piątek, 24 sierpnia 2018

A-a-a, kotki (tylko) dwa...


Niedawno śpiewałam synkowi kołysankę o kotkach i wymyślałam na bieżąco nowe zwrotki, których tekst inspirowany był naszą codziennością:

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy,
Były sobie kotki trzy,
Gdyby tylko jeden był,
To by wszystkie szklanki zbił.
(To prawda!)

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, 
Były sobie kotki trzy,
Gdyby były kotki cztery,
To dostalibyśmy... kota!

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy,
Były sobie kotki trzy,
Gdyby były tylko dwa,
To by było smutno nam...


Nie miałam pojęcia, że niedługo słowa tej ostatniej zwrotki staną się rzeczywistością. W ogóle nie brałam pod uwagę tego, że któregoś z naszych kotów może zabraknąć. Wiadomo, że pewnych rzeczy nie da się przewidzieć, jednak - bazując na informacjach o średnim wieku życia kota - nie spodziewałam się takich pożegnań w ciągu kilku najbliższych lat.

Molly


Zdrowe koty żyją około 20 lat. Koty schorowane natomiast żyją średnio do 10 lat. Choć Molly od lat była zdrowym i szczęśliwym kotem, heroiczna walka o jej zdrowie i życie stoczona osiem lat temu musiała pozostawić trwałe ślady w jej organizmie. Było to zresztą widać na pierwszy rzut oka. Była drobniejsza, znacznie mniejsza i chudsza od innych kotów. Co jakiś czas zdarzało się, że jej piękne zielone oczy łzawiły - pozostałość po ciężkim kocim katarze. Jeśli chodzi o charakter - nie była tak przebojowa jak dwie młodsze kotki, przeważnie im ustępowała. Była jednak szczęśliwą, wiecznie mruczącą pieszczoszką, garnęła się do ludzi, nie bała się niczego.

Przygarnęliśmy Molly, gdy miała rok. Była tym najsłabszym, najbardziej zabiedzonym i schorowanym kotem w schronisku, pozbawionym chęci życia i woli walki. Miała żółtaczkę, katar, wrzód na języku uniemożliwiający jedzenie, ropiejącą ranę po źle zrobionej sterylizacji. Skóra pękała jej od byle dotknięcia. Świętowaliśmy z jej tymczasową opiekunką, gdy Molly osiągnęła wagę 1,5 kg - bo to znaczyło, że kicia będzie żyć. Dzięki Asi i dzięki niezwykłemu weterynarzowi udało się doprowadzić Molly do względnie dobrego stanu. Reszta należała do nas. Musieliśmy pokazać jej, że warto żyć, że jest kochana i potrzebna i że już nigdy nie zostanie porzucona. Niedługo później mogliśmy się przekonać, jak bardzo kochający i szczęśliwy może być kot, któremu okazano trochę serca po ciężkich przeżyciach.

Jak odeszła?


Wszystko rozegrało się w dwa dni. Rano, może koło południa zauważyłam, że kicia jest dziwnie osowiała. Siedziała lub leżała w jednym miejscu i prawie się nie ruszała. To nie tak, że w normalnym stanie biegałaby energicznie po całym domu - wszystkie nasze koty to raczej leniwe mruczki, zwłaszcza w taki upał. Jednak w tym spokoju Molly było coś dziwnego, coś nowego. Uznaliśmy, że w poniedziałek trzeba będzie odwiedzić weterynarza. Przeszło mi przez myśl, że są przychodnie czynne również w weekendy. Taka wyprawa z różnych względów nie była nam jednak na rękę, a poza dziwną osowiałością Molly nie zdradzała żadnych niepokojących objawów.

Pierwszy sygnał mówiący jednoznacznie, że dzieje się coś niedobrego pojawił się wieczorem, kiedy Molly nie mogła - nie chciała - napić się wody. Najpierw pomyślałam, że może po prostu woda jest nieświeża i nalałam świeżej wody do miski, Molly jednak zaczęła rozlewać wodę, zamiast ją pić. Wiedzieliśmy już, że sprawa jest poważna. W poniedziałek do weterynarza, koniecznie!

Poniedziałek to była już agonia kota. Molly właściwie tylko leżała w jednym miejscu, nie dała się nawet napoić strzykawką. Schudła o połowę! Chyba nie uwierzyłabym, że kot może tak bardzo schudnąć w tak krótkim czasie, gdybym tego nie widziała na własne oczy. Zawsze była drobniutka, ale nagle zostały z niej skóra i kości. Zmieniła się też na pyszczku. Tak naprawdę czułam, że to już jej ostatnie chwile. Nie wiedziałam tylko, czy odejdzie w domu, czy u weterynarza. Odeszła tuż przed tym, zanim zdążyliśmy wyjść z domu.

Czy można było coś zrobić?


Z jednej strony cieszę się, że Molly odeszła w domu - wśród bliskich, w miejscu, które znała i kochała, a nie w gabinecie weterynarza. Z drugiej strony - męczy mnie świadomość, że tak naprawdę nic nie wiem. Nie wiem, czy można było ją uratować. Może gdybyśmy od razu w niedzielę pojechali do weterynarza? Może jeszcze wcześniej, może były jakieś mniej dramatyczne objawy choroby, których nie zauważyliśmy? Może różne dziwne zachowania, które braliśmy za objaw stresu (mieliśmy ostatnio remont, trochę się w domu zmieniło), były tak naprawdę zwiastunem zbliżającego się końca?

Miała 9 lat. To dość zaawansowany wiek dla zwierzęcia, ale koty żyją zazwyczaj dwa razy tyle.

Czytam moje własne wyjaśnienia, moją relację z tych dwóch dni - i sama sobie nie wierzę. Jak to, zdrowy, niestary kot nagle położył się i umarł? W ciągu doby schudł o połowę? Umarł tak szybko, że nie zdążyliśmy dojechać do lekarza? To brzmi jak kretyńskie tłumaczenie się kogoś, kto ma coś na sumieniu... Zapewniam, że nigdy nie zrobiłabym krzywdy zwierzęciu, zwłaszcza takiemu, które kochałam i przygarnęłam.

Przez jakiś czas myślałam, że może zatruła się podczas remontu. Była głupiutka i nieostrożna, może wsadziła pyszczek do puszki z farbą, gdy nikt nie patrzył? Potem uświadomiłam sobie jednak, że od remontu minęło już trochę czasu. Gdyby się zatruła, objawy nastąpiłyby wcześniej.

Widziałam parokrotnie zwierzęta tuż przed śmiercią, słyszałam też opisy podobne od moich. Pewnego dnia zwierzę po prostu słabło, jego ruchy stawały się spowolnione, przestawało jeść i pić, a potem odchodziło. Dokładnie tak było z Molly. Jedyne, co nie pasuje do tego obrazu, to jej wiek. Tłumaczymy sobie, że widocznie przez choroby, które przeszła w młodości, jej organizm był znacznie bardziej doświadczony, był jak organizm dwudziestoletniego kota. To jedyny sposób, w jaki mogę to sobie wytłumaczyć.

Wspominamy


To na pewno potrwa trochę czasu, zanim przyzwyczaimy się do tego, że nie ma już z nami Molly. Była maleńka i niepozorna, ale w jakiś zwykły-niezwykły sposób wypełniała sobą cały dom. Czasem jeszcze łapię się na tym, że szukam jej wzrokiem. Nie, nie chcę innego kota na jej miejsce. Może za następne osiem czy dziewięć lat. Na razie a-a-a, kotki dwa...

Powspominajcie razem z nami.




20 komentarzy:

  1. Współczuję Wam utraty kudłatego przyjaciela.. Mnie to najbardziej przeraża właśnie. Nasza Holly (border collie) ma dopiero rok, więc myśli o śmierci odpędzam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rok, to młodziutka jest :) Czeka Was wiele cudownych lat!

      Usuń
  2. Utrata zwierzęcia to jak utrata przyjaciela. Przeszłam to kilka razy i to zarówno z psami, jak i tymi mniejszymi zwierzakami, jak myszoskoczki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też już wcześniej tego doświadczyłam, i to nawet w podobny sposób, tylko wtedy chodziło o chomika. Ale po raz pierwszy pożegnałam zwierzę, z którym spędziłam tak dużo czasu.

      Usuń
  3. Bardzo Wam współczuję. Dla mnie pupil jest niczym członek rodziny, nie wyobrażam sobie jego utraty. Dużo sił dla was.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :* Tak, była członkiem rodziny, to ona uczyła nas troski i odpowiedzialności, zanim jeszcze zostaliśmy rodzicami. Pusto tu bez niej...

      Usuń
  4. Raz jeszcze powtórzę. Bardzo bardzo współczuję. Przeżyłam śmierć swojego ukochanego kotka i było to straszne. Mimo że miał 18 lat i ciężko chorował przez ostatnie 6, ale jego śmierć i tak była dla nas szokiem.
    Mamy teraz 3 koty. Nie wiem, jak uda mi się pozbierać, kiedy i ich zabraknie.

    Mój maż kiedyś powiedział bardzo mądre, ale też i bardzo smutne słowa: "Zwierzęta bardzo dużo uczą dzieci. Nie tylko uczą ich odpowiedzialności, ale i uczą o tym, czym jest śmierć, gdyż to one odchodzą szybciej". Taka jest rzeczywistość i po prostu trzeba to zaakceptować. Śmierć zwierzaka dla naszych dzieci będzie pewnie jeszcze straszniejsza niż dla nas, więc w przyszłości po prostu będziemy musiały się wziąć w garść dla dobra naszych dzieci.

    Pomocnym by też było, aby w miastach zaczęto budować cmentarze dla zwierząt. Wielu ludziom by to pomogło pogodzić się z tą ogromną stratą. Bo zupełnie co innego jest dalej móc odwiedzać swojego ukochanego zwierzaka, a co innego oddać go do weterynarza do... pozbycia się jego ciała. :-( Ja chyba tego właśnie najbardziej nie przeboleję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za piękny komentarz :* Robert jest jeszcze malutki i raczej nie rozumie, co się stało z Molly. Kiedy będzie starszy, czeka go pewnie sporo smutku. Nasze dwie kotki i piesek nie będą żyć wiecznie. Mam nadzieję, że będziemy potrafili mu pomóc jak najlepiej sobie z tym poradzić.

      Usuń
  5. Nawet nie umiem sobie wyobrazić życia bez naszej Pusi... Niby to tylko kot, a kocham jak dziecko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koty są wyjątkowe <3 Nie wyobrażam sobie naszego domu bez nich.

      Usuń
  6. Osobiście nia mamy w domu zwierzatka ale wiem jak to musi bolec utrata jedo bo teściowie mieli psa z ktorym każde z naszej rodziny było bardzo zżyte.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, jak odeszła sunia mojego męża (wówczas mojego chłopaka). Wszyscy byli smutni, włącznie ze mną, choć tak naprawdę byłam wtedy tylko częstym gościem w ich mieszkaniu.

      Usuń
  7. Bardzo współczuję :( Ja po śmierci mojej pierwszej kotki byłam "wyjęta" z życia przez trzy dni. Ale wytrzymaliśmy tylko miesiąc bez kota. Teraz mamy aż dwa :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla nas pocieszeniem są dwie młodsze kotki. Na razie nie chcemy więcej kotów, ale kiedy tych dwóch również zabraknie, to pewnie przygarniemy jakieś kociaki.

      Usuń
  8. Nawet nie wiedziałam, że koty żyją 20 lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeważnie tak, o ile cieszą się dobrym zdrowiem.

      Usuń
  9. Współczuję. Ja mam 8letnia suczkę i nie wyobrażam sobie że kiedyś jej zabraknie

    OdpowiedzUsuń
  10. My przeżywamy śmierć psa moich teściów. Mój syn się z nim wychowywał. Współczuję Ci straty przyjaciela. To jest niezwykła więź między człowiekiem a zwierzęciem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Minęło już trochę czasu, a ja nadal czasami łapię się na tym, że szukam jej wzrokiem... Dziękuję za miłe słowa :*

      Usuń