wtorek, 17 kwietnia 2018

5 filmów niekoniecznie dla dzieci - cz. 1

Z filmami dla dzieci jest ten zasadniczy problem, że są one tworzone przez dorosłych. I zawsze będą. Tego nie przeskoczymy. Często ci dorośli potrafią bardzo dobrze wczuć się w psychikę dziecka i wiedzą, co zrobić, by ich film stał się dla dziecka źródłem wartościowej rozrywki. Zdarza się jednak, że nie do końca im się to udaje.

W 2001 roku miała miejsce wielka, zielona i brzuchata rewolucja w świecie filmów animowanych. Okazało się, że mogą one bawić dorosłych równie mocno jak dzieci, a nawet jeszcze bardziej. Wystarczy w odpowiednich momentach mrugnąć okiem do dorosłego widza, wrzucić kilka nawiązań do kultowych filmów, kilka zdecydowanie dorosłych żartów, których dziecko nie zrozumie - i okazuje się, że całe stada dorosłych pędzą do kina na baśń o śmiałku, który ocalił księżniczkę. Przed twórcami filmów animowanych pojawiła się wielka szansa. Dorośli przestali być tylko towarzyszami swoich pociech w kinie. Stali się nową, ogromną grupą odbiorców. Nic więc dziwnego, że odtąd w każdym filmie animowanym zaczęto mrugać okiem do dorosłych. Bywa, że tych mrugnięć jest więcej niż treści przeznaczonych typowo dla dzieci.

Nie twierdzę, że filmy ujęte w moim zestawieniu są złe, ani też, że dzieci nie powinny ich oglądać. Czasem warto po prostu porozmawiać z dzieckiem o tym, co zobaczyły w filmie, może coś wyjaśnić, może powiedzieć, że w życiu niekoniecznie musi być tak, jak w filmie i to, że dana postać postępuje w taki, a nie inny sposób, nie znaczy, że tak należy robić.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsze dzieci są inne niż ja w ich wieku i odbierają pewne treści inaczej. Dla przykładu, dla mnie kilkuletniej najstraszniejszą istotą na świecie był wampir. Dziś wampirki bywają pozytywnymi bohaterami filmów dla dzieci. Piszę więc trochę z perspektywy niedzisiejszej pani dziwiącej się tym nowym czasom, a trochę z perspektywy mamy malutkiego dziecka, która za jakiś czas będzie chciała pokazać mu niektóre z tych filmów i zdaje sobie sprawę z tego, że będzie musiała synkowi sporo wytłumaczyć po ich obejrzeniu.

1. Kraina lodu (2013).


Źródło: Filmweb

Tego filmu nie trzeba nikomu przedstawiać. Dzieci i dorośli na całym świecie pokochali wzruszającą historię o siostrzanej miłości, luźno opartej na motywach "Królowej śniegu" Hansa Christiana Andersena. Przepiękna animacja, mądre przesłanie, wspaniałe piosenki i zabawne dialogi - to tylko kilka zalet tego wyjątkowego filmu. Dorośli znajdą w nim kilka żartów adresowanych do siebie, jest to jednak film zdecydowanie stworzony z myślą o dzieciach.

Problem z tym filmem? Jest tylko jeden, ale moim zdaniem ważny i wart omówienia. Otóż, dość łatwo zauważyć, że niemal wszystkie kłopoty Elsy i Anny, ich samotność, brak obycia w kontaktach z ludźmi, ich trudne wzajemne relacje, wszystko to jest bezpośrednią konsekwencją katastrofalnych błędów wychowawczych ich rodziców. Rodzice są całkowicie bezradni wobec inności Elsy, boją się jej i postanawiają odizolować ją od całego świata. To strasznie niebezpieczna postawa, która położyła się cieniem na życiu obu ich córek. W filmie wyraźnie widzimy, do czego to doprowadziło.

Do tej pory rodzice nie odgrywali w filmach Disneya tak znacząco negatywnej roli. Jeśli popełniali błędy, to w którymś momencie przyznawali się do nich i postanawiali zmienić swoje podejście (jak choćby ojciec Arielki, ojciec Pocahontas). Rodzice Anny i Elsy nie dostają tej szansy, bo przed główną akcją filmu giną w tragicznych okolicznościach. Nie pojawia się też żadna refleksja na temat ich postępowania, żadna myśl w stylu "rodzice popełnili wiele błędów, ale kochali nas i chcieli dla nas dobrze". 

Czy pokazać "Krainę lodu" dziecku? Jak najbardziej! Ale przygotuj się na rozmowę o tym, że rodzice zawsze chcą dla dziecka tego, co najlepsze, ale nie zawsze dobrze im to wychodzi.

2. Skok przez płot (2006).


Żródło: Filmweb

Przepiękny i arcyzabawny film o grupie zwierząt żyjących w lesie i przez większość roku zajmujących się zdobywaniem zapasów na zimę :) Mimo mojej wielkiej miłości do tego filmu, muszę powiedzieć, że raczej polecałabym go starszym widzom niż dzieciom. Głównie dlatego, że dorośli po prostu docenią go bardziej. Jest nie tylko naszpikowany żartami przeznaczonymi dla dorosłych. Również humor sytuacyjny i postaciowy bardziej przemówi do dorosłych niż do dzieci. W barwnej galerii postaci pojawiających się w "Skoku przez płot" widzimy między innymi rodzinkę jeży z dwojgiem bardzo zaangażowanych rodziców, którzy starają się za wszelką cenę wychowywać troje swoich dzieci idealnie. Widzimy także konserwatywnego, zachowawczego ojca oposa i jego nastoletnią, odważną córkę, która bardzo kocha swojego tatę, ale uważa jego metody za trochę obciach. Widzimy wreszcie szorstką, samodzielną skunkskę, która w głębi serca marzy o prawdziwej miłości i porządnym facecie pozbawionym węchu. Warto wspomnieć również o głównej antagonistce, przedstawicielce świata ludzi, przewodniczącej komitetu osiedlowego. Jej obsesja na punkcie kontroli i porządku rozbawi niejednego widza. Myślę jednak, że przede wszystkim widza dorosłego.

Główny problem z tym filmem? Jest on wręcz hymnem pochwalnym na cześć niezdrowego, śmieciowego jedzenia. Nasze urocze zwierzaczki zajadają się radośnie chipsami, ciasteczkami, pizzą. Próba zaproponowania czegoś zdrowego zamiast chipsów jest w filmie sceną humorystyczną. Zdrowe jest może i zdrowe, ale na pewno nie tak smaczne.

Muszę przyznać, że ilekroć oglądałam "Skok przez płot" (a oglądałam kilka razy, bo to świetny film), za każdym razem robiłam się głodna.  Co prawda zamiast chipsów wybierałam zazwyczaj kanapki, ale rozumiecie sami. To jest strasznie sugestywne. Ten film jest o jedzeniu, jedzeniu i jeszcze o jedzeniu.

Czy pokazać "Skok przez płot" dzieciom? Nie mam pewności. Jest szansa, że zachwycą się uroczą wiewiórą, jeżykami i innymi zwierzątkami, wydaje mi się jednak, że starszy widz po prostu bardziej doceni ten film.

3. Auta 2 (2011).


Źródło: galeriaplakatu.com

Dzieci kochają serię o Zygzaku McQueenie :) Widzę to zwłaszcza po naszym siostrzeńcu. Zygzak wraz z kumplem Złomkiem to jego ukochani bohaterowie od lat. Myślę, że żaden małoletni pasjonat samochodów nie pozostanie obojętny wobec serii o autach.

Kontynuacja przygód Zygzaka jest zupełnie innym filmem niż pierwsza część. W pierwszych "Autach" mamy dość typowo disneyowską historię o nieco pyszałkowatym gwiazdorze, który pod wpływem nowego otoczenia zupełnie zmienia swoje nastawienie i staje się lepszym... samochodem. Druga część natomiast to raczej film szpiegowski nawiązujący do zupełnie dorosłych produkcji o tajnych agentach. 

Problem z tym filmem? Cóż, jest w nim zawarta bardzo brutalna scena. Jeśli uświadomimy sobie, że samochody są w tym filmie bohaterami w zasadzie ludzkimi, mają ludzkie emocje i zachowania, to musimy zdać sobie sprawę z tego, że scena pokazująca okrutne tortury i ostatecznie zamordowanie jednego z drugoplanowych bohaterów jest tak naprawdę... właśnie tym. Sceną tortur i morderstwa w filmie dla dzieci. Gdyby nakręcono film z identycznym scenariuszem, ale zamiast aut wystąpiliby w nim ludzie, nikt nie pozwoliłby na pokazywanie tego filmu dzieciom.

Czy pokazać "Auta 2" dzieciom? Jeśli Twoje dziecko już zdążyło pokochać pierwszą część "Aut", to pewnie nie masz wyjścia ;) Trudno mi powiedzieć, na ile ta scena poruszy Twoje dziecko. Każdy ma inną wrażliwość i wyobraźnię. Możliwe, że po obejrzeniu tej sceny potrzebna będzie rozmowa, i raczej nie będzie to rozmowa łatwa.

4. Film o pszczołach (2007).


Źródło: Filmweb

Nie dla dzieci, nie dla dzieci, nie i koniec. W zasadzie nie wiem, dla kogo jest ten film. Dla dorosłych jest zbyt infantylny, dla dzieci się nie nadaje. Chyba najbardziej spodoba się nastolatkom w tym niezbyt mądrym wieku, których wielce rozbawi fakt, że usłyszeli taaakie słowa w kreskówce.

Problem? Niejeden. Brzydkie słowa użyte jakoś zupełnie bezmyślnie, aluzje seksualne, zamiast wspomnianych przeze mnie wcześniej mrugnięć okiem do dorosłego widza mamy po prostu co chwilę rubaszny rechocik, odnoszący się na przykład do tego, że hahaha, misie lubią dzieci.

Niektórzy zarzucają temu filmowi również propagowanie zoofilii, ale moim zdaniem to trochę zbyt daleko idące wnioski. Mimo wszystko, mowa tu przecież o bajce. Romantyczna relacja ludzkiej kobiety z pszczołą nie zasługuje chyba na aż tak poważne traktowanie.

Czy pokazać "Film o pszczołach" dzieciom? Jeśli Twoje dziecko lubi pszczoły, pokaż mu lepiej "Pszczółkę Maję".

5. Gdzie jest Dory (2016).


Źródło: Filmweb

Mam mieszane uczucia. Pierwsza część tej historii, "Gdzie jest Nemo?", to jedna z najbardziej uroczych animacji, które powstały współcześnie. Przepiękna wizualnie, z wyrazistymi postaciami, które bawiły wtedy, kiedy trzeba, a wzruszały wtedy, kiedy trzeba, z wspaniałym przesłaniem zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców, z cudownie rozegranym wątkiem nadopiekuńczego ojca, do którego w końcu dociera, że nie doceniał możliwości swojego syna, bo za bardzo się o niego bał. I w tym wszystkim jest też postać Dory, uroczej i pełnej ciepła rybki cierpiącej na zanik pamięci krótkotrwałej. Wątek Dory ma zdecydowanie wydźwięk humorystyczny, niemal każdy dialog z jej udziałem wywołuje u widza szczery śmiech. Jednak to właśnie Dory uświadamia Marlinowi popełnione przez niego błędy i pomaga mu odbudować relację z synem. Jest wierną, wspierającą, zawsze pełną optymizmu przyjaciółką.

No i ktoś chyba musiał powiedzieć twórcom "Gdzie jest Nemo?", że potraktowali temat choroby Dory zbyt lekko.

"Gdzie jest Dory" to już zupełnie inny film. Dory już nie jest zabawna. Jest biedną, chorą rybką zupełnie zagubioną w otaczającej ją rzeczywistości. Kwestie wypowiadane przez Dory już nie śmieszą. Teraz po prostu jej współczujemy.

Może tak jest lepiej. Bardziej poprawnie politycznie. Ale wydaje mi się, że w efekcie powstał film trochę zbyt poważny, przejmujący, i co tu dużo mówić, po prostu nudny.

Czy pokazać "Gdzie jest Dory" dzieciom? Raczej tym starszym. Młodsze niewiele z tego filmu zrozumieją.


Następne pięć filmów w następnym wpisie, czyli pewnie gdzieś za tydzień ;) Możecie podsuwać mi propozycje, o jakich filmach warto wspomnieć, na pewno wezmę je pod uwagę!

Wcześniej pisałam też o "Shreku", "W głowie się nie mieści" i o "Małym Księciu" :)



wtorek, 10 kwietnia 2018

Instrukcja obsługi (mojego) dziecka.


OK. Zatem widzisz moje dziecko przez chwilę, w jakimś krótkim momencie, zupełnie nieistotnym z punktu widzenia osoby, która widuje je każdego dnia. I pewne jest, że już nigdy nie zobaczysz mojego dziecka będącego na tym samym etapie rozwoju co w tej chwili, bo ono nawet z dnia na dzień zupełnie się zmienia, a po tygodniu jest już całkiem inną osobą. Tylko ja i jego tata widzimy te zmiany na bieżąco.

Zatem widzisz jakiś krótki wycinek z życia mojego dynamicznie rozwijającego się dziecka. Coś usłyszysz, czegoś nie dosłyszysz, coś zinterpretujesz po swojemu, z perspektywy swojego ogromnego doświadczenia życiowego. Twoje życiowe doświadczenie przewyższa moje tak znacznie, jak znacznie moje doświadczenie z tym konkretnym dzieckiem przewyższa Twoje. Czyli teoretycznie powinniśmy być równi. Ale "równość" jest tylko w słowniku pod literką R. 

Zatem widzisz moje dziecko przez chwilę, ale już wszystko wiesz. Wiesz, jaką jestem matką, jakie błędy popełniam i jak bardzo krzywdzę moje dziecko. Bo skoro powiedziałam A, to znaczy, że wciskam mu na siłę cały alfabet do głowy. Bo rozliczysz mnie z każdej ukradkowej, nieuważnej reakcji na pojedyncze zachowanie mojego dziecka. Bo napiszesz w głowie kilkustronicową interpretację każdego mojego słowa czy gestu skierowanego w stronę dziecka i na tej podstawie będziesz oceniać moją postawę, moją filozofię życiową, wszystkie moje błędy wychowawcze. Bo Ty po prostu wiesz lepiej.

 Posłuchaj więc. 

Tak, moje dziecko nie lubi, gdy się je zostawia znienacka samo w pokoju. Przecież Ty też tego nie lubisz - gdy ktoś niby spędza z Tobą czas, a nagle niespodziewanie wychodzi. Dziecko w takiej sytuacji czuje się zagrożone i wystraszone. Co innego, gdy ono samo pójdzie się pobawić do innego pokoju. Gdy będzie to jego decyzja, a nie działanie poprzez zaskoczenie. Wówczas jest szansa, że będzie się długo i radośnie bawić bez potrzeby kurczowego trzymania się osoby dorosłej.

Nie, moje dziecko nie będzie się "wypłakiwać" samo w pokoju czy w łóżeczku. Nie uważam tego za metodę wychowawczą i nie będę jej stosowała, niezależnie od tego, co robiło się dawniej. Kiedy moje dziecko wybuchnie płaczem, przybiegnę do niego i je przytulę. Dziecko, które się "wypłakało" i przestało płakać, wcale nie jest lepiej wychowane od mojego. Ono się po prostu nauczyło, że na dorosłych nie można liczyć.

Tak, moje dziecko czasami nie umie ocenić, czy już się najadło. Czasem wydawałoby się, że już nic, koniec, ani jedna łyżeczka więcej się w buzi nie zmieści, a tu okazuje się, że się zmieści jak najbardziej, po prostu dziecko chciało sobie zrobić przerwę. Albo potrzymać przez chwilę słoiczek w ręce.

Nie, absolutnie nie oczekuję, że moje dziecko będzie zjadać całą porcję do czysta, choć przyznam, że bardzo ułatwiłoby mi to życie. Ale szanuję fakt, że ono jest już najedzone. Upewnię się kilka razy, czy na pewno nie zje tej ostatniej łyżeczki, ale jeśli odpowiedź za każdym razem będzie brzmiała "nie", spokojnie schowam ostatnią łyżeczkę na później (co może też oznaczać "na zmarnowanie") :)

Tak, powtarzanie dziecku tych samych słów i zdań po wielokroć ma sens, bo ono się właśnie uczy słów i ich znaczeń. Bez względu na to, jak bardzo Cię irytuje, kiedy słyszysz po raz setny, że niebo jest niebieskie, a miś ma oczka i nosek, moje dziecko w tym samym momencie zdobywa i utrwala wiedzę o otaczającym je świecie. 

Tak, naśladowanie mowy dziecka, przedrzeźnianie i odtwarzanie jego zabawnej dziecięcej paplaniny ma sens. Dziecko uczy się, że dźwięki, które z siebie wydobywa, wywołują reakcję. Potem zaczyna naśladować dźwięki, które ja z siebie wydobywam. Stopniowo coraz trudniejsze.

Nie, moje dziecko pozostawione samo sobie przez chwilę nie wejdzie na lampę sufitową i nie wyleci przez okno. Dokładnie obejrzałam miejsce, w którym je zostawiam i przeanalizowałam wszystkie potencjalne zagrożenia. A jeśli okaże się, że ono w międzyczasie nauczyło się nowych umiejętności i jest w stanie np. wejść na jakiś mebel, na który wcześniej nie wchodziło - nadal jestem na tyle blisko, by zdążyć zareagować.

Tak, kiedy jestem na spacerze z moim dzieckiem, idę tam, gdzie ono chce. Czemu miałabym tego nie robić? Jeśli będzie szło w niebezpieczne miejsce, to przecież po to jestem w pobliżu, by w porę zareagować. A ono niech poznaje świat. Jeszcze ma czas, by się nauczyć, że czasem trzeba iść tam, gdzie inni każą iść.

Tak, mojemu dziecku jest ciepło w tym ubraniu. Jak będzie mu chłodno, to ubiorę je cieplej.

Tak, moje dziecko zachowuje się o wiele grzeczniej, kiedy mnie nie ma w pobliżu. Jeśli wierzyć opowieściom, to różnica jest wręcz szokująca. Jest to zupełnie prawidłowy objaw rozwoju dziecka, świadczący o tym, że dziecko przy mamie czuje się najbardziej bezpieczne i pozwala sobie na najbardziej naturalne zachowania. Kiedy mamy nie ma w pobliżu, dziecko mimowolnie bardziej dostosowuje się do okoliczności. Jestem spokojna, że moje dziecko potrafi sobie świetnie poradzić, gdy nie ma mnie w pobliżu.

Tak, karmię moje szesnastomiesięczne dziecko piersią. To nie znaczy, że jest non stop przypięty do mojej piersi i nie potrafi funkcjonować beze mnie. Owszem, potrafi wytrzymać cały dzień bez mojej piersi. Oprócz mojego mleka je bardzo dużo innych rzeczy, praktycznie wszystko. Nie widzę najmniejszego powodu, by już teraz go odstawiać. Mleko matki po roku nie jest w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb dziecka (dlatego potrzebne są również inne pokarmy), ale nadal zawiera dużo wartości odżywczych. Skoro je mam i mogę mu dać, to czemu miałabym mu tego odmawiać?

Tak, moje dziecko śpi z nami w łóżku. Na ten moment z różnych powodów jest to dla nas najlepsza opcja. Co nie znaczy, że to się nie zmieni w niedalekiej przyszłości. Nie widzę żadnych powodów, dla których miałoby to być dla niego krzywdą. Kiedy będzie na to gotowy, będzie miał swoje łóżko, a później nawet swój pokój. 

Nie, moje dziecko nie jest Twoim dzieckiem.  

Tak, chętnie słucham dobrych rad. Zbieram je wszystkie bardzo starannie, a następnie wybieram z nich to, co nadaje się do zastosowania w przypadku mojego dziecka. Robię tak, odkąd je urodziłam. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że w tym samym czasie, kiedy Ty radzisz mi, żebym zostawiała dziecko samo w pokoju, ktoś inny przestrzega mnie, żebym broń Boże tego nie robiła? Jak, Twoim zdaniem, mam stosować się do wszystkich dobrych rad i nie zwariować? Chętnie wysłucham, co masz mi do powiedzenia, po czym zrobię tak, jak uważam.

Bardzo Cię proszę, reaguj, jeśli zobaczysz, że mojemu dziecku dzieje się krzywda! To znaczy, jeśli zobaczysz, że jest bite, głodzone, terroryzowane lub w inny sposób dręczone. Sądzę, że nigdy tego nie zobaczysz, ale co ja tam wiem - jestem tylko człowiekiem. We wszystkich innych sytuacjach, jeśli widzisz, że jednak nie krzywdzę mojego dziecka, po prostu daj mi spokój i pozwól mi wychowywać je po swojemu.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Moje dziecko będzie dziwne.


Słuchajcie, bez sensu, że to piszę.


Powinnam wysyłać w świat krzepiącą, radosną wiadomość o tym, że każdy człowiek jest wspaniały. Przecież tak uważam. Przecież jest wiosna, dopiero co były Święta, a ja jestem w jednym ze zdecydowanie najlepszych momentów mojego życia. Jednak kiedy zastanawiam się nad tym, co chciałabym Wam przekazać, przychodzą mi do głowy właśnie te nie do końca wesołe myśli.

"Powinnaś pójść za ten tekst do piekła", taki komentarz widziałam u jednej blogerki pod jej kontrowersyjnym tekstem, w którym wyrażała pogląd zdecydowanie niezgodny z obowiązującymi trendami. Może i u mnie ktoś tak napisze, albo tylko tak o mnie pomyśli. Niech i tak będzie. Nie zgódźcie się ze mną.

Jestem dziwną osobą.


Ja jestem dziwna i mój mąż jest dziwny, pewnie dlatego tak dobrze się ze sobą dogadujemy. Nasze dziecko też będzie dziwne. Bo jaka jest szansa, że dwoje dziwaków będzie potrafiło wychować normalne dziecko? Znam co prawda jeden taki przykład, ale generalnie wydaje mi się to dość mało prawdopodobne.

Jestem tak dziwna, że przez lata podejrzewałam u siebie albo niezdiagnozowaną chorobę psychiczną, albo jakiś stopień upośledzenia, o którym nie powiedzieli  mi rodzice, żeby nie robić mi przykrości. Może to i dobrze, że nie miałam wówczas wiedzy o różnych chorobach, o których obecnie dużo się mówi, bo pewnie zdiagnozowałabym je wszystkie u siebie.

Mam liczne nietypowe, niewyjaśnione fobie. Moja pamięć działa na przedziwnych zasadach, które polegają między innymi na tym, że pamiętam dokładne ciągi wydarzeń sprzed 25 lat, włącznie z rozmowami, a potrafię zapomnieć, co mam do zrobienia dzisiaj. Jestem synestetką (jeśli obce Ci jest to pojęcie, poczytaj o nim np. tutaj). Potrafię mieć bardzo, bardzo wąskie zainteresowania lub upodobania i koncentrować się na nich przez dłuższy czas. Nałogowo tworzę listy, wyliczenia. Mój świat wewnętrzny jest tak bogaty, że często wolę zagłębić się w nim niż żyć tu i teraz. Uwielbiam wymyślać postacie i układać historie z ich udziałem.

(Nie piszcie mi teraz, że może powinnam zostać pisarką, bo to trochę tak, jakbyście sugerowali Kolumbowi: "Hej, może spróbowałbyś poszukać drogi do Indii?" ;) Sami zostańcie pisarką, z nieco ponad rocznym dzieckiem w domu i kredytem do spłacenia!).

Przez całe życie słyszę od ludzi, jakie to fantastyczne, że jestem tak oryginalną osobą, że nie boję się być sobą i nie udaję nikogo. Przeważnie słyszę też jednak, że w tych wyrazach uznania kryje się niewypowiedziana ulga - "jak to dobrze, że ja nie jestem taka/taki jak ty!". Mają rację. Bycie mną przeważnie nie jest łatwe. I to wcale nie jest tak, że ja nie chciałabym być inna, bardziej typowa. Tylko wiecie, w mojej głowie nie ma zapisanej informacji o tym, co myśli i jak odczuwa zwyczajna osoba. Mogę taką udawać, ale jest duże ryzyko, że będę wtedy sztuczna i, paradoksalnie, jeszcze bardziej dziwna. Poza tym, jak długo można udawać? W którymś momencie masz ochotę pokazać komuś, co naprawdę kryje się w Twojej głowie. Jeśli ta osoba polubiła Twoje nieprawdziwe, udawane ja, nie boisz się, że nie zaakceptuje tego prawdziwego?

Niedawno napisała do mnie koleżanka. Chciała mi powiedzieć, że jestem wspaniałą osobą :) To było bardzo miłe. Ale napisała też, że kiedy mnie poznała, jej wrażenie nie było pozytywne. Byłam w jej odczuciu zbyt intensywna, zbyt głośna, zbyt inna. Zobaczyłam siebie jej oczami i... zabolało. Dobrze wiem, co ona widziała i co ją zniechęciło. Bo ja też...

... boję się dziwnych ludzi.


To takie nielogiczne, przecież powinno być tak, że swój ciągnie do swego. Ale jednak. W naszej grupie znajomych są jeszcze dwie takie głośne, intensywne osoby jak ja. Do jednej z nich już się przekonałam i obecnie darzę ją dużą serdecznością. Do drugiej jeszcze nie zdołałam się przekonać. 

Może to wynika z faktu, że zawsze czułam w sobie jakąś taką odpowiedzialność, wewnętrzny impuls, by zaopiekować się takimi osobami. Przecież sama wiem, jak to jest. Wiem, jakie to trudne być innym, niedopasowanym, dlatego sama przyciągałam do siebie osoby jeszcze bardziej nietypowe niż ja. I przeważnie bardzo mocno przez to obrywałam. Od straconych ciuchów (koleżanka pożyczyła i oddała zniszczone) poprzez straconą kasę aż po naprawdę koszmarne próby zepsucia mi opinii wśród znajomych, bo nagle przestałam być fajna. Wiecie, przeważnie te osoby nawet nie chciały źle. Może trzeba było mieć w sobie więcej konsekwencji i mimo wszystko pomagać im dalej. Cóż, nigdy nie twierdziłam, że jestem święta.

W dodatku moje otoczenie zupełnie nie rozumiało, skąd we mnie ta potrzeba zadawania się z trudnymi, nietypowymi osobami. Nieraz było to odbierane jako działanie na pokaz, próba popisywania się tym, że mam takie dobre serce. Czyli traciłam podwójnie, bo nie dość, że pakowałam się w kłopoty na własne życzenie, to jeszcze znajomi mieli mi to za złe.

Osoba, która czuje się odrzucona i samotna, bardzo mocno lgnie do kogoś, kto okaże jej zainteresowanie. Siła tego nagłego uczucia może w którymś momencie zaniepokoić, jeśli nie jesteś na to przygotowany. 

Dlaczego o tym piszę?


Jest chyba tylko jeden powód, za to ważny. Z tego wszystkiego, co napisałam powyżej, wynika jednoznacznie prosta prawda: kiepsko radzimy sobie z czyjąś innością. Nasze społeczeństwo tego nie umie. Nasze pokolenie nie jest tego nauczone. Tymczasem na naszych oczach, w naszych domach i w naszych rodzinach rośnie nowe pokolenie. Młodzi ludzie, których możemy bardzo wiele nauczyć. Którzy będą czerpać wiedzę o świecie i o ludziach z tego, co im przekażemy. Czy to nie wspaniała szansa, by nauczyć ich otwartości na inność, zrozumienia, akceptacji?

Ja, z całym swoim dziwactwem i wachlarzem niespotykanych cech, i tak mam dużo łatwiej niż niektóre osoby, niż wiele osób. Jestem dziwna, ale zdrowa

W Polsce statystycznie jedno na sto dzieci ma autyzm. Na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne cierpi prawie co czwarty Polak. Osoby dotknięte problemami natury psychicznej mają trudności w usamodzielnieniu się, znalezieniu pracy, założeniu rodziny. Muszą się mierzyć nie tylko z własnymi demonami, ale też z nieufnością otoczenia.

Jeden z największych strachów, z którymi mierzę się każdego dnia jako matka nieco ponad rocznego dziecka, to: czy moje dziecko jest zdrowe? Czy będzie zdrowe?

Regularnie oddycham z ulgą, rejestrując kolejne osiągnięcia typowe dla jego wieku. Cieszę się, gdy widzę, że jest coraz bardziej kontaktowy, że coraz więcej potrafi. Że może nie chodził i nie mówił tak wcześnie, jak niektóre dzieci w jego wieku, ale już to umie. Fantastycznie chodzi, mówi pierwsze słowa, powtarza odgłosy. To nie tak, że ja mam jakieś realne powody do obaw. Robert rozwija się prawidłowo i nie ma w jego rozwoju nic niepokojącego. Po prostu wiem, że na tym etapie jeszcze nie ma nic pewnego.

Nawiasem mówiąc, w tej chwili, gdy piszę te słowa, Robert bawi się kołem od rowerka. Na jednej ze stron internetowych wyszczególniono takie zachowanie jako niepokojący objaw.

Tak naprawdę wierzę, że jest zdrowy i będzie zdrowy. Ale przypuszczam też, że będzie podobny do mnie. Czyli dziwny, inny, nietypowy. Przyjaciele będą go nazywać oryginalnym, wrogowie będą go nazywali trochę gorzej. Prawdopodobnie nieraz będzie miał w życiu pod górkę.

Dlatego piszę to dzisiaj, zamiast zachwycać się wiosną i nadchodzącymi wspaniałymi chwilami, pełnymi nowych możliwości i nadziei. Chciałabym Was prosić, żebyście razem ze mną zmieniali świat dla naszych dzieci. Rozmawiajcie z nimi o inności, uczcie je, że to, co nietypowe, wcale nie musi być gorsze ani groźne. Dla takich dziewczynek, jaką byłam ja. Dla takich chłopców, jakim pewnie będzie Robert.


poniedziałek, 26 marca 2018

#shareweek 2018: Blogi, które odwiedzam.


To zabawne, ale planowałam napisać taki tekst długo przed tym, zanim dowiedziałam się, że istnieje akcja #shareweek. Najpierw koleżanka zapytała w swoim statusie o jakieś dobre, godne polecenia blogi, a ja pomyślałam sobie, że w sumie znam takich blogów całkiem dużo i mogłabym napisać o nich coś przyjemnego. Potem zostałam wyróżniona w jednym z zestawień tego typu. Dało mi to tyle radości i satysfakcji, że postanowiłam posłać radość dalej w świat :) i wyróżnić kolejne osoby, które na to zasługują.

Jeśli macie znajomych blogerów, zauważyliście być może pewną prawidłowość: blogerzy czytają inne blogi. Może nawet: przede wszystkim blogerzy czytają blogi. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, wielu spośród nas należy do facebookowych grup zrzeszających blogerów. Tam wspieramy się nawzajem i dzielimy się swoimi najnowszymi tekstami. Po drugie, bloger blogera zrozumie ;) Wiemy, ile pracy i zaangażowania wymaga od nas nieraz nasza działalność i jak wielką radość daje nam świadomość, że to wszystko nie idzie na marne, że zostaje zauważone i docenione. I chcemy tę radość dawać również innym. Po trzecie, szukamy inspiracji. Interesują nas podobne tematy, jesteśmy ciekawi, co ktoś inny myśli o tych samych sprawach, które są dla nas istotne. No i lubimy czytać :)

Blogi, które regularnie odwiedzam.


W pierwszej kolejności chciałabym przypomnieć moje poprzednie zestawienie, to ze świątecznymi inspiracjami. Statystyki pokazują mi co prawda, że raczej nie klikacie w linki do moich wcześniejszych wpisów, które umieszczam w tekście, ale proszę, zróbcie tym razem wyjątek i kliknijcie ;) Wymienione tutaj blogi odwiedzam w dalszym ciągu, nie umieszczam ich w nowym zestawieniu tylko dlatego, że nie chcę się powtarzać.


Blogi moich znajomych.


Postanowiłam podzielić moje zestawienie na kilka części. Blogi autorów, których znam osobiście, zasługują na osobną kategorię. Czytam je trochę inaczej niż inne blogi; czytając, staram się poznać nieco  lepiej ich autorów, dowiedzieć się o nich więcej niż z naszych rozmów. Staram się czytać wszystkie blogi moich znajomych. Oczywiście moja doba nie jest z gumy, a Facebook nie jest zbyt łaskawy, jeśli chodzi o widoczność niektórych postów, czasami więc zapominam o tym, by do kogoś zajrzeć.

1. Dziulka Crew: http://dziulkacrew.pl/

Z Kasią łączy mnie niesamowita historia. Trzy lata w tej samej klasie, trzy lata mieszkania ściana w ścianę najpierw w jednym, potem w następnym budynku. Nasi synowie urodzili się dokładnie w tym samym dniu i niemal w identycznych okolicznościach. Natomiast my dwie obchodzimy swoje urodziny w odstępie tygodnia!

Mimo to, kiedy czytałam blog Kasi uderzyło mnie, jak niewiele o niej wiem. Jakich podstawowych rzeczy nie wiedziałam. Kiedy myślę o takich osobach jak Kasia, naprawdę bardzo się cieszę z tego, że jest Internet i że ludzie piszą blogi. 

Polecam Wam bardzo mądry, szczery blog o macierzyństwie bez lukru, o ważnych sprawach, o emocjach, o radościach i smutkach matki dwójki dzieci, która między spacerami i pieluchami pozostała jednak tą samą oryginalną, zagadkową, rock and rollową osobą.

2. Matki Upadki: https://matkiupadki.pl/

Właściwie to ja nie muszę polecać bloga Sylwii, bo ona sama radzi sobie z promocją swojego bloga doskonale. Poza tym ja troszeczkę zazdroszczę Sylwii, bo to jest ten typ osoby, która robi dokładnie wszystko lepiej niż ja ;) Niemniej, bardzo polecam zajrzeć pod ten adres. Znajdziecie tam zarówno przezabawne, jak i bardzo mądre i wartościowe treści. Poza tym wiem, że od jakiegoś czasu powstaje nowy tekst, poruszający bardzo ważny temat. I tak czekam na niego i czekam, a jeśli bloger potrafi sprawić, że na jego teksty się czeka, to znaczy, że naprawdę sporo potrafi :) Hop hop, Sylwia, piszesz tam?

3. OpowiadAnke: http://opowiadanke.pl/

No dobra, właściwie Anki nie znam prawie wcale, spotkałyśmy się może ze dwa razy i nie zamieniłyśmy nawet zbyt wielu słów. Jednak kiedy trafiłam na bloga przez zupełny przypadek, dosłownie wsiąkłam. Przeczytałam za jednym posiedzeniem niemal wszystko, co tam do tej pory zostało napisane, a i czytałabym dłużej, gdybym miała na to czas.

Anke pisze sporo o tańcu i swoich doświadczeniach z tym związanych, ale też dzieli się przemyśleniami, które każdy, nawet nietańczący odbiorca jej tekstów może odnieść do siebie. Naprawdę miło zanurzyć się w jej radosno-refleksyjnym, kolorowym, tanecznym świecie.

Blogi, które uwielbiam.


Tę część przeznaczyłam na blogi, których autorów nie znam osobiście, ale na ich blogach bywam regularnie i zawsze z wielką przyjemnością.

1. Stonerchef: http://www.stonerchef.pl/

To chyba najczęściej odwiedzany przeze mnie blog, poza moim własnym ;) Jestem absolutnie zakochana w ich przepisach, a raczej w czymś, co nazwałabym ich filozofią kulinarną. Są odważni, nie boją się nietypowych połączeń, nie przejmują się kaloriami ;) Potrafią zrobić jakieś milion rodzajów pizzy, kremy do smarowania na bazie ciasteczek i innych smakołyków, najbardziej oryginalne pączki czy serniki, jakie znajdziecie w Internecie... Zachęciłam? ;)

Autorzy bloga może nie byliby specjalnie dumni z takiej fanki jak ja - wegetarianki, bo oni są bardzo zdeklarowanymi mięsożercami. Myślę jednak, że moje nuggetsy z ciecierzycy w panierce z chrupek o smaku pizzy mogłyby przypaść im do gustu ;)

2. Matka jest tylko jedna: https://matkatylkojedna.pl/

Nieraz już umieszczałam linki do tekstów Joanny, więc jeśli czytacie mnie regularnie, to wiecie, że bardzo lubię jej blog. Uwielbiam cytowane przez nią dialogi z jej synkami, chłopcy są po prostu niesamowici :) Joanna pisze mądrze, czasem bawi do łez, czasem wzrusza - też do łez. Nie udaje idealnej ani wszystkowiedzącej osoby. Nie znam jej osobiście, ale bardzo, bardzo ją lubię.

3. Target mąż: http://targetmaz.pl/

Najbardziej niszowy blog w tym zestawieniu. Trafiłam tam zupełnie przypadkiem i się zakochałam. Dowcip autorki, jej talent narracyjny i duży dystans do siebie sprawia, że jej teksty czyta się z ogromna przyjemnością.

To jest blog o randkach. Autorka opisuje swoje przeważnie negatywne doświadczenia w tym zakresie, pisze o nich z humorem i swadą. Jeśli tam zajrzycie, jest obawa, że wsiąkniecie na dobre! :)

Moje blogowe odkrycia.


... czyli blogi, na które trafiłam dzięki działalności w wyżej wspomnianych grupach dla blogerów, blogi, które spodobały mi się, zostałam na dłużej i nawet nawiązałam swego rodzaju koleżeńską relację z ich autorkami.

1. Ja Zwykła Matkaa: http://jazwyklamatkaa.pl/ 

Pisze o sobie "zwykła", a jest zupełnie niezwykła ;) Klaudii zawdzięczam przede wszystkim akcję #JestemBadamSię, to ona jest jej pomysłodawczynią i organizatorką. Niesamowita, kreatywna, ciepła osoba. Porusza na swoim blogu bardzo różnorodne tematy, od gotowania poprzez kulturę i rozrywkę (w tym teatr) po podróże z dziećmi i życie codzienne. Ja osobiście chyba najbardziej cenię jej poważniejsze teksty, poruszające nieraz smutne i trudne tematy.

2. Życie bez makeupu: http://www.zyciebezmakeupu.pl/

Sama idea życia bez makeupu jest mi bardzo bliska, bo zazwyczaj chodzę po świecie nieumalowana ;) A tak poważnie, bardzo lubię ten blog, mówiący o życiu i macierzyństwie bez upiększeń. Można na nim znaleźć mądre przemyślenia i wzruszające, pełne emocji teksty.

3. Mama pod prąd: http://www.mamapodprad.pl/

Słuchajcie, koniecznie musicie zobaczyć ten blog! Nie może być, że tak mało osób korzysta z tego dobrodziejstwa i cieszy się niesamowitym lekkim piórem i pełnym humoru stylem autorki :) Po przeczytaniu tekstu o kotach i ciąży wiedziałam, że będę tam zaglądać tak często, jak tylko znajdę czas :)


Jakie blogi lubicie Wy? Może polecicie mi któryś z Waszych ulubionych?

poniedziałek, 19 marca 2018

Kobieto, idź do lekarza! - czyli "Ciotka Zgryzotka" Małgorzaty Musierowicz.



Odkąd pojawiła się informacja, że najnowsza część Jeżycjady już na pewno ukaże się w tym roku, wiedziałam, że na tym blogu pojawi się jej recenzja. Nie mogłam jeszcze wtedy wiedzieć, że to, co przeczytam w książce, będzie tak idealnie pasowało do tematyki tego bloga, która na co dzień związana jest raczej z kwestiami dotyczącymi rodzicielstwa niż z literaturą.

Choć właściwie, mogłam się tego spodziewać. Bohaterki Jeżycjady mają już dzieci i wnuki, właściwie w każdym tomie pojawia się ostatnio jakieś nowe maleństwo. Trudno uciec od tego tematu, a autorka niewątpliwie się w nim lubuje, co widać również w jej wpisach na autorskiej stronie internetowej musierowicz.com.pl.

Ale zanim o dzieciach i o rodzicielstwie, zanim o "Ciotce Zgryzotce", opowiem Wam może, jak to się zaczęło i czemu trwa do dzisiaj.

Dlaczego Musierowicz?


Przeczytałam w życiu naprawdę wiele książek, lepszych i gorszych. Na Jeżycjadę trafiłam, kiedy miałam jakieś siedem lub osiem lat. Pamiętam, że gdy w 1996 roku zobaczyłam w księgarni najnowszą wówczas, jedenastą część Jeżycjady, czyli "Córkę Robrojka", byłam już po kilkukrotnej lekturze wszystkich wcześniejszych tomów. Te książki to moje dzieciństwo, dorastanie, wkraczanie w dorosłość. Cieszyłam się, że mogę sięgać po kolejne książki tej samej autorki i wracać do tych samych postaci, które już zdążyłam polubić, a także poznać nowe, równie barwne i błyskotliwie opisane.

Ulubiona postać? Laura, odkąd się pojawiła. Mam słabość do postaci, które nie są kryształowo pozytywne. Laura jest tak bardzo "moja", że bardziej się chyba nie da: nie dość, że nosi jedno z moich ulubionych imion i reprezentuje ten typ kobiecej/dziewczęcej urody, który zawsze mi się podobał, to jeszcze jest, zupełnie jak ja, niedobrą młodszą siostrą siostry idealnej, tak samo jak ja kocha śpiewać, a w najnowszych tomach okazuje się, że jej perypetie związane z zajściem w ciążę i porodem są bardzo podobne do moich.

Ulubiony tom? Chyba nie potrafię odpowiedzieć, bo zbyt często się to zmieniało. Pod względem literackim najbardziej doceniam "Opium w rosole", za świeżość, humor i najlepiej opisaną nastolatkę doceniam również "Szóstą klepkę". Największy sentyment mam do "Kwiatu kalafiora", najbardziej pomogła mi w okresie dorastania "Ida sierpniowa". W dzieciństwie najbardziej lubiłam "Nutrię i Nerwusa", za powiew przygody. W czasie Świąt zawsze ciepło myślę o "Noelce". Najbardziej chyba jednak skradło moje serce "Dziecko piątku".

Kiedy dzisiaj, jako dorosła kobieta, sięgam po Jeżycjadę, jest to dla mnie tak jakby spotkanie z kimś, z kim w dzieciństwie spędzałam dużo czasu. Niby wiem, że się zmieniliśmy, że żadne z nas już nie jest tamtym dzieciakiem, ale mimo wszystko miło się spotkać, powspominać, dowiedzieć się, co słychać u tamtej osoby, która kiedyś była tak bardzo bliska. 


Co z tą Zgryzotką?


Pewnym zakłopotaniem napawa mnie fakt, że jestem w mojej opinii na temat "Ciotki Zgryzotki" znacznie łaskawsza niż znajome mi osoby, z którymi zazwyczaj zgadzam się, jeśli chodzi o ocenę kolejnych tomów Jeżycjady. Chociaż po przeczytaniu książki mam wyjątkowo mieszane odczucia, to jednak przeważają w nich wrażenia pozytywne. 

Jednym z najczęstszych zarzutów zarówno wobec książki, jak i wobec autorki jest jednoznacznie i bezkompromisowo lansowany światopogląd, że kobieta może znaleźć szczęście tylko i wyłącznie w związku małżeńskim (najlepiej ze swoją pierwszą miłością) i z dzieciątkiem przytulonym do piersi. Odniosłam się już raz do tego poglądu w moim wcześniejszym tekście na temat Jeżycjady. Świadomość, że taką, a nie inną wizję życia kobiety lansuje moja niegdyś ulubiona autorka, jest dla mnie o tyle mało bolesna, że sama jestem przecież szczęśliwą żoną i matką. Pewnie znacznie trudniej by mi się to czytało, gdybym była singielką, która ani myśli o zakładaniu rodziny.

Na samym początku książki czułam w niej swego rodzaju pęknięcie. Bo z jednej strony jest główna bohaterka, szesnastoletnia Nora Górska, która z dość oczywistych względów nie znosi swojego imienia. I ta postać, wraz ze swoim nastoletnim buntem, poczuciem, że jest niezrozumianą, niedocenianą i niedostrzeganą, ze swoją topornością i niezdarnością, z pewnym zakłopotaniem faktem, że przestaje być dziewczynką i powoli staje się kobietą, z pierwszym zakochaniem, z bardzo celnymi nieraz obserwacjami na temat swojej licznej rodziny - ta postać jest napisana dobrze, spójnie, realistycznie. Choć nie ukrywam, że jednak czegoś mi w tym opisie brakuje. Kiedy czytałam o również szesnastoletniej Cesi Żak z "Szóstej klepki", miałam poczucie, że trzecioosobowy narrator naprawdę silnie identyfikuje się z postacią tej dziewczyny i rozumie ją. Kiedy czytałam o Patrycji - Pulpecji, do której Nora jest tak bardzo podobna, dostrzegałam w spojrzeniu narratora może trochę pobłażliwej ironii, ale jednak nadal czułam więź, porozumienie. Kiedy czytam o Norze, mam wrażenie, że narrator patrzy na nią z perspektywy nawet nie matki, ale babci, patrzy i dobrodusznie pokpiwa, że takie to młode, głupie, nie wie jeszcze, czego chce, jeszcze dorośnie i nabierze ogłady. Cóż, obawiam się, że tego już się nie da przeskoczyć - autorkę i opisywane przez nią nastolatki dzieli już chyba zbyt duża przepaść pokoleniowa. Może po prostu nie da się w pełni zidentyfikować z kimś, kto jest w wieku Twoich wnuków.

Niemniej, Nora da się lubić. Z drugiej strony natomiast jest postać jej ciotki, Idy, która w zamierzeniu odautorskim ma być chyba zabawna i ekscentryczna, w rezultacie jest jednak irytująca i sztuczna. Mam wrażenie, że pisząc postać dorosłej Idy, autorka wpadła w pewną pułapkę: najpierw zrobiła z niej zupełną wariatkę, a potem próbowała ocieplić wizerunek Idy, zachowując jednocześnie konsekwencję i spójność postaci. Trochę to karkołomne. Po pierwszym intensywnym wystąpieniu Ida usuwa się jednak na dalszy plan, a książka bardzo na tym zyskuje. Jej siostry zresztą też należą raczej do tła. W moim odczuciu, Norze udało się to, co nie udało się większości postaci z młodszego pokolenia rodu Borejków - naprawdę jest główną bohaterką swojej książki. Jedynymi, którzy w znaczącym stopniu kradną jej show, są inni młodzi: Józinek i Dorota, Ignaś i Aga, Róża i (nieobecny) Fryderyk.

Zatem, co słychać u młodzieży?


Józinek i Dorota nie odzywają się za dużo, jak to oni, co w moim odczuciu jest kolejną zaletą książki - och, jak ja nie lubię Józka! Natomiast ich wesele i przygotowania do niego tworzą w dużym stopniu oś wydarzeń w książce (oraz, jak dla mnie, są głównym źródłem irytacji). Dorotka jest idealną musierowiczowską panną młodą: nie stroi się, nie maluje, nie przejmuje, po prostu śliczna, skromna, grzeczna wnusia. Wesele jest organizowane w kilka dni, ale to wystarczy, by pojawiły się na nim wszystkie ważniejsze postaci z poprzednich tomów. Nawet jeśli - co prawdopodobne - Józinek z nimi słowa w życiu nie zamienił.

Ignaś i Aga są młodym małżeństwem i spodziewają się dziecka. Podoba mi się, jak są opisani - bez lukru, ale życzliwie. Agnieszka, wrażliwa artystka, jest w ciąży dość humorzasta i zachowuje się co najmniej nieracjonalnie, o czym napiszę później nieco więcej. Ignaś ma dla niej mnóstwo cierpliwości i miłości. Jest naprawdę sympatyczny, choć niewątpliwie pod pantoflem żony. Podoba mi się zresztą spostrzeżenie, że Aga, pozornie taka delikatna, w rzeczywistości rządzi całą rodziną i każdy się jej słucha. To takie prawdziwe. Znam w moim otoczeniu takie osoby; są tak wrażliwe, że nikt nie chce zrobić im przykrości i w efekcie wszyscy im ustępują.

Wątek Róży i jej problemów małżeńskich jest dla mnie dość dziwny i nie do końca wiem, co o nim myśleć, jednak trochę się cieszę, że choć jedno małżeństwo w Jeżycjadzie przeżywa jakieś trudne chwile, i że ten opis nie jest jednoznaczny, czarno-biały.

O czym jeszcze warto wspomnieć?


Najbardziej uroczym i chyba najbardziej humorystycznym wątkiem w książce jest fascynująca relacja między Ignacym seniorem a pieskiem Bobkiem. Już pierwsza scena z ich udziałem mnie urzekła. Zupełnie jakbym widziała mojego tatę i jego pieska! 

Pewne wzruszenie i rozczulenie wywołały we mnie również nieliczne, ale wyraziste sceny ukazujące małżeńskie relacje Patrycji i Florka oraz Gabrysi i Grzesia, czyli tego nieco starszego pokolenia. Mam wrażenie, że autorka od dłuższego czasu stara się przekonać czytelników, że te małżeństwa są naprawdę udane, i w tym tomie rzeczywiście to widać.

Ogólnie, w odbiorze książki mocno przeszkadza mi fakt, że co chwilę widzę w niej próby polemiki z czytelnikami i chęć zaspokojenia ich oczekiwań. Jesteście ciekawi, co słychać u dawno niewidzianych bohaterów? To proszę bardzo, władujemy ich wszystkich na wesele Józków, nawet jeśli zaproszenie dostali dwa dni wcześniej! Narzekacie, że wszystkie młode matki radzą sobie idealnie w nowej roli, a wszystkie małżeństwa są cukierkowo szczęśliwe? To proszę, popsujemy małżeństwo Róży, a Agę pokażemy w roli młodej matki przerażonej macierzyństwem. Przeszkadza Wam wysyp par, które zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia i zaraz muszą brać ślub? To proszę bardzo, macie Norę, która... Nie, nie będę zdradzać zakończenia. Trochę rozumiem, skąd się bierze u autorki taka chęć dogodzenia czytelnikom, jednak przez to mam poczucie, że to, co czytam, nie jest do końca autentyczne.

Co jeszcze mi przeszkadza? Autorska niechlujność, skutkująca m.in. tym, że nikt z Borejków już nie pamięta, że Grzegorz Stryba ma córkę z pierwszego małżeństwa, Elkę, a czternastoletnia Mila i nieco starsi od niej synowie Natalii opisywani są jak jakieś przedszkolaki. Widoczna w narracji dziwna niechęć do aktywności ruchowej i sportu, a zarazem ciągła krytyka (wyrażona przeważnie ustami Idy) osób, które mają parę kilogramów za dużo. Ba, w "Ciotce Zgryzotce" dostaje się nawet ropuchom, że są niestety tłuste.

Światopogląd wylewa się oczywiście z każdej strony; nowy kolega Łusi jest co prawda Japończykiem, ale jest w porządku, bo ochrzczony, a w dodatku cytuje Homera, jest więc idealnym kandydatem do ręki Pałysówny. Nie, żeby się już oświadczał czy coś.

Wybaczcie, że opisuję to wszystko tak skrótowo, ale mam poczucie, że ten tekst rozrasta się do trochę zbyt dużych rozmiarów, a chcę jeszcze przejść do wątku, który wzbudził we mnie najwięcej emocji.

Kobieto, idź do lekarza!


... czyli Agnieszka i jej ciążowe perypetie.

Wrażliwa artystka bardzo boi się ciąży, porodu i macierzyństwa. Do tego stopnia, że po kilku wizytach u lekarza poczuła się na tyle wystraszona, że dla własnego komfortu zrezygnowała z dalszych wizyt. Jakie to będzie miało dla niej konsekwencje, dowiecie się z książki, jeśli ją przeczytacie. Moim zdaniem autorka i tak potraktowała nieodpowiedzialną Agę bardzo łaskawie, no ale w końcu to są książki dla młodzieży.

Po wielu przemyśleniach na ten temat stwierdzam, że to jednak dobrze, że taki wątek się pojawił. Bo przecież my nie wiemy o tym, ale takich młodych dziewczyn jak Aga może być więcej niż nam się wydaje. Niedawno na jednym blogu przeczytałam historię nastoletniej matki, która bała się powiedzieć komukolwiek o ciąży, i w konsekwencji udawała, że nic się nie dzieje chyba gdzieś do siódmego miesiąca. Domyślam się, że takich historii jest sporo. Przerażone nastolatki, beztroskie kobiety przekonane, że jakoś to będzie, osoby panicznie bojące się lekarzy... Choć mnie samej z trudem mieści się to w głowie, jestem świadoma, że istnieją kobiety, które widzą lekarza po raz pierwszy przy porodzie.

Uważam, że to naprawdę dobry pomysł, że becikowe i inne świadczenia rodzicielskie są wypłacane pod warunkiem, że młoda mama ma udokumentowaną opiekę lekarską przynajmniej od 10 tygodnia. Pieniądze to świetny motywator, czy się nam to podoba, czy nie. Nawet jeśli młoda matka sama nie dostrzega potrzeby pójścia do lekarza, zmotywuje ją do tego perspektywa otrzymania świadczeń.

W książce nie pojawia się ten argument, pojawia się natomiast inny: lekarz prowadzący ciążę ma szansę jak najszybciej wykryć nieprawidłowości. Może stwierdzić, czy są przeciwwskazania do porodu naturalnego i skierować młodą mamę na cięcie cesarskie. Jeśli w grę wchodziłyby jakieś wady wrodzone płodu, dzięki ich wczesnemu wykryciu jest szansa na to, by odpowiednio szybko podjąć leczenie. Współczesna medycyna pozwala nawet na wyleczenie niektórych chorób jeszcze w łonie matki. Nie będzie to jednak możliwe, jeśli matka zrezygnuje z opieki medycznej.

To lekarz ocenia, czy ciąża jest zagrożona. Ja nie miałabym szans donosić ciąży, gdyby nie lekarz. Mojego dziecka by nie było.

Nie mam pewności, czy to przesłanie autorki jest wystarczająco czytelne dla wszystkich młodych czytelniczek. Wierzę, ze sama odczytałam je właściwie. Chciałabym zatem podkreślić je z całą dosłownością, na jaką mogę sobie pozwolić: Trzeba korzystać z opieki medycznej w ciąży. Unikanie lekarza jest nieodpowiedzialne, może grozić śmiercią matki i dziecka.

Czy polecam tę książkę?


Cóż, jeśli po wszystkim, co napisałam na jej temat, masz ochotę ją przeczytać, to chyba... polecam ;) Można się uśmiechnąć, można się wzruszyć, kwestie światopoglądowe zostawiam każdemu do indywidualnej oceny.

poniedziałek, 12 marca 2018

Tatą być.


Było już dobrze po piętnastej. Robert przerwał nagle zabawę i zawołał radośnie: "Tata!".
Zaczęłam nasłuchiwać. Rzeczywiście, w korytarzu zaskrzypiały drzwi i ewidentnie ktoś zdejmował właśnie buty.
Zwróciłam się do synka:
- Jesteś pewien? Wiesz, kto do nas przyszedł?
- Tata! - wołał jeszcze radośniej.
- Na pewno? Tata przyszedł?
- Tata! Tata! Tata!
Kiedy mąż otworzył drzwi i wszedł do pokoju z tym swoim wzruszonym uśmiechem na twarzy, Robert podbiegł do niego, ciągle wykrzykując "Tata" i wyciągając maleńkie rączki do góry.

Nie zawsze jest taki czujny. Czasem orientuje się, że tata już przyszedł dopiero wtedy, gdy tata jest już w pokoju. Wtedy na buzi naszego synka pojawia się zaskoczona minka i promienny uśmiech. A po chwili słyszymy radosny okrzyk: "Tata!" i już maleńkie nóżki biegną szybko, a malutkie rączki wyciągają się w górę, żeby przywitać, żeby przytulić.


Kiedy zostajesz tatą, wszystko się zmienia.



To banał, ale chyba tak naprawdę nie każdy zdaje sobie sprawę z ogromu tych zmian, dopóki to się nie wydarzy. Pamiętam, jak sama tłumaczyłam kiedyś mniej więcej tymi słowami: "Przecież na początku jest dziewięć miesięcy ciąży, potem dziecko przez większość czasu tylko śpi i je, czyli od momentu zapłodnienia masz jeszcze co najmniej rok, zanim będzie czym się przejmować!". Och, jak mnie to dzisiaj bawi :) 

Zmiany zaczynają się od razu, czyli od momentu, kiedy partnerka pokazuje Ci, za przeproszeniem, posikany patyczek z dwiema kreskami, który w zależności od nastawienia jest dla Ciebie albo najpiękniejszym, albo najbardziej przerażającym widokiem w życiu. Zmiany zaczynają się, kiedy ona jest w ciąży. 

Ile jest ciąż, tyle jest przebiegów ciąży, jedne kobiety kwitną, czują się rewelacyjnie do samego końca, inne lądują kilkakrotnie w szpitalu, słabną, chorują i generalnie przez większość czasu leżą. Jednak nawet jeśli Twoja partnerka ma szczęście należeć do tej grupy szczęściar, które znoszą ciążę dobrze, możesz spodziewać się, że któregoś dnia odbierzesz telefon i usłyszysz: "Przyjedź po mnie, nie dam rady sama wrócić do domu". Któregoś wieczoru ona być może niespodziewanie wybuchnie płaczem, bo w żadnej pozycji nie jest jej wygodnie. Jeśli dotąd Wasze relacje opierały się na równości i partnerstwie, musisz liczyć się z tym, że od tej pory to Ty jesteś tym trochę silniejszym partnerem, tym spośród Was dwojga, które musi zadbać o swoją drugą połowę.

Ale to nie wszystko. Podczas wspólnych zakupów trochę z ciekawości, a trochę przypadkiem skręcicie w alejkę z ubrankami i akcesoriami dla niemowląt. I może się okazać, że te małe ubranka i buciki będą dla Ciebie prześliczne. Ty, twardzielu, mężczyzno nieskłonny do wzruszeń możesz nagle mieć uśmiech dookoła głowy na widok uroczych śpioszków. Może nawet je kupisz. Przecież już niedługo się przydadzą.

Kiedy pójdziesz z matką Twojego dziecka na USG i zobaczysz, jak ta mała istota w jej brzuchu zaczyna coraz bardziej przypominać człowieka, zobaczysz na ekranie rączki, nóżki, twarz, nosek, może zobaczysz, jak ziewa - może się zdarzyć, że się wzruszysz. Tak tylko ostrzegam.

Kiedy rodzi się dziecko.



Czekają Cię piękne, ale i trudne chwile. Tak jak i trudne chwile czekają Twoje dziecko, które właśnie opuściło swoją bezpieczną, dobrze znaną przestrzeń życiową i musi się zaadaptować w nowym środowisku. Może się zdarzyć, że przez długi czas tylko ramiona mamy będą w stanie przynieść Twojemu dziecku ukojenie. To może być niełatwe doświadczenie; przez pewien czas możesz się czuć tym drugim rodzicem.

Twoja partnerka też musi przystosować się do nowej sytuacji. Właśnie została mamą, w jej ramionach leży bezbronna istota całkowicie zależna od niej. Może będzie się czuła, tak jak ja, trochę jak automat, tak zadaniowo: nakarmić dziecko, utulić dziecko do snu, przebrać dziecko, umyć dziecko, nakarmić dziecko... Po czym, gdy zaproponujesz jej jakąś miłą rozrywkę, coś z czasów, gdy spędzaliście popołudnia tylko we dwoje, ona szczerze się zdziwi: po co? Przecież ona ma tyle na głowie. Musi zająć się dzieckiem.

Kiedy weźmiesz swoje maleńkie dziecko na ręce, możesz czuć obawę, że zrobisz mu krzywdę, przecież to wszystko jest takie małe! Te rączki, paluszki! Nie bój się. Taki mały człowiek nie jest wbrew pozorom aż tak kruchy. Przetrwał poród, a to jest nie lada wyzwanie. Twój ostrożny, czuły dotyk nie zrobi mu krzywdy.

Karmienie i nie-karmienie.


Twoja partnerka prawdopodobnie będzie, tak jak ja, karmić piersią. To jest dla wielu mam przepiękne doświadczenie, pozwalające na zbudowanie niezwykłej więzi z dzieckiem. Co jakiś czas pojawia się pytanie: gdzie w tym wszystkim miejsce dla ojca?

(Nie zapomnę nigdy, jak mój mąż demonstrował kiedyś, jaką minę miał synek, gdy próbował raz "pożywić się" u taty. Zgodnie z relacją, mały spróbował, rozejrzał się dookoła i w końcu zawołał dość rozpaczliwie: mamaaa!) :)

Na to pytanie próbowali odpowiedzieć producenci mleka modyfikowanego, reklamując swój produkt jako mleko, którym może karmić i tata. Promotorzy karmienia piersią odbili jednak piłeczkę, tłumacząc, że przecież tata może karmić dziecko również mlekiem matki, odciągniętym, podanym w butelce. Najbardziej jednak w całej tej dyskusji podoba mi się zdanie Hafiji, której blog bardzo Wam wszystkim polecam - jest ona wyjątkową ekspertką w dziedzinie karmienia piersią. Otóż Hafija ujęła to tak:

"Ojciec ma unikalne zadanie, bo jest to pierwsza osoba, która pokazuje dziecku, że miłość nie zawsze przychodzi z jedzeniem".

Dokładnie tak. Dodam jeszcze, że moim zdaniem tata Roberta potrafi o wiele umiejętniej utulić dziecko do snu niż ja. I nie jest to wcale kurtuazja z mojej strony. Ja zazwyczaj po prostu daję synkowi pierś i on przy niej zasypia, mąż nie ma tego koła ratunkowego do dyspozycji, musi więc radzić sobie bez niego - i robi to świetnie.

Dziecko rośnie tak szybko.



Ten czas, kiedy Twoje dziecko jest bezbronną kuleczką wtuloną w mamę, skończy się szybciej niż przypuszczasz. Wkrótce zacznie się przemieszczać, potem postawi pierwsze kroki. Niedługo usłyszysz to piękne słowo "tata". Zobaczysz, jak dziecko z fascynacją odkrywa, że posiada pępek i usłyszysz, jak po raz pierwszy śpiewa po swojemu zasłyszaną w radio piosenkę. W tym czasie Ty nauczysz się perfekcyjnie zmieniać pieluchę i nawet nie przypuszczasz jeszcze, jakim zachwytem będzie Cię napawał widok zdrowej kupy :) Będziesz potrafił rozbawić swoje dziecko jak nikt inny, pierwszy zaczniesz rozróżniać w jego dziecięcej paplaninie poszczególne słowa i nauczysz się interpretować różne rodzaje jego płaczu. Nawet nie przypuszczasz jeszcze, jak wiele będziesz umieć.

Czekają Cię lata pełne bezwarunkowej miłości, ale też wielkiej odpowiedzialności. Te małe oczka będą wpatrzone w Ciebie jak w drogowskaz. Będą uczyły się na Twoim przykładzie. Te małe uszy będą słuchały Twoich słów i będą w nie wierzyć bezgranicznie, bo przecież tata tak powiedział. Te małe nóżki będą biegły w Twoją stronę. Ta mała głowa będzie uczyć się od Ciebie i chłonąć jak gąbka to, co masz jej do przekazania. To male serduszko będzie się uczyło od Ciebie, jak kochać.

"- Robaczku, kochasz tatusia?
- Tak!
- Kochasz tatusia! Naprawdę?
- Taaak.
- A wiesz, że tatuś też ciebie bardzo kocha?
- Mhmmmm..."

wtorek, 6 marca 2018

Zgoda buduje, czyli: jak to w końcu jest z tym małżeństwem.


Jaki tu ruch się zrobił ostatnio! Niektórzy z Was pewnie są przyzwyczajeni do takiej sytuacji i nie robi to na Was szczególnego wrażenia, dla mnie jest to nowe i zupełnie fantastyczne doświadczenie. Cieszę się, że zajrzeliście, mam prośbę: rozgośćcie się i zostańcie na dłużej. Nieczęsto piszę wielkie i przełomowe teksty, ale te krótsze i lżejsze również są warte przeczytania.

Dzisiejszy wpis mógłby powstać w ramach akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa (w której zresztą wzięłam udział, ale z innym tekstem), gdybym nieco wcześniej wpadła na pomysł, by go napisać. Jest jednak inna, ważna okazja: w tym tygodniu obchodzimy z mężem rocznicę, jedną z trzech ważnych rocznic, które świętujemy co roku, dziewiątą rocznicę naszego związku.

W poprzednim tekście pisałam o tym, że coś przełomowego wydarzyło się w moim życiu dziewięć lat temu, a teraz, że od dziewięciu lat jesteśmy razem? Tak, te dwa fakty się ze sobą wiążą.

Dawno, dawno temu...


Trudno pisać o dziewięcioletnim, udanym związku bez uderzania w sentymentalną nutę. Zwłaszcza, że historia tej znajomości jest do bólu hollywoodzka i sentymentalna. Serio, znacie te bajki o dziewczynie, która ma swój wyśniony ideał mężczyzny, ale rozsądek podpowiada jej, żeby nie szukać ideałów, tylko dać szansę zwyczajnym, ale prawdziwym mężczyznom z krwi i kości - po czym jednak niespodziewanie spotyka ten swój ideał? I nie daje mu szansy, bo przecież w planach jest już jej ślub z innym, ale po długich i nieraz dramatycznych perypetiach ostatecznie odjeżdżają jednak wspólnie w stronę zachodzącego słońca? No, więc to jest bajka o mnie.

I żyli długo i szczęśliwie. 



Nie, nie jest idealny. I nie mam zamiaru pisać mu kolejnej laurki, już jedną na tym blogu ma ;) Chciałabym dzisiaj poruszyć nieco inną kwestię. Jak to jest, kiedy mąż i żona prawie we wszystkim się zgadzają?

Hm, jak to jest - jest fantastycznie! :) Ale ta sytuacja ma też swoje słabe strony.

Jesteśmy równie podobni do siebie, co różni. Od dziewięciu lat ze zrozumiałych względów pracujemy raczej nad budowaniem i wzmacnianiem podobieństw niż nad pogłębianiem różnic. Jeśli się nie zgadzamy, często dyskutujemy na ten temat nawet bardzo żywiołowo, we dwoje, bez świadków. Po czym przypadkiem, w którejś kolejnej rozmowie wychodzi na jaw, że w sumie to już się zgadzamy, wypracowaliśmy jakieś wspólne zdanie, któreś z nas nawet nie do końca świadomie dało się przekonać drugiemu i odtąd jesteśmy zgodni również i w tym temacie. To jest małżeństwo, to jest wspólne życie. Nie wojna, nie debata, w której trzeba wygrać, zdominować przeciwnika, pokonać argumentami. 

Łączą nas podobne zainteresowania, pasje, marzenia. Im dłużej jesteśmy razem, tym jest ich więcej. To on zabrał mnie na żagle. To ja zabrałam jego w góry. To przy nim zaczęłam śpiewać gospel. To przy mnie poznał kino indyjskie. Wspólnie odkrywaliśmy świat fotografii. To wszystko odbywa się zupełnie naturalnie, nikt nikogo do niczego nie zmusza, po prostu robimy wszystko razem.

Łączy nas podobny gust prawie we wszystkim. Spróbuj spędzić dziewięć lat z człowiekiem i nie lubić tego, co on lubi. Mimowolnie zaczynasz zauważać na ulicy jego ulubiony kolor, samochody takie, jakie mu się podobają, słyszysz w radiu piosenkę i uśmiechasz się, bo on tę piosenkę lubi. Czasem trzeba też podjąć wspólną decyzję, a jedno z nas nie ma zdania, wtedy gust i punkt widzenia jednej osoby staje się wspólnym zdaniem i na jego podstawie zostaje podjęta decyzja.

Łączą nas te same wartości, poglądy, podejście do życia. W dużym stopniu można powiedzieć, że mamy podobne charaktery.

Ale nie jesteśmy w stu procentach identyczni.


Różnią nas temperamenty. Ja jestem towarzyska, dynamiczna, intensywna. Mąż jest raczej bardziej zdystansowany. W sytuacjach konfliktowych ja staram się być dyplomatyczna, mąż niekoniecznie przebiera w słowach. Mimo to regularnie, ciągle i w różnych sytuacjach jesteśmy brani za jedną osobę, dwugłowego stwora mówiącego jednym głosem.

"Jak byłem singlem, łatwiej mi było się wypowiadać, bo przynajmniej wszyscy wiedzieli, że to moje zdanie", stwierdził ostatnio mój mąż.

W różnych sytuacjach w większym gronie, w których teoretycznie każdy ma prawo się wypowiedzieć, jedno z nas zawsze jest pozbawiane prawa głosu. Przeważnie jest to właśnie mój mąż. Pewnie dlatego, że ja sama nauczyłam się już unikać sytuacji, w których z pewnością zostałabym wzięta za obrończynię mojego męża, osobę bez własnego zdania.

Tak, przeważnie mojemu mężowi podoba się to, co robię. Z prostej przyczyny: już od dziewięciu lat patrzy na różne rzeczy, które robię. Tak, mój mąż często uważa, że mam rację. Jesteśmy dwojgiem ludzi, którzy na ogół myślą podobnie, między innymi to nas właśnie połączyło. 

Tak, podoba mi się praktycznie wszystko, co robi mój mąż. Może i nie jestem obiektywna, ale kiedyś przecież byłam, te dziewięć lat temu. Kiedyś zobaczyłam go po raz pierwszy, nic o nim nie wiedziałam i spodobał mi się. Kiedyś podjęłam decyzję, że to jest mężczyzna, z którym spędzę życie. Nie miał wtedy forów, nie był na wygranej pozycji, a jednak wygrał.

Żadne z nas nie straciło swojej indywidualności. Nadal jesteśmy tymi samymi osobami, które lata temu zakochały się w sobie.

Kiedy nie zgadzamy się ze sobą, zazwyczaj rozmawiamy o tym w cztery oczy. Mamy mnóstwo okazji, mnóstwo czasu, by o tym porozmawiać. W końcu spędzamy wspólnie życie.

Czeka nas milion wspólnych decyzji.



Każdego dnia będziemy podejmować kolejne, wspólne decyzje. Szczególnie przy wychowywaniu dziecka. Kiedyś nie byliśmy do końca zgodni w kwestii kar cielesnych, teraz dla obojga jest jasne, że żadne z nas nie podniosłoby ręki na naszego synka. 

Zależy mi na tym, żeby dziecko widziało naszą zgodę jak najczęściej. Nie chcę, żeby któreś z nas było w jego oczach tym złym rodzicem. Nie chcę, żeby kiedykolwiek słyszał ode mnie: "poczekaj, aż ojciec wróci do domu!". 

Życie razem to sztuka podejmowania wspólnych decyzji, wymagająca nieraz wzajemnego docierania się i kompromisów. Nie jesteśmy tacy sami, ale gramy w jednej drużynie - i oby zawsze tak było :)

Autorką pięknych zdjęć jest Agata Łudzik - Fotojaga :)