wtorek, 20 lutego 2018

Cukinia - wyjątkowo "wszechstronne" warzywo.

Cukinia jest jednym z warzyw, które pojawiają się w mojej kuchni najczęściej. Przede wszystkim dlatego, że jest nie tylko smacznym, ale też wyjątkowo zdrowym i lekkostrawnym warzywem, bogatym w beta karoten, potas magnez, żelazo i liczne witaminy. Robert spróbował cukinii po raz pierwszy, gdy miał nieco ponad pół roku!

W naszym jadłospisie cukinia pełni też dość szczególną rolę. Jaką? Otóż, dzielę życie i stół z kimś, kto wyjątkowo nie lubi jeść zielonego. Żadne nawet wymyślne sztuczki czy przepisy nie przekonają go do szpinaku, z brokułami ma relację co najmniej skomplikowaną: czasem zje, nawet powie, że smakowało, ale przeważnie jednak unika. A cukinię lubi. Cukinia jest więc w mojej kuchni nie tylko cukinią, ale też szpinakiem i brokułami, i pewnie jeszcze kilkoma innymi warzywami. Można ją stosować jako zamiennik niechcianego zielonego w niemal każdym przepisie. Nie wierzycie? Spróbujcie!

Tajemnicą sukcesu jest starcie cukinii razem ze skórką na tarce o drobnych oczkach. Uzyskacie w ten sposób papkę, która wygląda tak jak na zdjęciu powyżej.

Zupełnie jak szpinak, prawda? A jeśli weźmiecie pod uwagę, że smak szpinaku zależy w ogromnym stopniu od użytych przypraw - z łatwością jesteście w stanie przyprawić cukinię tak, żeby smakowała jak szpinak.

Jednak sprowadzanie cukinii do roli tylko i wyłącznie zamiennika szpinaku jest mocno krzywdzące. Cukinia to jedno z warzyw oferujących największe bogactwo możliwości. Z cukinii można zrobić niemal wszystko. Poniżej podaję tylko kilka przykładów przepisów z zastosowaniem tego zielonego skarbu natury.

Cukinia zamiast dyni.


Pamiętacie mój tekst "Co pysznego można zrobić z dyni?"? Właściwie w każdym z przepisów, którymi się wówczas z Wami podzieliłam, można zastąpić dynię cukinią. Uzyskane w ten sposób potrawy będą oczywiście smakowały inaczej, ale równie pysznie. Zielone cukiniowe kluseczki goszczą na naszym stole dość często, a w smaku placków z cukinii zakochałam się już wiele lat temu, jeszcze w czasach, gdy były największym przysmakiem w nieistniejącym już krakowskim barze Vega.


Cukinia jako sos do makaronu.

To jeden z moich ulubionych przepisów! Potrzebujemy:
350 g makaronu spaghetti lub innego,
1 średniej wielkości cukinię,
trochę oleju,
ulubione przyprawy,
tarty ser.

I właściwie tyle. Startą cukinię podsmażamy na oleju, dodajemy przyprawy, posypujemy serem. Czy może istnieć coś prostszego?

Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, by tak uzyskany sos wzbogacić innymi dodatkami. Na zdjęciu widzicie sos cukiniowy z dodatkiem pomidorów oraz kukurydzy. Świetnie pasuje też np. czosnek, cebula.

Cukiniowe mini-rollsy.


Kilka pszennych lub innych placków tortilla,
1 średniej wielkości cukinia,
szklanka kuskusu,
duża łyżka śmietany,
tarty ser,
sól i pieprz.

Podałam tę pyszną przekąskę na urodzinach Roberta. Goście byli zachwyceni! Kuskus należy namoczyć w wodzie zgodnie z instrukcją na opakowaniu, a następnie wymieszać z cukiniowym puree, śmietaną, serem i przyprawami. Uzyskaną masą posmarować tortille, zawijać, pokroić na nieduże rollsy. Gotowe! Można jeść na ciepło albo na zimno, jak kto woli. Są pyszne, a ich jedyną wadą jest to, że za szybko znikają!

Zapiekanka warzywna z cukinią.

ok. 4-5 ziemniaków średniej wielkości,
3 buraki,
1 duża cukinia,
1 duża cebula,
1 pietruszka,
łyżka koncentratu pomidorowego,
olej,
pieprz, sól, przyprawy,
opcjonalnie - seler, por.

Mam wrażenie, że to potrawa regionalna :) Spotykałam się z nią tylko w jednej części Polski, dokładnie w tej, w której spędziłam jak dotąd najwięcej lat życia. Mój przepis jest jednak mocno zmodyfikowany i co ważne, wegetariański, a wręcz wegański - choć weganką nie jestem. Bardziej niż tradycyjne pieczone ziemniaki przypomina zapiekankę warzywną, którą miałam okazję jeść pewnego razu w krakowskiej Chimerze.

Warzywa kroimy w cienkie plastry i smażymy pod przykryciem na dużej, głębokiej patelni. Oprócz warzyw z przepisu możecie dodać również inne, które nie będą dominować smakiem - podstawowa baza smakowa to właśnie ziemniaki, buraki, cukinia i cebula.

Jeśli nie zależy Wam na tym, by danie było wegańskie, możecie dodać trochę tartego żółtego sera. Wspaniale się komponuje ze smakiem zapiekanki.

Cukinia na słodko.


Przyznam, że nigdy jej sama nie robiłam. Natomiast moja mama radzi sobie z tym świetnie :) To jest tak zwana cukinia a la ananas. W Internecie znajdziecie bez trudu instrukcję, jak to zrobić. Taka słodka cukinia faktycznie przypomina w smaku ananas, nie jest to jednak łudzące podobieństwo. Moim zdaniem jest jeszcze smaczniejsza! Jak widzicie, cukinia może z powodzeniem zastępować nie tylko inne warzywa, ale również owoce.

Cukinię można również wykorzystać do pieczenia słodkich ciast i smakołyków :) W tym zakresie mistrzynią jest moja serdeczna koleżanka Magda, autorka bloga Różanecznik. Z przyjemnością polecam Wam przepis na muffiny cukiniowo-marchewkowe Magdy :) Takie muffiny są nie tylko pyszne, ale też bardzo zdrowe! Dzięki nim bez większego trudu przemycicie swoim maluchom solidną porcję warzyw :)

Może znacie jeszcze inne ciekawe przepisy z wykorzystaniem cukinii?



piątek, 16 lutego 2018

Kobieta po trzydziestce.

Pamiętam, jak w zamierzchłych przed-Robertowych czasach świętowałam moje dwudzieste dziewiąte urodziny w gronie znajomych z pracy. Ktoś wówczas rzucił żartem, że dopiero za rok będę się przejmować swoim wiekiem, gdy skończę 30 lat. Ku zdziwieniu moich rozmówców odpowiedziałam wówczas, że myśl o tej zbliżającej się trzydziestce jest dla mnie przyjemniejsza niż świadomość, że właśnie skończyłam dwadzieścia dziewięć lat.

Naprawdę tak było. Myślałam o tej magicznej trzydziestce jako o przełomowym punkcie w życiu, o takiej barierze, za którą będzie inaczej. Uważałam, że do trzydziestych urodzin na pewno wydarzy się coś, co bardzo zmieni moje życie: albo pojawi się dziecko, albo osiągnę coś wyjątkowego w sferze zawodowej. I rzeczywiście pojawił się Robert :) Choć moje przyjęcie urodzinowe było wyjątkowo skromne, czułam się fantastycznie: byłam trzydziestoletnią kobietą, mamą.

Już od roku jestem kobietą po trzydziestce. Mam dom, rodzinę, wspaniałych przyjaciół, najprzyjemniejszą pracę na świecie (i to nie jest żadna przenośnia, naprawdę tak uważam), mam swoją przestrzeń do działania, mam pomysły do zrealizowania i plany na przyszłość. To całkiem miły bilans. Lubię swoje życie, zarówno w chwili obecnej, jak i w perspektywie zmian, które powoli nadchodzą. 

Nie czuję się staro. Bawi mnie trochę, jak znajomi próbują mi czasem wytłumaczyć, że przecież jestem jeszcze bardzo młoda. Ja o tym wiem :) Zresztą, ilekroć zaczynam się czuć trochę zbyt zaawansowana wiekowo, wyobrażam sobie siebie w wieku stu lat, wspominającą z rozbawieniem: "a jak miałam trzydzieści lat, wydawało mi się, że jestem już stara!". Powiem Wam, że to naprawdę pomaga!

Nie czuję się staro, ale czuję się inaczej. Czuję, że nie jestem już dwudziestolatką. Spróbuję podsumować, na czym polega ta zmiana.

Spokój.


Chyba najważniejsza różnica, jaką widzę, kiedy porównuję siebie dwudziestoletnią i tą aktualną, po trzydziestce. Oczywiście, nie zawsze i nie wszędzie jestem spokojna. Ale przeważnie czuję w sobie duży spokój. Wiem, kim jestem, jaka jestem. Nie muszę zbyt wiele udowadniać ani sobie, ani innym. Kiedy ktoś wyraża się negatywnie na mój temat, wiem, że to tylko jego opinia i że te słowa w ogóle mnie nie określają, nie świadczą o mnie. Kiedyś zupełnie inaczej to odbierałam.

Nowe uczucie.


Złapałam się niedawno na tym, że często towarzyszy mi nowe uczucie, którego dawniej nie znałam. To taka specyficzna przyjemność wynikająca ze świadomości, że robię coś przydatnego, ważnego, coś, co powinnam robić. To bardzo odprężające, relaksujące uczucie, choć pojawia się przede wszystkim w chwilach, kiedy jestem bardzo zajęta. Kiedy zajmuję się dzieckiem, kiedy pracuję, kiedy dbam o dom. Myślę, że wiem już, co tak nakręca te wszystkie osoby, które zawsze podziwiałam za pracowitość i obowiązkowość. Myślę, że to jest właśnie to uczucie.

Co wcale nie oznacza, że zmieniłam się nagle w idealną panią domu. Odpoczywać też lubię :)

Chcę zostawić ślad.


To może odrobinkę... zabawne, kiedy ktoś w moim wieku i mojej sytuacji życiowej mówi, że nie marzy o wielkiej sławie. Niezbyt prawdopodobne, że takie zjawisko w jakikolwiek sposób mi zagraża. Ale prawda jest taka, że raczej nie odnalazłabym się w życiu na świeczniku. Za bardzo cenię swoją codzienność. Chciałabym jednak w jakiś sposób zaznaczyć swoją obecność na tym świecie, zrobić coś swojego, własnego, wymyślonego przeze mnie. Dlatego tak ważny jest dla mnie ten blog, a w szczególności wszystkie moje autorskie, oryginalne pomysły. Dlatego tak się cieszę, gdy ktoś mi pisze, że np. zrobił obiad według mojego przepisu. Dlatego marzę o zorganizowaniu akcji charytatywnej na większą skalę. Im jestem starsza, tym większą czuję potrzebę, żeby nie iść za tłumem, ale własną drogą.

Mniej się sobie podobam.


To może być też efekt pewnego zaniedbania ;) Ale też - nie czuję wielkiej potrzeby, by się podobać. W ciągu tych najatrakcyjniejszych lat mojego życia zdobyłam tyle pewności siebie, że w jakiś przedziwny sposób jestem z siebie zadowolona nawet teraz, gdy patrzę w lustro i niezbyt mnie zachwyca to, co tam widzę. Oczywiście, po raz kolejny - nie zawsze, nie w każdej sytuacji. Ale chyba nikt nie jest zawsze taki sam. Jesteśmy ludźmi, mamy swoje lepsze i gorsze momenty.

Trochę to brzmi, jakbym pisała tylko o wyglądzie zewnętrznym, ale tak naprawdę mam na myśli całokształt, również moją osobowość. Widzę siebie trzeźwo, jestem świadoma swoich wad. Co nie zmienia faktu, że zwyczajnie lubię siebie.

Moja strefa komfortu jest coraz mniejsza.


Niestety. Człowiek bardzo przyzwyczaja się do tego, że jest mu wygodnie. Kiedyś o wiele łatwiej było mi się zdobyć na wysiłek czy wyrzeczenie, lub podjąć się robienia czegoś wymagającego, niełatwego. Może to się zmieni, tak jak i zmieniają się inne rzeczy w moim życiu. Chwilowo jest mi bardzo dobrze w mojej wygodnej bańce :)

Planuję.


Pewnie zawsze w jakimś zakresie tak było, ale teraz czuję silniej niż kiedykolwiek, że mam plany do zrealizowania i ich powodzenie zależy przede wszystkim ode mnie. Postawiłam przed sobą kilka ambitnych zadań, ale jestem wyjątkowo spokojna o to, że poradzę sobie z nimi. Wiem, czego chcę i do czego dążę.


To miał być krótki tekst, ale jakoś tak rósł i rósł... Bardzo dziękuję tym, którzy dotrwali do samego końca :) Miło mi, że jesteście i że czytacie. Życzę Wam wszystkim bardzo udanego dnia!

poniedziałek, 12 lutego 2018

Tam, gdzie kończy się wyobraźnia.

Uwaga! Tekst dotyczy drastycznych wydarzeń.

Muszę przyznać się Wam do tego, że od jakiegoś tygodnia nie jestem do końca sobą. To znaczy, jestem sobą, ale tak trochę gorzej sypiam, zamyślam się czasami, a przy tym - obsypuję mojego synka czułościami jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Na szczęście on to bardzo lubi, więc ta moja nietypowa kondycja psychiczna ma swoje zalety.

Jakiś tydzień temu w Internecie zaczęło być głośno o sprawie małego Oskarka. Może czytaliście już coś na ten temat. Widziałam, że teksty dotyczące Oskarka pojawiły się również na kilku blogach, np. tutaj.

O tyle zadziwiające jest to nagłe zainteresowanie, że jest to historia sprzed lat. Oskar umarł w roku 2006. Nie wiem dokładnie, dlaczego teraz, po latach ktoś zdecydował się wrócić do tych zdarzeń.

W największym możliwym skrócie: matka Oskara i jej konkubent zostali skazani na 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo (konkubent) oraz pomoc i podżeganie do zabójstwa (matka). Uznano ich także za winnych wielomiesięcznego, okrutnego znęcania się nad dzieckiem. Sąd nie przychylił się do próśb adwokatów o złagodzenie kary i zmiany klasyfikacji czynu na pobicie ze skutkiem śmiertelnym.
Oskarek był zabijany przez dwa lata, dzień po dniu, bez przerwy. W chwili śmierci miał cztery lata, ważył 11 kilo i... oszczędzę Wam szczegółów. Nie każdy ma na tyle mocne nerwy, by o tym czytać. Ja sama zawsze po przeczytaniu takiej historii wyrzucam sobie, że nie powinnam była tam zaglądać, przecież wiem, jak na mnie to wpływa. Ale z drugiej strony - przecież po to ktoś opisuje te dramaty i przechowuje pamięć o tych dzieciach, żeby kogoś to poruszyło, żeby ktoś nad nimi zapłakał.

Cała historia Oskarka jest opisana na FB na fanpage'u Pamięci dzieci zakatowanych oraz na stronie oskarekmalgorzaciak.kupamieci.pl. Artykuł jest świetnie napisany, porusza już od pierwszych zdań. Zaczyna się opisem pogrzebu malutkiego chłopczyka. Ktoś uchyla wieko trumny, a w kościele rozlega się pełen przerażenia krzyk. Ludzie płaczą, mdleją... Przeczytajcie całość, jeśli zdołacie.

Próbuję zrozumieć.


Wiem, że nie da się. Ale nie mogę przestać myśleć o tym, zastanawiać się, co kryje się w głowie osoby, która znęca się nad dzieckiem. Przecież jest człowiekiem, ma uczucia, jak to możliwe, że różnimy się tak bardzo? Zastanawiam się nad tym, odkąd zostałam matką i dotarło do mnie, że każde cierpienie, każda przemoc zadana tej małej, bezbronnej istotce dosłownie rozerwałaby mi serce. Jak matka może patrzeć na katowanie swojego dziecka? Jak matka może przykładać do tego rękę? Co wtedy czuje? Jakie myśli pojawiają się w jej głowie?

Zawsze uważałam, że potrafię sobie wiele wyobrazić. Próbuję użyć tej mojej wyobraźni. Dziecko bywa nieposłuszne, czasem ciężko się z nim dogadać, człowiekowi puszczają nerwy, krzyczy, w końcu uderza... Raz. Tutaj moja wyobraźnia się kończy. Nie mogę pojąć, jak po takiej żałosnej porażce można spojrzeć na zapłakaną, wykrzywioną bólem buzię dziecka i uderzyć ponownie. Ja chyba spaliłabym się ze wstydu, a synka przepraszałabym pewnie jeszcze z tydzień. Albo i miesiąc. Albo dłużej. 

Może nie każdy lubi dzieci. Ja nie lubię pająków, nie mam ciepłych uczuć względem tych nieładnych zwierząt. Może dla kogoś małe dzieci są właśnie takimi pająkami? Zabijano już przecież i nienawidzono z powodu czyjegoś koloru skóry, wiary, orientacji seksualnej, może są ludzie, którzy nienawidzą dzieci?

W większości tych głośnych historii o zabitych, zadręczonych dzieciach rolę kata odgrywa nowy partner matki. Pozbawiony uczuć ojcowskich w stosunku do dziecka, traktuje je jak przeszkodę, nie chce się nim zajmować, typowo dziecięce zachowania wzbudzają w nim agresję i złość... Uderza. Popycha. Szarpie. Kopie. Poddusza. Kiedy zada ten ostatni, krytyczny cios, boi się tylko o siebie, bo przecież nie o dziecko, którego nie znosił.

Ale matka?


Przecież nosiła to dziecko pod sercem przez dziewięć miesięcy. Nadała mu imię Oskar, pewnie jej się podobało to imię. Podobno przez dwa lata dbała o dziecko. Czyli robiła to, co my wszystkie: kąpała, karmiła, nosiła na rękach, pielęgnowała, tuliła do snu. Co stało się z nią później? Gdzie się podziała czułość, troska, opiekuńczość? 

Podobno Oskarek przed śmiercią wołał ją: "Mamo! Brzuszek boli"... Szukał jej bliskości, pomocy. Pomimo całego bólu, który mu zadała. Kiedyś przecież musiał usłyszeć słowa pełne czułości. Kiedyś mama przychodziła na takie zawołania i uśmierzała ból. Czy jeden człowiek mógł zmienić ją aż tak bardzo?

Kiedy myślę o niej i tak bardzo nie mogę się pogodzić z tym, co zrobiła własnemu dziecku, próbuję sobie wmówić, że było inaczej. Przecież to, co dokładnie spotkało Oskarka, wiemy tylko z przerażających zeznań tych dwojga, matki i konkubenta. Próbuję wyobrazić sobie matkę Oskarka bezbronną, sterroryzowaną przez partnera-sadystę. Bojącą się okazać synkowi czułość. Naiwnie wierzącą, że któregoś dnia ucieknie z dziećmi od tyrana, może jak młodsze dziecko trochę podrośnie... Podczas składania zeznań nadal sterroryzowaną, zmanipulowaną, biorącą część winy na siebie. Wbrew logice wmawiam sobie, że tak było, bo nie mogę znieść myśli, że własna matka mogła tak skrzywdzić malutkie dziecko.

Dlaczego warto o tym mówić?


Oskar już nie żyje i nie pomożemy mu. Byłby dzisiaj nastolatkiem, gdyby pozwolono mu żyć. Ale są inne dzieci, które cierpią otoczone zmową milczenia, cierpią wśród ludzi, którym się wydaje, że to nie ich sprawa. Obudźcie się, ludzie! Przeraźliwie chude dziecko z sąsiedztwa może być głodzone. Zapytajcie, skąd ten siniak. Ślad po nożu czy papierosie nie zrobił się sam, dziecko też go sobie samo nie zrobiło. To jest Wasza sprawa. Tu chodzi o życie.

Nie wierzę, że przez dwa lata nikt nie widział Oskarka. To dziecko żyło w mieście, miało sąsiadów. W Internecie można znaleźć zdjęcie, na którym chłopiec wygląda jeszcze w miarę zdrowo, ale ma podbite oko i krew w nosku. Kto zrobił to zdjęcie? Nie widział oznak przemocy, której doznawało dziecko?

W każdym mieście, w każdej gminie jest Ośrodek Pomocy Społecznej. Telefon na policję zna każdy. Nie bójcie się reagować. Czego się boicie? Że oprawca dziecka pobije Was w odwecie? Powiem brutalnie: z pewnością zniesiecie to lepiej, niż ta mała krucha istotka, a i łatwiej Wam będzie dochodzić później sprawiedliwości. Dziecko nie wie, gdzie szukać pomocy. Wy wiecie.

Przytulcie dzisiaj mocno swoje dzieci. Posłuchajcie ich radosnego śmiechu. Są dzieci, które nigdy się nie śmieją i nigdy nie są tulone.

czwartek, 8 lutego 2018

Małżeństwo jest WAŻNE - jakie znaczenie ma ślub cywilny?

Dzisiejszy wpis powstał w ramach internetowej akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa 7-14 lutego.

Jakie znaczenie ma ślub cywilny?


"... to TYLKO ślub cywilny".

"... Powiedz mi szczerze, czy ten ślub cokolwiek dla ciebie zmienia?"

"... Obchodzicie rocznicę tego... kontraktu cywilnego?"

"... Znałam kilka par, które planowały wziąć ślub kościelny po cywilnym i w efekcie nigdy go nie wzięły. Nie mówię, że tak będzie w Waszym przypadku, ale..."

a z drugiej strony, między innymi:

"... Co, jednak ugięliście się i wzięliście też ślub kościelny?" 

"... Rodzina nie dała wam żyć?"

"... Jak to, bierzecie ślub? Przecież jesteście już małżeństwem?"

Z reakcji naszych bliskich i znajomych można wywnioskować, że jesteśmy bardzo nietypowym małżeństwem. Wzięliśmy ślub dwukrotnie: najpierw cywilny, a rok później kościelny. Oba śluby były dla nas ważnymi, przełomowymi wydarzeniami. Jesteśmy osobami wierzącymi i podchodzimy z pełną powagą do religijnego wymiaru ślubu kościelnego.

Dlaczego zatem - ślub cywilny?


W naszym przypadku odpowiedź jest prosta i prozaiczna: tak było szybciej. Chcieliśmy już być małżeństwem. Nie "pośpieszała" nas ciąża, bo jej nie było. Mój mąż jest takim typem człowieka, że jak już na coś się zdecyduje (w tym przypadku - na małżeństwo), to chciałby to zrealizować jak najszybciej. Jeśli o mnie chodzi, to już od pewnego czasu marzyłam o tym, by móc mówić o ukochanym mężczyźnie: "mój mąż" :) 

Od dnia zaręczyn do ślubu minęły równo trzy miesiące. Czy da się w takim krótkim czasie zorganizować ślub kościelny? Pewnie się da. Wszystko się da. Najpierw szukasz kościoła, gdzie znajdziesz jeszcze wolny termin. Potem szukasz sali weselnej, której jeszcze nikt nie zarezerwował, albo w ogóle rezygnujesz z wesela. Następnie czekają Cię intensywne trzy miesiące załatwiania spraw formalnych, odbycie przyśpieszonego kursu przedmałżeńskiego, zapraszanie gości (jeśli to jeszcze wchodzi w grę), szybkie wybieranie sukni, garnituru, dodatków, wszystkiego. 

My nie chcieliśmy organizować ślubu kościelnego w trzy miesiące. Chcieliśmy przygotowywać się do niego długo i starannie, żeby ten jedyny, najważniejszy dzień był taki, jak go sobie wymarzyliśmy. Ślub cywilny miał być tym szybkim, a ślub kościelny - tym wyczekanym i idealnym :)

Wiem, że nie każdy z Was zgodzi się z naszym podejściem, niektórzy pomyślą z pewnością, że to strasznie płytkie. Ale prawdziwe. Nie chciałabym do końca życia żałować, że nie miałam wesela i wymarzonej sukni, patrzeć z zazdrością na cudze zdjęcia ślubne i porównywać ich pięknie zorganizowane uroczystości z moim "ślubem w pięć minut". Oprawa nie jest najważniejsza, ale też ma znaczenie.

Co zmienił w moim życiu ślub cywilny?

Fot. Marek Krempa
Zmienił wszystko. Nagle byliśmy już nie parą narzeczonych, a małżeństwem. To, co nas łączyło, nie było już tylko obietnicą, zapowiedzią, ale formalnym, przypieczętowanym związkiem. Nasze życie małżeńskie nie było planem na bliżej nieokreśloną przyszłość, ale stało się rzeczywistością.

Dla mnie ta zmiana miała może nawet większe znaczenie dlatego, że już raz byłam zaręczona. Mimo szczerych chęci i wspólnych planów tamten związek nie przetrwał. Jeśli nie mieliście podobnych doświadczeń, uwierzcie na słowo: bycie narzeczoną to coś zupełnie innego niż bycie żoną (choćby tylko po ślubie cywilnym). Zerwanie zaręczyn to nic przyjemnego, ale - nie jest to rozwód.

Zmieniło się moje nazwisko, adres zameldowania, dokumenty, nagle we wszystkich formularzach zaczęłam wpisywać "zamężna", a już nie "panna", zmienił się nawet mój adres mailowy, no i od tamtej pory noszę obrączkę... To formalności, ale - nie da się pozostać w pełni tą samą osobą, gdy zmienia się praktycznie wszystko, co Cię określało do tej pory. Nagle spędzanie czasu z drugą osobą to już nie jest randka, to już nie jest tymczasowe pomieszkiwanie razem, to jest codzienność. To jest Twoja rzeczywistość.

Dlaczego jeszcze ślub cywilny jest ważny?


Fot. Marek Krempa

Fot. Marek Krempa
  • Nas to nie dotyczyło, ale - osoba mieszkająca poza krajem swojego urodzenia może szybciej i łatwiej ubiegać się o obywatelstwo dzięki temu, że weźmie cywilny ślub z obywatelem kraju, w którym mieszka. I nie chodzi mi tutaj o wizje rodem z amerykańskich komedii romantycznych, kiedy ktoś musi szybko wziąć ślub choćby z nieznajomą osobą, bo inaczej zostanie deportowany - ale o realną sytuację wielu znajomych nam Polaków i Polek, którzy mieszkają i pracują za granicą.
  • Formalny związek małżeński otwiera drogę do licznych przywilejów, o których chyba wszyscy wiedzą, bo co jakiś czas ta kwestia jest podnoszona w różnych nieraz kontrowersyjnych dyskusjach na tematy społeczne. Jako małżeństwo możecie się razem rozliczać, możecie wziąć razem kredyt, w razie pobytu małżonka w szpitalu jesteście traktowani jak rodzina, a nie jak przypadkowa osoba, która próbuje uzyskać informacje o stanie zdrowia drugiej osoby... To tylko część udogodnień.
  • Czy komuś się to podoba, czy niekoniecznie, coraz więcej ludzi w naszym kraju odcina się od Kościoła i sakramentów. Niejedno małżeństwo, które znamy, ma za sobą tylko ślub cywilny. Taka jest ich decyzja i nie ma podstaw, by ktoś miał tej decyzji nie szanować. Ich małżeństwo jest ważne i prawdziwe. Tak samo ważne i prawdziwe było moje małżeństwo jeszcze przed ślubem kościelnym.


Jakie znaczenie ma dla nas ten ślub po latach?


Fot. Marek Krempa
Tu też odpowiedź jest krótka i prosta - to dla nas piękne wspomnienie. Nasz ślub cywilny był z oczywistych względów skromny, ale piękny i romantyczny. Po ceremonii zjedliśmy pyszny obiad w rodzinnym gronie, a wieczorem świętowaliśmy w gronie znajomych podczas wielkiej i szalonej imprezy nad jeziorem :) Mamy pamiątkę w postaci pięknych zdjęć. Co roku świętujemy dwukrotnie z okazji rocznicy ślubu, obie rocznice są dla nas tak samo ważne. I gdy nas ktoś zapyta, od ilu lat jesteśmy małżeństwem, to zawsze liczymy te lata od 23 czerwca 2012, czyli od daty naszego ślubu cywilnego. W tym roku będzie to już szósta rocznica :)

Bardzo jestem ciekawa, co Wy myślicie na ten temat :) Ślub cywilny, ślub kościelny? Jeden i drugi?

poniedziałek, 5 lutego 2018

Książka, której nienawidzę: "Niezwykła wędrówka Harolda Fry" Rachel Joyce.


Wczoraj, czyli 4 lutego, był Światowy Dzień Walki z Rakiem. To dobra okazja, żeby napisać parę słów o tej książce. Przeczytałam ją parę lat temu, ale nadal myśl o niej wywołuje we mnie silne negatywne emocje. 

Czytałam w życiu różne słabe, źle napisane książki, choć raczej staram się ich unikać. Książki pełne błędów rzeczowych, autorskich wpadek, napisanych z nieznajomością realiów albo niechlujnym językiem. "Niezwykła wędrówka Harolda Fry" nie jest jedną z nich. Jest dobrze napisana, pod względem literackim co najmniej przyzwoita. A jednak w moim odczuciu jest szkodliwa bardziej niż tuzin Greyów.

O co chodzi? Harold, 65-letni emeryt wiodący spokojne i nudne życie, otrzymuje pewnego dnia list od dawno niewidzianej przyjaciółki. Queenie pisze w nim, że ma raka, jest umierająca i chciałaby się pożegnać. Harold szybko odpowiada na list i idzie do skrzynki pocztowej, by wysłać swoją odpowiedź, ale w drodze, pod wpływem impulsu, decyduje się na coś o wiele bardziej nieoczekiwanego i odważnego. Wyrusza w pieszą wędrówkę do szpitala, w którym leży Queenie. Idzie sam, pieszo na drugi koniec Wielkiej Brytanii. Telefonicznie przekazuje pielęgniarce, że jest w drodze. Prosi Queenie, by zaczekała do niego. Wierzy, że póki on będzie szedł, ona będzie żyła.

Już po samym opisie spodziewałam się krzepiącej historii o wierze, która przenosi góry i ratuje życie, o zwykłym-niezwykłym człowieku, trochę dziwnym, trochę szalonym, a przy tym wspaniałym, jak Forrest Gump. Taka literatura, po którą się sięga, gdy chcecie się wzruszyć, ale tak pozytywnie, gdy chcecie odzyskać wiarę w ludzi i dobre, heroiczne uczynki. Tego się spodziewałam, a Wy spodziewalibyście się czegoś innego?

Okładkę polskiego wydania zdobi dodatkowo krótka recenzja autorstwa Małgorzaty Kożuchowskiej, która już zupełnie utwierdziła mnie w moich oczekiwaniach. "Czuła, piękna i wzruszająca. Ta książka naprawdę może zmienić życie".

"Niezwykła wędrówka... " ma 273 strony. Do strony 235 czytałam krzepiącą, optymistyczną, choć niepozbawioną też trudnych momentów opowieść, jakiej oczekiwałam i wierzyłam - czy naiwnie? - że Haroldowi uda się wszystko: że spotka się z Queenie, a może nawet pomoże jej wrócić do zdrowia, że naprawi relacje ze swoją żoną i dorosłym synem, że cała ta historia zmierza do szczęśliwego zakończenia. A potem była strona 236 i rozdział 27. I zwrot akcji, zaskoczenie, które trochę skojarzyło mi się z filmem "Szósty zmysł". A właściwie - to było dopiero pierwsze z całej serii zaskoczeń. Bo okazuje się, że w tej książce praktycznie wszyscy kłamią. Ludzie okłamują Harolda, Harold okłamuje ludzi, wszyscy okłamują czytelnika.

Przyznaję, że takie zwroty akcji mają swoją wartość literacką i potrafią naprawdę wzbogacić czytaną książkę. Ale nie taką książkę! Nie tę, która miała dawać nadzieję, pokazywać, że wszystko jest możliwe i że nigdy nie jest za późno! 

Na cmentarzysku marzeń i pragnień Harolda, na zgliszczach świata przedstawionego w książce, bohaterowi udaje się jedna rzecz: wyraźnie poprawia się jego relacja z żoną. Tak jakby od początku chodziło tylko o to, tak jakby cała heroiczna wędrówka zmierzała do tego, żeby dwoje nieszczęśliwych starszych ludzi znowu zaczęło się ze sobą dogadywać. To cały happy end, na jaki możemy liczyć.

Ale co jest dla mnie najgorsze i dlaczego uważam tę powieść za szkodliwą? Otóż padają w niej pewne straszne słowa. I to nie jest byle jakie zdanie rzucone przez jakiegoś niedowiarka, któremu Harold udowadnia, że ten się mylił. To zdanie pada pod koniec książki i to właśnie ono jest odpowiedzą, puentą, rozwiązaniem. A brzmi ono: "Gdy dopada kogoś rak, nic nie można zrobić, by go zatrzymać".

Nieprawda! Bzdura! Napisałabym dosadniej, ale nie wypada mi używać brzydkich słów. Wszyscy wiemy, że rak jest straszną chorobą. Prawdopodobnie każdy z nas znał kogoś, kogo ta choroba zabrała. Ale znamy też osoby, które wygrały z rakiem! Słyszymy o nich w mediach, a czasem znamy też takich ludzi osobiście. Ja znam kilkoro. Wiadomo, że już zawsze będą żyć ze świadomością, że choroba może wrócić, muszą stale obserwować swoje ciało i zważać na wszelkie możliwe symptomy. Ale żyją, mają rodziny, spełniają swoje marzenia. To jest możliwe. A wiara w wyzdrowienie naprawdę potrafi czynić cuda.

I wiecie, potrafię sobie wyobrazić, że po przeczytaniu samego opisu na okładce podsunęłabym taką krzepiącą lekturę osobie chorej na raka. Spodziewałabym się, że znajdzie tam słowa otuchy i inspiracji. A zamiast tego przeczytałaby, że już nic nie może zrobić... Kiedy o tym pomyślę, mam ochotę spalić tę książkę w piecu.

Nie polecam. Choć może inaczej czytałoby mi się "Niezwykłą wędrówkę...", gdybym przed rozpoczęciem lektury miała świadomość, że to nie musi się skończyć dobrze. Zostaliście ostrzeżeni.

Mam świadomość, że jestem w mojej opinii raczej odosobniona - książka zbiera praktycznie same entuzjastyczne recenzje. Tym chętniej podejmę dyskusję na jej temat. Proszę Was tylko, nie zbywajcie mnie krótkim "a mnie się podobało". Napiszcie, dlaczego Wam się podobało.

wtorek, 30 stycznia 2018

Wyzwanie międzykulturowe - Smak Raju, czyli mezopotamskie ciasteczka.



Biorę udział w wyzwaniu dla osób zajmujących się rękodziełem, choć mam dwie lewe ręce i absolutny brak talentu w tym zakresie. Zdeklarowałam się, że upiekę ciasteczka, choć nie mam w domu piekarnika. Jeśli ktoś się jeszcze zastanawiał, czy na pewno jestem rozsądną osobą, to chyba już zna odpowiedź ;)

Wyzwanie międzykulturowe organizuje moja przyjaciółka Monia na swoim blogu Kolory Życia. Jeśli zajmujecie się rękodziełem, bardzo polecam Wam ten blog, jak i udział w wyzwaniu międzykulturowym. Będzie to dla Was okazja, żeby spróbować czegoś nowego, a może i przy okazji dowiecie się czegoś na temat dawnych, niekoniecznie Wam znanych kultur.

"Wiem, że rękodzieła nie robisz. Ale wiem też, że pieczesz pyszne ciasteczka", napisała mi Monia, kiedy rozważałam wzięcie udziału w wyzwaniu. To mnie przekonało. Okazja, żeby upiec coś pysznego, a przy okazji poszerzyć swoje horyzonty i mieć gotowy fajny wpis na bloga - takiej okazji się po prostu nie marnuje!

Mezopotamia. 


Kraina leżąca w dorzeczu rzek Eufrat i Tygrys, czyli tam, gdzie według Biblii znajdował się Raj. Rozwijało się tam wiele kultur, o niektórych z nich pamięta się do dziś, inne są praktycznie zapomniane. O kulturze Sumerów i Babilonii pewnie słyszeliście :)

Wiedziałam, że moje ciasteczka na pewno będą okrągłe - w końcu to tam wynaleziono koło :) W sztuce Mezopotamii często pojawiał się motyw słońca lub gwiazdy (znaki te oznaczały Boga, niebo, dzień, światło), postanowiłam więc umieścić na ciasteczkach własnie te motywy. Oczywiście, na miarę moich skromnych możliwości.

Zależało mi również na tym, żeby moje ciasteczka nie tylko poprzez swój wygląd, ale także poprzez smak nawiązywały do kultury Mezopotamii. Poszukałam informacji na temat różnych przysmaków, jakimi zajadano się w tamtych stronach. Dlatego też do wykończenia moich ciasteczek zdecydowałam się użyć daktyli oraz pasty sezamowej.

Do (ręko)dzieła!


Ciasto:
500 g mąki
250 g masła
3 żółtka
150 g cukru
proszek do pieczenia

Dekoracja:
200 g daktyli
ok. 50 g pasty sezamowej
łyżeczka cynamonu
4 łyżki mąki

Z podanych składników zagniatamy kruche ciasto, następnie chłodzimy je w lodówce co najmniej pół godziny. Będzie idealnie, jeśli uda się Wam je rozwałkować i wykroić kółka za pomocą szklanki :) Ale możecie też formować z ciasta kulki i rozpłaszczyć je, a następnie za pomocą szklanki skorygować kształt! Technika dowolna, liczy się efekt. 
Chyba domyślacie się, którą opcję ja wybrałam...

W czasie, kiedy ciasto się chłodzi, możecie przygotować masę. Daktyle należy drobno posiekać (warto je wcześniej namoczyć!), połączyć z pastą sezamową i cynamonem, wymieszać wszystko, aż powstanie w miarę gładka masa. W zależności od upodobań smakowych możesz dodać cukru, ale pamiętaj, że daktyle same w sobie są bardzo słodkie! Kiedy przygotujesz masę, wstaw ją do lodówki. Przed upieczeniem ciasteczek postaraj się ulepić z masy dekoracje, którymi ozdobisz ciasteczka.

Okrągłe ciasteczka należy najpierw podpiec, a następnie wyjąć z piekarnika i ułożyć na nich dekoracje. Potem piecz jeszcze przez ok. 20 minut. 

Ciasteczka są pyszne, pięknie pachną i naprawdę przenoszą wprost do starożytnego Raju! Na szczęście nie są zakazanym owocem :)



poniedziałek, 22 stycznia 2018

Jak uśmierciłam moją nauczycielkę, czyli: Dzień Babci i Dzień Dziadka.


Pamięć jest ulotna, zwłaszcza pamięć dziecka. Ale niektóre wspomnienia z czasu dzieciństwa potrafią przetrwać w niezmienionej formie aż do dorosłości, szczególnie jeśli są utrwalane przez osoby, które w trakcie tamtych zdarzeń były dorosłymi.

I tak właśnie zapamiętałam jeden Dzień Babci z dzieciństwa, z czasu, kiedy byłam w pierwszej albo w drugiej klasie podstawówki i byłam inteligentnym, nietypowym dzieckiem, które nie zawsze wiedziało, że nie wypada czegoś zrobić lub powiedzieć. Przeważnie nie wiedziało.

Nasza pani wychowawczyni, jedyna ukochana pani ucząca nas wszystkich przedmiotów włącznie z plastyką, zadała nam wówczas zadanie. Mieliśmy przedzielić kartkę na kilka części i w każdej z tych części miał znaleźć się inny rysunek. Pierwszy rysunek miał przedstawiać jedną z naszych babć, następny - drugą z naszych babć. Nie pamiętam, co miało być na pozostałych rysunkach, zdaje się, że jakieś laurki. A może mieliśmy narysować też dziadków? Tego akurat nie zapamiętałam.

Pierwszą babcię narysowałam bardzo starannie. Stała w swojej kuchni i uśmiechała się. Pamiętam, że zadbałam o szczegóły do tego stopnia, że narysowałam nawet plastikowego pudelka, który zawsze stał na kuchennej szafce. Lubiłam rysować, rysowałam ładnie, starannie, z dbałością o szczegóły i z typowo dziecięcą śmiałością - bez obawy, że czegoś nie umiem narysować.

Z narysowaniem drugiej babci było o tyle trudniej, że nigdy jej nie poznałam - zmarła przed moim narodzeniem. Nie wprawiło mnie to jednak w zakłopotanie. Znałam przecież piękny wizerunek babci ze zdjęcia na jej grobie. Przepiękna kobieta z długimi, czarnymi włosami; mój tata był do niej bardzo podobny. Logiczne więc, że z tą samą starannością i dbałością o szczegóły zabrałam się za rysowanie mojej drugiej babci - wraz z całym nagrobkiem.

Trzeba w tym miejscu oddać sprawiedliwość mojej wychowawczyni, że zdawała sobie sprawę z tego, że niektóre dzieci mogą mieć kłopot z wykonaniem zadania. Od razu zasugerowała, że osoby, których babcia nie żyje, mogą na przykład narysować babcię na łące pełnej kwiatów. No cóż. Ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mogą znaczy powinny, a perspektywa narysowania nagrobka, starannie, za pomocą ołówka i czarnej kredki, była dla mnie bardziej pociągająca niż kolejna ukwiecona łączka.

Zatem kiedy pani wychowawczyni podeszła do mojej ławki, żeby zobaczyć, jak idzie mi rysowanie, zdumiona ujrzała wielki, dość realistycznie narysowany nagrobek z pięknym portretem kobiecym i ze starannie wypisanym imieniem. Identycznym jak imię pani nauczycielki. Nie pamiętam zresztą, dlaczego nie było tam również nazwiska. Wiedziałam, jak mam na nazwisko i że nazwisko mojej babci brzmiało tak samo. Prawdopodobnie po prostu nie zdążyłam go jeszcze napisać.

Finał tej historii jest taki, że musiałam jednak narysować łąkę pełną kwiatów tak jak inni, a pani nauczycielka do dziś wspomina ze śmiechem, jak to Martynka ją uśmierciła na lekcji plastyki.

Szczerze? Mam co prawda więcej dystansu do siebie w wieku trzydziestu lat niż w wieku lat ośmiu, ale i tak uważam, że to trochę niesprawiedliwe, że taka anegdotka powstała. Po pierwsze, ja w takim wieku już naprawdę dobrze rozumiałam polecenia i jak ktoś mi mówił, że mam narysować babcię, to rysowałam babcię, a nie mogiłę ukochanej pani. Po drugie, byłam też już bardzo dobrze zaznajomiona z faktem, że dwie różne osoby mogą mieć tak samo na imię. Po trzecie, na narysowanym przeze mnie nagrobku umieściłam przecież portret kobiety o długich, czarnych włosach, w niczym nie przypominającej mojej wychowawczyni, krótko obciętej blondynki. Ale cóż, anegdota przetrwała do czasów obecnych, tak jak i moje wspomnienie, zdecydowanie najodleglejsze wspomnienie związane z Dniem Babci.

Dziś to moi rodzice są dziadkami, moja młoda, pogodna i energiczna mama jest babcią, a mój młody, wesoły i gadatliwy tata jest dziadkiem. Tak samo jak rodzice mojego męża. Robert ma pod tym względem więcej szczęścia niż ja, bo ma dwie babcie i dwóch dziadków. W dodatku jedni dziadkowie, czyli rodzice męża mieszkają blisko i Robert często ich widuje. A długie wyprawy do moich rodziców, czyli do babci i dziadka, którzy mieszkają daleko, mogą stać się dla niego jedną z największych atrakcji dzieciństwa, tak jak dla mnie atrakcją były coroczne wyjazdy na wakacje i ferie zimowe.

Zastanawiam się dzisiaj, jak kilkuletni Robert narysowałby swoje babcie i swoich dziadków. Mam nadzieję, że nadal będą się wtedy cieszyć świetnym zdrowiem i że Robert będzie ich widywał co najmniej tak często jak teraz.


Obie babcie na jego rysunkach byłyby pewnie dość podobne do siebie, dwie uśmiechnięte krótkowłose panie w okularach, jedna z trochę jaśniejszymi włosami, druga z trochę ciemniejszymi. Pewnie narysowałby jasnowłosą babcię podającą obiad dla całej rodziny albo krzątającą się w kuchni. Babcia z ciemniejszymi włosami pewnie będzie mu się kojarzyła z jakimiś Świętami, więc może narysuje ją na tle choinki? A obok będzie na pewno śliczny, kudłaty piesek.

Przy rysowaniu dziadków pewnie skupiłby się na ich różnicach zewnętrznych, bo jeden dziadek jest duży i ma zupełnie siwą brodę, a drugi niezbyt wysoki, ma krótkie ciemne włosy i gładką twarz. Czy Robert narysowałby ich w okolicznościach związanych z pracą, czy raczej z odpoczynkiem? A może na spacerze? Trudno mi powiedzieć.

Cieszę się, że w życiu Roberta jest tyle wspaniałych, kochających go osób. Oprócz dwóch babć i dwóch dziadków jest jeszcze pradziadek! Mam nadzieję, że czeka ich jeszcze wiele wspólnych lat i że będę miała okazję usłyszeć kiedyś, jak Robert rozmawia ze swoim pradziadkiem.

Wiecie, kiedy wspominam moją babcię - tę jedyną, którą poznałam - to myślę sobie, że bycie babcią to naprawdę świetna sprawa. Życzyłabym każdemu człowiekowi na świecie, żeby miał w życiu przynajmniej jednego wnuka. Dlaczego? Moja babcia nie miała łatwego charakteru. Była raczej trudną osobą. Ale była moją babcią. Każdy wyjazd do niej na ferie czy na wakacje był dla mnie i dla mojej siostry wielkim wydarzeniem. Miasto, w którym mieszkała, jest dla mnie do tej pory jednym z najpiękniejszych miast na świecie, choć obiektywnie wiem, że byłam w wielu ładniejszych miejscach. Moje wspomnienia o babci są idealne, niczym niezmącone, choć tak naprawdę nieraz się nie dogadywałyśmy i pewnie nie byłoby nam łatwo, gdybyśmy miały mieszkać ze sobą na stałe.

Myślę sobie, że każdy w życiu zasługuje na przynajmniej jednego wnuka, który będzie na Was patrzył zachwyconymi dziecięcymi oczami, pozbawionymi krytyki i trzeźwej oceny, po prostu z miłością :) I tego dzisiaj, w Dniu Dziadka, życzę Wam wszystkim, nawet tym bardzo młodym. Życzę Wam miłości wnuka!