie radzi z jedzeniem i z innymi czynnościami. Panie prosiły mnie, bym dostarczyła im taką kartkę. Rozpisałam się na jedną stronę A4, a i tak miałam wrażenie, że nie napisałam wszystkiego. Potem bez pośpiechu ubrałam się i poszłam na przystanek, żeby złapać busa i dołączyć do moich chłopaków.

Ten dzień był bardziej pochmurny, dlatego nie było już zabawy na podwórku. Ale w środku zabawa trwała w najlepsze. Robert nie od razu mnie zauważył. Mąż również starał się nie przykuwać jego uwagi. Siedział spokojnie w kącie i obserwował, jak nasz synek sobie radzi.

Kiedy w końcu mały zdał sobie sprawę z mojej obecności, ogromnie się ucieszył i zaraz zaczął mi się gramolić na kolana. Pomyślałam, że samodzielna zabawa chyba już się skończyła. Nie miałam jednak racji. Po pewnym czasie Robert znowu zaczął zwiedzać obie sale, układać klocki, bawić się "kuchenką", jeździć autkami... My z mężem trochę się nudziliśmy ;) Patrzyliśmy na inne dzieci, które płakały i kurczowo trzymały się rodziców, i pytaliśmy retorycznie: "a gdzie jest Robert?".

Pod koniec był zmęczony i trochę marudził. Pojechaliśmy do domu. Tam czekała nas niemiła niespodzianka. Robert zaczął wymiotować. Obficie, z rozdzierającym płaczem po każdej serii wymiotów. Nie miał gorączki ani żadnych innych objawów choroby. Diagnoza: odreagowanie stresu. Jakiego stresu? Czy zestresowane dziecko bawi się w najlepsze przez dwie godziny? Zresztą, czy ta sytuacja naprawdę była dla niego aż tak stresująca? Dla dziecka, które jeszcze przed skończeniem pierwszego miesiąca poznało mnóstwo nowych ludzi? Które regularnie bywa na placach zabaw i w różnych miejscach, gdzie ma styczność z innymi dziećmi? Które średnio raz na dwa tygodnie zostaje u babci na cały dzień? Czy naprawdę dwie godziny spędzone w miejscu pełnym zabawek mogły wywołać taką reakcję?

Może jednak coś mu zaszkodziło...

3 września, dzień trzeci: Robert sam w żłobku.


Możecie sobie wyobrazić, jak obawiałam się tego pierwszego dnia. Już nie mogłam się pocieszać, że przecież na pewno będzie się tam dobrze bawił. Wiedziałam, że dopiero po powrocie będę mogła ocenić, czy wszystko jest w porządku. Kilka razy przeszło mi przez myśl, czy może nie zrezygnować z tego żłobka? Może jeszcze chociaż przez jeden dzień zatrzymać go w domu?

Pojechali z samego rana, Robercik jeszcze bardzo zaspany. Zwykle spał dłużej. Zostałam sama, w perspektywie miałam kilka godzin dla siebie. Nie mogłam się za nic zabrać. Kilka godzin to trochę za mało, żeby spokojnie rozsiąść się i pracować... A jeśli bus mi ucieknie? One nie jeżdżą tak często.

Łapałam się na tym, że z chęcią przytuliłabym moje śpiące dzieciątko... ale przecież jego nie ma w domu. Co to, czyżbym jednak nie była tak bardzo wyluzowana? Czyżbym przejmowała się, zupełnie jak inne mamy?

Kiedy dojechałam na miejsce, od razu pośpiesznym krokiem udałam się w kierunku żłobka. Płacz dzieci było słychać, zanim jeszcze zobaczyłam budynek. Czy i mój synek płacze razem z nimi? No pewnie płacze, co ma robić, jak wszyscy wokół płaczą...

Zadzwoniłam do drzwi i powiedziałam, że przyszłam po Roberta. Chwilę później jedna z pań przyprowadziła go za rączkę. Pociągał noskiem, tak jak po długim płaczu. Na mój widok rozkleił się po raz kolejny, ale szybko się uspokoił. Pani wytłumaczyła mi, że bardzo ładnie się bawił, ale zaczął płakać wtedy, kiedy usłyszał płacz innych dzieci. Cóż, pewnie większym powodem do niepokoju byłoby, gdyby nadal bawił się radośnie wśród tych wszystkich żałosnych krzyków.

Powrót do domu był trudny, choć robiłam co w mojej mocy, by go uatrakcyjnić. Byliśmy jednak trochę za wcześnie na przystanku, a autobus mocno się spóźnił. Długie czekanie na przystanku z małym dzieckiem to naprawdę wątpliwa przyjemność. Do tego to był początek roku szkolnego, mnóstwo ludzi, duży ruch... Tłumaczyłam sobie: "Nie jest łatwo, ale dajesz radę. Trudniej nie będzie".

W autobusie Robert szybko się uspokoił, w końcu zaczął przysypiać. Po powrocie do domu spał bardzo długo. Pocieszające było to, że już do końca dnia nie zdradzał żadnych objawów złego samopoczucia czy stresu. A co jest najdziwniejsze? Pomimo szalonego dnia i trudnego powrotu do domu, czułam się wypoczęta, wręcz zrelaksowana. Może to dlatego, że mój dzień był tak urozmaicony, pozbawiony codziennej rutyny.

4 września, dzień czwarty: trochę dłużej, znacznie lepiej.


Następnego dnia nie śpieszyłam się tak bardzo. Chciałam uniknąć długiego oczekiwania na autobus. Poza tym miałam w pamięci słowa o stopniowym wydłużaniu czasu spędzonego przez dziecko w żłobku. Wydłużyłam go więc nieznacznie, bo o jakieś 20 minut. 

Tym razem Robert przywitał mnie w zupełnie innym nastroju. Uśmiechał się od ucha do ucha. Dowiedziałam się, że praktycznie przez cały czas był radosny i świetnie się bawił. Pani zaproponowała, żebym następnym razem przyjechała godzinę później. Czyli - postęp! :)

Robert pomachał pani rączką na pożegnanie. Przez cały czas był bardzo radosny. Tym razem oczekiwanie na busa było łatwiejsze, choć również się przedłużyło. Była ładna pogoda, więc poszliśmy jeszcze na krótki spacer. W domu Robert, tak jak poprzednio, mocno zasnął.

5 września, dzień piąty: obiadek i drzemka! 


To właściwie było do przewidzenia. Kiedy następnego dnia przyjechałam o godzinę później, okazało się, że Robert w najlepsze śpi :) Zresztą większość dzieci spała o tej porze. Żłobek był teraz zupełnie innym miejscem - było w nim cicho i sennie.

Usiadłam na korytarzu. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Adaptacja przebiegała dobrze! Zdążyłam już usłyszeć relację, że Robert był przez cały czas w dobrym nastroju, bawił się i zjadł cały obiad. 

Obudził się bez płaczu, szczęśliwy i wypoczęty. Nie śpieszyliśmy się z wyjściem. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, poszliśmy na plac zabaw i tam bawiliśmy się tak długo, aż dołączył do nas tata :)

Mimo tak długiej drzemki, Robert był zmęczony. Zasnął w samochodzie. 

6 września, dzień szósty: co to będzie?


Dzień szósty jest dzisiaj :) Mam odebrać Roberta około godziny 14:00, czyli prawie przed końcem dnia! Podobnie jak wczoraj, nie będziemy jechać busem do domu, tylko poczekamy, aż mąż skończy pracę.

Od początku wierzyłam, że mój synek bez większego trudu przyzwyczai się do żłobka. W międzyczasie pojawiły się obawy i wątpliwości, okazały się jednak niepotrzebne. Chyba mogę już robić plany na następny tydzień ;)

Każde dziecko jest inne.


Dużo się teraz pisze o adaptacji. W jednych placówkach wygląda to lepiej, w innych gorzej. Czytam między innymi o przedszkolankach, które dosłownie wyrywają rodzicom dzieci z rąk. Jednocześnie słyszę z wielu stron, że najlepsza metoda to: pożegnać się jak najszybciej i wyjść, nie przedłużać i nie opóźniać momentu rozstania.

U nas w żłobku wygląda to właśnie tak: pani otwiera drzwi i zaprasza dziecko do środka, pożegnanie trwa dosłownie chwilę. Czy to jest dobre? Dla mojego synka - tak. Robert jest dzieckiem, które łatwo czymś zainteresować, zabawić. Nie trzyma się kurczowo rodziców. Myślę też, że metoda małych kroczków, którą zastosowaliśmy, znakomicie się sprawdziła w naszym wypadku.

Jeśli czujesz, że Twoje dziecko może potrzebować innego podejścia, najlepiej będzie, jeśli porozmawiasz o tym z opiekunkami. Im też zależy na tym, żeby Twoje dziecko czuło się w żłobku jak najlepiej. To jest ich praca, ich powołanie, jak to określiła jedna pani z naszego żłobka. Dobrze wiedzą o tym, że od ich podejścia zależy, czy dziecko będzie zadowolone i spokojne i przede wszystkim, czy będzie chciało przychodzić tam codziennie. Warto dać im szansę :)

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

"Za zamkniętymi drzwiami" B. A. Paris.


Pewnych rzeczy nie umiem wyjaśnić. Na przykład tego, że fascynują mnie książki o przemocy w rodzinie. Nie mam żadnych osobistych doświadczeń z tym związanych (choć może i niewiele brakowało, żebym się w taki układ wpakowała). Nie jestem też na ogół osobą szukającą mocnych wrażeń. Najchętniej oglądam filmy, które są kolorowe, lekkie i przyjemne, zdecydowanie wolę szukać pozytywnych, inspirujących sygnałów. A jednak, gdy tylko wpadnie mi w ręce książka taka jak "Za zamkniętymi drzwiami", czytam ją dosłownie jednym tchem. 

Może to kwestia silnego przekonania, że ta historia musi się skończyć dobrze. Że ta kobieta musi w końcu znaleźć ratunek, uwolnić się od tyrana, zacząć nowe życie. Kiedy czytałam "Za zamkniętymi drzwiami", to przekonanie towarzyszyło mi przez cały czas, a im trudniejsza i bardziej beznadziejna stawała się sytuacja Grace, tym bardziej byłam zaciekawiona, jakie rozwiązanie uda jej się znaleźć.

Kiedy Grace poznała Jacka, wydawało jej się, że życie postanowiło wynagrodzić jej wszystkie dotychczasowe rozczarowania. Idealny mężczyzna po prostu spadł jej z nieba: przystojny, bogaty prawnik zajmujący się bronieniem kobiet doznających przemocy w małżeństwie. Czuły, troskliwy i szaleńczo zakochany w Grace, a do tego wyjątkowo serdeczny i opiekuńczy dla Millie, młodszej siostry Grace dotkniętej zespołem Downa. Wydawałoby się, że ten dżentelmen to prawdziwy anioł! Tak zresztą brzmi jego nazwisko - Angel.

Tuż po ślubie anioł pokazuje jednak swoje prawdziwe oblicze - sadysty pozbawionego uczuć, owładniętego tylko jedną żądzą: by znaleźć idealną ofiarę i krzywdzić ją, póki będzie żyła.

"Za zamkniętymi drzwiami" ukazuje bardzo nietypową formę małżeńskiej przemocy, rzadko opisywaną w literaturze. Jack nie bije Grace. Używa wobec niej siły tylko wtedy, gdy odpiera jej rozpaczliwe ataki i powstrzymuje jej próby ucieczki. Pokazuje, że jest silniejszy, ale nie uderza. Nie molestuje jej seksualnie - w rzeczywistości nie odczuwa nawet żadnego pożądania w stosunku do Grace. Przemoc w wykonaniu Jacka polega na więżeniu i kontrolowaniu żony, na całkowitym odcięciu jej od świata, na stopniowym ograniczaniu jej praw - przy jednoczesnym tworzeniu iluzji perfekcyjnego małżeństwa. Dla świata państwo Angel mają wyglądać jak idealna para, a sama Grace ma być odbierana jako piękna, elegancka i szczęśliwa bogini domowego ogniska.

Formą przemocy jest również - a może przede wszystkim - groźba przyszłych cierpień, jakie zostaną zadane Millie. Bo to ona jest prawdziwym celem psychopaty, wypatrzoną przez niego idealną ofiarą - upośledzona dziewczynka, która poza starszą siostrą nie ma żadnych bliskich. Dla Grace przewidziana jest rola bezradnego świadka udręczenia siostry.

Grace nigdy nie godzi się z tą rolą. Jej liczne próby ucieczki okazują się skazane na porażkę. Zdaje się, że Jack przewidział każdą możliwość, każdy ewentualny ruch żony. Bezradność bohaterki jest znakomicie opisana, męczy i przytłacza czytelnika. Cały czas jednak nie opuszczało mnie przekonanie, że Grace musi się udać. Piętrzące się trudności, jakie stawiał przed nią Jack sprawiały, że tym bardziej nie mogłam oderwać się od lektury. Ostateczny plan Grace, dzięki któremu uratowała ona siebie i siostrę, uważam za absolutnie genialny. Nie zdradzę jego szczegółów, by nie odbierać Wam przyjemności. Wspomnę tylko o jednym aspekcie, który szczególnie mnie ujął: otóż Grace zaprasza licznych znajomych Jacka na przyjęcie urodzinowe Millie. Wprowadzenie tak wielu ludzi do świata dziewczynki nieco zaburza urojoną przez Jacka wizję idealnej ofiary. Musi być świadom, że gdy Millie nagle zniknie, te wszystkie osoby będą o nią pytać. Znakomite posunięcie, Grace!

Po przeczytaniu książki


Miałam naprawdę dużo frajdy z czytania "Za zamkniętymi drzwiami" i stopniowego odkrywania, na czym polegał plan Grace. Ale prawdziwą wartość tej książki dostrzegłam już po przeczytaniu, kiedy zaczęłam się nad nią zastanawiać.

Czy podobne historie zdarzają się w rzeczywistości? Ilu dramatów tak naprawdę nie widzimy, choć rozgrywają się tuż obok nas?

Grace nie była przeciętną kobietą. Prawdę mówiąc, była bardzo wyjątkowa: inteligentna, zaradna, wytrwała i nieustępliwa. Dlaczego sadysta Jack wybrał taką właśnie kobietę na żonę? Może pomylił się w jej ocenie (i dlatego ostatecznie poniósł klęskę), a może czerpał dodatkową satysfakcję z łamania tak silnej osobowości. Jedno jest pewne: gdyby nie spryt i charakter (a także, mimo wszystko, sporo szczęścia), Grace nigdy nie wyrwałaby się z zastawionej przez Jacka pułapki.

A co by się stało, gdyby na jej miejscu była mniej wyjątkowa kobieta? Taka, która nie znalazłaby sposobu na ucieczkę, taka, która poddałaby się w końcu? Wtedy nikt nie uratowałby biednej Millie. Ona zaś, bezsilna i pełna rozpaczy, patrzyłaby na jej cierpienie każdego dnia, bez końca obwiniając się za całą tę sytuację.

A kiedy jakimś cudem wyszłoby na jaw, co spotkało Millie, winą za jej los zostałby obarczony nie tylko oprawca, ale też jego żona - która widziała wszystko i nic nie zrobiła.

Wiecie, przypomina mi się ta książka, ilekroć słyszę o jakimś przypadku przemocy wobec dzieci. Tak łatwo przychodzi nam ferowanie wyroków. Tak gładko przechodzi przez usta odwieczne pytanie: "gdzie była matka?", "dlaczego nie reagowała?".

Przypominam sobie wtedy Grace: zamkniętą w ciasnym pokoju, pozbawioną możliwości ratunku, z przerażeniem odliczającą dni do chwili, kiedy jej siostra będzie musiała trafić pod dach potwora.

Może niewielu jest takich geniuszy zbrodni jak Jack Angel. Ale niewiele jest też tak silnych kobiet jak Grace.

Niestety, sadyści i zastraszone przez nich kobiety żyją pośród nas. Może w naszym mieście, może na naszej ulicy. Może patrzymy na nich i myślimy, że są idealni. Może, gdy dochodzi do tragedii, oskarżamy o nią osobę, która tak naprawdę sama również jest ofiarą. Nie wiemy, co się dzieje za niejednymi zamkniętymi drzwiami.

Czy polecam tę książkę?


Bez chwili wahania! Nie widzę w niej żadnych wad. Czytałam w innych recenzjach, że jest ponoć przewidywalna, a w którymś miejscu trochę się dłuży - szczerze, nic takiego nie dostrzegłam. Jeśli już do czegoś miałabym się przyczepić - pod koniec Grace ma naprawdę dużo szczęścia, zbieg okoliczności pomaga jej trochę za bardzo. No i Jack, który dotąd był tak uważny i przewidywał każdy jej ruch, nagle nie zauważa... Ale świadomość, że aż taki szczęśliwy splot zdarzeń byłby mało prawdopodobny, nie odebrała mi przyjemności z czytania, a wręcz wzmocniła tę późniejszą refleksję - że w prawdziwym życiu takie historie kończą się znaczniej gorzej.

Książka jest świetna. Polecam każdemu.

czwartek, 12 lipca 2018

A jednak to chłopiec!


Słuchajcie, ostatnie badanie USG nie pozostawiło już żadnych wątpliwości: Robert będzie miał młodszego brata :)

"Królowa jest tylko jedna", powiedział mi lekarz. Czy się ucieszyłam? W zasadzie od początku mówiłam, że każda opcja będzie mieć swoje zalety. Lubię być matką syna, bycie matką dwóch synów będzie z pewnością jeszcze wspanialsze. Trochę mi było tylko żal pięknego imienia, które wybraliśmy z mężem dla spodziewanej córki. Jakoś zawsze łatwiej było nam wybrać imię dla dziewczynki.

Zaskoczenie


Z niezbyt racjonalnych powodów zawsze byłam przekonana, że będę mieć córkę. Moja mama ma dwie córki. Większość moich koleżanek z dzieciństwa miało siostry, nie braci. Moim światem rządziły dziewczynki. Kolegów oczywiście też miałam, jednak ta płeć żeńska zdecydowanie dominowała w moim otoczeniu. Moje ulubione bohaterki literackie dorastały i rodziły córki. Nawet jeśli miały również synów, to jednak w książkach zdecydowanie więcej uwagi poświęcono córkom. Oczywiście, wymyślane przeze mnie postaci również miały córki, żebym mogła o nich wymyślać kolejne opowieści, a potem te córki też miały córki... :) Potem dorosłam, przez jakiś czas pracowałam jako opiekunka do dzieci. Tak się złożyło, że miałam same podopieczne. W sumie cztery dziewczynki w wieku od 5 miesięcy do 6 lat. Chłopcami zajmowałam się dosłownie kilka razy, w wyjątkowych sytuacjach, i byli to już duzi, w miarę samodzielni chłopcy. Można powiedzieć, że miałam doświadczenie w opiece nad małymi dziewczynkami, za to nie miałam doświadczenia w opiece nad małymi chłopcami.

W mojej wyobraźni dziecko, które miałam kiedyś urodzić, zawsze było dziewczynką. Patrzyłam na mojego męża i myślałam sobie, jaka piękna będzie nasza córka z jego niebieskimi oczami i dołeczkami w policzkach. Widziałam w sklepie sukieneczki i obiecywałam sobie, że nasza córka będzie takie nosiła. Kiedy zaszłam w ciążę, byłam przekonana, że urodzę dziewczynkę. Wybraliśmy dla niej trzy różne imiona i długo debatowaliśmy nad tym, które z tych trzech będzie najlepsze, które najłatwiej zdrobnić, które pozwoli na obchodzenie imienin w jakimś sensownym dniu... Jednak już na USG I trymestru okazało się, że nasza dziewczynka trojga imion posiada wybitnie męskie cechy anatomiczne :)

Urodził się więc mały Robert. W jednej chwili oszaleliśmy na jego punkcie i już nikt nie myślał o tym, że kiedyś wyobrażaliśmy sobie jakąś dziewczynkę zamiast niego :) Przekonałam się, że opieka nad chłopcem nie jest wcale trudniejsza niż opieka nad dziewczynką, trzeba tylko trochę bardziej uważać przy zakładaniu pieluchy, żeby siusiak nie był zadarty do góry - inaczej całe ubranko mokre! Zobaczyłam też, jak wiele wdzięku ma w sobie malutki chłopiec, kiedy uśmiecha się rozbrajająco lub wtula się słodko w ramiona rodziców.

Ale kiedy zaszłam w drugą ciążę, to byłam już przekonana, że tym razem spodziewam się córki! Z początku nie ufałam przeczuciom - w końcu już raz mnie zawiodły. Jednak na USG I trymestru maleństwo wyglądało na dziewczynkę. Lekarz mówił nam co prawda, że nie należy się tym sugerować, bo jeszcze jest trochę za wcześnie na rozpoznanie płci. Ale my "wiedzieliśmy" swoje. Przecież Robert na tym etapie już pokazał, że jest chłopcem. Poza tym przebieg mojej drugiej ciąży różni się wyraźnie od tej pierwszej. Inne objawy, inne smaki. Mój wygląd też jest inny. Poprzednio nawet w piątym miesiącu zdarzało się, że ktoś nie zauważył brzuszka. Teraz moja ciąża była ewidentna i widoczna już w drugim miesiącu.

A jednak. Chłopiec.

Obawa


Moje obawy są tak irracjonalne, że nie wiem, czy uda mi się je opisać tak, byście na pewno mnie zrozumieli. Postaram się jednak. 

Najbardziej obawiam się, że nie będę umiała zobaczyć różnicy między moimi dwoma synami. Nie, nie boję się, że nie będę umiała ich rozróżnić :) To akurat będzie łatwe: rezolutny, biegający i wygadany blondynek to Robert, a łysy, bezzębny noworodek to jego młodszy brat. Chodzi mi o to, że dla mnie to będzie jak deja vu: drugi raz to samo, tak jakbym miała jeszcze jednego Roberta. Raczej na pewno będą do siebie bardzo podobni fizycznie. Czy będą mieć różne charaktery? Robert też jest jeszcze bardzo malutki. My uważamy, że ma fantastyczny charakter, ale tak naprawdę wiemy, że jego osobowość będzie się jeszcze dopiero kształtować. A większość jego cech, takich jak upór, niezłomność, ciekawość świata, przejawia tak naprawdę wiele dzieci w jego wieku. Bardzo możliwe, że jego braciszek będzie taki sam - zupełnie taki sam.

A może właśnie będę na siłę szukała w nich różnic, wpychała ich w szufladki zupełnie niezasłużenie? Będę twierdzić, że jeden jest pracowity, a drugi leniwy, jeden grzeczny, a drugi trudny, jeden wrażliwy, a drugi ma wszystko gdzieś, jeden odważny, a drugi się wszystkiego boi? Mniej lub bardziej świadomie wepchnę ich w te role, zamiast pozwolić im się rozwijać i kształtować po swojemu?

Wiem, że to mogą być bezsensowne obawy. W końcu tyle kobiet ma dwoje dzieci tej samej płci. Nie są identyczne. Ba, przecież nawet rodzice jednojajowych bliźniaków jakoś sobie radzą! Mimo wszystko, kiedy myślałam, że drugie z moich dzieci będzie dziewczynką, czułam się jakoś bardziej... gotowa.

Radość


Boże, to wszystko brzmi chyba, jakbym w ogóle się nie cieszyła? To nieprawda, cieszę się ogromnie! :) Będę mieć dwóch synków, dwóch braci. Na pewno będą ze sobą rywalizować, ale będą też się wspierać, wzajemnie mobilizować, uczyć się od siebie nawzajem. Będą się razem bawić w piratów, w policjantów, w strażaków, w kosmicznych wojowników, w co tylko zechcą. Będą grać razem w piłkę, ścigać się, walczyć na niby - na serio pewnie też, czasami... :) Czeka ich mnóstwo wspaniałych chwil spędzonych razem. No i zawsze każdy z moich synów będzie mógł powiedzieć "mam brata!".

A ja - nigdy (prawdopodobnie) nie będę musiała mierzyć się z wyzwaniem, jakim jest wychowanie dziewczynki.
Mimo wszystko świat nadal patrzy bardziej pobłażliwie na chłopców. Chłopcom więcej wolno. Od dziewczynki oczekuje się, że będzie grzeczna, ułożona, staranna. Jak miałabym tego dokonać? Wychować młodą damę, gdy sama jestem wszystkim, tylko nie damą? Nauczyć się zaplatać warkoczyki, dbać o to, by sukieneczka i rajstopki zawsze były w idealnym stanie? Natura wiedziała, co robi, obdarzając mnie chłopcami...

Nie będę nigdy musiała uczyć mojej córki tej przedziwnej równowagi między asertywnością a ostrożnością. Nie będę musiała tłumaczyć jej, że jeśli coś jej się stanie, to nie jest jej wina, ale mimo wszystko chciałabym, żeby uważała... Nie będę musiała uczyć jej, że jej ciało jest wspaniałe i nie jest powodem do wstydu, ale wolałabym jednak, żeby nim zbytnio nie epatowała, zwłaszcza w pewnych sytuacjach. Nie będę musiała szukać rozwiązań, jak jej to wszystko przekazać i nie dać się zapędzić w kozi róg przez jej pytania "ale dlaczego?", "ale przecież mówiłaś, że...?".

Nie będę musiała patrzeć, jak zmaga się z kompleksami, szukać sposobu, by jej w tym ulżyć i jednocześnie uspokajać samą siebie, że ona kiedyś zrozumie, że uroda nie jest najważniejsza na świecie.

Cieszę się, naprawdę. Nie spodziewałam się tego, wyobrażałam sobie, że będzie inaczej, ale teraz myślę, że moi trzej wspaniali mężczyźni - dwaj synowie i ich tata - to najlepsze, co mnie w życiu spotkało.

A dziewczynka... Może kiedyś będę miała wnuczkę? ;)



czwartek, 21 czerwca 2018

Mój syn - kaskader.

Mój syn ma półtora roku.


Po raz pierwszy spadł z łóżka, kiedy miał 2,5 miesiąca. Dopiero uczył się pełzać. Jak udało mu się to zrobić w tym ułamku sekundy, kiedy nie stałam przy łóżku, bo sięgałam po jego zabawkę - nie mam pojęcia. Oczywiście czułam się wtedy najgorszą z matek i przysięgałam, że nigdy więcej do tego nie dopuszczę. A jednak, zanim skończył pół roku, spadł z łóżka ponownie, w jeszcze bardziej niewyjaśnionych okolicznościach. Nawet nie leżał z brzegu. Jakoś tak mocno się wybił, że wystrzelił jak z procy i wylądował pod łóżkiem.

Niedługo później jego ulubioną rozrywką było turlanie się wzdłuż i wszerz po całym łóżku. Musieliśmy być w ciągłym pogotowiu. Kiedy miał dziesięć miesięcy, nauczył się samodzielnie schodzić z łóżka, a my odetchnęliśmy z ulgą.

Tuż przed ukończeniem roku postawił pierwsze kroki. Patrzyliśmy na to z dumą i zachwytem, chyba jeszcze nieświadomi, jak wielka rewolucja rozgrywała się właśnie na naszych oczach.

Obecnie...


Jeśli da się gdzieś wejść, to on tam wejdzie. Jeśli można się na coś wspiąć, to będzie się wspinał. Potrafi wejść na wszystkie krzesła i fotele, włącznie z obrotowymi (na szczęście u nas w domu takich nie ma). Potrafi stanąć na swojej jeżdżącej zabawce, by po coś sięgnąć.

Bez trudu porusza się po wszelkiego rodzaju schodach, w górę i w dół, i korzysta z tego przy każdej możliwej okazji.

Długo trwała u nas w domu batalia: jak powstrzymać dziecko przed wchodzeniem na stół. Najpierw zaczęliśmy przewracać krzesła na bok. Nauczył się wchodzić po przewróconych. Zaczęliśmy przewracać je do góry nogami. Nasz dom wygląda codziennie jak po ostrej awanturze, ale przynajmniej udało się ukrócić zapędy młodego alpinisty. Oczywiście nadal próbuje się wspinać, ale bez wielkich sukcesów ;)

Nauczył się otwierać zabezpieczenia na szafkach. Kupiliśmy nowe, takie, które sami otwieramy z pewnym wysiłkiem :)

Potrafi sam wejść do swojego wózka. Jak się bardzo postara, potrafi również z niego wyjść - pomimo zapiętych pasów. To wymaga od niego sporej gimnastyki, musi się więc bardzo nudzić, żeby próbować - a do tego zwykle nie dopuszczamy. Z fotelika samochodowego na szczęście nie jest w stanie się wydostać, co wcale nie znaczy, że nie próbował.

Po kilku pierwszych, w pełni asekurowanych zjazdach na zjeżdżalni nasz mały indywidualista doszedł do wniosku, że zwykłe zjeżdżanie na pupie nie jest do końca w jego stylu, zaczął więc zjeżdżać na brzuchu, z głową w dół. Podobno próbował nawet hamować nosem, ale nie spodobało mu się to.

Kiedy się przewraca, to się śmieje, że wydarzyło mu się coś tak niespodziewanego.

Nieco ponad miesiąc temu upadł w okropny sposób i rozciął sobie wargę. Wtedy nikomu nie było do śmiechu. Próbował wskoczyć na krzesło, które dokładnie w tym momencie odsuwałam. Widok był tak przerażający, że do tej pory na samo wspomnienie robi mi się zimno. Na szczęście rana szybko się zagoiła. Czy to była moja wina? Raczej nie. Czy czułam się winna? Potwornie.


Jest ostrożny.


Może w kontekście tych wszystkich wymienionych powyżej faktów stwierdzenie, że mój synek jest ostrożny, brzmi jak kiepski dowcip - ale to prawda. Przy całej swojej ciekawości i chęci odkrywania, Robert robi wszystko bardzo uważnie, bada, sprawdza, ocenia. Nie pędzi na oślep. Próbuje. Obserwuje. Dlatego pozwalam sobie nieraz na luksus zaufania mu. Nie rzucam się z ratunkiem, gdy tylko widzę, że próbuje czegoś nowego. Pozwalam mu próbować.

W Słupsku doszło w tym tygodniu do strasznej tragedii.


Słyszeliście o tym, prawda? Chyba każdy musiał się zetknąć z tą wiadomością. Zginął mały chłopczyk. Wypadek w domu. Rodzice spali, starsza siostrzyczka nie mogła znaleźć brata, który skutecznie się ukrył podczas zabawy w chowanego.

Wszyscy pytają: jak to mogło się stać?

Ja czasem się zastanawiam, jak to się dzieje, że tyle dzieci wychodzi cało z tego najbardziej szalonego okresu dzieciństwa...

Tyle niebezpieczeństw czyha na nie każdego dnia. Są jeszcze tak bardzo nieświadome, tak bardzo chcą wszystkiego spróbować, a przy tym są takie bezbronne. Potrafią zaryzykować, a nie zawsze potrafią wyjść cało z ryzykownej sytuacji. Potrafią gdzieś wejść, a często nie potrafią wyjść/zejść. Każdego dnia uczą się samodzielności i niezależności, ale tak bardzo potrzebują jeszcze naszej opieki i czujności.

Proszę, zanim zaczniecie rzucać oskarżeniami i podejrzeniami, pomyślcie, ile razy udało Wam się zapobiec wypadkowi z udziałem Waszego dziecka. Ile razy to Waszemu dziecku groziło niebezpieczeństwo. Ile razy o tym, że nic się nie stało, zadecydowała nie Wasza niezawodna czujność, ale odrobina szczęścia, przypadek. Nie oceniajcie. Żaden rodzic nie chciałby, żeby jego dziecku stała się krzywda.

poniedziałek, 21 maja 2018

Drugie dziecko - pytania i odpowiedzi.

Fot. https://www.maxmodels.pl/fotograf-landscaper.html

Tydzień temu zostawiłam Was z sensacyjną wiadomością ;) Bez obaw, nie zamierzam poprzestać na tym jednym zdaniu. Myślę, że będę tu nawet dość często wspominać o mojej ciąży, w końcu jest to w tej chwili jeden z najważniejszych elementów mojego życia. Dzisiaj postaram się odpowiedzieć Wam na te pytania, które najczęściej pojawiają się ostatnio w moich rozmowach.

Dlaczego drugie dziecko?


Śmiać mi się chce, kiedy wspominam sobie, jak wyglądały moje rodzinne plany jeszcze kilka lat temu. Przede wszystkim, nie zamierzałam mieć dzieci. W ogóle. Żadnych. Uważałam, że nie nadaję się na matkę i że na pewno zrujnowałabym mojemu dziecku życie. Jak wiadomo, to się zmieniło. Potem jednak wszyscy pytali, kiedy planujemy mieć drugie dziecko, a ja za każdym razem odpowiadałam konsekwentnie, że nie planujemy. Robert miał być jedynakiem. Nie chciałam przeżywać porodu jeszcze raz. Ale był też inny powód. Bałam się, że dwoje moich dzieci nie będzie umiało ze sobą żyć. Znałam kilka rodzeństw, których wzajemne relacje przebiegały dość dramatycznie. Nie chciałam tego dla Roberta.

Dlaczego to się zmieniło? Obserwowałam Roberta, obserwowałam inne dzieci, czytałam również teksty pisane przez autorki, które mają dwójkę dzieci. Dotarło do mnie, jak bardzo dziecko potrzebuje tego stałego kontaktu z drugim dzieckiem w zbliżonym wieku. Nie jestem w stanie zapewnić mu tego kontaktu w inny sposób. W naszej okolicy nie ma takich małych dzieci. Znajomi, owszem, mają dzieci, ale wiecie, jak ciężko czasem się umówić ze znajomymi, zwłaszcza mieszkającymi w innej miejscowości? A to brak czasu, a to choroby... Braciszek lub siostrzyczka będzie w pobliżu przez cały czas, niezależnie od planu dnia i od stanu zdrowia. Tej bliskości nie da się w żaden sposób zastąpić.

Pomyślałam sobie, że nawet jeśli moje dzieci będą się ze sobą kłócić, to jednak spędzą też ze sobą mnóstwo wartościowych chwil. Nie chcę im tego odbierać.

Jak się czuję?


Szczerze mówiąc, w tej chwili okropnie ;) Nie tylko mężczyźni umierają na katar, mnie też się to zdarza. A już w ciąży ten katar jest szczególnie uciążliwy. Natomiast jeśli chodzi o dolegliwości ciążowe - to po prostu ich nie mam. Serio, gdyby nie brak okresu i rosnący brzuch, mogłabym nawet zapomnieć, że w ogóle jestem w ciąży. Poranne mdłości miałam dokładnie raz. Przez jakieś dwa-trzy tygodnie borykałam się za to z zupełnym brakiem apetytu. Uwierzcie mi, to nic przyjemnego. Chcesz zrobić obiad dla całej już teraz czteroosobowej rodziny i musisz wybierać z krótkiej listy potraw, od których Cię nie odrzuca. Na szczęście apetyt już mi wrócił.

Mogę powiedzieć, że spełniło się moje marzenie o drugiej ciąży pozbawionej trosk, z którymi borykałam się za pierwszym razem. Jestem w domu z Robertem, spokojnie robię swoje, nie mam żadnych szczególnych zmartwień. Pomimo tego, że przecież mam...

Hashimoto - a co to?


Choroba Hashimoto, w dużym skrócie, to autoimmunologiczne zaburzenie pracy tarczycy. W gruczole pojawia się stan zapalny, który konsekwentnie niszczy tarczycę i w efekcie doprowadza do osłabienia kondycji całego organizmu. Dochodzi do zaburzeń pracy serca, problemów z płodnością i regularnością miesiączek, pogarsza się stan skóry i włosów.

Pierwsze objawy choroby Hashimoto to m.in.: uczucie ciągłego przemęczenia, spadek nastroju, niespodziewane przybieranie na wadze, zawroty głowy, bóle mięśni i stawów, bolesność szyi. 

A można też nie mieć żadnych objawów i bardzo się zdziwić informacją o chorobie. Jak ja.

Poważnie, gdyby nie rutynowe badania krwi zlecone na krótko przed potwierdzeniem ciąży, nie przyszłoby mi nawet do głowy, że z moim organizmem może być coś nie tak. Jestem naprawdę wdzięczna mojej lekarce, że zdecydowała się zlecić tak na wszelki wypadek badanie poziomu TSH. Gdyby nie ona, dowiedziałabym się o chorobie dobre kilka tygodni później.

W chwili obecnej moje wyniki są już prawidłowe, ale nadal zażywam lekarstwa. Nie odczuwam żadnych dolegliwości. Jestem świadoma tego, że muszę być ostrożna. Choroba Hashimoto znacząco zwiększa ryzyko poronień. Wierzę jednak, że wszystko będzie dobrze. Choroba została wcześnie wykryta i udało się szybko zareagować.

A wracając do tematu ciąży - chłopiec czy dziewczynka?


Jeszcze nie wiem! Pewnie na najbliższym badaniu USG uda się już dostrzec cechy charakterystyczne dla jednej lub drugiej płci. Pamiętam, że Robert okazał się być Robertem właśnie w trzynastym tygodniu ciąży. Choć tak naprawdę dopiero w szesnastym tygodniu można stwierdzić z całą pewnością, jaka jest płeć dziecka. Przyznam, że nie mogę się już doczekać. Bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że myślę o moim dziecku jako o osobie konkretnej płci. Ta niepewność jest dla mnie teraz trochę dziwna.

Przyznam, że chciałabym, żeby tym razem to była dziewczynka :) Mamy już od dawna wybrane dla niej imię. Zasypiam, wyobrażając sobie, jak mój duży, dzielny synek opiekuje się swoją malutką siostrzyczką. Ale prawda jest taka, że dostrzegam mnóstwo zalet bycia mamą chłopca i właściwie nie miałabym nic przeciwko, żeby to było dwóch chłopców. Dwóch braci. 

Czy zamierzam nadal karmić Roberta piersią?


A czemu nie? Jeśli tylko będzie chciał. 

Darujcie, że tak często piszę o karmieniu piersią, ale też temat ten wraca do mnie jak bumerang. Wierzę, że im więcej będzie się pisało o aktualnej wiedzy na temat karmienia piersią, tym szybciej dotrze do ludzi, że nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań, by karmić piersią nawet kilkuletnie dziecko.

Na samym początku ciąży miałam wrażenie, że nasza droga mleczna z Robertem właśnie dobiega końca. Ewidentnie się nie najadał, był marudny i nerwowy. Uznałam to za objaw zanikającego pokarmu. Potem jednak dotarło do mnie, że dni mijają, a ja nadal mogę karmić. Sytuacja wróciła do normy.

Robert nie jest uzależniony ode mnie i mojego mleka. Już prędzej ja od niego ;) Ostatnio wytrzymał cały dzień beze mnie. Nakarmiłam go tylko wcześnie rano. Nawet zasnął wieczorem bez mojej pomocy. Jedyny problem polegał na tym, że pierś spuchła mi jak bania i musiałam dwukrotnie odciągać pokarm. 

Mleko matki jest niezwykle wartościowym pokarmem nawet dla dorosłego człowieka. Podaje się je np. sportowcom. Karmienie nieco starszego dziecka nie oznacza przecież, że trzeba je karmić piersią ciągle, o każdej porze i w każdym miejscu. To może być nawet raz dziennie. Albo i rzadziej.

Jak zwykle przy tym temacie odsyłam do mojej ulubionej Hafiji. Nigdzie indziej nie dowiecie się tak wielu przydatnych rzeczy o karmieniu piersią.

Czy się boję?


Jasne, że tak. To nie są jakieś wielkie obawy, nie jestem przecież już nowicjuszką. Wiem, że sobie poradzę.

O części moich obaw pisałam w poprzednim tekście. Ale jeśli miałabym uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czego obawiam się najbardziej, to powiedziałabym, że... zmian.

O tym, że moje życie zmieniło się bardzo po urodzeniu Roberta, pisałam już nieraz - na przykład tutaj albo tutaj :) Ale prawda jest taka, że udało mi się w tym wszystkim zachować sporo z dawnej siebie. Nadal realizowałam swoje pasje, nadal miałam czas tylko dla siebie, na swoje rozmyślania, a nawet na zabawę. Obawiam się, że z dwójką dzieci już tak lekko nie będzie. Że teraz już będę tylko i wyłącznie mamą. Tą mamą, która zdążyła ogolić tylko jedną nogę (na szczęście mam jasne owłosienie i właściwie go nie widać). Tą mamą, która zasnęła w trakcie pytania o to, co robi w wolnym czasie. 

Obawiam się tego bardziej niż w pierwszej ciąży, bo już w jakimś sensie sprawdziłam się w roli mamy i wiem, jak cenne były dla mnie te mniejsze i większe odskocznie od codzienności pełnej pieluch. Jestem jednak dobrej myśli. Radzę sobie z jednym dzieckiem, poradzę sobie i z dwoma :)


Jeśli chcielibyście mnie jeszcze o coś zapytać lub podzielić się własnymi odczuciami - zapraszam do dyskusji :)