czwartek, 22 czerwca 2017

Mąż i ojciec.



Nie mogło dzisiaj zabraknąć tego tematu. Jutro jest przecież taki ważny dzień. Podwójne święto: rocznica ślubu i Dzień Ojca. I o ile to będzie już piąta rocznica ślubu, Dzień Ojca będziemy świętować po raz pierwszy.

Pamiętam te wszystkie rocznice, pamiętam też sam dzień ślubu - romantyczny, trochę nerwowy, ale pełen ciepła, słoneczny, spędzony w gronie bliskich ludzi. Choć żyję z dnia na dzień, lubię jednak wracać do wspomnień, a tych mamy mnóstwo, znacznie więcej niż pięć lat.

Pamiętam, jak się poznaliśmy.


Właściwie to akurat pamiętam najsłabiej. Naszemu pierwszemu spotkaniu nie towarzyszyły żadne wyjątkowe okoliczności. To nie był dzień, który zostaje w pamięci i do którego wraca się z sentymentem, to był jeden ze zwyczajnych dni, takich, w których budzisz się rano i robisz to, co zawsze, a wieczorem idziesz spać. Któreś lutowe lub marcowe popołudnie w szkole.

Pamiętam, że mi się spodobał, ten nowy chłopak w szkole. Pomyślałam o nim, że jest w moim typie. Wiecie, jak to jest - macie swój typ? Jednej podobają się opaleni bruneci, innej jasnoocy blondyni, a mnie podobali się zawsze dokładnie tacy mężczyźni jak on. To aż dziwne uczucie, spotkać kogoś takiego. W każdym razie - spotkałam go, spodobał mi się i poszłam dalej, nie szukałam nowych znajomości ani tym bardziej nowego związku. Byłam wówczas zajęta zacieśnianiem ówczesnego, tak z miesiąc-dwa przed zaręczynami.

Lubię patrzeć czasami na mojego męża, ojca mojego dziecka i szukać w nim tego ładnego chłopaka ze szkoły, którego widziałam wtedy po raz pierwszy i zupełnie nic o nim nie wiedziałam. To takie niesamowite, że ta najbliższa osoba była kiedyś zupełnie obcą, że przez wiele tygodni, nawet miesięcy to był po prostu kolega ze szkoły i nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłby stać się dla mnie kimś więcej. Pewnie nigdy nie przestanie mnie to zadziwiać.

Pamiętam, jak się kłóciliśmy.


Kilka dni temu moja przyjaciółka, chrzestna Roberta powiedziała nam, że zna tylko jedną idealną parę i to jesteśmy my. Do ideału nam bardzo daleko, ale skłamałabym twierdząc, że nie wiem, skąd się biorą takie opinie. Jesteśmy tą parą, tą wiecznie zakochaną, nierozłączną dwójką, na których niektórzy nie mogą patrzeć, a inni wręcz przeciwnie - patrzą z przyjemnością i, jak twierdzą, odzyskują wiarę w miłość. 

To miłe, niemniej wcale nie jesteśmy idealni. I kłócimy się. O wszystko: o to, że jedno z nas zrobiło minę, a drugie powiedziało coś za cicho, za to z kolei pierwsze za głośno, o to, że jedno było pewne, że drugie coś zrobi, a drugie nie zrobiło i to pierwsze wcale nie powinno było być takie pewne. O to, że jedno powinno było się domyśleć, a drugie jest proste i się nie domyśla, a to pierwsze myślało, że to drugie miało coś innego na myśli. Czasami nawet nie wiemy, o co się kłócimy.

Pamiętam, jak pokłóciliśmy się o dziecko, czy raczej o hipotetyczną możliwość posiadania dziecka w przyszłości. Chyba tylko raz to się zdarzyło. Jakiś tydzień przed ślubem kościelnym, tuż po naukach przedmałżeńskich. To był najwyższy czas na taką rozmowę, nieprawdaż?

Mój mąż nie widział siebie absolutnie w roli ojca. Ja też go w tej roli nie widziałam. Ani siebie w roli matki. Co do tego byliśmy zgodni.

"Ja sam o siebie wcale nie dbam. Jem byle co, sypiam po kilka godzin dziennie. Boję się, że o dziecko też nie umiałbym zadbać", tłumaczył wtedy.

Lubię wracać myślami do tej dwójki zakochanych dzieciaków, przerażonych perspektywą, że mogliby kiedyś przez przypadek zostać rodzicami i szukać w sobie odpowiedzialności, której w sobie wówczas nie widzieli. To niesamowite, że to byliśmy my, ci sami, tylko kilka lat młodsi, ubożsi o wiele pięknych, ale i wiele trudnych doświadczeń.


Pamiętam, co powiedział mi po porodzie. 


Powiedział mi wiele ważnych i wartościowych rzeczy, ale jedną z nich zapamiętałam szczególnie mocno. Powiedział mi, że jestem piękną dziewczyną. Potrzebowałam tych słów nie dlatego, że czułam się wówczas jak żeńskie wcielenie Quasimodo i rozpoznawałam się w lustrze tylko dzięki logicznemu myśleniu. Potrzebowałam tych słów, bo zapewniały mnie o tym, że nic się nie zmieniło, że on nadal widzi we mnie tę osobę, w której się zakochał, że nie zamieniłam się nagle w automat do karmienia i przewijania noworodka, ale nadal jestem kobietą, nadal jestem dziewczyną, jestem młoda, piękna i kochana. Potrzebowałam tego.

Pamiętam, jak przytulił naszego synka.


Jednej nocy mały wystraszył się i płakał głośno. Mąż był przy nim pierwszy, chwycił go w ramiona i powtarzał "już dobrze, syneczku". Często mam ten obraz przed oczami, zwłaszcza w chwilach takich jak teraz, gdy myślę o nim jako o ojcu. Widzę mocny, pełen miłości uścisk, słyszę czułość i troskę w głosie. W tamtej chwili zobaczyłam, jak wielka i piękna jest więź między nimi.

Tych wspomnień, bardzo przecież świeżych, jest mnóstwo, a codziennie powstają następne. Pamiętam, jak twarz Roberta, który jeszcze chwilę wcześniej był marudny, rozpromieniła się dzisiaj na widok taty. Pamiętam, jak mąż śpiewał synkowi piosenki, których właśnie się uczył, a mały słuchał ich zachwycony. Pamiętam, jak wszyscy troje tańczyliśmy i śmialiśmy się przed lustrem. Pamiętam, jak mąż się ucieszył, kiedy po raz pierwszy nosił synka w nosidełku i szczególnie zachwycał się faktem, że główka dziecka jest na idealnej wysokości, żeby ją całować. Pamiętam, jak malutki zasnął u taty w nosidełku, tak zabawnie odchylając główkę do tyłu. Pamiętam mnóstwo chwil, a wszystkie pełne miłości i uśmiechu.

Nieznajomy chłopak ze szkoły, młody i beztroski mężczyzna tuż przed ślubem, kochający ojciec, którego obserwuję na co dzień - to wszystko jeden i ten sam wyjątkowy człowiek, z którym mam szczęście spędzać życie. Cieszę się, że razem dorośliśmy do tego, żeby stać się rodzicami. Przed nami jeszcze wiele niezwykłych, niezapomnianych chwil - i jeszcze wiele pięknych rocznic.



piątek, 9 czerwca 2017

O przyjaciołach, których znamy i nie znamy.


Poznałyśmy się jeszcze w szkole, ale nie była to szczególnie bliska więź. Spotkałyśmy się po latach, w sprawach - nazwijmy to - biznesowych, i wtedy dopiero zaskoczyło. Okazało się, że jedno spotkanie to za mało, że z nikim nie gada się tak dobrze jak z nią i że, krótko mówiąc, chcemy więcej. Ona pierwsza zaczęła mówić o przyjaźni, ale ja też nie miałam jakichś oporów przed używaniem tego słowa. 

Jakoś instynktownie czułam, że jest to osoba, z którą mogę szczerze porozmawiać o moich wielkich poważnych sekretach. I jakoś nigdy tego nie zrobiłam. 

Potem ta nagła wzajemna fascynacja zaczęła słabnąć, zaczęło brakować czasu na spotkania i na rozmowy. Potem pokłóciłyśmy się o głupotę, publicznie i brzydko. Nie rozmawiałyśmy z rok. Zaczęłyśmy na nowo rozmawiać ze sobą i traktować się bardzo serdecznie, ale do wcześniejszej zażyłości już nie wróciłyśmy i pewnie nie wrócimy.

I któregoś dnia, kiedy u mnie na Facebooku toczyła się jedna z wielu burzliwych dyskusji światopoglądowych, w które jeszcze chce mi się angażować, ona napisała do mnie. Poruszona. Napisała mi wtedy, że ona też.

Odpisałam bez namysłu. Ja też.

Dlaczego nigdy nie porozmawiałyśmy o tym? Dlaczego w dwie sekundy potrafiłyśmy opowiedzieć sobie wzajemnie historie, o których nie odważyłyśmy się porozmawiać przez cały czas trwania naszej przyjaźni? Dlaczego teraz, nie wtedy? Dlaczego teraz, kiedy widujemy się od wielkiego dzwonu, a nie wtedy, kiedy spotykałyśmy się regularnie?

Dlaczego czasem o trudnych sprawach łatwiej rozmawia się z osobą prawie obcą niż z kimś bliskim?

Przyjaciele


Nigdy nie należałam do osób, które używają słowa "przyjaźń" z jakąś wielką ostrożnością i namaszczeniem. Znam osoby, dla których, aby zasłużyć na zaszczytne miano przyjaciela trzeba niczym w grze komputerowej (wybaczcie banalne porównanie) zaliczyć szereg osiągnięć. Według nich przyjaciel to ktoś, kogo znasz na pewno dłużej niż rok. Ktoś, komu bezgranicznie ufasz. Ktoś, kto wie o Tobie wszystko i o kim Ty wiesz wszystko. Ktoś, na kogo zawsze możesz liczyć. Ktoś, do kogo możesz się zawsze zwrócić, kiedy Ci smutno i wiesz, że Cię pocieszy. Ktoś, co do kogo masz pewność, że zawsze mówi o Tobie dobrze.

Wiecie, że chyba nikt z moich przyjaciół nie spełnia wszystkich tych warunków?

Przyjaciel to dla mnie osoba, która jest stałym punktem w moim życiu. Jak rodzina. Możemy się nie widzieć miesiącami, ale kiedy wreszcie spotkamy się znowu, czuję się tak, jakbyśmy widywali się codziennie, jakby tych miesięcy rozłąki nie było. Przyjaciel to ktoś, na kogo mogę być wściekła ze sto razy i wykrzykiwać w złości, że żałuję, że w ogóle go poznałam, ale tak naprawdę wiem i jestem pewna, że nie ma takiej rzeczy, nie ma takiej kłótni i takiego przewinienia, które mogłoby nas rozdzielić. Przyjaciel to ktoś, z kim czuję się dobrze, z kim mogę rozmawiać godzinami i jakoś zapominam o tym, że tak w ogóle to ja jestem małomówna. Ktoś, z kim mogę się wygłupiać, śmiać, bawić. A czasem ktoś, z kim porozmawiam o poważnych sprawach. O moich smutkach, o jego smutkach. Ale nie musimy znać wszystkich swoich sekretów. To nie jest warunek ani wymóg. Po prostu czujemy się ze sobą dobrze i swobodnie.

Ilu jest takich przyjaciół? Garstka. Ten cudak, który wiecznie nie ma czasu i nie dotrzymał już chyba ze stu obietnic, bo był zajęty - a innym razem potrafił rzucić wszystko i być przy mnie, bo sytuacja tego wymagała. Właśnie on był przy mnie, kiedy działo się u mnie najgorzej, i jako jedyny spośród wszystkich znanych mi ludzi nie dał się zbyć moim nie chcę o tym rozmawiać.

Ta kobieta, która jest taka nieznośnie idealna i zawsze wszystko wie lepiej, której już dawno przestałam się zwierzać z moich kiepskich nastrojów, bo zamiast pogłaskać po głowie zaczyna mnie pouczać i diagnozować. Ale zawsze ma czas i chęć na rozmowę ze mną, zawsze jest gotowa mi pomóc i doradzić, kiedy czegoś nie wiem i potrzebuję jej rad, wspiera mnie i dopinguje w tym, co robię. I uwielbiam każdą chwilę spędzoną w jej towarzystwie, nawet jeśli rozmawiamy wtedy o tym, czy zupa bez kości to jeszcze zupa.

Ta mała łobuzica, która nie była uprzejma powiadomić mnie o fakcie, że wyszła za mąż. Zjawia się i znika, ostatnio na szczęście przeważnie się zjawia i jest częścią mojego życia od tylu lat, że już właściwie nie pamiętam siebie bez niej. Jest jak rodzina. Jest rodziną.

Ta artystyczna dusza, którą właściwie ledwie co poznałam, nawet chyba dwa lata jeszcze nie minęły, a już najchętniej zakwaterowałabym ją w pokoiku na górze u nas w domu. Po prostu uwielbiam spędzać z nią czas, bawić się z nią, śpiewać, śmiać się i rozmawiać.

Ta bardzo ważna dla mnie osoba, z którą ostatnio jakoś straciłam kontakt, do tego stopnia, że nawet nie poznałam jeszcze jej młodszego dziecka. Wyjątkowa kobieta, która potrafi słuchać jak mało kto. Jakoś tak zawsze wychodziło, że to ona jako jedyna albo jedna z nielicznych dowiadywała się, że działo się u mnie coś niekoniecznie dobrego. Kiedy straciłam pracę, była jedyną oprócz męża osobą, której o tym powiedziałam.

Trochę może zbyt jednostronnie napisałam o tym, ile moi przyjaciele znaczą dla mnie i co mi daje przyjaźń z nimi. Ale wierzę, że każde z nich dobrze wie, że i oni mogą na mnie liczyć, że kiedy będzie taka potrzeba, zawsze będę przy nich, by wesprzeć, pocieszyć, pomóc, by po prostu być.

Nie musza być idealni. To nie egzamin, którego można nie zdać, gdy zabraknie paru punktów. Nie ma takiego słowa, które byłoby zbyt wielkie albo zbyt znaczące, żeby ich opisać.



niedziela, 4 czerwca 2017

Co u mnie słychać?


Pisałam całkiem ładny tekst na Dzień Dziecka, no bo przecież nie godzi się, żeby matka-blogerka zignorowała taki dzień. Po czym kompletnie nie miałam czasu, żeby go ukończyć. Jeden dzień, drugi dzień, trzeci dzień... Czasem mam wrażenie, że gdybym z góry nie narzuciła sobie jakiejś systematyczności, to moje blogowanie skończyłoby równie marnie jak mój dziennik najszczęśliwszych chwil - nieuzupełniany od kwietnia.

Co u mnie słychać?


Mam wrażenie, że jeden z dwóch dialogów najczęściej powtarzających się w moim życiu to - Co u Ciebie? - Dziękuję, wszystko w porządku. Nie zliczę, ile razy słyszałam to pytanie i ile razy odpowiadałam w ten sposób. To taki naturalny ciąg dalszy po Cześć, jak dawno Cię nie widziałam! Kiedyś zdarzyło mi się usłyszeć to pytanie w czasie, kiedy przeżywałam jakieś wyjątkowo trudne chwile. I co odpowiedziałam? Naturalnie, z przyzwyczajenia odpowiedziałam, że wszystko w porządku. Dopiero po chwili przyszło zastanowienie, że przecież nie. 

Zazwyczaj staram się jakoś uzupełnić tę standardową odpowiedź, rozwinąć, powiedzieć, co konkretnie jest w porządku i co tak w ogóle się u mnie dzieje. Problem w tym, że czasami mam wrażenie, że nie dzieje się nic, albo dzieje się ciągle to samo. Ale chyba ostatnio tak nie było, skoro nie widzieliśmy się tak dawno, a ja przez ostatnie dni nie mogłam znaleźć chwili czasu na dokończenie wpisu. Odpowiem Wam zatem tak treściwie jak umiem.

Co tam u mnie?


Dziękuję, w porządku. Przyszły upały, nadchodzi lato, co jest dla mnie zupełnie nową sytuacją i wielką zmianą w życiu. Robert urodził się w grudniu, wtedy trzeba było troszczyć się o to, żeby ciepło go ubrać, odpowiednio nagrzać w domu, uważać, by nie zmarzł. Teraz po raz kolejny wszystko jest nowe, a ja uczę się od początku, jak być mamą w czasie upału. Uważam, żeby nie był ubrany za ciepło, żeby był jak najczęściej w cieniu, chronię go przed zbyt ostrym słońcem. Już nie wychodzimy na spacery w samo południe. W lesie musimy uważać na komary. Udaje nam się to całkiem nieźle, no, to znaczy - udaje nam się uchronić Roberta. Ja jestem cała w bąblach. Zresztą słońce też mnie przypiekło, a teraz schodzi mi skóra z ramion i dekoltu. Ale to już znam i nie robi to na mnie takiego wrażenia.

Pracuję. Dzielę mój czas wolny między wykonywanie zadań dla trzech różnych zleceniodawców. To, co z początku miało być dla mnie odskocznią od świata pieluch, obecnie dość szczelnie wypełnia mi czas. Czym konkretnie się zajmuję? Wszystko, co robię jest ściśle związane z reklamą w Internecie. Pamiętam, jak parę lat temu odkryłam w sobie żyłkę marketingowca i mówiłam koleżance, że żałuję, że nie widziałam tego wcześniej i nie poszłam w tym kierunku. Na to koleżanka zaśmiała się i powiedziała: Przecież jeszcze nie jest na to za późno. Cieszę się, że miała rację.

Co daje mi praca - oprócz nieco bardziej satysfakcjonującego widoku po zalogowaniu się na moje konto bankowe? Daje mi coś bardzo ważnego: poczucie, że mogę pracować, mogę być w czymś dobra i lubić to; że jest dla mnie miejsce na rynku pracy. To może banalne. Ale kiedy jesteś artystyczną duszą, która ma za sobą jedną bardzo spektakularną porażkę zawodową i dotąd nigdzie zbyt długo nie zagrzała miejsca, możesz czasem zwątpić w to, czy w ogóle do czegoś poważnego się nadajesz. Teraz już nie wątpię.

Jak tam mały?


Dobrze, dziękuję. Właśnie cieszy się i śmieje z widoku skarpetki. Myśleliście kiedyś o tym, jak zabawną rzeczą jest skarpetka?

Robert niedługo skończy pół roku. Uwielbia leżeć na brzuszku, co wiąże się z tym, że przewraca się na brzuszek niemal w każdej sytuacji, ostatnio nawet w kąpieli oraz w wózku na spacerze. Przemieszcza się z dość dużą łatwością - coraz lepiej pełza i znakomicie się turla. Nie można spuścić go z oka, jeśli nie ma się stuprocentowej pewności, że nie może spaść z łóżka. Ma dwa zęby, pojawiły się jakoś miesiąc temu, następne póki co jeszcze nie wyłażą. Regularnie powtarza: "mamamama mama", a ja się zastanawiam, na ile jest to świadome odtwarzanie słowa, które przecież bardzo często słyszy z moich ust.

Od niedawna zaczął przejawiać o wiele większe zainteresowanie rzeczami, których używamy oraz jedzeniem, które jemy. Już nie mogę bezkarnie bawić się tabletem, kiedy mały nie śpi, bo chwilę później małe paluszki zaczynają wędrować po ekranie. Małe rączki wyciągają się po przekąski, którymi umilamy sobie popołudnie. Robert obserwuje nas uważnie i próbuje naśladować to, co robimy. Niedługo czeka nas kolejna rewolucja: poszerzanie jego diety. 

Daje nam pospać?


To jest bardzo trudne pytanie. Dzisiaj raczej nie dał nam pospać - obudził się koło trzeciej przekonany, że już jest dzień, czas na pełzanie i zabawę. Zasnął dopiero o piątej. Ale jakby popatrzeć nieco inaczej - dał nam pospać i wcześniej (zasnęliśmy wszyscy dość wcześnie), i później... Co by nie było, zawsze w końcu przychodzi czas na sen. 

Najczęściej Robert śpi w nocy, budzi się tylko raz na karmienie. Bywa inaczej. Często po dniu pełnym wrażeń trudniej mu zasnąć - zupełnie inaczej niż nam, dorosłym! Czasem dość bezpodstawnie irytuje mnie widok śpiącego męża - bo ja też bym się chętnie położyła, a zamiast tego krążę z nie-do-końca-przysypiającym maluchem w ramionach. Bywa i tak.


A co poza tym u nas słychać?


W nocy na przykład słychać było niesamowite trele słowika. Mieszkamy na wsi, więc ptasie śpiewy są tutaj na porządku dziennym. Nawiasem mówiąc, słyszałam ostatnio, że najlepszymi śpiewakami wśród ptaków są kury - tylko my, ludzie, nie potrafimy docenić ich wokalnego kunsztu i czystości dźwięku.

Tydzień temu sprawdziłam, czy da się być w dwóch miejscach jednocześnie. Otóż da się, o ile jest się blogującą matką spędzającą znaczną część swojego życia w Internecie. Moje rzeczywiste i fizyczne ja uczestniczyło jak co roku w koncercie Gospel na Skałce, tym razem wśród publiczności. Mam nadzieję, że moi gospelowi przyjaciele nie mają mi za złe tego, że nie poświęciłam im wystarczającej uwagi przed koncertem. Zresztą, i bez mojej promocji poradzili sobie świetnie - na Skałkę przyszło mnóstwo ludzi, radosna i pełna entuzjazmu publiczność w różnym wieku, młodzi i starsi, dzieci i dorośli, ludzie różnej narodowości i o różnych kolorach skóry. Choć było gorąco i upał nie zachęcał do zbyt energicznych ruchów, potężny chór Gospel City stworzony z dziesięciu krakowskich chórów zdołał porwać wszystkich do tańca, klaskania, zabawy i śpiewu. Nawet Robert wywijał nóżkami do rytmu i śmiał się radośnie - najwyraźniej bardzo mu się podobało!


Wczoraj wybraliśmy się do Puszczy Niepołomickiej na długi spacer ze znajomymi. Było cudownie, choć komary bardzo intensywnie broniły swojego terytorium - a może raczej: wyczuły w nas smaczne kąski... Puszcza Niepołomicka jest pięknym, intensywnie zielonym miejscem, w którym bywamy stanowczo za rzadko. Stwierdziłam ostatnio, że dzieje się tak z powodu odległości - mieszkamy jednocześnie zbyt daleko od Puszczy, żeby przejść się tam na piechotę ma spacer, i zbyt blisko - zazwyczaj jak już bierzemy auto, to jednak jedziemy trochę dalej. Myślę jednak, że teraz będziemy korzystać z pięknej pogody coraz częściej i chętniej odwiedzać malownicze zielone tereny blisko naszego domu.

Co jeszcze słychać? Wczoraj słyszałam piosenkę Natalii Oreiro z serialu "Zbuntowany Anioł". I tak sobie pomyślałam, jak bardzo ten serial zyskiwał w moich oczach, kiedy byłam nastolatką i oglądałam go jedynie od czasu do czasu, nie znając całości historii. Kiedy jako dorosła osoba próbowałam ją z grubsza poznać i w miarę chronologicznie odtworzyć losy Milagros i Ivo, uderzyło mnie, jak bardzo toksyczna była to relacja i jak wiele razy ta nieszczęsna, niemądra dziewczyna wybaczała mu podłe traktowanie, zamiast po prostu rzucić go raz a dobrze i związać się z kimś normalnym. Czar prysł :)

Zatem mniej więcej tyle u mnie ostatnio słychać. Mam nadzieję, że miło się Wam czytało. Następny wpis już niedługo - trzymajcie mnie za słowo!

Mój mąż ma urodziny za dwa dni. Będzie mu na pewno miło, jeśli będę mogła mu przekazać życzenia od Was!




piątek, 26 maja 2017

10 dowodów na to, że jestem #SuperMama


Miałam pisać inny tekst z okazji Dnia Matki. Może jeszcze go napiszę. Tymczasem trafiłam na jednym z blogów parentingowych na wyzwanie #SuperMama. A co jak co, ale wyzwania uwielbiam :)

Mam uzasadnić w dziesięciu punktach, dlaczego jestem dobrą mamą. Wyzwanie o tyle trudne, że ostatnio wcale nie jestem zachwycona swoimi popisami w tej roli i o wiele łatwiej byłoby mi sporządzić listę dziesięciu rzeczy, które jako matka zawaliłam. Poza tym, moje dziecko to jeszcze niemowlak, tak naprawdę niewiele jest obszarów, gdzie mogę się wykazać - ja go po prostu karmię, przewijam i bawię się z nim. Niełatwo rozpisać to na dziesięć punktów. Ale wyzwanie jest wyzwaniem - zatem próbujemy ;)

Przystępuję więc do bezwstydnych i niekoniecznie zasłużonych przechwałek. Mam nadzieję, że przebrniecie przez nie chociażby po to, by później w komentarzu sprowadzić mnie na ziemię.

1. Jestem dobrą mamą, bo kocham moje dziecko.


Właściwie ten punkt powinien wystarczyć za wszystkie dziesięć. O to przecież tak naprawdę chodzi - o miłość. Której mojemu synkowi nie braknie nigdy, nawet jeśli miałoby mu zabraknąć wielu innych rzeczy.


2. Jestem dobrą mamą, bo daję mojemu dziecku poczucie bezpieczeństwa.


Po raz pierwszy powiedziała mi o tym pani doktor w szpitalu. Przyszła do nas na obchód, zobaczyła Roberta śpiącego w moich ramionach i powiedziała z uśmiechem:
- To jest najbardziej wyprzytulany dzidziuś na całym oddziale. Na pewno dała mu pani bardzo dużo poczucia bezpieczeństwa. I widać efekty.
Potrafię uspokoić Roberta, gdy się wystraszy lub gdy coś mu dolega. Jest pogodnym, radosnym dzieckiem. Mam wrażenie, że udziela mu się mój spokój i dobre nastawienie.

3. Jestem dobrą mamą, bo wprowadzam wiele osób do jego świata.


Pamiętam, jak Robert był jeszcze kilkutygodniowym noworodkiem, a ja zastanawiałam się, czy mogę już jeździć z tak malutkim dzieckiem w odwiedziny do rodziny. Kiedy poczytałam trochę na ten temat, zrozumiałam, że dla dziecka w jego wieku najciekawszą i najbardziej rozwijającą zabawą jest poznawanie nowych twarzy, słuchanie różnych głosów. Przestałam się więc obawiać i zaczęłam zabierać Roberta w odwiedziny, zapraszać gości do niego, przedstawiać mu kolejne "ciocie" i "wujków". Robert ma dla każdego z nich swój promienny uśmiech. Uwielbia towarzystwo, potrafi nawet zasnąć na rękach u mojej przyjaciółki.


4. Jestem dobrą mamą, bo nie zapominam o sobie.


Owszem, miewam czasem obawy, że pamiętam o sobie za bardzo. Przeważnie jednak udaje mi się całkiem sprawnie łączyć bycie mamą z byciem po prostu mną. Urodzenie dziecka nie zmieniło mnie w inną osobę, nie pozbawiło mnie moich zainteresowań i pasji, nie sprawiło, że przestałam się rozwijać. Już jako mama zaczęłam prowadzić blog, podjęłam nową pracę, zorganizowałam kilka ciekawych wydarzeń. Myślę, że takie podejście jest dobre nie tyko dla mnie, ale i dla Roberta, który będzie mnie obserwować każdego dnia i widzieć, że mama jest interesującą osobą, której świat nie kończy się tylko na nim.

5. Jestem dobrą mamą, bo szanuję decyzje mojego dziecka.


Tak naprawdę chodzi o jego przyszłe decyzje. W tej chwili Robert decyduje co najwyżej o tym, czy będzie leżał na pleckach, czy na brzuszku, a ja choćbym chciała, nie zawsze mogę tę decyzję uszanować. Ale szanuję już teraz wybory, których mój syn dokona w przyszłości. Dlatego m.in. nie publikuję jego zdjęć w Internecie, bo chcę, żeby sam zdecydował o tym, kiedy zostaną one opublikowane - pisałam o tym już w tym tekście. Dlatego nie będę go zmuszać do diety wegetariańskiej, choć sama nie jem mięsa - jak dorośnie, może podjąć decyzję o zostaniu wegetarianinem, wcześniej pozna smak mięsnych potraw. Nie robię nawet w żartach żadnych planów odnośnie tego, kim zostanie mój syn, kiedy dorośnie. Zostanie, kim będzie chciał, a ja będę wspierać każdą jego decyzję.

6. Jestem dobrą mamą, bo śpiewam mojemu dziecku.


Nie jestem mamą-gadułą, nad czym trochę ubolewam, bo wierzę w te wszystkie opowieści o zwiększaniu IQ dziecka. Za to często i chętnie śpiewam mojemu synkowi. A on to uwielbia. Szczególnie entuzjastycznie reaguje wtedy, gdy porzucam tradycyjny repertuar piosenek o kotkach, pieskach, kaczkach i innych zwierzątkach, a zamiast tego porywam się na coś doroślejszego. Jego radosny śmiech i rozpromienione oczka znaczą dla mnie więcej niż wszystkie oklaski na świecie.


7. Jestem dobrą mamą, bo kocham jego tatę.


Przez chwilę zastanowiłam się, czy nie przenieść tego punktu nieco wyżej, na drugą lub trzecią pozycję listy. Przecież to takie ważne. Ale pomyślałam wtedy o tych wszystkich wspaniałych kobietach, które znam, które wychowują swoje dzieciątka samotnie. Zatem i bez partnera się da. Niech więc ten punkt zostanie tu, gdzie jest.
Ja mam partnera - cudownego męża. Dużego chłopca o rozbrajającym uśmiechu, dla którego tracę głowę po raz kolejny każdego dnia. Cieszę się, że Robert będzie dorastał patrząc na naszą miłość, że będzie się od nas obojga uczył szacunku i oddania dla drugiej osoby. Może to będzie najbardziej wartościowa rzecz, jaką kiedykolwiek mu przekażemy.

8. Jestem dobrą mamą, bo jestem spokojna i konsekwentna.


Kiedy Robert był jeszcze noworodkiem, zdarzyło mu się, że stracił na wadze. Niewiele, ale jednak. A miał przecież przybierać na wadze, przecież miałam już wtedy pokarm, karmiłam go umiejętnie i regularnie, nie było żadnej obiektywnej przyczyny, dlaczego nagle jego waga była mniejsza.
Co zrobiłam? To, co wcześniej. Karmiłam go. Nie spanikowałam, nie zaczęłam szukać najróżniejszych sposobów na zwiększenie laktacji, nie zaczęłam go dokarmiać mlekiem modyfikowanym. Spokojnie, usypiając swoje obawy, robiłam co umiałam najlepiej. Tydzień później Robert ważył prawie kilogram więcej.
Czy zawsze jestem spokojna? Niestety nie, mąż potwierdzi. Czy zawsze jestem konsekwentna? Boże, chciałabym. Ale w tych ważnych chwilach, kiedy mój spokój może wiele zdziałać - moi panowie mogą na mnie liczyć.

9. Jestem dobrą mamą, bo czasami odpuszczam.


Bardzo chciałabym, żeby mój synek zawsze się mnie słuchał. W końcu wiem lepiej niż on, co dla niego dobre. Ale nie mam złudzeń - tak nie jest i nigdy tak nie będzie. Czasami ma po prostu swoje zdanie. 
Czym objawia się własne zdanie niemowlaka? Najczęściej tym, o czym pisałam wcześniej - upartym przewracaniem się na brzuszek wtedy, gdy z różnych przyczyn wolałabym, żeby został chwilę na pleckach. Przypuszczam, że wyglądamy czasem zabawnie, gdy tak walczymy o właściwą pozycję - ja go na plecki, a on znów na brzuszek, ja go na plecki, a on na brzuszek...
Czasem odpuszczam. Co mi tam, będziemy się ubierać kilka minut dłużej. Nie muszę zawsze stawiać na swoim. Nie stracę autorytetu, jeśli pozwolę mu się trochę pobawić tak, jak on chce. Najważniejsze, że jest bezpieczny i szczęśliwy.
Jeszcze przyjdzie czas na poważniejsze różnice zdań. Mam nadzieję, że i wtedy będę wiedziała, kiedy warto odpuścić.


10. Jestem dobrą mamą, bo słucham dobrych rad, ale słucham też siebie.


Myślicie, że było mi miło, gdy odwiedziłam z małym koleżankę, a ona w ciągu dziesięciu minut od naciśnięcia klamki zdążyła skrytykować praktycznie wszystko, co i jak robiłam z dzieckiem? Nie było mi miło. Ale przełknęłam to i słuchałam, co ma mi do powiedzenia doświadczona matka. Bo ja jestem niedoświadczona, popełniam błędy, o wielu rzeczach nie mam pojęcia. 
Kiedy tylko się da, korzystam z mądrości osób bardziej doświadczonych ode mnie. To nie jest czas na niepokorność, dumę, przekonanie o własnej wspaniałości. Staram się wybierać to, co jest najlepsze dla mojego dziecka, a czasami po prostu ktoś inny wie lepiej niż ja.
Przeważnie jednak ja wiem najlepiej. Nie lekceważę swojej intuicji i swojej wiedzy. To ja znam Roberta najdłużej i najlepiej ze wszystkich ludzi na świecie. Słucham wszystkich rad, ale wierzę głęboko, że warto równie uważnie słuchać też samej siebie.

Napisałam. Teraz idę pod prysznic umyć się z lukru, a Ciebie, droga Supermamo, zachęcam do stworzenia swojej listy. Może być na blogu, może być w komentarzu, na tablicy na Facebooku... Forma dowolna, najważniejsza jest treść. Pamiętaj, że jesteś super!

Autorem zdjęć jest mój mąż, na jednym ze zdjęć możecie zobaczyć chrzestną Roberta :)

poniedziałek, 22 maja 2017

Festiwal Kolorów

Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów

Moje pierwsze i najwcześniejsze skojarzenie z Festiwalem Kolorów i świętem Holi to przepiękny bollywoodzki film "Mohabbatein", który tak nawiasem mówiąc polecam każdemu, nawet jeśli miałoby to być Wasze pierwsze i jedyne spotkanie z kinem indyjskim. Część akcji filmu rozgrywa się właśnie podczas tego barwnego, radosnego święta. W powietrze wzbijają się chmury kolorowego proszku, ludzie tańczą, śpiewają i cudownie się bawią, wspaniała atmosfera udziela się wszystkim. Kochasz kogoś, lubisz kogoś - obsyp go kolorami! Kiedy oglądałam ten film, zafascynowana indyjskimi zwyczajami marzyłam o tym, żeby móc kiedyś wziąć udział w takim święcie.

Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów

Od sześciu lat istnieje taka możliwość. W największych miastach Polski odbywa się co roku Festiwal Kolorów. Nie jest to tradycyjne indyjskie Holi, ale bardziej uniwersalna impreza integrująca ludzi z każdego kręgu kulturowego, młodych i starych, z różnych środowisk. Stałym elementem programu i zarazem momentem kulminacyjnym pozostaje wyrzucenie w powietrze różnokolorowych proszków. Od godzin 16:00 aż do późnej nocy trwa kolorowa, pełna pozytywnej energii zabawa przy akompaniamencie świetnej muzyki granej na żywo przez artystów reprezentujących różne gatunki muzyczne.


Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów

Dla tych, którzy w festiwalach i innego rodzaju uroczystościach najbardziej lubią dobre jedzenie, organizatorzy oferują bogate zaplecze w postaci food trucków :)

Magia Festiwalu Kolorów uzależnia - kto raz był, zapewniam, że będzie chciał to przeżyć jeszcze raz!

Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów



Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów
Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów










Już w najbliższą niedzielę, czyli 28 maja, kolorami Holi będzie się mienić Warszawa. Organizatorzy przygotowali niespodzianki i nagrody dla osób dołączających do wydarzenia na Facebooku - a ja Was lubię, dlatego też podsyłam Wam link do wydarzenia, żebyście też mogli coś wygrać, 

Jeśli Warszawa to dla Was trochę daleko - Festiwal Kolorów odbędzie się również m.in.:
a także w innych dużych miastach - pełną rozpiskę znajdziecie na Facebooku oraz na stronie internetowej festiwalu.

Kochasz muzykę, lubisz dobrą zabawę, potrzebujesz więcej kolorów w życiu - każdy powód jest dobry, żeby wziąć udział w Festiwalu Kolorów :)

Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów

czwartek, 18 maja 2017

Który "Shrek" najlepszy?

Zadaję sobie to pytanie za każdym razem, ilekroć decyduję się na kolejny sentymentalny powrót do wszystkich czterech filmów o zielonym ogrze. Odpowiedź nigdy nie jest łatwa i chyba nigdy nie jest taka sama, bo choć te filmy raz nakręcone nie zmieniają się przecież, to jednak ja, oglądająca je po raz kolejny, jestem już inna niż wtedy, kiedy oglądałam je po raz pierwszy.

Shrek (2001)


Kiedy zetknęłam się ze Shrekiem po raz pierwszy, byłam w gimnazjum. Początkowo dziwnie uprzedzona do jakiejś tam bajeczki, pokochałam ten film od pierwszego wejrzenia, popłakałam się najpierw ze śmiechu, potem ze wzruszenia, krótko później nauczyłam się dialogów na pamięć. Serio serio.

Film kultowy. Zmienił światowe kino na zawsze. Kreskówki nigdy później nie były takie same jak przed Shrekiem. Dubbing zyskał nowy wymiar. Jeśli chodzi o sposób opowiadania baśni na dużym ekranie, "Shrek" zmienił chyba wszystko, co dało się zmienić.

Pierwsza część "Shreka" to film głównie dla dorosłych, co wydaje mi się dość problematyczne w świetle późniejszych, nieco bardziej dziecięcych części. Mam wrażenie, że twórcy zamierzali początkowo nakręcić animację, która nie będzie przeznaczona dla dzieci, a dopiero później odkryli, jak wartościowy okazał się "Shrek" dla małoletniej publiczności i postanowili jednak pójść dalej tym tropem.

Mamy więc anty-baśń o anty-bohaterze, który beka, śmierdzi i robi różne rzeczy powszechnie uznane za obrzydliwe, wyrusza w niebezpieczną misję nie ze szlachetnego porywu serca, ale po to, by odzyskać utracone wygodne, samotne życie. Ale tak się składa, że ogry są jak cebula - mają warstwy... Stopniowo, nie tracąc swojego przewrotnego humoru, anty-baśń o Shreku przeradza się w niemal klasyczną baśń o zakazanej miłości i śmiałku, który mimo przeciwności losu postanowił o nią zawalczyć.

Naszpikowany odniesieniami do popkultury oraz chwytliwymi tekstami, które cytowano jeszcze przez lata po ukazaniu się pierwszej części ("zainwestuj w tic-taki, bo Ci jedzie!"), pierwszy film o Shreku ma bardzo prostą fabułę. Królewna więziona w zamku zostaje uratowana przez śmiałka, który się w niej zakochuje, różnice między nimi sprawiają, że ich miłość nie ma prawa bytu, ale ostatecznie musi zwyciężyć - bo jest prawdziwa. Fiona zamienia się w ogrzycę, ale to nic złego, bo przecież Shrek jest ogrem i na pewno będzie ją kochał taką, jaka jest. Proste? Jeszcze zobaczymy.


Kiedy oglądam "Shreka" po latach, najbardziej porusza mnie świadomość, że patrzę na pierwsze wspólne chwile tej pary. Widzę, jak się poznawali, jak stopniowo się docierali, odkrywali swoje zalety i wreszcie pokochali się z wzajemnością. Przypomina mi to, a jakże, o początkach mojego związku. Oraz o tym, że każda para, którą znam, ma swoją romantyczną historię, swój zachód jak w mordę strzelił, swój pierwszy pocałunek prawdziwej miłości. Miło do tego wracać.

Shrek 2 (2004)


Druga część opowieści o "Shreku" była przeze mnie długo raczej niedoceniana. Obecnie pod względem fabularnym robi na mnie chyba największe wrażenie.

Nakręcenie udanej kontynuacji to zawsze jest ogromne wyzwanie dla twórców. "Shrek 2" zaczyna się tam, gdzie kończy się baśń. Opowiada o tym, co się działo, kiedy żyli długo i było im zielono. A działo się sporo. To, co można było w końcówce pierwszej części zbyć za pomocą pewnych uproszczeń, w drugiej części staje się osią dramatu. Mam na myśli różnice między Shrekiem a Fioną. Choć oboje zieloni, pochodzą jednak z dwóch różnych światów. Shrek odkrywa, jak to jest być mężem królewny, która przez całe życie marzyła o księciu z bajki i chciała mieszkać w pałacu. Fiona odkrywa, co oznacza bycie żoną ogra. Rodzice Fiony - zwłaszcza ojciec - wykazują, delikatnie mówiąc, niewiele entuzjazmu, a Wróżka Chrzestna jest zdeterminowana, by zniszczyć małżeństwo pary ogrów, a nowym mężem Fiony uczynić swojego własnego przystojnego syna.

To, co najważniejsze, rozgrywa się jednak pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów. Shrek, choć uwielbia swoje życie ogra, postanawia dać Fionie to, o czym ona zawsze marzyła - za pomocą magicznego eliksiru zamienia się w przystojniaka o ludzkiej twarzy. Fiona natomiast, gdy już wie, że jej dziecięce marzenia mogą się spełnić dzięki miłości Shreka, bez dłuższego zastanowienia rezygnuje - z urody, z pałacu, z życia królewny, ze Shreka udającego kogoś, kim nie jest. Bo ona pokochała ogra. To właśnie drugi film o Shreku wraz ze swoim wzruszającym finałem najmocniej pokazuje głębię uczuć łączących tych dwoje.


"Shrek 2" ma też inne zalety - wśród nich, pięknie prowadzony przez cały film wątek tajemnicy króla, która wyjaśnia się dopiero na sam koniec. Film ten wprowadza również drugoplanowego bohatera wszechczasów - Kota w Butach i jego wielkie oczyska :)

Shrek Trzeci (2007)


Film, do którego mam bardzo osobisty sentyment. Wszystkie zwiastuny i plakaty kładły akcent na zabawne aspekty zmian w życiu Shreka. Oto zostaje on ojcem, a w dodatku musi przez pewien czas zastępować króla Zasiedmiogórogrodu w jego obowiązkach. Ogr królem, ogr tatą, słowem - jest się z czego pośmiać. A jednak zupełnie nie te wątki okazują się w filmie najważniejsze, przynajmniej dla mnie.

Pisałam już o pewnym problemie z grupą docelową, dla której przeznaczona jest cała seria filmów o "Shreku". O ile pierwszą część uważam za film raczej dla dorosłych, a drugą część - co najmniej dla osób wkraczających w dorosłość i stających przed wyborem życiowego partnera, o tyle "Shreka Trzeciego" chciałabym pokazać mojemu synowi jak najwcześniej. Sama żałuję, że nie miałam możliwości zaczerpnięcia z mądrości tego filmu, kiedy byłam jeszcze nastolatką.

Najważniejszy jest wątek Artura, chłopaka dotkniętego trudnymi doświadczeniami, wyśmiewanego i upokarzanego w szkole, porzuconego przez ojca. Artur ma zostać królem, ale nie może przyjąć tego tytułu, bo nie wierzy w siebie. Jest przecież frajerem, a nie królem. Tak mu zawsze mówili. Musi dojrzeć do tego, że to on decyduje o tym, kim jest. I jeśli chce być królem, to może się nim stać.

Artur ma zresztą wiele zalet, z których mimo wszystko doskonale zdaje sobie sprawę. Kiedy dowiaduje się, że jest dziedzicem tronu, bez chwili zawahania wygłasza płomienną mowę, a ci wszyscy, którzy jeszcze chwilę wcześniej śmiali się z niego, słuchają tej mowy w milczeniu. Kiedy czarodziej Merlin odmawia Shrekowi pomocy, Artur przekonuje go, by zmienił zdanie, używając do tego może mało wyrafinowanych, ale bardzo skutecznych sztuczek aktorskich. Co najmniej kilkukrotnie, włącznie z wielką finałową sceną, to Artur znajduje wyjście z opresji nie dzięki sile, ale za sprawą swojej inteligencji i daru wymowy. Kiedy dojrzewa do tego, by stać się królem, uświadamia sobie również, że te jego zalety, przez wiele lat pomijane i niedoceniane przez otoczenie, są równie wartościowe, a może nawet bardziej wartościowe niż siła fizyczna i sprawność.

"Bo najważniejsze jest to, co sami o sobie myślicie. Bo jeżeli naprawdę czegoś chcesz albo naprawdę chciałbyś być kimś, to jedyna osoba, która może Ci przeszkodzić, to Ty".

Te słowa Artura zapadły mi w serce tak, jakby powiedział je bezpośrednio do mnie. Do mnie nastoletniej, która przez lata pragnęła tylko jednego: żeby być kimś innym.
I naprawdę uwielbiam to, że zaraz po tych potężnych, wzruszających słowach następuje arcykomiczna scena, kiedy jeden ze słuchaczy Artura bierze jego słowa do siebie, a reszta to podłapuje i postanawia "brać łobuza". To jest najpiękniejsze w filmach o Shreku, że można się na nich popłakać ze wzruszenia, a sekundę później trząść się ze śmiechu.


Poza wątkiem Artura, film ten zawiera też chyba najbardziej komiczną scenę śmierci pozytywnej postaci, jaką można sobie wyobrazić, a także przezabawny wątek bajkowych księżniczek, które postanawiają przestać czekać na ratunek i samodzielnie ruszyć do walki, wykorzystując przy tym - a jakże - te przymioty, które od zawsze je cechowały. Zupełnie jak Artur.
Sam wątek Shreka i Fiony w roli rodziców maleńkich dzieci rozbawi chyba każdego rodzica :)

Shrek Forever (2010)


Dobra, przyznaję - gdyby nie moja wielka fascynacja filmami science-fiction o alternatywnych rzeczywistościach i zabawach z czasem, pewnie uważałabym ten film za słabszy od pozostałych trzech. Nie jest aż tak zabawny, sprawia wrażenie dużo krótszego niż poprzednie części - to jest jedyny film o Shreku, którego akcja zamyka się w dwudziestu czterech godzinach. Widać też po nim bardzo wyraźnie, że jest to film przystosowany do oglądania w 3D, Nieraz odnosiłam wrażenie, że poszczególne sceny zostały wymyślone tylko po to, żeby dobrze wyglądać w trójwymiarze.

Jednak i ten film ma swoje niepowtarzalne zalety. Przede wszystkim pokazuje Fionę w zupełnie nowej roli - już nie królewnę marzącą o księciu, nie ciepłą i czułą panią Shrekową, ale dumną wojowniczkę o bolesnej przeszłości, dla której jedyne, co się liczy, to walka o wolność ogrów. Pojawienie się Shreka budzi w niej jednak uśpioną wrażliwość. Zresztą i pozostałe postaci pod wpływem spotkania ze Shrekiem stopniowo zaczynają wracać do swojej zwykłej formy: Osioł znowu staje się wiernym i oddanym przyjacielem, a cokolwiek spasiony Puszek znów zakłada buty i odzyskuje dawną waleczność.

Dzięki temu filmowi po dziewięciu latach od premiery pierwszej części mogliśmy przypomnieć sobie, jaki był Shrek, kim był Shrek, zanim to wszystko się wydarzyło. Jego przemiana robi wrażenie, gdy widzi się ją tak wyraźnie, z perspektywy lat. Jeśli tak jak ja traktujecie Shreka jak starego znajomego, ta widoczna metamorfoza może obudzić w Was wiele refleksji: jak bardzo zmienili się nasi znajomi, nasi przyjaciele - od dnia, kiedy spotkaliśmy ich po raz pierwszy? Jak rzadko zastanawiamy się nad tymi zmianami, po prostu żyjąc z dnia na dzień?

Jeśli chodzi o fabułę, ten film jest być może najbardziej angażującym emocjonalnie z całej czwórki. Widzieliśmy już Shreka w tarapatach, zagubionego, niepewnego - ale tutaj jego cierpienie i frustracja aż bolą. Widzimy Shreka, który biegnie do swojego domu po to, by odkryć, że jego dom i jego rodzina nie istnieje. Znajduje zabawkę swojej córeczki i wie, że tej córeczki nie ma, a winę za to ponosi po części on sam. Wreszcie - widzi swoją ukochaną Fionę, jest na wyciągnięcie ręki i wie, że ich miłość mogłaby naprawić cały ten koszmar - tymczasem Fiona go nie zna, nie wierzy mu i go nie kocha.


Czy to nie horror? Na szczęście po raz kolejny wszystko kończy się dobrze, a do Shreka po raz kolejny dociera, jak bardzo kocha on to swoje nowe, odmienione życie.

"A wiesz, co w tym wszystkim było najlepsze? To, że mogłem się jeszcze raz w Tobie od nowa zakochać".

I jeszcze jedno - Shrek chyba nigdy nie był tak rozczulający i wzruszający, jak w tej scenie, kiedy próbuje obudzić w Ośle wspomnienia i zaczyna mu nieporadnie śpiewać piosenkę o przyjaźni :)

Jak widzicie, każdy film o Shreku ma swoje zalety, swoje ponadczasowe przesłanie i warstwy, które sprawiają, że oglądanie ich po raz kolejny pozwala na nowe refleksje i wzruszenia. Nie potrafię powiedzieć, która z czterech części tej serii jest dla mnie najważniejsza i najlepsza.

A Wy jak uważacie? Który z tych filmów wspominacie najlepiej? Do którego najchętniej wracacie?

czwartek, 11 maja 2017

Słowa.

Głupia blondynka.
Prowokująco ubrana.
Szuka kłopotów.
Jakby nie chciała, to by nie wziął.
Wystarczy spojrzeć na tę buźkę, żeby stwierdzić, że rozumu tam niewiele.
Spódniczka o długości "sama się o to prosi"
Co za babsko, normalnie rzuciłbym ją na ziemię, ale jeszcze by się jej spodobało.
Taka ładna, a taka mądra?
Rajstopy antygwałty.
Zauważyliście, że najwięcej do powiedzenia o gwałtach mają te kaszaloty, którym gwałt nie grozi?
Brałbym ją, nawet bym nie pytał.
Coś mało się opierała, widocznie jej się podobało.
Żal mi jej, ale...
Winny jest zawsze gwałciciel, ale...
Nie kręć tak kusząco pupą, albo cię zgwałcę tu i teraz.
To po co z nim tańczyłaś?
Ona zupełnie nie jest w moim typie, no chyba, żeby mnie zgwałciła.

Może użyliście kiedyś któregoś z tych sformułowań, może niektórych używacie regularnie. Mnie się zdarzało, zanim jeszcze dotarło do mnie, jak są szkodliwe. Może słyszeliście takie słowa lub spotkaliście się z nimi w Internecie. Ja spotkałam się z każdym z nich przynajmniej raz. Może niektóre z nich dotyczyły bezpośrednio Was. Ja usłyszałam niektóre z nich (dzięki Bogu nie te najgorsze) wypowiedziane w moją stronę.

To są tylko słowa. Tak jak dowcipy o Żydach, rubaszne żarciki przy piwie, głupie powiedzonka przekazywane z ust do ust. Słowo jeszcze nigdy nikomu nie zrobiło siniaka. Rany zadanej przez słowo nie musisz opatrywać. W szpitalach na urazówce próżno szukać osób, których kości złamało słowo. Czy nie ma ważniejszych problemów na świecie?

Zestawienie tych cytatów prawdopodobnie zrobiło na Was dość ponure wrażenie. Jednak poszczególne zdania, nieraz jeszcze obudowane tak zwanym kontekstem, nie szokują tak bardzo. Słyszałam je wypowiadane nie przez prymitywów i potencjalnych gwałcicieli, ale przez moich znajomych, o których mam dobre mniemanie.

Co łączy te sformułowania i czemu zestawiłam je razem? Budują one pewną wizję świata, dość mocno zakorzenioną w zbiorowej świadomości. Może nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak mocno i jakie groźne mogą być jej konsekwencje.

To jest wizja rzeczywistości, w której swoim wyglądem zewnętrznym można zasłużyć na karę. Albo nagrodę. Przy czym gwałt rozumiany jest zarówno jako kara, jak i... nagroda. Za atrakcyjny wygląd. To jest wizja świata, w którym złe rzeczy spotykają tylko głupie dziewczyny. To jest wizja świata, w którym możesz uznać dziewczynę, której nie znasz, za głupią, bezwartościową i zasługującą na gwałt - na podstawie jej wyglądu i szczątkowych informacji na jej temat.

Niedawno zginęła młoda kobieta. Społeczeństwo oceniło ją bardzo szybko - jako głupią, nierozsądną imprezowiczkę szukającą wrażeń, proszącą się o kłopoty, zasługującą na to, co ją spotkało.

Im więcej wiadomo o tej sprawie, tym częściej mówi się o zorganizowanej grupie przestępczej, której ofiarą padła ta młoda kobieta oraz inne młode kobiety przed nią.

Nie piszę tego, by dociekać, jak było. Kogo jak kogo, ale domorosłych detektywów jest w tym kraju aż nadto. Ja chcę zwrócić uwagę na inny aspekt: jak bardzo bezkarni mogli czuć się ci ludzie, którzy zadecydowali o losie ofiary. Jak mogli być pewni, że opinia publiczna zwróci się przeciwko dziewczynie, piętnując jej brak rozsądku i sugerując jej wątpliwe prowadzenie się.

Szkoda dziewczyny, ale chyba wiedziała, jak ryzykuje.
Głupia blondynka.
Sama chciała.
Wystarczy na nią popatrzeć.

Walczymy nieraz o wielkie rzeczy, wielkie zmiany, a trzeba zacząć od tych najmniejszych i najbliższych nas. Trzeba przestać powtarzać brednie. Trzeba przestać wygadywać świństwa. Trzeba reagować, gdy ktoś mówi takie rzeczy przy nas. Słowa nie gwałcą, słowa nie zabijają. Ale ludzie tak. Każdego dnia.