czwartek, 24 września 2020

Zabawa w "Co mama powiedziała?"

Niewykluczone, że przydadzą się Wam chusteczki, jeśli wzruszycie się tak, jak ja. A może po prostu uśmiechniecie się razem ze mną :)

Wiecie, często czuję, że nie jestem dobrą mamą. Podobno takie wątpliwości świadczą o tym, że jest wręcz odwrotnie ;) Ale jak być zadowoloną z siebie, gdy starszy synek odjeżdża do przedszkola z płaczem, bo chciał zapiąć pasy w foteliku sam, a rodzice mu nie pozwolili? Jak wierzyć, że ma się wszystko pod kontrolą, gdy zbliża się północ, a młodszy synek, zamiast spać, idzie do kuchni połaskotać lodówkę? (Dosłownie, stoi przed lodówką i robi gili-gili). Regularnie mam poczucie, że nie do końca sobie radzę z tymi dwoma wulkanami energii.

Ale każdego dnia zdarzają nam się też cudowne chwile :)

Im starszy jest Robert, tym większego zaangażowania wymagają ode mnie zabawy z nim. Stanowi to dla mnie pewne wyzwanie, bo przeważnie dostrzegam w tych zabawach monotonię, której on nie widzi. Wyścigi autek są dla niego równie fascynujące za każdym razem, mimo identycznego przebiegu i finału.

Jednak cieszę się, że mogę w tym uczestniczyć. Uwielbiam patrzeć na jego radość, gdy bawimy się razem, słyszeć jego śmiech i zachwycać się tym, jak bardzo rozwinęła się jego mowa.

Wczoraj zabawa przybrała zaskakujący obrót. Gdy autko-policjant dogoniło drugie autko, Robert wyprostował się, spojrzał na mnie i zapytał: "Co mama powiedziała?".

Jako że znałam scenariusz zabawy, odpowiedziałam spokojnie, że "należy jechać powolutku", bo tak właśnie policjant pouczał do tej pory kierowcę drugiego autka.

Tym razem jednak, zamiast kontynuować zabawę, Robert nadal patrzył na mnie wyczekująco i pytał: "Co jeszcze mama powiedziała?". 

"Że trzeba być ostrożnym", wymyśliłam.

"Bardzo dobrze, trzeba być ostrożnym i nie biegać! Co jeszcze?".

Przed moimi oczami pojawiła się mała rączka, przygotowana do tego, by zacząć wyliczanie na paluszkach. Wyglądało na to, że miałam pięć szans. Pięć zdań, które mój trzylatek powtórzy po mnie.

"Stół z powyłamywanymi nogami!", palnęłam chyba z ciekawości.

Nie wprawiłam Roberta w zakłopotanie.

"Tak, masz rację", podjął rzeczowo. "Stół z połamanymi nogami, dlatego trzeba uważać, żeby się nie uderzyć. Co jeszcze mama powiedziała?".

Coraz bardziej zafascynowana, świadoma też, że mąż w drugim pokoju przysłuchuje się zabawie równie rozbawiony i dumny jak ja, brnęłam dalej:

"Czarna krowa w kropki bordo!".

"Tak, masz rację!", ucieszył się znowu Robert. "Czarna krowa też może tu przechodzić, dlatego trzeba jechać powolutku. Co jeszcze mama powiedziała?".

Kolejny paluszek. Zaczął ogarniać mnie niepokój. Rozumiecie, taka okazja, wszystko, czego chciał ode mnie synek w tym momencie, to żebym dalej mówiła do niego, a ja... nie wiedziałam, co powiedzieć! Nie miałam pomysłu, jak wykorzystać te dwa zdania, które jeszcze mi zostały. Próbowałam dalej z rymowankami, przypomniałam wierszyk, którego uczyli się w przedszkolu. Robert powtórzył oba zdania, za każdym razem dodając cos od siebie. Potem zadowolony wrócił do zabawy autkami.

Patrzyłam na niego i czułam, że zmarnowałam szansę.

Tyle jest rzeczy, które chcemy przekazać naszym dzieciom. Tylu z nich nie wypowiadamy, bo wydają się pewne, oczywiste, nie zastanawiamy się nad nimi. Tyle słów umyka w codziennym szumie, w rozproszeniu, zagłusza je nadmiar bodźców. Często tak bardzo liczymy na to, że zostaniemy uważnie wysłuchani.

Zabawa mojego synka polegała na tym, że chciał słuchać, co jego mama ma do powiedzenia. A o czym ja mówiłam? O krowach w kropki bordo?

"Robert...", odezwałam się znowu. "Mama chce Ci jeszcze coś powiedzieć".

Zatrzymał się, zaciekawiony. Śliczne, błyszczące niebieskie oczka patrzyły na mnie z wyczekiwaniem.

"Mama powiedziała, że bardzo kocha Roberta".

"Tak, masz rację!"

"Mama i tata bardzo kochają Roberta i Michałka", uzupełniłam. Robert z radością powtórzył.

"Mama powiedziała, że Robert i Michałek są kochanymi, mądrymi, wspaniałymi chłopcami i jesteśmy z nich z tatą bardzo dumni".

"Mama powiedziała, że uwielbia spędzać czas z Robertem i Michałkiem".

"Mama powiedziała, że Robert i Michałek maja prawo marzyć, o czym tylko chcą i pewnego dnia będą mogli spełnić te marzenia".

"Mama powiedziała, że Robert i Michałek mają jeść codziennie dużo pysznych rzeczy, a potem starannie myć zęby!".

Wymieniałam długo, co jeszcze chciałam mu przekazać. Tym razem nie było odliczania. Mówiłam i mówiłam o tym, co najważniejsze, a Robert powtarzał po mnie i cieszył się przepięknie z każdego zdania.

Mam nadzieję, że ta zabawa stanie się częścią naszej rutyny na równi z wyścigami autek. Wiem, że następnym razem nie zabraknie mi już słów.



piątek, 18 września 2020

Krzyk


Wiedzcie, że planowałam na dzisiaj tekst o innej tematyce. Dużo lżejszy, sympatyczniejszy.

Kiedy jednak poznałam skandaliczny wyrok sądu wrocławskiego w sprawie czternastoletniej dziewczynki zgwałconej przez dorosłego kuzyna, uznałam, że nie mogę zostawić tego tematu bez komentarza. Dlaczego nie mogę? Bo od lat staram się żyć w myśl zasady, że kto milczy, ten się zgadza. Co za ironia! Gdy chodzi o reakcję na czyjąś krzywdę, te słowa wydają mi się nieskończenie prawdziwe i adekwatne. Ale gdy to nam dzieje się krzywda… To już nie jest takie proste.

Kto milczy, ten się zgadza

Świat wysyła nam sprzeczne sygnały. Świat – a ściślej mówiąc, władza, media, społeczeństwo, politycy, wymiar sprawiedliwości. Z jednej strony oczekuje się od nas krzyku, jednoznacznej walki o swoje prawa, bo jeśli nie walczymy, to widocznie się zgadzamy. Z drugiej strony – mamy być grzeczni, uprzejmi, nie urazić nikogo, nie obrazić żadnego symbolu ani instytucji. Owszem, pisząc „my” mam na myśli nie tylko czternastoletnie dziewczynki, nie tylko kobiety, ale też inne grupy społeczne i mniejszości, którym zagraża przemoc.

Ale skupmy się na razie na dziewczynce. Czternastolatka, dorastająca dziewczyna w wieku, w którym zgodnie z obowiązującym prawem nie jest jeszcze w stanie świadomie wyrazić zgody na stosunek seksualny. Spędzała święta u rodziny, spała sama w łóżku kuzyna, którego nie było wówczas w domu. Wrócił nad ranem, pijany. Zgwałcił ją. Dlaczego nie krzyczała? Powody mogły być różne. Może znieruchomiała w szoku, w reakcji obronnej podyktowanej przez instynkt lub wyuczonej – wielokrotnie spotkałam się z radą, że w obliczu zagrożenia przemocą należy zachowywać się spokojnie, by nie rozjuszyć napastnika. Może kuzyn zastraszył ją lub zawstydził. Może nie chciała obudzić pozostałych członków rodziny, bo bała się ich gniewu.

Zdarzyło się Wam kiedyś znieruchomieć, nie umieć zareagować w obliczu zagrożenia? Koleżanka opowiedziała mi raz o pewnej sytuacji, która jej się przydarzyła. Szła ruchliwą ulicą i zobaczyła nagle małe dziecko, które biegło wprost na nią, a za nim kobietę próbującą je dogonić. Koleżanka zastygła w bezruchu, dziecko ją ominęło. Jak mówiła później, żałowała, że nie pomogła go zatrzymać, ale nie była w stanie nic zrobić, czuła się sparaliżowana. Na szczęście nie stało się nic złego.

A może zdarzyło się, że nie umieliście przeciwstawić się komuś z obawy przed gniewem, upokorzeniem lub bólem fizycznym?

Błędem jest ocenianie sytuacji w oparciu o reakcję osoby zagrożonej. Takie reakcje nie muszą być racjonalne. Przestępstwo pozostaje przestępstwem.

Krzyk

Czasem krzyczałam, gdy czułam się zagrożona. Krzyk, ekspresja to dla mnie naturalna reakcja, gdy nie mogę sobie poradzić z niebezpieczną sytuacją.

Pamiętam, jak głośno wrzeszczałam, gdy podczas spaceru mój mały psiak (nie Fortis, mowa o zdarzeniu sprzed lat i o innym psie) został zaatakowany przez wielkiego wilczura. Krzyk to jedyne, co mogłam wówczas zrobić, okazał się zresztą dość skuteczny – zaalarmował ludzi, którzy nam pomogli.

Znacznie więcej było jednak takich sytuacji, w których nie krzyczałam. W końcu tego się nas uczy: bądź cicho, bądź grzeczna, nie rób hałasu. Z reguły mój krzyk, o ile nie przydawał się do ratowania życia psa, był bardzo źle odbierany. Spotykałam się z jego powodu z karaniem, pouczaniem lub też z zawstydzaniem. Aby moje zachowanie uznano za akceptowalne, musiałam się nauczyć bierności i milczenia.

Nie zwracaj na niego uwagi, to się odczepi.

Udawaj, że nie słyszysz. Udawaj, że cię to nie rusza.

Nie śmiałabym porównywać moich doświadczeń do horroru, jaki przeżyła dziewczynka zgwałcona przez niemal dwukrotnie starszego, pijanego kuzyna… Ale wielokrotnie zetknęłam się z przemocą. Głównie werbalną i psychiczną, znacznie rzadziej fizyczną. Darujcie, że nie będę się rozpisywać na ten temat, jeszcze wczoraj nie spodziewałam się, że w ogóle do niego nawiążę.

Nie krzyczałam. Udawałam obojętność. To czasem przynosiło rezultaty. Czasem nie.

Moja bierność trochę psuła zabawę agresorom, ale też zapewniała im bezkarność. Może gdybym reagowała, stałabym się w końcu zbyt kłopotliwa. Może narobiłabym im problemów. Może trzeba było krzyczeć. Zachować się niegrzecznie, urazić, obnosić się ze swoją niezgodą na przemoc.

Mogę tylko zgadywać, ile osób każdego dnia mierzy się z tym samym. Ile dziewcząt, ilu chłopców. Ile kobiet, zbyt atrakcyjnych, by przejść spokojnie przez ulicę, lub przeciwnie, uznanych za nieatrakcyjne i odbiegające od normy, wyśmianych, zawstydzonych. Ilu mężczyzn, których inni uznali za mało męskich. Ilu przedstawicieli mniejszości, którzy przez całe życie uczą się przystosowywać do niesprzyjającego im otoczenia. Ile osób każdego dnia spotyka się z zagrożeniem, z naruszeniem ich intymności, z przemocą.

Mam ten przywilej, że czuję się bezpieczna – tu gdzie jestem, z rodziną, którą kocham, w domu, w którym mi dobrze. Nic mi nie zagraża. Nie muszę się bać. I nie będę obojętna. Nie pominę tematu, nie przemilczę, nie uznam, że krzywda nieznanej mi dziewczynki i setek nieznanych mi osób to nie moja sprawa.

Będę krzyczeć.




poniedziałek, 7 września 2020

Było sobie lato

Wrzesień miał w tym roku mocne wejście. Wraz ze zmianą kartki w kalendarzu obudziliśmy się w nowej rzeczywistości, w której wieje chłodny wiatr, niebo zasnuły szare chmury, a dni wydają się nagle o wiele krótsze.

Kiedy byłam mała, początek września wyznaczał dla mnie koniec lata. Teraz czuję się podobnie i trochę nie dowierzam w te kilkanaście dni astronomicznego lata, które są jeszcze przed nami. Za oknem widzę jesień.

Lato 2020 było specyficzne chyba dla nas wszystkich.

Tegoroczne lato


Bardzo dobrze pamiętam, co robiłam przez cały lipiec i sierpień, i choć lato przeminęło trochę obok mnie, nie mam poczucia zmarnowanego czasu.

Pisałam. Najpierw powieść, później opowiadanie, dwa zupełnie nowe teksty, niezwiązane z moimi wcześniejszymi projektami. Oba dopracowywane pod pewną presją czasu, by zdążyć przed upływem terminu. Powieść wysłałam na konkurs, opowiadanie - do antologii.

Rozpoczęcie i doprowadzenie do końca dwóch nowych projektów literackich pozwoliło mi odczuć, że nie jestem przywiązana do jednej historii i jednego pomysłu. Wręcz przeciwnie, pomysłów mi nie brakuje. Codzienna, intensywna praca nad tekstem literackim była cennym treningiem i zarazem sprawdzianem: czy to jest właśnie to, co chcę robić? Tak, zdecydowanie odpowiedź brzmi: tak.



Nie pojechaliśmy nigdzie na wakacje. Rzadko spotykaliśmy się z przyjaciółmi i z rodziną. Czas umilały nam spacery, jednodniowe wypady w ciekawe miejsca, i przede wszystkim - szaleństwo w ogrodzie. 

Nie odbył się ani jeden Festiwal Kolorów. Niektóre ważne rodzinne uroczystości musiały zostać odwołane. Nie zrobiliśmy, jak co roku, imprezy dla znajomych z grillem i basenem. Niemal pod każdym względem te wakacyjne miesiące wyglądały inaczej niż zawsze.

Marzy mi się...


... świat bez COVIDa, naturalnie. Nie jestem w tym odosobniona. Marzy mi się, że spotykamy się w dużym gronie i nikt nie musi się zastanawiać, czy zachowane zostały normy bezpieczeństwa. Marzę o beztroskim wymienianiu uścisków na powitanie i jedzeniu chrupek z jednej paczki, bez obawy, czy to higieniczne. Czy taki świat wróci? Nie mam pewności. Może ten poziom beztroski opuścił nas na dobre. Może z czasem przyzwyczaimy się do nowych reguł gry i przestaniemy za tym tęsknić.

Marzą mi się podróże, te wszystkie miejsca, o których rozmawiamy co roku z mężem i za każdym razem coś nam wypada, że nie możemy jechać. Jak żartują niektórzy - w tym roku po raz pierwszy nie polecieliśmy na Malediwy z powodu pandemii. Wcześniej to było z braku kasy :D Wiem, że wiele osób podróżuje nawet teraz, i że dla chcącego nic trudnego... Przyznaję zatem, że nasza chęć podróżowania to raczej fantazja niż konkretny plan. Nie ukrywam też, że trochę obawiam się podróżowania z dwójką małych dzieci. Może poczekamy, aż podrosną ;)

Marzę o spontaniczności, braku planowania, o tym, że pewnego dnia wsiadamy w auto i jedziemy na drugi koniec Polski, bo tak się nam właśnie umyśliło. Marzę o znalezieniu śmiesznej nazwy na mapie i podjęciu w pięć minut decyzji, że jedziemy tam. To byłoby w naszym stylu. Wierzę, że kiedyś tak zrobimy.


Wrzesień


Jak dotąd, wrzesień okazał się dla nas łaskawy. Wiem, że to niemądre chwalić go teraz, gdy minął zaledwie tydzień i jeszcze wiele może nas zaskoczyć. Ale patrzę, co dzieje się wokół, i nie mogę nie docenić faktu, że moje dzieci chodzą do sprawdzonego, dobrego przedszkola, nie przeżyły z początkiem września żadnego szoku, nie muszą się na szybko przystosowywać do nieznanej sytuacji. Widzę, z czym musicie się borykać, rodzice dzieci chodzących do szkoły. Trzymam mocno kciuki za Was i za Wasze pociechy. Będzie lepiej, zobaczycie. Najtrudniejsze zawsze są początki.

Jesteśmy zdrowi, bezpieczni, czasem trochę zmęczeni, czasem dopada nas zniechęcenie, Ale omijają nas wielkie wstrząsy. Staramy się doceniać to, co mamy.

Żegnaj, lato, na rok!


Powtarzalność pór roku to jedna z największych zalet upływającego czasu. Rok temu w kalendarzu widniała ta sama data. Jak wiele od tego czasu zdążyło się wydarzyć, prawda?

Jeśli lato 2020 nie do końca Cię zadowoliło, poczekaj na to następne, 2021. Ono ma szansę nadrobić to, w czym poprzednie zawiodło. A po nim przyjdą jeszcze inne. Może nie warto oglądać się wstecz, skoro tyle jeszcze przed nami.

Kiedyś bardzo zależało mi na tym, by wykorzystać do ostatka każdy dany mi dzień. Wakacje, świąteczne dni, szczególne okazje. Teraz, choć jestem starsza, podchodzę do tego z większym spokojem. Nie marnuję czasu, ale też nie martwi mnie jego upływ. Przecież nigdzie się jeszcze nie wybieram.





piątek, 14 sierpnia 2020

Siedem lat szczęścia.

Fot. Sylwia Łęcka


Tak kiedyś miał się nazywać ten blog. Siedem lat liczyłam wówczas od - dajmy na to - dnia, w którym zrozumiałam, że jeśli chcę być szczęśliwa, to muszę zacząć szukać tego szczęścia gdzie indziej niż szukałam do tej pory. I znalazłam je!:)

Dziś myślę jednak o innej rocznicy, która miała miejsce kilka dni temu. O siódmej rocznicy naszego ślubu kościelnego :)

Co zmienił ślub kościelny?

Pisałam kiedyś już o tym, co zmienił w moim życiu ślub cywilny, który odbył się rok wcześniej. Jeśli miałabym porównać, które z tych wydarzeń stanowiło większą zmianę w naszym życiu - przyznam, że nie do końca potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie. Oba śluby były ważne. Kiedy ktoś pyta nas, od jak dawna jesteśmy małżeństwem, przeważnie odpowiadamy, że od ośmiu lat. Jednak gdy wracamy myślami do dnia naszego ślubu, częściej wspominamy jednak ten kościelny.

Oboje jesteśmy wierzącymi osobami. Zawarcie małżeństwa jako sakramentu miało dla nas wielkie znaczenie i wbrew temu, co niektórzy sądzili, było naszym celem od samego początku, to znaczy od dnia zaręczyn.

Choć duchowy aspekt był dla nas najważniejszy, zależało nam również na ładnej oprawie, pięknej muzyce, strojach, kwiatach, weselu - trochę tradycyjnym, ale jednak w "naszych" klimatach, na dobrej zabawie w gronie bliskich nam osób... No i zależało nam też na pięknych strojach :)

Fot. Sylwia Łęcka

Nie jest to rzecz, z której byłabym wybitnie dumna, ale - jeszcze jako mała dziewczynka wymarzyłam sobie wygląd mojej sukni ślubnej. To znaczy, zmodyfikowałam trochę ten dziecięcy projekt w oparciu o sugestie mojego męża. Tak powstał projekt sukni idealnej :) 

Całości stroju dopełniły buty, których historię opowiadałam Wam już kiedyś. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jesteśmy typową parą młodą.

Zrobiliśmy wiele, żeby ten dzień miał nasz własny, indywidualny charakter. Zamiast typowej weselnej kapeli, grał nam zespół rockowy. Było też karaoke. Zatańczyliśmy do ulubionej romantycznej piosenki, ale wpletliśmy w nią również zaskakującą, szybką wstawkę. W podziękowaniach dla rodziców pomogły nam muppety :) 

Fot. Marcin Tytko

Nawet figurki na torcie weselnym były jedyne w swoim rodzaju!

Fot. Sylwia Łęcka


Siedem lat małżeństwa - siedem chudych lat?

Po szalonym, nietypowym, nieszablonowym weselu zaczęło się małżeńskie życie codzienne. W nowym domu, bo nasza przeprowadzka ostatecznie niemal zbiegła się w czasie ze ślubem. W tym samym tygodniu przewoziliśmy meble i szliśmy do ołtarza :D

Jesteśmy dobrym, szczęśliwym małżeństwem. Nieraz jednak myślę o tych pierwszych siedmiu latach jako tych najtrudniejszych, "chudych", po których nadejdą następne, lepsze, spokojniejsze. Można to ująć tak, że patrzę z nadzieją w przyszłość :)

Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam tuż po ślubie, było podpisanie dużej, znaczącej umowy z ważnym klientem. Za to następną rzeczą było potknięcie się na dziurze w asfalcie – nie, to nie jest przenośnia :) Nie chodziłam i nie pracowałam przez następne dwa miesiące. Strach pomyśleć, jak wpłynąłby na moje życie jakiś poważniejszy wypadek, skoro skutki drobnego, niegroźnego złamania odczuwałam jeszcze przez lata, a właściwie gdzieś tam pośrednio nadal je odczuwam.

W ciągu pierwszych dwóch lat naszego małżeństwa odebraliśmy dwie bardzo gorzkie lekcje od losu. Pierwsza brzmiała tak: to, że chcecie mieć dziecko, wcale jeszcze nie znaczy, że będziecie mieć dziecko. Druga: szybki i niespodziewany sukces zawodowy może skutkować bolesnym, bolesnym upadkiem. Gorszym niż potknięcie na asfalcie, choć fizycznie bezbolesnym.

Rok 2014 był katastrofą. Rok 2015 był rokiem lizania ran, składania siebie na nowo do, pardon my French, kupy, i przede wszystkim rokiem próbowania, próbowania, próbowania. Jedyne, co było w tym piękne to, że byliśmy w tym razem. 

Kolejny rok przyniósł cud - Roberta :) Na pewno pisałam Wam już, że pierwsza ciąża była dla mnie cudownym doświadczeniem, był to jednak również trudny, stresujący czas. Miałam w pamięci to, co zawsze słyszałam o kobietach w ciąży, że nie wolno im się denerwować... I drżałam o nasze dziecko.

Rodzicielstwo wynagrodziło nam te trudne początki, a druga ciąża pokazała mi, jak bardzo relaksujące, piękne i radosne może być oczekiwanie na dziecko. Przynajmniej do momentu, kiedy nie wysiadło mi zdrowie :D

Mam wrażenie, że minione siedem lat, choć cudowne i pełne miłości, przeciągnęło nas jednak przez spore koleiny. Z chęcią przyjmiemy teraz siedem tłustych lat! To znaczy, mam nadzieję, że ta tłustość nie będzie dotyczyła naszych gabarytów, a przynajmniej nie tylko ich!

Siedem lat szczęścia.

Bez względu na różne trudności, jakie napotkaliśmy – nie miejcie wątpliwości, że to był czas pełen pięknych chwil. Dobrych wspomnień jest o wiele więcej niż tych złych. To były lata pełne radości, śmiechu, wspaniałych imprez, śpiewu, spotkań z przyjaciółmi, wycieczek w piękne miejsca… Nawet z trudniejszych dni staraliśmy się zawsze wyłuskać to, co było w nich najlepsze. Każde wyzwanie traktowaliśmy jak ciekawą przygodę, urozmaicenie, szansę na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wracamy do tych wspomnień z przyjemnością.

Fot. Janusz Bilski

Fot. Agata Łudzik

 
Fot. Andrzej Dymek


Szanowne życie, losie, przeznaczenie, szczęśliwa gwiazdo – dziękujemy za te siedem lat :) i prosimy o więcej!



piątek, 24 lipca 2020

Blogi warte polecenia i ludzie pełni pasji, czyli "BLOGS from HEART" 2020



Plan był nieco inny. Miałam zamiar napisać ten tekst, by zachęcić Was do oddawania głosów na blogi, które moim zdaniem na to zasługują. Brakło mi jednak czasu, by pochylić się nad blogiem, przez co powoli zaczął on tutaj zarastać pajęczynami... Każdą wolną chwilę zajmuje mi praca nad książką. Niedługo opowiem Wam o niej więcej :)

W każdym razie, głosowanie w konkursie "BLOGS from HEART" dobiega dziś końca, jest bardzo możliwe zatem, że gdy traficie na ten tekst, będzie ono już zakończone. Zachęcam jednak do czytania! Zobaczycie zaraz listę linków do świetnych blogów, na które mogliście do tej pory nie trafić, a uwierzcie mi, są warte odwiedzenia. Może któryś z nich zainteresuje Was na tyle, że zaczniecie go regularnie odwiedzać?

Nie jestem w stanie omówić wszystkich blogów konkursowych, jak sugerowała mi kiedyś jedna osoba w komentarzu. Darujcie, to byłoby naprawdę strasznie dużo pisania! Zamierzam jednak omówić ich całkiem sporo :)

Nie przedłużam - i zaczynam od mojej kategorii:

6. Blogi Pamiętniki i Pozostałe.


W tej kategorii polecam oczywiście głosować na blog o nazwie Szczęśliwa Siódemka :) Jego autorka, co prawda, milczała ostatnio w sposób karygodny, ale nie martwcie się, nadrobi to :) Jeśli trafiliście tu po raz pierwszy i nie wiecie jeszcze, co to za jedna, odsyłam Was do tekstu, z którego dowiecie się najważniejszych rzeczy o niej: "Kim jest ta cała Szczęśliwa Siódemka?".

No dobrze, a poza moim blogiem? Nieraz polecałam już Wam blog Mama na wypasie, który również pojawił się w tej kategorii. Jego autorka to jedna z tych blogerek, z którymi jest mi tak zwyczajnie, po ludzku po drodze ;) Poruszamy podobne tematy, zgadzamy się w wielu kwestiach. Na jej blogu poczytacie o blaskach i cieniach macierzyństwa, znajdziecie praktyczne porady, a także m.in. recenzje książek i gier. 

Wśród blogów, których wcześniej nie znałam (lub nie odwiedzałam ich zbyt często), moją uwagę zwrócił blog Pasje Weroniki - może dlatego, że to imię jest w pewien sposób bliskie mojemu sercu, a autorka bloga jest młodziutką dziewczyną pełną pasji, zdecydowanie wartą tego, by przyjrzeć się jej działalności :) Weronika mieszka w Bawarii i jest w niej zakochana, przybliża czytelnikom to piękne miejsce za sprawą swoich tekstów oraz naprawdę znakomitych fotografii. Z jej bloga możecie dowiedzieć się też o niemieckich piosenkach wartych posłuchania, o bawarskich trendach modowych oraz o tym, jak koronawirus wpłynął na życie w Bawarii ;) Weronika ma również bardzo dojrzałe przemyślenia na trudne nieraz tematy!


A w pozostałych kategoriach...

1. Blogi Kulinarne.


Uwielbiam tę kategorię! W końcu jedzenie i gotowanie to jedne z moich największych życiowych namiętności :)
Praktycznie wszystkie blogi z tej kategorii spowodowały, że ślinka mi pociekła, ale jeden spowodował trochę bardziej :D Przede wszystkim za sprawą apetycznych zdjęć! Myślę o blogu Słodko Słodka, który wbrew nazwie, zawiera przepisy nie tylko na desery, ale też m.in. na zachwycające ziemniaczane lilie lub na ogórki w zalewie pomidorowej. Ach, zgłodniałam!

Jeśli już mowa o nazewnictwie, to punkt za najbardziej urzekającą nazwę otrzymuje ode mnie blog Pieprzyć z fantazją :) Ciekawe, ilu czytelników zabłądziło tam i szukało treści innych niż kulinarne? Myślę jednak, że nawet ci, co zabłądzili, zostali na dłużej - choćby ze względu na cudnie wyglądające ciasto Balladyna! Albo na zupę z kurkami i tortellini z serem :)

2. Literatura i sztuka.


Kategoria szczególnie bliska mnie, pisarce :) A jednak mój głos jako pierwsza otrzymuje blogerka, która nie zajmuje się literaturą, a muzyką! Muzyczna Lista otrzymała zresztą mój głos również w tegorocznej edycji #shareweek. Co mnie najbardziej urzeka w tym blogu? Chyba dobór tematów, pomysły na teksty. Muzyka fascynuje mnie od zawsze. Myślę sobie, że gdyby przyszło mi kiedyś do głowy, by prowadzić blog o tematyce muzycznej, chyba robiłabym to w podobnym stylu jak Ola.

Na uwagę zasługuje też przepiękny wizualnie blog Mundus Artis, a w nim głębokie rozważania na temat malarstwa i znanych obrazów.

3. Styl Życia (LifeStyle).


Sporo blogów w tej kategorii, w tym również te, na które zagłosowałam już w innych :) Za serce chwycił mnie blog Myśli Potarganej, głównie za tekst pod tytułem "Czy można zrozumieć nastolatka?" - bo i tematyka, która mnie osobiście interesuje, i zdjęcie z moimi ukochanymi kolorkami... Tak się zdobywa mój głos i moje serce! :) 

4. Podróże i Odkrycia.


Ciężki wybór, choć blogów w tej kategorii mniej niż w innych :) Moim kryterium, gdy przeglądam blogi podróżnicze, jest przeważnie dobór zdjęć. I czy blog zawiera to coś, co sprawia, że mam ochotę przeglądać go przez długi czas, a może i zaglądać regularnie. Z tego względu mój głos otrzymały dwa blogi - Podróże z Kordulą za niesamowite zdjęcia z Indii oraz Od podróży do podróży - za różnorodność, zachwycające miejsca, bardzo przystępny wygląd bloga oraz za pokazywanie piękna nie tylko daleko za granicami naszego kraju, ale również w Polsce.

5. Pasje i Praca.


Ostatnia, choć nie ostatnia kategoria ;) Tu mój głos dożywotnio należy do Passion Piece, bo po prostu ją uwielbiam :) Nie znamy się osobiście, ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie jako wrażliwa, ciepła i zaangażowana osoba. Z wielką przyjemnością wspominam naszą współpracę! Poza tym niezmiennie podziwiam fakt, że Natalia pisze w dwóch językach, po polsku i po angielsku. To rzadko spotykane w blogosferze.


Co tu dużo mówić - zachęcam, zajrzyjcie, warto :) Na listach do głosowania znajdziecie też inne bardzo atrakcyjne adresy. Za każdym z nich kryje się osoba o wielkim sercu, pełna pasji :) Warto poświęcić jej chwilę uwagi!

Kończę, bo chcę jeszcze to wrzucić, póki trwa głosowanie... :D

sobota, 20 czerwca 2020

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło #3



Jest pewna rzecz, którą musicie wiedzieć o życiu w siódemkę (przypominam: czworo ludzi, trzy zwierzaki). Nasza codzienność jest jedną wielką przygodą!

Rytuały.


Rytuały poranne to, jak wiadomo, rzecz święta. Nie śmiałabym z tym dyskutować. Wiecie, co Robert musi, ale to musi zrobić każdego ranka? Musi przytulić każdą część garderoby, którą ma założyć. Przytulić spodenki, przytulić bluzę… To nie są zdawkowe uściski, każde przytulenie trwa odpowiednio długo i nieraz kończy się zaśnięciem ze spodenkami w czułych objęciach.

Przez pewien czas nie było mowy o umyciu zębów, jeśli nie poprzedziliśmy tej czynności dopasowaną tematycznie piosenką śpiewaną z podziałem na role :D

Rytuały przed snem są różne, zmieniają się w zależności od potrzeb. Czasem śpiewamy kołysanki. Najbardziej jednak rozczula mnie, gdy Robert wylicza (z moją drobną pomocą) wszystkie znane mu zwierzątka, które razem z nim idą spać. Małpeczka idzie spać, lew idzie spać, misio idzie spać… Czasem oprócz zwierzątek w zestawieniu pojawia się np. samochodzik albo traktor.

Co jest najlepszą zabawą?


Ostatnio atrakcją dnia jest rzucanie i odbijanie piłki, przy czym w zależności od humoru piłkę można odbić rękami, głową albo pupą. Michałek też z radością bierze udział w zabawie :) Robert pięknie dziękuje mu za każdym razem, gdy dostanie od niego piłkę.

Ale tego typu standardowe zabawy to, oczywiście, jeszcze nie wszystko! Co jeszcze lubią robić dzieci w wolnym czasie?

  • Kręcić kluczem. Robert nie umie jeszcze otworzyć ani zamknąć drzwi, ale samo próbowanie sprawia mu ogromną frajdę.
  • Biegać po ogrodzie w tę i z powrotem z okrzykiem: Rakieta Robert! Doszłam już do takiej wprawy, że po ułożeniu rąk rozpoznaję, czy po ogrodzie biega właśnie Rakieta Robert, czy Samolot Robert, czy też może Helikopter Robert (wtedy rączki robią śmigło nad głową).
  • A czasem po łóżku skacze mi Super Szczur. Bywa, że w moim staniku na głowie – wygląda jak wielkie uszy.
  • Czasem bawimy się w spanie. Ho-pśśś, ho-pśśś,,, To jedna z moich ulubionych zabaw.
  • A czasem bawimy się w groźne lwy. Żebyście tylko słyszeli lwi ryk Michałka!
  • Skoro o nim mowa – Michał jest jedyną znaną mi osobą na świecie, która potrafi się sama połaskotać i mieć z tego radochę. Leży na plecach, przebiera paluszkami po brzuszku, powtarza gili-gili i śmieje się serdecznie. Robert próbuje tego samego, ale z użyciem mojej miękkiej szczotki do włosów. Po czym zaraz okazuje się, że większą frajdę stanowi jednak łaskotanie brata.

Mowa jest złotem.


Michał, wbrew przewidywaniom, nie zaczął wcześnie chodzić. Mniej więcej przez pół roku dreptał przy meblach, zanim odważył się na samodzielne kroki. Natomiast rozwój mowy to już inna sprawa :) Jeszcze przed wspomnianymi pierwszymi krokami, z jego ust wydobywały się prawdziwe zdania, między innymi: „Ja chcę to”, „Nie chcę mleko”, „Nie ma halo” (to o sąsiedzie, który miał usta zasłonięte maską), czy też „Ty siku”.
Hm, pozostawię Waszym domysłom, w jakich wielce komfortowych okolicznościach usłyszałam to ostatnie zdanie…

Robert rozkręcił się z mówieniem do tego stopnia, że teraz opowiada bajki. Najczęściej zaczynają się one od słów „Przez cały dzień…”, przeważnie wybuchają w nich pożary i sytuację ratuje Strażak Sam. We wczorajszej bajce pojawił się też konik, który stał się smokiem i był niegrzeczny, a na koniec (już po interwencji Sama) były kwiatki i wszyscy powiedzieli „papa!”. Mówię Wam, dawno żadna bajka mnie tak nie wzruszyła do łez.



Przyznam, że lubię czasem posprzeczać się z Robertem. Podoba mi się, jak stara się postawić na swoim, nawet gdy nie ma w tym zbyt wiele sensu. Tak jak wtedy, gdy umówiłam męża na wizytę u lekarza. Kiedy mówiłam przez telefon, że przyjmie go pani doktor Baranowska, mój starszy synek, który był wtedy ewidentnie w nastroju Doktora No, zaprotestował głośno: „NIE BARANOWSKA, TYLKO OWIECZKA!”. Podobno pani doktor bardzo się ucieszyła z nowego nazwiska :)

Dola małżeńska.


Wiecie, co mówią a propos pandemii? Że u bezdzietnych małżeństw będziemy teraz obserwować falę ciąż, a u małżeństw z dziećmi – falę rozwodów… My, co prawda, nie mamy najmniejszego zamiaru się rozwodzić, rozumiemy jednak bardzo dobrze, dlaczego nikt nie spodziewa się fali ciąż u małżeństw, które już mają dzieci. 

Oczywiście, moje stanowisko jest niezmienne, żadnych kolejnych ciąż nie planujemy tak czy inaczej, niemniej pewne czynności, które niekoniecznie muszą prowadzić do ciąży, nadal są dla nas wielce atrakcyjną formą spędzania czasu. O ile nikt nam w nich nie przeszkodzi…

Sytuacja 1. Dzieci śpią, ja gaszę światło i dyskretnie czmycham po schodach piętro wyżej, gdzie już czeka mąż. Robi się coraz milej, aż w kluczowym momencie słyszę nagle „Mamo, gdzie jesteś?”, a potem dwa głosiki płaczą rozpaczliwie unisono.

Sytuacja 2. Mąż dość zamaszystym gestem chwyta mnie nieco poniżej pleców. Całkiem to przyjemne, jednak Robert ma inne zdanie. Stanowczo odsuwa rękę męża i mówi: „Tato! Jesteś niegrzeczny! Bijesz mamę? Idziesz na karę!”.

Sytuacja 3, moja ulubiona. Mąż tańczy, wdzięczy się w ruchach godnych egzotycznego tancerza. Po chwili za jego plecami pojawia się Robert, wymachuje rączkami i nóżkami na wszystkie strony i woła: „Mama! Ja też chcę ta-ta-ra-ta!”. Koniec, kurtyna, nastrój ulega zmianie, to znaczy nadal jest świetny, ale trochę w inny sposób. No i możecie sobie wyobrazić, jak często i w jakich sytuacjach przypomina mi się teraz to ta-ta-ra-ta… :D

Jedno jest pewne: nudno to z nimi nigdy nie będzie!
Poprzednie anegdotki z naszego życia codziennego znajdziecie tutaj i tutaj.

czwartek, 4 czerwca 2020

Pamiętam.



Pamiętam nasz taniec.

Królowa parkietu była ze mnie wówczas żadna, jak i przez większość mojego życia, więc nic dziwnego, że zapamiętałam taniec z chłopakiem. To nie zdarzało się często. A Ty miałeś w sobie coś, co intrygowało mnie od samego początku naszej znajomości.

I odprowadziłeś mnie na autobus. Prawdopodobnie nie było to dla Ciebie nic szczególnego, po prostu zadbałeś o bezpieczeństwo szurniętej małolaty. Nie miałeś pojęcia, że dałeś mi w tamtej chwili prezent na całe życie. Dałeś mi wspomnienie. To był mój bal Kopciuszka, moja pierwsza wielka impreza, na której poczułam prawdziwy smak bycia nastolatką. Bez alkoholu, ale i tak zaszumiało mi w głowie.

Nie mogę powiedzieć, żeby połączyła nas wybitnie bliska relacja, niemniej szczerze Cię lubiłam, o czym raczej wiedziałeś. Miałam też wrażenie, że widzisz mnie nieco inaczej niż wszyscy, widziałeś prawdziwą osobę pod nastolatką, która miotała się i gubiła w tym, kim jest i kim chciałaby być. W każdym razie zawsze byłeś dla mnie miły.

Potem nie widziałam Cię przez lata. Nie mam pojęcia, co się stało. Jedyna osoba, która próbowała porozmawiać ze mną o Tobie, przedstawiła sprawę w taki sposób, że właściwie to nie ma czego żałować, i tak nie byłoby z Ciebie nic dobrego. W sumie mam do niej o to żal.

***

Pamiętam Twój śmiech.

Często się razem śmiałyśmy, choć zdarzały się nam również poważne rozmowy. Chyba nie pamiętam Ciebie smutnej.

Byłaś genialna, i szokująco przy tym skromna. Gigantyczny mózg w delikatnej, dziewczęcej głowie. I kompletnie nie umiałaś śpiewać. Daruj, że pamiętam taką rzecz, ale byłaś jedną z zaledwie trzech znanych mi osób, które nie potrafiły powtórzyć najprostszej melodii. To też swego rodzaju wyjątkowość i tylko w ten sposób na to patrzyłam.

Pamiętam, jak mocno się zaangażowałaś, by pogodzić mnie z jednym naszym wspólnym znajomym. 

Kazanie na temat niejedzenia obiadów, które od Ciebie usłyszałam, też oczywiście pamiętam. Bardzo chciałabym Ci powiedzieć, że już dotarło do mnie to, co chciałaś mi przekazać... Ale niektórym ludziom naprawdę ciężko przyznać się do błędu, nawet po latach. Przyjmij po prostu, że doceniam troskę.

Byłaś chyba najbardziej delikatną osobą, jaką znałam. Dziewczyną-dzieckiem. Jasne, że wszyscy byliśmy wtedy bardzo młodzi, ale Twoja dziecięcość szczególnie rzucała się w oczy. Przypuszczam, że zachowałaś ją do końca.

***

Pamiętam Twój entuzjazm.

Wszystko w Tobie krzyczało: kocham to, co robię! Nic dziwnego, że mnie przekonałeś. Chciałam nauczyć się tego, co wychodziło Ci tak świetnie, chciałam iść po Twoich śladach.

Nadal czerpię z niektórych rzeczy, których mnie nauczyłeś. Gdy coś mi się nie udaje, pamiętam, jak patrzyłeś na mnie z podziwem i gratulowałeś mi, że się nie poddałam. Wytłumaczyłeś mi wtedy, że niepowodzenia często nie są naszą winą, że najlepsze, co można zrobić, to próbować dalej, do skutku.

Chciałabym Ci powiedzieć, że to właśnie robię: próbuję do skutku. Choć już w innych barwach, w sumie w moich własnych. Nie wyszło mi tam, gdzie się spotkaliśmy. Potwornie mi nie wyszło. Ale dalej tu jestem. Ty nie.

***

Nie myślę o Was często, darujcie, rzadko spoglądam tam, gdzie zostaliście. Życie zmusza do patrzenia przed siebie. Ale kiedy przypominacie mi się, tak jak dzisiaj, zawsze zadziwia mnie świadomość, że już Was nie ma. Jak to? Przecież byliście. 

Was nie ma, a ja nadal jestem. Niesamowite, nie? Słuchajcie, nadal tu jestem! Mam trzydzieści trzy lata, nieźle, co? Kiedyś nie spodziewałam się, że starczy mi paliwa na taką długą trasę. 

Wiem, że nie mogłam pomóc nikomu z Was. Nie było mnie w pobliżu. Nawet gdybym chciała ratować życia, nie da się bezustannie czuwać nad wszystkimi poznanymi przez siebie ludźmi. Skąd mogłabym wiedzieć, że to o Was trzeba się zatroszczyć bardziej niż o innych? Po czym miałam to poznać? Po łobuzerskim uśmiechu? Zaangażowaniu? Pasji w oczach?

Może ktoś mógł coś zrobić. A może nie, w końcu nikt nie pomógł.


Nigdy nie jest tak, że nie obchodzisz nikogo. Na zawsze zapamiętam tych ludzi, choć pojawili się w moim życiu na chwilę. I z całą pewnością nie tylko ja o nich pamiętam.