czwartek, 18 kwietnia 2019

Marzenia się spełnia, a plany się realizuje - czyli kwiecień u Siódemki.

Powiem Wam, że zawsze chciałam być stoikiem. I nigdy mi się to nie udało :D Zrozumienie, że raz jest gorzej, a raz lepiej, przekracza moje niemałe przecież możliwości. Niby wiem, że to sama prawda, ale jakoś nie umiem się nie emocjonować, nie przeżywać. Spokój i dystans to dla mnie zjawiska egzotyczne.

I tak po wyjątkowo słabym, dołującym początku roku zaczął się czas intensywny i niełatwy, ale bez wątpienia - dobry dla mnie.

Tak w (dużej) pigułce o tym, co ostatnio się u mnie dzieje:

Zmiany kosmetyczne, remonty i "mniej stresu!"


Nie mieszkamy teraz u siebie. Już od tygodnia zajmujemy pokój u teściów w Krakowie. (Jakby ktoś z Krakowa chciał się ze mną spotkać, to gdzieś do połowy maja jest to nieco łatwiejsze niż zwykle). Powodem jest planowany od dawna remont łazienki. Nie wiem, czy pamiętacie, że był on na liście moich postanowień noworocznych. Teraz właśnie staje się faktem :) 

Moja zasługa jest w tym tak naprawdę niewielka, może tylko taka, że udało mi się zbudować bardzo pozytywne i wyjątkowe relacje z ludźmi, dzięki którym to wszystko okazało się możliwe do zrealizowania. Teraz natomiast wiele zależy ode mnie. To, jak nasza rodzina poradzi sobie z niecodzienną sytuacją, przede wszystkim z faktem, że przez jakiś miesiąc nie będziemy gospodarzami, a gośćmi. To oznacza wiele kompromisów i współpracy, ale też wiele cennych chwil spędzonych z ludźmi, których kochamy.


W tym samym czasie trwa jeszcze jeden remont - czyli moja rehabilitacja. Czyli w zasadzie, kolejny punkt na liście postanowień! Okazuje się, że ćwiczenia typu "weź oddech i napnij mięśnie" to jest akurat ten poziom aktywności sportowej, z którym radzę sobie naprawdę dobrze ;) Poprawa jest widoczna na pierwszy rzut oka. Przyznam szczerze, że czuję się z tym fantastycznie. Ta cząstka mojej osoby, która potrzebuje od czasu do czasu poczuć się zaopiekowaną, doskonale się w tej sytuacji odnajduje. No i oczywiście, wspaniała jest świadomość, że niedługo wrócę do pełnej formy i że zrobiłam coś w tym kierunku. Fizycznie czuję się nieco bardziej krucha - świadomość, że coś w moim ciele nie do końca działa sprawia, że zwracam większą uwagę na różne dolegliwości, które bez tej świadomości pewnie bym zwyczajnie zignorowała. Ale poza tym jest dobrze :)

Dlaczego mam się mniej stresować? Bo każde napięcie znajduje swoje odzwierciedlenie w kondycji mięśni. To niby oczywistość, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ta korelacja jest aż tak silna. W każdym razie, jest to rada, do której chwilowo nie mogę się zastosować - mimo wszystko remont łazienki jest zjawiskiem bardzo stresogennym ;)

Śpiewam, tańczę, przeganiam gołębie - Genezyp Kapen i "Moja dzielnia".

Genezyp Kapen

Pisałam Wam, że miniony rok, choć ogólnie bardzo dobry, był wyjątkowo nieudany pod względem moich udziałów w projektach muzycznych. Był jednak pewien wyjątek. Pod koniec roku, już w bardzo zaawansowanej ciąży wzięłam udział w nagraniu chórków do dwóch piosenek zespołu Genezyp Kapen. Już wtedy niezobowiązująco mówiliśmy o kręceniu teledysku na wiosnę. Mimo wszystko byłam zaskoczona, gdy kilka tygodni temu odezwał się do mnie Janusz Mika, wokalista zespołu, z pytaniem, która sobota w kwietniu byłaby dla mnie najlepszym terminem na nagranie klipu. Wówczas odpowiedziałam, że jest mi wszystko jedno, bo nie mam jeszcze planów na kwiecień. Jak można się domyślić, kiedy przyszło co do czego, kwiecień miałam cały załadowany planami :D Udało nam się jednak spotkać i mimo niesprzyjającej pogody przejść się wspólnie na mały, taneczno-śpiewający spacer.

Bawiłam się fantastycznie :) Czuję, a może raczej - wierzę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie z przesympatycznymi muzykami z zespołu Genezyp Kapen.

Czasami to jest takie proste, odpowiesz bez większych nadziei na jedno małe ogłoszenie, a ono zaowocuje taką wspaniałą przygodą :)

Poniżej notka o zespole:

Zespół powstał w maju 1985 w Krakowie, z inicjatywy Janusza „Gonzo” Miki, po częściowym rozpadzie punkowej kapeli Wee Wees, której był wokalistą. Pierwszy koncert Genezyp Kapen zagrał w sierpniu 1985 podczas festiwalu Poza Kontrolą w Warszawie.
Jesienią 1991 grupa odbyła trasę po Litwie (m.in. koncert w Wilnie), a rok później nakładem firmy Fala ukazała się kaseta „Polski Bronx” zawierająca 14 utworów. Kilka z nich znalazło się na licznych punkowych składankach.
W ciągu 17 lat aktywności scenicznej krakowska formacja zagrała ok. 120 koncertów, występując m.in. z zespołami takimi jak: Deuter, Dezerter, Izrael, Elektryczne Gitary, T. Love, Farben Lehre, ANKH, Post Regiment, Inkwizycja, Id, PRL, Pudelsi, Die  Gewaltlosen czy francuski Skaferlatine. W tym czasie przez skład Genezyp Kapen przewinęło się ponad 20 muzyków.
W lutym 2002, po ostatnim koncercie w klubie „Kredens” zespół zawiesił działalność, jak się okazało, na... 16 lat.

GENEZYP KAPEN

Reaktywowany w marcu 2018 Genezyp Kapen powrócił do składu z lat 90. Tworzą go obecnie: wokalista i basista Janusz „Gonzo” Mika; gitarzysta Jacek Buzdygan (ex- Krwawy Okres, Yard, The Beans, The Avarians); perkusista Jarek Gil (ex- The Cooks, Cock A Doodle Do, Yard, No Knock), który aktualnie gra także w Night Patrol oraz saksofonista Rafał Mazur (ex- Przewróć Się Na Cyce Lala).
Efektem wspólnej pracy jest zawierająca trzy studyjne utwory płyta DVD poświęcony w całości – w materii tekstowej – krakowskiej dzielnicy Krowodrza, gdzie mieszkają lub czasowo mieszkali wszyscy członkowie Genezyp Kapen.

Od 2018 grupa znów koncertuje. Po dwóch jesiennych występach w klubie „Kornet” (w towarzystwie Krawal Bandy oraz Ukrainy i Secesji), Genezyp Kapen zagrał w „Awarii” z Night Patrol, a 8 czerwca zaprezentuje się w „Pracowni Pod Baranami” razem z The Awarians. W drugiej połowie roku zespół przystąpi do nagrania płyty studyjnej.


Kto wygrał SHARE WEEK 2019?



Przyznam Wam, że zanim jeszcze poznałam wyniki tegorocznego plebiscytu, miałam ochotę napisać tekst pod takim, nieco clickbaitowym tytułem -  że niby ja wygrałam, bo dwa polecenia ze strony tak wspaniałych blogerek uważam za ogromne wyróżnienie i moje wielkie zwycięstwo, niezależnie od prawdziwego wyniku plebiscytu.

Po czym okazało się, że mam nie dwa, a trzy polecenia (nie wiem jeszcze, od kogo jest to trzecie) i tym samym pojawiłam się w rankingu SHARE WEEK 2019 w gronie "blogów przebijających się z nisz".

Większość blogerów pewnie wie, co oznacza wyróżnienie w SHARE WEEK. Tym z Was, którzy nie blogują, chciałabym trochę przybliżyć, o co chodzi.

Nawet nie chcę się wygłupiać z szacowaniem, ile w Polsce jest blogów, ale możemy śmiało przyjąć, że jest to siedmiocyfrowa liczba. SHARE WEEK to plebiscyt ogólnopolski, czyli na dobrą sprawę każdy z tych milionów blogów był dla mnie konkurencją. Owszem, jest pewien nacisk na to, by głosować raczej na tych początkujących i niszowych blogerów niż na wielkich graczy polskiej blogosfery. Ale uwierzcie, że początkujących blogerów też jest mnóstwo! Dla porównania: pewna znakomita blogerka uważana za wschodzącą gwiazdę blogosfery ma 17 razy więcej obserwujących niż ja! 

Trzy osoby, dokonujące wyboru spośród tych milionów możliwości uznało, że warto polecić właśnie mnie i mój blog.

Wiem, że to może trochę tak wygląda, jakby zagłosowało na siebie kółko wzajemnej adoracji ;) Ale wiecie, ja nie znam tych dziewczyn osobiście (JESZCZE!), a powodem, dla którego regularnie odwiedzają ten adres jest to, że przekonałam je do siebie swoim pisaniem. Czyli zagłosowali na mnie moi stali czytelnicy.

Moje wysokie miejsce w rankingu SHARE WEEK nie czyni mnie jedną z najpopularniejszych blogerek w Polsce. Jeśli już, to powiedziałabym, że świadczy o tym, że mój blog należy do tych trzydziestu kilku polskich blogów, które mają najwierniejszych przyjaciół. I to jest dla mnie bardzo miła myśl, i o takiego bloga walczyłam :)

A kto naprawdę wygrał SHARE WEEK 2019? Pani Swojego Czasu oraz Life Managerka :) Zajrzyjcie do nich, bo warto!

Piszę - na kolanach, ale do przodu!


Nie wiem, czy na tym etapie zawracanie Wam głów pisaną przeze mnie książką ma jakikolwiek sens. Na dobrą sprawę nie wiadomo, czy ja ją kiedykolwiek skończę. Choć zaczyna do mnie docierać, że spod moich palców wyłania się gigantyczna cegła i w związku z tym podział na tomy staje się jedyną możliwą opcją. To oznacza, że muszę wymyślić więcej chwytliwych tytułów (a znalezienie tego jednego uważałam za sukces), ale oznacza też, że mogę stać się autorką serii :)

Mierzę się z tematem, który chodził mi po głowie, kiedy miałam jeszcze kilkanaście lat. Moje pisarstwo cechowało wówczas wszystko, tylko nie pokora. Myślałam, że takie arcydziełko to ja sobie pyknę raz, dwa, trzy, w wygodnym mieszkanku, z zerowym doświadczeniem życiowym, nie mając niczego mądrego do powiedzenia i żadnych sensownych poglądów poza tym, że wszyscy, którzy czegoś ode mnie wymagają, są źli, niedobrzy i ograniczają moją wolność. Teraz podjęłam temat z dużo większą rozwagą - ale też w międzyczasie, w trakcie pisania upadłam na kolana. I tak już na nich zostałam. Na co ja się porywam! Po czym ja chlastam! Chyba codziennie zastanawiam się, czy dobrnę do końca, aż do mocnego finału, który od dawna mam w głowie - i piszę dalej. Wiem, że jeśli nie skończę, to ta książka do końca życia nie opuści mojej głowy.

Mojej sytuacji nie poprawia fakt, że (ze względu na planowany czas akcji) będę musiała odnieść się w tej książce do strajku nauczycieli. A nauczyciele, przynajmniej niektórzy, odgrywają w książce wyjątkowo nieładne role... Jeśli miałam mało wyrzutów sumienia, to teraz mnie po prostu zjadają. Jaki jest sens pisania w dzisiejszych czasach książki, która ukazuje nauczycieli w złym świetle? Ale może z drugiej strony, da mi to pretekst, żeby pokazać jakieś porozumienie między obiema stronami konfliktu - uczniami i nauczycielami?

Taka blogerka parentingowa, a o dzieciach zapomniała.


Co jeszcze u mnie słychać? A, no, dzieci mam...

Najważniejszym newsem, jeśli chodzi o Roberta jest to, że na dobre zaprzyjaźnił się z nocnikiem. Coraz więcej też mówi, nieraz nas zaskakuje swoimi wypowiedziami. Zostaliśmy ostatnio praktycznie z dnia na dzień postawieni przed decyzją: czy Robert pójdzie od września do przedszkola? Uznaliśmy, że to dobry pomysł. Nie ma sensu zatrzymywać go w żłobku, jeśli może już pójść dalej.

Doskonale się przystosował do nowej sytuacji, w której się teraz znaleźliśmy. Właściwie nie widzę żadnych znaków świadczących o tym, że Robertowi mogłoby być ciężko z tym, że mieszka teraz u dziadków. Mam wrażenie, że świetnie się bawi.

Nadal jest niesamowicie opiekuńczym i czułym starszym bratem. Kiedy usłyszy płacz Michała, biegnie do niego nawet z drugiego końca mieszkania, bo "braciszek płacze!". Ostatnio pomaga mi też myć Michała :)

Misio rozwija się pięknie, nauczył się już turlać po całym łóżku. Z łatwością obraca się z pleców na brzuszek, z brzuszka na plecy czasem jeszcze ma kłopot, ale jak złapie rytm, to ho ho... :) Jest niezwykle radosny i prześliczny. Już niedługo odbędzie się jego chrzest. Trochę się stresujemy, ale na pewno wszystko będzie dobrze!

Rozpisałam się, ale to dlatego, że - jak widzicie - naprawdę dużo się dzieje! Jak zawsze, będę ogromnie wdzięczna za Wasze komentarze :)

wtorek, 9 kwietnia 2019

O nauczycielach, wyobrażeniach i dylematach.

Kadr z filmu "Stowarzyszenie Umarłych Poetów"
Źródło: Filmweb

Lubiliście swoich nauczycieli?

Od wczoraj ciągle myślę o odpowiedzi na to pytanie. Nie jest oczywista.

Mam wrażenie, że moje pokolenie miało bardzo skrajne wyobrażenia o zawodzie nauczycieli. A może to nie całe pokolenie, tylko ja i grupka podobnych mi osób? W każdym razie z jednej strony było to wyobrażenie idealistyczne, romantyczne, bazujące na filmach takich jak "Młodzi gniewni" czy "Stowarzyszenie Umarłych Poetów". Chcieliśmy, żeby uczyły nas takie charyzmatyczne jednostki. Czasem poszczęściło nam się i faktycznie trafiliśmy na wyjątkowego nauczyciela. Dla mnie taką osobą jest na pewno Aleksandra Klęczar. Niewiele brakowało, żebym poszła studiować filologię klasyczną, zainspirowana jej przykładem. Wiem, że dla wielu osób takim charyzmatycznym nauczycielem, którego wspomina się po latach, jest... mój własny tata, Tadeusz Pawłowski. Mnie samej oczywiście ciężko było oceniać obiektywnie tatę jako nauczyciela, ale widziałam, jak zawsze mu zależało na tym, co robił, jak się angażował jako wychowawca i nauczyciel. Jego uczniowie odwiedzali go w domu, do tej pory utrzymują z nim kontakt.

Z drugiej strony było choćby Pink Floyd i "We don't need no education" (może to i było parę lat wcześniej, ale my też tego słuchaliśmy), i jeszcze gorsze skojarzenia. Dość wspomnieć, że niektórzy przekręcali nazwę naszej szkoły tak, by kojarzyła się z nazwą pobliskiego zakładu psychiatrycznego... Bam bam bam, szkoła-szpital-więzienie, wszyscy czyhają na naszą wolność i niezależność! Ta nauczycielka, która na dzień dobry zapowiedziała klasie, że mają zapomnieć wszystko, czego do tej pory dowiedzieli się na temat nauczanego przez nią przedmiotu. Ta nauczycielka, która próbę podjęcia dyskusji typu "Nie do końca mogę się zgodzić..." ucinała krótko: "A to bardzo nam przykro". To uczące kuriozum, które w przypływie furii wykrzykiwało hasła w stylu "Jesteś niedorozwinięta!" lub "Bo zaraz wybiję tobą drzwi!". Celowo nie podaję nazwisk, bo nie piszę tego po to, by szkalować te osoby. Po prostu - byli tacy i tacy. A w tym wszystkim my, przekonani, że jesteśmy jedyni na całym świecie i każdy z nas zasługuje na to, by go traktować wyjątkowo i indywidualnie, a jak nie, to... "Teachers! Leave them kids alone!".

Pink Floyd "Another brick in the wall"
Źródło: Youtube 

Dziś jestem panią po trzydziestce. Moja nadal bardzo nastoletnia i idealistyczna wizja zawodu nauczyciela ściera się ze świadomością, że w tym momencie wiekowo i mentalnie bliżej mi jednak do nauczyciela niż do ucznia. Czytam, co piszą młodzi nauczyciele na temat wykonywanej przez siebie pracy i jestem w stanie sobie wyobrazić siebie na ich miejscu.

Mogę zresztą odwołać się do własnych, skromnych doświadczeń w uczeniu. Miałam taki epizod w życiu, bardzo miło go wspominam. Nie zapomnę nigdy jednego chłopca, nazwijmy go Tomek. Od początku krnąbrny, trudny, nastawiony na nie. Wszystko zmieniło się w dniu, kiedy dałam im pewne zadanie. Tak w skrócie, mieli przedstawić graficznie swoje zalety i wady. Okazało się, że na rysunku Tomka są tylko i wyłącznie wady, i jest ich mnóstwo... Ten rysunek był wstrząsający. Pamiętam, jak gorączkowo szukałam słów, jak przekazać temu dzieciakowi, że wcale nie jest taki zły, za jakiego siebie uważa. Poradziłam sobie z drobną pomocą Jona Bon Joviego ;) Od tamtej pory Tomek był zupełnie innym chłopcem, chyba najmilszym w całej grupie. Serio, pomyślałabym, że przesadzam z tym opisem, gdybym tego osobiście nie doświadczyła.

Pamiętam też innego chłopca, którego bardzo starałam się nie skrzywdzić. Nazwijmy go Łukasz. Wiedziałam o jego trudnej sytuacji rodzinnej i o tym, że czuje się odrzucony przez grupę. Nie mogłam jednak całkowicie zignorować faktu, że Łukasza kompletnie nie interesowało, co miałam im do przekazania. Traktując go bardziej ulgowo niż resztę grupy, zrobiłabym krzywdę i jemu, i tym pozostałym dzieciom, które się choć trochę starały.

Myślę sobie teraz o tych moich nauczycielach, niektórych niewiele starszych wówczas niż ja w tej chwili (albo i młodszych) i o tym, że oni w każdej klasie mieli przynajmniej jednego takiego Tomka, i przynajmniej jednego takiego Łukasza, i przynajmniej jedną taką idealistyczno-buntowniczą Martynę, i na nich wszystkich każdego dnia musieli mieć siłę. Podczas wykonywania pracy, którą czasem docenialiśmy, a czasem nie, a która nigdy nie była dostatecznie wynagradzana.

To akurat wiedziałam nawet jako nastolatka. Zawsze uważałam, że byłoby lepiej, gdyby praca nauczyciela była czymś, o czym można marzyć. Jednym z tych prestiżowych zawodów, do wykonywania którego jest zawsze mnóstwo chętnych. Gdyby tak słowa "Obyś cudze dzieci uczył" nie były przekleństwem, a serdecznym życzeniem! Wtedy nas, nasze dzieci uczyliby ludzie pełni pasji.


Dlaczego nie? 


Bo się nie należy? Bo za krótki czas pracy? Po pierwsze to mit, co już wykazały wyliczenia osób lepiej niż ja znających temat. Po drugie, wiecie. Raz na jakiś czas muszę się przejść do endokrynologa. Wizyta wygląda tak, że siedzę sobie u miłej pani doktor jakieś 5 minut, pokazuję wyniki, miła pani dr stwierdza, że jest fajnie, nie zmieniamy dawki, wypisuje mi receptę, żegnam się i wychodzę. Zostawiam w kasie 110 zł, tak jak każdy inny pacjent. Nikt z tym nie dyskutuje, doceniamy pracę lekarzy specjalistów. Nauczyliśmy się doceniać pracę grafików, fotografów, twórców stron internetowych, specjalistów od PR, nie liczymy im czasu pracy z zegarkiem w ręku. Skąd takie opory przed docenieniem pracy nauczycieli?

Strajk pokazał, że nauczyciele są potrzebni. Pokazał jak mało co. Jeden dzień bez lekcji i nagle paraliż, panika, nie ma co zrobić z dziećmi w domu, nie ma komu przygotować dzieci do egzaminów. Współczuję szczerze osobom, które ta sytuacja dotknęła, ale jednocześnie przybijam piątkę strajkującym nauczycielom. Wiedzieli, jak zwrócić na siebie uwagę.

Nauczycielom należy się porządna wypłata nie za te odmieniane przez wszystkie przypadki 18 godzin pracy, tylko za to, że uczą nasze dzieci. Tych przyszłych ludzi sukcesu, lekarzy, programistów, pracowników korporacji, którym nawet do głowy nie przyjdzie, że mogliby też być nauczycielami... Prawda?

sobota, 6 kwietnia 2019

"Każdy jest w jakiś sposób niepełnosprawny" - rozmowa z Marcinem Tytko.


Kiedy zostałam zaproszona do udziału w kampanii społecznej #niepełnoSPRAWNI, organizowanej przez autorki blogów Wysmakowana oraz Z pamiętnika wózkersa, moją pierwszą myślą było: "O, jak fajnie, zaproszę Marcina do współpracy!" :) To wydawało mi się oczywiste. Najlepszy przyjaciel, właściwie już od lat bardziej członek rodziny niż po prostu znajomy, a przy tym osoba poruszająca się od zawsze na wózku. W tamtej chwili wydawało mi się to idealnym pomysłem: w ramach akcji uświadamiającej, że niepełnosprawni to ludzie tacy jak my, pokażę Wam niepełnosprawnego, który jest wspaniały :)

Już pierwsza, bardzo wstępna rozmowa z Marcinem na temat mojego pomysłu pokazała mi, że nie przemyślałam tego wystarczająco - delikatnie mówiąc. Bo o czym tak naprawdę chcę rozmawiać? Wózek, na którym porusza się Marcin, to tylko jeden z elementów jego życia. Nie określa go jako osoby. Musiałam zastanowić się, czego konkretnie chcę dowiedzieć się od Marcina - a może raczej: co chciałabym, żeby Wam o sobie opowiedział.

Jednym z powodów, dla których zależało mi na rozmowie z Marcinem jest jego nietypowe spojrzenie na kwestię niepełnosprawności - zarówno własnej, jak i niepełnosprawności w ogóle. To podejście nie każdemu przypadnie do gustu. Moim zdaniem jest o tyle uprawnione, że Marcin naprawdę jest o wiele bardziej sprawny od wielu osób, o których na pierwszy rzut oka myślimy "sprawni". Myślę, że jest o wiele bardziej sprawny ode mnie! ;) Oczywiście, jeśli się z nim nie zgodzicie, możecie z nim podyskutować - jestem pewna, że będzie czytał komentarze :)

Nie przedłużam już, zapraszam do czytania! 




Powiedz szczerze, co pomyślałeś, kiedy zaprosiłam Cię do współpracy przy pisaniu tego tekstu? Czy miałeś jakieś obawy, np. że przedstawię Cię w nim nie tak, jak byś tego chciał? 

Uważałem, że to świetna okazja, by pokazać wyjątkowość i trwałość naszej relacji.

Widzisz, a ja się obawiałam, czy Ci się to spodoba. Bo wiem, że niektóre z postulatów akcji trochę mijają się z Twoim podejściem.

Niepełnosprawność to nie wyrok!”, „Niepełnosprawni mogą się cieszyć życiem!”, „Niepełnosprawnych nie można dyskryminować!” – jak się czujesz, kiedy słyszysz takie hasła? Czy to są dla Ciebie oczywistości, czy coś, o czym warto mówić? 

Jak słyszę takie hasła, to robi mi się niedobrze!!! 

Czułam, czułam, że to powiesz!

Po pierwsze - co to znaczy być niepełnosprawnym? Każdy w jakiś sposób jest. Bo czy zrobisz mostek? 

No nie zrobię, zwłaszcza teraz :)

Jeśli nie to znaczy, że w jakiś sposób jesteś osobą niepełnosprawną. Zwłaszcza w obecnym świecie, w którym liczy się bliskość do ideału. 

Marcin, my się znamy już od kilkunastu lat, ale ten tekst przeczyta pewnie sporo osób, które jeszcze nie miały okazji Cię poznać. Czym się zajmujesz? Co robisz zawodowo, jakie są Twoje pasje? 

Czym ja się obecnie zajmuję? Zawodowo przez ostatnie ponad dwa lata zajmowałem się weryfikacją funduszy inwestycyjnych pod względem zgodności z przepisami prawa i zasadami narzucanymi przez instytucje regulujące w danym kraju rynek inwestycji finansowych. Obecnie pracuję nadal w tej samej firmie międzynarodowej, ale w bezpośredniej współpracy z agencją transferową.

Poza pracą zawodową moje życie wypełnia różnego rodzaju sztuka. Od około 15 lat zajmuję się tańcem towarzyskim na wózku. Ponadto fotografuję. Jako że ukończyłem szkołę wokalno-aktorską gdzie się poznaliśmy, nie mogę też pominąć faktu, że udzielam się w miarę możliwości jako wokalista, a także jako aktor. 

Czy w Twojej twórczości pojawia się motyw niepełnosprawności? 

Obecnie nie, aczkolwiek w wcześniejszych latach, gdy pisałem wiersze, regularnie ten temat się pojawiał. 

Widzisz, jednym z powodów, dla których uznałam, że wywiad z Tobą będzie świetnym pomysłem jest to, że ludzie czasem pytają mnie o Ciebie. Jak to jest współpracować z Tobą np. przy robieniu zdjęć? Czy niepełnosprawność jakoś Cię ogranicza, np. jeśli chodzi o wybór miejsca, sposób pracy z modelką? Czy pamiętasz takie sesje zdjęciowe, przy których niepełnosprawność była znaczącą przeszkodą? Jak sobie poradziłeś? 


Fot. Marcin  "Shadow" Tytko
http://marcintytko.wixsite.com/fotografia
na zdjęciu ja
Fot. Marcin "Shadow" Tytko
http://marcintytko.wixsite.com/fotografia
na zdjęciu ja

Jak chodzi o temat zdjęć, to raczej mam wrażenie, że dziewczyny czują się bezpieczniej - nie mam pojęcia - aczkolwiek miałem też sytuacje, gdzie czułem, że moją niepełnosprawność łączy się z tą intelektualną. Jest to temat, którego nie chcę specjalnie rozwijać. W każdym razie w tym momencie, gdy znalazłem miejsce dostępne dla osoby poruszającej się na wózku (specjalnie nie używam pojęcia "wózek inwalidzki" bo ten pod moim ciałem za taki nie uważam) to nie dostrzegam ograniczeń. Pamiętam jednak sesję, w której przeszkodą była moja niepełnosprawność, gdyż pozująca kobieta raczej spodziewała się kogoś "standardowego", być może przystojnego. Nie wnikam z jakich powodów. 

Hm, może liczyła na coś więcej niż zdjęcia, a Ty nie byłeś w jej typie :)

Muszę przyznać, że uwielbiam z Tobą tańczyć :) Mam wrażenie, że gdy tańczymy razem, wszyscy patrzą na nas jak na zawodowców! Zastanawiam się czasem, ile spośród tych osób wie, że ja jestem w tej parze totalnym amatorem ;) Nigdy bym nie wpadła na to, że można twierdzić, że „taniec na wózku to nie taniec”, albo że osoba na wózku tylko „próbuje tańczyć”, ale spotkałam się z takimi opiniami. Zdarza Ci się, że ktoś nie traktuje Twojego tańca poważnie, bo to „tylko” taniec na wózku? 

Owszem, zdarzyło mi się spotkać z różnymi opiniami. Włącznie z tym, że osoba na wózku jest "wożona" w każdym razie ja oraz inne osoby bardziej zaawansowane w tym rodzaju aktywności staramy się pokazać, że tak nie jest.

Źródło: Taniec na wózku w Krakowie
Fot. Jarosław Całka
Szanowni Państwo, Marcin jest zbyt skromny :) Na szczęście są filmy, na których można zobaczyć, jak Mistrz Polski pięknie się stara ;)

Jesteś ojcem chrzestnym naszego Roberta. Nawet nie pytam, jak się z tym czujesz, bo rozumiem, że fantastycznie! :) Chciałam zapytać, czy w całej tej relacji ze mną, z naszą rodziną, teraz również z naszymi dziećmi Twoja niepełnosprawność odgrywała jakąś rolę, stanowiła przeszkodę w czymś? Tylko mnie nie zbywaj jednym słowem! :) 

Po co to pytanie? Przecież to oczywiste. 

No i mnie zbyłeś! ;) Chyba widać, które z nas jest bardziej gadatliwe... Z mojej perspektywy powiem, że wózek Marcina bywa dla nas wyzwaniem, na przykład kiedy planujemy wspólną wycieczkę i zastanawiamy się, jak zmieścić się w jednym samochodzie. Zawsze było to dość karkołomne, a teraz doszedł jeszcze fotelik z małym Michasiem. Ale wyzwania są po to, żeby je podejmować! Pojedziemy pociągiem :)

A jak to jest z innymi relacjami? Nie wiem, czy mogę spytać o kobiety w Twoim życiu… 

Kobiety? Były, chyba są... Mam nadzieję, że będą. Bo się starzeję i pasuje w którymś z momentów spotkać kogoś, z kim życie uda się zbudować... Jako człowiek z człowiekiem. Nie człowiek z wózkiem. 

A powiedz mi. Wspominaliśmy póki co o przeszkodach, trudnościach, jakichś ograniczeniach. Czy możesz pomyśleć o czymś dobrym, co wynika z faktu, że jesteś niepełnosprawny? Zastanawiałeś się nad tym? 

Tak, nie mam świadomości, że w zimie marzną mi stopy - choćby podczas na przykład zbiórki WOŚP. 

No, i chyba nigdy nie obtarły Cię buty! :)

To już wszystkie moje pytania, ale może chcesz dodać coś jeszcze? 

Co tu dodać? Oby jakkolwiek te moje dziwne słowa dało się czytać. A jeśli by były inne pytania... to wiadomo, gdzie mnie znaleźć.

Dziękuję za rozmowę!


Marcina znaleźć nietrudno, bo wszędzie go pełno ;) Możecie też, tak jak pisałam wcześniej,  zadawać mu pytania w komentarzach.

Jeśli nie rozliczyliście się jeszcze, można przekazać 1% podatku na Marcina! A dokładnie: na jego rehabilitację, nowy wózek i doskonalenie się w tańcu :)



wtorek, 26 marca 2019

Mamo, czy potrzebujesz pomocy?


Artykuł powstał przy współpracy z NocnaNiania.com.

Sytuacja sprzed tygodnia: wracam z konsultacji z fizjoterapeutą. Spędziłam w sumie dwie godziny bez moich maluchów, które zostały pod opieką taty i babci. Dowiedziałam się, że muszę znacząco zmienić niektóre ze swoich nawyków, jeśli chcę wrócić do formy. Kiedy dotarłam do domu, okazało się, że dzieci bardzo źle zniosły rozłąkę. Dwie godziny beze mnie okazały się katorgą dla wszystkich.

Sytuacja nieco wcześniejsza: planuję wspólne wyjście z moim mężem. Kiedyś często gdzieś razem bywaliśmy. Teraz przed każdą taką okazją trzeba przemyśleć milion spraw: czy jest sens, żebyśmy brali ze sobą dzieci? Czy to będzie dla nich przyjemna forma spędzania czasu, czy będą bezpieczne, czy wszędzie uda się nam z nimi wejść? Czy będą się dobrze czuły, czy będą spokojne, czy inni będą się dobrze czuli w ich towarzystwie? A może jednak poszukać dla nich opieki? Czy znowu zawracać głowę ich babci, czy może lepiej poczekać na okazję, kiedy jej pomoc będzie bardziej potrzebna?

Bo przecież różnie bywa. Czasem na przykład ląduje się w szpitalu. Tak jak ja, ups, trzy razy w ciągu minionego roku. Wtedy też potrzebna jest opieka nad dzieckiem. I to dziecko niekoniecznie będzie wtedy słodkim, radosnym maluchem, jakim jest na co dzień. Może być marudny, zdezorientowany, stęskniony za mamą.

Przeważnie sobie radzisz.


Przecież wiadomo, że nie po to zostałaś mamą, żeby nie zajmować się dzieckiem, nie spędzać z nim czasu. Godzisz bycie mamą z różnymi aktywnościami, z planami, pasjami, nieraz nawet z pracą.

Czasem jednak musisz: 
  • coś załatwić. Urząd, lekarz, dentysta, fizjoterapeuta... Nie wszędzie da się pójść z dzieckiem.
  • spędzić trochę czasu ze starszym dzieckiem. Może starszak tęskni za czasem, kiedy w domu nie było niemowlaka i miał rodziców tylko dla siebie. Może chciałby, tak jak latem, pobawić się z mamą na placu zabaw
  • po prostu odpocząć. Chyba coraz częściej dociera do ludzi, że rodzic ma prawo tak po prostu odpocząć, bez dziecka. W końcu szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko,  a czasem do tego szczęścia konieczne jest oderwanie się od codzienności, naładowanie baterii poprzez odrobinę beztroski i po prostu chwila dla siebie.

A może nie jest aż tak różowo?


Przecież macierzyństwo, jak każde wyzwanie, wiąże się z trudnościami. Może Twoje dzieci chorują. Może Ty sama potrzebujesz silnego wsparcia, może masz depresję poporodową? Może nie masz tak dobrze jak ja, że babcia dziecka mieszka w pobliżu, a tata dziecka jest przy Tobie codziennie, może spędzasz całe dnie i noce sama z dzieckiem? 

Może czujesz, że to wszystko jest dla Ciebie trudne: karmienie, wstawanie w nocy, noszenie dziecka na rękach (jest lekkie tylko przez pierwsze 10 minut!), kąpanie, uspokajanie... To wcale nie jest tak, że każdej mamie przychodzi to naturalnie i z łatwością. Musisz się nauczyć. Nauczysz się :)

Prawda jest taka, że nie jesteś w stanie dać z siebie więcej, niż w sobie masz. Jeśli brakuje Ci siły, wiedzy, umiejętności, cierpliwości, musisz skądś zaczerpnąć. Musisz zadbać o siebie.

Niania, opiekunka, babcia?


Pierwszym, intuicyjnym wyborem jest chyba najczęściej osoba z rodziny. Jeśli masz taką osobę i Wasze relacje są na tyle dobre, że po prostu wiesz, że zawsze możesz na nią liczyć - tylko się cieszyć! Warto jednak mieć w zanadrzu co najmniej jedno rozwiązanie alternatywne. Osoba, o której myślisz, może się rozchorować, może nie mieć czasu albo zwyczajnie chcieć odpocząć.

Ja sama staram się nie nadużywać pomocy ze strony babci moich chłopaków, staram się prosić ją o pomoc tylko w naprawdę wyjątkowych sytuacjach. Bo takie sytuacje były i będą. Jeśli oczekuję od kogoś, że rzuci wszystko i zajmie się moimi dziećmi np. w czasie mojego pobytu w szpitalu, nie chcę oczekiwać, że będzie równie gotowa do pomocy, gdy będę chciała po prostu pójść na randkę z mężem. Wydaje mi się to po prostu nie do końca w porządku. 

Oczywiście, nie każdy też ma na tyle dobrą relację z osobami z rodziny. Czasem naprawdę nie ma kogo zaangażować do opieki nad dzieckiem.

Opiekunka może być wykwalifikowana lub nie. Ja, jak już kiedyś Wam wspominałam, pracowałam jako opiekunka, choć nie miałam skończonego żadnego kursu. Jestem ogromnie wdzięczna osobom, które zdecydowały się dać mi szansę i powierzyć mi opiekę nad swoim dzieckiem.

Zrozumiałe jednak, że rodzice często szukają profesjonalnej opieki dla swojego dziecka. Chcą mieć pewność, że osoba, której powierzają swój największy skarb, jest fachowcem. W tym celu szukają agencji zrzeszającej wykwalifikowane nianie, osoby z przygotowaniem zawodowym, z doświadczeniem poświadczonym certyfikatami i dyplomami.

NocnaNiania.com




Jedną z takich agencji jest NocnaNiania.com. Zrzesza ona położne i pielęgniarki, które dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu służą fachowym wsparciem przede wszystkim świeżo upieczonym mamom (ale nie tylko im). Oferują dyspozycyjność od pierwszego dnia życia maleństwa, w dzień i w nocy.

Kiedy przypomnę sobie moje początki, pierwsze dni w roli mamy Roberta, trochę żałuję, że nie wiedziałam wówczas o istnieniu takiej formy wsparcia. Nawet jeśli ostatecznie poradziłam sobie całkiem dobrze. 

Niania - położna z agencji NocnaNiania.com służy pomocą i radą przy pielęgnowaniu noworodka, pomaga przy pierwszej kąpieli, doradza przy problemach z karmieniem piersią, pokazuje różne techniki przykładania dziecka do piersi, podpowiada rozwiązania. Kiedy mama potrzebuje czasu, by wrócić do sił po porodzie, niania wyręcza ją w wielu czynnościach, np. dba o pielęgnację dziecka w nocy, przynosi je do karmienia lub karmi butelką. 

Niektóre z usług oferowanych przez NocnąNianię.com skojarzyły mi się ze wsparciem, jakie otrzymałam od mojej położnej środowiskowej. Jednak położna środowiskowa przyjeżdża do mamy maluszka tylko cztery razy, i to nie zawsze w takich godzinach, w których jej pomoc najbardziej by się przydała. 

Mamo, czy potrzebujesz pomocy? Możesz z niej skorzystać!


Utarło się przekonanie, że mama musi. Musi umieć, musi wiedzieć jak, musi mieć siłę, musi zawsze chcieć, musi być niezawodna. Powoli, bardzo powoli świat zaczyna dostrzegać, że mamy też mogą. Mogą być zmęczone, mogą się uczyć, mogą popełniać błędy, mogą prosić o pomoc. 

Kiedy niedawno zaczęto mówić w mediach o usłudze nocnej niani, pojawiły się głosy, że to kontrowersyjna usługa. Czy naprawdę to, że można być mamą i potrzebować pomocy, budzi aż takie kontrowersje?

Pora przestać się przejmować czyimś wyobrażeniem na temat tego, co musisz, młoda mamo. Jeśli potrzebujesz pomocy, warto zastanowić się przede wszystkim nad tym, kogo możesz o nią poprosić. Może to będzie ktoś z rodziny lub znajomych, może opiekunka-amatorka, może wykwalifikowana niania-położna, o jakich pisałam. Ważne, by była to osoba, której możesz zaufać. W końcu powierzasz jej najcenniejszy skarb - swoje dziecko.


Obecnie NocnaNiania.com działa w takich miastach jak: Wrocław, Warszawa, Lubin, Legnica, Poznań, Kraków, Katowice i Opole.
Więcej informacji na temat agencji i realizowanych przez nią usług znajdziecie na jej stronie internetowej.

czwartek, 21 marca 2019

#shareweek2019: o tym, co dało mi czytanie innych blogów.


Przyznam, że nie mogłam się doczekać kolejnej edycji #shareweek. To jest jedna z najfajniejszych akcji w blogosferze. Polega na tym, że po prostu, bezinteresownie sprawiasz komuś przyjemność. Polecasz wybrane blogi innym i piszesz, dlaczego właśnie one są dla Ciebie takie wyjątkowe.

Tegoroczny #shareweek zbiegł się trochę w czasie z tym, że dość niedawno opadły mnie wątpliwości: czy to moje blogowanie ma w ogóle sens? Czy ktoś to czyta? Przez prawie dwa tygodnie w lutym nie opublikowałam nic nowego, bo nie miałam pojęcia, co zrobić, żeby ta pisanina jakoś dotarła do ludzi. A potem opublikowałam nowy tekst i okazało się... że jednak czytają. Komentują, sami, nieproszeni.

Mój tegoroczny #shareweek będzie może trochę nietypowy - a może jednak nie? Chcę przedstawić Wam ludzi, do których w jakiś sposób przywiązałam się przez te dwa lata działania w blogosferze. Ludzi, którym coś zawdzięczam i którzy po prostu robią dobrą robotę.

Zeszłoroczne zestawienie.


Ponieważ nie chcę się powtarzać, a większość blogów z tego zestawienia mogłaby spokojnie znaleźć się również w tegorocznym - zajrzyjcie proszę do mojego poprzedniego shareweekowego wpisu :)

W tym gronie chciałabym mimo wszystko wyróżnić Mamę pod prąd. Kochani, o ile mogę użyć takich słów w odniesieniu do innej blogerki, ja jestem z Eli dumna! To jest po prostu niesamowite, jak rozkręciła się przez ten rok. Liczba jej czytelników ciągle się powiększa, a teksty są, jeśli to możliwe, coraz mądrzejsze, odważniejsze, istotniejsze. Jak ona to robi? Zobaczcie sami :) http://www.mamapodprad.pl/

Osoby, do których regularnie wracam.


1. Madka roku: https://madkaroku.com/

Wspaniała i serdeczna osoba, jedna z tych, na które zawsze mogę liczyć. A jak pisze? Tak, że nieraz płakałam przez nią ze śmiechu! :) Dialogi jej dzieci, spisane po mistrzowsku, w sposób ujawniający niewątpliwy talent literacki Kasi - wierzcie mi, to jest po prostu perfekcyjne. 

Chcecie próbkę? 
"– Dzieci, nie! – zawyłam jak zraniony dzik w kniei, zanim panna F. powyłamywała bratu wszystkie palce – nie pokazujemy takich gestów. I nie mówimy brzydkich słów.
– A dlaczego one są brzydkie, takie słowa? – zainteresował się Średni.
– No… bo są uznane powszechnie za obraźliwe.
– A przez kogo? – badał dalej temat.
– Przez społeczeństwo.
– A jakie są jeszcze brzydkie słowa? Których nie można mówić? – po Średnim widać było ogromne zainteresowanie i szczerą chęć do nauki. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że coś mi średnio idzie to niezwracanie ich uwagi na kwestię przekleństw.
– No, mamusia często mówi cholera -wsypała mnie córka.
– Cholera, wcale nie! – zdenerwowałam się – znaczy się… nie tak często. Nieważne, nie używajcie takich słów, bo to niegrzeczne. Ani takich gestów. Jak komuś tak pokażesz, to będzie bardzo zły i będziesz miał kłopoty."

O tym właśnie mówiłam! Kasia potrafi jednak nie tylko rozbawić, często też wzrusza, nie unika trudnych, poważnych tematów.

2. Mama na wypasie: https://mamanawypasie.pl/

Do Oli zaglądam najchętniej po to, by poczytać o poważnych sprawach. Lubię jej szczerość i otwartość, z którą pisze m.in. o problemach z zajściem w ciążę, o wychowywaniu dziecka, o ważnych sprawach dotyczących naszego społeczeństwa. Zajrzyjcie do Oli również po to, by poznać ciekawe propozycje książkowe dla kilkuletnich dzieci.

3. Wesellerka: https://wesellerka.pl/

W tym roku będziemy obchodzić siódmą rocznicę ślubu, odnowienie przysięgi kiedyś planujemy, ale raczej na pewno nie w tym roku. Dlaczego regularnie czytam, co nowego pojawia się na blogu poświęconym tematyce ślubnej i weselnej? Sama nie wiem :) Chyba po prostu przyciąga mnie styl autorki, jej sposób pisania, zabawne i zarazem rzeczowe podejście do tematu. Agata nie stroni jednak też od poważniejszej tematyki. Jeden z ważniejszych tekstów na jej blogu dotyczy przemocy domowej.

Osoby, które zainspirowały mnie w mojej działalności.


Jedną z największych korzyści, jaką dało mi czytanie innych blogów jest to, że mogłam uczestniczyć we wspaniałych akcjach społecznych. Komu dokładnie to zawdzięczam?

1. Magda M. blog: https://www.magdam.com.pl/

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, kiedy zaglądam na bloga Magdy: patrzcie, jakie piękne zdjęcia! Na przykład te z wakacji nad morzem - coś cudownego! Magda jest świetną autorką, która zasługuje na mnóstwo ciepłych słów, zwłaszcza teraz, kiedy dopiero co dźwignęła fanpage po awarii, w wyniku której Facebook usunął wszystkie jej linki. Na szczęście udało się je odzyskać! Magda jest też pomysłodawczynią akcji #blogrudzień, wspaniałego kalendarza adwentowego dla blogerów. Za pomocą tej akcji udało mi się dotrzeć do większego grona odbiorców z moim Brzuszkowym Mikołajem.

2. Popaprana: https://www.popaprana.pl/

Pomysłodawczyni bardzo bliskiej mojemu sercu akcji #ADAtoWYPADA. Czytaliście może tekst, który ona napisała dla potrzeb tej akcji? Przeczytajcie, jest naprawdę wyjątkowy, nietypowy. Ania jest blogerką, którą stanowczo musicie poznać. Jej teksty dają do myślenia, potrafią inspirować, a także bawić. Zajrzyjcie do niej :)

3. Wysmakowana: https://wysmakowana.pl/

Pomysłodawczyni akcji "NiepełnoSPRAWNI - kampania społeczna" (mój tekst w ramach tej akcji ukaże się na początku kwietnia). Charyzmatyczna osoba, która potrafi zmobilizować innych do działania i nie zraża się kłodami rzucanymi pod nogi. Tematy poruszane na jej blogu są bardzo różnorodne: od książek wartych polecenia poprzez kulinaria aż po fotografię :) Każdy znajdzie coś dla siebie!

4. Mocem: https://www.mocem.pl

Małżeński blog o życiu po ślubie, o miłości, wspólnych wartościach, ciekawych pomysłach na prezenty (to coś, co lubię!). Zainspirowali mnie do opisania historii mojego małżeństwa. Trzeba przyznać, że robią dużo dobrego w blogosferze!

Znajomi, którzy też blogują.


1. Let's be together!: http://les-bi-together.blogspot.com/

Ten blog jest taki delikatny i wręcz intymny, że trochę się zastanawiam, czy dziewczyny na pewno chcą, aby ktoś z zewnątrz zaglądał do tego ich światka... Ale z drugiej strony, same kiedyś umieściły linka do siebie w jednym z komentarzy ;) Dość wzruszający jest ten blog, taki codzienny, po prostu o byciu razem. Tak, jego nazwa jest nieprzypadkowa.

2. Kolory życia: http://fiolety.blogspot.com/

Monia to istna artystyczna dusza, i u niej na blogu też jest bardzo artystycznie. Swego czasu zainspirowała mnie do ciekawych eksperymentów w kuchni :) Znajdziecie u niej przede wszystkich rękodzieło, poezję, zdjęcia, relacje z ciekawych miejsc. 


Późno się zrobiło, kiedy tak tu się rozpisywałam o moich ulubionych blogach. Na tym więc poprzestanę, choć pewnie znalazłabym jeszcze niejeden blog wart tego, by o nim wspomnieć. Ale to może już... następnym razem ;)

wtorek, 12 marca 2019

Siedem odcieni zazdrości, czyli "mieć BRATA!"


Od urodzenia chłoniesz wiedzę o otaczającym Cię świecie. Zimno, ciepło, jasno, ciemno. Jest mama i tata. Kiedy płaczesz, ktoś Cię przytula. Uczysz się jeść, patrzeć, poznajesz nowe słowa i zjawiska. Po domu chodzą koty (też chciałbyś się tak szybko poruszać!), na suficie wisi lampa i czasem świeci. Uczysz się przewracać na brzuszek, potem siadać, stawać, chodzić. Dzień po dniu rośniesz, coraz więcej umiesz, coraz więcej wiesz, coraz więcej znasz słów i pojęć. Aż wreszcie słyszysz, że będziesz mieć brata.

Co to znaczy, mieć brata?

Brat to podobno małe dziecko. Taki mały chłopczyk, jeszcze mniejszy niż Ty. Widziałeś już małych chłopców, ale ten brat ma być w jakiś sposób wyjątkowy. Ma być Twój, nasz, ma zamieszkać razem z nami. Tak jak koty.

Nie wiesz wcale, jak się z tym czujesz. Jeszcze nie miałeś brata.

"A co to?"


Kilka razy byłam pytana, czy przygotowałam Roberta na to, że będzie mieć brata. Przyznam, że za każdym razem dziwiły mnie te pytania. Choć umysł mojego dziecka jest nadal dla mnie wielką zagadką (i pewnie w jakimś stopniu zawsze będzie), jestem dość mocno przekonana, że pojęcie brata przekraczało jeszcze możliwości jego rozumienia. Póki ten brat się nie pojawił, nie miał wielkich, okrągłych oczu i maleńkich rączek, był dla Roberta zupełną abstrakcją.

Starałam się przekazywać mu nowinę w sposób pozytywny i entuzjastyczny, ale uważałam też, by nie przesadzić. Żeby nie było tak, że przygotowuję Roberta na coś wspaniałego, prawdziwy prezent, cudowną atrakcję, a okaże się, że przywiozę małego, czerwonego, płaczącego człowieczka, który nie spełni tych zasianych w Robercie oczekiwań.

Wydaje mi się, że niezwykle ważna była ta pierwsza chwila, pierwsze spotkanie. Pochlebiam sobie, że rozegrałam to bardzo dobrze, choć od razu przyznam, że nie kierowała mną żadna mądrość czy wiedza, a po prostu emocje. Ogrom emocji. Nawet nie intuicja, tylko po prostu miłość do tego mojego dziecka, za którym zdążyłam się tak bardzo stęsknić, kiedy byłam w szpitalu. Na chwilę zostawiłam maluszka rodzinie, żeby się wszyscy pozachwycali nowym człowiekiem, a sama rzuciłam się ściskać mojego starszaka.

Jakoś tak ta chwila określiła nasze relacje w powiększonej rodzinie. Michał jest ważny, kochany, dopieszczony - ale Robert też. Wiele się zmieniło, ale nie miłość i czułość, którą dla niego mam. On o tym wie.

Pierwszą jego reakcją na braciszka było zaciekawienie. Ze sto razy pytał mnie z uśmiechem "a co to?", pokazując paluszkiem na Michała. Nieraz pytania były bardziej szczegółowe - odpowiadałam cierpliwie, że to głowa braciszka, a to nos braciszka, a to nóżka braciszka... Te pytania były tak często, że mąż zaczął w pewnym momencie wyrażać niepokój - czy Robert nie jest w stanie zapamiętać odpowiedzi? Myślę, że ta potrzeba ciągłego słyszenia tych samych odpowiedzi to był sposób Roberta na poradzenie sobie z nową sytuacją.

"Mama, chodź tu!"


Sytuacja jakich setki: ja na łóżku karmię Michała, kołyszę go w ramionach, zajmuję się nim, a tu nagle Robert mnie woła. Robert mnie potrzebuje. Biorę Michała na ręce i siadam obok Roberta. Albo odkładam Michała do łóżeczka, jeśli akurat jest to możliwe.

Trochę trudniej robi się wtedy, gdy trzymam Michała na rękach, a Robert koniecznie chce na kolana.

To domaganie się mojej uwagi to właściwie jedyny albo jeden z nielicznych widocznych objawów zazdrości Roberta o braciszka. Robert nie złości się na niego, nie próbuje być wobec niego agresywny, jest dla niego miły i troskliwy. Nie złości się też na mnie, przynajmniej nie bardziej niż wcześniej.

Zaskakująca prawda jest taka, że dwulatek potrzebuje uwagi mamy znacznie bardziej niż niemowlak. Oczywiście, niemowlaki są różne, tak jak różne są dwuletnie dzieci. Moi chłopcy są akurat dość podobni do siebie, obaj (względnie) spokojni, pogodni i na swój sposób samodzielni. Michał ciągle jeszcze dużo śpi, często też po prostu leży, obserwuje świat swoimi wielkimi oczami i uśmiecha się słodko. Robert w wieku dwóch lat to istny żywioł. Zajmowanie się nim jest bardziej angażujące, wymaga więcej skupienia i aktywności. Myślę też, że moja uwaga jest teraz dla niego szczególnie ważna i bardzo mu potrzebna.

"To moje!"


Bardzo często słyszę te słowa. I wiecie co? Jestem za nie ogromnie wdzięczna Robertowi. 

"To moje!" wyraża nie tylko potrzebę posiadania, ale też decydowania o sobie, np. o swoim ciele. Słyszę zdecydowane, bardzo stanowcze "to moje!" w sytuacjach, gdy Robert stawia mi opór, a ja chcąc nie chcąc muszę ten opór przełamać. Czasem trzeba. Zdjąć zaplamioną bluzę, wcisnąć lekarstwo do niechętnej buzi, przyciąć zbyt długą grzywkę... Bardzo doceniam jego asertywność i mam nadzieję, że nigdy nie zostanie ona złamana.

Jego protest "to moje!" skierowany do braciszka nie jest więc tylko wyrazem zazdrości o zabawkę. To znacznie bardziej złożona kwestia. Robert przekazuje tak naprawdę, że nie chce ustępować. Nie chce rezygnować z siebie i swoich potrzeb, chce zaznaczyć swoją autonomię. Kiedy tylko mogę, pozwalam mu na to.

"Proszę, Misiu"


"To moje", zawołał Robert na widok swojej dawnej grzechotki w rączce Michała. Zapytałam go, czy braciszek może się pobawić jego zabawką. Robert bez wahania położył grzechotkę koło Michała i powiedział "Proszę, Misiu".

Robert przeżywa właśnie ten jeden z najszczęśliwszych okresów w życiu dziecka, kiedy rodzice dosłownie zachwycają się każdym jego słowem :) No, prawie każdym - już ze dwa razy dość dobitnie uświadomił nam, że musimy uważać na to, co przy nim mówimy... Zachwyca mnie jego serdeczność wobec Michała. On o tym wie i pewnie nieraz tym goręcej okazuje swoją czułość braciszkowi, bo spodziewa się, że zostanie za to pochwalony. Nie widzę problemu w tym, jeśli takie są jego motywacje. Na prawdziwą, głęboką więź z bratem przyjdzie jeszcze czas. Teraz budujemy dla niej fundamenty.

"Tuli Misio!"


Tak, przytula go, głaszcze, reaguje natychmiast, kiedy Michał płacze - podbiega do niego i okazuje mu czułość. Naśladuje nas we wszystkim, więc również i w czułych gestach. 

Widzi w Michale członka rodziny. Próbuje się z nim bawić, na przykład zasłania mu oczy i woła "a kuku!". Przybija mu piątkę i bardzo się cieszy, kiedy ich rączki się spotykają. Próbuje zderzyć się z nim czołem - "baran, baran, baran, BUM!". Łaskocze go. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy próbuje wziąć małego na ręce albo poczęstować go swoim jedzeniem. Ale po to my, rodzice jesteśmy w pobliżu, by odpowiednio zareagować.

Doceniamy i chwalimy każdy taki czuły gest z jego strony. Myślę, że to dla niego ważne, żeby dostrzec w tym wszystkim jego. Michał jest malutki i kochany, ale Robert też jest naszym wspaniałym synkiem i do tego fantastycznym starszym bratem.

"Idź! To tu!"


Ta złość też czasem musi się pojawić. Robert jest przecież tylko dwulatkiem. Uczy się emocji, nieraz sobie z nimi nie radzi i potrzebuje pomocy nas, dorosłych, by się z nimi uporać. To naturalne, że jego złe emocje dotykają czasem i brata. Przy czym to tak naprawdę nie jest wcale złość na brata, to jest złość o to, że ja trzymam brata na rękach.

"Tu!", pokazuje paluszkiem na łóżeczko Michała. Mam odłożyć małego i zająć się Robertem. Czy ustępuję? To zależy od sytuacji. Kiedy widzę, że Michał jest spokojny, a Robert bardzo potrzebuje przytulenia, zgadzam się. Dlaczego ustępuję dwulatkowi? Czy nie boję się, że stanie się przez to rozpuszczony i niewychowany? No jakoś nie. Widzicie, Robert nie może wiecznie tracić i być na drugim miejscu dlatego, że jest starszy. Jego młodszy brat może mnie wzywać i potrzebować w każdej chwili, bo jest małym dzieckiem. Robert też jest jeszcze małym dzieckiem.

Najtrudniej było mu zrozumieć, że karmię brata piersią. Do tej pory był jedynym dzieckiem, które karmiłam. Gdybym miała jeszcze raz przygotowywać starsze dziecko na przyjście na świat rodzeństwa (wierzę, że to już się nie zdarzy), zmieniłabym tę jedną rzecz. Przygotowałabym starszaka na to, że mogę karmić przy nim inne dziecko i nie wpływa to źle na naszą więź. Pokazałabym mu to na przykładzie pluszaka albo lalki. Nie wpadłam na ten pomysł wcześniej.

"Nie wolno, Misiu!"


Właściwie Robert bardzo rzadko zabrania czegoś Michałowi. Jedyne, czego nie wolno, to ciągnąć go za włosy. Oczywiście, wcale mu się nie dziwię. Przecież to musi bardzo boleć. 

Domyślam się, że im starsi będą obaj, tym więcej będzie tego "nie wolno!". Michał będzie umiał coraz więcej, jego obecność w przestrzeni życiowej Roberta będzie coraz bardziej znacząca. Pewnie nieraz pokłócą się o zabawkę lub o formę spędzania czasu.

Nie wiem, na ile będę umiała pozwolić im na samodzielne rozwiązywanie konfliktów, czy będę umiała stać z boku i nie ingerować. Jako idealny rodzic, którym byłam przed urodzeniem Roberta, pewnie tak bym zrobiła ;) Rzeczywistość jest jednak inna. Mimo wszystko wierzę, że żaden z nich nigdy nie usłyszy ode mnie: "ustąp mu, bo jest starszy!" czy "ustąp mu, bo jest młodszy!". Będziemy starali się wypracować wspólne rozwiązanie, ale nikt nie będzie już na dzień dobry na wygranej pozycji.


Co to znaczy, mieć brata? Sama tak naprawdę nie wiem, bo nigdy brata nie miałam. Ale myślę, że jest to cudowne doświadczenie :) Jak w każdej relacji, w tej również pojawią się nieraz ciemne chmury, i nawet więcej niż siedem odcieni zazdrości. Wierzę jednak, że poradzimy sobie z każdym z nich :) Najważniejsza jest miłość, zawsze. A tej nigdy moim synom nie braknie.

środa, 6 marca 2019

#ADAtoWYPADA - List od mojej mamy.


Zaproszenie mojej mamy do współpracy przy pisaniu tego bloga to coś, o czym marzyłam od dawna. Jednak było to dla mnie również największe wyzwanie. Poważnie, łatwiej mi było rozpisywać się tutaj na temat mojego życia osobistego niż wystosować tę jedną małą prośbę "Mamo, napiszesz dla mnie tekst?".

Bo my jakoś nie porozmawiałyśmy nigdy o tym moim blogu. Wiem, że mama czyta go od początku, nieraz nawiązywała w rozmowach do tego, o czym pisałam. Ale nie rozmawiałyśmy o blogu jako takim. Mama nie podziela mojej, delikatnie mówiąc, otwartości w mediach społecznościowych. Pewnie nieraz się łapała za głowę; o jakich rzeczach ja piszę ludziom! Nie wiedziałam, jak zareaguje na moją prośbę. Z bijącym sercem czekałam najpierw na jej odpowiedź - jak się okazało, pozytywną, a potem na list. Dostałam go dziś rano.

Napisałyśmy dla Was ten tekst - czy raczej te teksty - w ramach akcji #ADAtoWYPADA, organizowanej przez autorkę bloga Popaprana. Z całego serca zachęcam do czytania innych tekstów, które powstały w ramach tej akcji. Są niesamowite. Myślę, że ich autorki poprzez swoją otwartość zmobilizowały mnie do tego, żeby odważyć się na ten krok i zaprosić mamę do współpracy.

Już nie przedłużam. Oto list:


               „Ludzie listy piszą ...” tak śpiewali kiedyś, i rzeczywiście ludzie pisali. A jaka radość była z otrzymanego listu! Postanowiłam się sprężyć i znowu napisać list, chociaż nie na pięknej papeterii i bez znaczka pocztowego, ale myślę, że może też wywołać radość u adresatki, mojej młodszej córki.

                              Kochana córeczko !


O właśnie zaczęłam i zaraz skojarzyło mi się z piosenką, której nie cierpiałam. Chodziło mi o słowa „córeczko, wolałabym abyś była chłopcem”. Nigdy nie wolałabym abyś była chłopcem!!!! I nie dlatego, że chłopców podobno wychowuje się łatwiej, i podobno matki kochają synów bardziej, totalne bzdury według mnie.
Stereotypy. Gotowych wzorców na wychowanie człowieka jest pełno…. dla mnie alfą i omegą była jak zawsze książka, w niej szukałam odpowiedzi jak to jest z takim małym człowieczkiem i tak do pierwszego roku życia jakoś tam się sprawdzało  to co dotyczyło rozwoju moich niemowlaków i nawet się cieszyłam jak coś robiłaś wcześniej niż statystyczne dzieci....... a potem to już moją radość zaczęła przysłaniać obawa. Bo tego zrobiło się już bardzo dużo! I zrobiło się trudno, może ciężko to zrozumieć, że cieszyliśmy się, my rodzice Twoi, że jako malutki berbeć nauczyłaś się czytać, pisać i liczyć, i byliśmy tacy dumni i jak staraliśmy się nie być za bardzo dumni..... pewnie ze strachu o Ciebie. Bo Twoje wypowiedzi, jakże mądre i wspaniałe, i takie dla nas oczywiste.... wzbudzały śmiech rodziny, znajomych i to mnie bolało. Człowiek to istota stadna, dopiero później nauczyłam się, że niekoniecznie to stado jest takie ważne. 

Czy przez lata mojej nauki rodzicielstwa popełniłam wiele błędów? Pewnie całe mnóstwo! Teraz Ty jesteś przede wszystkim Żoną i Matką. I jesteś mądrzejsza ode mnie, bo pamiętasz jak to jest wychowywać takie dziecko jak Ty i Twoja siostra, jak cudownie i jak trudno.... Wiem, że będzie Ci łatwiej niż mnie było i mam tylko trochę nadziei, że to przez dom jaki z Twoim Ojcem tworzyliśmy dla Was. Kocham Cię bardzo!

(Zachowałam oryginalną pisownię, trochę tylko poprawiłam spacje i wstawiłam jeden akapit dla przejrzystości). 

Słuchajcie, przeczytałam to teraz i cała drżę. Chyba ze wzruszenia. Może trochę z ulgi, że nie przeczytałam nic o tym, jak okropnie nieraz ze mną bywało, a uwierzcie, byłoby o czym pisać :) 

Moja mama nie chciała nigdy, żebym była chłopcem. To ciekawe, bo ja akurat chciałam :) Sama nie wiem, dlaczego bycie chłopcem wydawało mi się takie fascynujące, bo raczej nie chodziło mi o to, że chłopcom więcej wolno. Nie odbierałam tego w ten sposób, może nie miałam za bardzo porównania, bo spędzałam więcej czasu z dziewczynkami niż z chłopcami. Chyba chciałam być chłopcem, bo wydawało mi się, że wtedy bardziej lubiłabym siebie. Ale jednocześnie chciałam też być ładną dziewczynką, piosenkarką, zakonnicą, a w ogóle to najbardziej chciałam zostać świętą, więc może nie ma sensu zbytnio skupiać się na tym, kim chciałam być w dzieciństwie :D 


"... i byliśmy tacy dumni i jak staraliśmy się nie być za bardzo dumni..... pewnie ze strachu o Ciebie.

Ten strach w sumie towarzyszy mi w jakiś sposób do tej pory. O tym, że moi rodzice są ze mnie dumni, dowiadywałam się - kiedy podsłyszałam jakąś rozmowę na mój temat, albo kiedy spotkałam na ulicy kogoś znajomego i ten ktoś mówił np. "jaka ta mama jest dumna z Ciebie!". Nie słyszałam tego natomiast od rodziców bezpośrednio. Między innymi dlatego powtarzam codziennie moim chłopakom, jak bardzo jestem z nich dumna. Chcę, żeby zawsze o tym wiedzieli. 

Drogie młode mamy, warto mówić naszym dzieciom o tym, że jesteśmy z nich dumne. Wypada, żeby o tym wiedziały. Wypada, żeby znały swoją wartość

 "Bo Twoje wypowiedzi, jakże mądre i wspaniałe, i takie dla nas oczywiste.... wzbudzały śmiech rodziny, znajomych i to mnie bolało.

Inność. To zdanie mogłoby w sumie służyć za niezłe podsumowanie mojego dzieciństwa i dorastania, oczywiście nie całego, tylko tego społecznego aspektu. Najpierw wyprzedzanie rówieśników we wszystkim i inność, później... już po prostu inność ;) To jest coś, o czym nie lubię mówić i z czym nadal mimo wszystko nie do końca sobie radzę. Możecie mi wierzyć albo nie, ale łatwiej jest wyrwać się z toksycznego związku i głośno o tym mówić, niż pogodzić się z tym, że się było małoletnim dziwolągiem. Wiem, że to musiało wpływać i na moich rodziców, i na moją siostrę. Świadomość, że osoba im najbliższa nie jest w pełni akceptowana przez otoczenie. Wiem, że i ja będę się musiała kiedyś z tym zmierzyć jako matka. Pisałam o tym w tekście "Moje dziecko będzie dziwne".

Dziewczynko, dziewczyno, kobieto, odpowiedz sobie na pytanie: czy chcesz być taka sama jak wszyscy w Twoim otoczeniu, czy może jednak chcesz być inna? Bo wiesz, bycie inną oznacza też, że możesz pójść inną drogą, możesz odważyć się na więcej, możesz nie powielać schematów, możesz mieć życie lepsze i ciekawsze niż to, co obserwujesz wokół siebie. Wypada być inną! Warto być inną! 

"Człowiek to istota stadna, dopiero później nauczyłam się, że niekoniecznie to stado jest takie ważne." 

Tak. Człowiek potrzebuje innych ludzi, ale są chwile, kiedy jedyną opcją jest przestać oglądać się na to, co powie tłum. Pamiętam moment, kiedy musiałam podjąć decyzję, tak dosłownie: czy idę za tłumem, czy własną drogą? Chodziło o wybór liceum. Miałam fajną klasę w gimnazjum. Większość osób (w tym moje najlepsze koleżanki) wybrało jedno liceum w najbliższej miejscowości, ja jedna z całej szkoły wybierałam się do Krakowa. To była trudna, ale z perspektywy czasu znakomita decyzja. Kraków zmienił mnie, zmienił moje życie, pozwolił mi się usamodzielnić, rozwinąć skrzydła, zdobyć wiedzę i umiejętności, a także mnóstwo przyjaźni i wreszcie - miłość mojego życia. 

Wypada pójść inną drogą, warto żyć po swojemu, warto zrobić inaczej niż wszyscy. Inni ludzie są Ci dani tylko na jakiś czas, siebie - i konsekwencje swoich decyzji - masz na zawsze :) 

"... jesteś mądrzejsza ode mnie, bo pamiętasz jak to jest wychowywać takie dziecko jak Ty i Twoja siostra, jak cudownie i jak trudno....

Nie spodziewałam się tych słów i jestem mamie ogromnie za nie wdzięczna. Myślę, że to wymagało od niej niewiarygodnej mądrości, odwagi i zarazem pokory. Wiem, czy raczej potrafię sobie wyobrazić, jak ciężko jest spojrzeć na własne dziecko jako na dorosłą osobę, na rodzica. Przecież jeszcze tak niedawno mnie wychowywała, teraz patrzy - z pewnej odległości - jak ja wychowuję jej wnuki. Wiem, że czasem ciężko zaufać, że ktoś, kto dopiero co był niemądrym, niepokornym, zagubionym dzieciakiem, teraz potrafi być odpowiedzialną matką i wie, jak wychować dziecko. Bardzo, bardzo to doceniam i czuję jeszcze większą motywację, by nie zawieść pokładanego we mnie zaufania. 

Tak, pamiętam. Czasem ta moja dobra pamięć jest dla mnie przekleństwem, bo pamiętam i niedobre rzeczy, ale kiedy chodzi o wychowywanie moich dzieci, pamięć jest dla mnie wielkim skarbem i źródłem wiedzy. Pamiętam, jak się czułam jako dziwne dziecko, stara malutka. Pamiętam, czego wówczas potrzebowałam i co miało na mnie wpływ. Możliwe, że będę wiedziała, jak pielęgnować wyjątkowość moich dzieci. 

"Wiem, że będzie Ci łatwiej niż mnie było i mam tylko trochę nadziei, że to przez dom jaki z Twoim Ojcem tworzyliśmy dla Was.

Mamusiu, tak.  
To, co zrobili moi rodzice, jakich dołożyli starań, żeby stworzyć dla nas wspaniały, dobry, ciepły dom, to jest po prostu coś niesamowitego. Oni są oboje jak z obrazka i nie mam tu na myśli ich wyglądu (choć też). To są tacy ludzie, którzy są zawsze w porządku, zawsze stają na wysokości zadania, zawsze robią to, co mają do zrobienia. Nie, nie są idealni, po prostu robią dobrą robotę. Zawsze, we wszystkim. Słuchajcie, moi rodzice oboje doświadczyli w dzieciństwie bolesnej straty, smutku, przeżyli ciężkie chwile. Dom, jaki dla nas stworzyli, znali chyba głównie ze swoich marzeń i z książek, które czytali, bo ich codzienność była inna. Zawsze, nawet w tych chwilach, gdy się kłóciliśmy i miałam wszystkiego dosyć, byłam świadoma tego, jak wyjątkowe jest to, co wspólnie wypracowali. 

Trochę mnie też ta ich wieczna poprawność onieśmiela, bo gdzie mnie do nich. Moja mama nie zostawiłaby brudnych naczyń w zlewie, a u mnie, kurczę, dalej leżą. Skończę pisać i pozmywam. Moja mama jest zawsze punktualna, a ja się często spóźniam.

Mimo wszystko myślę, że wypada być niedoskonałą i nie świadczy to o mnie aż tak źle. W gruncie rzeczy nie te talerze są najważniejsze. Najważniejsza jest miłość. Bliskość, ciepło, wzajemne relacje. Czasem warto trochę wspólnie poleniuchować, nie robić nic pożytecznego, może nawet coś zawalić - ale razem, i mieć z tego frajdę. Oczywiście, bez przesady w drugą stronę. 

"Kocham Cię bardzo!"

 I ja Ciebie też.

Mam nadzieję, że dobrze się Wam czytało ten tekst. I że te wskazówki, nie wypunktowane jak we wpisach innych dziewczyn, ale rozsiane po całym tekście, jednak uda się Wam wyłuskać i wziąć sobie do serca. 

Bardzo się cieszę, że poprosiłam mamę o tych kilka słów. Myślę, że sama sporo dzięki nim zyskałam. Teraz czas, byście zyskali i Wy :)


środa, 27 lutego 2019

O Wróżce, która nie miała skrzydeł.

Co wiecie o wróżkach?
Ja wiem tyle, że żyją w bajkach, potrafią czarować i mają dobre serca. Wiem także, że mają skrzydła, dzięki którym potrafią latać i tańczyć wśród promieni słońca, wysoko ponad głowami ludzi.
Ale nie wszystkie. Niektóre wróżki nie mają skrzydeł. To jest bajka o pewnej Wróżce, która miała skrzydła, ale zostały jej ukradzione.

Ale bez obaw... To nie jest smutna bajka :)

1. Skrzydła.



Właściwie to Wróżka Bez Skrzydeł zawsze wiedziała, że ktoś jej te skrzydła kiedyś ukradnie. Wróżki potrafią czasem przewidzieć, co się wydarzy, przynajmniej w jakimś zakresie. A jej skrzydła były jakoś słabo przytwierdzone do pleców, a przy tym wyjątkowo piękne i niejeden już chciał się na nie połakomić.

Zresztą... kradli już jej te skrzydła, tylko jakoś tak mało skutecznie. Po jakimś czasie Wróżka Bez Skrzydeł odkrywała, że jednak znowu ma parę pięknych skrzydeł na plecach. Jak to się stało? Są pewne sprawy dotyczące wróżek, które ciężko zrozumieć nam, zwykłym ludziom. Ale wiedzcie jedno: kiedy wróżka naprawdę uwierzy, że znowu ma skrzydła, to one w magiczny sposób odrastają. 

Zdarzyło się jednak, że te skrzydła naprawdę zostały skradzione, skutecznie i nieodwracalnie. Wróżka Bez Skrzydeł nie wiedziała, dlaczego tak się stało. Podejrzewała jednak, że mogło to mieć coś wspólnego z faktem, iż Wróż, Który Nie Lubił Latać bardzo chciał zniechęcić ją do dalekich wypraw, które uwielbiała. Może myślał, że gdy odbierze jej skrzydła, łatwiej będzie mu zatrzymać ją w jego bezpiecznym małym domku.

Smutne było to, że gdyby poprosił: "Wróżko, zostań ze mną w moim bezpiecznym małym domku", to ona zostałaby. Ale kiedy ukradł skrzydła, odeszła na piechotę.

2. Życie wśród traw.



Świat przemierzany pieszo był przepiękny! Wróżka Bez Skrzydeł nie zdążyła nigdy przyjrzeć mu się dobrze, zajęta fruwaniem pod chmurami. Teraz mogła w spokoju obserwować, jak mrówki pracowicie budują dom, jak kwiaty podnoszą swoje piękne twarze do słońca, jak jaszczurki leniwie wygrzewają się w słońcu, jak kaczki wskakują do stawu... Idąc przez świat na własnych dwóch nogach, Wróżka Bez Skrzydeł zobaczyła więcej piękna niż kiedykolwiek spodziewała się ujrzeć.

Był tam też on - Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów. Wróżka Bez Skrzydeł nieraz podziwiała jego taniec, pozdrawiając go z wysoka, teraz jednak mogła nareszcie zatańczyć razem z nim. Szło jej to bardzo nieporadnie, myliła kroki, słabo jeszcze radziła sobie bez skrzydeł. Ale miała czas, by się nauczyć, a Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów był bardzo cierpliwym nauczycielem.

Podczas jednej ze swoich wędrówek Wróżka Bez Skrzydeł spotkała inne wróżki, które tak jak ona nie miały skrzydeł. Nie narzekały jednak z tego powodu. Potrafiły pięknie tańczyć, szybko biegać, wspinały się na drzewa zwinnie jak wiewiórki. Wróżka Bez Skrzydeł z radością dołączyła do nich, choć w głębi serca nadal trochę tęskniła za swoimi skrzydłami.

3. Brzeg morza.



Wróżka nie zaprzestała dalekich wypraw, nadal lubiła przygody. Chodzenie pieszo zajmowało więcej czasu niż latanie, ale pozwalało też więcej zobaczyć i doświadczyć. Któregoś dnia zapragnęła wybrać się nad morze. Nieraz z zachwytem oglądała z góry, jak spienione morskie fale biją o brzeg. Zwierzyła się przyjaciołom, że bardzo chciałaby odwiedzić to miejsce.

"Nie idź tam", usłyszała w odpowiedzi. "Tam jest niebezpiecznie! Tam można stracić skrzydła".
Wróżka Bez Skrzydeł zastanowiła się. "Skoro można tam stracić skrzydła, to może ja odnajdę moje?" - i udała się w drogę.

Nie znalazła skrzydeł. Znalazła za to małe muszelki i bursztyny. Czuła piasek pod stopami i orzeźwiającą morską bryzę we włosach, długo podskakiwała na spienionych falach, a potem aż do wieczora wygrzewała się w słońcu.

4. Pożar łąki.



Któregoś dnia wydarzyło się straszne nieszczęście. Łąka, którą Wróżka Bez Skrzydeł pokochała, stanęła w płomieniach! Stało się to podczas suszy, zapewne jakaś zabłąkana iskra zapaliła wyschnięte trawy. Przyjaciele Wróżki Bez Skrzydeł znaleźli się w tarapatach. Wśród nich był również Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów. 

Wróżka Bez Skrzydeł razem z wszystkimi biegała po wodę i pomagała ugasić pożar. Pomagała sobie swoimi skromnymi wróżkowymi czarami. Udało się! Łąka została uratowana, jej przyjaciele byli bezpieczni. Wróżka Bez Skrzydeł długo nie mogła się jednak uspokoić.

"Tyle czasu zmarnowałam, szukając skrzydeł! Tak niewiele brakowało, żebym straciła łąkę, zanim nauczyłam się ją doceniać. Gdyby nie udało się powstrzymać ognia, nie miałabym już ani skrzydeł, ani łąki", zrozumiała. 

5. Żyli długo i szczęśliwie.



Tak kończą się wszystkie bajki, prawda? Wiedzcie, że wróżki żyją naprawdę długo. Cała ta historia wydarzyła się dawno, dawno temu. Wróżka Bez Skrzydeł i Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów są szczęśliwi do tej pory, a tańczą razem piękniej niż kiedykolwiek.

"Czy tęsknisz za swoimi skrzydłami?", zapytał ktoś Wróżkę Bez Skrzydeł.
"Ani trochę!", zapewniła z uśmiechem.
"To dlaczego nazywasz się Wróżką Bez Skrzydeł?"

Wróżka zastanowiła się.
"Bo tak naprawdę to, co najpiękniejsze przeżyłam dlatego, że miałam skrzydła i je straciłam. Gdyby nie to, nigdy nie doceniłabym, jak wspaniałe jest życie na łące".

To już koniec tej bajki. Kiedy następnym razem zobaczycie łąkę pełną kwiatów, pomyślcie o tym, że żyje tam cała gromada małych i bardzo dzielnych wróżek, które znają dobre czary i które życzą Wam wszystkiego najlepszego.

A, i wiecie co? Kiedy wróżka naprawdę uwierzy, że znowu ma skrzydła, to one w magiczny sposób odrastają :)