środa, 14 listopada 2018

Matka Polka - patriotka?

Zamek w Mirowie, na szczycie polska flaga

Chyba nie da się uniknąć refleksji na temat Polski, polskości, patriotyzmu - teraz, kiedy świętowaliśmy tak piękną rocznicę 100 lat odzyskania niepodległości. Wszędzie widać biało-czerwone flagi, w radiu ciągle trafiam na dyskusje o patriotyzmie i na wspominki o wybitnych Polakach... Słyszę pytanie "Za co kochasz Polskę?" zadawane różnym osobom i bardzo, bardzo rozmaite odpowiedzi na to pytanie.

Za co ja kocham Polskę?


I czy nie powinnam spytać najpierw - czy w ogóle kocham?

Boję się czasem, że nie będę umiała przekazać moim dzieciom takiego patriotyzmu, jakiego ja sama byłam nauczona. Moje dzieciństwo przypadło na lata dziewięćdziesiąte, wówczas naprawdę treści patriotyczne dosłownie wylewały się z każdej półki z książkami dla dzieci. Nawiasem mówiąc, słowo "Polska" było pierwszym, jakie kiedykolwiek napisałam własnoręcznie :) Dziś trochę nie wyobrażam sobie, żeby jedną z największych idolek moich dzieci była Wanda, co nie chciała Niemca, żeby wśród ich przedszkolnych i wczesnoszkolnych czytanek znajdowały się opowiadania i wierszyki o Warszawie zniszczonej w czasie Powstania. Jasne, to jest nasza historia i tradycja, o której trzeba pamiętać, ale... szczerze? Wolałabym chyba, żeby w tym wieku czytali bajki.

Strona z książki "O Wandzie, co nie chciała Niemca"
tekst: Magdalena Grądzka, ilustracje: Zdzisław Byczek

Niewiele dziś we mnie z tamtej małej patriotki, którą byłam. Zgoda, to jest mój kraj, tu się urodziłam. Mogłam urodzić się gdzie indziej. Na pewno byłabym wtedy zupełnie inną osobą, tylko czy to na pewno byłoby dla mnie gorsze? A może lepsze? Jeśli poznałabym Niemca, który byłby tak wspaniałym człowiekiem jak mój mąż Polak, to czemu miałabym go nie chcieć? To jest mój kraj, który nawet polscy tekściarze kochają tak jakoś pomimo wszystko, wyliczając mu szare ulice, brudne dworce, nietolerancję... Im starsza jestem, tym mniej to do mnie przemawia. Czemu mam kochać dla zasady miejsce, o którym myślę w taki sposób?

Jeśli już mamy uczyć dzieci patriotyzmu - to chciałabym, żeby to odbywało się inaczej. Żebyśmy pokazywali im to, co w Polsce jest naprawdę piękne i kochane. Nasze cudowne krajobrazy, zamki, zabytki, rezerwaty przyrody. Radosne piosenki, wielobarwną twórczość regionalną. Wspaniałą polską kuchnię, słynną na cały świat (PIE-RO-GI!). Te ulice, które są kolorowe i pełne świateł. Te dworce, które są nowoczesne i zadbane. Te postawy, które pokazują naszą gościnność, otwartość i chęć pomocy potrzebującym. Przecież to wszystko tutaj jest, wystarczy się rozejrzeć.

Kocham Polskę...


... bo tutaj żyją ludzie, których kocham. Po prostu. Moja rodzina, moi bliscy, moi przyjaciele - oni wszyscy są Polakami. Choć wielu z nich rozjechało się w różne strony świata, choć posługują się na co dzień językiem innym niż nasz arcytrudny, syczący i szeleszczący język ojczysty, choć może żyje im się lepiej niż nam tutaj - nigdy nie rozważałam wyjazdu na stałe. Wiem, że tęskniłabym. Wiem, że tylko tutaj naprawdę jestem u siebie. Choć bardzo lubię np. Barcelonę, wspominam ją z ogromnym sentymentem i pamiętam, że czułam się tam fantastycznie. Ale wiem, że tęskniłabym za Polską. Po prostu tutaj jest mój dom.

Bytyń (woj. lubelskie)

Kocham Polskę, bo większość pięknych wspomnień i miejsc, które pokochałam, to właśnie Polska. Miejsca, gdzie mieszka moja rodzina, gdzie spędzałam wakacje, miejsca, w których przeżyłam cudowne chwile... To wszystko Polska. Polskie morze, polskie góry, polskie jeziora, przecież nawet mój Kraków, z którym jestem związana już tyle lat - i żałuję czasem, że nie mogę go znowu odwiedzić po raz pierwszy i zachwycić się nim tak, jak wtedy. Miałam to szczęście, że zwiedziłam kilka europejskich krajów i one z pewnością też zapisały się mocno w mojej pamięci, ale jednak cały ogromny kawał mojego życia - to Polska.

Lubię być dumna z Polaków, którzy odnieśli międzynarodowy sukces. Zawsze im kibicuję. Przejmuję się ich porażkami. Lubię polską siłę charakteru, niezłomność, upór, waleczność, zdolność do jednoczenia się w obliczu trudnych sytuacji.

Ludzie, 100 lat niepodległości to naprawdę coś! Państwo, które znikło z mapy świata, od stu lat znowu jest wolne. Polacy nie poddali się, gdy stracili wszystko, gdy chciano odebrać im język i tożsamość. Walczyli do skutku. Kiedy o tym myślę, to naprawdę jestem pod wrażeniem.

... bo jestem Polską.


Poważnie, czasami czuję się bardziej polska niż oscypek :D Żyję na co dzień z typowo polskimi kompleksami, typowo polskim przekonaniem, że to, co atrakcyjne, ciekawe i warte naśladowania - to gdzie indziej, nie u mnie. Mam typowo polską skłonność do patosu i nieraz do użalania się nad sobą. Bywam po polsku niezaradna i czasem po polsku kombinuję. Popełniam typowo polskie gafy. Czasem i ja widzę wokół siebie tylko szare ulice i smutnych ludzi. Czasem sama jestem tym smutnym polskim człowiekiem na szarej polskiej ulicy. 

Ale kiedy przychodzą trudności, poważne sprawy, z którymi trzeba się zmierzyć, jestem po polsku niezniszczalna, uparta i waleczna. Kiedy zamykają się wszystkie drzwi, ta Polka we mnie szuka, którym oknem najłatwiej będzie wleźć. Jestem po polsku wytrwała i pracowita, a kiedy już mogę odpocząć, wtedy leniuchuję w najlepsze przed polską telewizją na łóżku... ze Szwecji :)

Pewnie byłabym zupełnie inną osobą, gdybym urodziła się gdzie indziej. Ale urodziłam się właśnie tutaj :)

Chciałabym, żeby moi synowie kochali Polskę.


Ale niekoniecznie za to, że to nasza Ojczyzna zdobyta krwią i blizną. Oczywiście, o tym trzeba pamiętać i trzeba to szanować. Chciałabym jednak przede wszystkim, żeby kochali jej piękno, bogactwo, różnorodność, ślady jej wieloletniej historii rozsiane po wszystkich zakątkach kraju, godne podziwu świadectwa jej kultury. Chciałabym też, żeby kochali ludzi. Nie tylko Polaków. Wszystkich ludzi :)

Milówka (Beskid Żywiecki)

Władysławowo-Chłapowo
Kraków! (Bagry)

Łysokanie :) (woj. małopolskie, gm. Kłaj)
Wieliczka

poniedziałek, 5 listopada 2018

Gorączka w ciąży.


Wspominałam Wam niedawno, że lubię październik, ale też boję się go. Jak żadnego innego miesiąca. Im bardziej staram się być rozsądna i nie wierzyć w jakieś głupie fatum, tym usilniej, mam wrażenie, kolejny październik stara się udowodnić mi, że przyszedł tutaj, by mnie doświadczyć i dać mojej rodzinie okazję do sprawdzenia się w nowych, jeszcze trudniejszych warunkach. Poważnie. Rok temu pisałam Wam o wypadku samochodowym, który wywrócił życie naszej rodziny do góry nogami - nawet jeśli okazał się niezbyt groźny. 

Tegoroczny październik postawił przed nami chyba jeszcze trudniejsze wyzwanie. W ubiegłą środę, po trzeciej (!) wizycie na SOR, zostałam przyjęta na Oddział Patologii Ciąży z gorączką utrzymującą się powyżej 40 stopni.

Istnieją co najmniej trzy powody, dla których należy się przejmować gorączką w ciąży.


Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że nawet nie będąc w ciąży przejęłabym się taką wysoką gorączką. Jestem osobą, która raczej nie gorączkuje. Nigdy dotąd nie miałam temperatury powyżej 40 stopni. Wiem jednak, że dla wielu osób nie jest to ani szczególnie nietypowa, ani szczególnie poważna sprawa. Będę się jednak upierać - gorączka w ciąży jest niebezpieczna co najmniej z kilku powodów.

Po pierwsze, kobieta w ciąży ma bardzo ograniczony wybór, jeśli chodzi o leki. Wielu lekarstw, które pewnie szybko pomogłyby w takiej sytuacji, nie może zażywać, gdyż są one niebezpieczne dla dziecka. Ibuprofen odpada. Jedyne, co mogłam zażywać, to paracetamol. Jak oceniacie jego skuteczność? Mam wrażenie, że w moim przypadku niewiele zdziałał. Nieco skuteczniejszym sposobem na zbicie gorączki były zimne okłady. 

Po drugie, wysoka gorączka nie bierze się znikąd. Może być objawem przeziębienia, grypy lub znacznie poważniejszej infekcji. Ta infekcja może stanowić zagrożenie dla dziecka. W moim przypadku było dość oczywiste, że nie chodzi o przeziębienie. Lekarz pierwszego kontaktu zdiagnozował u mnie grypę na podstawie objawów takich jak... gorączka właśnie, osłabienie i ból mięśni. Diagnoza okazała się być błędną. 

Na moich trzech kartach wypisu ze szpitala mam podane trzy różne nazwy choroby, wszystkie jednak ściśle związane ze stanem zapalnym układu moczowego - bo to okazało się prawdziwą przyczyną mojego kiepskiego samopoczucia. Na jednej z kart widnieje też dodatkowa informacja, wyjątkowo ważna: 

"Zagrażający poród przedwczesny".


Właśnie tak. To jest być może najważniejszy powód, dla którego nie należy bagatelizować wysokiej gorączki w ciąży. Temperatura powyżej 39,5-40 stopni może powodować skurcze macicy i w efekcie przyczynić się do przedwczesnego porodu. 

Moja ciąża jest już bardzo zaawansowana. Z jednej strony, ryzyko przedwczesnego porodu było większe, ale z drugiej strony - gdyby faktycznie do niego doszło, dziecko miałoby duże szanse na przeżycie. Gdyby to samo przydarzyło się kobiecie we wczesnej ciąży, mówilibyśmy o ryzyku poronienia.

Mam wrażenie (może błędne, spotęgowane złym samopoczuciem), że w czasie choroby kilkakrotnie spotkałam się z bagatelizowaniem moich objawów. Przecież dostałam antybiotyk, wiadomo było, że od razu nie zadziała, trzeba było zaczekać. Uważam jednak, że dobrze zrobiłam, szybko reagując. Nie chodziło tylko o moje zdrowie, ale też o zdrowie mojego dziecka.

Ale kiedy można mówić o gorączce w ciąży?


Warto mieć na uwadze, że u wielu kobiet w ciąży temperatura ciała jest stale podwyższona o około 0,5 stopnia, niekiedy nawet o cały stopień. Zatem przyjmuje się, że temperatura 37,5 stopni jest jeszcze zupełnie normalna, a o gorączce stanowiącej powód do niepokoju można mówić dopiero powyżej 38,5 stopni.

Chcecie znać moje zdanie?
Każda z nas ma inny organizm i próba stosowania uniwersalnej tabelki dla każdej jednej kobiety w ciąży nie ma wielkiego sensu. Specjalnie podkreśliłam w zdaniu powyżej, że podwyższona temperatura w ciąży dotyczy wielu kobiet, nie każdej i nie zawsze. Mnie na przykład nie dotyczy. Moja normalna temperatura to ok. 36,5 stopni i taką właśnie mam w tej chwili. Przyznam, że kiedy po raz pierwszy jechaliśmy do szpitala, nie miałam bardzo wysokiej gorączki, zaledwie 38 stopni. Czułam się jednak cała rozpalona, jakbym miała co najmniej o jeden stopień więcej, byłam bardzo osłabiona, a wyglądałam tak:


Przyznam, że po kilku dniach naprawdę wysokiego gorączkowania faktycznie czułam ulgę, gdy widziałam na termometrze tylko 38 stopni. Nadal uważam jednak, że trzeba reagować jak najszybciej, kiedy czujesz się bardzo źle.

Jak sobie poradziliśmy?


To był dla mnie bardzo trudny tydzień. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, że nawet poród był mimo wszystko łatwiejszym doświadczeniem - bo choć trudny i bolesny, to jednak trwał tylko jedną noc. 

Mam wrażenie, że fakt bycia mamą i doświadczenie nabyte podczas chorób Roberta (sporadycznych, bo jednak młody jest bardzo odporny) pomogło mi poradzić sobie z własną chorobą. Wiedziałam, jak zareagować i jak sobie pomóc. Czasem zaskakiwałam samą siebie. Pamiętam, że kiedy zdarzyło mi się zachorować na anginę, kiedy byłam w liceum, jedyne, na co miałam siłę, to leżenie i czekanie, aż ktoś się mną zajmie :) Teraz było trochę tak, jakbym opiekowała się samą sobą. Oczywiście, mogłam też liczyć na pomoc męża i rodziny, bez nich byłoby ze mną krucho!

Niewątpliwie cała ta sytuacja była ogromnym wyzwaniem dla nas wszystkich. Przede wszystkim dla Roberta, który musiał spędzić kilka dni bez kontaktu ze mną, a do tego z dala od domu - w czasie mojej choroby przebywał u dziadków. Poradził sobie z tymi zmianami dobrze, jak to on. Po wyjściu ze szpitala zauważyłam jednak, jak bardzo boi się nawet krótkiego rozstania ze mną. Dziś po raz pierwszy protestował przy wyjściu do żłobka. Najwyraźniej bał się, że kiedy stamtąd wróci, nie zastanie mnie w domu...

Choć od kilku dni jestem zdrowa, nadal czuję, jak bardzo zmęczyło mnie to wszystko. Pewnie jeszcze przez kilka dni będę wracać do swojej zwykłej formy. 

Uświadomiłam sobie - choć może zabrzmi to patetycznie - że nie warto marnować czasu i odkładać planów na później. Skąd pewność, że później będzie czas na ich realizację? W ciągu ostatnich dni nie byłam w stanie zaplanować nawet, co będę robić za godzinę. 

Dziś, o ile starczy mi na to sił, ruszam z realizacją dwóch projektów, które odkładałam na później. Chwilowo nie wierzę w dalekie plany.

środa, 17 października 2018

Dlaczego warto zorganizować Baby Shower?


Od mojego Baby Shower minęły już prawie dwa tygodnie. Jak ten czas szybko leci! Zdawało mi się jakoś, że kiedy Robert pójdzie do żłobka, moje dni wydłużą się w nieskończoność i będę miała czas dosłownie na wszystko. Rzeczywistość jest jednak trochę inna. Mam więcej czasu, ale też szybciej się męczę, a dni robią się coraz krótsze... 

Ale do rzeczy. Nie wątpię, że wiecie, czym jest Baby Shower. Nawet jeśli nie mieliście okazji być na takiej imprezie, mogliście z pewnością zobaczyć Baby Shower w niejednym filmie lub serialu, szczególnie w tych produkcji amerykańskiej - bo stamtąd właśnie przyszedł do nas ten zwyczaj.

W moim otoczeniu idea organizowania Baby Shower nie jest zbytnio rozpowszechniona. Byłam chyba tylko na jednej takiej imprezie, nie licząc moich własnych. Mimo to byłam przekonana od samego początku, że gdy przyjdzie na to czas, moje Baby Shower się odbędzie. Choćby z tej jednej prostej przyczyny - razem z mężem od zawsze wychodzimy z założenia, że każda okazja, by zorganizować imprezę, jest tego warta :)

Celebruj chwilę


Jak może już wiecie, moja pierwsza ciąża była bardzo wyczekana. Druga w zasadzie też, choć już bez tego ciężaru emocjonalnego, który towarzyszył staraniom o pierwsze dziecko. Kiedy wreszcie się udało, niemal natychmiast postanowiłam, że będę się cieszyć każdym dniem tej ciąży i korzystać ze wszystkich przyjemności związanych z tym stanem. Idea zorganizowania Baby Shower doskonale wpisywała się w to podejście. 

W końcu - skąd mogłam wiedzieć, czy będzie mi dane doświadczyć tego jeszcze raz? A jeśli po fakcie żałowałabym, że nie nacieszyłam się wystarczająco ciążą? Taka okazja mogła się już nie powtórzyć.

Spotkania po latach


Na obu moich imprezach zjawiło się bardzo zacne grono wspaniałych kobiet. Niektórych z nich nie widziałam naprawdę długo. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, czy to jakiś znak naszych czasów - ale strasznie ciężko jest mi utrzymywać regularny kontakt nawet z bliskimi mojemu sercu osobami. Niektóre z dziewczyn, które przyszły na moje Baby Shower, widziałam w tym roku po raz pierwszy - mimo szczerej obustronnej chęci, by spotkać się wcześniej. Ale swego rodzaju rekordzistką wśród moich tegorocznych gości okazała się Kasia, moja koleżanka z liceum, z którą ostatni raz widziałyśmy się... ponad 11 lat temu! Od tego czasu miałyśmy ze sobą kontakt wyłącznie za pośrednictwem Internetu. Zadziwiające, że mimo upływu lat tak nieznacznie się zmieniła i że nadal tak świetnie nam się ze sobą rozmawiało - chyba nawet jeszcze lepiej niż te naście lat temu.

Uwielbiam spotkania w tak różnorodnym gronie!

Zdjęcie z pierwszego Baby Shower
Właściwie mogę powiedzieć bez wahania, że niemal każda zorganizowana przeze mnie impreza jest wspaniałym przeżyciem - czy to Baby Shower, czy przyjęcie urodzinowe, czy jeszcze inna okazja. Dzieje się tak z prostej przyczyny. Znam bardzo dużo osób z zupełnie różnych środowisk. Na tegorocznym Baby Shower, poza wspomnianą już koleżanką z liceum pojawiły się osoby, które poznałam w czasie studiów, znajome ze wspólnych imprez oraz koleżanka poznana lata temu dzięki internetowemu forum, na którym obie pisałyśmy :) Dla większości dziewczyn w momencie przyjścia na imprezę byłam jedyną znajomą twarzą! (Niektóre z nich spotkały się wcześniej na moim weselu, ale nie udało im się wówczas ze sobą porozmawiać). Po chwili jednak siedziałyśmy wszystkie razem i rozmawiałyśmy z przejęciem jak zgrana paczka koleżanek :) Tematów do rozmów nie brakowało nam nawet przez chwilę.

Uwielbiam takie spotkania, ciągle marzę o kolejnych okazjach, by gromadzić przy jednym stole ludzi, którzy jeszcze chwilę wcześniej w ogóle się nie znali :) Baby Shower jest pod tym względem wspaniałym pomysłem.

Ucieczka od codzienności


Jak wspomniałam, rzadko mam okazję widywać się ze znajomymi. Prawdę mówiąc, większość moich dni wygląda podobnie - mniej więcej do 16:00 pracuję przy komputerze, a potem wracają chłopaki, jemy razem obiad i spędzamy wspólnie czas. Po niemal dwóch latach bycia mamą takie imprezy w gronie znajomych to dla mnie nieopisana atrakcja. Nie muszę przez cały czas rozglądać się i biegać za Robertem, pilnować, by dobrze się czuł i żeby mu niczego nie brakowało, uważać, by nie zrzucał wszystkich przekąsek ze stołu... ;) Przez te kilka godzin mogłam się w pełni zrelaksować i w ogóle nie myśleć o tym, co porabia moja starsza pociecha. Pod tym względem moje drugie Baby Shower było chyba nawet lepsze od pierwszego. 

Mnóstwo pozytywnych emocji


To chyba najważniejsze, co wiąże się z organizacją Baby Shower. Od momentu zapraszania dziewczyn na imprezę aż do ostatnich pożegnań spotkało mnie tyle życzliwości, serdeczności, ciepłych słów i miłych gestów, że do tej pory uśmiecham się na samą myśl o tym. Moja kochana, niezrównana Sara z własnej woli i bez żadnej namowy przygotowała wspaniałe przekąski. Kasia zapewniła mi transport powrotny pod sam dom. Usłyszałam mnóstwo wspaniałych słów i dobrych życzeń. Dostałam też cudowne prezenty :)

Kompletowanie wyprawki dla niemowlaka


No właśnie... Specjalnie zostawiłam ten temat na sam koniec, choć nie da się ukryć, że jest on dość istotnym elementem Baby Shower. Przyszła mama dostaje od swoich koleżanek prezenty, które mają jej się przydać w opiece nad nowo narodzonym dzieckiem. Wiem już z doświadczenia, że takie prezenty naprawdę ułatwiają życie :)

Nie chciałam nigdy sprawiać wrażenia, że zapraszam kogoś po to, by coś dostać. Zupełnie nie o to chodzi. Najważniejsze jest to, o czym pisałam wcześniej - miła atmosfera, spotkanie we wspaniałym gronie. Każdą z zaproszonych osób informowałam, że jeśli przyniesienie prezentu z jakichś przyczyn będzie dla niej kłopotem, to niech przyjdzie bez prezentu :) 

To, co dziewczyny przygotowały w tym roku, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zorganizowały tajną zrzutkę i dosłownie obsypały mnie prezentami :) Dostałam m.in. śliczne kocyki, ręczniczki, kosmetyki do pielęgnacji maluszka, ergonomiczne nosidło i chustę - wraz z voucherem na naukę chustonoszenia...  a także coś specjalnie dla mnie, piękny zestaw do makijażu! Dopiero w domu, widząc reakcję męża domyśliłam się, że wybór tego specjalnego upominku był konsultowany z nim :)

Wiecie, jakie to miłe - świadomość, że garstka osób, które się nawet ze sobą nie znają, umawia się potajemnie, dyskutuje i planuje, co zrobić, by sprawić mi jak największą przyjemność :) Sam fakt, że w ogóle zdecydowały się na taką współpracę, jest dla mnie czymś niewyobrażalnie cudownym.


Co tu dużo mówić - warto, naprawdę warto. Jeśli tylko czujesz się na tyle dobrze, by móc się wyrwać na taką imprezę, na pewno sprawi Ci ona mnóstwo radości.

Jestem ciekawa, co sądzicie na ten temat?

środa, 10 października 2018

Nikt nie zasługuje na przemoc.


Dziś będzie krótko. Chyba.
Pod wpływem różnych ostatnich dyskusji przypomniał mi się niespodziewanie jeden z odcinków oglądanego dawno temu serialu "Doktor Quinn". Pamiętacie? Na pewno pamiętacie :) W tym odcinku pojawiła się postać nowej nauczycielki - młodej, z pozoru bardzo sympatycznej. Wkrótce okazało się jednak, że nauczycielka traktuje swoich podopiecznych dość brutalnie. Jedną z jej ofiar stał się najmłodszy z adoptowanych dzieci Doktor Quinn - Brian. Kiedy przyjaciel Briana zobaczył na jego nogach ślady po biciu, obiecał, że go pomści, jeśli nauczycielka jeszcze raz podniesie na niego rękę. Tak też się stało.

Ciężko pobita, poraniona kobieta trafiła pod opiekę Doktor Quinn. Zapłakana wykrztusiła, że to jej wina i że zasłużyła sobie na to. Lekarka i zarazem matka pokrzywdzonego chłopca odpowiedziała wtedy stanowczo, bez wahania: "Nikt nie zasługuje na bicie".

Jestem pod wrażeniem, że twórcom serialu sprzed ponad 20 lat udało się zamieścić w nim tak mądrą, współczesną myśl. 

Tak łatwo było przecież powiedzieć: "Tak, zasłużyła Pani. Biła Pani dzieci i dostała Pani od nich to samo". Przecież niejeden z nas, widzów oglądających ten odcinek, tak właśnie pomyślał. Może nawet życzyliśmy okrutnej nauczycielce tego pobicia, może odczuliśmy jakąś satysfakcję, kiedy spotkała ją taka kara. A jednak morał tej historii jest inny. "Nikt nie zasługuje na bicie".

Sprawiedliwość?


Wydaje mi się, że w naszym społeczeństwie mocno zakorzeniona jest swego rodzaju wiara w sprawiedliwość. Jeśli jesteś grzeczny, porządny, poprawny, to nic złego Cię nie spotka. Złe rzeczy spotykają tylko tych, którzy nie uważali. Przemoc, zło, krzywdy to w tym rozumieniu swego rodzaju kara za złe zachowanie, za niespełnianie jakichś norm społecznych. Zamiast współczucia pojawia się podejrzliwość: co on zrobił, co ona zrobiła, że zasłużyła na taki los? 

Skąd bierze się taka - pardon - bezduszna postawa? Myślę, że wytłumaczenie jest bardzo proste. Wiara w sprawiedliwość pozwala na pozorne poczucie bezpieczeństwa. Osoba, która tak myśli, w swoim mniemaniu zapewniła sobie spokojne życie bez żadnych dramatów. Wystarczy, że żyje skromnie i porządnie, nikogo nie prowokuje, nikomu się nie naraża. Chce wierzyć, że ma wpływ na wszystko, co ją spotyka.

Pisałam kiedyś, że nie wystarczy być dobrym kierowcą, by uniknąć wypadku. Tak samo - nie wystarczy być dobrym człowiekiem, by uniknąć zła. Niestety.

Ja też wierzę w sprawiedliwość, ale w inny rodzaj sprawiedliwości. Wierzę, że ludzie, którzy ciężko pracują, by spełnić swoje marzenia, prędzej czy później osiągną sukces. Chcę w to wierzyć i cieszę się, ilekroć widzę, że to faktycznie działa. Ale nie wierzę w taką sprawiedliwość, która zakłada, że doświadczane nieszczęścia są karą za grzechy.

Nikt nie zasługuje na bicie. Nikt nie zasługuje na przemoc. Nikt nie zasługuje na krzywdę.

Czy w takim razie coś w ogóle zależy ode mnie?


Czy w takim razie jesteśmy zupełnie bezradni wobec tego, co nam zsyła los? Myślę, że jest zupełnie inaczej. Nawet jeśli niewiele możemy zrobić w chwili, kiedy doświadczamy czegoś złego - później już wszystko zależy od nas. To, co z tym zrobimy. To, co będziemy o tym myśleć. To, jak sobie poradzimy. To, jakie kroki podejmiemy. To, co przekażemy innym.

Od nas zależy to, jaki świat pokażemy naszym dzieciom. Czy będzie to świat pełen nieufności, podejrzliwości, obaw i pogardy dla inności, czy świat wsparcia, zaufania, otwartości i bliskości. Zmarnowanie takiej szansy - to dopiero byłoby zło!


PS. Na końcu wspomnianego przeze mnie odcinka "Doktor Quinn", pastor opowiada wiernym przypowieść o mieście, w którym wszyscy byli nieszczęśliwi. Pewnego dnia w tym mieście pojawił się król i oświadczył mieszkańcom, że jedno spośród miejscowych dzieci jest jego dzieckiem. Od tej pory wszystkie dzieci w mieście były traktowane ze szczególną miłością, czułością i szacunkiem - nikt nie wiedział, które dokładnie dziecko jest królewiczem lub królewną. Minęło wiele lat. Dzieci dorosły, miały swoje dzieci. Miasto było pełne szczęśliwych, radosnych, życzliwych sobie nawzajem ludzi.

czwartek, 4 października 2018

Kiedy wół był cielęciem.


Dość długo nosiłam się z zamiarem napisania tego tekstu. Były inne, pilniejsze tematy. Ale wreszcie przyszedł jego czas :)

W szufladzie na strychu przechowuję zdjęcia z mojej pierwszej, nazwijmy to, sesji zdjęciowej. Zrobiłyśmy je pewnego dnia z koleżanką. Miałam wtedy 14 lat. 

Wiecie, rumienię się na widok niektórych z tych zdjęć. Nawet nie dlatego, że jestem na nich w sportowym staniku. W upalne dni zdarzało mi się tak po prostu w nim chodzić, normalnie, do sklepu i na spacer. Albo w górze od bikini. Większe zakłopotanie wywołują we mnie niektóre spojrzenia uchwycone na zdjęciach, jak również nieodparte wrażenie, że patrzę na młodą kobietę świadomą swojego... swojej kobiecości.

Pamiętacie, jak to było, kiedy mieliście czternaście lat?


Ja pamiętam to dobrze. Wspominałam Wam już, że moja pamięć działa w specyficzny sposób :) Ma to swoje zalety i wady. Jedną z zalet jest właśnie to, że pamiętam, jak to jest być dzieckiem, nastolatką, dorastającą osobą. Staram się podtrzymywać w sobie tę pamięć, choć nie jest to łatwe. Łapię się czasem na tym, że zaczynam narzekać na dzisiejszą młodzież, że patrzę na dzieci jak na istoty zdecydowanie mniej rozumne i dojrzałe niż w rzeczywistości. 

Kiedy miałam czternaście lat, uważałam się oczywiście za bardzo mądrą i dojrzałą. To, że ja tak uważałam, chyba nikogo nie dziwi :) Bardziej zastanawiające jest to, że inni też zdawali się tak o mnie myśleć. Choć śmiać mi się chce, kiedy pomyślę o niektórych wygłoszonych przeze mnie wówczas mądrościach, to jednak byli ludzie, którzy słuchali tych mądrości z zupełną powagą i nawet powtarzali je dalej.

Jako czternastolatka byłam prawie tego wzrostu co teraz. Myślałam wówczas, że pewnie już więcej nie urosnę, jednak w liceum przydarzył mi się dość niespodziewany przypływ centymetrów, i to w linii pionowej :) Moja sylwetka zmieniała się wielokrotnie, mam wrażenie, że nieustannie lawirowałam między chudością a pewną pulchnością, choć prawdziwej nadwagi nie miałam chyba nigdy. Co ciekawe, niektóre ubrania z tamtego okresu mam nadal w szafie i nawet zdarza mi się w nich chodzić od czasu do czasu :) Wielokrotnie brano mnie za osobę starszą niż w rzeczywistości. Pamiętam dobrze, że miałam 12 lat, kiedy pierwszy raz zostałam zapytana o to, gdzie studiuję. Dwanaście lat! Teraz, kiedy patrzę na dwunastolatki, widzę w nich małe dziewczynki. I wiecie, bardzo się staram, żeby jednak popatrzeć na nie inaczej.

W wieku czternastu lat byłam o wiele większym niewiniątkiem, niż na to wyglądałam. W mojej ówczesnej świadomości sex appeal nie miał zbyt wiele wspólnego z erotyzmem czy z chęcią uprawiania seksu. Ja chciałam po prostu być ładna i podobać się chłopakom. Zamierzałam pozostać dziewicą do ślubu. Jednak pierwsze pocałunki miałam już za sobą.

Ta dzisiejsza młodzież! Te dzisiejsze dzieci!


Obecnie często mam kontakt z nastolatkami. Nieraz mnie zadziwiają. Szczególnie tym, jacy są bezpośredni w komunikacji z obcymi osobami. Myślę, że mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że ja taka nie byłam, a miałam opinię pyskatej. Nasze pokolenie czuło jednak większy respekt przed dorosłymi. Poza tym szczegółem, nie różnią się jednak od nas za bardzo. Traktują bardzo emocjonalnie sprawy, które dla nas, dorosłych, są błahe. Źle znoszą porażkę, przegrywanie. Popisują się przed rówieśnikami. Używają brzydkich słów. Mają dziwne fryzury i styl ubierania się. Słuchają innej muzyki niż ich rodzice, mają inne sposoby na spędzanie wolnego czasu. Zupełnie jak my w ich wieku.

Łapię się na tym, że patrzę na tych ludzi, ponad dwukrotnie ode mnie młodszych, jak na małe dzieci. Niestety, nie są nimi :) Oni są tacy jak ta młoda kobieta ze zdjęć, które trzymam w szufladzie na strychu. To jakaś cząstka mnie nie może pogodzić się z faktem, że minęło już tyle lat :) Oni właśnie przeżywają swój czas. Pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, pierwsze eksperymenty z alkoholem, pierwsze próby stania się atrakcyjniejszym dla płci przeciwnej. Nie, to nie jest za wcześnie. To jest ten moment.

Każda dzisiejsza młodzież jest taka sama. Zmieniają się tylko trendy, style, powody buntu, sposoby szokowania dorosłych swoim zachowaniem. U źródła jest zawsze to samo: młody dorastający człowiek, który czuje się już dorosły i wierzy, że może żyć po swojemu.

Kiedyś dowiem się, że Robert ma swoją dziewczynę. Prawdziwą, nie koleżankę z przedszkola, której da laurkę na Dzień Kobiet. Dziewczynę, z którą będzie się całował. Pewnie pomyślę wtedy, że to za wcześnie, że przecież to jeszcze mój mały chłopczyk. Potem zrozumiem, że wcale nie jest za wcześnie, że po prostu przyszedł już ten czas.

Matko, pilnuj swoich dzieci!


Skąd w ogóle pomysł, by napisać ten tekst? W czasie, kiedy zaczęłam nad nim pracować, wielu ludzi oskarżało jedną matkę, że nie zdołała upilnować czternastolatka, przez co wydarzyła się tragedia.

Weź tu i upilnuj czternastoletniego faceta.

Przecież taki czternastolatek może już mieć z metr osiemdziesiąt wzrostu, pojawia się u niego zarost. Jak usłyszysz go przez telefon, możesz go pomylić z jego tatą. Ba, w bezpośrednim kontakcie też możesz się pomylić. Pewnie nieraz już został wzięty za dorosłego mężczyznę. Pewnie i nieraz z tego skorzystał.

Dlaczego upieramy się, by widzieć w nim małe dziecko?

Warto rozmawiać z młodymi ludźmi. Uczyć ich ostrożności, rozważnego postępowania. Uczulać na różne niebezpieczeństwa. Ale też trzeba zdać sobie sprawę z tego, że nasze możliwości jako rodziców są już mocno ograniczone. To nie są niemowlęta, które w razie niebezpieczeństwa weźmiemy na ręce i wsadzimy do wózka. To młode kobiety i młodzi mężczyźni, którym nieraz musimy zaufać i wierzyć w ich rozsądek. 

poniedziałek, 24 września 2018

Złote myśli, pele-mele, czyli 10 x NAJ...


Ostatnie dni nie były dla mnie najłatwiejsze. Na szczęście mam niezawodny sposób na poprawę humoru. Od dawna miałam ochotę napisać ten tekst, czekałam tylko na odpowiedni moment. Nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy piszesz o swoich ulubionych rzeczach :)

Czy Wy też mieliście w dzieciństwie zeszyt z pytaniami - o ulubiony kolor, ulubiony zespół, ulubioną koleżankę itd.? Ja miałam dwa albo nawet trzy. Starałam się wymyślać oryginalne pytania, inne niż w większości takich zeszytów. Skłaniające do myślenia.

U nas nazywało się to "Złote myśli". Kiedy przeprowadziłam się do Krakowa, poznałam nazwę "Pele-mele". Niezbyt przypadła mi do gustu, ale doceniam ją teraz - pozwala potraktować wpisywanie się do takich zeszytów jako lekką, nieskomplikowaną rozrywkę, którą ono w istocie jest :) "Złote myśli", to brzmi tak pompatycznie! Sądzę jednak, że każda nazwa jest dobra, o ile pozwala jednoznacznie zidentyfikować, o jakie zjawisko chodzi.

Zastanawiam się, czy tzw. dzisiejsza młodzież też bawi się w ten sposób. Czy quizy i łańcuszki na Facebooku wyparły całkowicie papierowe zeszyty z pytaniami? Dla mnie właśnie łańcuszki są takim wirtualnym "przedłużeniem" zabawy z dzieciństwa. Może dlatego tak lubię brać w nich udział. 

To, co przygotowałam dzisiaj, to łańcuszek wszystkich łańcuszków :D Dziesięć numerów jeden, dziesięć pierwszych miejsc. Wiecie, bardzo się ucieszę, jeśli postaracie się również odpowiedzieć na te pytania!

Moje ulubione/najważniejsze dla mnie/mające na mnie największy wpływ...?


1. Książka


Ken Kesey, "Lot nad kukułczym gniazdem", niezmiennie od osiemnastu lat (naprawdę tak długo?!). A oto i okładka. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak wyglądała okładka tego zaczytanego przeze mnie na amen egzemplarza. Chyba była w ogóle jednokolorowa, brązowa.


2. Film


"Efekt motyla". Może i kontrowersyjny, jednak bardzo ważny dla mnie. Wątek szpitala psychiatrycznego pojawia się i tutaj, widocznie mam jakąś słabość do tego motywu.

3. Książka dla dzieci


O książkach dla dzieci napisałam cały tekst - "Książki dzieciństwa". Wybranie tylko jednej z nich wydaje mi się niemożliwe. Pewnie jednak nieprzypadkowo wspomniałam w pierwszej kolejności o "Bajeczkach z obrazkami" Wladimira Sutiejewa.

4. Bohater literacki


Pułkownik Jerzy Michał Wołodyjowski :) Choć konkurencję miał silną!


5. Najbardziej nielubiany bohater literacki


Józef Pałys, zwany Józinkiem.


6. Płyta


Tekst o płytach ukazał się niedawno, można go przeczytać tutaj: "10 najważniejszych dla mnie płyt - i dlaczego własnie te". Na pierwsze miejsce trafiła płyta zespołu Evanescence "Fallen", jednak pozostałe również odegrały dużą rolę w moim życiu.

7. Kadr z filmu


Tropienie pięknych, artystycznych kadrów w filmach to jedna z moich pasji. Wybrałam tę scenę z filmu bollywoodzkiego "Kabhi Alvida Naa Kehna" ("Nigdy nie mów żegnaj").



Tak naprawdę praktycznie każdy kadr ilustrujący piosenkę "Tumhi dekho naa" zasługiwałby na to pierwsze miejsce. W kinie bollywoodzkim piosenki i towarzyszące im sekwencje taneczne zwykle zastępują sceny miłosne. "Tumhi dekho naa" opowiada o miłości w wyjątkowo kolorowy sposób.

Nie, nie będzie tak, że stwierdzicie teraz "a, nie lubię Bollywood" i pójdziecie dalej. Musicie to zobaczyć! To jest naprawdę przepiękne, niezależnie od upodobań filmowych czy muzycznych.

8. Gra komputerowa


Właściwie na wyróżnienie zasługują wszystkie gry wspomniane przeze mnie w tym tekście: "Cztery lekcje życiowe zaczerpnięte z gier komputerowych". Jest jednak coś jeszcze. Nie jestem pewna, czy można to nazwać grą, ale właściwie - jak to inaczej określić? Chodzi o Kisekae, zwane popularnie KiSS. Jest to wywodząca się z Japonii forma aktywności polegająca na ubieraniu narysowanych postaci w różne stroje. Nieraz można też zmieniać im fryzurę, makijaż, wyraz twarzy. Bardziej zaawansowane pliki pozwalają nawet na zastosowanie dźwięku lub krótkiej animacji. 

"Lalki" najczęściej pochodzą z mangi i anime, ale też ze znanych animacji disneyowskich i innych, często też jest to postać wymyślona przez autora danego pliku.

Grafika ze strony DeviantArt, autorką jest artystka o pseudonimie Hazel/LadyHazy

Nie potrafię zliczyć, ile czasu spędziłam, dobierając setkom postaci najpiękniejsze stroje i fryzury. Myślę, że odpowiednią jednostką czasową byłyby tutaj lata :) Po pewnym czasie zaczęłam też rysować własne postacie i projektować im ubrania. Z chęcią pokażę je Wam, jeśli uda mi się odnaleźć pliki :)

9. Widok


Tak, trafiłam kiedyś na pytanie o ulubiony/najważniejszy widok :) W odpowiedziach pojawiały się m.in. sceny z filmów, zdjęcia, krajobrazy. 

Moja odpowiedź na to pytanie z pewnością zmieniła się po urodzeniu Roberta. Bardzo lubię jednak moją poprzednią odpowiedź i zaskoczenie, jakie nieraz wywołuje, nie oprę się więc pokusie umieszczenia jej tutaj. Numer jeden to... Angelina Jolie.


(Nawet teraz, podczas przeglądania tych ujęć, serce zaczęło mi bić jakoś szybciej!)

Ponieważ gdzieś na drugim czy trzecim miejscu mojej listy widoków pojawiłaby się odpowiedź czerwona sukienka (pisałam Wam, ile ich mam w szafie!), wygląda na to, że widokiem idealnym byłaby Angelina Jolie w czerwonej sukience. Czyli na przykład taka:



A może Angelina Jolie w morzu?


Dobra, już przestaję...

10. Wymarzona sesja zdjęciowa


Tu odpowiedź jest o tyle trudna, że spośród moich pomysłów na zdjęcia ciężko wybrać jeden najbardziej wymarzony, taki, na którym zależy mi bardziej niż na innych. Ale chyba tym najbardziej nieodżałowanym pomysłem, który już, już miał być realizowany, a jednak się nie udało - jest pomysł na sesję portretową w gęstwinie... ludzkich rąk. Dłoni. Byłam już dogadana z fotografem, był termin, miejsce, były nawet dłonie, jednak wskutek zbiegu okoliczności sesja została odwołana w ostatniej chwili (nie przeze mnie). Może kiedyś jeszcze się uda :)


Mam nadzieję, że mieliście choć trochę przyjemności z czytania tego tekstu :) Liczę na to, że uda mi się zachęcić Was do napisania własnych odpowiedzi! A może jest jeszcze coś, o co chcielibyście mnie zapytać?

czwartek, 20 września 2018

Imię dla chłopca!


Za inspirację do napisania tego tekstu serdecznie dziękuję Mamie Pod Prąd :) Zobaczcie, jak wyglądało wybieranie imienia dla jej synka! "Najtrudniejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia". 

Niedawno, najwyżej dwa tygodnie temu maż spojrzał na mój duży ciążowy brzuch i pytającym tonem wypowiedział to jedno męskie imię. A ja po raz pierwszy nie odpowiedziałam wymijająco, tylko spojrzałam mu w oczy i powtórzyłam to samo imię, ale już z pewnością w głosie. 

Wybór imienia dla młodszego synka sprawił nam dużo więcej trudności niż się tego spodziewaliśmy. Zdecydowanie więcej niż w przypadku Roberta.

A właśnie, skąd imię Robert?


Często jestem o to pytana. Zazwyczaj odpowiadam, że jest to jedyne imię męskie, które podobało się nam obojgu. Jak już pisałam, od początku byliśmy przekonani, że nasze pierwsze dziecko będzie dziewczynką. W związku z tym z łatwością znajdowaliśmy kolejne imiona dla dziewczynki. Okazało się jednak, że jesteśmy rodzicami chłopca.

Nasze kryteria nie były szczególnie wygórowane. Imię miało być ładne, nie kojarzyć się głupio, łatwo się zdrabniać, nie sprawiać większych problemów obcokrajowcom i nie tworzyć komicznego połączenia z nazwiskiem. Nazwisko mamy z tych problematycznych. Jak kogoś ciekawi, to zerknijcie na fanpage Szczęśliwa Siódemka i zobaczcie, kto go prowadzi :) Powiedzmy, że np. imię Tymoteusz nie było brane pod uwagę nawet przez chwilę...

Ciekawostką jest, że jeszcze jako mała dziewczynka chciałam nadać swojemu ewentualnemu przyszłemu synkowi imię Robert (choć i tak byłam przekonana, że będę mieć córeczkę). Po pierwsze, podobało mi się to imię. Po drugie i ważniejsze, kojarzyło mi się z muzyką.

Źródło: Youtube
Na polskiej scenie muzycznej było wówczas chyba z pięciu bardzo znanych Robertów, wśród nich wokaliści, instrumentaliści, kompozytorzy. Żadne inne imię męskie nie mogło się pochwalić tak liczną reprezentacją w tej branży.

Robert to także... imię mojej pierwszej miłości :) Mężczyzna noszący to imię jest bardzo porządnym człowiekiem, rozstaliśmy się w zgodzie i nadal utrzymujemy serdeczny, choć bardzo sporadyczny kontakt. Nie tyle nadałam dziecku jego imię, co raczej nie widziałam przeszkód, by moje dziecko nosiło imię takiej osoby.

Imię "Robert" oznacza w wolnym tłumaczeniu "ten, który żyje w chwale" lub "ten, który jaśnieje w ciemności". Przyznam, że znaczenie imienia jest dla mnie bardzo ważne. Kilka lat temu duże wrażenie zrobiła na mnie konferencja o. Adama Szustaka OP, w której mówił on o znaczeniu swojego imienia i o tym, jak wpłynęło ono na jego życie. Zapragnęłam wtedy nadać mojemu dziecku (którego wówczas jeszcze się nawet nie spodziewałam) imię, które będzie miało piękne i wartościowe znaczenie.

No i na koniec... muszę się przyznać, że tak ostatecznie zainspirowała mnie Lady Gaga i piosenka "Alejandro" :) Choć moje uczucia w stosunku do tego utworu są co najmniej mieszane (wolę "Don't turn around" w wykonaniu Ace of Base!), a teledysku nawet za bardzo nie jestem w stanie obejrzeć w całości, jednak motyw wykorzystanych w tej piosence imion ogromnie mi się podoba. Imię Alejandro, czyli Alexander odpadało na dzień dobry - to imię nosi chłopczyk w najbliższej rodzinie :) Dwóch Alexów przy jednym stole - no nie, tak się nie robi. Imię Fernando, czyli Ferdynand też nie było brane pod uwagę - dla mnie Ferdynand to albo Wspaniały, albo Kiepski, i żadne z tych skojarzeń mi nie odpowiada :) Zostawało Roberto, czyli właśnie Robert :)

Źródło: Youtube
Po pierwszym zaskoczeniu, że jednak nie dziewczynka i po odrzuceniu kilku opcji, które nie podobały się przynajmniej jednemu z nas, decyzja o wyborze imienia Robert zapadła względnie szybko :)

Za drugim razem było trudniej.


O matko, już widzę, że ten tekst będzie długi... 

Początkowo wydawało się, że wybór imienia jest dla nas oczywisty. Imię dla dziewczynki wybraliśmy jednogłośnie i bez wahania - miała być Magdalena. Powiedzmy, że dość analogicznie do Roberta :) Magda to po prostu imię pierwszej dziewczyny mojego męża. Przy okazji, jest to bardzo ładne imię, łatwo się zdrabnia, brzmi dobrze z nazwiskiem, raczej nie sprawia problemów obcokrajowcom - czyli dokładnie to, o co nam chodziło.

Imię dla chłopca? Mieliśmy wstępnie wybrane. Na zasadzie: "to będzie dziewczynka i będzie miała na imię Magdalena, a gdyby jednak jakimś cudem okazało się, że będzie chłopiec, to będzie miał na imię... " :)

Po czym okazało się, że mimo zupełnie innych objawów w ciąży i mimo tego, że na USG I trymestru dziecko wyglądało na dziewczynkę, z całą pewnością jest jednak chłopcem :) I dopiero wtedy - gdy już wiedzieliśmy, że Magdalena odpada - ogarnęły nas wątpliwości odnośnie imienia. Czy na pewno takie, o jakim myśleliśmy? Może jednak inne? Wybór imienia Roberta był w końcu tak dobrze przemyślany i przemawiało za nim tyle różnych argumentów, a teraz mieliśmy w zasadzie tylko jeden mocny argument: "bo ładne".

Zaczęliśmy więc się wahać, szukać, myśleć, kombinować... I odrzucać kolejne opcje.

"A jest jakieś imię, które Ci się podoba?".


Muszę się teraz przyznać do małego niedopowiedzenia. Tak jak pisałam, zazwyczaj tłumaczę wszystkim, że wybrane przez nas imię to jedyne, które podobało się nam obojgu. Jest to prawda, ale niepełna. W rzeczywistości wygląda to tak, że wybieramy jedno z bardzo, bardzo wąskiej listy imion, które jest w stanie zaakceptować mój mąż :)

Dwukrotnie przerobiliśmy wszystkie typowe i mniej typowe pułapki czyhające na osoby, które szukają imienia dla dziecka. Skojarzenia, przekręcanie imion, wymyślanie hipotetycznych przezwisk i powodów, dla których dziecko znienawidzi nas za nadanie takiego imienia... Starą prawdę, że "nie masz pojęcia, ilu osób nie lubisz, dopóki nie przyjdzie Ci szukać imienia dla dziecka"... Generalnie wyglądało to tak, że ja wychodziłam z kolejnymi propozycjami, a mój mąż znajdował powód, dlaczego to imię odpada.


Jeśli odnieśliście wrażenie, że w wyborze imienia dla Roberta skupiłam się głównie na moich skojarzeniach i na tym, co mnie się podoba, bądźcie łaskawi to teraz zrozumieć :)

"- Mateusz?
- Wajchę przełóż! Adam, już przekładam!
- Łukasz?
- Czego szukasz?
- Krystian?
- Krystian Andersen? Ten od smutnych baśni, w których zawsze ktoś umiera? Źle mi się kojarzy.
- Przemysław?
- Nie, żadnych -sławów!
- Mariusz?
- Nie... Nie podoba mi się."

I tak w nieskończoność! Wreszcie faktycznie zapytałam, czy jest w stanie zaproponować jakieś imię, które mu się podoba. Nie był w stanie :)

Jakie imiona odrzucaliśmy?


Imiona rymujące się z nazwiskiem. 

Wiadomo, te odrzucaliśmy w ciemno. Przy czym okazało się, że dla mojego męża problematyczne są nie tylko imiona takie jak Tymoteusz czy Szymon, ale też Jacek, Marek i w ogóle imiona, które zdrabnia się za pomocą końcówki -ek.

Imiona bardzo popularne oraz "obciachowe".

Tu chyba nie muszę nic tłumaczyć. Odpadły zarówno spolszczone wersje angielskich imion, jak i wracające ostatnio z wielką mocą imiona staropolskie. Co do imion "obciachowych" - uważam to za głupotę, że zupełnie normalne imię z jakichś powodów staje się nagle synonimem obciachu, jednak wolę nie musieć tłumaczyć nikomu, dlaczego nadałam takie imię dziecku.


Imiona bardzo rzadkie, oryginalne, egzotyczne.

Jedno słowo - nazwisko. Od początku było dla nas jasne, że nasze dziecko nie może mieć bardzo nietypowego imienia, bo w połączeniu z nazwiskiem stworzy ono ryzykowny zestaw.

Imiona osób, których nie lubimy.

My raczej lubimy ludzi :) Ale takie na przykład imię mojego byłego partnera odpadło bez dyskusji, choć obiektywnie jest to bardzo piękne imię męskie.  

Imiona, które wywołują silne i w związku z tym kłopotliwe skojarzenia.

Czyli na przykład wspomniany Ferdynand. Albo Mikołaj. Kilka osób sugerowało mi, że to bardzo ładne imię, na co ja zawsze odpowiadałam niezmiennie - dla mnie Mikołaj to w ogóle nie jest imię, tylko taki Święty z brodą :) Pozdrawiam wszystkich Mikołajów i wszystkich rodziców Mikołajów, nie gniewajcie się, proszę, to tylko moje odczucia!


Imiona, których znaczenie do mnie nie przemówiło.

Przyznaję, tu raczej ja podeszłam bardziej krytycznie. Odrzuciłam np. imię Filip. Konie to bardzo zacne zwierzęta i dobrze jest je kochać, jednak niekoniecznie chciałam, by właśnie taka wiadomość była zapisana w imieniu mojego synka.


Odpadło też imię Emil - to znaczy "ten, który rywalizuje". Nasz syn z pewnością będzie z kimś rywalizował, pewnie nawet ze starszym bratem, ale niekoniecznie musi mieć do tego dodatkową motywację w postaci imienia :)

"Miłosz, czekaj!"

Imię Miłosz było jednym z mocniejszych kandydatów nawet za pierwszym razem. To znaczy, było takie dla mnie - mój mąż oczywiście nie był do niego przekonany. Ta opcja odpadła jednak natychmiast, gdy pewnego dnia usłyszeliśmy na parkingu, jak jedna mama woła swojego synka: "Miłosz, czekaj" - co brzmiało zupełnie jak "Miło szczekaj!"...
Wizja kulturalnego, uprzejmie szczekającego psa już nas nie opuściła :)


Imiona osób, które lubimy.

To było najtrudniejsze.
Jednym z kilku imion, które najdłużej braliśmy pod uwagę, było imię Marcin. Wydaje mi się, że to była opcja, do której mój mąż był najbardziej przekonany. Ładne imię. Niezbyt częste i zarazem niezbyt oryginalne. Nie rymuje się ani nie kojarzy z niczym. Da się je zdrobnić. Obcokrajowcy sobie z nim poradzą, pewnie będą mówić "Martin". Jak na razie same zalety. Mało tego! Marcin to imię jednej z najbliższych nam osób, naszego najlepszego przyjaciela, w zasadzie już członka rodziny.

I właśnie dlatego jednak się nie zdecydowaliśmy.
Wydaje mi się, że to zawsze byłby problem. "Marcin! Ale który?"... "Nie mówię o Tobie, tylko o wujku Marcinie"... Wiem, że można sobie z tym poradzić. Nadawać pseudonimy, różne zdrobnienia... Ale po co sobie radzić, skoro można po prostu nie doprowadzać do tego, by problem się pojawił? 
Poza tym wyobraziłam sobie, że Robertowi mogłoby być przykro, że to jego brat dostał imię po wujku, a nie on. Długo się wahaliśmy, ale ostatecznie imię Marcin odpadło.

Innym mocnym typem było imię Artur. Robert i Artur, jakie to piękne połączenie! Tak mnie zachwyciło, że byłam nawet gotowa machnąć ręką na niezbyt ambitne znaczenie imienia Artur - mniej więcej "piękny niedźwiedź". 


O odrzuceniu tej opcji przesądził jednak fakt, że mamy kolegę Artura. I w sumie mamy z tym kolegą dość skomplikowaną relację. Wydaje mi się, że dziwnie odebrałby fakt, że nasz synek miałby nosić jego imię. Może uznałby, że mam jakąś obsesję na jego punkcie czy coś w tym stylu... Może to głupie, ale naprawdę nie chciałam doprowadzać do takiej sytuacji. 


Po przemyśleniu tych wszystkich opcji i odrzuceniu szeregu innych imion, które po prostu, najzwyczajniej w świecie jakoś nam nie brzmiały - okazało się, że nasz pierwszy wybór jest jednak tym najlepszym i najwyraźniej jedynym. Może dało się myśleć nad tym dłużej... W końcu rodzę dopiero za dwa miesiące. Chcieliśmy jednak móc już mówić do naszego młodszego synka po imieniu.

Michał.


To zawsze było w moim odczuciu jedno z ładniejszych imion męskich. Gdybym miała wymienić kilka takich najładniejszych, byłoby pewnie w pierwszej piątce - razem z imionami Robert i Andrzej :) 

Imię Michał nie wywołuje żadnych złych skojarzeń (no dobra, wiem, że Michał popychał i się skichał... Ale to nas nie zniechęciło!), daje się łatwo zdrobnić. Dla obcokrajowców może być nieco trudniejsze niż imię Robert, ale też można sobie z tym poradzić - mówić np. Michael, Michel, od biedy nawet Mike czy Mick :)

Dodatkowy argument za imieniem Michał - podobnie jak Robert, jest to imię znakomitego polskiego piłkarza. W czasie, gdy nadawaliśmy imię starszemu synkowi, nasza drużyna narodowa cieszyła się nieco lepszą opinią niż obecnie. Dużo osób się wtedy zachwycało, że mały będzie miał takie samo imię jak Lewandowski :) Będziemy mieć zatem małego "Lewego" i małego Pazdana. Wiadomo, że to nie jest najważniejszy argument - ale chłopcy pewnie się ucieszą, jak będą starsi i odkryją to powiązanie.

A drugie imię?


Andrzej. Tak samo, jak ma Robert - po tacie.

Byłoby inaczej, gdybyśmy od początku wiedzieli, że będzie dwóch chłopców. Ale kto to przewidzi? My na pewno nie przewidywaliśmy. Robert miał początkowo odziedziczyć drugie imię po jednym z dziadków. I właściwie w ostatniej chwili pojawiła się wątpliwość: a czy drugiemu dziadkowi nie będzie przykro?

Skoro już jeden z chłopców otrzymał drugie imię po ojcu, nie wyobrażam sobie, żeby młodszy miał dostać inne. Czy na pewno zdołalibyśmy mu to wytłumaczyć? Czy nie czułby się przez to gorszy, mniej kochany? Bardzo przemówił mi do wyobraźni motyw z filmu "Gattaca" - słabszy z synów, któremu wróżono krótkie życie, nie zasłużył na imię po ojcu. Otrzymał je młodszy, silniejszy syn.

Źródło: Youtube

Jeśli jakimś cudem zdarzy nam się, że będziemy mieć jeszcze jednego, trzeciego synka, on również otrzyma drugie imię po tacie :) Nad pierwszym nawet nie mam siły się zastanawiać...

I tak nigdy nie wiadomo, czy dziecko polubi swoje imię.


Ja sama długo nie lubiłam mojego imienia. Oznajmiałam rodzicom na przykład: "Od dzisiaj mówcie na mnie Asia!" :) Planowałam, że zmienię imię, jak będę dorosła. Potem mi przeszło, uczyłam się lubić moje imię, szukałam znośnych zdrobnień, próbowałam znaleźć w nim jakieś zalety. Bywa i tak.

Może się okazać, że tak starannie wybierane przez nas imiona nie spodobają się naszym synkom. Liczę się z tym. Myślę jednak, że sobie z tym poradzą - może wymyślą sobie jakieś pseudonimy? Będziemy wtedy używać pseudonimów, a co! :)