poniedziałek, 22 maja 2017

Festiwal Kolorów

Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów

Moje pierwsze i najwcześniejsze skojarzenie z Festiwalem Kolorów i świętem Holi to przepiękny bollywoodzki film "Mohabbatein", który tak nawiasem mówiąc polecam każdemu, nawet jeśli miałoby to być Wasze pierwsze i jedyne spotkanie z kinem indyjskim. Część akcji filmu rozgrywa się właśnie podczas tego barwnego, radosnego święta. W powietrze wzbijają się chmury kolorowego proszku, ludzie tańczą, śpiewają i cudownie się bawią, wspaniała atmosfera udziela się wszystkim. Kochasz kogoś, lubisz kogoś - obsyp go kolorami! Kiedy oglądałam ten film, zafascynowana indyjskimi zwyczajami marzyłam o tym, żeby móc kiedyś wziąć udział w takim święcie.

Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów

Od sześciu lat istnieje taka możliwość. W największych miastach Polski odbywa się co roku Festiwal Kolorów. Nie jest to tradycyjne indyjskie Holi, ale bardziej uniwersalna impreza integrująca ludzi z każdego kręgu kulturowego, młodych i starych, z różnych środowisk. Stałym elementem programu i zarazem momentem kulminacyjnym pozostaje wyrzucenie w powietrze różnokolorowych proszków. Od godzin 16:00 aż do późnej nocy trwa kolorowa, pełna pozytywnej energii zabawa przy akompaniamencie świetnej muzyki granej na żywo przez artystów reprezentujących różne gatunki muzyczne.


Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów

Dla tych, którzy w festiwalach i innego rodzaju uroczystościach najbardziej lubią dobre jedzenie, organizatorzy oferują bogate zaplecze w postaci food trucków :)

Magia Festiwalu Kolorów uzależnia - kto raz był, zapewniam, że będzie chciał to przeżyć jeszcze raz!

Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów



Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów
Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów










Już w najbliższą niedzielę, czyli 28 maja, kolorami Holi będzie się mienić Warszawa. Organizatorzy przygotowali niespodzianki i nagrody dla osób dołączających do wydarzenia na Facebooku - a ja Was lubię, dlatego też podsyłam Wam link do wydarzenia, żebyście też mogli coś wygrać, 

Jeśli Warszawa to dla Was trochę daleko - Festiwal Kolorów odbędzie się również m.in.:
a także w innych dużych miastach - pełną rozpiskę znajdziecie na Facebooku oraz na stronie internetowej festiwalu.

Kochasz muzykę, lubisz dobrą zabawę, potrzebujesz więcej kolorów w życiu - każdy powód jest dobry, żeby wziąć udział w Festiwalu Kolorów :)

Źródło: Stowarzyszenie Festiwal Kolorów

czwartek, 18 maja 2017

Który "Shrek" najlepszy?

Zadaję sobie to pytanie za każdym razem, ilekroć decyduję się na kolejny sentymentalny powrót do wszystkich czterech filmów o zielonym ogrze. Odpowiedź nigdy nie jest łatwa i chyba nigdy nie jest taka sama, bo choć te filmy raz nakręcone nie zmieniają się przecież, to jednak ja, oglądająca je po raz kolejny, jestem już inna niż wtedy, kiedy oglądałam je po raz pierwszy.

Shrek (2001)


Kiedy zetknęłam się ze Shrekiem po raz pierwszy, byłam w gimnazjum. Początkowo dziwnie uprzedzona do jakiejś tam bajeczki, pokochałam ten film od pierwszego wejrzenia, popłakałam się najpierw ze śmiechu, potem ze wzruszenia, krótko później nauczyłam się dialogów na pamięć. Serio serio.

Film kultowy. Zmienił światowe kino na zawsze. Kreskówki nigdy później nie były takie same jak przed Shrekiem. Dubbing zyskał nowy wymiar. Jeśli chodzi o sposób opowiadania baśni na dużym ekranie, "Shrek" zmienił chyba wszystko, co dało się zmienić.

Pierwsza część "Shreka" to film głównie dla dorosłych, co wydaje mi się dość problematyczne w świetle późniejszych, nieco bardziej dziecięcych części. Mam wrażenie, że twórcy zamierzali początkowo nakręcić animację, która nie będzie przeznaczona dla dzieci, a dopiero później odkryli, jak wartościowy okazał się "Shrek" dla małoletniej publiczności i postanowili jednak pójść dalej tym tropem.

Mamy więc anty-baśń o anty-bohaterze, który beka, śmierdzi i robi różne rzeczy powszechnie uznane za obrzydliwe, wyrusza w niebezpieczną misję nie ze szlachetnego porywu serca, ale po to, by odzyskać utracone wygodne, samotne życie. Ale tak się składa, że ogry są jak cebula - mają warstwy... Stopniowo, nie tracąc swojego przewrotnego humoru, anty-baśń o Shreku przeradza się w niemal klasyczną baśń o zakazanej miłości i śmiałku, który mimo przeciwności losu postanowił o nią zawalczyć.

Naszpikowany odniesieniami do popkultury oraz chwytliwymi tekstami, które cytowano jeszcze przez lata po ukazaniu się pierwszej części ("zainwestuj w tic-taki, bo Ci jedzie!"), pierwszy film o Shreku ma bardzo prostą fabułę. Królewna więziona w zamku zostaje uratowana przez śmiałka, który się w niej zakochuje, różnice między nimi sprawiają, że ich miłość nie ma prawa bytu, ale ostatecznie musi zwyciężyć - bo jest prawdziwa. Fiona zamienia się w ogrzycę, ale to nic złego, bo przecież Shrek jest ogrem i na pewno będzie ją kochał taką, jaka jest. Proste? Jeszcze zobaczymy.


Kiedy oglądam "Shreka" po latach, najbardziej porusza mnie świadomość, że patrzę na pierwsze wspólne chwile tej pary. Widzę, jak się poznawali, jak stopniowo się docierali, odkrywali swoje zalety i wreszcie pokochali się z wzajemnością. Przypomina mi to, a jakże, o początkach mojego związku. Oraz o tym, że każda para, którą znam, ma swoją romantyczną historię, swój zachód jak w mordę strzelił, swój pierwszy pocałunek prawdziwej miłości. Miło do tego wracać.

Shrek 2 (2004)


Druga część opowieści o "Shreku" była przeze mnie długo raczej niedoceniana. Obecnie pod względem fabularnym robi na mnie chyba największe wrażenie.

Nakręcenie udanej kontynuacji to zawsze jest ogromne wyzwanie dla twórców. "Shrek 2" zaczyna się tam, gdzie kończy się baśń. Opowiada o tym, co się działo, kiedy żyli długo i było im zielono. A działo się sporo. To, co można było w końcówce pierwszej części zbyć za pomocą pewnych uproszczeń, w drugiej części staje się osią dramatu. Mam na myśli różnice między Shrekiem a Fioną. Choć oboje zieloni, pochodzą jednak z dwóch różnych światów. Shrek odkrywa, jak to jest być mężem królewny, która przez całe życie marzyła o księciu z bajki i chciała mieszkać w pałacu. Fiona odkrywa, co oznacza bycie żoną ogra. Rodzice Fiony - zwłaszcza ojciec - wykazują, delikatnie mówiąc, niewiele entuzjazmu, a Wróżka Chrzestna jest zdeterminowana, by zniszczyć małżeństwo pary ogrów, a nowym mężem Fiony uczynić swojego własnego przystojnego syna.

To, co najważniejsze, rozgrywa się jednak pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów. Shrek, choć uwielbia swoje życie ogra, postanawia dać Fionie to, o czym ona zawsze marzyła - za pomocą magicznego eliksiru zamienia się w przystojniaka o ludzkiej twarzy. Fiona natomiast, gdy już wie, że jej dziecięce marzenia mogą się spełnić dzięki miłości Shreka, bez dłuższego zastanowienia rezygnuje - z urody, z pałacu, z życia królewny, ze Shreka udającego kogoś, kim nie jest. Bo ona pokochała ogra. To właśnie drugi film o Shreku wraz ze swoim wzruszającym finałem najmocniej pokazuje głębię uczuć łączących tych dwoje.


"Shrek 2" ma też inne zalety - wśród nich, pięknie prowadzony przez cały film wątek tajemnicy króla, która wyjaśnia się dopiero na sam koniec. Film ten wprowadza również drugoplanowego bohatera wszechczasów - Kota w Butach i jego wielkie oczyska :)

Shrek Trzeci (2007)


Film, do którego mam bardzo osobisty sentyment. Wszystkie zwiastuny i plakaty kładły akcent na zabawne aspekty zmian w życiu Shreka. Oto zostaje on ojcem, a w dodatku musi przez pewien czas zastępować króla Zasiedmiogórogrodu w jego obowiązkach. Ogr królem, ogr tatą, słowem - jest się z czego pośmiać. A jednak zupełnie nie te wątki okazują się w filmie najważniejsze, przynajmniej dla mnie.

Pisałam już o pewnym problemie z grupą docelową, dla której przeznaczona jest cała seria filmów o "Shreku". O ile pierwszą część uważam za film raczej dla dorosłych, a drugą część - co najmniej dla osób wkraczających w dorosłość i stających przed wyborem życiowego partnera, o tyle "Shreka Trzeciego" chciałabym pokazać mojemu synowi jak najwcześniej. Sama żałuję, że nie miałam możliwości zaczerpnięcia z mądrości tego filmu, kiedy byłam jeszcze nastolatką.

Najważniejszy jest wątek Artura, chłopaka dotkniętego trudnymi doświadczeniami, wyśmiewanego i upokarzanego w szkole, porzuconego przez ojca. Artur ma zostać królem, ale nie może przyjąć tego tytułu, bo nie wierzy w siebie. Jest przecież frajerem, a nie królem. Tak mu zawsze mówili. Musi dojrzeć do tego, że to on decyduje o tym, kim jest. I jeśli chce być królem, to może się nim stać.

Artur ma zresztą wiele zalet, z których mimo wszystko doskonale zdaje sobie sprawę. Kiedy dowiaduje się, że jest dziedzicem tronu, bez chwili zawahania wygłasza płomienną mowę, a ci wszyscy, którzy jeszcze chwilę wcześniej śmiali się z niego, słuchają tej mowy w milczeniu. Kiedy czarodziej Merlin odmawia Shrekowi pomocy, Artur przekonuje go, by zmienił zdanie, używając do tego może mało wyrafinowanych, ale bardzo skutecznych sztuczek aktorskich. Co najmniej kilkukrotnie, włącznie z wielką finałową sceną, to Artur znajduje wyjście z opresji nie dzięki sile, ale za sprawą swojej inteligencji i daru wymowy. Kiedy dojrzewa do tego, by stać się królem, uświadamia sobie również, że te jego zalety, przez wiele lat pomijane i niedoceniane przez otoczenie, są równie wartościowe, a może nawet bardziej wartościowe niż siła fizyczna i sprawność.

"Bo najważniejsze jest to, co sami o sobie myślicie. Bo jeżeli naprawdę czegoś chcesz albo naprawdę chciałbyś być kimś, to jedyna osoba, która może Ci przeszkodzić, to Ty".

Te słowa Artura zapadły mi w serce tak, jakby powiedział je bezpośrednio do mnie. Do mnie nastoletniej, która przez lata pragnęła tylko jednego: żeby być kimś innym.
I naprawdę uwielbiam to, że zaraz po tych potężnych, wzruszających słowach następuje arcykomiczna scena, kiedy jeden ze słuchaczy Artura bierze jego słowa do siebie, a reszta to podłapuje i postanawia "brać łobuza". To jest najpiękniejsze w filmach o Shreku, że można się na nich popłakać ze wzruszenia, a sekundę później trząść się ze śmiechu.


Poza wątkiem Artura, film ten zawiera też chyba najbardziej komiczną scenę śmierci pozytywnej postaci, jaką można sobie wyobrazić, a także przezabawny wątek bajkowych księżniczek, które postanawiają przestać czekać na ratunek i samodzielnie ruszyć do walki, wykorzystując przy tym - a jakże - te przymioty, które od zawsze je cechowały. Zupełnie jak Artur.
Sam wątek Shreka i Fiony w roli rodziców maleńkich dzieci rozbawi chyba każdego rodzica :)

Shrek Forever (2010)


Dobra, przyznaję - gdyby nie moja wielka fascynacja filmami science-fiction o alternatywnych rzeczywistościach i zabawach z czasem, pewnie uważałabym ten film za słabszy od pozostałych trzech. Nie jest aż tak zabawny, sprawia wrażenie dużo krótszego niż poprzednie części - to jest jedyny film o Shreku, którego akcja zamyka się w dwudziestu czterech godzinach. Widać też po nim bardzo wyraźnie, że jest to film przystosowany do oglądania w 3D, Nieraz odnosiłam wrażenie, że poszczególne sceny zostały wymyślone tylko po to, żeby dobrze wyglądać w trójwymiarze.

Jednak i ten film ma swoje niepowtarzalne zalety. Przede wszystkim pokazuje Fionę w zupełnie nowej roli - już nie królewnę marzącą o księciu, nie ciepłą i czułą panią Shrekową, ale dumną wojowniczkę o bolesnej przeszłości, dla której jedyne, co się liczy, to walka o wolność ogrów. Pojawienie się Shreka budzi w niej jednak uśpioną wrażliwość. Zresztą i pozostałe postaci pod wpływem spotkania ze Shrekiem stopniowo zaczynają wracać do swojej zwykłej formy: Osioł znowu staje się wiernym i oddanym przyjacielem, a cokolwiek spasiony Puszek znów zakłada buty i odzyskuje dawną waleczność.

Dzięki temu filmowi po dziewięciu latach od premiery pierwszej części mogliśmy przypomnieć sobie, jaki był Shrek, kim był Shrek, zanim to wszystko się wydarzyło. Jego przemiana robi wrażenie, gdy widzi się ją tak wyraźnie, z perspektywy lat. Jeśli tak jak ja traktujecie Shreka jak starego znajomego, ta widoczna metamorfoza może obudzić w Was wiele refleksji: jak bardzo zmienili się nasi znajomi, nasi przyjaciele - od dnia, kiedy spotkaliśmy ich po raz pierwszy? Jak rzadko zastanawiamy się nad tymi zmianami, po prostu żyjąc z dnia na dzień?

Jeśli chodzi o fabułę, ten film jest być może najbardziej angażującym emocjonalnie z całej czwórki. Widzieliśmy już Shreka w tarapatach, zagubionego, niepewnego - ale tutaj jego cierpienie i frustracja aż bolą. Widzimy Shreka, który biegnie do swojego domu po to, by odkryć, że jego dom i jego rodzina nie istnieje. Znajduje zabawkę swojej córeczki i wie, że tej córeczki nie ma, a winę za to ponosi po części on sam. Wreszcie - widzi swoją ukochaną Fionę, jest na wyciągnięcie ręki i wie, że ich miłość mogłaby naprawić cały ten koszmar - tymczasem Fiona go nie zna, nie wierzy mu i go nie kocha.


Czy to nie horror? Na szczęście po raz kolejny wszystko kończy się dobrze, a do Shreka po raz kolejny dociera, jak bardzo kocha on to swoje nowe, odmienione życie.

"A wiesz, co w tym wszystkim było najlepsze? To, że mogłem się jeszcze raz w Tobie od nowa zakochać".

I jeszcze jedno - Shrek chyba nigdy nie był tak rozczulający i wzruszający, jak w tej scenie, kiedy próbuje obudzić w Ośle wspomnienia i zaczyna mu nieporadnie śpiewać piosenkę o przyjaźni :)

Jak widzicie, każdy film o Shreku ma swoje zalety, swoje ponadczasowe przesłanie i warstwy, które sprawiają, że oglądanie ich po raz kolejny pozwala na nowe refleksje i wzruszenia. Nie potrafię powiedzieć, która z czterech części tej serii jest dla mnie najważniejsza i najlepsza.

A Wy jak uważacie? Który z tych filmów wspominacie najlepiej? Do którego najchętniej wracacie?

czwartek, 11 maja 2017

Słowa.

Głupia blondynka.
Prowokująco ubrana.
Szuka kłopotów.
Jakby nie chciała, to by nie wziął.
Wystarczy spojrzeć na tę buźkę, żeby stwierdzić, że rozumu tam niewiele.
Spódniczka o długości "sama się o to prosi"
Co za babsko, normalnie rzuciłbym ją na ziemię, ale jeszcze by się jej spodobało.
Taka ładna, a taka mądra?
Rajstopy antygwałty.
Zauważyliście, że najwięcej do powiedzenia o gwałtach mają te kaszaloty, którym gwałt nie grozi?
Brałbym ją, nawet bym nie pytał.
Coś mało się opierała, widocznie jej się podobało.
Żal mi jej, ale...
Winny jest zawsze gwałciciel, ale...
Nie kręć tak kusząco pupą, albo cię zgwałcę tu i teraz.
To po co z nim tańczyłaś?
Ona zupełnie nie jest w moim typie, no chyba, żeby mnie zgwałciła.

Może użyliście kiedyś któregoś z tych sformułowań, może niektórych używacie regularnie. Mnie się zdarzało, zanim jeszcze dotarło do mnie, jak są szkodliwe. Może słyszeliście takie słowa lub spotkaliście się z nimi w Internecie. Ja spotkałam się z każdym z nich przynajmniej raz. Może niektóre z nich dotyczyły bezpośrednio Was. Ja usłyszałam niektóre z nich (dzięki Bogu nie te najgorsze) wypowiedziane w moją stronę.

To są tylko słowa. Tak jak dowcipy o Żydach, rubaszne żarciki przy piwie, głupie powiedzonka przekazywane z ust do ust. Słowo jeszcze nigdy nikomu nie zrobiło siniaka. Rany zadanej przez słowo nie musisz opatrywać. W szpitalach na urazówce próżno szukać osób, których kości złamało słowo. Czy nie ma ważniejszych problemów na świecie?

Zestawienie tych cytatów prawdopodobnie zrobiło na Was dość ponure wrażenie. Jednak poszczególne zdania, nieraz jeszcze obudowane tak zwanym kontekstem, nie szokują tak bardzo. Słyszałam je wypowiadane nie przez prymitywów i potencjalnych gwałcicieli, ale przez moich znajomych, o których mam dobre mniemanie.

Co łączy te sformułowania i czemu zestawiłam je razem? Budują one pewną wizję świata, dość mocno zakorzenioną w zbiorowej świadomości. Może nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak mocno i jakie groźne mogą być jej konsekwencje.

To jest wizja rzeczywistości, w której swoim wyglądem zewnętrznym można zasłużyć na karę. Albo nagrodę. Przy czym gwałt rozumiany jest zarówno jako kara, jak i... nagroda. Za atrakcyjny wygląd. To jest wizja świata, w którym złe rzeczy spotykają tylko głupie dziewczyny. To jest wizja świata, w którym możesz uznać dziewczynę, której nie znasz, za głupią, bezwartościową i zasługującą na gwałt - na podstawie jej wyglądu i szczątkowych informacji na jej temat.

Niedawno zginęła młoda kobieta. Społeczeństwo oceniło ją bardzo szybko - jako głupią, nierozsądną imprezowiczkę szukającą wrażeń, proszącą się o kłopoty, zasługującą na to, co ją spotkało.

Im więcej wiadomo o tej sprawie, tym częściej mówi się o zorganizowanej grupie przestępczej, której ofiarą padła ta młoda kobieta oraz inne młode kobiety przed nią.

Nie piszę tego, by dociekać, jak było. Kogo jak kogo, ale domorosłych detektywów jest w tym kraju aż nadto. Ja chcę zwrócić uwagę na inny aspekt: jak bardzo bezkarni mogli czuć się ci ludzie, którzy zadecydowali o losie ofiary. Jak mogli być pewni, że opinia publiczna zwróci się przeciwko dziewczynie, piętnując jej brak rozsądku i sugerując jej wątpliwe prowadzenie się.

Szkoda dziewczyny, ale chyba wiedziała, jak ryzykuje.
Głupia blondynka.
Sama chciała.
Wystarczy na nią popatrzeć.

Walczymy nieraz o wielkie rzeczy, wielkie zmiany, a trzeba zacząć od tych najmniejszych i najbliższych nas. Trzeba przestać powtarzać brednie. Trzeba przestać wygadywać świństwa. Trzeba reagować, gdy ktoś mówi takie rzeczy przy nas. Słowa nie gwałcą, słowa nie zabijają. Ale ludzie tak. Każdego dnia.

niedziela, 7 maja 2017

Z pamiętnika matki karmicielki: Pizza z gotowanych ziemniaków

"- Słuchaj, to co Ty w ogóle możesz jeść?
- Wszystko! - zapewniłam z pełnym przekonaniem, mając przecież w pamięci mądre słowa położnej i znajomych promotorek karmienia piersią. - Unikam tylko rzeczy wzdymających, jak na przykład kapusta. Ale poza tym jem wszystko.
- Aha, czyli kapusta nie... A kalafior?
- Och nie! - odpowiedziałam zmartwiona, że przy tak dużym wyborze mój przyjaciel wskazał akurat kalafior. - Kalafior też jest wzdymający.
- A szpinak? Możesz?
- Mogę i lubię - westchnęłam. - Ale mąż nie lubi.
- Brokuły?
- Też nie.
- To może tuńczyk?
- Nie, tuńczyka nie mogę. Tuńczyk może zawierać rtęć.
- A jakieś grzyby?
- Nie, grzybów w ogóle nie jem. Są ciężkostrawne. Co najwyżej pieczarki mogą być.
- Słuchaj, to ja już się poddaję. Podaj jakiś przykład, co możesz jeść?"

To nie popis mojego dowcipu i fantazji, ale zapis autentycznej rozmowy z moim przyjacielem, który miał ambitny plan zrobienia sałatki dla karmicielki. Ta scenka dość dokładnie obrazuje zresztą moje podejście do diety, jakie miałam jeszcze kilka miesięcy temu. Mogę jeść wszystko, ALE. Lista produktów, na które wolałam jednak uważać, była tak długa, że zdarzało mi się żartować, że jak tak dalej pójdzie, będę jadła tylko suchy chleb i ziemniaki.

Wiecie, co usłyszałam raz w odpowiedzi?
"Ziemniaki? Jesteś pewna?"

O tak, droga przyszła mamo karmiąca. Twoja wyniesiona ze szkoły rodzenia i z różnych publikacji wiedza na temat karmienia piersią i wpływu Twojej diety na pokarm niewiele znaczy, gdy znajdziesz się pod czujnym okiem otoczenia, które gotowe jest strzec Twojej diety znacznie czujniej niż własnej. Do tej pory spotykam się z tym, że gdy idę w odwiedziny do jednej znajomej, to nie dostanę np. herbaty truskawkowej, bo to szkodzi dziecku. A gdy mówię tu i tam, że mogę jeść wszystko, w odpowiedzi słyszę nieraz stanowcze "no przecież nie!".

Oczywiście, problem nie leży tylko w otoczeniu. Spróbuj wytrwać w niefrasobliwym podejściu do swojej diety, kiedy tulisz w ramionach płaczące dziecko, które boli brzuszek. A Ty wiesz, że zjadłaś coś, co mogło mu zaszkodzić. I może gdybyś się powstrzymała... Generalnie, powodzenia życzę.

Mimo wszystko nieco bardziej rygorystyczne podejście do diety ma swoje dobre strony. Zawsze zresztą uważałam, że im mniej rzeczy wolno Ci jeść, tym ciekawsza może stać się Twoja dieta: bo szukasz wtedy nowych rozwiązań i pomysłów, na które być może nie wpadłaś, póki nie skłoniła Cię do tego potrzeba. Odkąd jako matka karmiąca ograniczyłam do absolutnego minimum potrawy smażone, zaczęłam dużo więcej gotować i piec. W naszym menu pojawiły się różnego rodzaju pieczone placki, na przykład placki z marchewki albo z gotowanych ziemniaków.

Przypomniałam sobie o tych plackach niedawno, kiedy w wyniku jednej dyskusji zaczęłam się zastanawiać, co jest zdrowsze: pizza czy placki ziemniaczane? Pomyślałam, że jeśli upiekę pizzę na ziemniaczanym spodzie, mam szansę uzyskać całkiem zdrowe danie, nie gorsze w smaku od tych wyżej wymienionych, a przy okazji zupełnie nowatorskie.

Nie trzeba długo mnie namawiać na eksperymenty w kuchni. Właściwie, nie trzeba namawiać mnie w ogóle

Pizza z gotowanych ziemniaków


Składniki:

4-6 ziemniaków (w zależności od wielkości);
ok. 6-7 łyżek mąki
1 jajko
2 łyżki oleju
koncentrat pomidorowy 
7-10 pieczarek
1 mała cebula
ser
puszka kukurydzy
sól, pieprz, ulubione przyprawy

Ziemniaki obierasz i gotujesz do miękkości. Im bardziej będą miękkie, tym lepszą konsystencję ciasta uzyskasz. Muszą się rozpadać. Pod koniec gotowania posól wodę. Wyjmij ugotowane ziemniaki z garnka do miski i starannie rozgnieć.
Nie wylewaj wody po ziemniakach! To świetna i bardzo zdrowa baza do zupy :)

Do rozgniecionych ziemniaków dodaj jajko, odrobinę oleju i tyle mąki, ile trzeba, żeby zrobiło się gęste ciasto. Ja zazwyczaj daję 1 łyżkę mąki na 1 ziemniaka, ale zdarza się, że później jeszcze dosypuję, bo ciasto jest zbyt rzadkie. Dopraw do smaku.

Przełóż ciasto na blachę wyłożoną papierem, z wierzchu posmaruj niewielką ilością oleju. Podpiecz spód w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. 

Dodatki: właściwie masz tutaj pełną dowolność, jak to przy pizzy ;) U mnie to był dość tradycyjny zestaw: pieczarki, cebula, kukurydza. Pieczarki pokrój w plasterki, a cebulę w prążki, delikatnie posól i podsmaż bez użycia tłuszczu.

Podpieczony spód wyjmujesz z piekarnika, smarujesz koncentratem pomidorowym i wykładasz dodatki. Całość przykryj sporą warstwą tartego sera. Potem wkładasz pizzę z powrotem do piekarnika i pieczesz, aż będzie rumiana :)

Uzyskana pizza przypomina w smaku tradycyjne placki ziemniaczane, ale jest od nich znacznie delikatniejsza i mniej tłusta. Co tu dużo mówić, jest przepyszna :)

(Dziś tylko jedno zdjęcie - bo pizza za szybko znikała ;) )


wtorek, 2 maja 2017

Siedem głów, cztery ogony, czyli: jak nie dostać kota, gdy masz w domu koty.


Fot. Monia Dębowska
Pisałam o tym już kiedyś, ale mogło Wam umknąć: jest nas siedmioro pod jednym adresem. Z czego element ludzki jest tu w mniejszości. I tak też się nieraz czuje; jak ta uciśnięta nieco mniejszość, zwłaszcza w nocy, gdy chce się pójść do łazienki, a nie można, bo zwierzątka się obudzą... Na ogół jednak element ludzki i element zwierzęcy żyją ze sobą w zupełnie rozsądnej relacji, o której chętnie Wam opowiem.

Mieć koty i mieć dziecko.


Mam wrażenie, choć może trochę upraszczam, że są dwie grupy właścicieli zwierząt domowych: ci, którzy najpierw mieli dzieci i dopiero później przygarnęli zwierzaka oraz ci, którzy najpierw mieli zwierzęta, a później dziecko. My należymy do tej drugiej grupy. Lata temu, zanim w ogóle przyszło nam do głowy, że moglibyśmy kiedyś zostać rodzicami, zdecydowaliśmy, że zamieszka z nami kotek -  chudziutka, biała kupka nieszczęścia wzięta ze schroniska. Podpisaliśmy z fundacją, która się nią opiekowała, umowę adopcyjną. Słyszycie, jak to brzmi? Adoptowaliśmy kicię. To ona była naszym pierwszym oczkiem w głowie, to ją tuliliśmy, nosiliśmy na rękach, karmiliśmy, czuwaliśmy nad jej snem i uspokajaliśmy, gdy płakała. Ona uczyła nas odpowiedzialności, gdy nie mogliśmy już tak po prostu jechać na weekend w góry bez zatroszczenia się o to, co w tym czasie będzie robił kot. Ale uczyła nas też bezwarunkowej miłości i oddania. Cieszyliśmy się, gdy przybierała na wadze, zdrowiała, robiła postępy, uczyła się nowych rzeczy. Rok później przygarnęliśmy kolejne dwa kociaki i odtąd obserwowaliśmy dzień po dniu, jak nasza kocia rodzina buduje relację - najpierw z mieszaniną ostrożności, strachu i ciekawości, potem poprzez zabawę do wzajemnej troski i miłości. Obserwowaliśmy z uwagą, jak nasze podopieczne radzą sobie z przeprowadzką, jak odnajdują się w nowym miejscu i na nowo porządkują sobie role w kociej hierarchii. Jakiś czas później zastanawialiśmy się, jak zareagują na pojawienie się psa. Jeszcze później - rok później - zastanawialiśmy się, jak zareagują na dziecko.

Co próbuję powiedzieć? Że dylemat co zrobimy ze zwierzętami, gdy pojawi się dziecko nigdy tak naprawdę nie istniał. One są tu u siebie. Od momentu, gdy stawialiśmy pierwsze kroki w naszym domu, nasze koty były jego domownikami. Wątpliwości, czy zdecydujemy się być nadal opiekunami naszych kotów, nigdy się nie pojawiły. Tu nie ma miejsca na takie wątpliwości.

Co nie znaczy, że nie mieliśmy obaw.


Obaw było całkiem mnóstwo. Nasze koty mają swój charakter, bywają głośne, absorbujące. To nie są ciche, niewidzialne mruczki leżące sobie gdzieś na szafie, oj nie! Nasze koty przytulają się do nas, przychodzą do nas, wskakują na kolana, nieraz włażą na głowę - dosłownie i w przenośni... Czy będą włazić na dziecko? Co będzie, jeśli podrapią dziecko albo je przyduszą? Czy będą o niego zazdrosne? Czy z nim też będą walczyć o to, kto jest w domu najważniejszy? Rodzina jeszcze podsycała nasze lęki, opowiadając mrożące krew w żyłach historie o dzieciach zagryzionych w łóżeczku, o strasznych chorobach przenoszonych przez koty... Jako że nasze trzy kłębki zaczęły mościć się w dziecięcym łóżeczku, kiedy tylko zostało ono rozstawione, byliśmy co najmniej zaniepokojeni nadchodzącymi zmianami.

Jak było naprawdę?


Naszym głosem rozsądku i jednocześnie wsparciem moralnym stała się moja serdeczna koleżanka Magda, autorka blogów Handmade by Taja oraz Różanecznik, matka dwojga pięknych dzieci i zarazem właścicielka dwóch dorodnych kocic. Z uśmiechem na ustach pokazała nam, jak u nich wygląda wspólne życie całej gromadki. Wytłumaczyła, że owszem, koty wchodzą do łóżeczka, ale dobrze wiedzą, że w łóżeczku jest dziecko, któremu nic nie może się stać. Że dzieci od małego przyzwyczajają się do zwierząt w domu, są na nie uodpornione, a przy tym mają więcej bodźców i szybciej się rozwijają. Pokazała nam, że da się pogodzić posiadanie kotów z opieką nad malutkim dzieckiem. Uspokoiliśmy się.

Jak było naprawdę? Okazało się, że nasze koty doskonale rozumieją, że w domu pojawił się mały człowiek. Widocznie rozumiały z naszego gadania o wiele więcej niż sądziliśmy. Interesowały się Robertem, ale zachowywały jednocześnie pełną ostrożność, nawet go nie dotykały. Dopiero po pewnym czasie zaczęły się o niego ocierać, a potem przytulać. Powoli, łagodnie sprawdzały, na ile mogą sobie pozwolić.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że koty nie interesowały się zabawkami Roberta. Byłam przekonana, że karuzelka z tańczącymi pluszakami będzie dla nich co najmniej ciekawym obiektem do upolowania, one jednak konsekwentnie ignorują ją od początku. Ani razu nie próbowały się nią bawić. Po prostu wiedzą, że to nie dla nich.

Fot. Monia Dębowska

Ważna sprawa!


Nie mam stuprocentowej pewności, co przesądziło o tym, że nasze koty tak mądrze przyjęły najmłodszego członka rodziny, ale jedna rzecz zasługuje na podkreślenie. Przez cały czas, zarówno przed pojawieniem się dziecka, jak i później, bardzo staraliśmy się pokazać im, że nadal są ważne i kochane. Nie przestaliśmy okazywać im czułości. Tłumaczyliśmy im, że pojawił się mały człowieczek, że jest bezbronny i potrzebuje dużo naszej uwagi, ale one w dalszym ciągu są naszymi ukochanymi kotkami i pod tym względem nic się nie zmienia.

Koty naprawdę dużo rozumieją. Są teorie, że rozumieją wszystko, ale czasem dla własnej wygody udają, że nie zrozumiały :)

Nasze koty nie są idealne i nie zawsze są grzeczne. Czasem się na nie złościmy. Czasem czujemy się bezradni, czasem pojawiają się problemy i szukamy rozwiązania. Ale nigdy nie myśleliśmy o tym, żeby się ich pozbyć. Z każdym problemem poradzimy sobie wszyscy w komplecie: my, ludzie, trzy koty i jeden pies (który w tym tekście został trochę pominięty, ale zapewniam, że jest równie wspaniały i kochany jak koty).

Na koniec w skrócie - garść przydatnych informacji:

  • Zwierzęta domowe stymulują rozwój dziecka, stanowią dla niego dodatkowy bodziec i zachęcają m.in. do szybszej nauki przemieszczania się - dziecko chce dogonić kotka ;)
  • Zagrożenie przenoszonymi przez koty chorobami właściwie nie istnieje w sytuacji, gdy koty są niewychodzące i zaszczepione. Oczywiście, pewne środki ostrożności nie zaszkodzą - ja na przykład przez całą ciążę nie dotykałam kuwety. Nie ma jednak sensu panikować.
  • Im wcześniej dziecko ma styczność z kotem, tym mniejsze ryzyko, że będzie na niego uczulone.
  • Koty żyją średnio koło 20 lat. Jest duża szansa, że będą towarzyszyć dziecku przez cały okres dzieciństwa i dorastania.
  • Zawsze warto pamiętać o sterylizacji kotów. One wcale nie potrzebują mieć potomstwa, nie czerpią radości ze spółkowania (dla kotek jest to przede wszystkim ból!), nie czują się okradane z "daru posiadania dzieci".
  • W schronisku jest pełno potrzebujących kotów i psów. Zwierzę wzięte ze schroniska przywiązuje się bardzo mocno do człowieka, który je przygarnął i oddaje mu całe serce. Czasem mam wrażenie, że nasza Molly ciągle stara się nam podziękować za to, co zrobiliśmy siedem lat temu :)
  • Kot przywiązuje się do człowieka równie mocno jak pies. Rozstanie z bliską osobą sprawia, że kot cierpi i może stracić chęć do życia.
Fot. Monia Dębowska
Autorką zdjęć naszych kotów jest Monia, która prowadzi blog Kolory życia. 


 

wtorek, 25 kwietnia 2017

Szkoda życia na odchudzanie.


Piszę ten tekst ze świadomością, że zostało mi jeszcze co najmniej pięć kilogramów do zrzucenia po ciąży, a tak naprawdę idealnie byłoby zrzucić z dziesięć, bo i przed ciążą nie byłam chucherkiem. I jednocześnie ze świadomością, że nawet z tymi dziesięcioma niechcianymi kilogramami należę raczej do szczupłych i tak naprawdę nie zrozumiem osób, które mają prawdziwe problemy z nadwagą.

Zdaję sobie zatem sprawę z tego, że mogę się narazić tym tekstem. Chciałabym jednak uściślić: na pewno warto zawalczyć o utratę pewnej ilości kilogramów, jeśli Twoim problemem jest znaczna, utrudniająca życie nadwaga lub otyłość, jeśli ciężko Ci się poruszać, a Twoje stawy są nadmiernie obciążone. Jeśli jak ja, jesteś osobą o prawidłowym BMI, która po prostu chciałaby być szczuplejsza - daruj sobie te wszystkie dziwaczne diety. Odchudzanie się jest bez sensu.

Tylko odchudzanie. Zdrowy tryb życia - świetna sprawa! Szczególnie jeśli jego podstawą jest ruch na świeżym powietrzu. Zdrowa dieta? Jeśli lubisz, jeśli umiejętnie ją stosujesz i nie musisz podporządkowywać jej całego życia - chylę przed Tobą czoła, podziwiam i gratuluję. Natomiast wszelkiego rodzaju magiczne sztuczki w stylu będę jeść trawę i popijać wodą przez sześć tygodni, bo sześć tygodni brzmi bardziej dramatycznie niż miesiąc wyrzuć na śmieci i nie zawracaj sobie nimi już więcej głowy. 

Dlaczego odchudzanie jest bez sensu?


Pozwól, że odwołam się do autentycznego przykładu. Miałam kiedyś znajomą, o której można było powiedzieć dużo różnych rzeczy, ale raczej nie to, że jest bardzo szczupła. Nie była też bardzo gruba, ot, przeciętna sylwetka, nieco tęższa niż ja obecnie. I ta znajoma opowiadała mi kiedyś z nutką nostalgii w głosie, jak parę lat wcześniej, w czasie jednego wyjazdu zagranicznego miała okazję uczestniczyć w tzw. festiwalu czekolady. Przez dłuższy czas wspominała, a ja słuchałam z fascynacją o wielkich czekoladowych rzeźbach, tancerzach żonglujących czekoladą, cukiernikach przygotowujących na bieżąco różne pyszności. I kiedy już tak bardzo zazdrościłam jej tego wspaniałego doświadczenia, znajoma zdradziła mi ten bolesny sekret:

- I wyobraża sobie pani, pani Martyno, że ja nawet nie spróbowałam żadnej z tych rzeczy?
- Ale dlaczego? - jęknęłam, a moja zazdrość w jednej chwili zmieniła się we współczucie.
- BYŁAM NA DIECIE!

Och.
Zauważ teraz, co przetrwało przez lata: nie odchudzona sylwetka, nie przyzwyczajenia żywieniowe, ale wspomnienie o smakołykach, których nie mogło się spróbować.

Może właśnie teraz wyglądasz najlepiej?


Ten przykład możesz potraktować jako złośliwy, ale uwierz mi, że taki nie jest. Zobacz, jaki piękny słoń:

Czy myślisz, że gdyby ten słoń schudł do rozmiaru gazeli, wyglądałby jak gazela? Nie, nadal wyglądałby jak słoń, tylko przeraźliwie wychudzony. Już nie byłby taki piękny. Jeśli przykład ze słoniem jest dla Ciebie przykry - wyobraź sobie owczarka odchudzonego do rozmiaru charta. Uwierz, nie wyglądałby zdrowo.

Ja tam uważam, że Matka Natura wie, co robi. Jeśli wyposażyła Cię w krągłości, to może właśnie z nimi wyglądasz najlepiej?

Jedyna sensowna dieta to taka, którą możesz stosować na stałe.


Właśnie tak. Wszystkie te pomysłowe metody typu przez trzy tygodnie żywię się powietrzem, a potem poszerzam dietę o światło z lodówki niosą ze sobą jedno zasadnicze ryzyko: minie magiczna liczba tygodni i wrócisz do swoich przyzwyczajeń żywieniowych. A jeśli Twój typowy obiad to krem z pizzy i spaghetti z cheeseburgerami, to efekt jo-jo masz jak w banku. 

Znacznie mądrzejszym pomysłem jest wyrobienie sobie takich przyzwyczajeń, które pomogą Ci utrzymać sylwetkę na stabilnym, w miarę zadowalającym poziomie. Nie jestem autorką tego zdania o jedynej sensownej diecie - spotkałam się z nim już wiele razy. Coraz bardziej modna staje się dieta rozumiana nie jako drastyczne ograniczanie spożywanych produktów, ale jako zwyczajne, stabilne i niepozbawione drobnych przyjemności odżywianie się na co dzień.

Spotkałam się kiedyś z takim zaleceniem, żeby wypisać sobie na kartce 20 ulubionych potraw/składników i na ich podstawie opracować sobie plan zdrowego odżywiania. Na początku się śmiałam, że będę się wobec tego żywić czekoladą i muffinkami, ale po sporządzeniu mojej listy byłam zaskoczona, ile różnorodnych przysmaków się na niej znalazło. Soczewica. Dynia. Cukinia. Kukurydza. Kalafior. Ziemniaki, Chrupkie pieczywo. Awokado. Nie brzmi źle, prawda?

Jeśli ja, z moim bagażem nadmiarowych dziesięciu (i tylko dziesięciu) kilogramów mogę Ci coś doradzić: sporządź sobie listę tego, co lubisz. Staraj się urozmaicać swoje potrawy. Szukaj zdrowych zamienników tego, co lubisz - choćby z samej ciecierzycy można wyczarować cuda! Rób sobie dni wolne od diety - naprawdę, jeden festiwal czekolady nie zrujnuje miesięcy zdrowego odżywiania ;) A przede wszystkim - popatrz w lustro, załóż fajny ciuch i zobacz, jaka jesteś ładna! Nawet z tymi kilogramami, których nie lubisz. Szkoda życia na zastanawianie się, co chcesz zmienić w tej pięknej osobie, którą widzisz w lustrze.



środa, 19 kwietnia 2017

Bezradnik zawodowy, czyli: to nie jest praca dla Ciebie.


Święta za nami, śnieg za oknem, czas na nowy tekst. Myślałam nad nim już od jakiegoś czasu. Wiecie, wielu ludzi dzieli się swoim przepisem na sukces. Pomyślałam, że nic nie stoi na przeszkodzie, abym podzieliła się i ja, w końcu odkryłam co najmniej siedem sposobów na to, jak nie odnieść sukcesu zawodowego.

Zapraszam do czytania mojej listy. Jest, jak na mnie, wyjątkowo mało subiektywna - uważam, że dobrze by było, żeby każdy stosował się do większości z tych punktów. Oczywiście zapraszam też do dyskusji i do podsyłania własnych propozycji kolejnych punktów!

1. Jeśli Twoja praca zmusza Cię do notorycznego mijania się z prawdą - to nie jest praca dla Ciebie.


Kiedy ktoś dziwił mi się głośno jakiś czas temu, że jestem taka wiecznie prawdomówna, odpowiedziałam, że tak jest po prostu wygodniej. Życie kłamcy musi być strasznie trudne, każde kłamstwo trzeba wielokrotnie uwiarygadniać, trzeba zawsze pamiętać, jaką wersję się komu przekazało, uważać na każdym kroku, by nikt nas nie nakrył na mijaniu się z prawdą. Straszna harówka. Dlatego nawet jeśli sytuacja w jakiś sposób skłania mnie do częściowego nagięcia prawdy, staram się mimo wszystko nie powiedzieć nic, co byłoby w stu procentach nieprawdziwe i zmyślone.

Nie chodzi mi jednak o to, żeby apelować tutaj do Twojej moralności. Jeśli uważasz, że musisz od czasu do czasu trochę pokłamać, żeby sprzedać Twój produkt, to widocznie nie jest on aż taki dobry to rób tak, Twoja sprawa. Ja chciałabym Cię przestrzec jedynie przed sytuacją, w której pracodawca wymaga od Ciebie, żebyś nigdy nie mówił/a prawdy o jakimś aspekcie Waszej działalności. Przykładowo: punkt sprzedaży, który musisz nazywać wystawą. Albo umowa, którą dajesz klientowi do podpisania i robisz wszystko, by jej nie przeczytał, bo wiesz, że w przeciwnym razie podpisu nie będzie. Firma, która zmusza pracowników do kłamstwa, najprawdopodobniej nie działa w pełni legalnie. Jeśli Twój pracodawca nie ma skrupułów, żeby okłamywać klientów, jaką masz pewność, że będzie uczciwy wobec Ciebie?

2. Jeśli zdarzyło Ci się w ciągu miesiąca nie zarobić nic - nie traktuj tej pracy jako źródła utrzymania.


No dobra, może to była wyjątkowa sytuacja, pierwszy miesiąc na rozruszanie, w drugim miesiącu już udało Ci się wyrównać straty i czujesz się spokojna/spokojny, że to się nie powtórzy. W przeciwnym razie nawet nie zastanawiaj się, czy warto. Jeśli masz inne źródło dochodów i ta praca to tylko taka odskocznia, która od czasu do czasu generuje zyski, to jasne, baw się. Tylko tak możesz to traktować.

Jeśli zdarzył Ci się jeden bezdochodowy miesiąc, za jakiś czas może się zdarzyć następny. Bo życie bywa zaskakujące, są wypadki losowe, są choroby, są sytuacje, w których ciężko się skupić na pracy. Może się zdarzyć, że nie w każdym miesiącu coś zarobisz. Za to z całą pewnością w każdym miesiącu musisz płacić, musisz kupować, musisz jeść i żyć. Każdy miesiąc bez jakiegokolwiek pieniężnego wpływu to mała katastrofa dla Twoich oszczędności. O ile je masz. Jeśli trwasz w takiej katastrofie, bo spodziewasz się, że następny miesiąc przyniesie Ci wspaniały zarobek - uważaj, to droga donikąd. Kiedy wreszcie nadejdzie ten "tłusty miesiąc", będziesz mieć tyle strat do wyrównania, że pewnie nawet nie odczujesz tej tłustości.

3. Jeśli w Twojej firmie jest duża rotacja pracowników - traktuj tę pracę jako tymczasową.


Nie łudź się. Ci ludzie nie odchodzą bez powodu. Są dwie możliwości: albo to jest praca typowo tymczasowa i wszyscy traktują ją jako trampolinę, z której wybiją się w poszukiwaniu ciekawszych opcji, albo coś jest nie tak. Może szef źle traktuje pracowników? Nie myśl, że Ciebie to ominie. Może wynagrodzenie jest za niskie? Praca zbyt wyczerpująca, frustrująca, łatwo o wypalenie zawodowe? Możliwości są różne, rezultat jeden: to nie jest praca dla Ciebie.

Czy istnieje szansa, że akurat Ty będziesz tą osobą, która zostanie tam na stałe? Oczywiście, że tak. Czy to jest bardzo prawdopodobne? Oczywiście, że nie. Możesz spróbować, ale nie usuwaj jeszcze kont z portali z ogłoszeniami o pracy. Możesz ich wkrótce znowu potrzebować.

4. Nie szukaj klientów wśród znajomych.


Chyba że sami chcą stać się Twoimi klientami.
Wiem, to może być kontrowersyjny punkt, pewnie wielu z Was oparło swój biznes na szukaniu klientów w gronie znajomych. Pewnie dla niejednej osoby stało się to punktem wyjścia do sukcesu zawodowego. Jeśli podejmiesz się tego umiejętnie, to śmiało, zignoruj moje obiekcje. Uważaj tylko na sytuację, w której relacje zawodowe zaczną się mieszać z prywatnymi. Nie dopuść do tego, by Twoi znajomi wiecznie zastanawiali się, czy chcesz się z nimi spotkać, bo ich lubisz, czy to już jest spotkanie biznesowe. A już najbardziej ryzykowne są sytuacje, kiedy pojawia się między Wami tajemnica zawodowa. Jeśli Twój znajomy powiedział Ci o czymś delikatnym i poufnym, bo wymagała tego Wasza współpraca finansowa, to nawiązywanie do tej wiedzy w Waszych rozmowach pozabiznesowych jest co najmniej niestosowne.

I pamiętaj: jest dobrze, kiedy jest dobrze. Nie życzę Ci nigdy sytuacji, kiedy z powodu złego obrotu spraw stracisz i biznes, i znajomych.

5. Jeśli szukasz pracy zdalnej przez Internet, zwiększ ostrożność o 300%!


Z prostej przyczyny: łatwiej tutaj o oszustów. Internet ciągle jeszcze daje pozór anonimowości i bezkarności, co przyciąga takie nieuczciwe jednostki. Koncepcja zarabiania przez Internet jest jeszcze czymś na tyle nowym, że na dobrą sprawę niewiele wiadomo o różnych sposobach oszukiwania i wręcz okradania ludzi przez internetowych "pracodawców". Jednym z najczęstszych jest wyłudzanie poufnych danych osobowych. 

Oczywiście nie twierdzę, że trzeba za wszelką cenę unikać takiej pracy. Jeśli trafisz na uczciwego pracodawcę, masz szansę na satysfakcjonujące zarobki i wyjątkowo dogodne warunki pracy. Szukaj osób sprawdzonych, najlepiej jeśli ktoś z Twoich znajomych może Ci kogoś polecić. 

Jeśli widzisz atrakcyjną ofertę pracy zdalnej, a nie wiesz nic o pracodawcy, uważaj przede wszystkim na to:
  • czy nazwa firmy jest Ci znana? Czy osoba, która zaoferowała Ci pracę, starała się w jakiś sposób ukryć przed Tobą nazwę firmy i dane osób reprezentujących firmę?
  • czy obiecano Ci wysokie wynagrodzenie "za nic"? Nikt nie rozdaje pieniędzy bez powodu. 
  • uważaj na wszelkiego rodzaju umowy próbne, zadania próbne. Możliwe, że tylko do tego "pracodawca" Cię potrzebuje.
  • nie dopuść do sytuacji, które w jakikolwiek sposób obciążają Cię finansowo, do żadnych zabiegów w stylu Ty kupisz, a "pracodawca" Ci odda. Nie odda.
Zachowaj czujność na każdym etapie. O ile to możliwe, nalegaj na bezpośredni kontakt i spotkanie. Nadal nie daje Ci to żadnej gwarancji, że trafisz na uczciwą osobę, ale przynajmniej widzisz, dla kogo pracujesz. Znika ten pozór anonimowości, którego wielu szuka w Internecie.

6. Przemyśl dobrze, zanim zdecydujesz się na nienormowany czas pracy.


Jest sporo prawdy w tym, co mówią: jeśli masz nienormowany czas pracy, to znaczy, że pracujesz cały czas. Nienormowany czas pracy oznacza tyle, że musisz go sobie unormować samodzielnie, uważając na liczne pułapki. 

Jeśli pracujesz w ten sposób, nie obruszaj się na znajomych, którzy twierdzą, że masz bardziej elastyczny czas pracy niż oni. Trudno odmówić im racji. Kiedy oni muszą załatwić coś w godzinach pracy, biorą urlop. Ty po prostu idziesz i załatwiasz. Niestety, tu już kryje się pułapka. Łatwo możesz stać się osobą, która zawsze ma czas, zawsze pójdzie i załatwi. Pracę, z którą się wówczas nie wyrobisz, odrabiasz wieczorami. Albo w ogóle, co może przełożyć się na Twoje wyniki finansowe.

Przy nienormowanym czasie pracy rzadko możesz pozwolić sobie na komfort: wybiła godzina, kończę pracę, do końca dnia w ogóle o niej nie myślę. Może się zdarzyć, że myślami będziesz w pracy cały czas, aż do zaśnięcia. Obudzisz się rano i znowu jesteś w pracy. 

Wydaje mi się, że najlepszym sposobem na nienormowany czas pracy jest potraktowanie jej jak etat na Twoich warunkach. Wyznaczasz sobie godziny pracy i trzymasz się ich. Wolny dzień traktujesz jak urlop i bierzesz go tylko wtedy, kiedy naprawdę musisz. Pracę po godzinach traktujesz jak nadgodziny i nie pozwalasz, by zdarzały się zbyt często. 

Przy okazji: im mniej znajomych wie o tym, że masz nienormowany czas pracy, tym lepiej dla Ciebie ;)

7. Jeśli szef na Ciebie krzyczy, to jest to mobbing.


To jest tak proste, że aż dziwne, jak wielu ludzi zdaje się tego nie dostrzegać. Agresja nie jest formą zarządzania pracownikami. Jasne, każdemu mogą puścić nerwy. Niektórzy mają słabe nerwy. Ale bez przesady - jeśli jesteś na tyle kiepskim pracownikiem, że regularnie wyprowadzasz szefa z równowagi, to czemu Cię jeszcze nie zwolnił? Widocznie jednak ceni Cię na tyle, żeby chcieć z Tobą współpracować. Agresja to nie jest współpraca.

Powiesz mi: dobra, ale ja potrzebuję bata nad sobą, żeby lepiej pracować? Twoja sprawa, ale moim zdaniem taka relacja między szefem i pracownikiem ma rację bytu jedynie wtedy, gdy pracownik sam umówi się z szefem na tego "bata". Nie można z góry zakładać, że takie zachowania są dopuszczalne.

Co sądzisz o moim zestawieniu? Może zechcesz dopisać coś do listy?