czwartek, 27 lipca 2017

Nie wszystko trwa wiecznie.

Nie wiem, dlaczego to sobie zrobiłam.


A właściwie wiem: dlatego, że ja już taka jestem. Z tych samych powodów czytam artykuły o strasznych i smutnych rzeczach, choć już po nagłówku widzę, że lepiej bym zrobiła nie zaglądając tam, a potem długo nie mogę przestać o tym myśleć. Moja ciekawość jest przeważnie silniejsza od rozsądku i przeważnie wolę jednak przeczytać nawet najtrudniejszą treść niż zastanawiać się, co tam może być.

Dlatego weszłam na stronę bloga, o którym wiem dobrze, że od dawna nie jest aktualizowany. I wiem, dlaczego tak jest.

Wiedziałam, że to zaboli, i przedzierałam się - wpis po wpisie, tydzień po tygodniu przez życie ludzi zupełnie takich jak my, całkiem podobnych. Ona chyba nawet zajmuje się na co dzień mniej więcej tym samym co ja. Mieszkali dość niedaleko nas. Mają synka, tak jak my. Mają czy mieli? Nawet nie wiem, jakiego czasu się używa w takiej sytuacji. Chyba jednak teraźniejszego. W końcu dziecko jest tym, co nadal łączy tych dwoje.

Strasznie się kochali.


Zdaje się, że to na tym blogu znalazłam inspirację dla jednego prezentu, który podarowałam mężowi. Żałowałam, że sama nie wpadłam na ten pomysł. 

Jaka to ironia losu, że kilka zdań wklepanych na klawiaturze i wrzuconych do Internetu okazuje się trwalsza niż "ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską". To wszystko nadal tam jest. Te wyznania, te prezenty, te słodkie słowa. Wpis o tym, że rodzina jest zgraną ekipą. Krótko potem wpis o tym, że życie się zawaliło...

Uświadomiłam sobie na własnym przykładzie, że czytelnicy nigdy nie widzą pełnego obrazu. I Wy też nie widzicie wielu aspektów codziennego życia mojej rodziny. Nie widzicie, jak bardzo czasem nam się nie chce, że czasem nie mamy siły, że czasem miewamy dość. Nie widzicie codziennych problemów. I gdyby... Gdyby kiedykolwiek coś miało pójść niezgodnie z planem, to i Wy zdziwilibyście się: jak to? Przecież była zawsze taka szczęśliwa!

Małżeństwo to seria prób.


Nieco ponad osiem lat temu, po naprawdę trudnym doświadczeniu i bolesnym rozstaniu uważałam, że to naiwne, wkraczać w związek małżeński z kimś, kogo się nie wypróbowało, z kim się nie pomieszkało przez jakiś czas i nie zaznało się wspólnej codzienności. Dzisiaj, starsza i mądrzejsza o osiem lat szczęśliwego związku sądzę, że naiwnością było zakładanie, że drugą osobę można przetestować. Prędzej czy później zawsze znajdziecie się w sytuacji, jakiej wcześniej nie było i w jakiej żadne z Was nie miało okazji się sprawdzić. Wspólne mieszkanie to tylko jedna z wielu prób, wcale nie najtrudniejsza ani najważniejsza.

Dla mnie i mojego męża rodzicielstwo jest póki co jedną z trudniejszych prób. Przypuszczam, że nie różnimy się pod tym względem od wielu młodych małżeństw. Potrafię sobie z łatwością wyobrazić parę, która nie przetrwała takiej próby. Nie oszukujmy się, urodzenie dziecka nie zmieniło mnie ani w Miss Polonia, ani w anioła. W dodatku pojawienie się trzeciego lokatora w naszej sypialni oznacza dokładnie to, co oznacza, z wszystkimi urokami i niekoniecznie urokami tej sytuacji. Serio, jeśli kiedykolwiek wymykaliście się rodzicom czy opiekunom i przeżywaliście przygody przedmałżeńskie, to jest to pikuś w porównaniu z przygodą małżeńską, którą przeżywasz, kiedy razem z mężem wymkniecie się słodko śpiącemu niemowlakowi. To jest dopiero adrenalina!

Bywam zmęczona, a czasem powiedziałabym raczej, że bywam wypoczęta. Widok odpoczywającego męża nie przeszkadzałby mi ani trochę, gdyby nie fakt, że ja również bardzo chętnie położyłabym się obok, tak jak robiłam to przez lata, tak jak robiłam to jeszcze niedawno. A teraz nie mogę. Często kumulują się we mnie negatywne emocje, które prędzej czy później muszą znaleźć ujście. A jednocześnie - i dzięki Bogu! - nie zdarza mi się złościć na dziecko. To przecież malutka, bezbronna istotka, która niczym nie zasłużyła sobie na mój gniew. Jednak oznacza to też, że jedynym adresatem moich burzowych chmur, mojej frustracji i nieraz naprawdę nieładnych słów jest mój mąż. Nie zazdroszczę.

Kiedyś miałam zasadę: możemy się kłócić, obyśmy tylko się pogodzili, zanim pójdziemy spać. Żebyśmy zawsze mogli powiedzieć sobie dobranoc i przytulić się. Teraz już i tę zasadę udało nam się raz czy dwa razy naruszyć. Ale po nocy zawsze przychodzi dzień i jeśli nawet nie było dobranoc, to przecież można to naprawić słodkim pocałunkiem na dzień dobry. Ostatecznie ważniejsze od wszystkich zasad, postanowień i ustaleń jest to pierwsze: "ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską".

Nie chodzi o to, żebyśmy oboje skrupulatnie wypełniali wszystkie punkty i zaliczali kolejne testy jak w szkolnej ławie, ale żebyśmy uczyli się wspólnie, jak wychodzić pomyślnie z kolejnych prób, którymi obdarza nas los.

A co, jeśli jednak się nie uda?


Znam kilka samotnych matek. Znałam małżeństwa, które się rozpadły. Ja sama kochałam już jednego mężczyznę przed moim mężem. Nie wyszłam za niego za mąż, ale naprawdę niewiele brakowało. Gdyby doszło do tego ślubu, na pewno już w tej chwili byłabym po rozwodzie, z dzieckiem czy bez dziecka. Ciekawe swoją drogą, czy osoby, które były tak bardzo oburzone naszym rozstaniem, zdają sobie z tego sprawę. 

Ale co chcę Wam powiedzieć? Życie się nie kończy w momencie rozstania. Ja znalazłam największą miłość już po tym, kiedy myślałam, że świat się zawalił i nic dobrego już mnie nie spotka. A przecież i wcześniej kochałam szczerze, ta miłość, której już nie ma, była prawdziwa. Choć na wspomnienie chwil spędzonych z byłym narzeczonym czuję raczej irytację niż romantyczne wzruszenia, to jednak pamiętam dobrze, co czułam i to było autentyczne, to było naprawdę. 

Czasem coś musi się skończyć, nawet coś dobrego, po to, żeby przyszło coś lepszego. Coś najlepszego. Wierzę, że autorka czytanego przeze mnie bloga ma to najlepsze jeszcze przed sobą. Równie mocno wierzę w to, że ja mam swoje najlepsze tu i teraz, codziennie blisko siebie, codziennie w moich ramionach.

wtorek, 18 lipca 2017

5 x NAJ..., czyli subiektywne zestawienie wyjątkowych filmów

Zdarza mi się nieraz, że gdy widzę jakiś film i jest on dla mnie w jakiś sposób wyjątkowy, przychodzi mi do głowy myśl "muszę kiedyś o nim napisać". Potem najczęściej o tym zapominam. Nawet kiedy zmobilizowałam się raz do stworzenia subiektywnej listy dziesięciu najważniejszych dla mnie filmów, nie zdołałam umieścić na niej nawet połowy tych najważniejszych, najbardziej znaczących, najbardziej wyjątkowych.

Dzisiejsze zestawienie też na pewno nie będzie kompletne. Ale mam ten komfort, że nic nie stoi na przeszkodzie, abym kiedyś zrobiła następne ;) To nie jest lista moich ulubionych filmów, ani też lista najważniejszych, jakie w życiu widziałam. To raczej luźne i nieco przypadkowe zestawienie filmów, które w jakiejś specyficznej kategorii okazały się dla mnie tymi NAJ, a łączy je to, że nie są w żadnej z tych kategorii zbyt oczywistym wyborem.

1. Film najbardziej wartościowy.


Chasing Mavericks, 2012
Źródło: Filmweb
Ok, na pewno istnieje mnóstwo bardziej wartościowych filmów i pewnie wiele z nich widziałam. Ostatecznie to nie jest film o wielkich ludziach robiących wielkie rzeczy... Przynajmniej nie w tym sensie. To jest film o plaży, wielkich falach i dwóch mężczyznach: jednym młodym, zuchwałym i niepokornym i drugim, dojrzałym, odpowiedzialnym, kochającym. Na pierwszy rzut oka w tym filmie nie ma nic więcej niż to, co zobaczył w nim jeden recenzent: deski surfingowe i skąpo ubrane dziewczyny. (Bez przesady. One są po prostu w kostiumach kąpielowych).

Tymczasem, jeśli zechcesz zobaczyć drugie dno w tej historii opartej na faktach, to dowiesz się z niej między innymi, że można przeżyć życie bez gniewu, unoszenia się dumą i chowania urazy, a do przebaczenia wystarczy wyciągnięta dłoń - bo życie, miłość i pasja są zbyt ważne, żeby tracić czas na trwanie w negatywnych emocjach. Zobaczysz, że czasem rodzina to nie tylko te osoby bezpośrednio spokrewnione ze sobą, ale czasem najbliższą rodzinę poznajesz i wybierasz i to ona pozostaje Twoim jedynym filarem, gdy wszystko inne wydaje się zawodzić. Wreszcie - że nie ma marzenia zbyt szalonego i zbyt odważnego i że warto iść za swoją miłością i pasją aż do samego końca.

Ten prosty film o surferach do tej pory tkwi w mojej głowie. Zawsze go polecam, gdy ktoś chce obejrzeć coś wartościowego.

2. Film najbardziej artystyczny.


Amelia, 2001
Źródło: Filmweb
Zawsze byłam przekonana, że "Amelia" jest czymś więcej niż historyjką o dziewczynie znajdującej chłopaka. Bywam odosobniona w tym poglądzie. Pamiętam do tej pory, jak osoba, będąca dla mnie chyba największym autorytetem w dziedzinie filmów, wypowiedziała się o "Amelii" krytycznie i lekceważąco i dodała, że czeka na europejski film o bohaterce, która znajduje miłość i jest przy tym inteligentna, dowcipna, gruba i brzydka. No cóż. Utożsamienie się z bohaterką graną przez prześliczną Audrey Tatou nie jest łatwe ani dla mnie, ani dla wielu kobiet, które znam, no bo niby wiemy, że ona taka nieśmiała i samotna i zagubiona, ale my same w naszych samotnościach i nieśmiałościach nie czujemy się ani w połowie tak urocze.

Niemniej, lubię patrzeć na to wszystko, co składa się na świat przedstawiony filmu o uroczej Amelii. Bo widzę tam spore bogactwo. Przede wszystkim bogactwo sztuki. Świat Amelii roi się od artystów. Sąsiad pieczołowicie odtwarzający obraz Renoira, tajemniczy Nino i jego album złożony z poskładanych na nowo kawałków podartych zdjęć, obrazy w pokoju Amelii... Wszystko to jest przepełnione duchem sztuki, magii, wyobraźni. Artystyczny jest też sam obraz Paryża - pokolorowanego, "wyczyszczonego" z graffiti, nie do końca realnego i współczesnego, pełnego dźwięków akordeonu. "Amelia" to też film o tym, że każdy z nas jest inny, ale w tej inności jednak jesteśmy do siebie bardzo podobni: mamy swoje wspomnienia z dzieciństwa, swoje małe przyjemności, swoje drobne dziwactwa, swoje tęsknoty i marzenia.

3. Film najbardziej mieszający w głowie i dający do myślenia.


W głowie się nie mieści, 2015
Źródło: Filmweb
Oglądałam sporo takich filmów i niełatwo mnie zaskoczyć. W końcu uwielbiam tematykę światów równoległych, innych wymiarów, podróży w czasie. Widziałam wiele dobrych, trudnych filmów, które zrobiły na mnie wrażenie i skłoniły do długich przemyśleń. A jednak w tej kategorii wygrywa kreskówka dla dzieci.

Właściwie - dla dzieci i nie tylko dla nich. Jak niemal każda kreskówka powstała po roku 2001, "W głowie się nie mieści" próbuje trafić zarówno do młodszych, jak i do starszych odbiorców. Robi to jednak - zresztą z powodzeniem - w inny sposób niż pozostałe kreskówki; nie przez mrugnięcia okiem i mniej lub bardziej zakamuflowane dowcipy tylko dla dorosłych, ale przez bardzo poważne i dorosłe treści ukazane w kolorowej i przystępnej formie. "W głowie się nie mieści" pokazuje moim zdaniem lepiej niż niejeden "poważny" film na ten temat, na czym polega i jak wygląda depresja u dziecka. Czy nadużywam tutaj słowa depresja? Być może - w końcu problemy małej Riley udało się rozwiązać nieco łatwiej, niż byłoby to możliwe w przypadku prawdziwej choroby. Jednak jeśli miałabym sobie wyobrazić kreskówkę mówiącą stricte o dziecięcej depresji, to widziałabym ją właśnie tak: stopniowo upadające fundamenty, coraz większa obojętność, "wyłączanie" kolejnych emocji. Koszmarne sny.

Dlaczego jeszcze ten film zamieszał mi w głowie? Zaczęłam zastanawiać się w pewnym momencie, które z przedstawionych (lub wspomnianych) w nim wydarzeń można nazwać realnymi. I nadal nie znam prostej odpowiedzi na to pytanie. OK, wiem, że to jest bajka i nic z tego nie wydarzyło się naprawdę, ale jednak każda fabuła ma swój świat przedstawiony i swój ciąg wydarzeń. A tutaj? Oczywiście mamy Riley i wydarzenia z jej życia, utratę pracy jej taty, przeprowadzkę, próby odnalezienia się w nowym miejscu... Jednak to nie Riley jest tak naprawdę główną bohaterką tego filmu, a emocje w jej głowie. Zatem cała podróż Radości i Smutku, ich walka o powrót do centrum dowodzenia, cała Fabryka Snów, wyspy osobowości - czy to dzieje się naprawdę? A wymyślony przyjaciel Riley spotkany przez Radość, czy on jest prawdziwy, czy właśnie... wymyślony? W tej rzeczywistości, w której Radość i Smutek przemierzają zakamarki umysłu Riley, jest on przecież równie realny jak one dwie i cała reszta emocji. A czy emocje można nazwać nieprawdziwymi, wymyślonymi? Przecież są one najzupełniej realną częścią życia. I tak można w nieskończoność...

Film polecam jako absolutnie genialny i praktycznie pozbawiony wad.

4. Film najlepiej zagrany.


Moon, 2009
Źródło: Filmweb
O "Moon" mogę pisać tylko w superlatywach. Jeden z najlepszych, najbardziej poruszających, najbardziej głębokich filmów science-fiction, jakie widziałam. Odrobinę niedoceniony, ale to mnie na swój sposób cieszy - bo mogę mieć "swój" ulubiony film, którego nie widziały tłumy i którym nie zachwyca się dosłownie każdy. Mogę szukać nawiązań do "Moon" w innych, bardziej znanych filmach i cieszyć się tym, że nie każdy je dostrzeże.

Największą siłą "Moon" jest aktorstwo. Nie efekty specjalne, których jest mało, nawet nie scenariusz, który jest wyjątkowo ciekawy, ale wielki popis aktorski Sama Rockwella i niemal równie dobrego Robina Chalka. Nie wspominając już o głosie Kevina Spaceya. Dlaczego żaden z panów nie był nawet nominowany do Oscara za występ w tym filmie? Cóż, to tylko science-fiction, gatunek raczej konsekwentnie pomijany przez Akademię Filmową.

Co jest tak wyjątkowego w rolach Rockwella i Chalka? Chyba nie mogę tu napisać zbyt wiele bez zdradzania znaczących tajemnic fabuły, a chciałabym, żebyście obejrzeli ten film i jeszcze nie wiedzieli. Są znakomici. Tyle mogę powiedzieć.

5. Film, który najbardziej mnie zaskoczył.


Czy Wy też macie tak, że gdy tworzycie jakieś zestawienia i listy, to najtrudniejszy jest punkt ostatni? Ja zawsze mam z nim problem. Bo nagle zaczynam czuć, że ogranicza mnie skończona liczba punktów. I widzę co najmniej kilka pozycji godnych zostania numerem 5. Albo 7. Albo 10. W zależności od tego, jak duże umyśliłam sobie zestawienie.

Nie inaczej było teraz. Co gorsza, zapomniałam, jaki film miałam na myśli, kiedy zaczynałam pisać ten tekst - a na pewno miałam w głowie pięć filmów. W międzyczasie zastanawiałam się, czy nie zrobić większego zestawienia i nie wzbogacić listy o kolejne filmy, więc kandydatów na numer 5 mam nawet kilka i nie wiem, który z nich najbardziej zasłużył na miejsce tutaj.

Napiszę więc o filmie, który z co najmniej kilku różnych powodów zrobił na mnie wyjątkowe wrażenie i był prawdopodobnie największym zaskoczeniem spośród widzianych przeze mnie filmów.

Terminator 2: Dzień sądu, 1991
Źródło: Filmweb
Nie sprawdziło się chyba nic z tego, co myślałam i wiedziałam o serii o "Terminatorze" przed jej obejrzeniem - oprócz oczywiście tego, że gra w nim Arnold Schwarzenegger :) Natomiast już to, co myślałam o jego aktorstwie, okazało się nieprawdziwe i krzywdzące. Rola Terminatora może nie jest najlepszym aktorskim popisem, jaki widziałam, jest jednak - moim zdaniem - znakomita i dokładnie taka, jaka ma być. Terminator raz przeraża, raz bawi, raz wzrusza, a wszystko to robi przy użyciu minimum środków wyrazu. Jest w końcu cyborgiem.

Mam przyjemność należeć do tej garstki szczęśliwców, którzy nie wiedzieli przed oglądaniem, jaką rolę odgrywa T-800 w drugiej części serii. Nie mam pojęcia, co za szczęśliwe zrządzenie losu uchroniło mnie przed tą wiedzą (a oglądałam "Terminatora" naprawdę późno, już jako dorosła osoba), ale bardzo się cieszę, że było mi dane przeżyć takie zaskoczenie. Bo muszę Wam powiedzieć, że zaskoczenie jest ogromne. Jeśli znasz pierwszą część serii i nie wiesz nic o drugiej, przeżyjesz szok.

Cała seria o Terminatorze zaskoczyła mnie ogromnie - spodziewałam się prostego filmu o elektronicznym zabójcy, filmu jak mnóstwo innych, a trafiłam przede wszystkim na ciekawą i złożoną fabułę, taką zdecydowanie w moim stylu - nie zapomnę, jak po obejrzeniu serii długo dyskutowaliśmy z mężem, próbując odtworzyć jakąś przyczynowo-skutkową (bo przecież nie chronologiczną) kolejność wydarzeń. Natomiast największe wrażenie do tej pory robi część druga, która po dość surowej pierwszej jest jednocześnie filmem akcji, komedią, a w pewnym stopniu nawet filmem familijnym, i na każdym polu broni się świetnie, a do tego ma genialną ścieżkę dźwiękową i najlepszą obsadę spośród wszystkich filmów o Terminatorze.

Co sądzicie o moim zestawieniu? Jakie są Wasze typy? O jakich filmach chcielibyście, żebym napisała następnym razem?

wtorek, 11 lipca 2017

O snach.


Przeżyłam w swoim życiu dwie spektakularne katastrofy: jedną miłosno-związkową, drugą zawodowo-finansową. Z perspektywy czasu uważam, że gorsza była ta druga, gdyż jej bezpośrednie skutki odczuwam do tej pory. Dodajmy do tego cały burzliwy okres mojego dorastania, które nawet jeśli przypominało w czymś znane seriale młodzieżowe, to ja raczej nie byłam w tym serialu żadną z postaci, którymi kiedykolwiek chcieliście być. Niestety, los obdarzył mnie wyjątkowo trwałą pamięcią, co sprawia, że moja kolekcja złych wspomnień jest znacznie większa niż bym tego chciała. Mimo tego wszystkiego, jestem absolutnie przekonana, że nigdy nie przeżyłam nic gorszego niż kilka tygodni temu, kiedy przyśniło mi się, że moje dziecko nie żyje.

Pojawienie się dziecka odkryło przede mną i moim mężem całkowicie nowy poziom koszmarów sennych. W ciągu tych niespełna siedmiu miesięcy obojgu nam dwukrotnie śniła się śmierć synka, a ja mogę do tego zestawienia dopisać jeszcze dwa sny o tym, jak zostawiłam Roberta samego gdzieś poza domem i potem długo próbowałam go znaleźć. A także sny o tym, że mały chodzi sobie swobodnie po łóżku i lada chwila z niego spadnie.

Z reguły im spokojniej Robert śpi, tym bardziej pokręcone są nasze sny. Tak jakby podświadomość przygotowywała nas na to, że jeśli dziecko jest zbyt długo ciche, to znaczy, że sytuacja jest w jakiś sposób nietypowa. Najczęściej gwałtowne przebudzenie jednego z nas budzi i jego. Potem on zazwyczaj zasypia bez trudu. My - z trudem albo wcale.

"Nie mogę zasnąć, bo jak zamykam oczy, znowu to widzę", powiedział mój mąż niedawno w nocy po jednym z takich przebudzeń. Chyba nigdy nie zapomnę, jaki był wtedy poruszony i jak przepraszał synka za jakieś swoje nieistniejące winy, które we śnie doprowadziły do tragicznych wydarzeń. Ja zasnąć mogłam, więc obróciłam się na drugi bok i zamknęłam oczy, aby śnić o długim, upalnym i pełnym różnych perypetii dniu, który kończył się tak, że miałam coś do załatwienia na dworcu w Warszawie, więc udałam się tam razem z małym w foteliku, po czym w drogę powrotną wyruszyłam już bez fotelika... Obudziłam się rano, zlana potem i przerażona, ale szczęśliwa, że to się nie wydarzyło.

A jeszcze niedawno taki śmiech pomieszany z irytacją budziły we mnie hasła krążące po Internecie, wypisane piękną czcionką na jakimś słodkim obrazku z małymi stópkami i serduszkiem z dłoni. Prawdziwą miłość i strach poznasz dopiero, gdy zostaniesz rodzicem. Dziś nadal twierdzę, że poznałam prawdziwą miłość kilka lat przed tym, zanim zostałam matką. Ale strach? Bywałam przerażona. Bywałam bezradna. Bywałam zdruzgotana. Zdarzało mi się czuć, że moje życie się skończyło. I żadne z tych uczuć nie było nawet w połowie tak okropne jak te kilka minut, może sekund, kiedy myślałam, że mojego dziecka już ze mną nie ma. 

Przepraszam. Wiem, że różne rzeczy zdarzają się w życiu i wiem, że może się tak zdarzyć, że te słowa przeczyta jakaś mama, dla której to doświadczenie jest zupełnie realne. Nie wiem i nie wyobrażam sobie, co przeżyłaś. Całe moje doświadczenie to tylko sen. Rano już było po wszystkim.

Przede mną wiele snów, i wiele nowych strachów, których jeszcze nie znam. Będę śnić o jego pierwszych krokach, o pierwszych wyjściach z domu, o jego szkole, o jego pierwszych znajomościach. Będę się bać. I będę się mierzyć z jego strachem, z jego pierwszymi nocnymi koszmarami, z pierwszymi katastrofami w jego życiu. Przetrwamy to wszystko razem. Modlę się tylko o to, żebym zawsze miała o kogo się bać.

czwartek, 29 czerwca 2017

Codziennie stajesz się matką.


To było mniej więcej dwa tygodnie temu. Patrzyłam na mojego śpiącego synka i zastanawiałam się, jak odnajdę się w mojej nowej roli życiowej.

Było kilkanaście minut po siódmej, Robert spał spokojnie przez całą noc bez żadnych pobudek, a ja zamiast się cieszyć, że mam tak ładnie śpiące dziecko, leżałam w łóżku i zastanawiałam się, czy i jak ja w ogóle sobie poradzę. Po głowie błąkała mi się myśl, że może nie przemyślałam tego wszystkiego wystarczająco dobrze.

Zostałam matką półrocznego dziecka.


Półroczne niemowlę to zupełnie inny człowiek niż noworodek. Zupełnie inny niż dziecko trzymiesięczne, czteromiesięczne, pięciomiesięczne. Potrzebuje więcej jeść. Z początku byłam przerażona perspektywą poszerzania jego diety, idzie nam to jednak całkiem sprawnie. Robert chyba jeszcze do końca nie jest świadom, że ta marchewkowa papka, którą wkładam mu na łyżeczce do buzi, to też jest jedzenie. Traktuje to raczej jako nową zabawę, ale najważniejsze, że zjada.

Mało śpi w ciągu dnia. Jest w ciągłym ruchu: turla się, dźwiga się na czworakach, siada - jeszcze bardzo ostrożnie i powoli, opierając się o mnie lub podnosząc się do pionu w foteliku samochodowym. Długo wytrzymuje w pozycji siedzącej. Próbuje przemieszczać się na czworaka. Obawa, że spuszczony na chwilę z oka spadnie z łóżka zmieniła się w pewność, że tak się stanie. Dlatego też w naszej niekoniecznie dużej sypialni pojawił się nowy mebel - kojec, w którym Robert wraz ze swymi licznymi zabawkami spędza większość czasu.

Zastanawiam się czasem, gdzie podziały się te wszystkie dobre rady, którymi byłam bombardowana pod koniec ciąży oraz krótko po urodzeniu dziecka. Teraz wiem jeszcze mniej niż wtedy. A jednocześnie stale zawstydza mnie patrzenie na inne młode mamy, jak świetnie sobie radzą i jak bardzo są w tej roli lepsze ode mnie. Słyszę: porozmawiaj z nią, ona ma bardzo fajne pomysły, stosuje fajne rozwiązania, może się czymś zainspirujesz. Idę, rozmawiam z nią i dowiaduję się, że jej dziecko jest starsze od mojego o dwa dni. Dwa dni. A między nami - dwiema matkami - taka przepaść, jakby to były co najmniej dwa miesiące.

Czas nie stoi w miejscu.


Muszę przyznać sama przed sobą, że podobała mi się pewna tymczasowość i bylejakość związana z byciem matką malutkiego dziecka. Zasypianie w ubraniu, bez prysznica, byle szybko, póki dziecko śpi. Gubienie różnicy między nocą a dniem. Łażenie po domu w pierwszych lepszych ciuchach i z gniazdem na głowie. Pewne odcięcie od świata, ludzi, bodźców z zewnątrz, skupienie się w pełni na dziecku. Brzmi jak koszmar? Uwierzcie mi, to ma swój urok. Spodobało mi się to i trochę przegapiłam moment, kiedy trzeba było ruszyć do przodu i zacząć jednak normalnie żyć. Chyba najmocniej to odczułam na warsztatach gospel, na które wybrałam się trochę z doskoku, bardziej jako widz niż uczestnik, a w których inne młode mamy uczestniczyły w pełni. Zamiast założyć z góry, że to niemożliwe, one znalazły sposób, by to jednak było możliwe.

Wczoraj mąż zasugerował mi, żebym wybrała się sama do koleżanki, tak po prostu, żeby pogadać. Zaskoczyła mnie świadomość, że to był naprawdę pierwszy raz, kiedy rozważałam taką możliwość. Przyzwyczaiłam się, że się nie da. Już czas, żeby zacząć myśleć, że wszystko się da, czasem tylko trzeba to trochę zaplanować i zastanowić się, jak to zrobić.

Zawsze będę w tym nowa.


Kiedy sięgam pamięcią do tych moich obaw i myśli sprzed dwóch tygodni, widzę, że poradziłam sobie lepiej niż się wtedy spodziewałam. Ale to dopiero początek, pewien etap na naszej drodze. Już całkiem niedługo zostanę matką siedmiomiesięcznego dziecka. Za jakiś czas zostanę matką rocznego dziecka. Potem nakarmienie go i dbanie o jego bezpieczeństwo będzie tym najprostszym aspektem macierzyństwa, a zacznie się wychowywanie. I ciągłe, nieustanne sprawdzanie i rozliczanie się przed sobą z tego, czy robię to dobrze.

Co chciałabym Ci powiedzieć, przyszła mamo, młoda mamo? Że bez względu na to, jak będziesz traktować mijający czas, on i tak przeminie. Możesz go wykorzystać albo stracić, możesz się go bać albo podejmować nowe wyzwania jak kolejne przygody. Wszystko, co możesz zmienić, to Twoje podejście i Twoje samopoczucie. Czas będzie płynął i tak.


PS. Kiedy tak sobie leżałam i rozmyślałam, Robert obudził się. Dźwignął się na rączkach, popatrzył na mnie z góry i uśmiechnął się. Przytuliłam go mocno i pocałowałam w policzek, a on roześmiał się głośno. Pomyślałam sobie wtedy, że już niczego, niczego się nie boję. 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Prośba do Was.


" ...język wyjątkowo toporny, ciężki w odbiorze, zdania zbyt długie. Treść merytoryczna banalna, to samo jest w milionach innych blogów czy poradników o macierzyństwie."

To opinia na temat mojego bloga. Poprosiłam o nią, kiedy dowiedziałam się, że jej autorka zachowała opinię dla siebie, żeby mnie nie urazić. Cóż. Przyznam, że przez chwilę zrobiło mi się nieswojo, kiedy zobaczyłam takie natężenie negatywów. Ale ta chwila trwała krótko, a im dłużej o tym myślałam, tym bardziej rozumiałam, że ta opinia mnie nie krzywdzi.

W różnych momentach mojego życia zarzucano mi, że nie umiem przyjąć krytyki. Przyzwyczaiłam się do tego i zaczęłam myśleć o tym jako o jednej z moich większych wad. Bo niewątpliwie w jakimś stopniu tak było. Czy to dziwne, że wolę słyszeć dobre, a nie złe słowa na mój temat? Szczególnie nie lubiłam, gdy krytykowano rzeczy, których w moim odczuciu nie mogłam już zmienić, na przykład występ na koncercie. Prawdę mówiąc, cieszę się, że nie dotarły do mnie żadne negatywne opinie na temat "Ave Maria" śpiewanego przeze mnie na naszym ślubie, choć wiem, że to było wykonanie dalekie od doskonałości - ale wiem też, że nie przewiduję zawierania kolejnego związku małżeńskiego i tym samym nie będę miała okazji ponownie zaśpiewać na własnym ślubie.

Wiele się jednak zmieniło. Po pierwsze, wiem już, że są osoby, dla których nawet reakcja w stylu "dziękuję za Twoją opinię, przyjmuję ją do wiadomości, na szczęście są osoby, które uważają inaczej" to już jest nieodpowiednia reakcja na krytykę. I wiem, że takich osób nigdy w życiu nie zadowolę, bo nawet nie mam pomysłu, jak miałabym to zrobić. Po drugie, wiem już, że bardzo niewiele jest takich sytuacji, kiedy nie można się poprawić i zrobić czegoś lepiej. Źle zaśpiewaną piosenkę można zaśpiewać jeszcze raz. Nieudane zdjęcie można spróbować odtworzyć, zrobić nowe, lepsze. Kiepski tekst można poprawiać do skutku. Z perspektywy czasu większe znaczenie będzie miał postęp, którego dokonasz i to, czego się nauczysz niż dowolne przykre słowa, które usłyszysz na jednym z etapów Twojej drogi.

Ale po co ja o tym piszę?


Napisała do mnie ostatnio jedna z osób, które regularnie mnie czytają. W najnowszym tekście pojawiło się coś, co ją zaniepokoiło i uznała, że dla dobra mojego dziecka powinna zwrócić mi uwagę. Zanim jednak to zrobiła, przez dobre kilka minut kluczyła wokół tematu, przepraszała mnie i zastanawiała się, czy się nie obrażę. Postanowiła jednak zaryzykować. Tak naprawdę nie wiem, jak długo zastanawiała się, czy w ogóle do mnie napisać.

Kochani i kochane, to nie jest blog pod tytułem Nieomylne Guru Macierzyństwa. Ja mam zaledwie sześć miesięcy. Popełniam błędy, wielu rzeczy nie wiem, czasem mój instynkt i wiedza mnie zawodzą. Kocham moje dziecko do szaleństwa i nigdy w życiu nie skrzywdziłabym go świadomie, więc jeśli macie realne podejrzenie, że robię to nieświadomie, to nawet się nie zastanawiajcie, czy warto psuć mi humor! Nawet jeśli go zepsujecie, to jest to tylko mój humor. Ja tu mam o wiele bardziej kruche i cenne rzeczy, które mogę zepsuć.

To jedna sprawa. Druga sprawa - piszcie, dyskutujcie ze mną, jeśli się ze mną nie zgadzacie. Reagujcie, jeśli napisałam coś, co Wam się nie podoba. Przyznam, że jak zaczynałam blogować, bałam się trochę negatywnych komentarzy, takich, jakie widzę w innych miejscach w Internecie. Kiedy publikowałam nieco żartobliwy tekst o tym, jak po omacku i na wpół śpiąc zdiagnozowałam u mojego dziecka ciężkie obrażenia głowy, przygotowywałam się psychicznie na to, że jakaś gorliwa przeciwniczka spania w jednym łóżku z dzieckiem ochrzani mnie, że doprowadziłam do sytuacji potencjalnie niebezpiecznej. Że mogłam dziecko przydusić lub zrzucić z łóżka, że równie dobrze moja ręka mogła wylądować na oku dziecka i wtedy zamiast śmiechu byłoby pogotowie. Miałaby rację. A ja pewnie usprawiedliwiałabym się gęsto i próbowałabym argumentować, że przecież dziecko było bezpieczne, a moja dłoń była wystarczająco daleko od oczu dziecka, żeby nie stanowić dlań zagrożenia. Ale nie musiałam się bronić i tłumaczyć. Cokolwiek pomyśleliście, zachowaliście dla siebie.

Czasem poruszam tematy kontrowersyjne, na przykład feminizm, kwestię przemocy wobec kobiet. Czasem piszę do bólu słodko i spodziewam się, że kogoś może zemdlić od tej słodyczy, że mnie ktoś nazwie zaślepioną, przesadnie optymistyczną, że nie biorę pod uwagę tego, że mój tekst może zaboleć jakąś kobietę, której macierzyństwo nie jest usłane różami jak moje. Biorę to pod uwagę, chętnie porozmawiam z taką osobą. Ale nawet jeśli komuś nie spodobał się mój tekst, ta osoba zachowała to dla siebie.

To nie jest desperacka prośba o to, żebyście podbijali mi statystyki. Chodzi o to, że kiedy poznam Waszą opinię, mogę wziąć ją pod uwagę. Mogę się poprawić. To nie znaczy, że na pewno tak się stanie. Ale jeśli nie poznam Waszej opinii, szansa, że sama wpadnę na to, co Waszym zdaniem przydałoby się zmienić, jest nieporównywalnie mniejsza.

Możliwe, że mnie nie przekonasz.


Być może odpowiem Ci, że uważam inaczej. Może będę z Tobą dyskutować. Może dopiero po jakimś czasie przyznam Ci rację. Może nie przyznam Ci jej nigdy. To nie znaczy, że nie jestem w stanie przyjąć Twojej krytyki. To nie znaczy, że mnie obrażasz czy ranisz. To znaczy tylko tyle, że pozostałam przy swoim zdaniu, ale szanuję Twoje i dziękuję Ci za nie.

Kiedy przetrawiłam opinię, którą zacytowałam na początku tego tekstu, zauważyłam, że niewiele jest w niej uwag, które mogę konstruktywnie wykorzystać, do których mogę się odnieść. Co najwyżej uwaga o zbyt długich zdaniach. Cieszę się jednak, że poznałam tę opinię, że dostałam szansę, by móc się do niej odnieść.

Kilka miesięcy temu podjęłam decyzję, że chcę podzielić się z Wami pewną ważną i nieraz dość intymną częścią mojego życia. Wiedziałam, z czym to się wiąże i jestem na to gotowa. Nie bójcie się tak o mnie ;)

czwartek, 22 czerwca 2017

Mąż i ojciec.



Nie mogło dzisiaj zabraknąć tego tematu. Jutro jest przecież taki ważny dzień. Podwójne święto: rocznica ślubu i Dzień Ojca. I o ile to będzie już piąta rocznica ślubu, Dzień Ojca będziemy świętować po raz pierwszy.

Pamiętam te wszystkie rocznice, pamiętam też sam dzień ślubu - romantyczny, trochę nerwowy, ale pełen ciepła, słoneczny, spędzony w gronie bliskich ludzi. Choć żyję z dnia na dzień, lubię jednak wracać do wspomnień, a tych mamy mnóstwo, znacznie więcej niż pięć lat.

Pamiętam, jak się poznaliśmy.


Właściwie to akurat pamiętam najsłabiej. Naszemu pierwszemu spotkaniu nie towarzyszyły żadne wyjątkowe okoliczności. To nie był dzień, który zostaje w pamięci i do którego wraca się z sentymentem, to był jeden ze zwyczajnych dni, takich, w których budzisz się rano i robisz to, co zawsze, a wieczorem idziesz spać. Któreś lutowe lub marcowe popołudnie w szkole.

Pamiętam, że mi się spodobał, ten nowy chłopak w szkole. Pomyślałam o nim, że jest w moim typie. Wiecie, jak to jest - macie swój typ? Jednej podobają się opaleni bruneci, innej jasnoocy blondyni, a mnie podobali się zawsze dokładnie tacy mężczyźni jak on. To aż dziwne uczucie, spotkać kogoś takiego. W każdym razie - spotkałam go, spodobał mi się i poszłam dalej, nie szukałam nowych znajomości ani tym bardziej nowego związku. Byłam wówczas zajęta zacieśnianiem ówczesnego, tak z miesiąc-dwa przed zaręczynami.

Lubię patrzeć czasami na mojego męża, ojca mojego dziecka i szukać w nim tego ładnego chłopaka ze szkoły, którego widziałam wtedy po raz pierwszy i zupełnie nic o nim nie wiedziałam. To takie niesamowite, że ta najbliższa osoba była kiedyś zupełnie obcą, że przez wiele tygodni, nawet miesięcy to był po prostu kolega ze szkoły i nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłby stać się dla mnie kimś więcej. Pewnie nigdy nie przestanie mnie to zadziwiać.

Pamiętam, jak się kłóciliśmy.


Kilka dni temu moja przyjaciółka, chrzestna Roberta powiedziała nam, że zna tylko jedną idealną parę i to jesteśmy my. Do ideału nam bardzo daleko, ale skłamałabym twierdząc, że nie wiem, skąd się biorą takie opinie. Jesteśmy tą parą, tą wiecznie zakochaną, nierozłączną dwójką, na których niektórzy nie mogą patrzeć, a inni wręcz przeciwnie - patrzą z przyjemnością i, jak twierdzą, odzyskują wiarę w miłość. 

To miłe, niemniej wcale nie jesteśmy idealni. I kłócimy się. O wszystko: o to, że jedno z nas zrobiło minę, a drugie powiedziało coś za cicho, za to z kolei pierwsze za głośno, o to, że jedno było pewne, że drugie coś zrobi, a drugie nie zrobiło i to pierwsze wcale nie powinno było być takie pewne. O to, że jedno powinno było się domyśleć, a drugie jest proste i się nie domyśla, a to pierwsze myślało, że to drugie miało coś innego na myśli. Czasami nawet nie wiemy, o co się kłócimy.

Pamiętam, jak pokłóciliśmy się o dziecko, czy raczej o hipotetyczną możliwość posiadania dziecka w przyszłości. Chyba tylko raz to się zdarzyło. Jakiś tydzień przed ślubem kościelnym, tuż po naukach przedmałżeńskich. To był najwyższy czas na taką rozmowę, nieprawdaż?

Mój mąż nie widział siebie absolutnie w roli ojca. Ja też go w tej roli nie widziałam. Ani siebie w roli matki. Co do tego byliśmy zgodni.

"Ja sam o siebie wcale nie dbam. Jem byle co, sypiam po kilka godzin dziennie. Boję się, że o dziecko też nie umiałbym zadbać", tłumaczył wtedy.

Lubię wracać myślami do tej dwójki zakochanych dzieciaków, przerażonych perspektywą, że mogliby kiedyś przez przypadek zostać rodzicami i szukać w sobie odpowiedzialności, której w sobie wówczas nie widzieli. To niesamowite, że to byliśmy my, ci sami, tylko kilka lat młodsi, ubożsi o wiele pięknych, ale i wiele trudnych doświadczeń.


Pamiętam, co powiedział mi po porodzie. 


Powiedział mi wiele ważnych i wartościowych rzeczy, ale jedną z nich zapamiętałam szczególnie mocno. Powiedział mi, że jestem piękną dziewczyną. Potrzebowałam tych słów nie dlatego, że czułam się wówczas jak żeńskie wcielenie Quasimodo i rozpoznawałam się w lustrze tylko dzięki logicznemu myśleniu. Potrzebowałam tych słów, bo zapewniały mnie o tym, że nic się nie zmieniło, że on nadal widzi we mnie tę osobę, w której się zakochał, że nie zamieniłam się nagle w automat do karmienia i przewijania noworodka, ale nadal jestem kobietą, nadal jestem dziewczyną, jestem młoda, piękna i kochana. Potrzebowałam tego.

Pamiętam, jak przytulił naszego synka.


Jednej nocy mały wystraszył się i płakał głośno. Mąż był przy nim pierwszy, chwycił go w ramiona i powtarzał "już dobrze, syneczku". Często mam ten obraz przed oczami, zwłaszcza w chwilach takich jak teraz, gdy myślę o nim jako o ojcu. Widzę mocny, pełen miłości uścisk, słyszę czułość i troskę w głosie. W tamtej chwili zobaczyłam, jak wielka i piękna jest więź między nimi.

Tych wspomnień, bardzo przecież świeżych, jest mnóstwo, a codziennie powstają następne. Pamiętam, jak twarz Roberta, który jeszcze chwilę wcześniej był marudny, rozpromieniła się dzisiaj na widok taty. Pamiętam, jak mąż śpiewał synkowi piosenki, których właśnie się uczył, a mały słuchał ich zachwycony. Pamiętam, jak wszyscy troje tańczyliśmy i śmialiśmy się przed lustrem. Pamiętam, jak mąż się ucieszył, kiedy po raz pierwszy nosił synka w nosidełku i szczególnie zachwycał się faktem, że główka dziecka jest na idealnej wysokości, żeby ją całować. Pamiętam, jak malutki zasnął u taty w nosidełku, tak zabawnie odchylając główkę do tyłu. Pamiętam mnóstwo chwil, a wszystkie pełne miłości i uśmiechu.

Nieznajomy chłopak ze szkoły, młody i beztroski mężczyzna tuż przed ślubem, kochający ojciec, którego obserwuję na co dzień - to wszystko jeden i ten sam wyjątkowy człowiek, z którym mam szczęście spędzać życie. Cieszę się, że razem dorośliśmy do tego, żeby stać się rodzicami. Przed nami jeszcze wiele niezwykłych, niezapomnianych chwil - i jeszcze wiele pięknych rocznic.



piątek, 9 czerwca 2017

O przyjaciołach, których znamy i nie znamy.


Poznałyśmy się jeszcze w szkole, ale nie była to szczególnie bliska więź. Spotkałyśmy się po latach, w sprawach - nazwijmy to - biznesowych, i wtedy dopiero zaskoczyło. Okazało się, że jedno spotkanie to za mało, że z nikim nie gada się tak dobrze jak z nią i że, krótko mówiąc, chcemy więcej. Ona pierwsza zaczęła mówić o przyjaźni, ale ja też nie miałam jakichś oporów przed używaniem tego słowa. 

Jakoś instynktownie czułam, że jest to osoba, z którą mogę szczerze porozmawiać o moich wielkich poważnych sekretach. I jakoś nigdy tego nie zrobiłam. 

Potem ta nagła wzajemna fascynacja zaczęła słabnąć, zaczęło brakować czasu na spotkania i na rozmowy. Potem pokłóciłyśmy się o głupotę, publicznie i brzydko. Nie rozmawiałyśmy z rok. Zaczęłyśmy na nowo rozmawiać ze sobą i traktować się bardzo serdecznie, ale do wcześniejszej zażyłości już nie wróciłyśmy i pewnie nie wrócimy.

I któregoś dnia, kiedy u mnie na Facebooku toczyła się jedna z wielu burzliwych dyskusji światopoglądowych, w które jeszcze chce mi się angażować, ona napisała do mnie. Poruszona. Napisała mi wtedy, że ona też.

Odpisałam bez namysłu. Ja też.

Dlaczego nigdy nie porozmawiałyśmy o tym? Dlaczego w dwie sekundy potrafiłyśmy opowiedzieć sobie wzajemnie historie, o których nie odważyłyśmy się porozmawiać przez cały czas trwania naszej przyjaźni? Dlaczego teraz, nie wtedy? Dlaczego teraz, kiedy widujemy się od wielkiego dzwonu, a nie wtedy, kiedy spotykałyśmy się regularnie?

Dlaczego czasem o trudnych sprawach łatwiej rozmawia się z osobą prawie obcą niż z kimś bliskim?

Przyjaciele


Nigdy nie należałam do osób, które używają słowa "przyjaźń" z jakąś wielką ostrożnością i namaszczeniem. Znam osoby, dla których, aby zasłużyć na zaszczytne miano przyjaciela trzeba niczym w grze komputerowej (wybaczcie banalne porównanie) zaliczyć szereg osiągnięć. Według nich przyjaciel to ktoś, kogo znasz na pewno dłużej niż rok. Ktoś, komu bezgranicznie ufasz. Ktoś, kto wie o Tobie wszystko i o kim Ty wiesz wszystko. Ktoś, na kogo zawsze możesz liczyć. Ktoś, do kogo możesz się zawsze zwrócić, kiedy Ci smutno i wiesz, że Cię pocieszy. Ktoś, co do kogo masz pewność, że zawsze mówi o Tobie dobrze.

Wiecie, że chyba nikt z moich przyjaciół nie spełnia wszystkich tych warunków?

Przyjaciel to dla mnie osoba, która jest stałym punktem w moim życiu. Jak rodzina. Możemy się nie widzieć miesiącami, ale kiedy wreszcie spotkamy się znowu, czuję się tak, jakbyśmy widywali się codziennie, jakby tych miesięcy rozłąki nie było. Przyjaciel to ktoś, na kogo mogę być wściekła ze sto razy i wykrzykiwać w złości, że żałuję, że w ogóle go poznałam, ale tak naprawdę wiem i jestem pewna, że nie ma takiej rzeczy, nie ma takiej kłótni i takiego przewinienia, które mogłoby nas rozdzielić. Przyjaciel to ktoś, z kim czuję się dobrze, z kim mogę rozmawiać godzinami i jakoś zapominam o tym, że tak w ogóle to ja jestem małomówna. Ktoś, z kim mogę się wygłupiać, śmiać, bawić. A czasem ktoś, z kim porozmawiam o poważnych sprawach. O moich smutkach, o jego smutkach. Ale nie musimy znać wszystkich swoich sekretów. To nie jest warunek ani wymóg. Po prostu czujemy się ze sobą dobrze i swobodnie.

Ilu jest takich przyjaciół? Garstka. Ten cudak, który wiecznie nie ma czasu i nie dotrzymał już chyba ze stu obietnic, bo był zajęty - a innym razem potrafił rzucić wszystko i być przy mnie, bo sytuacja tego wymagała. Właśnie on był przy mnie, kiedy działo się u mnie najgorzej, i jako jedyny spośród wszystkich znanych mi ludzi nie dał się zbyć moim nie chcę o tym rozmawiać.

Ta kobieta, która jest taka nieznośnie idealna i zawsze wszystko wie lepiej, której już dawno przestałam się zwierzać z moich kiepskich nastrojów, bo zamiast pogłaskać po głowie zaczyna mnie pouczać i diagnozować. Ale zawsze ma czas i chęć na rozmowę ze mną, zawsze jest gotowa mi pomóc i doradzić, kiedy czegoś nie wiem i potrzebuję jej rad, wspiera mnie i dopinguje w tym, co robię. I uwielbiam każdą chwilę spędzoną w jej towarzystwie, nawet jeśli rozmawiamy wtedy o tym, czy zupa bez kości to jeszcze zupa.

Ta mała łobuzica, która nie była uprzejma powiadomić mnie o fakcie, że wyszła za mąż. Zjawia się i znika, ostatnio na szczęście przeważnie się zjawia i jest częścią mojego życia od tylu lat, że już właściwie nie pamiętam siebie bez niej. Jest jak rodzina. Jest rodziną.

Ta artystyczna dusza, którą właściwie ledwie co poznałam, nawet chyba dwa lata jeszcze nie minęły, a już najchętniej zakwaterowałabym ją w pokoiku na górze u nas w domu. Po prostu uwielbiam spędzać z nią czas, bawić się z nią, śpiewać, śmiać się i rozmawiać.

Ta bardzo ważna dla mnie osoba, z którą ostatnio jakoś straciłam kontakt, do tego stopnia, że nawet nie poznałam jeszcze jej młodszego dziecka. Wyjątkowa kobieta, która potrafi słuchać jak mało kto. Jakoś tak zawsze wychodziło, że to ona jako jedyna albo jedna z nielicznych dowiadywała się, że działo się u mnie coś niekoniecznie dobrego. Kiedy straciłam pracę, była jedyną oprócz męża osobą, której o tym powiedziałam.

Trochę może zbyt jednostronnie napisałam o tym, ile moi przyjaciele znaczą dla mnie i co mi daje przyjaźń z nimi. Ale wierzę, że każde z nich dobrze wie, że i oni mogą na mnie liczyć, że kiedy będzie taka potrzeba, zawsze będę przy nich, by wesprzeć, pocieszyć, pomóc, by po prostu być.

Nie musza być idealni. To nie egzamin, którego można nie zdać, gdy zabraknie paru punktów. Nie ma takiego słowa, które byłoby zbyt wielkie albo zbyt znaczące, żeby ich opisać.