poniedziałek, 14 maja 2018

To nie pierwszy krok jest najtrudniejszy.

Pamiętam tę chwilę, jakby to było wczoraj.


Siedziałam w pobliżu kamieniołomu przy kościele św. Józefa i czekałam, aż zacznie się Msza św., a po niej ruszymy w drogę. To był ciepły, spokojny wieczór. Choć spodziewałam się tłumu ludzi, w tamtej chwili byłam sama, sama ze swoimi myślami i z obawami, których tym razem miałam naprawdę sporo.

W jakimś przebłysku geniuszu zdjęłam z nóg nowe, śliczne, zdobyte specjalnie na tę okazję buty i założyłam moje stare, wysłużone trapery, które miałam przy sobie tak na wszelki wypadek. To była chyba moja najlepsza decyzja. Zimno mi się robi na samą myśl o tym, że miałabym wyruszyć w długą i niełatwą trasę w nowych, niewypróbowanych butach. Najpewniej po prostu nie ukończyłabym trasy, nie przeszłabym nawet połowy.


Bałam się bardziej niż za pierwszym razem. Kiedy rok wcześniej wyruszałam po raz pierwszy w Ekstremalną Drogę Krzyżową, wiedziałam, że porywam się na coś odważnego i nie do końca rozsądnego, nie wiedziałam jednak dokładnie, jak będzie i co mnie czeka. Za drugim razem wiedziałam bardzo dobrze. Wiedziałam, że jeszcze tej nocy będę bardzo zmęczona i będą mnie bolały nogi, a droga będzie dłużyć się w nieskończoność. Wiedziałam, że dotrę do celu już w pełnym słońcu dnia, że będę leczyć obtarcia i skaleczenia, że będę zasypiać na siedząco, a moje ciało jeszcze przez kilka dni będzie odreagowywać trudy tej nocy.  

Pamiętam też tę pierwszą drogę.


To był ten specyficzny czas w moim życiu. Z jednej strony byłam świeżo i intensywnie zakochana, z drugiej strony ciągle jeszcze leczyłam rany po wyjątkowo bolesnym rozstaniu (dla przypomnienia: "Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?"). Nasz początkujący związek napotykał na tym etapie na same trudności i przeszkody. Byłam bardzo krucha i niepewna, ale też  - niemal instynktownie - moja gorliwość religijna tylko wzrosła. Kiedy dowiedzieliśmy się, że w nocy z 3 na 4 kwietnia 2009 wyrusza pierwsza Ekstremalna Droga Krzyżowa z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie zastanawialiśmy się długo. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy. Ofiarujemy te wszystkie trudności, których doświadczamy.

Dużo osób odradzało mi tę trasę. Mówili, że to jest droga dla sportowców, dla osób, które regularnie trenują. Sama wiedziałam dobrze, że nigdy wcześniej nie przeszłam tak długiej trasy w ciągu jednej doby. Mój dotychczasowy rekord to było zaledwie dwadzieścia kilka kilometrów i to z licznymi przerwami i postojami. Teraz miałam do przejścia 45 kilometrów. Wiedziałam, że będzie ciężko, ale czułam też, że to jest wykonalne. Wystarczy przecież stawiać jedną nogę przed drugą. I tak do końca...


Pamiętam księżyc, który był tej nocy niesamowity - wielki i czerwony, towarzyszył nam przez większość trasy. Pamiętam też niezwykłe, głębokie rozważania poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej. Między jedną stacją a drugą było kilka kilometrów do przejścia, i cały ten czas wypełniony był rozmyślaniami. Pamiętam też, że choć z założenia droga miała być indywidualnym przeżyciem, to jednak tak ważne było, że przeszliśmy ją we dwoje, ja i mój nowy chłopak, który dziś jest moim mężem. Pamiętam podziw, szacunek i wzajemne wsparcie. Byliśmy w tym razem - i jesteśmy nadal.

Za drugim razem jest trudniej.


Za drugim razem już wiesz. To, co wcześniej tylko sobie wyobrażałaś, jest teraz dla Ciebie zupełnie rzeczywiste. Każdy kilometr na Twojej drodze niesie ze sobą pamięć o tych wszystkich kilometrach, które już przeszłaś i które jeszcze masz do przejścia. Już nie słuchasz opowieści o bólu, zastanawiając się, czy dasz radę go wytrzymać. Teraz sama znasz ten ból, przeżyłaś go na własnej skórze.

Za drugim razem będą Cię oceniać. Pierwsza droga mogła być jeszcze błędem, zbyt pochopnym oszacowaniem własnych sił i możliwości. Nikt nie może Ci zarzucić, że próbowałaś. Jednak, gdy decydujesz się wyruszyć w tę samą drogę jeszcze raz, to tak naprawdę jest to też Twoja deklaracja: wiem, że zrobiłam dobrze! Wiem, że potrafię! Nikt nie zdecydowałby się na to samo doświadczenie jeszcze raz, jeśli nie uważałby, że sobie poradzi.

Będą zatem tłumaczyć Ci, co zrobiłaś źle za pierwszym razem. Będą poddawać w wątpliwość, czy naprawdę bycie piechurem to w Twoim przypadku dobry pomysł. Będą starali się pomóc Ci wyeliminować błędy, które popełniłaś za pierwszym razem. Dopiero teraz dowiesz się, że popełniłaś ich aż tyle. Wcześniej nie widzieli sensu, by Ci o tym mówić. Przecież już przeszłaś drogę, już masz to za sobą. A Ty nagle decydujesz, że wpakujesz się w to samo jeszcze raz!

Będą oczekiwać od Ciebie, że wyciągniesz wnioski z doświadczeń pierwszej drogi i za drugim razem poradzisz sobie lepiej. I będą się dziwić, że jednak nadal nie wszystko jest idealnie. To nie postarałaś się o lepsze buty? Nie pamiętałaś, że trzeba równomiernie rozłożyć siły?

Będziesz mierzyć się z własnymi obawami i z obawami innych osób. I sama wiesz najlepiej, z czym jeszcze. Ale wiesz też dobrze, że...

Ból i obawa to nie wszystko.



Pamiętasz też cudowne, głębokie przeżycie, którego warto jeszcze raz doświadczyć. Pamiętasz satysfakcję, radość, piękno. Pamiętasz to niezwykłe szczęście, gdy wiesz już, że wszystko się udało. Pamiętasz bliskość i miłość. Jesteś pełna obaw, ale też podekscytowana, nie możesz się doczekać tego niezwykłego wachlarza cudownych i męczących przeżyć, które pamiętasz tak dobrze, a mimo to jesteś gotowa na więcej.

Mówiono mi nieraz, że o bólu zapomina się łatwo i szybko. Czy ja wiem?  Ja nie zapominam. Może to taka moja specyfika, że po prostu pamiętam o wszystkim. Ale ból to tylko część tej niezwykłej drogi, to tylko jeden z jej aspektów, istotny, ale nie najistotniejszy.

Najważniejsza jest miłość. I czekanie. I to, co najpiękniejsze i najważniejsze przyjdzie na samym końcu, po wielkim, ale satysfakcjonującym wysiłku.

Dlatego pełna obaw, ale przede wszystkim szczęśliwa i podekscytowana wyruszam po raz drugi w najbardziej niezwykłą drogę mojego życia, jeszcze bardziej wyjątkową niż te nocne wyprawy sprzed lat.

Jestem w drugiej ciąży.  

22 komentarze:

  1. Gratuluję Martyno ! Wspaniała wiadomość :) Uwielbiam Twoje wpisy i Twoją prawdziwość <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :* Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. fajnie, że masz takie pozytywne wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje! :) Pięknie to opisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow. Moje gratulacje - podziwiam za odwagę. Dla mnie największą ekstremalną trasą, jaką przeszłam było wyjście na Czerwone Wierchy, kiedy właśnie zmieniały się fronty pogodowe i piękne słońce zmieniło się w wichurę.
    Gratuluję ciąży. Jestem mamą 4 dzieci, więc mogę tylko powiedzieć - dasz radę :-) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :* Muszę przyznać, że pogoda była dla nas łaskawa za każdym razem, a przeszliśmy EDK w sumie trzykrotnie. Przy wichurze na pewno byłoby to trudniejsze.
      Wierzę, że dam radę :) Ale pewne obawy zawsze pozostają :)

      Usuń
  5. Gratuluję :) A jako mama dwójki powiem Ci że to będzie jeszcze bardziej niesamowita przygoda :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Podziwiam ludzi z taką pasją i otwartością. Szczęścia Wam życzę i zdrowia. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny wpis, tak ciepło mi się robiło na serduchu gdy go czytałam. Gratuluję kolejnego szczęścia :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratuluję z całego serca!
    Choć ja wierząca nie jestem to podziwiam wspaniałą metaforę... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :* Te drogi są na swój sposób podobne... :)

      Usuń
  9. Gratulacje! Pięknie o tym wszystkim napisałaś!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciekawe doświadczenie. Nie wiedziałam, że są organizowane takie przejścia.
    Oczywiście gratuluję :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :* Bardzo polecam Ekstremalną Drogę Krzyżową, jest już w całej Polsce, a nawet w niektórych miejscach poza Polską :)

      Usuń