czwartek, 9 stycznia 2020

"Zaskroniec i Pudel" - przeczytaj i pomóż zwierzakom w potrzebie!


Co wiecie o zaskrońcach?


Ja wiedziałam niewiele, dotąd nie interesowałam się tymi zwierzętami. Tymczasem z bajki "Zaskroniec i Pudel", opublikowanej przez Katarzynę Wierzbicką w aplikacji Book Szpan, można się dowiedzieć całkiem sporo na ich temat. Zresztą, nie tylko na temat zaskrońców. Wiedza podana jest przez autorkę w bardzo przyjemny sposób, dzięki rozmowom występujących w bajce zwierzątek, które opowiadają sobie nawzajem o swych zwyczajach. Ale jak to się stało, że mogą do siebie mówić, skoro należą do różnych gatunków?

"A ponieważ jestem bajkowy, to mogę z tobą spokojnie porozmawiać", stwierdza mały zaskroniec w dialogu z równie bajkową pszczółką. I wszystko jasne :)

Myślę, że nie byłoby złym pomysłem, gdyby "Zaskrońca i Pudla" czytano w szkołach w ramach edukacji przyrodniczej :) Jednak to nie ciekawostki o zwierzętach, choć niewątpliwie cenne, przesądzają o wartości i uroku tej bajki. Najważniejsza jest tutaj historia, chwytająca za serce tak mocno, że ja, dorosła osoba z pewnością znacznie starsza od docelowego czytelnika, miałam łzy w oczach. Jest to historia przyjaźni zaskrońca z małym pudelkiem, który szuka swoich właścicieli. Jego pan rzucił mu kaczuszkę bardzo daleko i odjechał...

Z relacji kochającego, wiernego pieska wyłania się nam prawdziwy przebieg zdarzeń, w którym nie ma nic bajkowego, i niestety też nic rzadko spotykanego. Zawsze porusza mnie, gdy czytam o cierpieniu psów, a w bajce o zaskrońcu i pudlu to cierpienie jest opisane bardzo autentycznie. Tęsknota, niezrozumienie, ufność i przywiązanie... Historia nieszczęśliwego pudelka ma jednak szczęśliwe zakończenie. Bajkowe - bo to przecież bajka.

Book Szpan


Wspomniałam na początku, że bajkę "Zaskroniec i Pudel" można przeczytać w aplikacji Book Szpan. A co to właściwie jest, może zapytacie? Jej pomysłodawczynią jest Julia Górecka, studentka V roku wrocławskiego ASP. Za pomocą aplikacji realizuje swój projekt magisterski, który jest zarazem akcją społeczną. 

Jak możemy przeczytać na stronie akcji, jej cele to:
  • uwrażliwianie dzieci,
  • pomoc zwierzęcym fundacjom,
  • promowanie zdolnych pisarzy i ilustratorów.
Co miesiąc na stronie pojawia się kolejna bajka, nie wątpię, że równie piękna i pouczająca jak "Zaskroniec i Pudel". Aby ją przeczytać, wystarczy wpłacić 9 zł (lub więcej) na konto wybranej fundacji zajmującej się zwierzętami w potrzebie. Strona umożliwia wybór jednej spośród dziesięciu fundacji. Jeśli ich nie znasz - bez obaw, po kliknięciu w logo organizacji możesz przeczytać krótki opis jej działalności. 

Strona działa w sposób przejrzysty i intuicyjny, samo dokonanie opłaty trwa może minutę i nie powinno sprawić nikomu problemu. Aplikacja prowadzi nas za rękę przy każdym kroku. Dziewięć złotych? Wiem, że kwota, choć niewielka, może w pierwszej chwili odstraszyć odbiorcę, przyzwyczajonego do mnóstwa darmowych treści dostępnych w Internecie. Jednak, gdy się zastanowisz - czy 9 złotych to wysoka cena za piękną, wartościową bajkę, dzięki której możesz przy okazji pomóc porzuconym pieskom, bezdomnym kotom lub cierpiącym zwierzętom hodowlanym? Myślę, że nie. Dla Ciebie to mała, nieznacząca kwota, dla każdej z tych fundacji - wartościowa cegiełka, którą z pewnością wykorzystają najlepiej jak tylko się da.

Book Szpan daje też dzieciom pole do kreatywnej zabawy. Mogą one wziąć udział w konkursie. Po przeczytaniu bajki mają możliwość narysowania ilustracji do niej i napisania, czego się z niej nauczyli. Choć nie jestem dzieckiem, myślałam nad wzięciem udziału, bo w końcu nauczyłam się co nieco na temat zaskrońców :) Jednak ilustrowanie nie jest moją mocną stroną, więc odpuściłam. Zdecydowanie daleko mi pod tym względem do pani Sylwii Tracz, która zilustrowała bajkę "Zaskroniec i Pudel".

Ilustracja autorstwa Sylwii Tracz
Zdjęcie zaczerpnięte z fanpage Book.szpan

Autorka oraz ilustratorka.


Właśnie, właśnie. Trochę od tyłu piszę dziś tę moją recenzję. Może powinnam zacząć od tego, kim są Katarzyna Wierzbicka, autorka bajki, oraz Sylwia Tracz, ilustratorka?

Nazwisko Kasi pojawiło się już na moim blogu, i to całkiem niedawno :) Kasia jest autorką wspaniałej książki "O królewiczu, który się odważył", której recenzję mogliście u mnie przeczytać. Znacie ją też jako autorkę bloga Madka roku. Jeśli nie znacie, to powtarzam po raz kolejny, najwyższy czas poznać!

Sylwia Tracz to absolwentka wrocławskiego ASP na kierunkach malarstwo i grafika. Na co dzień pracuje jako graficzka i ilustratorka, odpowiada za oprawę graficzną imprez Miejskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu. Na Facebooku prowadzi stronę Świat ilustrowany. Warto zajrzeć!


Mam nadzieję, że zachęciłam Was do tego, by zajrzeć na stronę akcji Book Szpan. Dobre pomysły należy wspierać, tak samo jak znakomitych autorów bajek i uzdolnionych ilustratorów. A pod tym adresem, moi drodzy, znajdziecie ich sporo, i to co miesiąc nowych! :)

piątek, 3 stycznia 2020

Rok pisarki - podsumowanie roku 2019.



W jednej z wielu dyskusji, które toczyłam w minionym roku na temat pisania, spotkałam się z sugestią, że nie powinnam mieć oporów przed nazywaniem siebie pisarką, nawet jeśli jestem jeszcze przed debiutem. Zatem teraz podsumuję rok 2019 jako pisarka. A powiem Wam, że pisanie książki faktycznie zdominowało ten rok. Zdarzały się - sporadycznie - dni, w których nie pisałam, wyłącznie z powodu braku czasu. Z pewnością jednak nie było w tym roku ani jednego dnia, kiedy nie myślałam o książce, postaciach i opowiadanej przeze mnie historii. 365 dni z kilkunastoma osobami, które ciągle gadają w mojej głowie - czy to nie szaleństwo? :)

Nie wiem, czy znajome mi osoby, które też piszą, zgodzą się z tym stwierdzeniem, ale - wydaje mi się, że pisarz to taki ktoś, kto bardzo często czuje się śmieszny. Ja wielokrotnie mam poczucie, że narażam się na śmieszność. Od ponad roku stale siedzę z zeszytem i coś w nim skrobię. Codziennie. A ukończenie książki to nie wszystko, jest jeszcze cały żmudny proces redakcji, niekończące się poprawki, wreszcie - wysłanie tekstu do wydawnictw i znów kolejne długie miesiące oczekiwania na odpowiedź. A potem, gdy otrzymasz odpowiedź pozytywną... znów trzeba czekać! Pisarz to osoba, która ciągle tylko pisze i czeka :) Jeśli znacie kogoś, kto zachowuje się podobnie, proszę, postarajcie się pomyśleć o nim z nieco większą powagą. Ten zabawny człowieczek naprawdę nad czymś pracuje, i może się zdarzyć, że będzie to coś dobrego!

W podsumowaniu roku z pisaniem pomogła mi Marta Łysek, której "Listy od M." subskrybuję. Odpowiedziałam na pytania postawione przez nią w najnowszym liście. Korzystając z okazji, chciałabym gorąco polecić Wam Martę i jej listy. Mnóstwo świetnej motywacji i praktycznych wskazówek dla osób, które piszą!

1. Co w tym roku dało Ci najwięcej radości?


Pierwsze pytanie - i od razu dylemat nie do przejścia :) W tym roku spotkało mnie tak wiele cudownych chwil związanych z pisaniem, jak wyróżnić jedną z nich? Może to chwila, gdy bliska mi osoba oceniła pozytywnie to, co napisałam? Może chwila, gdy czytelniczka podziękowała mi za wykreowaną przeze mnie postać? Może rozmowa z szefową wydawnictwa, której spodobała się przesłana przeze mnie propozycja? Może któreś ze spotkań ze wspaniałymi pisarkami poznanymi przez Internet, np. podczas Targów Książki w Krakowie lub w Katowicach? Może wiadomość od wymagającej redaktorki, która oceniła moje opowiadanie jako "piękne"?

Nie jestem pewna, ale chyba wygrywa chwila, kiedy napisałam słowa "KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ" w moim rękopisie, czyli skończyłam pisanie pierwszego tomu książki. Ha, słowo koniec było bardzo na wyrost, bo czeka mnie jeszcze dużo pracy nad tym tekstem :)


2. Czego na pewno nie chcesz powtarzać?


Nigdy nie mów nigdy ;) Ciężko mi było wskazać coś, czego na pewno nie chcę powtarzać, bo nawet jeśli niektóre doświadczenia nie były łatwe, to jednak czegoś uczyły. Ale jest taka rzecz. Nie chcę już nigdy zmarnować możliwości udziału w warsztatach literackich. Zdecydowałam się zapisać na nie, ale rozmaite okoliczności - na czele z kapryśną weną i trudnościami technicznymi - sprawiły, że moje uczestnictwo było niemal wyłącznie bierne. Szkoda.

3. Z czego rezygnujesz?


Na ten moment - z udziału w warsztatach, kursach i innych tego typu rzeczach. To wynika z poprzedniego punktu. Jeśli nie jestem w stanie się w to włączyć tak, żeby obie strony skorzystały, to naprawdę szkoda czasu, pieniędzy i miejsca, które mógłby zająć ktoś bardziej aktywny.

4. Co chcesz zrobić jeszcze raz?


Na pewno niejeden raz chcę spotkać się ze wspaniałymi osobami, które poznałam w tym roku. Z pisarzami, z przedstawicielami wydawnictw. Wiecie, to jest tak, że od lat próbuję swoich sił w pisaniu, ale w tym roku po raz pierwszy poczułam się częścią pisarskiej społeczności.


5. Kto w tym roku był najważniejszy dla Twojego pisania?


Ha! Trudne pytanie, a ponoć każda odpowiedź jest prawidłowa. Kto zatem był najważniejszy? Postacie, o których piszę. A dokładnie dwie spośród nich, dziewczyna i chłopak, na swój sposób bardzo do siebie podobni i może dlatego wyjątkowo sobie bliscy. I oboje bardzo kłopotliwi dla autorki ;) Jeśli kiedyś przeczytacie moją książkę (jeśli jakimś cudem się ukaże), chciałabym Was prosić, żebyście dali im szansę, nawet jeśli nie czytacie takich rzeczy, nie uznajecie takich książek. Nie twierdzę, że wszystko napisałam dobrze - wręcz przeciwnie! - ale oni naprawdę mi się udali.

Spotkałam się ostatnio z takim zdaniem: Najważniejsza jest ta osoba, o której myślisz przed zaśnięciem. Cóż, zatem jeśli nie myślałam akurat o mężu lub o dzieciach, to z pewnością o kimś z tej dwójki :D

6. Która porażka była najcenniejsza?


Trudne pytanie. Widzę, jak autorzy bardziej doświadczeni ode mnie wspominają z rozrzewnieniem czasy, kiedy dostawali po pisarskim tyłku i jak bardzo to pomogło im się rozwinąć. Widzę i czuję, że jestem jeszcze na wcześniejszym etapie. Ja po prostu dostaję po tyłku :) Brakuje mi poczucia, że moje porażki czegoś mnie uczą. Może tylko cierpliwości i pokory ;)

Ale było coś takiego, co mogę uznać za cenną porażkę. Jedna z beta-czytelniczek bardzo ostro skrytykowała mój tekst, co - wraz z późniejszą burzą mózgów z koleżankami po piórze - zmotywowało mnie do decyzji o podzieleniu wspomnianej części pierwszej na dwa jeszcze krótsze tomy. Co za tym idzie, musiałam przemyśleć znaczenie poszczególnych wątków, zastanowić się nad scenami, które warto dopisać, słowem, uporządkować i doszlifować to, co już napisałam. Czyli - wyszło mi na dobre.

7. Z czego czujesz największą dumę?


Czuję się dumna z tego, że oswoiłam wewnętrznego krytyka. Ostatecznie żadne z potknięć, których było więcej, niż możecie sobie wyobrazić, nie zablokowało mnie na dłużej niż jeden dzień. Nie wyrzuciłam książki do śmieci, choć wielokrotnie miałam na to ochotę. (Ale jeśli kiedyś to zrobię, bez obaw, mam mnóstwo kopii zapasowych) :D 

I pytanie gratis: Komu i za co chcesz okazać wdzięczność?


Uwielbiam dziękować, więc to dla mnie bardzo przyjemne pytanie :) Nie mam pojęcia, czy te osoby życzą sobie, bym je wymieniała z nazwiska, stąd tylko imiona. 

Przede wszystkim, Andrzej - za nieocenioną, mrówczą pracę przy przepisywaniu moich rękopisów, za żywe zaangażowanie w akcję, dyskusję nad motywacjami postaci, nieraz otwierające mi oczy na zupełnie nowy punkt widzenia. Za to, że jesteś moim pierwszym beta-czytelnikiem, nadspodziewanie wymagającym i pomocnym, a przy tym ogromnie wspierającym. Dajesz mi wiarę i siłę.

Kasia - osoba, która zdominowała mój pisarski rok 2019, wraz z inną Kasią, moją bohaterką :) Nie znam osoby, która potrafiłaby równie mocno zarażać pasją i motywować. Powiedziałaś mi wiele ogromnie ważnych rzeczy, ale chyba najbardziej przemówiło do mnie to, że ta historia sama do mnie przyszła i mnie wybrała. Dzięki za zaangażowanie, podpowiedzi i za pokochanie moich bohaterów.

Paulina - osoba, która chyba najlepiej rozumie, na jakie szaleństwo się porwałam, pisząc tę książkę - i szaleństwo jest tu wyjątkowo dobrym słowem... Uwielbiam Twoje uważne czytanie, wnikliwe spostrzeżenia i otwieranie mi oczu, gdy trzeba.

Natalia - osoba w wieku moich bohaterów, która pomogła mi poczuć się pewniej w pisaniu o młodzieży :) Dzięki za Twój entuzjazm!

Agnieszka - za pierwszą fachową konsultację i bardzo życzliwe podejście do moich wymysłów :)

Patrycja - to chyba Ty nauczyłaś mnie najwięcej, jeśli chodzi o redakcję. Oswoiłaś mnie z nią.

Mania - za punkt szósty.

Alicja, Marta, Aleksandra, Magda, Agnieszka i wszystkie Wojowniczki - za burzę mózgów i za danie mi szansy.

Ela - kochana Ty moja, wspominam o Tobie tak często, że może darujesz mi to, że teraz w pierwszej wersji tego tekstu zapomniałam ;) Dziękuję za przeczytanie mojej książki, za długie dyskusje i sugestie, i za to, że wiesz o mnie tyle zawstydzających rzeczy ;)

Krzysztof - za fachową pomoc, gdy o nią poprosiłam, a także za wyłowienie mnie z tłumu i bardzo obiecujące plany pisarskie na rok 2020 :)

Ewa - za przeczytanie mojej książki i za świetną polecajkę :)

Kasia (jeszcze jedna!) - za naszą korespondencję, która dała mi bardzo dużo radości i wiary. Zobaczymy, jak będzie :)

Kasia (jeszcze jedna! Co ja mam z tymi Kasiami?), Kinga, Krzysia, Edyta, Małgosia, Magda, Marta, Emilia i mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałam - za potężna dawkę fachowej wiedzy, treningu i poczucia wspólnoty.

Wiecie, to bardzo przyjemne, gdy można podziękować tak wielu wspaniałym osobom!
Wam, drodzy czytelnicy, również dziękuję - za przeczytanie tego długiego tekstu :) Dla niektórych z Was to, o czym piszę, to pewnie istna egzotyka. Cieszę się, że towarzyszycie mi w moich zmaganiach. Może kiedyś będziecie ze mnie dumni. Może jeszcze w tym roku :)

czwartek, 19 grudnia 2019

Mamo, nie czekaj!


Grudzień sprzyja refleksjom i wspomnieniom. Dla mnie są to szczególne wspomnienia. Trzy lata temu tuliłam noworodka i wszystko było dla mnie tak bardzo nowe. Dwa lata później, również w grudniu, tuliłam następnego noworodka, a śliczny dwulatek patrzył na niego z zaciekawieniem i pytał "A co to?". Wiedziałam już, że pewnymi sprawami nie muszę się tak bardzo przejmować. Nabyłam doświadczenia, a jednocześnie widzę wyraźnie, że większość rzeczy robię jednak tak samo jak za pierwszym razem. 

Choć może nie jestem już nowicjuszką, z upływem czasu mam coraz więcej pokory. Tak jak trzy lata temu, tak i teraz nie czuję się odpowiednią osobą, by uczyć kogoś, jakim powinien być rodzicem. Mam doświadczenie tylko z moją dwójeczką, a skąd w ogóle mogę mieć pewność, że nie popełniam błędów? Czas pokaże. Mogę tylko podpowiedzieć, co u mnie - mam wrażenie - świetnie się sprawdziło.

Mamo, nie czekaj!


Na początku mojej wielkiej przygody z macierzyństwem często słyszałam "poczekaj", "warto poczekać". I jakoś tak wyszło, że nigdy się do tej rady nie zastosowałam. Nie dlatego, że nie chciałam - po prostu tak się złożyło. Może jestem z natury niecierpliwa. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że nie czekałam! Uważam, że wyszło mi to na dobre. I możesz się ze mną nie zgodzić, tym bardziej, że zapewne słyszałaś nieraz coś zupełnie przeciwnego - ale chciałabym Ci powiedzieć, młoda mamo, że w tych sytuacjach po prostu nie warto czekać.

Nie czekaj z dzieleniem się swoją radością.


"Poczekaj do trzeciego miesiąca z mówieniem o ciąży, bo wcześniej to jeszcze nic nie wiadomo" - znacie to skądś? Ja owszem. Gdy to słyszałam, kiwałam z powagą głową i święcie wierzyłam, że tak właśnie trzeba. Miałam szczery zamiar poczekać do tego trzeciego miesiąca i aż do tego czasu nie zdradzać nikomu mojego słodkiego sekretu, bo przecież jeszcze nie wiadomo... Czy przeżyje

Cóż, tajemnicy przed mężem i tak nie zdołałabym zachować, bo obserwował mnie jeszcze uważniej niż ja sama. Rodzina dowiedziała się zaraz później, pracodawca zresztą też, bo okazało się, że moja pierwsza ciąża była zagrożona i faktycznie nie było jeszcze wiadomo, czy oboje z Robertem wyjdziemy z tego cało. Musiałam więc iść na L4. Jak się skończyło, to dobrze wiecie :) Ale chciałam zwrócić Waszą uwagę na coś innego.

A gdyby moja historia wyglądała inaczej? Gdyby jednak Robert nie przetrwał tych pierwszych, trudnych tygodni? Musiałabym wtedy zmierzyć się z bardzo bolesną stratą... SAMA?

Czy właśnie tego oczekujemy od kobiet, czy z tym się liczymy, kiedy decydujemy się na wszelki wypadek nic nie mówić? Gdybym straciła Roberta, na pewno byłoby to dla mnie potwornie trudne i jestem przekonana, że nie chciałabym zachować tego w tajemnicy. Nie chciałabym przechodzić przez to sama. Powiedziałabym rodzinie, przyjaciołom. Szukałabym w nich oparcia.

Nie twierdzę, ze trzeba od razu powiadamiać o ciąży wszystkich znajomych i cały świat. Ale moim zdaniem, nie warto zwlekać z rozmową z najbliższymi osobami.

Nie czekaj ze spotkaniami z bliskimi ludźmi.


W trosce o zdrowie maleństwa i jego wątłą jeszcze odporność, wiele mam decyduje, by przez pierwsze trzy miesiące po urodzeniu nikt go nie odwiedzał, poza może absolutnie najbliższą rodziną. I ono też nie jest zabierane w odwiedziny. Kiedy piszę te słowa, aż sama sobie nie dowierzam i sprawdzam co chwilę: nie pomyliło mi się coś?

Pierwsza sprawa: ta troska zupełnie na nic się nie zda, gdy maleństwo ma starsze rodzeństwo, które uczęszcza do żłobka lub do przedszkola. Pamiętam, że gdy Michał był malutki i poważnie zachorował, stanęłam przed dylematem: czy powinnam wypisać Roberta ze żłobka na te kilka miesięcy? Byłaby to bardzo trudna decyzja, i na pewno miałaby ogromny, niekoniecznie pozytywny wpływ na Roberta. Na szczęście później było już tylko lepiej.

Obaj moi synowie od początku mają kontakt z wieloma osobami. Zapraszamy gości, zabieramy ich w różne miejsca, do przyjaciół, do rodziny. Mam wrażenie, że dzięki temu wyrastają na otwartych, odważnych chłopców. Łatwo nawiązują kontakty, spotkania rodzinne nie wywołują w nich stresu, który musieliby potem odchorować.

Nie czekaj z dbaniem o swoje potrzeby.


Zadbaj o formę. Nie, wcale nie musisz z tym czekać x lat od urodzenia dziecka. Nie katuj się dietami matki karmiącej, bo to jedna wielka bujda, jedz co chcesz. Nie bądź niezastąpiona, zaangażuj bliskich w opiekę nad dzieckiem, a Ty idź - na fizjoterapię. Na aerobik. Na kawę. Na pogaduchy. Na zakupy. Na co chcesz. Napij się wina, jeśli to sprawia Ci przyjemność. Ufarbuj włosy, zjedz coś niezdrowego, zaszalej. A potem wróć do swojego maleństwa i bądź najlepszą na świecie zrelaksowaną, zadowoloną z życia mamą.

Dlaczego Ci nie wolno? Bo ono jest takie malutkie i zależne od Ciebie?

Cóż, może być też gorzej. Możesz mieć, dajmy na to, wypadek i trafić do szpitala. Wtedy będzie naprawdę nieciekawie, jeśli okaże się, że ta machina nie potrafi zadziałać bez Ciebie.

Nie chodzi mi o to, by wzbudzić w Tobie poczucie wiecznego zagrożenia i zmusić do przewidywania czarnych scenariuszy. Wręcz przeciwnie! Chcę Ci tylko powiedzieć, że... Masz prawo się dobrze bawić. Masz prawo myśleć o sobie. Jak ktoś już to kiedyś powiedział, szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Czyli tak naprawdę, robisz to też dla niego :)


Co jeszcze dodalibyście do mojej listy? Z czym nie warto zwlekać?

piątek, 13 grudnia 2019

Dzień, w którym skończył się bunt dwulatka.



Miałam nadzieję, że może uda mi się obudzić dzisiaj przed 5:05, czyli przed godziną, o której trzy lata temu Robert otworzył swoje piękne oczka i wydał z siebie pierwszy krzyk. Ale umówmy się, to strasznie wczesna pora ;) Na szczęście poranne okrzyki nie weszły mu w nawyk. Jeszcze godzinę później nasz Urodzinek spał smacznie z jasnymi włoskami rozsypanymi na poduszce.

Tak, zaprosiłam Was tu dzisiaj, żeby opowiedzieć Wam o moim trzyletnim już (a nie dwuletnim) chłopczyku. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko? ;) 

Dobrze pamiętam Roberta sprzed trzech lat. Był duży jak na noworodka, prawie całkiem łysy, z delikatnym jaśniutkim meszkiem na głowie, z gładką buźką, prześliczny. Starałam się zapamiętać każda chwilę, niczego nie stracić, bo wiedziałam, że te chwile, kiedy jest taki maleńki, miną bezpowrotnie znacznie szybciej niż można byłoby się spodziewać. I rzeczywiście, minęły! Ale uwierzcie mi, że teraz jest jeszcze cudowniej.

Co jest najpiękniejsze w byciu mamą trzylatka?


Mogę dowiadywać się od niego różnych rzeczy.

Na przykład, jak nazywają się jego koledzy i koleżanki. Nawet ta ulubiona koleżanka! Wiem, że uczyli się piosenki o Mikołaju, a wcześniej - bardzo ładnego wierszyka o przedszkolu. Wiem, że na wycieczce widział króliczki. Nie tylko ja pokazuję mu świat, ale on też zaprasza mnie do swojego świata i opowiada mi o przeżyciach z całego dnia. 

Mogę wdawać się z nim w dyskusje.

A powiem Wam, że potrafi dyskutować! Cieszy mnie, że gdy zadaję mu pytanie, mogę liczyć na odpowiedź. Kiedy coś mu nie odpowiada, potrafi mi powiedzieć, o co chodzi. Kiedy chce coś uzyskać i przekonać mnie do czegoś, potrafi wdzięczyć się i łasić jak kotek! Uwielbiam te zdania, które musiał usłyszeć najpierw z moich ust, wypowiadane jego słodkim głosikiem.

Mogę się z nim śmiać. 

Kiedy udaje małpkę, kiedy stwierdza, że dynia na surowo jest "bleee!", kiedy coś go mocno rozbawi, kiedy cieszy się z niespodzianki, kiedy bawi się z braciszkiem. Czasem śmiejemy się bez powodu, po prostu dlatego, że mamy świetny nastrój.

Mogę się z nim bawić.

Mam na myśli aktywną, angażującą zabawę, włącznie z odgrywaniem ról. Ostatnio ulubioną zabawą jest udawanie "pani doktor" i wypisywanie recept na bolące kolana lub stopy. Całusy też pomagają ;)

Mogę patrzeć na jego czułość i troskę.

Oczywiście, sama też doświadczam tych jego czułych gestów. Przytula mnie, głaszcze, bawi się moimi włosami. Daje mi buziaka, gdy jedzie do przedszkola. Martwi się, gdy coś mnie boli. Jest moim kochanym, troskliwym małym przyjacielem.

Mogę się wzruszać z jego powodu.

Jak choćby wtedy, gdy znalazł przypadkiem zdjęcie męża, które noszę w portfelu. Spojrzał, przytulił z czułością do serduszka i powiedział: "moje tatuś!" (tak, rodzajniki się czasami mylą) ;) 

Mogę być z niego prawdziwie dumna.

Och, dumna jestem zawsze, każdego dnia. Z maleńkiego Michasia oczywiście również. Ale są takie momenty, gdy Robert bardzo mocno zaskakuje mnie swoją dojrzałością. Na przykład w sklepie, gdy pomaga mi ułożyć zakupy na taśmie, a potem cierpliwie czeka, aż wszystko spakuję - choć dobrze wiem, jak wielką ma ochotę na smakołyk, który tam leży wśród tych zakupów. Albo kiedy daje większe, sprawniejsze autko swojemu braciszkowi, a sam bawi się mniejszym.  Albo kiedy stara się zapiąć kurtkę, choć wcale nie chce jej mieć na sobie - ale wie, że trzeba, bo na zewnątrz jest zimno. Takich sytuacji jest naprawdę dużo.


Bycie mamą dwulatka okazało się niezwykłą przygodą, która wiele mnie nauczyła, dostarczyła niezapomnianych wrażeń i wzruszeń, choć też nieraz przynosiła frustrację i bezradność, bo określenie bunt dwulatka nie wzięło się znikąd. Nawet jeśli wiem, że tak naprawdę to nie jest żaden bunt, tylko próba poradzenia sobie z całym ogromnym wachlarzem emocji, trudnych dla maleńkiego jeszcze, zagubionego, bardzo szybko rozwijającego się człowieczka. Teraz ta przygoda się skończyła, na szczęście będę mogła przeżyć ją jeszcze raz, z Michasiem. Tymczasem Robert ma dla mnie kolejną podróż w nieznane - bunt trzylatka? Ha, nic strasznego :) Damy radę!

środa, 4 grudnia 2019

Co mogę dla Ciebie zrobić w grudniu? "Brzuszkowy Mikołaj" raz jeszcze!



Wpis powstał w ramach akcji #blogrudzień2019

Brzuszka już nie ma, ale "Brzuszkowy Mikołaj" działa nadal! 


I będzie działać, póki starczy mi zapału, choć codzienność podwójnej matki, przeziębienia, obowiązki i plany nieraz skutecznie mi go odbierają. Ale bez obaw, z początkiem grudnia poczułam przypływ sił, chęci i świątecznego nastroju :) W tym roku pomożemy kolejnym wspaniałym, dzielnym mamom!

Powiem Wam, że to jest istna magia. Grudniowa magia pomagania, jak pisałam w zeszłym roku. Jeszcze kilka dni temu godziłam się z tym, że cała para poszła w gwizdek, zabrakło mi determinacji i po prostu w tym roku to nie wyszło. Czułam się niezręcznie na myśl o tym, że miałabym poruszać w rozmowach temat organizowanej przeze mnie akcji, bo przecież co to za akcja, jakaś fanaberia jednej blogerki, której się wydaje, że może zmieniać świat? Listopad minął, sama nie wiem kiedy, a w temacie "Brzuszkowego Mikołaja" nie działo się nic. Zastanawiałam się, czy to może nie był jednorazowy zryw serca? Czy warto próbować jeszcze raz?


Zaczął się grudzień i wszystko się zmieniło :) Wróciła do mnie ta energia i motywacja sprzed roku, zaczęłam się cieszyć na myśl o przygotowaniu paczki. Wspaniałe osoby zaoferowały wsparcie dla akcji :) Liczba osób zainteresowanych akcją ciągle rośnie. Spodziewam się, że w tym roku powstanie jeszcze więcej cudownych prezentów niż poprzednio!

Mam już wybraną mamę, do której zostanie wysłana moja paczka. Wiem, że naprawdę przyda jej się pomoc, którą mogę jej zaoferować. Tymczasem w mojej głowie ciągle kiełkują nowe pomysły: jak jeszcze możemy pomóc? Co jeszcze mogę zrobić dla drugiej osoby, przy ograniczonym budżecie, licznych obowiązkach i niemałych własnych potrzebach?

Jedną z cennych tegorocznych lekcji (chyba zacznę je spisywać!) było dla mnie odkrycie, że przeważnie możesz jednak coś zrobić. Ludzie boją się prosić o pomoc, co nie znaczy, że jej nie potrzebują. Czasem warto zapytać. Zastanowić się. Gdybym była na miejscu tej osoby, co sprawiłoby mi radość? Jaką pomoc najchętniej bym przyjęła?

Odwiedziny


Ludzie są nieraz porażająco samotni. Życie toczy się obok nich, a oni nie mogą się w nie włączyć, bo brak im zdrowia, sił, a może kogoś, kto po prostu zdjąłby z nich na chwilę część obowiązków. Gdy ktoś spędza czas w szpitalu, przykuty do łóżka, lub może poświęca każdą chwilę na opiekę nad bliską osobą, nawet krótkie spotkanie i rozmowa może być okazać się wyjątkowym prezentem i świątecznym cudem.

Przyznam, że marzy mi się, żeby przejść się któregoś dnia na oddział pediatrii, gdzie spędziliśmy Święta w zeszłym roku, i poprawić trochę humor pacjentom i ich rodzicom :) Teraz, kiedy napisałam Wam o tym, mam jeszcze silniejszą motywację, by faktycznie to zrobić! Mam tylko nadzieję, że mnie stamtąd nie wygonią :D

Oczywiście, odwiedziny mogą poprawić nastrój nie tylko osobie przebywającej w szpitalu. Może znasz kogoś, kto choruje lub po prostu jest w kiepskiej formie i potrzebuje towarzystwa? Zapytaj. Zaproponuj :)

Pomoc w wykonywaniu obowiązków


Osobiście wydaje mi się, że to jedna z trudniejszych form pomagania. Wszyscy mamy przecież swoje zajęcia, codzienną rutynę, nierzadko pod koniec dnia jesteśmy bardzo zmęczeni. Skąd wziąć siłę i czas na to, by jeszcze przejąć część obowiązków innej osoby? Ale może jest coś, co lubisz robisz, co będzie stanowić dla Ciebie miłą odskocznię od rzeczywistości - a ktoś dzięki Tobie na chwilę odpocznie?

Mam też wrażenie, że nawet te same, żmudne, codzienne zadania mogą sprawić nam przyjemność o wiele większą niż zwykle, gdy zobaczymy, jak bardzo ktoś się cieszy z ich powodu :)

Kartki świąteczne


Źródło: Madka roku

Niektórzy o nie proszą. Muszę przyznać, że pod tym względem zawsze zawalam :( Nigdy mi nie po drodze na pocztę, zapominam, przegapiam terminy. Może w tym roku zbiorę się i wyślę choć jedną :)

Piękne kartki świąteczne, wraz z egzemplarzem książki "O królewiczu, który się odważył" można licytować teraz u Madki roku. Kwota zostanie przekazana na cel charytatywny - i patrzcie, tym sposobem można pomóc dwóm osobom jednocześnie!

Wsparcie finansowe


Mimo wszystko taka pomoc jest zazwyczaj najpilniejsza. To nie muszą być duże kwoty. Ja najczęściej wpłacam 10-20 zł, rzadko więcej. Zdarza się, że chcę wesprzeć kilka różnych zbiórek w tym samym czasie, dlatego większa kwota byłaby już pewnym obciążeniem dla mojego budżetu.

Wspomniałam wcześniej o aukcji charytatywnej. Z pewnością wielu spośród Was będzie szukać w najbliższym czasie prezentów - mikołajkowych, gwiazdkowych, może macie jeszcze inne okazje, tak jak ja? Warto rozejrzeć się, może znajdziecie coś interesującego właśnie na aukcjach tego typu. Wtedy nie tylko dajecie radość swoim bliskim, ale też realnie pomagacie komuś potrzebującemu.

Pomóżmy!


Z całego serca zachęcam Was, byście współtworzyli ze mną akcję "Brzuszkowy Mikołaj". Im więcej nas będzie, tym więcej mam dostanie wspaniałe prezenty! Poza tym - będę miała większą motywację, żeby bardziej się przyłożyć w przyszłym roku ;)

Oczywiście, jeśli zamiast tego wspieracie inną akcję, w pełni to rozumiem. Tak naprawdę chodzi o to, żeby w tym magicznym, świątecznym miesiącu okazać serce komuś, komu poszczęściło się trochę mniej niż nam.

Życzę Wam wszystkim dużo, dużo miłości!


Wpis powstał w ramach corocznej akcji #blogrudzień, organizowanej przez Magdę, autorkę bloga Magda M. Codziennie przez cały grudzień będzie pojawiał się kolejny wpis o tematyce okołoświątecznej. Odwiedźcie nasze strony!

1 grudnia – Mama na całego
2 grudnia – Tarapatka
3 grudnia – Dzieciorka
4 grudnia – Szczęśliwa Siódemka 
5 grudnia – Do herbaty
6 grudnia – Z naciskiem na szczęście
7 grudnia – Przed ślubem
8 grudnia  – MamAsia Ogarnia
9 grudnia – Wysmakowana
10 grudnia – Dziubdziak
11 grudnia  – Pozytywny Dom
12 grudnia – Młoda mama pisze 
13 grudnia – Atrakcyjne wakacje z dzieckiem
14 grudnia – Młoda Mamma
15 grudnia – Kopanina.pl
16 grudnia – Pogodnie przez życie
17 grudnia – Humory Zmory
18 grudnia – Asertywna Mama
19 grudnia – Jaśkowe Klimaty
20 grudnia – I jak w domu
21 grudnia – Carpe Diem
22 grudnia – Dieta To Kobieta
30 grudnia – Magda M.

czwartek, 28 listopada 2019

365 powodów do wdzięczności, czyli: pierwsze urodziny Michałka.



365 dni, a każdy wart tego, by za niego dziękować. Każdy wypełniony Twoją obecnością, malutkimi rączkami, oczkami, minkami. Dwanaście cudownych miesięcy!


Pierwszy miesiąc

Szybko pokazałeś nam, że wcale jeszcze nie wiemy wszystkiego o byciu rodzicami. Kilkutygodniowe dziecko z zapaleniem płuc? Nie wiedziałam, że takie rzeczy zdarzają się w troskliwych rodzinach. Teraz już wiem. Tydzień w szpitalu, wenflon w małej główce - nazywaliśmy Cię teletubisiem, a pielęgniarki dziwiły się nam, że nie jesteśmy przerażeni. Jedyna w swoim rodzaju Wigilia spędzona na oddziale.

Byłeś przez cały czas radosny, pogodny i szybko przybierałeś na wadze. Przez większość dni sprawiałeś wrażenie zupełnie zdrowego. Pozdrawiam w tym miejscu lekarza, który próbował mi wmówić, że kaszlesz dlatego, bo za często Cię karmię :) Oj, to był ciężki dzień.


Drugi miesiąc

Poznałeś dużo wspaniałych osób, w tym ciocię Gosię, która nieco później została Twoją chrzestną. Tym sposobem masz dwie, a nawet trzy ciocie o tym imieniu - co za zbieg okoliczności :)

Na szczęście nie chorowałeś już więcej. Codziennie obdarzałeś nas swoimi pięknymi uśmiechami. W kraju działy się wtedy smutne rzeczy, więc i nasze nastroje nie były najlepsze, ale Twoja wesoła bezzębna buźka zawsze potrafiła nas pocieszyć.

Trzeci miesiąc

Nie czułam się dobrze. To, co ominęło mnie dwa lata wcześniej, tym razem chyba faktycznie mnie dopadło. Może nie od razu odnalazłam się w roli mamy dwóch synów, może faktycznie proza życia była wówczas trochę mniej znośna. Ale Wy dwaj, Ty i Robert, każdego dnia dawaliście mi siłę. Twój brat już wtedy zachwycał nas swoją troskliwością i czułością wobec Ciebie. Ty - wiadomo - siedem kilo uśmiechu, radości, zadowolenia z życia.

Czwarty miesiąc

Po raz pierwszy zostałeś na jakieś dwie godzinki beze mnie z babcią, a my z Twoim tatą wyskoczyliśmy na randkę. Dobrze się bawiłeś, tylko ta butelka nie bardzo Cię przekonała, prawda? Okazałeś się konserwatywnym zwolennikiem karmienia piersią :) Dość długo nie akceptowałeś innej formy podawania pokarmu.

Kształtowała się Twoja relacja z bratem. Czasem bywał zazdrosny o to, że okazuję Ci tak dużo uwagi. Ale też tulił Cię, bawił się z Tobą, dzielił się swoimi zabawkami.


Piąty miesiąc

To była dopiero rewolucja, co? Pojechaliśmy do dziadków w odwiedziny, tylko jakoś tak wyszło, że nie wróciliśmy na noc do domu. Mało tego, mijały kolejne dni, a my nadal nie wracaliśmy. Ale kto by narzekał! Świetnie się bawiłeś u dziadków. Miałeś do dyspozycji mnóstwo zabawek i fantastyczne, szerokie łóżko, na którym nauczyłeś się turlać :)

Szósty miesiąc 

Nadal u dziadków! Co prawda, odwiedziliśmy kilkakrotnie ogród, który dobrze znasz, ale do domu nie wchodziliśmy. Coś się tam działo, kręciły się tam osoby, których chyba nie znałeś. Ale mama i tata nie martwili się, więc i Ty zachowywałeś pogodę ducha. Nawet pomimo tego, że zęby szły i bardzo Cię męczyły.

Co do pogody, to było gorąco, oj... Słońce nawet trochę parzyło. Co chwilę musiałam przenosić koc w cień. A i tak próbowałeś z niego zejść, aby skubać trawę jak mała kózka :)


W tym miesiącu odbył się Twój chrzest. Nie bez przygód - wracaliśmy z kościoła przy akompaniamencie grzmotów i grubych kropel deszczu bębniących o dach auta. Ale spędziłeś piękne chwile z rodziną, również z ciocią Gosią i wujkiem Wojtkiem, czyli z Twoimi wspaniałymi chrzestnymi :) 

Kiedy wróciliśmy do domu, okazało się, że nasza łazienka bardzo się zmieniła :) Teraz jest piękna, prawda?

Siódmy miesiąc

Przetrwaliśmy już zapalenie płuc, więc ospa to dla nas drobiazg, prawda? Strasznie biednie wyglądałeś z tą zsypaną krostami buzią! Na szczęście zniosłeś chorobę bardzo dobrze. Praktycznie nie gorączkowałeś, nie traciłeś też dobrego nastroju. Pewnie miał na to wpływ również fakt, że Twój starszy brat troskliwie się Tobą opiekował.

Ósmy miesiąc

Nauczyłeś się siadać i raczkować :) Kiedy zorientowałeś się, że wyżej jest ciekawiej, chciałeś koniecznie opanować jak najwięcej umiejętności.

Spacery stały się teraz o wiele ciekawsze. Choć czasem ciężko było wyjść z domu przez upały i komary! W domu też zresztą bawiłeś się świetnie, a do Twoich ulubionych zabawek należała butelka z wodą.

Dziewiąty miesiąc

Wstawałeś, tańczyłeś, chodziłeś, trzymając się mebli! Nauczyłeś się też schodzić z łóżka, choć trzeba przyznać, że do tej pory czasami Ci się myli i próbujesz skakać z niego na główkę...

Po raz pierwszy wybraliśmy się na plażę. Woda w jeziorze Cię nie zachwyciła, za to spacery były dla nas wszystkich bardzo przyjemne :)


W sierpniu pojechaliśmy też na pierwsze tak dalekie wakacje, do moich rodziców, a Twoich dziadków. To był cudowny czas! Tyle zabawy, miłości, radości, nowych ludzi, nowych miejsc... I piesek, z którym ścigałeś się na czworaka :)

Dziesiąty miesiąc

Kolejna wielka rewolucja w Twoim życiu - żłobek! Nie zapomnę pierwszego dnia, gdy przyjechałam po Ciebie po dwóch godzinach, a Ciocia mi mówi, że Michałek śpi! Twoja adaptacja w żłobku była chyba jeszcze łatwiejsza niż w przypadku Twojego brata, a wydawało mi się, że lepiej już się nie da :)

Pokochałeś żłobek, a żłobek pokochał Ciebie :) Martwiłam się, że teraz to dopiero zaczniesz chorować, ale trzymałeś się dzielnie. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale kiedy wracałeś do domu, widziałeś mnie o wiele bardziej wypoczętą i pełną energii niż do tej pory.

Jedenasty miesiąc


Październik - nie przepadam za tym miesiącem, ale w tym roku naprawdę się udał :) Było ciepło, złociście i ogniście. Zapamiętam go jako czas spacerów i spotkań z cudownymi ludźmi. Na szczęście zdrowie Was nie opuszczało, czego nie mogę powiedzieć o sobie - zupełnie niespodziewanie zachorowałam na anginę. Na szczęście Was nie zaraziłam :)

Dwunasty miesiąc

Chłodniejsze dni, choroby, upadek z łóżka... Trzymam się myśli, że trudniejsze dni też są potrzebne, żebyśmy bardziej docenili te dobre. Listopad nas wymęczył, cała nadzieja w grudniu, że da nam trochę odpoczynku.

Dziś.


Pobudka o czwartej rano? Radosny uśmiech, mnóstwo energii i chęć zabawy? Michałku, oj, będziesz spał w ciągu dnia...



Na szczęście jesteś już zdrowy. Co rano jeździsz do żłobka, tam spędzasz radośnie czas, tworzysz z pomocą Cioć piękne prace plastyczne. Jesz coraz więcej, coraz lepiej gryziesz tymi swoimi imponującymi ośmioma zębami :) Zauważyłam, że znowu swędzą Cię dziąsełka, chyba idą trójki!

Kiedy wspominam, jaki był Robert w Twoim wieku, wydajesz mi się trochę młodszy. Może mimo woli widzę w Tobie ciągle maluszka, to mniejsze i bardziej bezbronne z moich dzieci, podczas gdy z Ciebie już taki duży chłopak! Nie, nie porównuję Was. Obaj jesteście całym moim sercem.

Wszystkiego najlepszego, kochany Urodzinku. Obyś zawsze był tak pogodnym, uśmiechniętym chłopakiem, pełnym miłości i zaciekawienia.

czwartek, 21 listopada 2019

"O królewiczu, który się odważył" - przepiękna baśń z wartościowym przesłaniem!





Gdy piszę te słowa, na moim biurku leży pewna książka. Chciałam ją przeczytać od chwili, gdy dowiedziałam się, że zostanie wydana. Czekałam na nią niecierpliwie, a teraz wreszcie mam ją w rękach. To bajka "O królewiczu, który się odważył" autorstwa Katarzyny Wierzbickiej, nagrodzona w tegorocznej edycji konkursu "Piórko".

Mogę się teraz przechwalać, że czytałam teksty Kasi Wierzbickiej na długo przed ukazaniem się tej książki! Wielu z nas czytało. Kasia prowadzi wspaniałego bloga o nazwie Madka roku. Na pewno kojarzycie, że wspominałam tu o nim nieraz. Kiedy czytałam błyskotliwe, fantastycznie napisane relacje z życia Kasi i jej rodziny, jej talent literacki zawsze robił na mnie ogromne wrażenie. Wiedziałam, że warto czekać na jej książkę.

Przyznam, że sama myślałam o wysłaniu swojej propozycji na konkurs "Piórko", ale przegapiłam termin. W sumie trochę się z tego cieszę ;) Moja radość ze zwycięstwa Kasi jest dzięki temu niezmącona myślą o mojej własnej przegranej. Spróbuję w przyszłym roku, a co! :)

O królewiczu, który się odważył.


Sam tytuł mnie urzekł. Kryje się w nim tajemnica - na co odważył się królewicz? Jednocześnie pozwala choć trochę domyślić się, jakie przesłanie niesie bajka - i że jest to przesłanie bardzo piękne. Cenię w bajkach tę wartość, jaką jest inspirowanie czytelników, by stawiali czoła swoim strachom, by wierzyli we własne siły, by sięgali po to, o czym marzą pomimo obaw i zwątpienia. Sama staram się przekazywać podobną treść w tym, co piszę.

Królewicz, o którym tutaj mowa, marzył o tym, by zaczęto traktować go poważnie. Chciał udowodnić, że jest dzielny, postanowił zatem stoczyć bohaterską walkę. Okazało się, że to trudniejsze niż myślał - bo, zresztą, czy z każdym trzeba walczyć? Może jednak lepiej porozmawiać, zobaczyć odmienną perspektywę, punkt widzenia osoby, która tylko wydaje się groźna? Może ta inna osoba też się czegoś boi - albo przynajmniej odczuwa niepokój?

Może wszyscy jesteśmy do siebie podobni bardziej, niż nam się wydaje? Może w każdym z nas jest taki mały królewicz, czekający na to, by go dostrzeżono i doceniono? Ja - dorosła baba - zobaczyłam w królewiczu bardzo dużo z samej siebie.

Ogromną zaletą książki jest humor, przejawiający się w zabawnych dialogach, zaskakujących zwrotach akcji i chyba przede wszystkim - w zderzeniu wielkich ambicji królewicza z faktem, że tak naprawdę jest on nadal małym chłopcem i doświadcza typowo dziecięcych zmartwień i lęków. Najmłodsi czytelnicy z łatwością będą mogli się z nim utożsamić. 

Starsi odbiorcy znajdą w książce nie tylko przepiękne, uniwersalne przesłanie, ale też - między innymi - subtelne nawiązania do znanych baśni. A jeśli jesteście uczuciowi, myślę, że zakończenie opowieści wzruszy Was równie mocno jak mnie!

Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły, żeby nie odbierać Wam przyjemności samodzielnego odkrywania jej niespodzianek. Ale niech wisienką na torcie będzie ten krótki cytat - oto, co powiedziała moja ulubiona postać z książki, zapytana o to, jakie jest jej największe marzenie:
"W sumie to nie wiem. Nie chciałam być Hermenegildą i siedzieć całymi dniami w zamku, więc sobie stamtąd poszłam. A co dalej? Pewnie coś wymyślę."

Jakie to proste, prawda? :)

Ilustracja z książki.
Autorka ilustracji: Julia Hanke


Książka jest przepięknie wydana. Wygodny format, dobra jakość druku, idealna wielkość liter. Warto wspomnieć o ilustracjach wykonanych przez Julię Hanke. Muszę przyznać, że preferuję inny styl ilustrowania, być może za bardzo tkwię we wspomnieniach z dzieciństwa i książkach, które wówczas wyglądały nieco inaczej :) Na pewno ilustracje do "Królewicza, który się odważył" są spójne, dobrze oddają treść książki i charakter postaci. Jestem przekonana, że zachwycą wielu odbiorców. 

Co tu dużo mówić - z reguły nie zachęcam tutaj do robienia zakupów w konkretnej sieci, ale teraz po prostu muszę: biegnijcie szybko do sklepu z owadem w logo, dopóki to cudo można znaleźć na półkach, bo naprawdę warto!