czwartek, 20 września 2018

Imię dla chłopca!


Za inspirację do napisania tego tekstu serdecznie dziękuję Mamie Pod Prąd :) Zobaczcie, jak wyglądało wybieranie imienia dla jej synka! "Najtrudniejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia". 

Niedawno, najwyżej dwa tygodnie temu maż spojrzał na mój duży ciążowy brzuch i pytającym tonem wypowiedział to jedno męskie imię. A ja po raz pierwszy nie odpowiedziałam wymijająco, tylko spojrzałam mu w oczy i powtórzyłam to samo imię, ale już z pewnością w głosie. 

Wybór imienia dla młodszego synka sprawił nam dużo więcej trudności niż się tego spodziewaliśmy. Zdecydowanie więcej niż w przypadku Roberta.

A właśnie, skąd imię Robert?


Często jestem o to pytana. Zazwyczaj odpowiadam, że jest to jedyne imię męskie, które podobało się nam obojgu. Jak już pisałam, od początku byliśmy przekonani, że nasze pierwsze dziecko będzie dziewczynką. W związku z tym z łatwością znajdowaliśmy kolejne imiona dla dziewczynki. Okazało się jednak, że jesteśmy rodzicami chłopca.

Nasze kryteria nie były szczególnie wygórowane. Imię miało być ładne, nie kojarzyć się głupio, łatwo się zdrabniać, nie sprawiać większych problemów obcokrajowcom i nie tworzyć komicznego połączenia z nazwiskiem. Nazwisko mamy z tych problematycznych. Jak kogoś ciekawi, to zerknijcie na fanpage Szczęśliwa Siódemka i zobaczcie, kto go prowadzi :) Powiedzmy, że np. imię Tymoteusz nie było brane pod uwagę nawet przez chwilę...

Ciekawostką jest, że jeszcze jako mała dziewczynka chciałam nadać swojemu ewentualnemu przyszłemu synkowi imię Robert (choć i tak byłam przekonana, że będę mieć córeczkę). Po pierwsze, podobało mi się to imię. Po drugie i ważniejsze, kojarzyło mi się z muzyką.

Źródło: Youtube
Na polskiej scenie muzycznej było wówczas chyba z pięciu bardzo znanych Robertów, wśród nich wokaliści, instrumentaliści, kompozytorzy. Żadne inne imię męskie nie mogło się pochwalić tak liczną reprezentacją w tej branży.

Robert to także... imię mojej pierwszej miłości :) Mężczyzna noszący to imię jest bardzo porządnym człowiekiem, rozstaliśmy się w zgodzie i nadal utrzymujemy serdeczny, choć bardzo sporadyczny kontakt. Nie tyle nadałam dziecku jego imię, co raczej nie widziałam przeszkód, by moje dziecko nosiło imię takiej osoby.

Imię "Robert" oznacza w wolnym tłumaczeniu "ten, który żyje w chwale" lub "ten, który jaśnieje w ciemności". Przyznam, że znaczenie imienia jest dla mnie bardzo ważne. Kilka lat temu duże wrażenie zrobiła na mnie konferencja o. Adama Szustaka OP, w której mówił on o znaczeniu swojego imienia i o tym, jak wpłynęło ono na jego życie. Zapragnęłam wtedy nadać mojemu dziecku (którego wówczas jeszcze się nawet nie spodziewałam) imię, które będzie miało piękne i wartościowe znaczenie.

No i na koniec... muszę się przyznać, że tak ostatecznie zainspirowała mnie Lady Gaga i piosenka "Alejandro" :) Choć moje uczucia w stosunku do tego utworu są co najmniej mieszane (wolę "Don't turn around" w wykonaniu Ace of Base!), a teledysku nawet za bardzo nie jestem w stanie obejrzeć w całości, jednak motyw wykorzystanych w tej piosence imion ogromnie mi się podoba. Imię Alejandro, czyli Alexander odpadało na dzień dobry - to imię nosi chłopczyk w najbliższej rodzinie :) Dwóch Alexów przy jednym stole - no nie, tak się nie robi. Imię Fernando, czyli Ferdynand też nie było brane pod uwagę - dla mnie Ferdynand to albo Wspaniały, albo Kiepski, i żadne z tych skojarzeń mi nie odpowiada :) Zostawało Roberto, czyli właśnie Robert :)

Źródło: Youtube
Po pierwszym zaskoczeniu, że jednak nie dziewczynka i po odrzuceniu kilku opcji, które nie podobały się przynajmniej jednemu z nas, decyzja o wyborze imienia Robert zapadła względnie szybko :)

Za drugim razem było trudniej.


O matko, już widzę, że ten tekst będzie długi... 

Początkowo wydawało się, że wybór imienia jest dla nas oczywisty. Imię dla dziewczynki wybraliśmy jednogłośnie i bez wahania - miała być Magdalena. Powiedzmy, że dość analogicznie do Roberta :) Magda to po prostu imię pierwszej dziewczyny mojego męża. Przy okazji, jest to bardzo ładne imię, łatwo się zdrabnia, brzmi dobrze z nazwiskiem, raczej nie sprawia problemów obcokrajowcom - czyli dokładnie to, o co nam chodziło.

Imię dla chłopca? Mieliśmy wstępnie wybrane. Na zasadzie: "to będzie dziewczynka i będzie miała na imię Magdalena, a gdyby jednak jakimś cudem okazało się, że będzie chłopiec, to będzie miał na imię... " :)

Po czym okazało się, że mimo zupełnie innych objawów w ciąży i mimo tego, że na USG I trymestru dziecko wyglądało na dziewczynkę, z całą pewnością jest jednak chłopcem :) I dopiero wtedy - gdy już wiedzieliśmy, że Magdalena odpada - ogarnęły nas wątpliwości odnośnie imienia. Czy na pewno takie, o jakim myśleliśmy? Może jednak inne? Wybór imienia Roberta był w końcu tak dobrze przemyślany i przemawiało za nim tyle różnych argumentów, a teraz mieliśmy w zasadzie tylko jeden mocny argument: "bo ładne".

Zaczęliśmy więc się wahać, szukać, myśleć, kombinować... I odrzucać kolejne opcje.

"A jest jakieś imię, które Ci się podoba?".


Muszę się teraz przyznać do małego niedopowiedzenia. Tak jak pisałam, zazwyczaj tłumaczę wszystkim, że wybrane przez nas imię to jedyne, które podobało się nam obojgu. Jest to prawda, ale niepełna. W rzeczywistości wygląda to tak, że wybieramy jedno z bardzo, bardzo wąskiej listy imion, które jest w stanie zaakceptować mój mąż :)

Dwukrotnie przerobiliśmy wszystkie typowe i mniej typowe pułapki czyhające na osoby, które szukają imienia dla dziecka. Skojarzenia, przekręcanie imion, wymyślanie hipotetycznych przezwisk i powodów, dla których dziecko znienawidzi nas za nadanie takiego imienia... Starą prawdę, że "nie masz pojęcia, ilu osób nie lubisz, dopóki nie przyjdzie Ci szukać imienia dla dziecka"... Generalnie wyglądało to tak, że ja wychodziłam z kolejnymi propozycjami, a mój mąż znajdował powód, dlaczego to imię odpada.


Jeśli odnieśliście wrażenie, że w wyborze imienia dla Roberta skupiłam się głównie na moich skojarzeniach i na tym, co mnie się podoba, bądźcie łaskawi to teraz zrozumieć :)

"- Mateusz?
- Wajchę przełóż! Adam, już przekładam!
- Łukasz?
- Czego szukasz?
- Krystian?
- Krystian Andersen? Ten od smutnych baśni, w których zawsze ktoś umiera? Źle mi się kojarzy.
- Przemysław?
- Nie, żadnych -sławów!
- Mariusz?
- Nie... Nie podoba mi się."

I tak w nieskończoność! Wreszcie faktycznie zapytałam, czy jest w stanie zaproponować jakieś imię, które mu się podoba. Nie był w stanie :)

Jakie imiona odrzucaliśmy?


Imiona rymujące się z nazwiskiem. 

Wiadomo, te odrzucaliśmy w ciemno. Przy czym okazało się, że dla mojego męża problematyczne są nie tylko imiona takie jak Tymoteusz czy Szymon, ale też Jacek, Marek i w ogóle imiona, które zdrabnia się za pomocą końcówki -ek.

Imiona bardzo popularne oraz "obciachowe".

Tu chyba nie muszę nic tłumaczyć. Odpadły zarówno spolszczone wersje angielskich imion, jak i wracające ostatnio z wielką mocą imiona staropolskie. Co do imion "obciachowych" - uważam to za głupotę, że zupełnie normalne imię z jakichś powodów staje się nagle synonimem obciachu, jednak wolę nie musieć tłumaczyć nikomu, dlaczego nadałam takie imię dziecku.


Imiona bardzo rzadkie, oryginalne, egzotyczne.

Jedno słowo - nazwisko. Od początku było dla nas jasne, że nasze dziecko nie może mieć bardzo nietypowego imienia, bo w połączeniu z nazwiskiem stworzy ono ryzykowny zestaw.

Imiona osób, których nie lubimy.

My raczej lubimy ludzi :) Ale takie na przykład imię mojego byłego partnera odpadło bez dyskusji, choć obiektywnie jest to bardzo piękne imię męskie.  

Imiona, które wywołują silne i w związku z tym kłopotliwe skojarzenia.

Czyli na przykład wspomniany Ferdynand. Albo Mikołaj. Kilka osób sugerowało mi, że to bardzo ładne imię, na co ja zawsze odpowiadałam niezmiennie - dla mnie Mikołaj to w ogóle nie jest imię, tylko taki Święty z brodą :) Pozdrawiam wszystkich Mikołajów i wszystkich rodziców Mikołajów, nie gniewajcie się, proszę, to tylko moje odczucia!


Imiona, których znaczenie do mnie nie przemówiło.

Przyznaję, tu raczej ja podeszłam bardziej krytycznie. Odrzuciłam np. imię Filip. Konie to bardzo zacne zwierzęta i dobrze jest je kochać, jednak niekoniecznie chciałam, by właśnie taka wiadomość była zapisana w imieniu mojego synka.


Odpadło też imię Emil - to znaczy "ten, który rywalizuje". Nasz syn z pewnością będzie z kimś rywalizował, pewnie nawet ze starszym bratem, ale niekoniecznie musi mieć do tego dodatkową motywację w postaci imienia :)

"Miłosz, czekaj!"

Imię Miłosz było jednym z mocniejszych kandydatów nawet za pierwszym razem. To znaczy, było takie dla mnie - mój mąż oczywiście nie był do niego przekonany. Ta opcja odpadła jednak natychmiast, gdy pewnego dnia usłyszeliśmy na parkingu, jak jedna mama woła swojego synka: "Miłosz, czekaj" - co brzmiało zupełnie jak "Miło szczekaj!"...
Wizja kulturalnego, uprzejmie szczekającego psa już nas nie opuściła :)


Imiona osób, które lubimy.

To było najtrudniejsze.
Jednym z kilku imion, które najdłużej braliśmy pod uwagę, było imię Marcin. Wydaje mi się, że to była opcja, do której mój mąż był najbardziej przekonany. Ładne imię. Niezbyt częste i zarazem niezbyt oryginalne. Nie rymuje się ani nie kojarzy z niczym. Da się je zdrobnić. Obcokrajowcy sobie z nim poradzą, pewnie będą mówić "Martin". Jak na razie same zalety. Mało tego! Marcin to imię jednej z najbliższych nam osób, naszego najlepszego przyjaciela, w zasadzie już członka rodziny.

I właśnie dlatego jednak się nie zdecydowaliśmy.
Wydaje mi się, że to zawsze byłby problem. "Marcin! Ale który?"... "Nie mówię o Tobie, tylko o wujku Marcinie"... Wiem, że można sobie z tym poradzić. Nadawać pseudonimy, różne zdrobnienia... Ale po co sobie radzić, skoro można po prostu nie doprowadzać do tego, by problem się pojawił? 
Poza tym wyobraziłam sobie, że Robertowi mogłoby być przykro, że to jego brat dostał imię po wujku, a nie on. Długo się wahaliśmy, ale ostatecznie imię Marcin odpadło.

Innym mocnym typem było imię Artur. Robert i Artur, jakie to piękne połączenie! Tak mnie zachwyciło, że byłam nawet gotowa machnąć ręką na niezbyt ambitne znaczenie imienia Artur - mniej więcej "piękny niedźwiedź". 


O odrzuceniu tej opcji przesądził jednak fakt, że mamy kolegę Artura. I w sumie mamy z tym kolegą dość skomplikowaną relację. Wydaje mi się, że dziwnie odebrałby fakt, że nasz synek miałby nosić jego imię. Może uznałby, że mam jakąś obsesję na jego punkcie czy coś w tym stylu... Może to głupie, ale naprawdę nie chciałam doprowadzać do takiej sytuacji. 


Po przemyśleniu tych wszystkich opcji i odrzuceniu szeregu innych imion, które po prostu, najzwyczajniej w świecie jakoś nam nie brzmiały - okazało się, że nasz pierwszy wybór jest jednak tym najlepszym i najwyraźniej jedynym. Może dało się myśleć nad tym dłużej... W końcu rodzę dopiero za dwa miesiące. Chcieliśmy jednak móc już mówić do naszego młodszego synka po imieniu.

Michał.


To zawsze było w moim odczuciu jedno z ładniejszych imion męskich. Gdybym miała wymienić kilka takich najładniejszych, byłoby pewnie w pierwszej piątce - razem z imionami Robert i Andrzej :) 

Imię Michał nie wywołuje żadnych złych skojarzeń (no dobra, wiem, że Michał popychał i się skichał... Ale to nas nie zniechęciło!), daje się łatwo zdrobnić. Dla obcokrajowców może być nieco trudniejsze niż imię Robert, ale też można sobie z tym poradzić - mówić np. Michael, Michel, od biedy nawet Mike czy Mick :)

Dodatkowy argument za imieniem Michał - podobnie jak Robert, jest to imię znakomitego polskiego piłkarza. W czasie, gdy nadawaliśmy imię starszemu synkowi, nasza drużyna narodowa cieszyła się nieco lepszą opinią niż obecnie. Dużo osób się wtedy zachwycało, że mały będzie miał takie samo imię jak Lewandowski :) Będziemy mieć zatem małego "Lewego" i małego Pazdana. Wiadomo, że to nie jest najważniejszy argument - ale chłopcy pewnie się ucieszą, jak będą starsi i odkryją to powiązanie.

A drugie imię?


Andrzej. Tak samo, jak ma Robert - po tacie.

Byłoby inaczej, gdybyśmy od początku wiedzieli, że będzie dwóch chłopców. Ale kto to przewidzi? My na pewno nie przewidywaliśmy. Robert miał początkowo odziedziczyć drugie imię po jednym z dziadków. I właściwie w ostatniej chwili pojawiła się wątpliwość: a czy drugiemu dziadkowi nie będzie przykro?

Skoro już jeden z chłopców otrzymał drugie imię po ojcu, nie wyobrażam sobie, żeby młodszy miał dostać inne. Czy na pewno zdołalibyśmy mu to wytłumaczyć? Czy nie czułby się przez to gorszy, mniej kochany? Bardzo przemówił mi do wyobraźni motyw z filmu "Gattaca" - słabszy z synów, któremu wróżono krótkie życie, nie zasłużył na imię po ojcu. Otrzymał je młodszy, silniejszy syn.

Źródło: Youtube

Jeśli jakimś cudem zdarzy nam się, że będziemy mieć jeszcze jednego, trzeciego synka, on również otrzyma drugie imię po tacie :) Nad pierwszym nawet nie mam siły się zastanawiać...

I tak nigdy nie wiadomo, czy dziecko polubi swoje imię.


Ja sama długo nie lubiłam mojego imienia. Oznajmiałam rodzicom na przykład: "Od dzisiaj mówcie na mnie Asia!" :) Planowałam, że zmienię imię, jak będę dorosła. Potem mi przeszło, uczyłam się lubić moje imię, szukałam znośnych zdrobnień, próbowałam znaleźć w nim jakieś zalety. Bywa i tak.

Może się okazać, że tak starannie wybierane przez nas imiona nie spodobają się naszym synkom. Liczę się z tym. Myślę jednak, że sobie z tym poradzą - może wymyślą sobie jakieś pseudonimy? Będziemy wtedy używać pseudonimów, a co! :)

poniedziałek, 17 września 2018

A może to nam się uda?


Coraz częściej pozwalam sobie na tę zuchwałą myśl. Choć boję się rozczarowania, którego doznam, kiedy okaże się, że jednak wyobrażałam sobie zbyt wiele.

Wiecie, często słyszę od różnych osób, że Robert jest wyjątkowo grzecznym dzieckiem. Ostatnio usłyszałam od pani ze żłobka, że jest "najgrzeczniejszy w grupie". Przyjmuję te słowa bez wielkiej ekscytacji - bo jak można w ogóle mówić o grzeczności w przypadku niespełna dwuletniego dziecka? - ale jednak z przyjemnością. Jest mi zwyczajnie, po ludzku miło, że mój synek jest pogodny i kontaktowy - bo o to właśnie chodzi z tą jego grzecznością. Przeważnie nie doszukuję się w tym jakichś wielkich moich zasług jako matki, ale przyznam, coraz częściej zdarza mi się tak myśleć. Że to bliskość i czułość, którą dawałam mu od pierwszych dni, tak pięknie teraz procentuje. Że jego pogodne usposobienie kształtowało się dzięki mojemu spokojowi i pozytywnemu nastawieniu.

Może życie zweryfikuje moje naiwne myślenie. Może moje drugie dziecko będzie zupełnie inne niż Robert i żadna porcja czułości i uśmiechów nie zmieni go w pogodnego aniołka. Mimo to pozwalam sobie coraz częściej na zuchwałą myśl: a może faktycznie robię to dobrze?

Wychowuję moje dziecko bezstresowo.


Heh, w sumie mogę tak powiedzieć :) Choć moje skojarzenia z pojęciem wychowania bezstresowego są pewnie podobne do Waszych... Ale po pierwsze, stres nie należy do uczuć, które chciałabym wzbudzać w moim dziecku. Po drugie, do tej pory nie widzę powodów, za co miałabym zacząć go stresować. Za jego ciekawość świata? Za to, że jeszcze wielu rzeczy nie wie i nie potrafi? Za to, że czasem nie radzi sobie jeszcze z emocjami? Za to, że tak bardzo mnie potrzebuje?

Wiadomo, nie jestem superbohaterką i nie mam nerwów we stali. Zdarza mi się tracić cierpliwość i podnosić głos. Ale to nie znaczy, że moje dziecko na to zasługuje. To świadczy o mnie, nie o nim.

Uczę go, żeby szanował innych ludzi i że jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjaś krzywda. Jak go uczę? Mówię do niego, tłumaczę mu. Wiem, że jeszcze wiele razy będę musiała mu to powtórzyć. Powtarzam zatem. Cierpliwie. Bezstresowo.

Jesteśmy pokoleniem poranionych dorosłych.


Wielokrotnie słyszy się zdanie "mnie też rodzice bili i wyrosłem na człowieka". Coraz częściej jednak pojawiają się też mniej lub bardziej ostrożne riposty, że może niekoniecznie wyrosłeś na człowieka, skoro chcesz bić dziecko... 

Ja jestem daleka temu, by komukolwiek odmawiać człowieczeństwa, ale w takiej sytuacji zapytałabym raczej: a czy zastanawiałeś się, jakim człowiekiem mógłbyś być, gdyby jednak rodzice Cię nie bili?

Naprawdę, czy z naszym pokoleniem jest na pewno wszystko w porządku? Jeśli tak, to skąd te wszystkie depresje, nerwice, lęki? Skąd tak duży odsetek samobójstw i prób samobójczych? Dlaczego tylu ludzi, którzy wyrośli na człowieka, potrzebuje lekarzy i środków chemicznych, żeby poradzić sobie z codziennością?

Nie zamierzam tutaj rozliczać moich rodziców z ich metod wychowawczych. Wiem, że starali się najlepiej jak potrafili. Tyle, że priorytety mieli trochę inne niż te, do których dąży się dzisiaj. Miałam być przede wszystkim grzeczna, porządna i dobrze się uczyć. I w sumie mogę powiedzieć, że to się udało. Jestem osobą grzeczną i uprzejmą, choć moja niepokorna natura wiecznie skłania mnie do zapominania o tej grzeczności. Uczyłam się dobrze, może nie tak dobrze, jak oczekiwali moi rodzice, ale: świadectwo z paskiem przez niemal wszystkie lata mojej edukacji, ani jednej poprawki na studiach, duże zaangażowanie w zajęciach pozalekcyjnych, liczne konkursy itd. ... Porządna może nie jest pierwszym słowem, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o sobie - ale w sumie jakiś poziom życiowego ogarnięcia osiągnęłam.

Nie nauczyłam się asertywności, pewności siebie, poczucia własnej wartości, konsekwencji w dążeniu do spełnienia swoich marzeń. Stale o to walczę. Jeśli sprawiam wrażenie osoby, która nie ma z tym problemu, to widocznie walczę całkiem nieźle. 

Przeważnie ustępuję innym, nawet jeśli jestem przekonana, że mam rację. Rzadko potrafię postawić na swoim. Zazwyczaj zauważam jako ostatnia, że ktoś jest wobec mnie nie w porządku. Niemal zawsze wolę się wycofać niż doprowadzić do tego, że ktoś będzie na mnie zły.

Nie twierdzę, że moi rodzice nie chcieli, żebym wyrosła na osobę pewną siebie i mającą własne zdanie. Na pewno chcieli. Po prostu... powiedzmy, że tego nie było w programie. Słowo asertywność w ogóle nie było wówczas zbyt modne. Pamiętam, że jako nastolatka sprawdzałam jego znaczenie w słowniku.

Może to nam się uda?


Kiedyś nie chciałam być matką, bo obawiałam się, że na pewno w jakiś sposób, w mniejszym lub większym stopniu skrzywdzę moje dziecko. Potem uznałam, że nie ma sensu bać się na zapas, no i w końcu złe matki też mają fajne dzieci. Liczyłam się z tym, że kiedyś moje dziecko będzie przeze mnie nieszczęśliwe, że będzie między nami konflikt, że nie będziemy umieli się dogadać. Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na myślenie, że może wcale tak nie będzie?

Przecież te wszystkie zmiany, które obserwujemy w podejściu do wychowywania dzieci, muszą do czegoś prowadzić. To niemożliwe, żeby przeprowadzono tyle badań, napisano tyle mądrych słów... tylko po to, żeby kolejne pokolenie za kilkanaście-kilkadziesiąt lat lizało rany z dzieciństwa.

Może to właśnie my jesteśmy tymi rodzicami, którzy wychowają dzieci na szczęśliwych, świadomych swej wartości ludzi. O ile nie zarazimy ich przy tym własnymi lękami i ograniczeniami - istnieje duża szansa, że nam się to uda.



poniedziałek, 10 września 2018

10 najważniejszych dla mnie płyt - i dlaczego właśnie te.

Wydawałoby się, że ktoś, dla kogo muzyka jest tak ważną częścią życia, będzie częściej o niej pisać na blogu. Tymczasem to właściwie drugi mój tekst o tej tematyce. Jeśli nie widzieliście pierwszego, to serdecznie zapraszam :) "Posłuchaj ze mną muzyki".

Pisałam Wam już kiedyś, że uwielbiam tworzyć listy, zestawienia :) Nie jestem pewna, skąd mi się to wzięło - może stąd, że od dzieciństwa z wielką przyjemnością oglądałam muzyczne listy przebojów. Tak czy inaczej, kiedy kilka lat temu moi znajomi na Facebooku zaczęli bawić się w łańcuszki typu "wymień 10 książek, które wpłynęły na Twoje życie", "wymień 10 filmów..." itd., zawsze z największą przyjemnością przyjmowałam zaproszenie do takiej zabawy. Mało tego, nawet jeśli nie zostałam przez nikogo zaproszona, sporządzałam takie zestawienia sama dla siebie.

Niedawno zostałam zaproszona do wytypowania dziesięciu płyt, które miały największy wpływ na moje życie. Choć zawsze byłam raczej miłośniczką poszczególnych utworów niż całych płyt, podjęłam wyzwanie. Chciałabym teraz napisać Wam kilka słów o tych płytach. No, może trochę więcej niż kilka ;)

Jak płyta może wpłynąć na życie?


Oto jest pytanie. Pewnie łatwiej byłoby po prostu wytypować 10 ulubionych. Ale 10 najbardziej znaczących, najważniejszych?

Wydawałoby się, że dla osoby w jakiś sposób związanej z muzyką odpowiedź na to pytanie nie będzie trudna. Poszczególne płyty mogły mnie inspirować, rozwijać muzycznie, skłaniać w kierunku danego gatunku muzycznego lub techniki śpiewania. Tyle tylko, że tak nie było ;) Łatwiej mi wymienić poszczególnych artystów lub utwory, które naprawdę na mnie wpłynęły. Dla przykładu, jednym z zespołów, które zdecydowanie najmocniej wpłynęły na moje życie, jest Queen - ale nie potrafię wskazać, która z ich płyt była tą jedyną. Wszystkie najważniejsze dla mnie utwory tego zespołu znam ze składanki zawierającej ich największe przeboje.

Właśnie, składanki. Jeśli naprawdę miałabym wskazać 10 płyt, które wpłynęły na moje życie, kształtowały mój gust i których słuchałam najczęściej, całkiem możliwe, że byłoby to 10 składanek. No, może przesadziłam - ale swego czasu moja półka z płytami była wypełniona tytułami w stylu "Greatest Hits", "Golden Ballads", "Rock Ballads" itd., i to z nich czerpałam wiedzę o muzycznym świecie.

Spośród wymienionych poniżej płyt może trzy tak naprawdę wpłynęły na kształtowanie mojego gustu muzycznego, dwie albo trzy miały wpływ na moje śpiewanie. Reszta to przede wszystkim płyty, których słuchałam, które miałam w domu, płyty na swój sposób ważne w moim życiu. Już nie przedłużam, zapraszam do zapoznania się z moją listą! 

1. Evanescence "Fallen".


Tak naprawdę zastanawiałam się nad tym pierwszym miejscem już dawno, dobrych kilka lat temu. Chciałam tu umieścić którąś z płyt z miejsc 2, 3 lub 4. Coś bardziej klasycznego, mocniejszego, bardziej określającego mnie jako fankę mocnych brzmień. Kiedy jednak zrobiłam solidny muzyczny rachunek sumienia, wyszło mi, że to jednak "Fallen" jest płytą, której słuchałam najczęściej i którą znam najlepiej. Nie tylko potrafię zanucić wszystkie utwory z tej płyty, ale też dużą część z nich potrafię zaśpiewać na tyle poprawnie, że nadaje się to do zaprezentowania publiczności :) I nawet zdarzyło mi się dostać za to jakąś nagrodę :)

Fascynacja muzyką Evanescence wiąże się też z fascynacją osobą wokalistki Amy Lee - jak dla mnie, jednej z najpiękniejszych i najbardziej utalentowanych istot na świecie. Myślę, że wpłynęła  nie tylko na moje śpiewanie, ale też na... niektóre moje pozy na zdjęciach :)

Evanescence "My immortal"


2. Metallica "Master of Puppets".


Metallica to też jeden z najważniejszych zespołów mojego życia. Tak trochę... mało oryginalnie, co? ;) Ale wyrywkową znajomość płyt i utworów Metalliki* zawdzięczam mojemu kuzynowi Wojtkowi. Przy czym pamiętam czasy, kiedy ja nienawidziłam puszczanej przez niego muzyki, a on wyśmiewał popowe hity, których ja słuchałam :) Na szczęście w którymś momencie dotarło do mnie, że ta Metallica ma naprawdę świetne utwory. A kiedy zapoznałam się z tekstami pisanymi przez Jamesa Hetfielda, przepadłam na dobre. Szczególnie pokochałam utwór "Welcome Home (Sanitarium)", a co za tym idzie, całą płytę "Master of Puppets".

Metalliki nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu. A jeśli chodzi o samą płytę - nie zapomnę nigdy, jak jeden starszy ode mnie kolega z wzrokiem pełnym politowania pytał mnie: "A, mówisz, że lubisz Metallicę? A którą płytę najbardziej?" - po czym, kiedy dowiedział się, że umiem podać tytuł płyty i wymienić znajdujące się na niej utwory, jego mina dość znacząco się zmieniła :D

* proszę się nie irytować, tak wygląda prawidłowa odmiana słowa Metallica w języku polskim.

Metallica "Welcome Home (Sanitarium)"


3. King Crimson "In the Court of the Crimson King".


Z tej płyty pochodzi mój ulubiony utwór z mojej ulubionej płyty :) Skomplikowane? Pisałam wyżej, że słuchałam wielu składanek... Chodzi o utwór "Epitaph". Kiedy udało mi się wejść w posiadanie całej płyty, byłam zaskoczona, że jest na niej tak mało utworów - ale wszystkie są cudowne. Poza "Epitaph", moje serce podbiło także "Moonchild". Nie znam chyba bardziej klimatycznego utworu. To jest jak malowanie dźwiękiem przepięknego obrazu.

Widok okładki płyty przestraszył ostatnio Roberta, a i mnie zrobiło się trochę nieswojo :)

King Crimson "Epitaph"


King Crimson "Moonchild"



4. Hey "Ho!".


Pierwsza polska płyta w zestawieniu. Wiedziałam, że Hey musi się w nim pojawić, miałam tylko wątpliwości, z którym tytułem -  bo zasłuchiwałam się również w późniejszej "Karmie", pełnej niesamowitych poetyckich tekstów, a także w debiutanckiej "Fire", z której pochodzą chyba największe przeboje zespołu. Ale jednak "Ho!" było moim pierwszym zetknięciem z twórczością grupy Hey. Ta płyta odegrała w moim życiu jeszcze jedną ważną rolę - śmiejcie się, ale to dzięki niej po raz pierwszy zetknęłam się z takim zjawiskiem, jak... książeczka z tekstami piosenek! 

Jeśli chodzi o wokal - Kasia Nosowska była pierwszą zachrypniętą wokalistką w moim życiu. Przez wiele lat marzyłam o tym, żeby umieć tak pięknie chrypieć - a kiedy się już nauczyłam, trochę nie mogłam przestać ;)

Hey "Ja sowa"


5. Pink Floyd "Dark Side of the Moon".


Pink Floyd byłoby pewnie wyżej na liście, gdyby wybór pomiędzy "Dark Side of the Moon" a "The Wall" sprawił mi mniej trudności :) Obie te płyty były dla mnie ogromnie ważne i przywodzą na myśl wyjątkowe wspomnienia z okresu dorastania. "Dark Side of the Moon" wygrało nieznaczną przewagą, i to chyba za sprawą... okładki. Zawsze robiła na mnie duże wrażenie, podczas gdy okładki "The Wall" za bardzo nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć.  

Najpierw dość długo słuchałam tej płyty pożyczonej od kolegi. Potem mama znalazła ją w sklepie :) Pamiętam moją radość i lekką konsternację koleżanek, dla których wówczas hitem numer jeden było "Angel" Shaggy'ego :) Nie przeszkadzało mi to szczególnie. Do słuchania utworów takich jak "Breathe/Time", "The Great Gig in the Sky" czy "Us and Them" nie potrzebowałam towarzystwa...

Pink Floyd "Breathe/Time"

6. Edyta Górniak "Dotyk".


Trochę inny klimat... Ale gdyby tej płyty zabrakło w moim zestawieniu, musiałabym przyznać, że oszukiwałam. Nawet jeśli po latach stwierdzam, że nie jest to najlepsza płyta. Poza trzema-czterema utworami, które naprawdę są tam na swoim miejscu, reszta to taka trochę zbieranina wszystkiego, co Edyta Górniak zdążyła zaśpiewać publicznie w tamtym okresie. 

Ale wtedy tego nie wiedziałam. Edytka była wówczas taką moją żywą lalką Barbie, ukochaną idolką kilkuletniej dziewczynki, którą byłam. Marzyłam o tym, by ją poznać. Szczerze przeżywałam różne sytuacje z nią związane (np. rozdanie Fryderyków z 1994 roku, kiedy mimo pięciu nominacji nie dostała żadnej nagrody - do tej pory uważam, że to jakieś nieporozumienie!). Wszystkie piosenki oczywiście znałam na pamięć, znam je zresztą do dzisiaj.

Jeśli chodzi o śpiew - oczywiście nie mam głosu Edyty Górniak ani jej techniki śpiewania, ani też jej niezwykłej umiejętności improwizacji. Myślę jednak, że fakt, iż w tak młodym wieku potrafiłam dość dobrze odtworzyć trudne i wymagające utwory jak choćby "Jestem kobietą" czy "To nie ja", musiał wpłynąć na mój rozwój muzyczny.

 Edyta Górniak "Jestem kobietą"


7. HIM "Razorblade Romance".


Co jak co, ale ta płyta naprawdę zmieniła moje życie :) Pamiętam jak dziś: trzynastoletnia ja, o dość jeszcze niesprecyzowanym guście muzycznym, jedna z pierwszych wizyt w Krakowie, jeden z pierwszych odwiedzonych przeze mnie sklepów z płytami. Dwie płyty do wyboru: debiutancki album Britney Spears (którą zachwycałam się jak inne dziewczynki w moim wieku) oraz właśnie HIM. Zwróciłam na niego uwagę nie dzięki hitowi "Join me" , ale nieco wcześniej, za sprawą utworu "When love and death embrace". Spodobał mi się - i utwór, i długowłosy przystojniak Ville Hermanni Valo. 

Nie wiem, co ostatecznie przeważyło - chyba to, że płytę Spears znałam już dość dobrze dzięki koledze. W każdym razie, zdecydowałam się na płytę HIMa. I to był dla mnie przełomowy moment, jakieś takie symboliczne opowiedzenie się po stronie rocka i mocniejszych brzmień. Potem szłam w tę stronę coraz bardziej zdecydowanie, zostawiając słodki jasnowłosy pop gdzieś w krainie wspomnień. Za to teraz czasem do niego wracam :)

HIM "Join me"


8.  Red Hot Chili Peppers "Californication".


Tu już wybór zaczynał się robić trudny. Zdecydowałam się na płytę, której naprawdę słuchałam na okrągło i dzięki której pokochałam co najmniej kilka wspaniałych utworów, na czele z "Otherside" i tytułowym "Californication", ale też "Savior" i "Road Trippin'" - ach, harmonie w tym utworze! Chyba jest trochę niedoceniany, bo dość nietypowy dla zespołu, a przecież to muzyczna perełka.

Tak naprawdę nie mogę powiedzieć, żebym była fanką zespołu Red Hot Chili Peppers. Jestem fanką płyty "Californication". Późniejsze płyty wydają mi się trochę wtórne, na wcześniejszych nie znalazłam nic szczególnie mnie interesującego, oczywiście poza kilkoma znakomitymi hitami z  "Blood Sugar Sex Magik". Jednak to "Californication" naprawdę zdobyło moje serce.

Red Hot Chili Peppers "Savior"

Red Hot Chili Peppers "Road Trippin'"


9. Aerosmith "Get Your Wings".


Zanim przekonałam się do Metalliki, pierwszym hard rockowym zespołem w moim życiu było Aerosmith. To była miłość od pierwszego usłyszenia: świetny, melodyjny refren "Falling in Love", przystojny gitarzysta Joe Perry i oczywiście charyzmatyczny wokalista Steven Tyler. Każdy następny utwór tego zespołu utwierdzał mnie w przekonaniu, że kocham ich miłością wieczną i niezniszczalną.

OK, spójrzcie na listę utworów na płycie "Get Your Wings". Znacie któryś z nich? Ja nie znałam :) W momencie kupowania płyty wiedziałam tyle, że jest to moje ukochane Aerosmith i że wszystkie utwory z tej płyty zostały nagrane przed 1975 rokiem, czyli ponad 20 lat przed choćby wspomnianym "Falling in Love" i innymi przebojami, które najbardziej kojarzą się z Aerosmith.

Słuchajcie, poświęćcie chwilę na zapoznanie się z tą starą płytą. Usłyszycie Aerosmith, jakiego nie znacie. Charakterystyczny, drapieżny wokal Stevena Tylera w utworach zdecydowanie spod znaku rock and rolla początku lat 70., z długimi gitarowymi solówkami i wrażeniem pewnego muzycznego bałaganu - ale bardzo przy tym smakowitego. Dwa utwory szczególnie skradły moje serce - rytmiczne, pełne niezwykłego klimatu "Spaced" oraz jedyna ballada na płycie "Season of Wither", melodyjna i nostalgiczna, moim zdaniem zwiastująca już przyszły sukces Aerosmith zbudowany na wspaniałych balladach rockowych.

Aerosmith "Spaced"

Aerosmith "Season of Wither"


10. Varius Manx "Elf".


Czy Wy też tak macie, że najtrudniej jest wybrać ten dziesiąty numer z dziesięciu? Nagle okazuje się, że jest tyle płyt, które równie mocno zasługują na miejsce dziesiąte! - a żadna z nich nie wydaje się zasługiwać na nie bardziej niż pozostałe.

Najwięcej płyt, a właściwie kaset słuchałam w dzieciństwie. Przeważnie był to polski pop-rock, tak popularny w latach dziewięćdziesiątych. Varius Manx, De Su, wielki powrót Bajmu z płytą "Etna"... Która z tych płyt była ważniejsza niż inne?

Zdecydowałam się na tę jedną, która miała wpływ na moje występy publiczne. Co więcej, na przesłuchaniu do Szkoły Wokalno-Aktorskiej śpiewałam utwór właśnie z tej płyty, który w dodatku nie był wydany na singlu - zatem nie poznałabym go w ogóle, gdyby nie płyta!

"Elf" - chyba najlepsza płyta zespołu Varius Manx, zgodzicie się? Rewelacyjne piosenki ze ścieżki dźwiękowej do filmu "Młode wilki", do tego perełki jak mój ukochany "Bez" oraz łamiący serce "Wstyd". Nawet okładka tej płyty jest na swój sposób cudowna i magiczna. Nawet tytuł :)

Varius Manx "Bez" 

Varius Manx "Wstyd"

Już po sporządzeniu tej listy śniło mi się, że odwiedzili mnie chłopcy z zespołu Kelly Family. Mieli żal, że nie uwzględniłam żadnej z ich płyt :) Pewnie załapaliby się na miejsce 11!

Podzielicie się ze mną wspomnieniami związanymi z płytami, które były dla Was najważniejsze?

czwartek, 6 września 2018

Misja: adaptacja! Pierwsze dni w żłobku.


"- Kochanie, kiedy mamy te dni próbne w żłobku? - zapytałam męża jakiś czas temu.
- 30-31 sierpnia. Nie próbne, a zapoznawcze - poprawił mnie. - Trzeba myśleć pozytywnie :)"

No właśnie... W obliczu wielkiej rewolucji w życiu całej rodziny pozytywne myślenie to klucz do sukcesu. Kiedy dziecko widzi nasze uśmiechnięte twarze i entuzjazm, nie czuje się zagrożone. Przygotowujemy go przecież na wspaniałą przygodę :) 

A co z nami, rodzicami? Dla nas to też ogromna zmiana. Wydaje się, że głównie dla mam, które do tej pory spędzały całe dnie z dziećmi. Ale widzę nawet po moim mężu, że dla ojców to też jest silne przeżycie. Kilka nowych trosk każdego dnia, zastanawianie się, jak dziecko radzi sobie w nowym miejscu... Nie tylko dziecko potrzebuje adaptacji. My też.

Jestem nietypową matką


Piszę to bez kokieterii, raczej z myślą o tym, że sama czasem dziwię się swojemu podejściu. Nie do końca tego się spodziewałam. A może jestem właśnie bardzo typową matką, tylko żadna z nas nie chce się przyznać do tego, że wszystkie mamy tak samo? W każdym razie, kocham moje dziecko do szaleństwa i uwielbiam spędzać z nim czas... ale bardzo lubię też kochać je na odległość i spędzać czas bez niego. Owszem, pierwsze wyjście z domu bez dziecka było dla mnie stresujące, ale chyba tak naprawdę martwiłam się głównie o to, jak sobie poradzi osoba, która zostaje z dzieckiem i czy ewentualne trudności nie zniechęcą jej na przyszłość...

Moje oczekiwanie na początek września nie było pozbawione stresu, ale też radości. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że naprawdę uważam, że mojemu synkowi będzie w żłobku dobrze, pod pewnymi względami nawet lepiej niż w domu. O tym, dlaczego tak uważam, pisałam w poprzednim tekście: "Dlaczego posłałam dziecko do żłobka?".

Oczekiwania a rzeczywistość


Kiedy w głowie układałam już beztroski plan na pierwszy tydzień września, kiedy to będę mieć tak bardzo dużo czasu dla siebie, pani ze żłobka delikatnie ściągnęła mnie na ziemię. Zasugerowała nam, tak jak i innym rodzicom, żeby na początku przywozić synka do żłobka tylko na kilka godzin i stopniowo wydłużać ten czas, aż dziecko będzie gotowe na ośmiogodzinny pobyt. 

"Rodzice, którzy od początku przywozili do nas dzieci na osiem godzin, po tygodniu zabierali dzieci, bo sobie nie radziły", tłumaczyła.

Nie dyskutowałam z tym. Przecież nawet z babcią Robert nie zostawał od razu na cały dzień, tylko najpierw na maksymalnie 15 minut, potem godzinę, potem kilka godzin... Może faktycznie nie ma sensu się śpieszyć. Tyle tylko, że nasz tygodniowy plan wymagał natychmiastowych i bardzo znaczących modyfikacji. Mąż miał odbierać synka codziennie po pracy, teraz okazało się to niemożliwe - przecież nie będzie urywał się z pracy każdego dnia kilka godzin przed końcem, przez tydzień albo i dłużej! 

Wygląda to więc tak, że każdego dnia wsiadam w busa, odbieram Roberta i idę z nim na przystanek, razem czekamy na busa powrotnego i jedziemy do domu. Zajmuje nam to sporo czasu i wcale nie jest łatwe. Mój wyczekany tydzień stanął na głowie. Ciężko mi cokolwiek zaplanować, mam wrażenie, że ciągle się śpieszę i z niczym nie mogę zdążyć. Wiem jednak, że to wszystko dzieje się nie bez przyczyny i ma pomóc mojemu dziecku w przyzwyczajeniu się do nowego miejsca.

30 sierpnia, dzień pierwszy: zapoznawczy


Pojechaliśmy do żłobka w trójkę. Dosyć zestresowani, że się spóźnimy. Okazało się, że niepotrzebnie się przejmowaliśmy; nikt nie trzymał się sztywno godzin wyznaczonych na adaptację, niektórzy rodzice przyprowadzali swoje dzieci znacznie później niż my.

Na miejscu zobaczyliśmy dwie sale: jedną nieco większą (a przynajmniej robiła takie wrażenie) i drugą mniejszą, nieco zatłoczoną. Ta większa jest przeznaczona dla starszych dzieci. Robert z racji swojego wieku jest w grupie maluszków. Trochę żałowałam, że tak jest - bo i nas, i Roberta od początku jakoś tak ciągnęło do tej większej, bardziej przestronnej sali. Było tam więcej zabawek, a jednocześnie było też ciszej i spokojniej. Nawet te panie opiekunki, które od początku wzbudziły w nas największą sympatię, okazały się być przypisane do grupy starszych dzieci. Na szczęście nasze opiekunki też są przesympatyczne :) 

Robert chętnie poznawał nowe miejsce. Ponieważ uwielbia autka, był tam w swoim żywiole - w żłobku znalazł ich bardzo dużo :) Jeździł radośnie pomiędzy obiema salami i po całym podwórku. Na nas prawie nie zwracał uwagi. Kiedy musieliśmy już zbierać się do domu, wcale nie był zachwycony. Chciał zostać dłużej.

Przy wyjściu podsłuchałam rozmowę rodziców jednego dziecka z panią opiekunką. Pani poleciła im, żeby następnego dnia tylko tata przyjechał z dzieckiem, skoro to tata będzie codziennie zawoził dziecko do żłobka. Pomyślałam, że i my powinniśmy się do tego zastosować.

31 sierpnia, dzień drugi: zapoznawczy


Następny dzień wyglądał więc tak, że Robert pojechał z tatą do żłobka, a ja miałam w domu chwilę dla siebie :) Wykorzystałam ją między innymi na sporządzenie notatki o tym, co Robert lubi, co umie, jak sobie radzi z jedzeniem i z innymi czynnościami. Panie prosiły mnie, bym dostarczyła im taką kartkę. Rozpisałam się na jedną stronę A4, a i tak miałam wrażenie, że nie napisałam wszystkiego. Potem bez pośpiechu ubrałam się i poszłam na przystanek, żeby złapać busa i dołączyć do moich chłopaków.

Ten dzień był bardziej pochmurny, dlatego nie było już zabawy na podwórku. Ale w środku zabawa trwała w najlepsze. Robert nie od razu mnie zauważył. Mąż również starał się nie przykuwać jego uwagi. Siedział spokojnie w kącie i obserwował, jak nasz synek sobie radzi.

Kiedy w końcu mały zdał sobie sprawę z mojej obecności, ogromnie się ucieszył i zaraz zaczął mi się gramolić na kolana. Pomyślałam, że samodzielna zabawa chyba już się skończyła. Nie miałam jednak racji. Po pewnym czasie Robert znowu zaczął zwiedzać obie sale, układać klocki, bawić się "kuchenką", jeździć autkami... My z mężem trochę się nudziliśmy ;) Patrzyliśmy na inne dzieci, które płakały i kurczowo trzymały się rodziców, i pytaliśmy retorycznie: "a gdzie jest Robert?".

Pod koniec był zmęczony i trochę marudził. Pojechaliśmy do domu. Tam czekała nas niemiła niespodzianka. Robert zaczął wymiotować. Obficie, z rozdzierającym płaczem po każdej serii wymiotów. Nie miał gorączki ani żadnych innych objawów choroby. Diagnoza: odreagowanie stresu. Jakiego stresu? Czy zestresowane dziecko bawi się w najlepsze przez dwie godziny? Zresztą, czy ta sytuacja naprawdę była dla niego aż tak stresująca? Dla dziecka, które jeszcze przed skończeniem pierwszego miesiąca poznało mnóstwo nowych ludzi? Które regularnie bywa na placach zabaw i w różnych miejscach, gdzie ma styczność z innymi dziećmi? Które średnio raz na dwa tygodnie zostaje u babci na cały dzień? Czy naprawdę dwie godziny spędzone w miejscu pełnym zabawek mogły wywołać taką reakcję?

Może jednak coś mu zaszkodziło...

3 września, dzień trzeci: Robert sam w żłobku.


Możecie sobie wyobrazić, jak obawiałam się tego pierwszego dnia. Już nie mogłam się pocieszać, że przecież na pewno będzie się tam dobrze bawił. Wiedziałam, że dopiero po powrocie będę mogła ocenić, czy wszystko jest w porządku. Kilka razy przeszło mi przez myśl, czy może nie zrezygnować z tego żłobka? Może jeszcze chociaż przez jeden dzień zatrzymać go w domu?

Pojechali z samego rana, Robercik jeszcze bardzo zaspany. Zwykle spał dłużej. Zostałam sama, w perspektywie miałam kilka godzin dla siebie. Nie mogłam się za nic zabrać. Kilka godzin to trochę za mało, żeby spokojnie rozsiąść się i pracować... A jeśli bus mi ucieknie? One nie jeżdżą tak często.

Łapałam się na tym, że z chęcią przytuliłabym moje śpiące dzieciątko... ale przecież jego nie ma w domu. Co to, czyżbym jednak nie była tak bardzo wyluzowana? Czyżbym przejmowała się, zupełnie jak inne mamy?

Kiedy dojechałam na miejsce, od razu pośpiesznym krokiem udałam się w kierunku żłobka. Płacz dzieci było słychać, zanim jeszcze zobaczyłam budynek. Czy i mój synek płacze razem z nimi? No pewnie płacze, co ma robić, jak wszyscy wokół płaczą...

Zadzwoniłam do drzwi i powiedziałam, że przyszłam po Roberta. Chwilę później jedna z pań przyprowadziła go za rączkę. Pociągał noskiem, tak jak po długim płaczu. Na mój widok rozkleił się po raz kolejny, ale szybko się uspokoił. Pani wytłumaczyła mi, że bardzo ładnie się bawił, ale zaczął płakać wtedy, kiedy usłyszał płacz innych dzieci. Cóż, pewnie większym powodem do niepokoju byłoby, gdyby nadal bawił się radośnie wśród tych wszystkich żałosnych krzyków.

Powrót do domu był trudny, choć robiłam co w mojej mocy, by go uatrakcyjnić. Byliśmy jednak trochę za wcześnie na przystanku, a autobus mocno się spóźnił. Długie czekanie na przystanku z małym dzieckiem to naprawdę wątpliwa przyjemność. Do tego to był początek roku szkolnego, mnóstwo ludzi, duży ruch... Tłumaczyłam sobie: "Nie jest łatwo, ale dajesz radę. Trudniej nie będzie".

W autobusie Robert szybko się uspokoił, w końcu zaczął przysypiać. Po powrocie do domu spał bardzo długo. Pocieszające było to, że już do końca dnia nie zdradzał żadnych objawów złego samopoczucia czy stresu. A co jest najdziwniejsze? Pomimo szalonego dnia i trudnego powrotu do domu, czułam się wypoczęta, wręcz zrelaksowana. Może to dlatego, że mój dzień był tak urozmaicony, pozbawiony codziennej rutyny.

4 września, dzień czwarty: trochę dłużej, znacznie lepiej.


Następnego dnia nie śpieszyłam się tak bardzo. Chciałam uniknąć długiego oczekiwania na autobus. Poza tym miałam w pamięci słowa o stopniowym wydłużaniu czasu spędzonego przez dziecko w żłobku. Wydłużyłam go więc nieznacznie, bo o jakieś 20 minut. 

Tym razem Robert przywitał mnie w zupełnie innym nastroju. Uśmiechał się od ucha do ucha. Dowiedziałam się, że praktycznie przez cały czas był radosny i świetnie się bawił. Pani zaproponowała, żebym następnym razem przyjechała godzinę później. Czyli - postęp! :)

Robert pomachał pani rączką na pożegnanie. Przez cały czas był bardzo radosny. Tym razem oczekiwanie na busa było łatwiejsze, choć również się przedłużyło. Była ładna pogoda, więc poszliśmy jeszcze na krótki spacer. W domu Robert, tak jak poprzednio, mocno zasnął.

5 września, dzień piąty: obiadek i drzemka! 


To właściwie było do przewidzenia. Kiedy następnego dnia przyjechałam o godzinę później, okazało się, że Robert w najlepsze śpi :) Zresztą większość dzieci spała o tej porze. Żłobek był teraz zupełnie innym miejscem - było w nim cicho i sennie.

Usiadłam na korytarzu. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Adaptacja przebiegała dobrze! Zdążyłam już usłyszeć relację, że Robert był przez cały czas w dobrym nastroju, bawił się i zjadł cały obiad. 

Obudził się bez płaczu, szczęśliwy i wypoczęty. Nie śpieszyliśmy się z wyjściem. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, poszliśmy na plac zabaw i tam bawiliśmy się tak długo, aż dołączył do nas tata :)

Mimo tak długiej drzemki, Robert był zmęczony. Zasnął w samochodzie. 

6 września, dzień szósty: co to będzie?


Dzień szósty jest dzisiaj :) Mam odebrać Roberta około godziny 14:00, czyli prawie przed końcem dnia! Podobnie jak wczoraj, nie będziemy jechać busem do domu, tylko poczekamy, aż mąż skończy pracę.

Od początku wierzyłam, że mój synek bez większego trudu przyzwyczai się do żłobka. W międzyczasie pojawiły się obawy i wątpliwości, okazały się jednak niepotrzebne. Chyba mogę już robić plany na następny tydzień ;)

Każde dziecko jest inne.


Dużo się teraz pisze o adaptacji. W jednych placówkach wygląda to lepiej, w innych gorzej. Czytam między innymi o przedszkolankach, które dosłownie wyrywają rodzicom dzieci z rąk. Jednocześnie słyszę z wielu stron, że najlepsza metoda to: pożegnać się jak najszybciej i wyjść, nie przedłużać i nie opóźniać momentu rozstania.

U nas w żłobku wygląda to właśnie tak: pani otwiera drzwi i zaprasza dziecko do środka, pożegnanie trwa dosłownie chwilę. Czy to jest dobre? Dla mojego synka - tak. Robert jest dzieckiem, które łatwo czymś zainteresować, zabawić. Nie trzyma się kurczowo rodziców. Myślę też, że metoda małych kroczków, którą zastosowaliśmy, znakomicie się sprawdziła w naszym wypadku.

Jeśli czujesz, że Twoje dziecko może potrzebować innego podejścia, najlepiej będzie, jeśli porozmawiasz o tym z opiekunkami. Im też zależy na tym, żeby Twoje dziecko czuło się w żłobku jak najlepiej. To jest ich praca, ich powołanie, jak to określiła jedna pani z naszego żłobka. Dobrze wiedzą o tym, że od ich podejścia zależy, czy dziecko będzie zadowolone i spokojne i przede wszystkim, czy będzie chciało przychodzić tam codziennie. Warto dać im szansę :)

poniedziałek, 3 września 2018

Dlaczego posłałam dziecko do żłobka?



Piszę ten tekst właściwie przede wszystkim po to, by utwierdzić samą siebie w przekonaniu, że robię dobrze :) Nawet jeśli któraś osoba w moim otoczeniu ocenia moją decyzję negatywnie, była uprzejma zachować swoje zdanie dla siebie. Wiem jednak, że nie każda młoda mama ma takie szczęście jak ja. Bycie wiecznie ocenianą, obserwowaną i krytykowaną to dla wielu kobiet stały element macierzyństwa. Siedzisz z dzieckiem w domu? Kwoka, kura domowa, bez własnego życia, co ona zrobi, jak dzieci podrosną... Oddajesz dziecko do żłobka? Nieczuła, wyrodna matka, karierowiczka, po co jej to dziecko, skoro nie chce się nim zajmować? Najważniejsze lata w życiu dziecka, a ona nie chce mu w nich towarzyszyć! Tak źle i tak niedobrze, młoda mamo, jednego możesz być pewna: nigdy nie dogodzisz każdemu.

Dlaczego uznałam, że zapisanie Roberta do żłobka będzie dla nas najlepszym rozwiązaniem?

Pracuję


Płatny macierzyński trwa rok. Robert niedługo skończy 21 miesięcy. Łatwo policzyć, że już od 9 miesięcy nie dostaję pieniędzy za sam fakt bycia mamą niemowlaka. Moja praca, którą traktowałam początkowo jako odskocznię od codzienności pełnej pieluch, już od 9 miesięcy stanowi jedno z dwóch podstawowych źródeł utrzymania naszej rodziny.

Potraficie sobie wyobrazić pracę z ponadrocznym dzieckiem w domu? Nieraz w trudniejszych chwilach mówiłam mężowi, że marzę o tym, by zamontował w domu kamerę i obejrzał sobie, jak wygląda mój dzień. Nie zawsze jest ciężko. Robert potrafi bawić się sam, pozwala mi pracować. Jednak muszę się liczyć z tym, że moja praca będzie stale przerywana, że o pełnym skupieniu mogę pomarzyć, że jeśli uda mi się przepracować 4-5 godzin, to znaczy, że miałam wyjątkowo pracowity dzień.

O ile jednak ja sobie mogę poradzić z tą sytuacją, o tyle on - Robert - zasługuje na coś lepszego. Zasługuje na to, by ktoś naprawdę spędzał z nim czas. W ciągu dnia niech będą to panie opiekunki ze żłobka, osoby cudowne, pełne ciepła i oddane swojej pracy. Po południu, po żłobku, niech będzie to mama, która po owocnie przepracowanym dniu nie musi już siedzieć z nosem w ekranie, tylko może się spokojnie zająć synkiem.

Będzie miał towarzystwo


Braciszek Roberta przyjdzie na świat dopiero w grudniu, a i tak będzie musiał jeszcze sporo podrosnąć, żeby być dla niego kompanem do wspólnej zabawy. W naszym sąsiedztwie nie ma żadnych rówieśników Roberta. Znajomi mają małe dzieci, ale niezbyt często mamy okazję się z nimi spotkać. Każdy ma swoje życie, swoje plany, dzieci chorują... Na co dzień Robert spędza czas wyłącznie z dorosłymi.

Teraz to się zmieni. Nasz synek będzie miał codziennie styczność z rówieśnikami. Będzie się uczył życia w grupie, będzie miał się z kim bawić, może łatwiej przyjdzie mu nauka różnych przydatnych umiejętności?

Ja też bywam zmęczona


Mam wrażenie, że dzieci w tym wieku mają niewyczerpalny zasób energii. Robert budzi się gotowy do zabawy, potem ewentualnie raz w ciągu dnia zasypia (nie zawsze), a potem znowu jest gotowy do zabawy.  Przeważnie do mnie należy wyszukiwanie dla niego kolejnych atrakcji, żeby się nie nudził, żeby jego zabawa była efektywna, a najlepiej, żeby w ogóle była rozwijająca i czegoś go uczyła. Dlatego lubię place zabaw, bo zdejmują ze mnie na jakiś czas rolę wiecznego animatora. Przez chwilę mogę po prostu obserwować, jak sobie radzi.

Czas, który mój synek spędzi w żłobku, będzie dla mnie nie tylko czasem na pracę, ale też na odpoczynek. Będę mogła być nudna, nie tryskać wiecznym entuzjazmem, nie mieć pomysłów na ciekawą rozrywkę, po prostu siedzieć i robić swoje. Albo zająć się sobą. Albo spać nieco dłużej. Kiedy o tym pomyślę, zaczynam... tryskać entuzjazmem! :)

Będę mieć drugie dziecko


Nieraz słyszałam, że na początku będzie mi ciężko. Dwa maluchy w jednym domu! Za parę lat to będzie z pewnością dwóch rezolutnych chłopców, którzy będą się razem bawić i tylko co jakiś czas będą zapraszali mamę do swojego świata. Jednak na początku to będą po prostu dwa maluszki wymagające bardzo dużo opieki i uwagi.

Będzie mi o tyle łatwiej, kiedy do ok. godziny 16:00 będę mieć w domu tylko jedno z dzieci. Zabawa Roberta nie będzie zakłócać snu młodszego brata, ja sama będę mieć trochę czasu dla siebie... Po południu będziemy już we czwórkę, dwa maluchy, ale też dwoje rodziców.

Na szczęście udało się tak zgrać to wszystko w czasie, że w grudniu, kiedy pojawi się młodszy braciszek, Robert będzie już od dobrych kilku miesięcy regularnym bywalcem żłobka. Raczej nie będzie łączył ze sobą tych dwóch wielkich zmian.   

Panie w żłobku mają przygotowanie zawodowe


Robert jest moim pierwszym dzieckiem. Teraz spodziewam się drugiego i nadal nie czuję, żebym z tego tytułu mogła uważać się za mistrzynię świata w macierzyństwie. Popełniam błędy, nie jestem idealna. Może nasze posiłki nie są odpowiednio zbilansowane? Może nasze zabawy nie są wystarczająco kreatywne i nie stymulują małej głowy tak, jak powinny? Może za mało dbam o to, żeby posiłki, drzemki i inne ważne elementy dnia odbywały się o stałej porze?

Panie w żłobku mają i większe doświadczenie, i lepsze przygotowanie niż ja. Z pewnością mają też więcej cierpliwości. Nie zdarza im się podnosić głosu, płakać z bezsilności, stwierdzać z rezygnacją: "a, niech się już tym bawi...".

Oczywiście wiem, że nawet najlepsza opiekunka nie zastąpi dziecku mamy. Ale ja wcale nie chcę być zastąpiona. Chcę witać moje dziecko każdego dnia, widzieć w jego oczach radość na mój widok, czuć małe rączki obejmujące mocno moją szyję. A potem zjemy razem obiadek, pogłaszczemy kota, pobawimy się grającą zabawką, obejrzymy bajkę... I może to wszystko nie będzie profesjonalne ani doskonałe, ale będzie nasze, domowe, rodzinne.


Tak to właśnie wygląda u nas! Ciekawe, jakie są Wasze przemyślenia w tym temacie? :)


piątek, 31 sierpnia 2018

Wyzwanie międzykulturowe - Złote jabłka Hesperyd.


Kiedy dowiedziałam się, że tematem następnego wyzwania międzykulturowego będzie starożytna Grecja, moją pierwszą myślą było - o, w szkole na plastyce robiłam greckie kolumny z plasteliny! Dorycka i jońska wyszły mi fantastycznie, koryncka podobno nieco gorzej, choć ja tam byłam z niej bardzo zadowolona. Druga myśl - mitologia grecka! Miliony inspiracji! I zaraz potem trzecia myśl - Musierowicz! Te wszystkie desery inspirowane mitologią oraz postaciami literackimi, tak smakowicie opisywane w jej książkach! Na pewno znajdę tam jakąś podpowiedź :)

Mój dzisiejszy wpis jest więc w jakimś sensie podwójnie międzykulturowy, bo nawiązuje nie tylko do kultury starożytnej Grecji, ale także do polskiej literatury młodzieżowej drugiej połowy XX wieku. O mojej słabości do książek Małgorzaty Musierowicz dobrze wiecie, jeśli śledzicie ten blog, bo pisałam tu o nich nie raznie dwa razy. Oprócz powieści dla dorastających dziewcząt, autorka ta napisała dwie gawędy kulinarne: "Łasuch literacki" z przepisami na potrawy przyrządzane przez bohaterów Jeżycjady, a także istna perełka, czyli "Całuski pani Darling" - zawierająca przepisy na potrawy przyrządzane przez najróżniejsze postaci literackie, takie jak choćby Huckleberry Finn, Mama Muminka czy Pollyanna. W tym imponującym zbiorze nie brakuje też przepisów na przysmaki inspirowane mitologią oraz kulturą grecką.

Bardzo mnie kusiło, żeby upiec np. Ciasteczka bogini Demeter z płatkami owsianymi albo makowo-miodowe, lekko korzenne Ciasteczka "Hypnos", a już największą ochotę miałam na pikantne cebulowe Ciastka Ksantypy! Byłaby to wspaniała odmiana po tych wszystkich słodkich wypiekach, prawda? Wzięłam jednak pod uwagę, że przygotowane przeze mnie rękodzieło ma być nie tylko pyszne, ale też powinnam nadać mu wyjątkowy wygląd. Dlatego idealnym wyborem okazały się Złote jabłka Hesperyd, czyli deser wymyślony przez panią Borejko, mamę czterech dorodnych Borejkówien, bohaterek wspomnianej Jeżycjady. Deser ten został podany m.in. na weselu Idy opisanym w tomie "Pulpecja".

Jest to bardzo prosty wypiek, jeśli jednak zależy nam na tym, by prezentował się idealnie, trzeba przygotować go wyjątkowo starannie, uważając na kilka pułapek.



Ciasto:
250 g mąki krupczatki
120 g masła
6 łyżeczek cukru
2-3 łyżki zimnej wody

Z podanych składników należy zagnieść kruche ciasto, po czym uzyskaną gładką kulę schować do lodówki. Oryginalny przepis głosi, że trzeba je tam chłodzić przez dwie godziny. Ja nie wytrzymałam tak długo, ale też nie byłam w pełni zadowolona z uzyskanego ciasta - może faktycznie dłuższy czas chłodzenia zapewniłby mi lepszy efekt?

Do środka:
4 średniej wielkości jabłka (z własnego ogródka!)
masło
miód
cynamon
8 migdałów

Przydadzą nam się jeszcze:
goździki.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła przy okazji małego researchu: co właściwie jedzą ci Grecy? Dowiedziałam się, że najczęściej dodają do deserów miód, a także migdały, w wielu przepisach znalazłam cynamon. To wszystko bardzo pasowało mi do moich jabłek. Żałowałam, że konfitura z dyni, którą miałam w lodówce, zdążyła się niestety zepsuć - również pasowałaby do tego przepisu. Okazuje się, że Grecy także lubią słodko-korzenną konfiturę z dyni. Jeśli będę kiedyś jeszcze piekła jabłka w kruchym cieście, na pewno postaram się wcześniej przygotować konfiturę z dyni.

Jabłka należy obrać, przekroić na pół i starannie wykroić gniazda nasienne. Do powstałego otworu wkładamy: trochę masła, trochę miodu (nie muszę podawać Wam, ile to jest trochę - uwierzcie mi, będziecie wiedzieć, ile tam się tego zmieści!), posypujemy dość obficie cynamonem i na koniec umieszczamy migdał - będzie wyglądał tam wspaniale, jak duża pestka :)

Wyjęte z lodówki ciasto rozwałkowujemy na stolnicy, następnie owijamy w nie polówki jabłek. Ilość ciasta podana w przepisie wystarczy właśnie na cztery jabłka (osiem połówek). Jeśli wiecie, że będziecie potrzebować ich więcej, od razu pomnóżcie odpowiednio ilość składników.

Przyznam, że nieczęsto widuje się mnie z wałkiem. Jak się tak dobrze zastanowię, to mógł być pierwszy raz, kiedy w ogóle wałkowałam kruche ciasto. Efekt był mało zachwycający - wydawało mi się, że ciasta jest o wiele za mało na zawinięcie połówek jabłek. Zamiast owinąć każdą połówkę jednym kawałkiem ciasta, odrywałam mniejsze kawałki i sklejałam je ze sobą. Ten zabieg najwyraźniej przesądził o tym, że większość jabłek Hesperyd rozkleiła się w trakcie pieczenia. Mimo to śmiem twierdzić, że nie wyglądały źle - wyglądały trochę tak, jakbym je przekroiła i czymś przełożyła.

Ale wróćmy do momentu, kiedy jabłka leżą jeszcze na stole zawinięte w ciasto, a piekarnik nagrzewa się do temperatury 200 stopni. Ze skrawków ciasta formujemy listki, wykańczamy je za pomocą noża albo foremki, jeśli takową mamy, umieszczamy po listku na każdym jabłku i przytwierdzamy każdy listek za pomocą goździka.

Pieczemy ok. 30 minut.

Jabłka są sycące i przepyszne :) Następnym razem muszę zrobić ich więcej!


Zapraszam przy okazji do odwiedzenia bloga Moni, pomysłodawczyni wyzwania międzykulturowego: Kolory Życia.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

"Za zamkniętymi drzwiami" B. A. Paris.


Pewnych rzeczy nie umiem wyjaśnić. Na przykład tego, że fascynują mnie książki o przemocy w rodzinie. Nie mam żadnych osobistych doświadczeń z tym związanych (choć może i niewiele brakowało, żebym się w taki układ wpakowała). Nie jestem też na ogół osobą szukającą mocnych wrażeń. Najchętniej oglądam filmy, które są kolorowe, lekkie i przyjemne, zdecydowanie wolę szukać pozytywnych, inspirujących sygnałów. A jednak, gdy tylko wpadnie mi w ręce książka taka jak "Za zamkniętymi drzwiami", czytam ją dosłownie jednym tchem. 

Może to kwestia silnego przekonania, że ta historia musi się skończyć dobrze. Że ta kobieta musi w końcu znaleźć ratunek, uwolnić się od tyrana, zacząć nowe życie. Kiedy czytałam "Za zamkniętymi drzwiami", to przekonanie towarzyszyło mi przez cały czas, a im trudniejsza i bardziej beznadziejna stawała się sytuacja Grace, tym bardziej byłam zaciekawiona, jakie rozwiązanie uda jej się znaleźć.

Kiedy Grace poznała Jacka, wydawało jej się, że życie postanowiło wynagrodzić jej wszystkie dotychczasowe rozczarowania. Idealny mężczyzna po prostu spadł jej z nieba: przystojny, bogaty prawnik zajmujący się bronieniem kobiet doznających przemocy w małżeństwie. Czuły, troskliwy i szaleńczo zakochany w Grace, a do tego wyjątkowo serdeczny i opiekuńczy dla Millie, młodszej siostry Grace dotkniętej zespołem Downa. Wydawałoby się, że ten dżentelmen to prawdziwy anioł! Tak zresztą brzmi jego nazwisko - Angel.

Tuż po ślubie anioł pokazuje jednak swoje prawdziwe oblicze - sadysty pozbawionego uczuć, owładniętego tylko jedną żądzą: by znaleźć idealną ofiarę i krzywdzić ją, póki będzie żyła.

"Za zamkniętymi drzwiami" ukazuje bardzo nietypową formę małżeńskiej przemocy, rzadko opisywaną w literaturze. Jack nie bije Grace. Używa wobec niej siły tylko wtedy, gdy odpiera jej rozpaczliwe ataki i powstrzymuje jej próby ucieczki. Pokazuje, że jest silniejszy, ale nie uderza. Nie molestuje jej seksualnie - w rzeczywistości nie odczuwa nawet żadnego pożądania w stosunku do Grace. Przemoc w wykonaniu Jacka polega na więżeniu i kontrolowaniu żony, na całkowitym odcięciu jej od świata, na stopniowym ograniczaniu jej praw - przy jednoczesnym tworzeniu iluzji perfekcyjnego małżeństwa. Dla świata państwo Angel mają wyglądać jak idealna para, a sama Grace ma być odbierana jako piękna, elegancka i szczęśliwa bogini domowego ogniska.

Formą przemocy jest również - a może przede wszystkim - groźba przyszłych cierpień, jakie zostaną zadane Millie. Bo to ona jest prawdziwym celem psychopaty, wypatrzoną przez niego idealną ofiarą - upośledzona dziewczynka, która poza starszą siostrą nie ma żadnych bliskich. Dla Grace przewidziana jest rola bezradnego świadka udręczenia siostry.

Grace nigdy nie godzi się z tą rolą. Jej liczne próby ucieczki okazują się skazane na porażkę. Zdaje się, że Jack przewidział każdą możliwość, każdy ewentualny ruch żony. Bezradność bohaterki jest znakomicie opisana, męczy i przytłacza czytelnika. Cały czas jednak nie opuszczało mnie przekonanie, że Grace musi się udać. Piętrzące się trudności, jakie stawiał przed nią Jack sprawiały, że tym bardziej nie mogłam oderwać się od lektury. Ostateczny plan Grace, dzięki któremu uratowała ona siebie i siostrę, uważam za absolutnie genialny. Nie zdradzę jego szczegółów, by nie odbierać Wam przyjemności. Wspomnę tylko o jednym aspekcie, który szczególnie mnie ujął: otóż Grace zaprasza licznych znajomych Jacka na przyjęcie urodzinowe Millie. Wprowadzenie tak wielu ludzi do świata dziewczynki nieco zaburza urojoną przez Jacka wizję idealnej ofiary. Musi być świadom, że gdy Millie nagle zniknie, te wszystkie osoby będą o nią pytać. Znakomite posunięcie, Grace!

Po przeczytaniu książki


Miałam naprawdę dużo frajdy z czytania "Za zamkniętymi drzwiami" i stopniowego odkrywania, na czym polegał plan Grace. Ale prawdziwą wartość tej książki dostrzegłam już po przeczytaniu, kiedy zaczęłam się nad nią zastanawiać.

Czy podobne historie zdarzają się w rzeczywistości? Ilu dramatów tak naprawdę nie widzimy, choć rozgrywają się tuż obok nas?

Grace nie była przeciętną kobietą. Prawdę mówiąc, była bardzo wyjątkowa: inteligentna, zaradna, wytrwała i nieustępliwa. Dlaczego sadysta Jack wybrał taką właśnie kobietę na żonę? Może pomylił się w jej ocenie (i dlatego ostatecznie poniósł klęskę), a może czerpał dodatkową satysfakcję z łamania tak silnej osobowości. Jedno jest pewne: gdyby nie spryt i charakter (a także, mimo wszystko, sporo szczęścia), Grace nigdy nie wyrwałaby się z zastawionej przez Jacka pułapki.

A co by się stało, gdyby na jej miejscu była mniej wyjątkowa kobieta? Taka, która nie znalazłaby sposobu na ucieczkę, taka, która poddałaby się w końcu? Wtedy nikt nie uratowałby biednej Millie. Ona zaś, bezsilna i pełna rozpaczy, patrzyłaby na jej cierpienie każdego dnia, bez końca obwiniając się za całą tę sytuację.

A kiedy jakimś cudem wyszłoby na jaw, co spotkało Millie, winą za jej los zostałby obarczony nie tylko oprawca, ale też jego żona - która widziała wszystko i nic nie zrobiła.

Wiecie, przypomina mi się ta książka, ilekroć słyszę o jakimś przypadku przemocy wobec dzieci. Tak łatwo przychodzi nam ferowanie wyroków. Tak gładko przechodzi przez usta odwieczne pytanie: "gdzie była matka?", "dlaczego nie reagowała?".

Przypominam sobie wtedy Grace: zamkniętą w ciasnym pokoju, pozbawioną możliwości ratunku, z przerażeniem odliczającą dni do chwili, kiedy jej siostra będzie musiała trafić pod dach potwora.

Może niewielu jest takich geniuszy zbrodni jak Jack Angel. Ale niewiele jest też tak silnych kobiet jak Grace.

Niestety, sadyści i zastraszone przez nich kobiety żyją pośród nas. Może w naszym mieście, może na naszej ulicy. Może patrzymy na nich i myślimy, że są idealni. Może, gdy dochodzi do tragedii, oskarżamy o nią osobę, która tak naprawdę sama również jest ofiarą. Nie wiemy, co się dzieje za niejednymi zamkniętymi drzwiami.

Czy polecam tę książkę?


Bez chwili wahania! Nie widzę w niej żadnych wad. Czytałam w innych recenzjach, że jest ponoć przewidywalna, a w którymś miejscu trochę się dłuży - szczerze, nic takiego nie dostrzegłam. Jeśli już do czegoś miałabym się przyczepić - pod koniec Grace ma naprawdę dużo szczęścia, zbieg okoliczności pomaga jej trochę za bardzo. No i Jack, który dotąd był tak uważny i przewidywał każdy jej ruch, nagle nie zauważa... Ale świadomość, że aż taki szczęśliwy splot zdarzeń byłby mało prawdopodobny, nie odebrała mi przyjemności z czytania, a wręcz wzmocniła tę późniejszą refleksję - że w prawdziwym życiu takie historie kończą się znaczniej gorzej.

Książka jest świetna. Polecam każdemu.