poniedziałek, 20 listopada 2017

O pomaganiu.


Może nie powinnam o tym pisać, ale - mam takie jedno marzenie. Właściwie to nawet postanowienie. Zaczęłam o nim myśleć już prawie rok temu, kiedy byłam w bardzo zaawansowanej ciąży. Byłam pełna obaw, niepewna nawet tego, kiedy to moje dziecko dokładnie się urodzi, bo zdecydowanie nie śpieszyło mu się na ten świat. Nasza przyszłość jawiła się przede mną jako wielka niewiadoma. Czułam też niemało żalu, bo nie wszystko potoczyło się tak, jak byśmy tego chcieli. Tymczasem zbliżały się Mikołajki. Pomyślałam sobie wtedy, że gdyby role się odwróciły i gdybym sama znała jakąś młodą kobietę w zaawansowanej ciąży i miała możliwości, żeby coś dla niej zrobić, jakoś pomóc w tym szczególnym czasie, to zrobiłabym to. Myśl zmieniła się w postanowienie. Choć nadal nie czuję się bogata ani ustawiona, a wydarzenia ostatnich miesięcy dość zagmatwały nam życie, w dalszym ciągu myślę o moim postanowieniu i mam nadzieję, że uda mi się je zrealizować. Przecież nie trzeba mieć bardzo dużo, żeby móc się podzielić z kimś potrzebującym.

Jeśli znacie jakąś osobę, której mogłabym pomóc, to dajcie mi znać - ale uczciwie informuję, że pomogę tylko jednej :)

Dlaczego warto pomagać?


Nie chcę w tym miejscu moralizować ani odwoływać się do jakichś wyższych uczuć. Napiszę tylko, że pomaganie daje ogromną radość. Zarówno obdarowywanemu, jak i temu, kto pomaga. Pisałam niedawno o prezentach i o tym, ile radości niesie ze sobą dawanie prezentów bliskim osobom. Otóż, dawanie prezentów nieznajomym osobom jest w pewnym sensie jeszcze lepsze. Jest bardziej wyjątkowe, nietypowe, odświętne. Przecież tak naprawdę codziennie dbasz o to, żeby w jakiś sposób, choćby dobrym słowem, obdarować swoich najbliższych. Tymczasem znacznie rzadziej, może tylko raz do roku skupiasz się na tym, żeby przynieść radość, komfort, poczucie bezpieczeństwa - komuś, kogo może nawet nie zdarzyło Ci się osobiście spotkać. To jest tak wyjątkowa, magiczna, świąteczna radość, którą ciężko opisać słowami! A jak bardzo musi się cieszyć tak obdarowana osoba, która może nawet nie spodziewa się pomocy? Masz szansę dać komuś niezapomniane Święta, zupełnie jak z bajki o Świętym Mikołaju :) 

Oczywiście wiadomo, że nie da się pomóc każdemu, a potrzebujących nie brakuje. Chciałabym napisać Wam dzisiaj o kilku akcjach, w których warto wziąć udział. Niektóre z nich wymagają naprawdę minimalnego wkładu, więc nawet jeśli posiadasz bardzo mało, nadal możesz komuś pomóc!


Szlachetna Paczka.



W tej akcji brałam udział już kilka razy, kiedyś angażowałam się też trochę w jej promowanie. Teraz z przyjemnością obserwuję, jak bardzo się rozwinęła i jak wiele osób bierze w niej udział :) Zasady są proste - wybierasz z bazy rodzin objętych programem tę rodzinę, dla której przygotowujesz paczkę. W bazie znajdziesz opis rodziny (bez danych osobowych), jej sytuacji i jej potrzeb. Jeśli decydujesz się na zrobienie paczki, musisz rozważyć, na co Cię stać i jakiej rodzinie chcesz pomóc, jakie potrzeby chcesz zaspokoić. Zresztą, samodzielne przygotowanie paczki może być dla Ciebie dość dużym wydatkiem, warto dogadać się z kilkoma innymi osobami i podzielić koszty między siebie.

Przygotowaną paczkę zawozisz do magazynu, a stamtąd wolontariusze dostarczą ją do wybranej przez Ciebie rodziny. Choć nie zobaczysz osobiście, jak obdarowane przez Ciebie osoby zareagują na paczkę, na pewno możesz liczyć na relację wolontariusza :)

Co mogę jeszcze dodać? Jeśli decydujesz się na przygotowanie Szlachetnej Paczki, masz szansę na najprzyjemniejsze zakupy w życiu :) Tak właśnie wspominam każdą moją przygodę z Paczką. Wchodzisz do sklepu i buszujesz między stoiskami bez wyrzutów sumienia, bez poczucia, że to może za dużo, za drogo - a ostatecznie i tak to wszystko jest po to, żeby sprawić radość komuś potrzebującemu :)

Więcej na temat Szlachetnej Paczki: 

DobryKlik.



DobryKlik to bardzo prosta akcja, w której możesz brać udział codziennie. Wystarczy każdego dnia wejść na stronę dobryklik.pl i kliknąć w dowolną białą cegiełkę. Kliknięcie powoduje odsłonięcie fragmentu obrazka, a także - co ważniejsze - dodaje 10 groszy do zebranej kwoty. Kiedy obrazek będzie odsłonięty w całości, będzie to oznaczało, że zbiórka jest ukończona. 

Można zrobić coś więcej niż tylko codzienne klikanie. Strona oferuje dodatkową możliwość. Możesz wpłacić dowolną kwotę na cel zbiórki. To Ty decydujesz, czy wpłata będzie anonimowa, czy też opatrzysz ją swoim podpisem i słowami wsparcia, które możesz dołączyć.

Aktualna zbiórka prowadzona jest na rzecz malutkiej Lenki, która urodziła się bez jednego oczka. Kwota 5000 zł ma pokryć koszt operacji wszczepienia ekspanderów w pusty oczodół. Brak oka powoduje ucisk na mózg i może prowadzić do nieodwracalnych zmian, a nawet do śmierci. Operacja jest konieczna, by ratować zdrowie i życie dziewczynki.

Kiedy ostatnio odsłaniałam cegiełkę, uzbierana kwota wynosiła 1486,10 zł, czyli 29% kwoty docelowej. To zarazem dużo i mało. Z pewnością im więcej osób włączy się w klikanie, tym szybciej zbiórka będzie zakończona.

Do tej pory DobryKlik przeprowadził pomyślnie aż 60 zbiórek. Na ich stronie można poczytać o celach tych zbiórek oraz o zgromadzonych kwotach.

Miłośnicy zwierząt mogą uczestniczyć również w akcjach PsiKlik oraz KociKlik. Działają one na identycznej zasadzie jak DobryKlik. W ramach akcji PsiKlik prowadzona jest akcja na rzecz ratowania życia malutkiej suni Bojki, która prawdopodobnie choruje na nosówkę. KociKlik natomiast zbiera pieniądze na pomoc dla Hummusa, kociaka z uszkodzonym rdzeniem kręgowym.

Więcej na temat akcji:
http://www.dobryklik.pl
http://www.psiklik.pl
http://www.kociklik.pl

Pusta Miska.


Jeśli leży Ci na sercu los zwierząt, bez trudu znajdziesz i inne akcje, dzięki którym możesz pomóc tym naszym najbardziej bezbronnym przyjaciołom. Na przykład Pusta Miska. Działa na podobnej zasadzie jak DobryKlik. Każdego dnia możesz wejść na stronę i napełnić miskę potrzebującego psiaka. W ramach akcji możesz również przygarnąć psa lub kota ze schroniska czy też zaopiekować się wybranym zwierzakiem wirtualnie. 

Tego typu inicjatyw jest sporo, szczególnie w okolicy Świąt. Kliknięcie nie kosztuje nic, co najwyżej zajmie Ci trochę czasu, a może stanowić naprawdę wymierną pomoc dla wielu potrzebujących istot.

Więcej na temat Pustej Miski:

Możesz pomagać na wiele sposobów.


Możesz korzystać z internetowych akcji takich jak te wyżej opisane. Możesz kupować na charytatywnych kiermaszach. Możesz obejrzeć świąteczny blok reklamowy w telewizji, na pewno w tym roku też będzie taka możliwość. Dochód z takiego bloku reklamowego przeznaczony jest na cele charytatywne. Możesz oddać potrzebującym ubrania, których już nie używasz, w ramach jednej z wielu zbiórek tego typu. Możesz też zanieść je po prostu do kontenera na rzeczy używane, na pewno masz taki w okolicy.

Nawet jeśli posiadasz niewiele, każdego dnia masz możliwość, by bez wielkiego wysiłku wspomóc kogoś, kto posiada jeszcze mniej. I to jest piękne.

Może znasz jeszcze inne inicjatywy, o których warto wspomnieć?

środa, 15 listopada 2017

O prezentach.

Kiedy dowiedziałam się, że Robert ma urodzić się na przełomie listopada i grudnia, jedną z moich pierwszych myśli było: "to jest ten czas, kiedy w sklepach pojawiają się świąteczne prezenty!". Bardzo się ucieszyłam z tego powodu, bo to oznaczało, że nigdy nie będę miała kłopotu ze znalezieniem pięknego prezentu na urodziny mojego synka. 

Niedługo będziemy świętować te urodziny po raz pierwszy. Już teraz zastanawiam się, jak zorganizujemy przyjęcie, jaki podam tort i oczywiście, jakie będą prezenty.


W sklepach już Święta...


Mam ogromną słabość do okresu przedświątecznego i do prezentów - tych od Świętego Mikołaja i tych znalezionych pod choinką :) Kojarzą mi się z dzieciństwem, z magią, z baśniami, które do tej pory uwielbiam. Nie pamiętam, kiedy zorientowałam się, że Mikołaj wcale nie zakrada się wieczorem do naszego domu, że to rodzice przynoszą prezenty - ale wydaje mi się, że to odkrycie nie było dla mnie w żaden sposób trudne czy przykre, po prostu od tego momentu trochę zmieniły się zasady gry. Od tej pory ja i moja siostra bawiłyśmy się w Świętego Mikołaja razem z rodzicami. I to też miało w sobie urok i prawdziwie świąteczną magię.

Pamiętam wiele cudownych świątecznych prezentów z dzieciństwa, ale kiedy próbuję pomyśleć o najlepszym, najbardziej wyjątkowym i niezapomnianym, do głowy przychodzi mi zawsze Barbie Syrenka. Nie pamiętam, ile miałam lat, kiedy ją dostałam, ale zdaje się, że byłam jeszcze w przedszkolu. Zobaczyłam reklamę telewizyjną Barbie Syrenki i od tamtej chwili marzyłam o takiej lalce. Tym bardziej, że uwielbiałam syrenki. Do tej pory pamiętam ogromną radość, jaką czułam, gdy pod choinką znalazłam przepiękną lalkę, prawdziwą Barbie z migoczącymi włosami, złocistą opalenizną i cudownym rybim ogonem! Do tego okazało się, że ogon syreni bardzo łatwo zdjąć, a pod spodem lalka ma nogi jak każda inna lalka, mogła więc brać udział we wszystkich naszych zabawach dla innych lalek z nogami :) Miała też śliczny złoty dwuczęściowy kostium kąpielowy oraz naszyjnik z gwiazdkami i kotwicą. Nie myślałam w ogóle o tym, że nie jest podobna do Barbie Syrenki z reklamy. Była najpiękniejszą syrenką, jaką mogłam sobie wyobrazić. 

Jej tajemnicę odkryłam przypadkiem jakiś czas później, gdy w moje ręce wpadł jakiś katalog z najnowszymi lalkami Barbie. Z pewnym zaskoczeniem znalazłam w nim moją Syrenkę, która jednak nie miała rybiego ogona. Siedziała sobie na jakimś leżaczku w swoim dwuczęściowym kostiumie kąpielowym, a podpis pod obrazkiem głosił, że jest to Słoneczna Barbie.

Mama opowiedziała mi wówczas, jak bezskutecznie szukała w sklepach mojej wymarzonej Syrenki i nigdzie jej nie znalazła, dlatego kupiła śliczną Słoneczną Barbie, po czym własnoręcznie, po kryjomu, po nocach uszyła dla niej syreni ogon. Uszyła. W czasach, gdy nie było powszechnie dostępnego Internetu, gdzie na pewno można znaleźć wzory, jak taki ogon uszyć. Mama musiała zaprojektować samodzielnie ten ogon i uszyć go tak dyskretnie, żebym się nie zorientowała. Wszystko po to, żeby spełnić marzenie swojego dziecka.

Chciałabym zdementować teraz pogląd, z którym spotkałam się niedawno w jednej dyskusji o prezentach - że dziecko nie ucieszy się, gdy dostanie nie to, co chciało, ale coś podobnego. Dla mnie moja lalka stała się jeszcze cenniejsza, gdy dowiedziałam się, że nie jest prawdziwą Syrenką i poznałam jej wyjątkową historię. Do tej pory czerpię z lekcji, jaką wówczas dostałam - że jeśli bardzo Ci na czymś zależy, a okoliczności nie sprzyjają, to i tak możesz zrobić wszystko, by spełnić swoje marzenia (lub marzenia ukochanej osoby). Oraz, że czasami dostaniesz od życia nie to, co dokładnie sobie wymarzyłaś, ale coś jeszcze lepszego. Moja Słoneczna Barbie była moją ulubioną lalką jeszcze przez wiele lat, tak długo, jak długo bawiłam się lalkami. Zawsze będzie jedną z ważniejszych bohaterek mojego dzieciństwa.

Lubię dostawać prezenty, ale jeszcze bardziej lubię je dawać.


Jakoś tak wyszło, że kiedy sięgam pamięcią wstecz i próbuję sobie przypomnieć, co dostałam na ostatnie urodziny, co pod choinkę, co z okazji rocznicy - to nie zawsze pamiętam, co to było. Natomiast praktycznie zawsze bez trudu potrafię sobie przypomnieć, co sama dałam w prezencie. Nawet jeśli minęło już parę lat. Uwielbiam całą tę magię związaną z obdarowywaniem kogoś, zastanawianiem się, co sprawiłoby tej osobie radość, szukaniem inspiracji... Każdy prezent ma swoją historię, którą znam tylko ja. Ta historia, to wspomnienie jest dla mnie jako obdarowującej najlepszą nagrodą - na równi z radością obdarowywanej osoby.


Jeśli chodzi o mnie samą, to wciąż jakoś tkwię we wspomnieniach związanych z prezentami-niespodziankami, które dostawałam jako dziecko. I gdzieś w głębi serca czekam na niespodziankę, która ucieszy mnie tak bardzo, jak tamte prezenty sprzed lat. Dlatego nie lubię mówić, co chciałabym dostać. Co wiąże się z tym, że - wybaczcie, Kochani - dość często zdarza mi się dostać nietrafiony prezent. Broń Boże, nie jestem jakąś strasznie wymagającą osobą. Znam tylko jedną kategorię nietrafionych prezentów: prezent, który nie jest dla mnie. Czyli np. prezent, którego ktoś sobie zażyczył w moim imieniu. Albo prezent, do którego ktoś chciał mnie przekonać, mimo mojej jednoznacznej opinii na jego temat. Albo prezent, który spodobał się ofiarującemu tak bardzo, że został kupiony bez chwili refleksji, czy ja w ogóle lubię takie rzeczy i czy choć raz z niego skorzystam. Klasyczny przykład - kolczyki dla osoby, która nie ma przebitych uszu. Albo paczka rodzynek w czekoladzie dla kogoś, kto nie znosi rodzynek. Znalazłabym więcej takich przykładów, ale boję się, że ktoś się na mnie obrazi ;)

Jest jedna, uniwersalna recepta na udany prezent: pomyśl o osobie, którą chcesz obdarować. Zastanów się, co lubi, czego potrzebuje, może mówiła o czymś, co jej się marzy? Posłuchaj jej, zastanów się, jaką jest osobą, co sprawiłoby jej radość. Oczywiście, nadal możesz trafić kulą w płot, ale jeśli naprawdę skupisz się na tej osobie i jej potrzebach, masz dużą szansę na ujrzenie szczerej radości na czyjejś twarzy :)

Udany prezent nie musi być idealnie trafiony. Pamiętam, jak w zeszłym roku z okazji Świąt mój mąż dostał od bliskiej osoby z rodziny płytę z kolędami, na której były również kolędy w wersji karaoke. Jestem przekonana, że ta osoba kupiła płytę z myślą o moim mężu, mając na uwadze, że lubi on karaoke. I nie miało wcale znaczenia, że on raczej woli pośpiewać na imprezie pełnej ludzi niż odtwarzać sobie kolędy z płyty w domu. Najważniejsze było to, że ta osoba zrobiła wszystko, co mogła, by sprawić mu radość.

Najbardziej udany prezent, jaki dostałam jako dorosła osoba? Chyba czerwona sukienka, którą dostałam od mojego męża, który był wówczas moim chłopakiem. Bez okazji, po prostu dlatego, że mi się podobała. Nie była bardzo droga, bo przeceniona, ale na tyle droga, by kupienie jej było pewnym luksusem, na który raczej nie mogłam sobie pozwolić. Jego gest sprawił mi ogromną radość, a sukienkę z przyjemnością noszę do tej pory.

Najbardziej udany prezent, jaki sama komuś dałam? Było wiele takich prezentów, z których jestem zadowolona, ale jakoś szczególnie ciepło myślę o pięknym parasolu, który dałam przyjaciółce krótko po tym, jak urodziła dziecko. Zależało mi na tym, żeby dać jej coś, co będzie tylko dla niej, dla niej jako kobiety, nie tylko jako mamy niemowlaka. Wyobraziłam ją sobie, jak chodzi na spacery i nosi ze sobą ten piękny parasol. Mam nadzieję, że dał jej dużo radości.

No dobrze, ale jaki prezent będzie najlepszy na pierwsze urodziny?


Wspomniałam na początku, że już wkrótce - za miesiąc! - będziemy świętować pierwsze urodziny Roberta. Na pewno wiele osób, które go kochają, będzie chciała dać mu z tej okazji jakiś piękny prezent. Co będzie najlepszym prezentem dla rocznego dziecka?

Mogę w tym miejscu powtórzyć za Asią, autorką bloga Matka jest tylko jedna, że najlepsze prezenty na roczek są bardziej dla rodziców niż dla dzieci. Kiedy patrzę na mojego prawie rocznego Roberta, mam wrażenie, że on niczego nie potrzebuje. Równie atrakcyjną zabawką jest dla niego kolorowa grzechotka, jak i plastikowa miska lub kawałek sznurka. Za to rodzice rocznego dziecka zawsze potrzebują wielu rzeczy. Dziecko wyrasta z ubrań, z fotelika, różne rzeczy się zużywają i potrzebne są nowe. O tak, rodzice rocznego dziecka wiecznie czegoś potrzebują.

Wymyśliłam sobie, że póki mam jeszcze decydujące zdanie w kwestii prezentów dla mojego dziecka (za parę lat to zdanie będzie należało z pewnością do niego!), chciałabym, żeby prezenty dla niego były przynajmniej częściowo powiązane tematycznie. I tak, na pierwsze urodziny chciałabym podarować mu jak najwięcej bajek, bajeczek, książeczek, które będę mogła mu czytać przed zaśnięciem. Jeśli chcielibyście obdarować mojego synka z okazji jego pierwszych urodzin, pamiętajcie proszę o bajce dla niego :)

Wy pewnie też już się powoli zastanawiacie nad prezentami mikołajkowymi i świątecznymi :) Podzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami na ten temat? 


wtorek, 7 listopada 2017

Co pysznego można zrobić z dyni?


Nie każdy lubi Halloween, ale chyba niewielu jest ludzi, którzy pozostają nieczuli na walory smakowe dyni. Można ją jeść na słodko lub na słono, można z niej zrobić ciasto, puree, zupę, sos, a nawet konfiturę. W zależności od użytych przypraw smakuje nieco inaczej, a mimo to jednak łatwo rozpoznać jej charakterystyczny, lekko słodki smak. Dynia jest nie tylko pyszna, ale też bardzo zdrowa, bogata w witaminy i minerały (przede wszystkim cynk), zawiera dużo beta-karotenu, dzięki czemu ma zbawienny wpływ na ludzki organizm, m.in. obniża poziom złego cholesterolu, zapobiega miażdżycy, reguluje poziom ciśnienia tętniczego, dobrze wpływa również na wzrok i na trawienie. Nawiasem mówiąc, jest też świetnym afrodyzjakiem ;) Moi drodzy, jedzcie dynię!

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy miałam ugotować zupę z dyni. Szykowałam dużą imprezę, na której ta zupa była jednym z ważniejszych punktów programu. Bardzo się stresowałam, jak ja sobie poradzę z taką wielką dynią i czy ten eksperyment nie zakończy się straszną klapą. Na szczęście imprezowa zupa okazała się być wyśmienitą :) Od tamtej pory robiłam już wielokrotnie najróżniejsze odmiany zupy dyniowej, z różnymi przyprawami i dodatkami. Na naszym stole często goszczą również kluski z dyni, nieco rzadziej placki z dyni, robiłam też kiedyś makaron z dynią. Dziś z przyjemnością dzielę się z Wami przepisami na niektóre z tych dań. Są bardzo proste i zostawiają Wam mnóstwo pola do popisu, jeśli chodzi o dodatki i modyfikacje.

Zupa z dyni


Ponieważ nie jem mięsa od jakichś osiemnastu lat, moje zupy są również pozbawione mięsnej wkładki. Zapewne według niektórych z Was nie spełniają w związku z tym definicji zupy. Na szczęście mój przepis na zupę dyniową można łatwo zmodyfikować w taki sposób, żeby zawierała ona mięso. Tymczasem podaję wersję wegetariańską, którą zajadała się ostatnio moja najbliższa rodzina (Robert też, przed dodaniem przypraw).

ok. 1/4 - pół dyni hokkaido (w zależności od tego, jak gęsta ma być zupa),
1 ziemniak średniej wielkości,
1 duża marchew,
1 pietruszka,
kawałek selera,
1 nieduża cebula,
masło,
mleko kokosowe*,
przyprawy.

* dodawałabym mleko kokosowe za każdym razem, gdybym robiła zupę dyniową rzadziej i gdybym zawsze miała to mleko pod ręką. Zazwyczaj daję po prostu zwykłe mleko, też smakuje dobrze :)

Dynię kroimy na kawałki, bez pestek, ale za to ze skórką - skórka dyni hokkaido jest jak najbardziej jadalna i bardzo zdrowa. Wrzucamy do garnka z wodą, dodajemy pozostałe warzywa (oczywiście obrane i pokrojone) i gotujemy wszystko do miękkości. Kiedy warzywa będą już miękkie, miksujemy zupę na dość gładki krem.

Co potem? Odlewamy do miseczki porcję zupy dla niemowlaka, o ile oczywiście jest taka potrzeba :) Następnie przystępujemy do przyprawiania, wzbogacania, ulepszania! Nasza zupa na pewno potrzebuje soli i pieprzu. Przyprawy, które idealnie komponują się ze smakiem dyni, to również curry i imbir. Jeśli chcesz, żeby Twoja zupa była nieco pikantna, możesz dodać też odrobinę chili albo ostrej papryki. Byle nie przesadzić!

Ja zazwyczaj dodaję trochę mleka (wtedy jest łagodniejsza i bardziej kremowa), czasami również łyżkę koncentratu pomidorowego (wtedy smak jest bardziej intensywny), czasem również żółtko jaja. Uwielbiam ten dodatek! Zupa zyskuje piękny kolor i charakterystyczny "jajeczny" posmak. Bez obaw, pod wpływem temperatury żółtko przestaje być surowe.

Od Ciebie zależy, jakich dodatków użyjesz. Możesz eksperymentować z różnymi. Zupa dyniowa jest pyszna w każdej wersji!

Kluski z dyni

Brzydkie, ale pyszne!
ok. 1/4 dyni hokkaido,
1 nieduży ziemniak,
1 jajo,
mąka,
olej,
sól.

Gdyby Magda Gessler zobaczyła, jakimi kluskami żywi się dość często moja rodzina, padłaby trupem i to bynajmniej nie z zachwytu. Moje kluski nie przypominają ani kopytek, ani klusek śląskich, ani nawet gnocchi. Jeśli już, to najbardziej są podobne do klusek kładzionych, które robiła moja mama. Choć przyznam, że im bardziej nabieram wprawy, tym bardziej staram się nadać tym moim kluchom jako taki kształt.

Mam jednak dobrą wiadomość dla wszystkich osób, które lubią kluski, ale nie mają cierpliwości do starannego ich lepienia: kluski pozbawione kształtu również są przepyszne. Najczęściej robię je z ziemniaków, czasem z cukinii, a gdy przychodzi sezon na dynię, z przyjemnością robię kluski z dyni.

Do tego przepisu potrzebujemy przede wszystkim dyniowego puree. Można je uzyskać na kilka sposobów, np. upiec dynię w piekarniku lub ugotować ją w niedużej ilości wody i starannie zmiksować. Ja wybieram sposób prosty, choć nieco pracochłonny: ścieram dynię na tarce o małych oczkach. Do tak przygotowanego puree dodaję zawsze jedno jajo, starannie mieszam, nieraz dodaję również drobno startego ziemniaka. Następnie doprawiam i stopniowo dosypuję mąki. Ciasto ma być bardzo gęste, im gęstsze, tym łatwiej będzie ulepić z niego kluski.

Z przygotowanego ciasta odrywamy łyżką nieduże kulki, poprawiamy trochę ich kształt i wrzucamy do garnka z gotującą się wodą. Nie muszą się długo gotować, po chwili można je już wyjąć :)

Najbardziej lubię kluski podane z przysmażoną bułką tartą. Czasem mam fantazję i dodaję do niej też wiórki kokosowe, a jak jeszcze dodam łyżkę masła orzechowego, to efekt końcowy jest wyśmienity! Kluski smakują fantastycznie również na słono, z sosem pieczarkowym.

Placki z dyni


Te same składniki, co w przepisie na kluski, prócz tego możesz dodać szklankę mleka lub wody i - jeśli chcesz - jeszcze co najmniej jedno jajo.

Ciasto na placki różni się od ciasta na kluski tylko tym, że nie musi, a właściwie nie może być aż tak gęste. Podczas gdy kluski trzeba lepić, ciasto na placki powinno się wylewać na patelnię. Musi zatem być bardziej płynne - mniej więcej takie jak na placki ziemniaczane.

Możesz po prostu dodać mniej mąki, możesz też rozrzedzić ciasto za pomocą wody lub mleka. Do placków możesz oczywiście dodać więcej niż jedno jajo, nie pozostanie to jednak bez wpływu na smak. Ja osobiście lubię, gdy placki smakują intensywnie warzywnie. Im więcej jaj w cieście, tym bardziej placki zaczynają przypominać dość uniwersalne racuchy, a smak dyni jest nieco mniej wyczuwalny.

Placki smażymy na niedużej ilości oleju na kolor złocisty lub brązowy -  według uznania :)

Najlepiej smakują chyba z gęstym sosem pomidorowym lub czosnkowym. Nic nie stoi też na przeszkodzie, by zjeść je na słodko. W kwestii dodatków macie pełną dowolność!

Życzę smacznego! A może znacie jeszcze inne dyniowe przepisy?



poniedziałek, 30 października 2017

Czasem zdarzy się wypadek...


Czy pamiętacie zawsze o starannym zapięciu fotelika? Jasne, każdy wie, jakie to ważne. Ale jesteśmy tylko ludźmi. Czasem się śpieszymy, czasem coś nas rozproszy. Przy wychodzeniu z domu trzeba pamiętać o tylu rzeczach, trzeba się spakować, wziąć cieplejsze ubrania na później, zamknąć drzwi... Zawsze coś może umknąć. W ogóle kiedyś dzieci jeździły bez fotelików, czy to na pewno takie konieczne? Dziecko nie zawsze lubi siedzieć w foteliku, może wygodniej byłoby mu na rękach u mamy...

W zeszły piątek po południu jechaliśmy samochodem do Krakowa. Kierowca jadący za nami nie wyhamował i uderzył w tył naszego auta tak mocno, że siła uderzenia pchnęła nas do przodu, wskutek czego zderzyliśmy się również z samochodem jadącym przed nami. Mamy zniszczony bagażnik, auto krótsze o jakieś 10 centymetrów.

W tamtym momencie myślałam tylko: "O Boże, dziecko!!!".

Nic mu się nie stało. Wystraszył się tylko, ale nie odniósł nawet najmniejszych obrażeń. Fotelik uchronił go przed skutkami wypadku.

Tak wiele mogło się stać. On jest taki malutki, taki kruchy, a oberwaliśmy przecież z ogromną siłą. Te kilka sekund, może pół minuty potrzebne na to, żeby zapiąć i zamontować fotelik, uchroniło go przed obrażeniami, a może nawet uratowało mu życie.

Nie ma ważniejszej sprawy, gdy wsiadasz z dzieckiem do samochodu. Może się spóźnisz, może nie weźmiesz ze sobą połowy rzeczy, które planowałaś wziąć. To są tylko rzeczy, nie są niezbędne. Ty przede wszystkim zapnij fotelik!

Nie oszczędzaj na foteliku. Nie bagatelizuj jego znaczenia. Nie kupuj byle czego. Niedawno trafiłam na artykuł o rodzicach, którzy przewozili swoje dziecko w prowizorycznym foteliku zrobionym własnoręcznie. Brak mi słów na taką postawę! Fotelik ma zapewnić Twojemu dziecku bezpieczeństwo. Ma je uratować w razie potrzeby. Powinien być atestowany, solidny, stabilny. Być może nigdy nie znajdziesz się w sytuacji, w której bezpieczeństwo Twojego dziecka będzie od niego zależało. Tego Ci życzę. Pamiętaj jednak, że...

Wypadki się zdarzają.


Mój mąż jest ostrożnym kierowcą. Czuję się bezpieczna, kiedy z nim jadę. W to piątkowe popołudnie jechaliśmy bezpiecznie, przepisowo. To nas jednak nie uchroniło przed wypadkiem. Okrutna prawda jest taka, że nie wystarczy, jeśli Ty poruszasz się bezpiecznie - ostrożność muszą zachować również pozostali uczestnicy ruchu. Niestety, nie masz gwarancji, że zawsze tak będzie.

O czym jeszcze (oprócz fotelika!) warto pamiętać, drogi rodzicu, zanim zdarzy się jakikolwiek wypadek?

  • Do kogo zadzwonisz? Miej w głowie - albo i zanotowany - plan działania, z kim skontaktujesz się w pierwszej kolejności, jeśli coś Wam się stanie. Miej też plan zapasowy - co w sytuacji, gdy ta osoba lub osoby w danym momencie nie będą mogły Wam pomóc? Muszę przyznać, że dłuższą chwilę zastanawiałam się, kogo poprosić o pomoc. Nasz pierwszy kontakt dopiero w sobotę wracał z wyjazdu... Ułóż sobie kilka awaryjnych scenariuszy. Nikt nie lubi wyobrażać sobie dramatycznych zdarzeń, ale czasem po prostu musisz przemyśleć, co zrobisz w takiej sytuacji.
  • A co, jeśli to Ty będziesz potrzebować pomocy? Przygotuj się również na taką okoliczność. Czasem wydaje Ci się, że najlepiej jest, kiedy masz nad wszystkim kontrolę i nie musisz polegać na nikim innym. Może się zdarzyć, że to Ty będziesz osobą potrzebującą pomocy. Poinstruuj bliską osobę, co przede wszystkim powinna zrobić. Wpisz sobie w komórkę numer ICE - numer telefonu osoby, którą należy powiadomić w razie Twojego wypadku. Teraz myślę, że tych numerów ICE powinno być tak naprawdę kilka. Pierwszy może siedzieć właśnie obok Ciebie i też potrzebować pomocy, drugi może być chwilowo nieosiągalny...
  • Gdzie jesteś ubezpieczony? Co obejmuje Twoje ubezpieczenie? W chwili, gdy zdarzy się wypadek, naprawdę nie będziesz mieć głowy do tego, żeby się zastanawiać, co tam było napisane w polisie. Musisz to wiedzieć. Czeka Cię zgłaszanie szkody, opisywanie sytuacji, ubieganie się o odszkodowanie. Może ubezpieczyciel już chwilę po wypadku może Ci w czymś pomóc? Może masz wykupiony pakiet assistance i nie musisz się martwić o to, kto odwiezie Twój samochód pod dom? Warto to wiedzieć, bo w chwili wypadku prawdopodobnie nawet nie pomyślisz o tym, by to sprawdzić. Uwierz mi, dużo się wtedy dzieje.

Gdy zdarzy się wypadek...


  • Dzwoń po karetkę. Jednolity ogólnoeuropejski numer alarmowy to 112, numer alarmowy na pogotowie to 999. Nieraz słyszałam, że lepiej jest dzwonić bezpośrednio na 999, przyznam jednak, że sama w pierwszym odruchu dzwonię na 112. Uwaga - poproszą Cię o podanie nazwy ulicy, na której zdarzył się wypadek. Kiedy powiedziałam, że nie wiem, jak nazywa się ta ulica, usłyszałam bezwzględne: "a może pani kogoś zapytać?". Dzwoń po karetkę, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie widzisz obrażeń, bo nie masz pewności, czy Twojemu dziecku nic się nie stało. Lepiej dmuchać na zimne.
  • Nie zostawiaj dziecka samego! Ta rada może wydawać Ci się zbędna, przecież kto zostawiłby małe dziecko samo w takiej sytuacji? Tymczasem bezpośrednio po wypadku otoczy Cię mnóstwo ludzi, będziesz mieć wiele rzeczy do załatwienia, podpisów do złożenia, dokumentów do pokazania, będziesz też prawdopodobnie w lekkim szoku. W całym tym zamieszaniu nie zapomnij o dziecku. Cała sytuacja będzie dla niego na pewno bardzo trudna i stresująca, zadbaj o jego komfort i poczucie bezpieczeństwa.
  • Postaraj się znaleźć świadków zdarzenia. O ile będziesz w stanie myśleć o takich kwestiach. Możliwe, że czeka Cię ustalanie, kto był sprawcą wypadku i czy nie było w nim twojej winy. Zeznania świadków mogą Ci się przydać.
  • Przyjmij każdą oferowaną Ci pomoc. Nie bój się o nią prosić. Jest wiele okazji w życiu, kiedy warto, byś wykazał/a się bohaterstwem i wyjątkową samodzielnością. To nie jest jedna z nich ;)  Dzięki pomocy dobrych ludzi możesz jak najszybciej zapewnić sobie i bliskim bezpieczeństwo i komfort, a to jest w tej chwili najważniejsze. 

Po wypadku...


Wypadek był już drugim zdarzeniem w tym roku, które uświadomiło mi, że żyliśmy jak w mydlanej bańce. Przekonani, że nasze życie jest tak świetnie zorganizowane, przyjęliśmy bezpieczne role, w których czuliśmy się dobrze i nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to działa tylko wtedy, kiedy nie dzieje się nic złego. Z pewnym zawstydzeniem muszę przyznać, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak dużo robi w domu mój mąż. Teraz, kiedy na jakiś czas musiałam przejąć jego obowiązki, widzę, że jest tego naprawdę sporo.

Warto przygotować sobie plan awaryjny, usiąść i zastanowić się: jak będzie wyglądało nasze życie, kiedy zdarzy się coś nieprzewidzianego? Na jakie nieprzewidziane okoliczności jesteśmy w stanie się przygotować? Na jakie zmiany, na jakie odstępstwa pozwala nasz plan na najbliższy tydzień, na najbliższy miesiąc? Do kogo zwrócimy się o pomoc w kryzysowej sytuacji?

Wypadek pokazał nam również, jak wspaniałymi ludźmi są nasi znajomi i przyjaciele. Otrzymaliśmy sporo bezinteresownej pomocy, o którą wystarczyło tylko poprosić - a czasem nawet nie musieliśmy prosić, a pomoc się zjawiała. Tak jak wtedy, kiedy pisałam do koleżanki, żeby ją prosić o podwiezienie nas. Nawet nie zdążyłam jeszcze wyartykułować prośby, kiedy jej odpowiedź brzmiała: "będę za pięć minut"! Tak jak wtedy, kiedy przyjaciel bez wahania zapewnił nocleg mojemu mężowi po wyjściu ze szpitala. W całej tej trudnej sytuacji spotkało nas mnóstwo życzliwości.

Pewnie jeszcze długo będziemy odczuwać skutki tego wydarzenia. Najważniejsze jednak jest to, że nikomu nie stało się nic poważnego, jesteśmy cali i zdrowi i mamy siebie

wtorek, 17 października 2017

#metoo - czyli o seksualnym napastowaniu.


Lubię włączać się w akcje, szczególnie te mówiące o czymś ważnym, uświadamiające o istotnym problemie. Wiedziałam, że ten tekst powstanie, kiedy tylko zobaczyłam hasztag #metoo.

O co chodzi? Kobiety, które doświadczyły w swoim życiu seksualnego napastowania, udostępniają #metoo, żeby pokazać skalę zjawiska. Żeby uzmysłowić ją tym osobom, którym się wydaje, że to nie dotyka ich znajomych, że to margines, że nic takiego się nie dzieje.

Październik stał się w ciągu kilku ostatnich lat wyjątkowo ciekawym miesiącem. Najpierw - 3 października, czyli Czarny Marsz (dla mnie ta data ma również osobiste znaczenie, ale o tym może napiszę innym razem). Okazja do zastanowienia się nad prawami kobiet. Potem jest 11 października - według kalendarza świąt nietypowych jest to Dzień Wychodzenia z Szafy, a ostatnio okazało się, że również i Międzynarodowy Dzień Dziewczynek. Teraz pojawiła się akcja #metoo. Coraz więcej impulsów do tego, by dokonać swojego rodzaju coming outu, wyjścia z szafy i napisać: tak, byłam napastowana seksualnie.

Tylko co to za coming out, który nikogo nie szokuje? Czy kogoś w ogóle dziwi fakt, że kobieta była w swoim życiu przynajmniej raz napastowana seksualnie?

Kiedyś, przy okazji podobnej akcji, zaczęłam się zastanawiać, ile osób spośród moich znajomych doświadczyło jakiejś formy napastowania seksualnego. Wynik był porażający. Co najmniej kilka zgwałconych dziewczyn (wiem również o przypadkach gwałtu na mężczyznach), kilka osób molestowanych w dzieciństwie, niektóre doświadczyły próby gwałtu lub wyjątkowo obleśnej "próby podrywu", mnóstwo, mnóstwo historii o zaczepkach na ulicy, chwytaniu za pośladek lub za pierś. A to tylko opowieści tych spośród moich znajomych, które otworzyły się przede mną na tyle, by mi o tym opowiedzieć. Dobrze wiecie, że to nie są doświadczenia, o których opowiada się łatwo i chętnie. Domyślam się, że tych historii, o których nie mam pojęcia, jest kilkakrotnie więcej.

Jak to było u mnie? Różnie. 

Były na przykład takie zajęcia z udzielania pierwszej pomocy, na których zostałam wybrana jako model, na którym zademonstrowano prawidłowe opatrywanie pośladka. Dobrze, powiedzmy, że to nie miało seksualnego podtekstu, no i w końcu ktoś musiał tam stać (chociaż w szkole był fantom i pośladki chyba też posiadał). Ale wiecie, miałam jakieś piętnaście lat, stałam przed połową klasy, a ręce praktycznie obcej osoby wciąż i wciąż przesuwały się między moimi nogami. Cholera, to chyba brzmi jeszcze gorzej niż wyglądało w rzeczywistości! Ale zapewniam, że w rzeczywistości też nie miało to nic wspólnego z przyjemnością.

Był też taki gabinet ginekologiczny, w którym miałam po raz pierwszy zrobioną cytologię. Po badaniu pani doktor uśmiechnęła się i powiedziała dokładnie: "Bardzo się cieszę, że panią zgwałciłam". Jasne, to miał być żart. Ja nawet widzę, co miało być w nim zabawne. Tylko czułam wówczas, zresztą równie silnie jak teraz, że nie powinnam była usłyszeć tych słów, szczególnie jako pacjentka, która chwilę wcześniej była badana ginekologicznie. Nie zdołałam nic odpowiedzieć. Wyszłam z gabinetu poruszona do tego stopnia, że zupełnie nieświadomie pokaleczyłam się własnymi paznokciami - tak mocno zacisnęłam je na ręce.

Miałam 13 lat, kiedy usłyszałam od chłopaka: "przecież widzę, że tego chcesz". I choć nie wydarzyło się wówczas nic naprawdę dramatycznego, to jednak to nic odcisnęło się dość silnym piętnem na moim nastoletnim życiu i dorastaniu i długo uważałam to nic za najgorszą rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła. 

Chyba w to samo lato (a może następne?) inny chłopak, wbrew moim protestom, odprowadził mnie pod sam dom, a wracałam z długiego spaceru. Kiedy odpowiedziałam odmownie na jego tak zwane zaloty, zaczął rzucać we mnie kamykami. Jego kolega jechał obok na rowerze.

Były też i dyskoteki, imprezy. Chłopak, który uznał nasz wspólny taniec za wystarczającą zachętę do tego, żeby zacząć całować mnie mocno w szyję. Uciekłam do toalety. Inna impreza, chłopak tańczący za moimi plecami obejmował mnie rękami, w pewnym momencie wpadł na pomysł, żeby zsunąć te swoje ręce niżej, znacznie niżej. Poszłam tańczyć w inne miejsce.

Po wyjściu za mąż takie sytuacje praktycznie przestały mnie spotykać, właściwie zresztą już wcześniej, kiedy byliśmy parą. Ale był na przykład wieczór panieński mojej przyjaciółki, w czasie którego po kilku próbach zdecydowałam, że muszę opuścić parkiet, bo każda moja próba zatańczenia kończyła się tym, że musiałam uciekać od kolejnego zainteresowanego. 

Ciekawe, czy to zestawienie robi wrażenie. Może nie. A może jesteście zaskoczeni i napiszecie mi zaraz, że nie mieliście pojęcia, że coś takiego przeżyłam.

Wiecie co? Ja tego nie przeżyłam. Zdarzyło się i tyle, większością z tych sytuacji nie przejmowałam się dłużej niż jeden dzień. Nie myślę o nich, nie rozpamiętuję, nie cierpię z ich powodu. Pamiętam o nich, bo mam pamięć słonia. Zapominam tylko o tym, gdzie położyłam telefon, zdarzenia z przeszłości pamiętam z dokładnością, która dziwi nawet mnie.

Ale mniejsza z tym. Wiele było takich sytuacji, nad którymi przeszłam do porządku dziennego. I teraz, po latach, kiedy siedzę tutaj, spisuję ten tekst i zastanawiam się, o których sytuacjach w ogóle warto napisać, a które pominąć, dociera do mnie, że to dopiero jest przerażające.

To, że można przejść nad tym do porządku dziennego.
To, że można traktować takie sytuacje jak normalność.
To, że można uważać coś nienormalnego za normalność.
To, że to nie są najgorsze sytuacje, że nie są na tyle najgorsze, żeby się nimi jakoś porządnie przejąć. Że może być jeszcze dużo gorzej. I bywało.
To, że w ogóle może być gorsze i jeszcze gorsze napastowanie seksualne, że to nie są jakieś pojedyncze epizody, ale stały motyw pojawiający się co jakiś czas w życiu kobiety.

Ja nawet nie mam pełnego obrazu zjawiska. Muszę przyznać, choć pewnie nie ma czym się chwalić, że lubię słyszeć komplementy i lubię, gdy obcy mężczyźni okazują mi zainteresowanie. Jeśli słyszałam na ulicy pogwizdywania i komplementy, to choćbyście mieli pomyśleć sobie o mnie teraz nieco gorzej, przyznam, że przeważnie odbierałam je pozytywnie. Zatem ta część problemu, która obejmuje zaczepki na ulicy i niechciane komplementy, jest przeze mnie samą dość niezauważona. I wiem o tym. I myślę sobie teraz, że - to też jest przerażające!

Bo jeśli ja nie widzę całego problemu, a widzę, że problem jest ogromny, to jak gigantyczny on jest w rzeczywistości?

...

Na tym pytaniu zakończyłam wczoraj pisanie tekstu. Wróciłam do niego dzisiaj, bo czuję, że mam jeszcze coś do dodania.

Spotkałam się z głosami krytykującymi akcję: że wrzuca do jednego worka "prawdziwe" molestowanie i np. gwizdy na ulicy, że jest bezskuteczna i bezcelowa, że na pewno nie przemówi do sprawców przemocy i tak naprawdę niczego nie zmieni.

Może zatem trzeba napisać jeszcze wyraźniej: jaki jest cel tej akcji i do kogo ma ona trafić?

Kiedy widzę statusy moich znajomych, że one też doświadczyły napastowania seksualnego, tak naprawdę w większości przypadków nie wiem, co je spotkało. Zostały zgwałcone? Czy ktoś je zaczepiał w sposób dla nich nieprzyjemny? I chodzi własnie o to, że ja mam tego nie wiedzieć. Ja nie muszę tego wiedzieć. Gdyby hasztag #metoo przysługiwał tylko osobom, które doświadczyły gwałtu, prawdopodobnie użyłyby go tylko pojedyncze osoby. Bo mało kto chce informować wszystkich swoich znajomych o takich doświadczeniach.

Uważacie, że zaczepki i gwizdanie to nie napastowanie? Nie Wam to oceniać, to po pierwsze. Tak jak napisałam wcześniej, mnie większość komplementów usłyszanych na ulicy po prostu ucieszyła. Było mi miło, że się podobam. Spotkałam się też z tym, że jedna czy druga znajoma opisywała mi z oburzeniem jakąś sytuację, a ja skrycie uważałam, że na jej miejscu nie tylko nie czułabym się źle, ale wręcz byłoby mi przyjemnie. Ale nie oznacza to, że mam prawo do negowania jej odczuć i jej odbioru tej sytuacji.

A moje opisane wyżej doświadczenie, kiedy miałam kilkanaście lat i przez całą drogę do domu nie mogłam się pozbyć niechcianego towarzystwa - czy to już napastowanie, czy jeszcze tylko komplementy? Bo wiecie, w tamtej sytuacji nie było dla mnie najgorsze, że jakiś tam kamyk poleciał w moją stronę. Najgorsze było to, że nie miałam pojęcia, jak się komplemenciarza pozbyć. To, co mówiłam, nie robiło na nim wrażenia. Nie byłam w stanie poruszać się dużo szybciej niż oni (zwłaszcza, że jeden z nich był na rowerze). Nie byliśmy w mieście, żebym mogła uciec na światłach albo wsiąść do najbliższego tramwaju, albo nawet zgubić się w najbliższym sklepie. Nie było wokół ludzi, u których mogłabym szukać pomocy, zresztą - co miałabym im powiedzieć? "Bo oni za mną idą"? Jesteście pewni, że zostałabym potraktowana poważnie?

Po drugie - takie zjawiska eskalują. Przemoc eskaluje. Jeśli damy przyzwolenie na uliczne zaczepki, niektórzy uznają, że wobec tego można łapać kobietę za tyłek, przecież to tylko komplement. Wiecie, niektórzy gwałciciele też uważają, że to, co robią, to komplement dla ofiary. No co, w końcu ktoś ją zechciał.

Akcja ma pokazać skalę problemu i nie, nie jest bezpośrednio skierowana do sprawców przemocy. Tylko do dobrych ludzi, do Twoich i moich znajomych. Którzy dziwią się, że mówimy o jakiejś kulturze gwałtu, którzy twierdzą, że problem jest wyolbrzymiany przez środowiska feministyczne. Że to margines, multikulti, że statystycznie w naszym kraju nie ma takiego problemu. Wiecie, ile razy to słyszałam lub czytałam? Ilu moich znajomych tak twierdzi? To oni mają zobaczyć, że marginalny problem dotyka ich koleżanek z pracy, kumpelek ze szkolnej ławy, przyjaciółek żon, sióstr, rodziny, sąsiadek.

Wiecie, ja bym bardzo chciała, żeby chodziło tylko o zaczepki. Żeby to było najgorsze, co może spotkać znajomą mi kobietę. Chciałabym, żeby zaczepianie kobiet na ulicy było na tyle nietypowe, żeby nie uważano go za normę, tylko za patologię. Chciałabym, żeby można było walczyć tylko z zaczepkami, bo nic gorszego by się nam nie przydarzało.

Ale dobrze wiecie, że tak nie jest.



poniedziałek, 16 października 2017

Czego nie musisz robić, a o co warto zadbać, kiedy jesteś mamą niemowlaka.


Wspomniałam ostatnio, że słyszałam chyba najgłupsze zdanie, jakie można powiedzieć młodej mamie. Brzmi ono: "Pani wie, że robi pani temu dziecku krzywdę?".

Dlaczego uważam, że to zdanie jest głupie? Pozwólcie, że chwilowo pominę jego kontekst, a skupię się na samym zdaniu, wypowiedzianym przez obcą osobę do młodej mamy, pozbawionym jakiegokolwiek wyjaśnienia czy uzupełnienia. Otóż uważam, że każda młoda mama, która kocha swoje dziecko, chce dla niego jak najlepiej i z całą pewnością nie robi mu świadomie krzywdy. Jeśli natomiast widzisz coś, co każe Ci nabrać podejrzeń, że dziecko jest krzywdzone z rozmysłem - nie można tego zostawić bez reakcji! Takie dziecko może potrzebować natychmiastowej pomocy, a nie masz żadnej pewności, że ją uzyska.

Ja myślę, że nie znam takiej mamy, która nie robiłaby wszystkiego co w jej mocy, żeby jak najlepiej zadbać o swoje dziecko. Kiedy zostajesz mamą po raz pierwszy, przejmujesz się szczególnie mocno i nieraz pewnie boisz się, czy robisz wszystko dobrze. Przecież to wszystko jest dla Ciebie nowe. Czytasz poradniki, czytasz artykuły, słuchasz rad, a wokół nie brakuje osób chętnych do udzielania tych rad. Robisz miliony notatek i jeszcze nie wiesz, że nawet nie będziesz miała głowy do tego, żeby później do tych notatek zajrzeć.

Podobno z drugim dzieckiem jest łatwiej. Znacie te dowcipy? Kiedy pierwsze dziecko połknie monetę, jedziesz na pogotowie i domagasz się prześwietlenia. Kiedy drugie dziecko połknie monetę, czekasz aż ją "odda" drugą stroną. Kiedy trzecie dziecko połknie monetę, potrącasz mu z kieszonkowego :) Ja należę z reguły do tych mało zestresowanych mam i śmieję się czasem (choć, patrząc na początek tego wpisu, może powinnam nad tym ubolewać?), że Robert jest bardziej jak drugie dziecko. Jednak i mnie zdarzało się przejmować czymś na wyrost i robić rzeczy niepotrzebne, o których mogę powiedzieć teraz z perspektywy dziesięciomiesięcznego doświadczenia, że Robert mógł spokojnie się bez nich obejść.

Chciałabym zatem, droga mamo pierwszego dziecka, oszczędzić Ci trochę czasu i napisać własnie o tym, czego nie musisz robić. Zatem:

1. Nie musisz karmić dziecka równo co trzy godziny. Jeśli jest głodne, nakarm je.


Wydawałoby się, że napisano już tak wiele na temat karmienia na żądanie, że jest to oczywista sprawa i nie ma potrzeby pisać o tym po raz kolejny. Jednak w szpitalu na oddziale poporodowym zderzyłam się z rzeczywistością, w której moje dziecko miało być nakarmione co trzy godziny, a ja miałam odnotowywać godziny karmienia na specjalnej rozpisce. Oczywiście nie trzymałam się zaleceń jakoś szczególnie ściśle, bo ważniejsze było dla mnie zapewnienie dziecku tego, co ono potrzebuje. Czułam jednak dezaprobatę lekarek i położnych sprawdzających moją rozpiskę. Fakt, że moje dziecko nie najada się na tyle, żeby wytrzymać trzy godziny, był dla nich dowodem na to, że albo nie mam pokarmu, albo nieumiejętnie karmię. 

Dzieci czasem głodnieją "między posiłkami". To nic strasznego. Ty też głodniejesz. Jeśli jesteś w stanie mu zapewnić to, o co Cię prosi, to w czym w ogóle problem?

2. Nie musisz kąpać dziecka codziennie.


Wiadomo, codzienna kąpiel może być pewnego rodzaju rytuałem. Poza tym to zrozumiałe, że chcesz, żeby Twoje dziecko było codziennie umyte i zadbane. Natomiast lekarze są w tej kwestii dość zgodni: niemowlę nie potrzebuje codziennej kąpieli. Nie poci się i nie brudzi tak jak dorosły, co więcej, dziecko rodzi się z naturalną ochroną skóry. Zbyt częsta kąpiel w wanience może osłabić wrodzoną odporność dziecka i doprowadzić do wysuszenia jego skóry.

Oczywiście, jeśli dziecko jest spocone lub mocno się wybrudziło, wykąp je bez zastanawiania się, czy dzisiaj można :)

3. Nie musisz używać kremów, balsamów, pudrów, posypek, olejków, oliwek i innych kosmetyków codziennej potrzeby :)


Przyznam, że jak widzę niektóre reklamy telewizyjne kosmetyków dla dzieci, to otwiera mi się w kieszeni nie tylko nóż, ale wręcz piła mechaniczna. To perfidne granie na emocjach, że jeśli jesteś mamą i kochasz swoje dziecko, to chcesz mu zapewnić jak najlepszą ochronę, więc musisz smarować go codziennie takim a takim kosmetykiem. Co za BZDURY! Im mniej chemii wetrzesz w skórę niemowlaka, tym lepiej dla niego. Może Ty potrzebujesz codziennie mnóstwa kosmetyków, by czuć się dobrze. Dziecko urodziło się bez tego uzależni tej potrzeby.

Oczywiście, warto zaopatrzyć się w jakąś oliwkę i jakiś balsam, którego użyjesz, kiedy pojawi się taka potrzeba. Czyli: kiedy zobaczysz na skórze swojego dziecka podrażnienie, przesuszenie. Nie natłuszczaj jego skóry tak na wszelki wypadek, ono tego nie potrzebuje.

4. Nie musisz zapewniać dziecku "gorącej atmosfery". Nie grzej w domu bardziej, niż to potrzebne.


OK, na początku prawdopodobnie będzie to wskazane. Z prostej przyczyny: dziecko zapewne zdąży się przyzwyczaić do warunków panujących w szpitalu. Nie wiem, czy to reguła, ale u nas w szpitalu było bardzo gorąco. Kiedy przywiozłam Roberta do domu, powiem szczerze, że wystraszyłam się. W porównaniu ze szpitalem, w domu było po prostu zimno. Mąż poszedł dołożyć do pieca, a ja w tym czasie okryłam dziecko grubym kocem, a następnie, choć nie mogłam jeszcze dźwigać ciężkich rzeczy, przyniosłam z drugiego pokoju elektryczny grzejnik i postawiłam go jak najbliżej łóżka. Czułam, że muszę zrobić wszystko, żeby tylko zapewnić mu więcej ciepła.

Ale to były pierwsze dni. Stopniowo przyzwyczajaliśmy Roberta do nieco niższych temperatur. Efekt jest taki, że teraz to jemu częściej jest za gorąco niż nam. Co wiąże się również z następnym punktem, czyli...


5. Nie musisz ubierać dziecka przesadnie ciepło, gdy wychodzicie z domu. Naprawdę możecie wyjść z domu bez czapeczki!


Uczono mnie, że gdy wychodzę z dzieckiem z domu, powinno ono mieć na sobie tylko o jedną warstwę ubrania więcej niż ja. Wiecie, że w niektórych kulturach ta zasada działa odwrotnie? Że to dziecko powinno mieć o jedną warstwę mniej? Uzasadnienie jest takie, że dziecko ma naturalnie większą ciepłotę ciała niż dorosły, więc nie trzeba go tak bardzo dogrzewać. Czyli zgodnie z tą zasadą, jeśli Ty potrzebujesz tylko lekkiej kurtki, to Twoje dziecko powinno być w ogóle bez kurtki...

Uznałam, że skoro jedni mówią "jedna warstwa więcej!", a drudzy mówią "jedna warstwa mniej!", to złotym środkiem będzie, jeśli na spacery będę ubierać dziecko mniej więcej tak ciepło, jak samą siebie. Biorę przy tym poprawkę na fakt, że ja na spacerze idę, a on siedzi lub leży, więc na zdrowy rozum musi mu być odrobinę cieplej niż mnie. Ale bez przesady. Ufam w tym zakresie przede wszystkim swojemu instynktowi oraz bardzo prostej metodzie na sprawdzenie, czy dziecku jest ciepło. Trzeba dotknąć jego karku. Jeśli jest chłodny, to trzeba dziecko ubrać nieco cieplej. Jeśli jest gorący i spocony - jedna warstwa mniej!

Kiedy piszę te słowa, jest naprawdę ciepły, słoneczny dzień, jak na tę porę roku wręcz upalny. Ubieram Roberta na spacery dość ciepło, bo to jednak jesień, ale bez kurtki, bez czapeczki. Mijamy po drodze inne małe dzieci - w grubych kurtkach, obowiązkowych czapeczkach, szalikach... Zastanawiam się czasem, co te dzieci będą miały na sobie, gdy przyjdzie zima?

Tak na marginesie: jeśli nie ma potrzeby, nie zakładaj dziecku rękawiczek. Ono poznaje świat palcami. Dziecko, które jeszcze nie chodzi, nie potrzebuje butów. Skarpetki mogą się przydać, ale latem bosa stopa jest zdecydowanie najlepsza. 

6. Nie musisz biegać do lekarza z każdym katarem.


Wiesz, kiedy Twoje dziecko jest najbardziej narażone na chorobę? Kiedy jest w miejscu, gdzie krąży dużo wirusów, zarazków. A gdzie jest ich najwięcej? Tam, gdzie jest najwięcej chorych osób. Czyli gdzie? :)

OK, Twoje malutkie dziecko złapało pierwszy poważny katar. Jesteś rozsądną mamą, nie chcesz leczyć go domowymi metodami i lekarstwami zalecanymi przez doktora Internet, idziesz więc do pediatry. Dostajesz listę leków, nie są to antybiotyki, ale zwykłe środki dostępne bez recepty, dostajesz listę zaleceń i mądrych rad od specjalisty, wiesz co robić. Leki pomagają, dziecko zdrowieje. Pół roku później znowu przychodzi ochłodzenie, Ty jesteś zaziębiona, mąż też, w końcu i dziecko łapie katar. Prawdopodobnie masz jeszcze lekarstwa, wiesz, co mu pomogło ostatnim razem. Bez trudu poradzisz sobie sama.

Oczywiście możesz iść do lekarza, poczujesz się pewniej, kiedy Twoje maleństwo zostanie zbadane. Jeśli jednak czujesz, że nie ma takiej potrzeby, oszczędź mu tego. Możliwe, że tak będzie dla niego lepiej.

7. Nie musisz wychowywać dziecka w sterylnych warunkach.



Zawsze czuję się trochę nieswojo, kiedy ten temat pojawia się w rozmowie, bo mam wrażenie, że w oczach moich rozmówców wychodzę na matkę, która nie tylko nie zapewnia dziecku sterylnych warunków, ale wręcz zapewnia dziecku bardzo złe warunki i dopisuje do tego teorię, że to dla jego dobra. Postaram się jednak napisać rzetelnie, w czym rzecz.

Po pierwsze, jak już pisałam, dziecko ma naturalną odporność, wzmocnioną jeszcze przez mleko matki, którym się żywi. Po drugie, jego odporność właśnie się kształtuje. Właśnie tworzą się jego przyzwyczajenia, właśnie uczy się, w jakich warunkach najlepiej mu żyć. Jeśli zapewnisz mu teraz idealne, sterylne środowisko wolne od bakterii, jego układ odpornościowy nauczy się, że to są normalne warunki dla jego funkcjonowania. Zetknięcie z nieco gorszymi warunkami może być dla niego trudne, może nie być na to przygotowany. Może nie być na to odporny.

Podobnie jest - moim zdaniem - z jedzeniem, które mu podajesz. W porządku, możesz nie mieć zaufania do warzyw ze zwykłych sklepów, możesz szukać specjalnie wyselekcjonowanych, ekologicznych marchewek. Tylko czy zamierzasz kontynuować kupowanie tych ekologicznych warzyw, gdy dziecko podrośnie? Kiedy dziecko jest na tyle duże, by zjeść "gorszą" marchewkę?

Bez przesady, bez nerwów. Jeśli Twoje dziecko jest zdrowe, czuje się dobrze i nie musisz wyjmować mu co chwilę jakichś paprochów z buzi (co się czasem zdarza każdemu), to najwyraźniej robisz to dobrze.

A co musisz?



Ja nie lubię dorosłym ludziom mówić, co muszą, co powinni. Ale jest jedna rzecz, o którą moim zdaniem warto zadbać: warto starać się najlepiej, jak potrafisz.

Kiedy zastanawiałam się nad tym, jaką będę matką, dwie rzeczy były dla mnie od początku oczywiste. Pierwsza: że będę kochać moje dziecko do szaleństwa. Druga: że nie będę idealną matką. Myślę, że ta świadomość pozwoliła mi wyluzować, nie zwariować i podejść do mojego macierzyństwa ze zdrowym rozsądkiem. Czuję, że kiedy ja, nieidealna matka, staram się być jak najlepsza dla mojego dziecka, jestem w efekcie dokładnie taką matką, jaką chcę dla niego być: spokojną, daleką od przesady, kochającą i stawiającą na to, co najważniejsze.

Parę lat temu udzielałam korepetycji jednemu chłopcu. Zdarzało mu się stwierdzić w czasie przygotowań do sprawdzianu, że "jest nieźle, wystarczy na trójkę".

Tłumaczyłam mu wtedy, że nie chodzi nam o to, żeby przygotował się na trójkę, ale na piątkę. Zawsze może coś nie wyjść. Jeśli przygotujesz się na trójkę, a sprawdzian pójdzie poniżej oczekiwań, będzie dwójka albo jedynka. Jeśli przygotujesz się na piątkę, a coś Ci nie wyjdzie, możesz dostać czwórkę lub trójkę. To nadal świetny wynik, prawda?

Warto starać się być mamą na piątkę. Czasem będziesz mamą na czwórkę, czasem na trójkę, ale zawsze najlepszą dla Twojego ukochanego dziecka. 




poniedziałek, 9 października 2017

Matka Roku.


Zdarza mi się ostatnio reagować z opóźnieniem na różne zjawiska. Na przykład, na zjawisko zwane jesienią zareagowałam chyba za późno i dlatego teraz mam potężny katar. Na zdjęcia i cytaty krążące po internetach również reaguję o wiele później niż inni. Myślę jednak, że dopóki będę znajdować w Internecie słynne zdjęcie przedstawiające młodą matkę na lotnisku, dopóki moje koleżanki po fachu będą czuły potrzebę tłumaczenia, czemu nie są idealnymi matkami - mój dzisiejszy tekst będzie aktualny.

Opowiem Wam o chwili, kiedy to ja zostałam matką z lotniska. 

To nie było lotnisko co prawda, ale parking pod Wawelem, tuż obok alejka spacerowa, ścieżka rowerowa, trawa i drzewa. Ciepły dzień, marzec albo kwiecień - nie pamiętam dokładnie. To był jeden z naszych pierwszych spacerów z wózkiem po Krakowie. Nie mieliśmy jeszcze wprawy w rozkładaniu wózka, który jest dość duży i musi być przewożony z odkręconymi kołami, bo inaczej nie mieści się w bagażniku. Staliśmy więc na parkingu, ja trzymałam dziecko w nosidełku-materiałowej wkładce do wózka, mąż przykręcał koła. Nie pamiętam dokładnie, jak to było, ale zdaje się, że w pewnym momencie mąż stwierdził, że musi nieco przeparkować auto, bo za bardzo wystaje. Ja musiałam przenieść wózek i koła w nieco inne miejsce i musiałam zrobić to szybko, bez ociągania. A jako że nie miałam tylu rąk, by jednocześnie przenosić wózek i trzymać nosidełko, położyłam na chwilę nosidełko na trawie.

Tak, położyłam nosidełko z moim kilkumiesięcznym dzieckiem na trawie. Tak, moje kilkumiesięczne dziecko leżało na ziemi.
Nie, nie powinno było tam leżeć.

Nie zamierzam wdawać się w polemiki, że przecież leżało w nosidełku, a nie bezpośrednio na ziemi. To nie był dobry pomysł i tyle. Leżało tam jednak bardzo krótko, dosłownie kilka sekund. Tyle, ile potrzebowałam, żeby szybkim ruchem przenieść wózek i koła.

I dokładnie tyle, ile potrzebowała przejeżdżająca obok rowerzystka, która zobaczyła całą sytuację i zawołała do swojego partnera: "Zobacz, małe dziecko leży na ziemi!".

Może źle odebrałam ten komentarz, może to było po prostu takie spostrzeżenie. Wyczułam jednak dezaprobatę. Zobacz, co za matka, kładzie małe dziecko na ziemi! Tu ludzie chodzą, tu pieski siusiają, a ona kładzie tu niemowlaka!

Gdyby rowerzystka zdążyła zrobić zdjęcie i zdecydowała się je upublicznić, byłabym prawdopodobnie teraz kolejną negatywną bohaterką w Internecie. Czytałabym o sobie, że pewnie nie kocham tego dziecka i mam je tylko dlatego, że chciałam mieć 500+. Byłabym oceniana na wszystkie strony, obcy ludzie wypowiadaliby się na temat mojego zdrowia psychicznego, wykształcenia, wartości życiowych i w ogóle wszystkiego. Przesadzam? Nie, obserwuję.

Każda z nas ma swoje złe momenty, swoje chwile, w których jest złą matką. Każda z nas czasem gapi się w telefon, nawet nie po to, żeby do kogoś zadzwonić, ale żeby na chwilę odpocząć. Każda z nas podejmuje różne decyzje, mniej lub bardziej przemyślane, czasem mądre, czasem niekoniecznie. Czasem po fakcie puknie się w głowę i postanowi: więcej tak nie zrobię, czasem wzruszy ramionami i przyzna: OK, to nie było najlepsze rozwiązanie, ale w tamtej chwili naprawdę nie miałam innego pomysłu.

My, blogerki piszące o macierzyństwie, piszemy nieraz o naszych słabościach, błędach, gorszych dniach. Nie dlatego, że nie mamy dobrych dni, idealnych dni! Ja mam ich całkiem sporo. Takich dni, kiedy wszystko się udaje, dziecko jest pogodne i spokojne, obiad pyszny, wszyscy zadowoleni. Tylko po co o tym pisać? Komu przyniesie to pożytek? Jaką realną korzyść odniesie młoda mama czytająca mojego bloga, kiedy zacznę się przechwalać, jak wcześnie moje dziecko nauczyło się siadać i raczkować, jak uwielbia kąpiele, jak pięknie zjada wszystko, co mu podam, jak wspaniale udaje mi się łączyć opiekę nad nim z pracą i realizowaniem moich pasji? Czy jak zacznę o tym ciągle pisać, ktoś się czegoś z moich tekstów nauczy? Czy komuś w ten sposób pomogę?

Zanim jeszcze zaczęłam prowadzić swój blog, trafiłam na ciekawe artykuły o charakterze poradnikowym, pisane przez jedną z bardziej znanych blogerek. Zastanowiło mnie wówczas, że niemal każdy z jej tekstów zaczynał się od wprowadzenia w stylu: "zobaczcie, dlaczego lekarka zwróciła mi uwagę", "zobaczcie, jaki błąd nieświadomie popełniałam". Dziewczyna bez cienia zakłopotania pisała o swoich błędach, rezygnując z pozy idealnej matki, a wszystko po to, żeby ktoś inny mógł się na jej błędach czegoś nauczyć.

Ocenianie innych po pozorach jest równie łatwe, co daremne. Nigdy nie widzisz pełnego obrazu. Matka, której zachowanie w publicznym miejscu zszokowało Cię, może być na co dzień wspaniałą, mądrą matką, która akurat miała bardzo zły dzień. Matka, która zrobiła coś niemądrego, mogła być zmęczona i przez to roztargniona. Naprawdę, nigdy nie wiesz, kim jest osoba, którą widzisz tylko przez chwilę.

A jeśli chodzi o matkę z lotniska... Człowiek, który zrobił jej zdjęcie, opatrzył je komentarzem - cytatem z Einsteina: "Boję się dnia, w którym technologia zakłóci interakcje międzyludzkie. Wtedy świat zyska pokolenie idiotów". Cóż - zamiast podejść do kobiety i zwrócić jej uwagę, skoro uznał, że źle postąpiła, wolał użyć technologii, by zrobić zdjęcie i umieścić je w Internecie. Czy to nie hipokryzja?

poniedziałek, 2 października 2017

Dlaczego matka i katoliczka popiera Czarny Protest?


Niemal rok temu zaśmiałam się nie do końca wesoło, gdy mijający mnie na ulicy zupełnie obcy człowiek nazwał mnie morderczynią dzieci. Szłam przez centrum Krakowa w bardzo widocznej, zaawansowanej ciąży, szłam ramię w ramię z setkami kobiet i mężczyzn, którzy podobnie jak ja pragnęli zaprotestować przeciwko projektowi ustawy Ordo Iuris. 

Od tego czasu nieraz musiałam odpowiadać na pytanie, co ja tam robiłam i w ogóle jak to możliwe, że matka, która czuje pod sercem ruchy swojego maleństwa, że osoba wierząca i praktykująca, że ktoś taki jak ja popiera prawo do aborcji. Pozwólcie, że odpowiem i teraz.

Jestem przeciwna aborcji.


Jestem bardzo przeciwna aborcji.
Uważam, że aborcja jest złem.
Nigdy w życiu bym jej sobie nie zrobiła.
Nawet jeśli byłabym w ciąży w wyniku gwałtu. Nawet jeśli moje dziecko miałoby urodzić się chore (ale żywe). Jeśli usłyszałabym, że ciąża stanowi zagrożenie mojego życia, ale moje dziecko ma szanse przeżyć i żyć długo, podjęłabym ryzyko donoszenia ciąży i urodzenia dziecka. 

Wiem o tym dlatego, że...

TAKI JEST MÓJ WYBÓR.


Tak mi podpowiada moje sumienie, wśród takich wartości dorastałam i jestem im wierna. Taką jestem osobą. To przekonanie i te poglądy nie wynikają z faktu, że ktoś mnie do czegoś zmusza, że boję się jakichś konsekwencji prawnych.

Nie ma takiego heroizmu, takiego właściwego wyboru, takiego dobrego postępowania, które wynikałoby z przymusu i ze strachu przed karą. Postąpić dobrze możesz tylko wtedy, gdy masz wybór. 

Prawo powinno być świeckie, choćby dlatego, że nie wszyscy w tym pięknym kraju jesteśmy katolikami. Jeśli nimi jesteśmy, to prawdopodobnie i tak aborcja nie będzie dla nas opcją do rozważenia. Jeśli ktoś nie jest katolikiem, jakim prawem grupa osób wierzących w to, w co on/ona nie wierzy, ma im narzucać, że muszą się poświęcać i ryzykować zdrowiem w imię wyznawanych przez tę grupę wartości?

Kiedy zaczyna się życie.


Mój synek był dla mnie życiem, dzieckiem, upragnionym cudem od pierwszego dnia mojej ciąży. Rozumiecie, od pierwszego. Noc poprzedzającą pojawienie się tego mikroskopijnego życia w moim ciele uważamy z jego tatą za jedną z najważniejszych nocy w naszej historii. Rano obudziłam się i policzyłam, że jeśli się uda, to termin porodu przypadnie na Andrzejki. 

Nie zmienia to faktu, że w szóstym tygodniu mojej ciąży to maleńkie życie wisiało na włosku. Moja ciąża była zagrożona. Miałam silne plamienie. Gdybym nie wiedziała już wtedy, że jestem w ciąży, uznałabym zapewne to plamienie za spóźniony okres. Poroniłabym, nawet nie wiedząc, że moje marzenie o ciąży zdążyło się spełnić.

W czasie, kiedy ja leżałam w łóżku z zagrożoną ciążą i modliłam się, żeby tam w środku jeszcze było kogo ratować, grupa mężczyzn przekonanych o słuszności swoich poglądów prawdopodobnie już konstruowała projekt ustawy, zgodnie z którą kobiety, które poroniły, są z miejsca podejrzane o spowodowanie śmierci swojego dziecka.

Wystarczyłoby, żebym raz zbiegła ze schodów...

Znam kobiety, które poroniły.


Znam ich sporo, bo poronienie to nie jest niestety rzadkość. Widziałam, jakim ciosem jest poronienie dla kobiety i właściwie dla całej rodziny. Potrafię sobie wyobrazić moją przyjaciółkę, bliską mi jak siostrę, przesłuchiwaną, czy nie zrobiła czegoś, co spowodowało to poronienie. Potrafię sobie wyobrazić jej męża, przesłuchiwanego, czy nie przyczynił się do tego w jakiś sposób.

Potrafię sobie sporo wyobrazić. I dlatego będę jutro ubrana na czarno i jeśli się uda, będę uczestniczyć w Czarnym Marszu razem z moim malutkim synkiem, którego jednak nie zamordowałam, choć nieznajomy pan mnie o to podejrzewał. Potrafię sobie wyobrazić kobiety inne niż ja, inaczej myślące, z innym podejściem do życia, zdrowia, ciąży, wiary, kobiety, od których oczekuje się jednak, że tak jak ja w sytuacji trudnej i kryzysowej będą gotowe donosić ciążę.

Potrafię sobie wyobrazić kobietę wyglądającą identycznie jak ja rok temu, w zaawansowanej ciąży, z pięknym ciążowym brzuchem, ale z ciężko upośledzonym dzieckiem w środku, z dzieckiem bez szans na przeżycie. Kobietę, której nie pozwolono dokonać aborcji, zmuszoną do noszenia przez dziewięć miesięcy dziecka, które nie przeżyje.

Potrafię wyobrazić sobie kobiety wykrwawiające się po "aborcji" przeprowadzonej przez byle oszusta, który uzna całkowity zakaz aborcji w Polsce za szansę na rozwinięcie swojej kariery w aborcyjnym podziemiu. Czy naprawdę ktoś wierzy w to, że jeśli aborcja będzie zakazana, to kobiety przestaną usuwać ciążę? Nie przestaną, i właśnie to jest straszne. Nie zrobi tego lekarz, zrobi to ktoś inny, w warunkach niekoniecznie bezpiecznych dla zdrowia i życia kobiety.

Myślę, że ujęłam w tym tekście wszystko, co chciałam ująć. Jeśli czegoś zabrakło, z chęcią odpowiem na Wasze pytania w dyskusji. 

Na zakończenie chciałam Was odesłać do najbardziej poruszającego tekstu, który przeczytałam rok temu na temat tego właśnie projektu ustawy. Jeśli ja zapomniałam o czymś napisać, to Królowa Matka z pewnością ujęła to wszystko w swoim tekście:

Jutro w Krakowie kolejny Czarny Marsz. Mam nadzieję, że się na nim spotkamy! :)


sobota, 23 września 2017

O małych i dużych książętach.

Mały Książę (2015) - plakat
Źródło: filmweb

Ostatnio zdarzyło nam się obejrzeć kilka kreskówek. Robert jeszcze niewiele z nich rozumie, ale cieszy się z nich na swój sposób: tańczy, kiedy słyszy piosenkę i uśmiecha się do kolorowych obrazków. A my? Chyba sprawdzamy, które filmy warto pokazać mu, gdy będzie już starszy. Tyle tylko, że większość współczesnych filmów animowanych, które widzieliśmy, ma za zadanie raczej bawić i wzruszać dorosłych widzów niż dzieci. Ale o tym może napiszę innym razem. 

W każdym razie, wczoraj wieczorem obejrzeliśmy "Małego Księcia". Chciałam zobaczyć tę ekranizację, odkąd w kinie przed 'W głowie się nie mieści" pokazano zwiastun, który ogromnie mi się spodobał. Wiedziałam, że nie będzie to typowa ekranizacja, ale raczej film nawiązujący do książki i opowiadający przy okazji nową historię. Wiedziałam, czego się spodziewać i chciałam to zobaczyć. A i tak zostałam zaskoczona.

Spodziewałam się też, że będę płakać, oglądając "Małego Księcia". W końcu, bez względu na to, jak daleko zabrniemy w interpretowaniu tej parabolicznej opowieści, na końcu książki umiera dziecko. Odkąd zostałam matką, jeszcze trudniej mi się pogodzić z takimi rozwiązaniami fabularnymi. Twórcy filmu postanowili jednak potraktować losy Małego Księcia w sposób odkrywczy i dopisać dalszy ciąg do zakończenia, które uznali za otwarte i nieoczywiste.

Ale po kolei.

"Będzie z Ciebie wspaniały dorosły!"


Kadr z filmu
Źródło: filmweb

Te słowa padają w filmie przynajmniej dwukrotnie, za każdym razem adresowane do głównej bohaterki, Dziewczynki. To o niej jest ten film. A choć Dziewczynka tak na oko ma nie więcej niż 10 lat, wygląda na to, że najważniejszym problemem w jej życiu i najważniejszym pytaniem, na które musi już teraz odpowiedzieć jest to, kim będzie, gdy dorośnie.

Mniej więcej 3/4 fabuły filmu to przedstawiona w krzywym zwierciadle, ale jednak dość realistyczna opowieść o Dziewczynce i jej wcześnie rozpoczętej drodze do stania się wspaniałym dorosłym. Matka Dziewczynki skrupulatnie zaplanowała jej przyszłość co do godziny, widząc ją jako przyszłą uczennicę prestiżowej uczelni, a w dalszej perspektywie - jako idealną pracownicę korporacji. Tymczasem nowo poznany przyjaciel Dziewczynki, stary i ekscentryczny Pilot, pokazuje jej radosną stronę dzieciństwa i przestrzega ją, żeby zachowała te radości w pamięci, gdy będzie już dorosła. Opowiada jej o Małym Księciu, którego spotkał wiele lat wcześniej na pustyni. Podczas gdy historia Dziewczynki pokazana jest przy użyciu typowej dla współczesnych czasów animacji komputerowej, do zilustrowania fragmentów "Małego Księcia" użyto tradycyjnej animacji poklatkowej. Pilot czyta Dziewczynce "Małego Księcia" i jednocześnie stara się przygotować ją na swoje odejście.

Ta część filmu stanowi spójną, ładną i wzruszającą historię. Jednak twórcy filmu przygotowali jeszcze jedną dużą niespodziankę. Właśnie ta niespodzianka sprawia mi najwięcej trudności przy ocenie filmu, a jednocześnie - mimo wszystko - najmocniej daje do myślenia.

Pan Książę. 


Punktem wyjścia do ostatniej, zaskakującej części filmu jest myśl twórców wypowiedziana na głos przez Dziewczynkę: że tak naprawdę nie wiadomo, co stało się z Małym Księciem po rozstaniu z Pilotem. Dla mnie los bohatera był zawsze oczywisty, a interpretacji podlegało jedynie, czy było to zakończenie tragiczne (zginął), czy jednak pozytywne (wrócił na swoją planetę do ukochanej Róży). Dziewczynka z filmu uznała jednak, że nie ma pewności, czy Mały Książę nie żyje i postanowiła go odszukać.

Od tego momentu film zmienia się całkowicie. Chyba najbezpieczniej jest interpretować ten fragment jako sen Dziewczynki, sen odzwierciedlający jej lęki i niepokoje. Nagle dochodzi bowiem do zupełnie nierealnych wydarzeń, w wyniku których Dziewczynka trafia do potężnego biurowca, gdzie spotyka Dorosłych znanych z historii o Małym Księciu, między innymi Próżnego, który jest teraz policjantem dbającym o porządek w mieście oraz Biznesmena, który kupił wszystkie gwiazdy i jest teraz szefem wielkiej korporacji. Dziewczynka spotyka również Małego Księcia, który nazywa się teraz Pan Książę i pracuje jako operator szczotki. Nie pamięta o Pilocie ani o Róży, jest bardzo przejęty swoją pracą i dorosłością.

Zmianie ulega również styl animacji, który teraz przypomina bardzo mroczny teatr kukiełkowy. Skończyła się (przynajmniej chwilowo) kolorowa i nostalgiczna bajeczka dla dzieci, teraz oglądamy horror raczej dla dorosłych.

Mieszane uczucia.


Kadr z filmu
Źródło: basementrejects.com

Kiedy po obejrzeniu "Małego Księcia" zapytałam męża, co sądzi o filmie, odpowiedział mi: "Mam mieszane uczucia". Doskonale to rozumiałam. Gdyby to mnie zapytano o wrażenia, odpowiedziałabym identycznie.

Dlaczego mieszane uczucia? Z jednej strony duże zaskoczenie, które trudno nazwać pozytywnym. Dysonans spowodowany nagłą ogromną zmianą stylu, klimatu, właściwie nawet gatunku. I zarazem odczuwany przeze mnie sprzeciw na to, że ktoś miesza przy znanej mi historii o Małym Księciu, zmienia jej sens, sens poświęcenia Małego Księcia, sens jego miłości.

Z drugiej strony... to było mocne. Trudne, bolesne i nie pozwalające o sobie zapomnieć. Zupełnie jak kawałek dobrego kina. Zupełnie jak lustro, w którym można zobaczyć swoją twarz. Twarz Małego Księcia. Twarz Małej Księżnej.

"Jak mogłeś zapomnieć o Róży?" - jak mogłeś zapomnieć, kim byłeś? Jak mogłeś zapomnieć o całym bajkowym świecie Twojego dzieciństwa, w którym byłeś niepokonany, nieustraszony i nie było dla Ciebie rzeczy niemożliwej? Przecież kiedyś to wszystko było dla Ciebie tak rzeczywiste jak baranek w pudełku narysowanym przez Pilota.  A kim jesteś teraz? Co okazało się na tyle ważne, że aż zapomniałeś o tym, co było najważniejsze na świecie?

Ciężko pogodzić się z tym, że Mały Książę został sprzątaczem. Jednak - niejeden sprzątacz był kiedyś księciem. Rycerzem, wojownikiem, królem Narni, był kim tylko zechciał, zanim przestał wierzyć, że może być kim zechce. Niejeden, niejedna z nas nie jest tam, gdzie chce być. Niejeden z nas, jak filmowy Mały Książę, tracił kolejne posady, przeżywał kolejne niepowodzenia i pozwolił sobie wmówić, że jest beznadziejny, że nie nadaje się do niczego, a to stanowisko na samym dole drabiny korporacyjnej jest wszystkim, na co go stać. Niejeden wielki człowiek pozwolił, by mali ludzie mierzyli go swoją miarą i uznali, że nie pasuje, a zatem jest gorszy i mniej wart.

Z jednej strony wolałabym może, żeby ten film nie był o znanym mi Małym Księciu, tylko o jakimś zupełnie nowym księciu, wymyślonym dla potrzeb tej zupełnie nowej historii. Z drugiej strony wiem, że w ten sposób boli bardziej. Boli, gdy patrzysz na doskonale sobie znanego przyjaciela z dzieciństwa i pytasz: "Co się z Tobą stało?"

A potem pytasz siebie.


Widzę siebie w Pilocie-dziwaku, który nigdy nie zapomniał, jak to jest być dzieckiem, ale też widzę siebie w Małym Księciu, który pozwolił sobie wmówić, że jest nic niewart. Ja też pozwoliłam, by zrobiono ze mnie taką rybę, od której każdy oczekuje umiejętności wspinania się po drzewie. 

W filmie bohater przypomina sobie, kim był - dzięki pomocy Dziewczynki. Niektórzy z nas nie przypominają sobie tego nigdy. Może czasem warto, nawet jeśli to trudne, zapytać siebie: kim byłeś? Czego pragnąłeś? Za co oddałbyś życie?

Dlatego mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o ten film, na którym płakałam i w którym zobaczyłam siebie, choć nieszczególnie mi się spodobał. Czy polecam? Tylko osobom świadomym, co oglądają. I raczej tylko dorosłym. Jak już pisałam, większość współcześnie powstających filmów animowanych jest dla dorosłych.

Znasz ten film? Czy dowiedziałeś się o nim z mojego tekstu? Daj mi znać, co o nim myślisz.

Kadr z filmu
Źródło: Dailymotion

poniedziałek, 11 września 2017

Synku.

Piszę do Ciebie ten list, choć jesteś jeszcze zbyt malutki, żeby go przeczytać i pewnie niewiele byś dzisiaj z niego zrozumiał. On tu poczeka na Ciebie, aż kiedyś być może go przeczytasz. Może pozwoli Ci mnie lepiej zrozumieć wtedy, kiedy z różnych powodów nie będziemy mogli się ze sobą zgodzić. Może i tak się zdarzyć.

Przede wszystkim chcę Ci powiedzieć, że Cię kocham. Mam nadzieję, że to jest fakt, który nie ulega żadnej wątpliwości i bez względu na to, jak napięte będą czasem relacje miedzy nami, nigdy nie przestaniesz czuć mojej miłości do Ciebie. Bądź pewien, że ona nigdy nie ustanie.

Co jeszcze chciałabym Ci przekazać i co może nie być już dla Ciebie tak oczywiste to, że wierzę w Ciebie. Widzę i doceniam Twoją wyjątkowość i jestem z Ciebie dumna. I choć nie mam jeszcze pojęcia, jak będzie wyglądał Twój świat i z jakimi wyzwaniami przyjdzie Ci się zmierzyć, wierzę, że osiągniesz wszystko, co sobie wymarzysz.

Wiedz, że jeśli daję Ci czasem odczuć, że w Ciebie wątpię i że Cię nie doceniam, to jest to wyłącznie mój brak wiary w siebie, moje niedowierzanie, że ktoś tak niedoskonały i pełen wad jak ja może mieć takiego wyjątkowego syna jak Ty. Czasem na siłę, wbrew rozsądkowi, nawet wbrew sobie doszukuję się w Tobie wad, bo boję się, że mogłam coś przegapić, coś zaniedbać, zrobić coś źle. Bo ciężko mi uwierzyć, że może być tak dobrze.

Przepraszam, jeśli nie chwalę Cię wystarczająco często. Mam nadzieję, że nie doprowadzę nigdy do takiej sytuacji, że nie będziesz świadom, jak doceniam wszystkie Twoje starania i to, co robisz. Ale jeśli tak będzie... Wiedz, że ja po prostu boję się własnego braku obiektywizmu. Boję się, że nie będę w stanie trzeźwo ocenić Twoich możliwości. Dla mnie wszystko, czego kiedykolwiek się podejmiesz, już w tej chwili jest najpiękniejsze i najlepsze na świecie, bo jest Twoje. I zarazem proszę Cię, nie wymagaj zbytniego obiektywizmu ode mnie. Świat oceni Cię nieraz, ludzie będą Cię porównywać i oceniać, nie zawsze będzie to ocena pozytywna. Prócz radości czekają Cię też rozczarowania. Bądź pewien, że zawsze jest ktoś, kto kocha Cię bezwarunkowo. Ktoś, u kogo zawsze wygrywasz, zawsze jesteś najlepszy.

Być może kiedyś zostaniesz tatusiem, synku. Nie wiem, czy tak będzie i broń Boże nie myśl, że wymagam tego od Ciebie. Chciałabym Ci po prostu powiedzieć, że jeśli kiedyś zostaniesz tatusiem, prawdopodobnie łatwiej Ci będzie zrozumieć pewne moje zachowania.

Zrozumiesz na przykład, dlaczego tak zależy mi na tym, żeby wszystko, co robimy, było po coś, w jakimś celu, a nie po prostu dla dobrej zabawy. Synku, ja czasem nie wiem, w co ręce włożyć, praktycznie nie ma takiej chwili, w której nie miałabym czegoś do zrobienia, a odpoczywać też kiedyś muszę. I choć rozumiem Twoją potrzebę zabawy i rozrywki, to jednak nieraz ciśnie mi się na usta to znienawidzone "a po co?".

Kiedyś przyprowadzisz do mnie dziewczynę i będziesz chciał, żebym ją pokochała. Nie miej do mnie żalu, jeśli nie zobaczę w niej od razu mojej przyszłej synowej. Synku, ja będę raczej szukała słów pocieszenia, które Ci powiem, gdy ktoś po raz pierwszy złamie Ci serce. Bo prawdopodobnie to kiedyś nastąpi. Wiedz, że ja też to przeżyłam. Bywałam zakochana i zraniona. Dano mi do przeżycia cudowne, romantyczne chwile i miłość jak z filmów, które będziemy razem oglądać. Mam nadzieję, że będziesz mógł długo obserwować tę piękną miłość między mną a Twoim tatą i nigdy nie zwątpisz w to, że równie piękna miłość czeka gdzieś na Ciebie.

Nie myśl nigdy, że chcę Ci podciąć skrzydła, że nie wierzę w Ciebie, broń Boże nie myśl, że nie chcę Twojego szczęścia. Pragnę go z całego serca i wierzę w nie. Ja wątpię raczej sama w siebie. Chciałabym zarażać Cię optymizmem i niezłomną wiarą, a czasem to mnie samej tego brakuje. Bo mam trzydzieści lat i są takie chwile, kiedy czuję, że naprawdę tyle mam. Bo ciągle czekam, kiedy wróci do mnie ta obiecana dobra karma, która już od tylu lat ma przyjść i idzie chyba okrężną drogą. Bo jestem szczęśliwa, bardzo szczęśliwa, ale jednocześnie wiem, że to moje szczęście jest takie trochę na przekór, nieoczywiste, niełatwe, wywalczone. I choć wiem, że takie szczęście jest więcej warte i smakuje lepiej niż jakiekolwiek inne, to jednak w głębi serca wciąż naiwnie pragnę dla Ciebie tego łatwego, banalnego i oczywistego szczęścia, które po prostu spadnie Ci z nieba i o które nie będziesz nigdy musiał walczyć. Wbrew rozsądkowi, wbrew własnemu doświadczeniu pragnę dla Ciebie takiego szczęścia.

Przepraszam, jeśli zapomnę kiedyś o tym, żeby powtarzać Ci każdego dnia, jak bardzo jestem z Ciebie dumna. Kiedyś dowiesz się, że ludzie czasami zapominają o oczywistych słowach.

Zawsze pamiętaj, że moje ramiona nigdy nie przestaną być dla Ciebie otwarte. Nie myśl, że mogłoby być inaczej.

Jesteś najlepszy. Kocham Cię.

Twoja mama.