sobota, 23 września 2017

O małych i dużych książętach.

Mały Książę (2015) - plakat
Źródło: filmweb

Ostatnio zdarzyło nam się obejrzeć kilka kreskówek. Robert jeszcze niewiele z nich rozumie, ale cieszy się z nich na swój sposób: tańczy, kiedy słyszy piosenkę i uśmiecha się do kolorowych obrazków. A my? Chyba sprawdzamy, które filmy warto pokazać mu, gdy będzie już starszy. Tyle tylko, że większość współczesnych filmów animowanych, które widzieliśmy, ma za zadanie raczej bawić i wzruszać dorosłych widzów niż dzieci. Ale o tym może napiszę innym razem. 

W każdym razie, wczoraj wieczorem obejrzeliśmy "Małego Księcia". Chciałam zobaczyć tę ekranizację, odkąd w kinie przed 'W głowie się nie mieści" pokazano zwiastun, który ogromnie mi się spodobał. Wiedziałam, że nie będzie to typowa ekranizacja, ale raczej film nawiązujący do książki i opowiadający przy okazji nową historię. Wiedziałam, czego się spodziewać i chciałam to zobaczyć. A i tak zostałam zaskoczona.

Spodziewałam się też, że będę płakać, oglądając "Małego Księcia". W końcu, bez względu na to, jak daleko zabrniemy w interpretowaniu tej parabolicznej opowieści, na końcu książki umiera dziecko. Odkąd zostałam matką, jeszcze trudniej mi się pogodzić z takimi rozwiązaniami fabularnymi. Twórcy filmu postanowili jednak potraktować losy Małego Księcia w sposób odkrywczy i dopisać dalszy ciąg do zakończenia, które uznali za otwarte i nieoczywiste.

Ale po kolei.

"Będzie z Ciebie wspaniały dorosły!"


Kadr z filmu
Źródło: filmweb

Te słowa padają w filmie przynajmniej dwukrotnie, za każdym razem adresowane do głównej bohaterki, Dziewczynki. To o niej jest ten film. A choć Dziewczynka tak na oko ma nie więcej niż 10 lat, wygląda na to, że najważniejszym problemem w jej życiu i najważniejszym pytaniem, na które musi już teraz odpowiedzieć jest to, kim będzie, gdy dorośnie.

Mniej więcej 3/4 fabuły filmu to przedstawiona w krzywym zwierciadle, ale jednak dość realistyczna opowieść o Dziewczynce i jej wcześnie rozpoczętej drodze do stania się wspaniałym dorosłym. Matka Dziewczynki skrupulatnie zaplanowała jej przyszłość co do godziny, widząc ją jako przyszłą uczennicę prestiżowej uczelni, a w dalszej perspektywie - jako idealną pracownicę korporacji. Tymczasem nowo poznany przyjaciel Dziewczynki, stary i ekscentryczny Pilot, pokazuje jej radosną stronę dzieciństwa i przestrzega ją, żeby zachowała te radości w pamięci, gdy będzie już dorosła. Opowiada jej o Małym Księciu, którego spotkał wiele lat wcześniej na pustyni. Podczas gdy historia Dziewczynki pokazana jest przy użyciu typowej dla współczesnych czasów animacji komputerowej, do zilustrowania fragmentów "Małego Księcia" użyto tradycyjnej animacji poklatkowej. Pilot czyta Dziewczynce "Małego Księcia" i jednocześnie stara się przygotować ją na swoje odejście.

Ta część filmu stanowi spójną, ładną i wzruszającą historię. Jednak twórcy filmu przygotowali jeszcze jedną dużą niespodziankę. Właśnie ta niespodzianka sprawia mi najwięcej trudności przy ocenie filmu, a jednocześnie - mimo wszystko - najmocniej daje do myślenia.

Pan Książę. 


Punktem wyjścia do ostatniej, zaskakującej części filmu jest myśl twórców wypowiedziana na głos przez Dziewczynkę: że tak naprawdę nie wiadomo, co stało się z Małym Księciem po rozstaniu z Pilotem. Dla mnie los bohatera był zawsze oczywisty, a interpretacji podlegało jedynie, czy było to zakończenie tragiczne (zginął), czy jednak pozytywne (wrócił na swoją planetę do ukochanej Róży). Dziewczynka z filmu uznała jednak, że nie ma pewności, czy Mały Książę nie żyje i postanowiła go odszukać.

Od tego momentu film zmienia się całkowicie. Chyba najbezpieczniej jest interpretować ten fragment jako sen Dziewczynki, sen odzwierciedlający jej lęki i niepokoje. Nagle dochodzi bowiem do zupełnie nierealnych wydarzeń, w wyniku których Dziewczynka trafia do potężnego biurowca, gdzie spotyka Dorosłych znanych z historii o Małym Księciu, między innymi Próżnego, który jest teraz policjantem dbającym o porządek w mieście oraz Biznesmena, który kupił wszystkie gwiazdy i jest teraz szefem wielkiej korporacji. Dziewczynka spotyka również Małego Księcia, który nazywa się teraz Pan Książę i pracuje jako operator szczotki. Nie pamięta o Pilocie ani o Róży, jest bardzo przejęty swoją pracą i dorosłością.

Zmianie ulega również styl animacji, który teraz przypomina bardzo mroczny teatr kukiełkowy. Skończyła się (przynajmniej chwilowo) kolorowa i nostalgiczna bajeczka dla dzieci, teraz oglądamy horror raczej dla dorosłych.

Mieszane uczucia.


Kadr z filmu
Źródło: basementrejects.com

Kiedy po obejrzeniu "Małego Księcia" zapytałam męża, co sądzi o filmie, odpowiedział mi: "Mam mieszane uczucia". Doskonale to rozumiałam. Gdyby to mnie zapytano o wrażenia, odpowiedziałabym identycznie.

Dlaczego mieszane uczucia? Z jednej strony duże zaskoczenie, które trudno nazwać pozytywnym. Dysonans spowodowany nagłą ogromną zmianą stylu, klimatu, właściwie nawet gatunku. I zarazem odczuwany przeze mnie sprzeciw na to, że ktoś miesza przy znanej mi historii o Małym Księciu, zmienia jej sens, sens poświęcenia Małego Księcia, sens jego miłości.

Z drugiej strony... to było mocne. Trudne, bolesne i nie pozwalające o sobie zapomnieć. Zupełnie jak kawałek dobrego kina. Zupełnie jak lustro, w którym można zobaczyć swoją twarz. Twarz Małego Księcia. Twarz Małej Księżnej.

"Jak mogłeś zapomnieć o Róży?" - jak mogłeś zapomnieć, kim byłeś? Jak mogłeś zapomnieć o całym bajkowym świecie Twojego dzieciństwa, w którym byłeś niepokonany, nieustraszony i nie było dla Ciebie rzeczy niemożliwej? Przecież kiedyś to wszystko było dla Ciebie tak rzeczywiste jak baranek w pudełku narysowanym przez Pilota.  A kim jesteś teraz? Co okazało się na tyle ważne, że aż zapomniałeś o tym, co było najważniejsze na świecie?

Ciężko pogodzić się z tym, że Mały Książę został sprzątaczem. Jednak - niejeden sprzątacz był kiedyś księciem. Rycerzem, wojownikiem, królem Narni, był kim tylko zechciał, zanim przestał wierzyć, że może być kim zechce. Niejeden, niejedna z nas nie jest tam, gdzie chce być. Niejeden z nas, jak filmowy Mały Książę, tracił kolejne posady, przeżywał kolejne niepowodzenia i pozwolił sobie wmówić, że jest beznadziejny, że nie nadaje się do niczego, a to stanowisko na samym dole drabiny korporacyjnej jest wszystkim, na co go stać. Niejeden wielki człowiek pozwolił, by mali ludzie mierzyli go swoją miarą i uznali, że nie pasuje, a zatem jest gorszy i mniej wart.

Z jednej strony wolałabym może, żeby ten film nie był o znanym mi Małym Księciu, tylko o jakimś zupełnie nowym księciu, wymyślonym dla potrzeb tej zupełnie nowej historii. Z drugiej strony wiem, że w ten sposób boli bardziej. Boli, gdy patrzysz na doskonale sobie znanego przyjaciela z dzieciństwa i pytasz: "Co się z Tobą stało?"

A potem pytasz siebie.


Widzę siebie w Pilocie-dziwaku, który nigdy nie zapomniał, jak to jest być dzieckiem, ale też widzę siebie w Małym Księciu, który pozwolił sobie wmówić, że jest nic niewart. Ja też pozwoliłam, by zrobiono ze mnie taką rybę, od której każdy oczekuje umiejętności wspinania się po drzewie. 

W filmie bohater przypomina sobie, kim był - dzięki pomocy Dziewczynki. Niektórzy z nas nie przypominają sobie tego nigdy. Może czasem warto, nawet jeśli to trudne, zapytać siebie: kim byłeś? Czego pragnąłeś? Za co oddałbyś życie?

Dlatego mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o ten film, na którym płakałam i w którym zobaczyłam siebie, choć nieszczególnie mi się spodobał. Czy polecam? Tylko osobom świadomym, co oglądają. I raczej tylko dorosłym. Jak już pisałam, większość współcześnie powstających filmów animowanych jest dla dorosłych.

Znasz ten film? Czy dowiedziałeś się o nim z mojego tekstu? Daj mi znać, co o nim myślisz.

Kadr z filmu
Źródło: Dailymotion

poniedziałek, 11 września 2017

Synku.

Piszę do Ciebie ten list, choć jesteś jeszcze zbyt malutki, żeby go przeczytać i pewnie niewiele byś dzisiaj z niego zrozumiał. On tu poczeka na Ciebie, aż kiedyś być może go przeczytasz. Może pozwoli Ci mnie lepiej zrozumieć wtedy, kiedy z różnych powodów nie będziemy mogli się ze sobą zgodzić. Może i tak się zdarzyć.

Przede wszystkim chcę Ci powiedzieć, że Cię kocham. Mam nadzieję, że to jest fakt, który nie ulega żadnej wątpliwości i bez względu na to, jak napięte będą czasem relacje miedzy nami, nigdy nie przestaniesz czuć mojej miłości do Ciebie. Bądź pewien, że ona nigdy nie ustanie.

Co jeszcze chciałabym Ci przekazać i co może nie być już dla Ciebie tak oczywiste to, że wierzę w Ciebie. Widzę i doceniam Twoją wyjątkowość i jestem z Ciebie dumna. I choć nie mam jeszcze pojęcia, jak będzie wyglądał Twój świat i z jakimi wyzwaniami przyjdzie Ci się zmierzyć, wierzę, że osiągniesz wszystko, co sobie wymarzysz.

Wiedz, że jeśli daję Ci czasem odczuć, że w Ciebie wątpię i że Cię nie doceniam, to jest to wyłącznie mój brak wiary w siebie, moje niedowierzanie, że ktoś tak niedoskonały i pełen wad jak ja może mieć takiego wyjątkowego syna jak Ty. Czasem na siłę, wbrew rozsądkowi, nawet wbrew sobie doszukuję się w Tobie wad, bo boję się, że mogłam coś przegapić, coś zaniedbać, zrobić coś źle. Bo ciężko mi uwierzyć, że może być tak dobrze.

Przepraszam, jeśli nie chwalę Cię wystarczająco często. Mam nadzieję, że nie doprowadzę nigdy do takiej sytuacji, że nie będziesz świadom, jak doceniam wszystkie Twoje starania i to, co robisz. Ale jeśli tak będzie... Wiedz, że ja po prostu boję się własnego braku obiektywizmu. Boję się, że nie będę w stanie trzeźwo ocenić Twoich możliwości. Dla mnie wszystko, czego kiedykolwiek się podejmiesz, już w tej chwili jest najpiękniejsze i najlepsze na świecie, bo jest Twoje. I zarazem proszę Cię, nie wymagaj zbytniego obiektywizmu ode mnie. Świat oceni Cię nieraz, ludzie będą Cię porównywać i oceniać, nie zawsze będzie to ocena pozytywna. Prócz radości czekają Cię też rozczarowania. Bądź pewien, że zawsze jest ktoś, kto kocha Cię bezwarunkowo. Ktoś, u kogo zawsze wygrywasz, zawsze jesteś najlepszy.

Być może kiedyś zostaniesz tatusiem, synku. Nie wiem, czy tak będzie i broń Boże nie myśl, że wymagam tego od Ciebie. Chciałabym Ci po prostu powiedzieć, że jeśli kiedyś zostaniesz tatusiem, prawdopodobnie łatwiej Ci będzie zrozumieć pewne moje zachowania.

Zrozumiesz na przykład, dlaczego tak zależy mi na tym, żeby wszystko, co robimy, było po coś, w jakimś celu, a nie po prostu dla dobrej zabawy. Synku, ja czasem nie wiem, w co ręce włożyć, praktycznie nie ma takiej chwili, w której nie miałabym czegoś do zrobienia, a odpoczywać też kiedyś muszę. I choć rozumiem Twoją potrzebę zabawy i rozrywki, to jednak nieraz ciśnie mi się na usta to znienawidzone "a po co?".

Kiedyś przyprowadzisz do mnie dziewczynę i będziesz chciał, żebym ją pokochała. Nie miej do mnie żalu, jeśli nie zobaczę w niej od razu mojej przyszłej synowej. Synku, ja będę raczej szukała słów pocieszenia, które Ci powiem, gdy ktoś po raz pierwszy złamie Ci serce. Bo prawdopodobnie to kiedyś nastąpi. Wiedz, że ja też to przeżyłam. Bywałam zakochana i zraniona. Dano mi do przeżycia cudowne, romantyczne chwile i miłość jak z filmów, które będziemy razem oglądać. Mam nadzieję, że będziesz mógł długo obserwować tę piękną miłość między mną a Twoim tatą i nigdy nie zwątpisz w to, że równie piękna miłość czeka gdzieś na Ciebie.

Nie myśl nigdy, że chcę Ci podciąć skrzydła, że nie wierzę w Ciebie, broń Boże nie myśl, że nie chcę Twojego szczęścia. Pragnę go z całego serca i wierzę w nie. Ja wątpię raczej sama w siebie. Chciałabym zarażać Cię optymizmem i niezłomną wiarą, a czasem to mnie samej tego brakuje. Bo mam trzydzieści lat i są takie chwile, kiedy czuję, że naprawdę tyle mam. Bo ciągle czekam, kiedy wróci do mnie ta obiecana dobra karma, która już od tylu lat ma przyjść i idzie chyba okrężną drogą. Bo jestem szczęśliwa, bardzo szczęśliwa, ale jednocześnie wiem, że to moje szczęście jest takie trochę na przekór, nieoczywiste, niełatwe, wywalczone. I choć wiem, że takie szczęście jest więcej warte i smakuje lepiej niż jakiekolwiek inne, to jednak w głębi serca wciąż naiwnie pragnę dla Ciebie tego łatwego, banalnego i oczywistego szczęścia, które po prostu spadnie Ci z nieba i o które nie będziesz nigdy musiał walczyć. Wbrew rozsądkowi, wbrew własnemu doświadczeniu pragnę dla Ciebie takiego szczęścia.

Przepraszam, jeśli zapomnę kiedyś o tym, żeby powtarzać Ci każdego dnia, jak bardzo jestem z Ciebie dumna. Kiedyś dowiesz się, że ludzie czasami zapominają o oczywistych słowach.

Zawsze pamiętaj, że moje ramiona nigdy nie przestaną być dla Ciebie otwarte. Nie myśl, że mogłoby być inaczej.

Jesteś najlepszy. Kocham Cię.

Twoja mama.



poniedziałek, 4 września 2017

Pułapka bycia miłą.


Jedną z rzeczy, które lubię w prowadzeniu bloga jest to, że czasami nie muszę się w ogóle zastanawiać nad tym, o czym napisać kolejny tekst. Niektóre tematy przychodzą do mnie same. Oto mieliśmy końcówkę sierpnia 2017, kilka przejmujących medialnych doniesień o przypadkach przemocy wobec kobiet, w tym samym czasie pojawiła się wielce przemyślana kampania o tym, że mądra dziewczynka nie pija winka, na co internauci reagują obficie i emocjonalnie.  A do mnie, skromnej matki z domku na wsi, wypisują kolejni mniej lub bardziej nachalni panowie z mniej lub bardziej nieprzyzwoitymi propozycjami. Obyś żyła w ciekawych czasach, kobieto.

Na wstępie muszę zaznaczyć, czym ten tekst nie będzie. Nie będzie, choć mogłoby to wynikać z tytułu, formą obwiniania ofiary i zbiorem porad, które najlepiej rozbić o kant pośladka. Takie podejście jest dla mnie wstrętne i nie zamierzam go powielać. Piszę do Was, kochane kobiety, nie po to, by Was pouczać, ale po to, by powiedzieć o pewnych mechanizmach, które nieraz zachodzą w naszych głowach i sprawiają, że czujemy się winne, choć to nie ma najmniejszego sensu.

Osoba, która nie stawia granic?


Są takie dyskusje, które zostają w pamięci przez długie lata. Ja nie zapomnę nigdy dyskusji, w której uczestniczyłam krótko po tym, gdy wydarzyła się potworna rzecz - młoda dziewczyna została wyrzucona przez okno jadącego pociągu. Jedna z uczestniczek dyskusji, osoba obeznana z tematyką przemocową napisała wtedy, że jest przekonana, iż sprawcy zdarzenia starannie wybrali ofiarę i testowali ją, stopniowo coraz bardziej naruszając jej strefę komfortu i ostatecznie przekonując się, że mają do czynienia z osobą, która nie stawia granic.

Pamiętam, jak nie mogłam się zgodzić z tymi słowami. Nadal nie mogę. Bo jestem pewna, że w chwili zagrożenia ta dziewczyna nie wahała się przed niczym, by walczyć o siebie. Kiedy wiedziała, że zaraz zginie, na pewno nie miała skrupułów, że będzie nieuprzejma czy niemiła, na pewno nie wstydziła się krzyczeć i szarpać. Na pewno walczyła do ostatka, walczyła brzydko, ostro, niegrzecznie - i niestety nieskutecznie.

Jest jednak smutna prawda w tym, że sprawcy przemocy wybierają na swoje ofiary osoby ciche, miłe i grzeczne. Nie te, o których myśli się, że są prowokujące, wyzywające, ale właśnie te, których skromność i uprzejmość nieraz pewnie chwalono.

Bądź miła, bądź grzeczna.


Przecież tego właśnie uczy się nas, dziewczynki, od dzieciństwa. Każda z nas ma swoją historię, swoje doświadczenie, kiedy oczekiwano od niej, że będzie bardziej miła i ustąpi. Ja pamiętam urodziny kolegi z klasy, na które nie chciałam pójść, bo miałam swoje powody, które wówczas miały dla mnie duże znaczenie. Dowiedziałam się jednak, że powinnam pójść, bo inaczej sprawię koledze przykrość i że moje powody przemawiające za tym, żeby nie iść, nie są tak ważne w obliczu ryzyka sprawienia koledze przykrości.

Na urodziny poszłam, bawiłam się zresztą świetnie, broń Boże nie mam z tego tytułu żadnego żalu ani traumy. Był to jednak może nie kamień milowy, ale jakiś kamyczek na drodze kształtowania się mojej osobowości idealnej ofiary. Kamyczek, na którym napisano "możesz, a nawet powinnaś rezygnować z własnych priorytetów, by nie urazić innych"

Bycie miłą jest przyjemne. Najzwyczajniej w świecie, jeśli okazujesz ludziom serdeczność, ludzie okażą ją Tobie. Osoba miła, bezkonfliktowa może liczyć na sympatię otoczenia. Problem pojawia się jednak, gdy ktoś z mniejszą lub większą premedytacją postanawia wykorzystać Twój miły i ustępliwy charakter. Będzie testować Twoją cierpliwość, a gdy w końcu napotka Twoje granice i zaprotestujesz, będzie chciał wykorzystać Twoją grzeczność przeciwko Tobie. "Jak to, przecież wcześniej nie miałaś nic przeciwko!", Jesteś nieszczera, zakłamana, mogłaś wcześniej mówić, że się nie zgadzasz!", "Jakoś dla innych jesteś milsza niż dla mnie!"...

Co wtedy czujesz, miła kobieto? O ile nie jesteś jeszcze uodporniona na takie sytuacje - możesz poczuć, choćby podświadomie, że zawiodłaś. Przecież miałaś ustępować, miałaś starać się nie urazić. Miałaś być dobra dla każdego, tymczasem ktoś czuje się przez Ciebie skrzywdzony. Możliwe, że się wstydzisz. Niestety, możliwe też, że dasz się przekonać, dasz się zmanipulować przez to perfidne, okrutne zawstydzanie. Przecież nauczono Cię, żeby ustępować.

A może już Cię skrzywdzono i próbujesz zawalczyć o siebie, a świat Ci wpiera: "to była Twoja wina, dlaczego na to pozwoliłaś?", "Dlaczego nie mówiłaś, że nie chcesz?", "To nie wina faceta, że trafił na laskę, która nie wie, czego chce!"... I tracisz czas na zastanawianie się, co zrobiłaś źle i co jest z Tobą nie tak, zamiast domagać się sprawiedliwości i kary dla tego, kto naprawdę zawinił. Wiesz co? On prawdopodobnie z góry zakładał, że tak właśnie zareagujesz...

Dlaczego byłam zbyt miła?


Wspomniałam na początku tego tekstu, że otrzymałam ostatnio kilka niezbyt przyzwoitych propozycji od nieznajomych mi mężczyzn. Większość z nich spuściłam po brzytwie od razu lub po krótkiej wymianie wiadomości. Jedna z tych sytuacji rozwinęła się nieco inaczej i właśnie o niej chciałabym Wam opowiedzieć.

Otóż, od ładnych paru lat pozuję do zdjęć, mam swoje portfolio na portalu modelingowym. Przez ten czas nauczyłam się już całkiem nieźle odsiewać rozsądne propozycje od tych, których lepiej unikać. Dlaczego ten fotograf uśpił moją czujność? Może dlatego, że gdy do mnie napisał, byłam w dość trudnym momencie. Po urodzeniu dziecka praktycznie przestałam dostawać jakiekolwiek propozycje zdjęciowe. Jako mamuśka z lekką nadwagą, niefarbowanymi włosami i dzieckiem, które obowiązkowo musiało być ze mną na sesji (przecież nie zostawię takiego malucha na parę godzin!) nie byłam już takim atrakcyjnym obiektem do fotografowania. Kiedy więc napisał do mnie fotograf z dobrym, profesjonalnym portfolio, wyraźnie zainteresowany sesją, poczułam się tak, jakby ta propozycja dosłownie spadła mi z nieba.

Wymieniliśmy sporo wiadomości, wszystkie jednak ściśle związane ze współpracą, na którą się umawialiśmy. Ustalanie miejsca, zakresu pozowania, stylizacji... Wszystko to, co już wielokrotnie ustalałam z innymi fotografami. Jak się później dowiedziałam, za punkt przełomowy w naszej relacji mój rozmówca uznał moment, kiedy wysłał do mnie wiadomość o treści: "a po sesji może pójdziemy na jakiś soczek lub kawę", a ja odpowiedziałam, że pewnie, jeśli tylko czas pozwoli. Nieraz po sesji chodziliśmy z fotografami coś przekąsić i wypić, sesja zdjęciowa bywa wyczerpująca i trwa czasem kilka godzin, to dość naturalne, że człowiek po takim czasie głodnieje.

Owszem, kilka lampek alarmowych w mojej głowie zapaliło się już podczas tej wymiany wiadomości. Przede wszystkim pytanie: "czy Twój mąż nie będzie miał nic przeciwko sesji?". Zdarzało mi się rezygnować ze współpracy, jeśli w dyskusji z fotografem powtarzały się pytania tego typu. Jest to dla mnie pewien sygnał, że fotograf dopuszcza możliwość, że na sesji wydarzy się coś, co mężowi mogłoby nie odpowiadać. Z drugiej strony jednak, zdarzyło mi się słyszeć takie pytania również z ust fotografów, którzy mieli najzupełniej szczere intencje. Postanowiłam być ostrożna, ale nie przekreślać jeszcze współpracy.

Umówiliśmy się na telefon - to znaczy, umówiliśmy się, że ja zadzwonię o umówionej porze. Zadzwoniłam, ale fotograf nie odebrał. Krótko później wysłał mi wiadomość tekstową z przeprosinami, że był zajęty. Wymieniliśmy kilka smsów. Zaniepokoiłam się już poważnie, kiedy w jednej z wiadomości fotograf zwrócił się do mnie per myszko i wysłał emotikonę z serduszkami. Zanim jednak zdążyłam zareagować, wysłał kolejną wiadomość, w której przeprosił za te serduszka, tłumacząc się, że źle mu się wybrała ikona na ekranie dotykowym. Za myszkę nie przeprosił. Odpowiedziałam, że mam nadzieję, że nasza współpraca będzie profesjonalna i dodałam, że nie szukam chłopaka. Przeprosił jeszcze raz.

Dlaczego nie zareagowałam bardziej stanowczo, bardziej negatywnie? Cóż, nie chciałam atakować z grubej rury sympatycznego w gruncie rzeczy chłopaka, którego jedyną póki co przewiną było to, że nazwał mnie myszką. Po raz kolejny uznałam, że poczekam, jak rozwinie się sytuacja.

Myszko.


Następnego dnia rano obudził mnie jego telefon. Pytał, czemu nie odpowiadam na smsy. Ponieważ nie lubię, kiedy budzi się mnie telefonem, mój głos i postawa prawdopodobnie dość mocno odbiegały od jego wyobrażeń o słodkiej myszce, umówiliśmy się zatem, że oddzwonię później. Spojrzałam na smsy - i zdębiałam.

Od ilości myszek i serduszek dosłownie zakręciło mi się w głowie. Wiadomości o treści "moja myszko", "brakuje mi rozmów z Tobą, moja myszko", "dzień dobry, myszko"... Jakbym przez całą noc dostawała wiadomości od kochanka!

Odpowiedziałam stanowczo i jednoznacznie: "Widzę, że czegoś nie rozumiesz. Nie jestem Twoją myszką i nie szukam relacji innej niż profesjonalna współpraca. Z żalem muszę zrezygnować z sesji. Naprawdę chodziło mi tylko i wyłącznie o zdjęcia".

Po wysłaniu tej wiadomości jeszcze do popołudnia kilkakrotnie dzwonił i zasypywał mnie wiadomościami. Oskarżał mnie, że jestem nieszczera, że mogłam od początku pisać, że coś mi nie pasuje. Sugerował, że obiecywałam mu różne rzeczy, że może mi wysłać screeny z rozmów. Próbował mnie zawstydzić, krytykując moje zdjęcia i dając mi do zrozumienia, że powinnam być milsza dla kogoś, kto w ogóle chce mnie fotografować. Nie mógł zrozumieć, dlaczego chciałam iść z nim na kawę, twierdził, że pisałam mu, że zależy mi na nim i że chcę go poznać bliżej (co oczywiście nie było prawdą). Mówię Wam, istny kosmos.

Nie piszcie mi, jak powinnam sobie poradzić w tej sytuacji - poradziłam sobie. Szanowny fotograf już nie wypisuje do mnie, poza jednym zepsutym dniem nie wydarzyło się nic złego. Nadal umawiam się na sesje zdjęciowe, nareszcie cokolwiek ruszyło się w tej kwestii. Opisałam Wam tę sytuację, bo moim zdaniem jest bardzo pouczająca.

To był mój błąd.


Uwaga: używam tutaj słowa "błąd" w tym znaczeniu, w jakim błędem było pójście na spacer, z którego wróciło się przemoczonym do suchej nitki, bo złapała nas niespodziewana ulewa. To, że popełniłam błąd nie świadczy o mojej głupocie czy o winie. Chciałabym mocno rozróżnić te pojęcia. Kobieta, która popełniła błąd to nie kobieta, która jest naiwną idiotką, to nie kobieta, która sprowokowała daną sytuację i ponosi za nią choćby cząstkową odpowiedzialność. 

Na czym polegał mój błąd? Na tym, że nie zareagowałam na pierwsze naruszenie mojej strefy komfortu. Czyli na pierwszą "myszkę". Błąd polegał na tym, że przedłożyłam uprzejmość wobec nieznajomego mężczyzny nad moje własne poczucie komfortu.

Dlaczego po mojej zdecydowanej reakcji rozmówca usiłował mnie zawstydzić i wpędzić w poczucie winy? Bo rozpoznał mnie już jako osobę uprzejmą, która nie chce nikogo skrzywdzić i wiedział, że będę się źle czuła z tym, że go uraziłam. Prawdopodobnie widział we mnie również osobę o niskim poczuciu własnej wartości i dlatego też próbował uderzyć w czułą nutę, czyli w moje zdjęcia.

Mając takie informacje o mnie, widział we mnie łatwy cel: osobę, którą bez trudu uda mu się wykorzystać, a w razie gdybym poczuła się wykorzystana, spodziewał się, że dość łatwo zdoła przerzucić odpowiedzialność za zaistniałą sytuację na mnie i wmówić mi, że sama do tego doprowadziłam.

Od niewielkiego zagrożenia do groźby katastrofy.


Dobra, wiem, co wydarzyło się w tym tekście. Jednym tchem i jednym tonem piszę o niechcianym zaproszeniu na urodziny chłopca z podstawówki, o niegroźnym w sumie, a jedynie uciążliwym telefonicznym prześladowcy i o morderstwach. Czy ja mam jeszcze dobrze w głowie?

Te zjawisko łączy tylko jedno: kobieta (lub dziewczynka), która ustąpiła, bo była miła. Czasem ustąpisz i spotka Cię coś dobrego, jak urodziny, na których bawiłam się świetnie. Czasem ustąpisz i ściągniesz sobie na kark nieprzyjemnego typa. Czasem ustąpisz i spotka Cię tragedia, po której już nigdy nie będziesz taka sama. Warto zastanowić się, ile będzie Cię kosztowało naruszenie Twojej strefy komfortu i czy nie ryzykujesz zbyt wiele, ustępując.

Nie daj się wpędzić w poczucie winy. Nie sprowokowałaś go. Nikt nie ma prawa wdzierać się w Twoją intymność, ani smsem, ani przemocą, ani niczym innym. 

Mam nadzieję, że ta wiadomość dotrze do osób, które tego potrzebują.