piątek, 20 lipca 2018

W szpitalu z małym dzieckiem.


To nie jest artykuł poradnikowy. Kto wie, może wyłuskacie z niego jakieś przydatne wskazówki dla siebie. Ja chcę przede wszystkim podzielić się z Wami moimi własnymi odczuciami.

Pragnę zacząć od wyrazów najszczerszego uznania i podziwu dla rodziców, których dzieci chorują często lub przewlekle i w związku z tym szpital jest dla nich drugim domem. Jesteście wielcy. Ja po tych trzech dniach czuję się, jakbym wróciła z obozu przetrwania.

W szpitalach zawsze czuję się strasznie nieporadna, jak słoń w składzie porcelany. Nie wiem, gdzie iść, kogo pytać, co mi wolno... Zdaję sobie sprawę z tego, że moje zagubienie wynika z faktu, że nie jestem przyzwyczajona do szpitalnych warunków. I że to oznacza, że jestem szczęściarą. Te wszystkie mamy, które doskonale orientują się w środowisku szpitalnym, z pewnością musiały spędzić tam mnóstwo czasu. Pewnie nieraz czuły się o wiele bardziej bezradne niż ja.

Zabieg chirurgiczny u półtorarocznego dziecka.


Robert miał we wtorek prosty zabieg polegający na usunięciu wady wrodzonej. Takie operacje przeprowadza się zwykle u dzieci, które skończyły rok, jednak nie starszych niż 20 miesięcy. Wówczas - zgodnie ze stanowiskiem lekarzy - dziecko wkracza w najtrudniejszy wiek, kiedy jest ruchliwe i łatwo może sobie zrobić krzywdę, a niewiele można mu jeszcze wytłumaczyć. Gdybym wiedziała wcześniej, że to ruchliwość i "trudność" dziecka jest głównym przeciwwskazaniem, nie zdecydowałabym się na zabieg w tym terminie. Można go przeprowadzić również później, po ukończeniu przez dziecko czwartego roku życia. Robert jest ruchliwy już teraz, już od dobrych kilku miesięcy, a w zasadzie od zawsze.

Mądrzejsza o nową wiedzę i o doświadczenie szpitalne, pragnę odradzić Wam, drogie mamy, planowanie zabiegów u dziecka około półtorarocznego, dwuletniego, w tym "trudnym wieku" - same wiecie najlepiej, kiedy przypada ten czas u Waszego dziecka. Wiadomo, pewnych rzeczy nie da się zaplanować ani przełożyć na inny termin. Jeśli jednak się da - polecam dobrze to przemyśleć.

Półtoraroczne dziecko płacze nie dlatego, że jest niegrzeczne.


Samo zestawienie słów "półtoraroczne" i "niegrzeczne" brzmi dla mnie abstrakcyjnie. Niegrzeczna to mogłam być ja po nieprzespanej nocy, kiedy kolejna pielęgniarka próbowała przemówić do rozsądku mojemu zapłakanemu synkowi - wydaje mi się jednak, że zachowałam mimo wszystko elementarne zasady kultury.

Półtoraroczne dziecko płacze, bo ma wbity w rączkę jakiś dziwny przedmiot, którym nie może się nawet bawić i który prawdopodobnie powoduje u niego jakiś dyskomfort.

Płacze, bo do tego przedmiotu została przypięta jakaś rurka, która mu przeszkadza i nie można jej stamtąd zabrać. Mama tłumaczy mu, że ta rurka ma mu pomóc, ale on jeszcze nie czuje, żeby to mu jakoś pomagało.

Płacze, bo jest zmęczony i śpiący, ale nie może zasnąć w pokoju pełnym światła. W domu zawsze zasypiał po ciemku. Do tego łóżeczko, w którym ma spać, jest inne niż jego domowe łóżeczko, może w jego odczuciu niewygodne? 

Płacze, bo chce mu się jeść i pić i nie rozumie, dlaczego mama nie może mu nic dać. Przecież zawsze mogła.

Nie rozumie, że nie powinien płakać, bo pobudzi inne dzieci. Dla niego to abstrakcja. Po pierwsze, on wcale nie musi wiedzieć, że te inne dzieci są gdzieś na oddziale. Pierwszej nocy mieliśmy salę tylko dla siebie, do innych sal nie zaglądaliśmy, Robert mógł nie być świadom obecności tych dzieci. Po drugie, on jeszcze nie wie, że obudzenie kogoś może być uznane za przejaw złego zachowania. Nigdy nie spotkał się z negatywną reakcją, kiedy kogoś obudził. Zawsze spotykała go wówczas miłość, czułość i ukojenie. Teraz mógł liczyć tylko na miłość i czułość, o ukojenie było ciężko.

Półtoraroczne dzieci potrafią płakać z powodów, które w naszych dorosłych oczach są jeszcze bardziej błahe. Każdy rodzic to zna, prawda? Płacz, bo nie dostał tego, co chciał, bo nie radzi sobie jeszcze z emocjami... Zrozumiałe więc, że kiedy dziecko ma prawdziwy powód do płaczu, prawdopodobnie będzie płakać. A w jego sytuacji niejeden dorosły również odczuwałby dyskomfort. Daleko nie szukając, ja sama płakałam w innym szpitalu półtora roku wcześniej, tylko mój płacz nikogo nie alarmował. Dorosły człowiek już wie, że czasem musi zapanować nad sobą i nie okazać, że jest mu źle. Malutkie dziecko jeszcze tego nie wie.

Trafiliśmy na oddział...


... znacznie później niż to było planowane, z powodu pewnego nieporozumienia. W oczach pani z sekretariatu pewnie zawsze już będę tą matką, która nie wie/nie pamięta, w jakiej poradni była z dzieckiem kilka miesięcy wcześniej. Bo raczej nie uwierzyła w fakt, że Robert został skierowany na zabieg przez poradnię, w której nigdy w życiu nie był. Ot, szpitalna magia :)

Pewnie nie powinnam tego pisać, ale... cieszę się, że doszło do tego spóźnienia. Dzięki niemu spędziliśmy z Robertem kilka godzin mniej w zamkniętym pomieszczeniu, w którym nawet nie mógł dobrze się pobawić, bo musiał uważać na wbity w rączkę wenflon. Sala z zabawkami była, owszem, dostępna, ale tylko do godziny 12:00.

Robert bawił się jednak świetne. Chował się w szafie, wchodził pod łóżka, wspinał się na stół, a nawet na parapet. Podobał mu się ten nowy pokój pełen dziwnych sprzętów. 

Problem zaczął się w nocy, gdy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jesteśmy w miejscu, które nigdy nie zasypia. Robert potrafi się zdrzemnąć w każdych warunkach (choć im jest starszy, tym trudniej o to), jednak kiedy już ma spać w nocy, przeważnie potrzebuje ciszy i ciemnego pokoju. Nie mogłam mu zapewnić ani jednego, ani drugiego. Mimo zgaszonego światła i opuszczonych żaluzji w pokoju było jasno jak w dzień. W akcie desperacji odważyłam się na dość niekonwencjonalny krok - zamknęłam się z malutkim w łazience i tam go wreszcie uśpiłam. Nie na długo. Zaledwie dwie godziny później przyszła pielęgniarka z kroplówką. Wystraszony, rozżalony, zmęczony, głodny i spragniony Robert nie zasnął aż do rana.

Potem było już lepiej. Wyczerpane dzieciątko przez większość dnia spało lub siedziało spokojnie na kolanach moich lub męża. Choć według jednej z pielęgniarek Robert płakał cały dzień. Ciekawe, skąd miała takie rewelacje, bo ja jej na naszej sali nie widziałam.

Na zabieg poszedł późno, bo po 14:00, ufnie wtulony w ramiona pielęgniarki. Obdarzał wszystkich ogromnym zaufaniem i ze spokojem reagował na wszystko, co mu robiono. Był ponoć jedynym dzieckiem, które nie płakało przy pobieraniu krwi ani przy usuwaniu cewnika. Po zabiegu wrócił do nas dopiero po 18:00, bo długo spał. 

Następna noc była o tyle łatwiejsza, że oboje spaliśmy, choć z częstymi przerwami. Ostatniego dnia Robert, uwolniony od kroplówki i cewnika, był już radosny i pełen energii jak zawsze.

Matka też człowiek?


Kiedy porównuję obecne standardy opieki szpitalnej nad dziećmi z tym, co pamiętam z własnego dzieciństwa i z opowiadań innych osób, widzę ogromną zmianę. Kiedyś nie było mowy o tym, żeby mama przebywała z dzieckiem 24 godziny na dobę. Pamiętam, że kiedy ja byłam w szpitalu jako dziecko, mama przyjeżdżała do mnie tylko na niezbyt długie odwiedziny. Cały pobyt był dla mnie jak takie trochę inne kolonie, choć ból i inne dolegliwości nie pozwalały nacieszyć się w pełni tymi "koloniami".

Znam też dosyć przerażające historie o przywiązywaniu dzieci do łóżek. I jeszcze gorsze, choć w te akurat nie do końca wierzę.

Cieszę się, że obecnie ta opieka szpitalna jest o wiele bardziej przyjazna dla dzieci. Myślę jednak, że mogłaby być przy tym nieco bardziej przyjazna dla rodziców przebywających z dziećmi.

W szpitalu, w którym byliśmy - a jest to jeden z najbardziej renomowanych szpitali dziecięcych w Polsce - rodzic ma całą listę praw i zakazów. Zacznę od zakazów. Nie wolno jeść na sali, na której leży dziecko. Nie wolno wnosić tam gorących napojów. Nie wolno korzystać z toalety znajdującej się w obrębie sali - toaleta dla rodziców jest w zupełnie innym miejscu, dość oddalonym od dziecięcego łóżeczka. Nie wolno wyrzucać zużytych pieluch do kosza znajdującego się na sali - kosz na pieluchy znajduje się... obok toalety dla rodziców. Nie wolno przynieść ze sobą składanego łóżka ani materaca, na którym rodzic mógłby spać.

Wszystkie te obostrzenia mają oczywiście mniej lub bardziej logiczne uzasadnienie i chodzi w nich przede wszystkim o to, żeby zapewnić hospitalizowanemu dziecku sterylne i bezpieczne warunki. Dla rodzica przebywanie w takich warunkach przez kilka dni wiąże się jednak ze sporym dyskomfortem. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie wszystkie z tych zakazów są przestrzegane i nawet personel medyczny mocno przymyka na nie oko, ja jednak założyłam z góry, że w miarę możliwości będę starała się przestrzegać każdego z nich.

Jeśli chodzi o prawa - to oczywiście, prawo do przebywania z dzieckiem 24 godziny na dobę, możliwość skorzystania z łazienki z prysznicem, z bufetu, z jadalni. Tylko te wszystkie możliwości niewiele znaczą w sytuacji, gdy opiekujesz się półtorarocznym dzieckiem i nie możesz zostawić go samego nawet na krótką chwilę, bo nie masz pewności, czy ono w tym czasie nie wyrwie sobie kroplówki. Ja miałam o tyle dobrze, że mąż był przy nas niemal przez cały czas i dzięki temu mogliśmy się zmieniać. Nie każda kobieta może liczyć na podobne wsparcie. Jednak na noc mąż musiał jechać do domu - szpital pozwala tylko jednemu z rodziców na siedzenie przy dziecku w nocy. Przez całą noc byłam więc zdana na siebie, z płaczącym dzieckiem, łapiąc chwile na sen w fotelu, który był wygodny najwyżej przez pierwszą godzinę.

To pewne, że każda kochająca matka zniesie liczne trudy i wyrzeczenia dla swojego dziecka, które jej potrzebuje. Ale każda matka to też tylko człowiek, organizm ludzki, który bywa słaby i zawodny. Ja jestem w ciąży. Dzięki Bogu, przechodzę ją bardzo lekko, nie muszę co chwilę biegać do łazienki, nie mdleję, nie słabnę, mam dużą wytrzymałość fizyczną i psychiczną. Mogło być dużo gorzej. Boję się myśleć, na ile wówczas mogłabym liczyć na wsparcie i pomoc ze strony personelu. Teraz nie mogłam.

Tej pierwszej nocy, kiedy Robert tak bardzo płakał, wielokrotnie przychodziły do nas cztery różne pielęgniarki. Żadna z nich nie zapytała ani razu o moje samopoczucie. Wiem, to nie ja byłam ich pacjentką. Nie liczyłam na ich pomoc, jedynie na gest życzliwości, kurtuazji. Przecież gdyby nie było mnie przy łóżku dziecka, to one musiałyby tam siedzieć, kołysać go w ramionach, śpiewać mu o szaroburych kotkach i pilnować, żeby nie ciągnął rurki od kroplówki.

Chciałabym w tym miejscu wyrazić ogromną wdzięczność cudownej pielęgniarce, która okazała mi wsparcie następnej nocy. Nawet jeśli jej troska dotyczyła głównie tego, żebym zmęczona nie upuściła dziecka, to jednak ona pierwsza zobaczyła we mnie żywą osobę. Dziękuję też z całego serca wspaniałemu chirurgowi, który nie tylko bardzo sprawnie przeprowadził zabieg, ale też był przez cały czas niezwykle uprzejmy i troskliwy. Idealny lekarz. Naprawdę, mam łzy w oczach, kiedy o nim piszę.

Dziękuję wszystkim, którzy okazali nam pomoc i serdeczność. Również pani pielęgniarce z sali zabaw, której gorliwość i próby ingerencji w zabawy dzieci dosyć działały mi na nerwy, ale po chwili doceniłam ogrom jej dobrych chęci.

Robert wrócił do domu zdrowy, silny i radosny. I to jest dla nas najważniejsze. Ja? Wyspałam się, odpoczęłam. Wczoraj miałam dość silny kryzys związany z bólem pleców, chwilami dosłownie nie mogłam się ruszyć. Musiałam odchorować noce spędzone w fotelu. Ale już czuję się dobrze. Powoli wracamy do normalności :)

czwartek, 12 lipca 2018

A jednak to chłopiec!


Słuchajcie, ostatnie badanie USG nie pozostawiło już żadnych wątpliwości: Robert będzie miał młodszego brata :)

"Królowa jest tylko jedna", powiedział mi lekarz. Czy się ucieszyłam? W zasadzie od początku mówiłam, że każda opcja będzie mieć swoje zalety. Lubię być matką syna, bycie matką dwóch synów będzie z pewnością jeszcze wspanialsze. Trochę mi było tylko żal pięknego imienia, które wybraliśmy z mężem dla spodziewanej córki. Jakoś zawsze łatwiej było nam wybrać imię dla dziewczynki.

Zaskoczenie


Z niezbyt racjonalnych powodów zawsze byłam przekonana, że będę mieć córkę. Moja mama ma dwie córki. Większość moich koleżanek z dzieciństwa miało siostry, nie braci. Moim światem rządziły dziewczynki. Kolegów oczywiście też miałam, jednak ta płeć żeńska zdecydowanie dominowała w moim otoczeniu. Moje ulubione bohaterki literackie dorastały i rodziły córki. Nawet jeśli miały również synów, to jednak w książkach zdecydowanie więcej uwagi poświęcono córkom. Oczywiście, wymyślane przeze mnie postaci również miały córki, żebym mogła o nich wymyślać kolejne opowieści, a potem te córki też miały córki... :) Potem dorosłam, przez jakiś czas pracowałam jako opiekunka do dzieci. Tak się złożyło, że miałam same podopieczne. W sumie cztery dziewczynki w wieku od 5 miesięcy do 6 lat. Chłopcami zajmowałam się dosłownie kilka razy, w wyjątkowych sytuacjach, i byli to już duzi, w miarę samodzielni chłopcy. Można powiedzieć, że miałam doświadczenie w opiece nad małymi dziewczynkami, za to nie miałam doświadczenia w opiece nad małymi chłopcami.

W mojej wyobraźni dziecko, które miałam kiedyś urodzić, zawsze było dziewczynką. Patrzyłam na mojego męża i myślałam sobie, jaka piękna będzie nasza córka z jego niebieskimi oczami i dołeczkami w policzkach. Widziałam w sklepie sukieneczki i obiecywałam sobie, że nasza córka będzie takie nosiła. Kiedy zaszłam w ciążę, byłam przekonana, że urodzę dziewczynkę. Wybraliśmy dla niej trzy różne imiona i długo debatowaliśmy nad tym, które z tych trzech będzie najlepsze, które najłatwiej zdrobnić, które pozwoli na obchodzenie imienin w jakimś sensownym dniu... Jednak już na USG I trymestru okazało się, że nasza dziewczynka trojga imion posiada wybitnie męskie cechy anatomiczne :)

Urodził się więc mały Robert. W jednej chwili oszaleliśmy na jego punkcie i już nikt nie myślał o tym, że kiedyś wyobrażaliśmy sobie jakąś dziewczynkę zamiast niego :) Przekonałam się, że opieka nad chłopcem nie jest wcale trudniejsza niż opieka nad dziewczynką, trzeba tylko trochę bardziej uważać przy zakładaniu pieluchy, żeby siusiak nie był zadarty do góry - inaczej całe ubranko mokre! Zobaczyłam też, jak wiele wdzięku ma w sobie malutki chłopiec, kiedy uśmiecha się rozbrajająco lub wtula się słodko w ramiona rodziców.

Ale kiedy zaszłam w drugą ciążę, to byłam już przekonana, że tym razem spodziewam się córki! Z początku nie ufałam przeczuciom - w końcu już raz mnie zawiodły. Jednak na USG I trymestru maleństwo wyglądało na dziewczynkę. Lekarz mówił nam co prawda, że nie należy się tym sugerować, bo jeszcze jest trochę za wcześnie na rozpoznanie płci. Ale my "wiedzieliśmy" swoje. Przecież Robert na tym etapie już pokazał, że jest chłopcem. Poza tym przebieg mojej drugiej ciąży różni się wyraźnie od tej pierwszej. Inne objawy, inne smaki. Mój wygląd też jest inny. Poprzednio nawet w piątym miesiącu zdarzało się, że ktoś nie zauważył brzuszka. Teraz moja ciąża była ewidentna i widoczna już w drugim miesiącu.

A jednak. Chłopiec.

Obawa


Moje obawy są tak irracjonalne, że nie wiem, czy uda mi się je opisać tak, byście na pewno mnie zrozumieli. Postaram się jednak. 

Najbardziej obawiam się, że nie będę umiała zobaczyć różnicy między moimi dwoma synami. Nie, nie boję się, że nie będę umiała ich rozróżnić :) To akurat będzie łatwe: rezolutny, biegający  i wygadany blondynek to Robert, a łysy, bezzębny noworodek to jego młodszy brat. Chodzi mi o to, że dla mnie to będzie jak deja vu: drugi raz to samo, tak jakbym miała jeszcze jednego Roberta. Raczej na pewno będą do siebie bardzo podobni fizycznie. Czy będą mieć różne charaktery? Robert też jest jeszcze bardzo malutki. My uważamy, że ma fantastyczny charakter, ale tak naprawdę wiemy, że jego osobowość będzie się jeszcze dopiero kształtować. A większość jego cech, takich jak upór, niezłomność, ciekawość świata, przejawia tak naprawdę wiele dzieci w jego wieku. Bardzo możliwe, że jego braciszek będzie taki sam - zupełnie taki sam.

A może właśnie będę na siłę szukała w nich różnic, wpychała ich w szufladki zupełnie niezasłużenie? Będę twierdzić, że jeden jest pracowity, a drugi leniwy, jeden grzeczny, a drugi trudny, jeden wrażliwy, a drugi ma wszystko gdzieś, jeden odważny, a drugi się wszystkiego boi? Mniej lub bardziej świadomie wepchnę ich w te role, zamiast pozwolić im się rozwijać i kształtować po swojemu?

Wiem, że to mogą być bezsensowne obawy. W końcu tyle kobiet ma dwoje dzieci tej samej płci. Nie są identyczne. Ba, przecież nawet rodzice jednojajowych bliźniaków jakoś sobie radzą! Mimo wszystko, kiedy myślałam, że drugie z moich dzieci będzie dziewczynką, czułam się jakoś bardziej... gotowa.

Radość


Boże, to wszystko brzmi chyba, jakbym w ogóle się nie cieszyła? To nieprawda, cieszę się ogromnie! :) Będę mieć dwóch synków, dwóch braci. Na pewno będą ze sobą rywalizować, ale będą też się wspierać, wzajemnie mobilizować, uczyć się od siebie nawzajem. Będą się razem bawić w piratów, w policjantów, w strażaków, w kosmicznych wojowników, w co tylko zechcą. Będą grać razem w piłkę, ścigać się, walczyć na niby - na serio pewnie też, czasami... :) Czeka ich mnóstwo wspaniałych chwil spędzonych razem. No i zawsze każdy z moich synów będzie mógł powiedzieć "mam brata!".

A ja - nigdy (prawdopodobnie) nie będę musiała mierzyć się z wyzwaniem, jakim jest wychowanie dziewczynki.
Mimo wszystko świat nadal patrzy bardziej pobłażliwie na chłopców. Chłopcom więcej wolno. Od dziewczynki oczekuje się, że będzie grzeczna, ułożona, staranna. Jak miałabym tego dokonać? Wychować młodą damę, gdy sama jestem wszystkim, tylko nie damą? Nauczyć się zaplatać warkoczyki, dbać o to, by sukieneczka i rajstopki zawsze były w idealnym stanie? Natura wiedziała, co robi, obdarzając mnie chłopcami...

Nie będę nigdy musiała uczyć mojej córki tej przedziwnej równowagi między asertywnością a ostrożnością. Nie będę musiała tłumaczyć jej, że jeśli coś jej się stanie, to nie jest jej wina, ale mimo wszystko chciałabym, żeby uważała... Nie będę musiała uczyć jej, że jej ciało jest wspaniałe i nie jest powodem do wstydu, ale wolałabym jednak, żeby nim zbytnio nie epatowała, zwłaszcza w pewnych sytuacjach. Nie będę musiała szukać rozwiązań, jak jej to wszystko przekazać i nie dać się zapędzić w kozi róg przez jej pytania "ale dlaczego?", "ale przecież mówiłaś, że...?".

Nie będę musiała patrzeć, jak zmaga się z kompleksami, szukać sposobu, by jej w tym ulżyć i jednocześnie uspokajać samą siebie, że ona kiedyś zrozumie, że uroda nie jest najważniejsza na świecie.

Cieszę się, naprawdę. Nie spodziewałam się tego, wyobrażałam sobie, że będzie inaczej, ale teraz myślę, że moi trzej wspaniali mężczyźni - dwaj synowie i ich tata - to najlepsze, co mnie w życiu spotkało.

A dziewczynka... Może kiedyś będę miała wnuczkę? ;)



poniedziałek, 9 lipca 2018

Festiwal Kolorów - najczęstsze mity kontra fakty.


O Festiwalu Kolorów pisałam tutaj już raz, nieco ponad rok temu. Przez cały ten rok kolory stanowiły - i nadal stanowią - ogromnie ważną część mojego życia. To dla mnie nie tylko praca. To praca, którą uwielbiam, wykonywana wspólnie z fantastycznymi ludźmi, praca, w efekcie której powstają rewelacyjne, kolorowe, radosne, roztańczone imprezy, na które przychodzą tłumy pozytywnie zakręconych osób. Dobrze jest być częścią czegoś tak wspaniałego.

Mój entuzjastyczny stosunek do Festiwalu Kolorów sprawił, że nie do końca zdawałam sobie sprawę z różnych błędnych przekonań, które tu i ówdzie krążą na temat tych imprez. Teraz, kiedy już o nich wiem, chciałabym się odnieść do niektórych z nich.

Czy na Festiwalu Kolorów czci się hinduistyczne bóstwa?

NIEPRAWDA! Faktem jest, że korzenie kolorowych imprez sięgają do Indii i tamtejszego święta Holi, obchodzonego w pierwszy dzień Wiosny. Jednak do Polski ta tradycja przywędrowała nie z Indii, a z zachodniej Europy. Jest to festiwal muzyczny, wolny od ideologii, otwarty dla każdego. Jego najważniejszą ideą jest radość i wspólna zabawa :)

Czy proszki Holi są aby na pewno bezpieczne?

TAK!
 Ich skład to: talk, mąka kukurydziana oraz naturalne barwniki (ok. 5%). Są regularnie i dokładnie badane, posiadają wszystkie potrzebne unijne certyfikaty świadczące o ich nietoksyczności i bezpieczeństwie dla zdrowia. Reagują dobrze ze skórą. Nie są palne.

Pojawiają się nieraz pytania, czy Kolory Holi są bezpieczne dla osoby na diecie bezglutenowej. Talk jest bezpieczny. Mąka kukurydziana jest natomiast zalecana jako zamiennik mąki zawierającej gluten dla osób z celiakią, jednak jak wiadomo kukurydza także zawiera białka należące do grupy glutenu i są sytuacje, w których ona także może uczulać. Naturalne barwniki pozyskiwane są z roślin, dlatego nie możemy zagwarantować, że te nie mają w sobie glutenu. Barwniki jednak stanowią tylko ok 5% kolorku, więc nie powinny sprawić większego problemu. Podsumowując, kolory powinny być bezpieczne dla osób na diecie bezglutenowej, ale zalecamy ostrożność i konsultację z lekarzem jeśli wystąpiłyby jakiekolwiek objawy nietolerancji glutenu.

Czy jak pójdę na Festiwal Kolorów, to wrócę umorusany/a od stóp do głów?

TAK i NIE. Ja osobiście bardzo lubię się kolorowo wybrudzić na Festiwalu Kolorów, mam jednak świadomość, że nie każdemu to odpowiada. Niektórzy przychodzą, by się dobrze bawić, ale po wszystkim nie chcieliby robić sensacji na ulicy. Wystarczy stanąć nieco z boku, nie mieszać się w skaczący pod sceną tłum - i jesteśmy nietknięci!
Tak naprawdę trzeba się nieźle postarać, żeby wybrudzić się tak jak te osoby na zdjęciu:

Na zdjęciu my z prowadzącą Pytanie na Śniadanie, Marceliną Zawadzką

Czy moje ubrania będą się nadawały tylko do wyrzucenia? :)

NIEPRAWDA! To nie jest farba ;) Kolory Holi mają konsystencję pudru, który można nawet dość łatwo strzepać z materiału, jeśli jest w niewielkiej ilości. Z łatwością schodzą z ubrań i z ciała. Przetestowane na własnej skórze, i to nieraz!

Czy jest możliwość, że zdjęcie zrobione mi na Festiwalu Kolorów zostanie opublikowane w sieci?

TAK. Kiedy bierzesz udział w imprezie masowej, możesz pojawić się w relacji zdjęciowej z tej imprezy jako część publiczności. Jednak w sytuacjach, gdy zdjęcie przedstawia tylko jedną osobę, a ta osoba nie życzy sobie, by jej twarz widniała w galerii, bez wahania (choć nieraz z żalem) usuwamy takie zdjęcie.

Czy Festiwal Kolorów to impreza tylko dla dzieciaków?

A SKĄD! Ze mnie na przykład żaden dzieciak ;) Festiwal Kolorów to impreza bez ograniczeń wiekowych, mile widziani są i najmłodsi, i najstarsi, wszyscy w wieku od 0 do 100 i jeszcze starsi :) Prawdą jest, że średnia wieku bawiących się osób jest z reguły dość niska, ale zawsze znajdą się również nieco starsi amatorzy kolorowej zabawy :)



A teraz poważniej - czy na Festiwalu Kolorów grozi mi jakieś niebezpieczeństwo?

Niech to będzie jasne: żaden organizator masowej imprezy nie da Ci stuprocentowej gwarancji, że nic złego nie ma prawa Ci się przydarzyć. W końcu nawet na prostej drodze można się potknąć i złamać nogę - tak, to również sprawdziłam na własnym ciele ;)

Organizatorzy Festiwalu Kolorów robią wszystko, co w ich mocy, by uczestnicy imprezy mogli czuć się bezpiecznie. Teren imprezy jest monitorowany przez ochronę, na miejscu jest straż pożarna i służby medyczne. Zależy nam na tym, żebyście bezpiecznie wrócili do domu :)

Czy każda kolorowa impreza to Festiwal Kolorów?

Oj, NIEPRAWDA. Choć może byśmy tego chcieli ;) Każda dobra inicjatywa szybko znajduje naśladowców, tak też było i w tym przypadku. Nieraz słyszymy o kolorowych imprezach, z którymi nie mamy nic wspólnego. Bywa to kłopotliwe, bo nie możemy ręczyć za jakość tych imprez ani stosowanych podczas nich proszków Holi. W razie jakichkolwiek wątpliwości: jedyny prawdziwy Festiwal Kolorów to Festiwal Kolorów! :)

Pełny wykaz imprez dostępny jest zawsze na stronie www.festiwalkolorow.pl. W tym roku będzie kolorowo jeszcze w następujących miastach:

14.07 Cieszyn
21.07 Rzeszów

15.08 Gorlice
19.08 Szczecin
25.08 Giżycko
26.08 Częstochowa

08.09 Opole

Na deser mam dla Was ciekawostkę: nagranie z odcinka programu Pytanie na Śniadanie, w którym opowiadamy o naszych imprezach :) Zobaczcie, jak świetnie się bawiliśmy!

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/37575808/wielki-pojedynek-na-kolory-indyjskie-swieto-holi
http://pytanienasniadanie.tvp.pl/37575841/wielki-pojedynek-na-kolory-indyjskie-swieto-holi-final



czwartek, 5 lipca 2018

"Żółte oczy krokodyla" i inne książki Katherine Pancol.


"Niech pani mnie dobrze posłucha... Jeżeli ja nie uwierzę w siebie, to kto we mnie uwierzy? Jeżeli ja nie jestem w stu procentach pewna siebie, to kto będzie? Trzeba pokazać ludziom, że jesteśmy wspaniałe, bo w przeciwnym razie nie będą o tym wiedzieć."

To cytat z trzeciej części trylogii Katherine Pancol, z książki zatytułowanej "Wiewiórki z Central Parku są smutne w poniedziałki". Doskonale oddaje on jednak charakter i przesłanie całej serii. 

Jakiś czas temu przyszło mi do głowy, że chętnie porozmawiałabym z kimś o książkach Katherine Pancol, zwłaszcza o pierwszej części trylogii - "Żółte oczy krokodyla". Jednak niewiele osób spośród moich znajomych czytało te książki. A szkoda, bo mimo pewnych wad, o których wspomnę później, są to świetnie napisane książki, które czyta się dosłownie jednym tchem.

"Żółte oczy krokodyla"


To historia dwóch sióstr, mieszkanek Paryża. Josephine, niepozorną pracownicę naukową, matkę dwóch dorastających córek poznajemy w bolesnym momencie, gdy niespodziewanie opuszcza ją mąż. Dla kobiety, zupełnie nieświadomej kryzysu w ich małżeństwie, jest to cios w samo serce. Na domiar złego okazuje się, że nie wiedziała o czymś jeszcze: o potężnym długu zaciągniętym przez męża. Josephine musi szybko znaleźć dodatkowe źródło dochodu, aby utrzymać siebie i swoje córki.

Jej starsza siostra, Iris, ma z kolei wszystko. A przynajmniej tak się wydaje. Jest piękna, bogata, obraca się wśród elit, nie brakuje jej pewności siebie. Doskwiera jej jednak nuda. Jej małżeństwo coraz bardziej przypomina sztuczny, papierowy układ niż prawdziwą relację dwojga ludzi - Iris zaczyna nawet podejrzewać męża o homoseksualizm. Brakuje jej zajęcia, czegoś, co doda jej życiu treści i sprawi, że ludzie zaczną traktować ją poważniej i zobaczą w niej coś więcej niż tylko znudzoną bogaczkę. 

Pewnego dnia Iris wpada na pomysł, którego realizacja może pogodzić potrzeby obu sióstr. Bez wahania składa Josephine przedziwną propozycję współpracy. Josephine napisze powieść, ale cały świat będzie myślał, że autorką jest Iris. Josephine otrzyma wszelkie finansowe korzyści wynikające z faktu wydania książki. Iris zyska sławę i zaszczyty przynależne autorce bestsellera. Bo to, że jej siostra napisze bestseller, jest dla Iris oczywiste.

Sama Josephine, która do tej pory pisała jedynie prace naukowe, jest nastawiona o wiele bardziej sceptycznie do tego pomysłu. Nie wierzy w swoje możliwości, nie chce też popełniać oszustwa, dlatego w pierwszej chwili odmawia. Jednak perspektywa wyjścia z finansowej katastrofy, a także wewnętrzny impuls pchający ją do pisania sprawia, że Josephine zgadza się na układ. Niespodziewanie dla samej siebie odkrywa, że pisanie jest jej prawdziwą pasją, a powieść, pisana początkowo tylko i wyłącznie dla pieniędzy, staje się wyjątkowo bliska jej sercu.

Jak rodzi się talent


"Żółte oczy krokodyla" to tak naprawdę jedna z wielu opowieści o tym, jak zahukana, nieświadoma swoich zalet kobieta, która nagle musi walczyć o przetrwanie, w efekcie rozwija skrzydła i przekonuje samą siebie o tym, ile tak naprawdę jest warta. Jest to przy tym wyjątkowo przyjemna lektura, w której każda postać jest żywa, każdą łatwo sobie wyobrazić i polubić lub chociaż zrozumieć motywy jej postępowania. Wyjątkowo pięknie opisana jest trudna relacja Josephine z jej starszą córką, Hortense, która obwinia matkę o odejście ojca i w ogóle uważa ją za życiową niedorajdę. Jednak, gdy sytuacja tego wymaga, Hortense staje po stronie matki.

Jeśli lubicie książki naszpikowane życiowymi mądrościami i pięknymi zdaniami, które warto sobie wynotować i zapamiętać - znajdziecie coś dla siebie w każdej części tej trylogii. Zdanie cytowane przeze mnie na początku tego tekstu jest jednym z wielu równie mądrych kwestii wypowiadanych przez bohaterów książki lub też rzucanych mimochodem przez narratora. 

Dla mnie, jako osoby zainteresowanej pisaniem, wyjątkowo przyjemnym wątkiem było stopniowe odkrywanie talentu Josephine i radości, jaką daje jej tworzenie. 

Żywot świętej Josephine


Jaki jest problem z książkami Katherine Pancol? Myślę, że taki sam, jak z większością książek autorów decydujących się na pisanie cyklu, sagi. To, co drażniło w pierwszej książce, drobny błąd lub zabieg literacki autora, w następnej książce irytuje już mocno, a pod koniec cyklu wpływa już znacząco na naszą całościową ocenę.

Co drażniło mnie? Bez wątpienia najbardziej - sztywny, rysowany grubą krechą podział postaci na dobre i złe, czarne i białe, bez odcieni szarości. Jak w bajkach. Właściwie to gorzej niż w bajkach - bo kryteria stosowane przez Pancol wydają mi się niekiedy mocno niesprawiedliwe.

Dobrą jest oczywiście Josephine. Przedstawieniu jej jako nienagannie moralnej i niemal świętej nie szkodzi nawet fakt, że stopniowo zaczyna ona pałać uczuciem do męża siostry. To nic, przecież to małżeństwo było i tak nieudane, poza tym Iris jest zła, a w każdej bajce złe siostry muszą ponieść porażkę i stracić wszystko.

Iris jest zła, autorka właściwie nie pozostawia czytelnikowi wyboru w kwestii oceny postępowania Iris. Zostaje ona jednoznacznie uznana za oszustkę i manipulatorkę, która dosłownie ukradła siostrze jej dzieło. Nie ma znaczenia, że obie siostry zgodziły się na ten układ i że zakładał on korzyści dla każdej z nich, a Josephine zyskała w efekcie nawet więcej, niż się spodziewała - odkryła swój talent i pasję, wzrosło jej poczucie własnej wartości. Iris jest zła, egoistyczna i musi ponieść karę.

Złą postacią jest również Henriette, matka Iris i Josephine. To prawdziwy diabeł w spódnicy. Bezduszna, nieuczciwa, kochająca tak naprawdę tylko jedną córkę, oczywiście tę piękną i odnoszącą sukcesy. Josephine boryka się z traumą z dzieciństwa, kiedy to w obliczu zagrożenia życia jej i Iris, matka bez wahania zdecydowała się ratować Iris. Cudem uratowano je obie.

Bardzo żałuję, że autorka poszła tutaj - tak uważam - na łatwiznę i kazała stanąć przed tym dramatycznym wyborem złej matce, która i tak kochała tylko jedną ze swoich córek. Szkoda, że Pancol nie zdecydowała się na odważniejszy zabieg literacki - na postawienie w takiej sytuacji matki, która jest dobra, troskliwa i kocha obie córki tak samo. Czyli, nie szukając daleko, Josephine. Gdyby to ona musiała zdecydować w jednej chwili: ratować życie Hortense czy młodszej Zoe? Bo jeśli nie dokona wyboru, to straci je obie? Potem zaś musiałaby już zawsze żyć z tym wyborem. Być może musiałaby kiedyś wytłumaczyć się z niego córce, może obu córkom, jeśli również udałoby się uratować je obie. Dlaczego ratowałam twoją siostrę, nie ciebie? 

Podobne uproszczenia i rozwiązania niczym z bajek sprawiają, że historia wydaje się dość naiwna i nierealna, a święta Josephine traci nieco sympatii, którą zaskarbiła sobie u czytelnika na samym początku. Przynajmniej tak to działa w przypadku takiego przekornego czytelnika jak ja ;)

Czy polecam tę książkę?


Bardzo, bardzo, bardzo. Polecam zresztą cały cykl. Mimo naiwności, bajkowości i uproszczeń, jest to kawałek naprawdę dobrze napisanej i krzepiącej literatury.

czwartek, 28 czerwca 2018

Wyzwanie międzykulturowe - egipskie piramidki.



Po raz drugi biorę udział w wyzwaniu międzykulturowym organizowanym przez Monię z bloga Kolory Życia :) Uwielbiam piec, choć nieczęsto mam okazję. Zadanie polegające na pieczeniu smakołyków nawiązujących kształtem (a w moim wykonaniu również smakiem) do kultury danego regionu, to zadanie wprost idealne dla mnie!

Tak jak poprzednio, zaczęłam od starannego wyszukiwania - jakie słodycze są najpopularniejsze w Egipcie? Internet mnie nie zawiódł, znalazłam mnóstwo przepisów na słynną baklawę, najróżniejsze desery na bazie ciasta filo, apetycznie wyglądającą bazbusę z kaszy manny... Najczęstszym wynikiem był jednak egipski tort orzechowy. Po wczytaniu się w przepis z łatwością rozpoznałam, że jest to ciasto orzechowe podobne do tego, które już nieraz robiłam.

Ciężko mi było zweryfikować, na ile ten egipski z nazwy tort ma rzeczywiście coś wspólnego z tradycyjną kuchnią egipską. Na wszelki wypadek postanowiłam nieco zmodyfikować przepis i oprócz mielonych orzechów dodać do ciasta wiórki kokosowe. Ponoć egipscy cukiernicy dodają je niemal do wszystkiego :)

Do dzieła!


Ciasto:
6 bialek
6 łyżek drobnego cukru
1,5 łyżki mąki
ok. 60 g mielonych orzechów (ja użyłam włoskich)
ok. 60 g wiórek kokosowych

Dekoracja:
śmietana 
cukier
karmel z 200 g cukru

Białka ubijamy na sztywną pianę, po chwili wsypujemy cukier i ubijamy dalej. Następnie powoli dodajemy przesianą mąkę, orzechy i wiórki kokosowe. Mieszamy - już nie miksujemy.
Gotową masę wylewamy na blachę. Ponieważ będziemy układać z ciasta piramidki, nie zależy nam na tym, żeby było bardzo wyrośnięte, natomiast przyda nam się jak największa powierzchnia do pokrojenia. Dlatego użyłam największej prostokątnej blachy, jaką miałam do dyspozycji.

Ciasto pieczemy w temperaturze ok. 170 stopni. Sprawdzamy patyczkiem, czy się upiekło.

Gotowe kroimy na kwadraty - duże, mniejsze i najmniejsze. Układamy kwadraty jeden na drugim tak, by tworzyły piramidki.

Robimy karmel: 200 g cukru podgrzewamy na patelni na bardzo małym ogniu. Nie mieszamy - no, ja pod koniec troszeczkę pomieszałam, bo cukier zaczął się roztapiać tylko miejscami :) Kiedy cały cukier się roztopi, przelewamy go na płaską blachę wyłożoną papierem do pieczenia, delikatnie posmarowanym olejem. Rozsmarowujemy karmel i czekamy, aż zastygnie.
Muszę przyznać, że do robienia karmelu podchodzę zawsze z dużą obawą, odkąd raz zupełnie spaliłam cukier, bo trzymałam go na ogniu odrobinę za długo. Moje obawy okazały się jednak niepotrzebne. Wystarczy zdjąć karmel z ognia od razu, jak tylko cukier się rozpuści - nic nie ma prawa się przypalić :) Pamiętaj, nie dotykaj go ręką ani broń Boże, nie próbuj, dopóki nie ostygnie - to jest naprawdę gorące! Kiedy wystygnie i stwardnieje, pokrusz karmel wałkiem na niezbyt małe kawałki. Wygląda jak bursztyn :) i smakuje wybornie, wbrew pozorom nie jest bardzo słodki, na pewno mniej słodki niż sklepowe karmelki :)

Pokruszony karmel wymieszaj z ubitą z cukrem śmietaną. Powstanie piękna, złocista masa z chrupiącymi drobinkami :) Niedużą ilością masy przełóż piramidki, żeby połączyć kwadraty ze sobą. Reszty użyj do dekoracji.

Gotowe piramidki wyglądają trochę jak zamki z piasku :) Smakują wspaniale - orzechowo-kokosowe ciasto idealnie komponuje się z karmelowo-śmietankową masą :) Z tego, co czytałam, Egipcjanie uwielbiają bardzo słodkie desery. Ten nie jest aż tak strasznie słodki, ale to dobrze - można zjeść go więcej :)


czwartek, 21 czerwca 2018

Mój syn - kaskader.

Mój syn ma półtora roku.


Po raz pierwszy spadł z łóżka, kiedy miał 2,5 miesiąca. Dopiero uczył się pełzać. Jak udało mu się to zrobić w tym ułamku sekundy, kiedy nie stałam przy łóżku, bo sięgałam po jego zabawkę - nie mam pojęcia. Oczywiście czułam się wtedy najgorszą z matek i przysięgałam, że nigdy więcej do tego nie dopuszczę. A jednak, zanim skończył pół roku, spadł z łóżka ponownie, w jeszcze bardziej niewyjaśnionych okolicznościach. Nawet nie leżał z brzegu. Jakoś tak mocno się wybił, że wystrzelił jak z procy i wylądował pod łóżkiem.

Niedługo później jego ulubioną rozrywką było turlanie się wzdłuż i wszerz po całym łóżku. Musieliśmy być w ciągłym pogotowiu. Kiedy miał dziesięć miesięcy, nauczył się samodzielnie schodzić z łóżka, a my odetchnęliśmy z ulgą.

Tuż przed ukończeniem roku postawił pierwsze kroki. Patrzyliśmy na to z dumą i zachwytem, chyba jeszcze nieświadomi, jak wielka rewolucja rozgrywała się właśnie na naszych oczach.

Obecnie...


Jeśli da się gdzieś wejść, to on tam wejdzie. Jeśli można się na coś wspiąć, to będzie się wspinał. Potrafi wejść na wszystkie krzesła i fotele, włącznie z obrotowymi (na szczęście u nas w domu takich nie ma). Potrafi stanąć na swojej jeżdżącej zabawce, by po coś sięgnąć.

Bez trudu porusza się po wszelkiego rodzaju schodach, w górę i w dół, i korzysta z tego przy każdej możliwej okazji.

Długo trwała u nas w domu batalia: jak powstrzymać dziecko przed wchodzeniem na stół. Najpierw zaczęliśmy przewracać krzesła na bok. Nauczył się wchodzić po przewróconych. Zaczęliśmy przewracać je do góry nogami. Nasz dom wygląda codziennie jak po ostrej awanturze, ale przynajmniej udało się ukrócić zapędy młodego alpinisty. Oczywiście nadal próbuje się wspinać, ale bez wielkich sukcesów ;)

Nauczył się otwierać zabezpieczenia na szafkach. Kupiliśmy nowe, takie, które sami otwieramy z pewnym wysiłkiem :)

Potrafi sam wejść do swojego wózka. Jak się bardzo postara, potrafi również z niego wyjść - pomimo zapiętych pasów. To wymaga od niego sporej gimnastyki, musi się więc bardzo nudzić, żeby próbować - a do tego zwykle nie dopuszczamy. Z fotelika samochodowego na szczęście nie jest w stanie się wydostać, co wcale nie znaczy, że nie próbował.

Po kilku pierwszych, w pełni asekurowanych zjazdach na zjeżdżalni nasz mały indywidualista doszedł do wniosku, że zwykłe zjeżdżanie na pupie nie jest do końca w jego stylu, zaczął więc zjeżdżać na brzuchu, z głową w dół. Podobno próbował nawet hamować nosem, ale nie spodobało mu się to.

Kiedy się przewraca, to się śmieje, że wydarzyło mu się coś tak niespodziewanego.

Nieco ponad miesiąc temu upadł w okropny sposób i rozciął sobie wargę. Wtedy nikomu nie było do śmiechu. Próbował wskoczyć na krzesło, które dokładnie w tym momencie odsuwałam. Widok był tak przerażający, że do tej pory na samo wspomnienie robi mi się zimno. Na szczęście rana szybko się zagoiła. Czy to była moja wina? Raczej nie. Czy czułam się winna? Potwornie.


Jest ostrożny.


Może w kontekście tych wszystkich wymienionych powyżej faktów stwierdzenie, że mój synek jest ostrożny, brzmi jak kiepski dowcip - ale to prawda. Przy całej swojej ciekawości i chęci odkrywania, Robert robi wszystko bardzo uważnie, bada, sprawdza, ocenia. Nie pędzi na oślep. Próbuje. Obserwuje. Dlatego pozwalam sobie nieraz na luksus zaufania mu. Nie rzucam się z ratunkiem, gdy tylko widzę, że próbuje czegoś nowego. Pozwalam mu próbować.

W Słupsku doszło w tym tygodniu do strasznej tragedii.


Słyszeliście o tym, prawda? Chyba każdy musiał się zetknąć z tą wiadomością. Zginął mały chłopczyk. Wypadek w domu. Rodzice spali, starsza siostrzyczka nie mogła znaleźć brata, który skutecznie się ukrył podczas zabawy w chowanego.

Wszyscy pytają: jak to mogło się stać?

Ja czasem się zastanawiam, jak to się dzieje, że tyle dzieci wychodzi cało z tego najbardziej szalonego okresu dzieciństwa...

Tyle niebezpieczeństw czyha na nie każdego dnia. Są jeszcze tak bardzo nieświadome, tak bardzo chcą wszystkiego spróbować, a przy tym są takie bezbronne. Potrafią zaryzykować, a nie zawsze potrafią wyjść cało z ryzykownej sytuacji. Potrafią gdzieś wejść, a często nie potrafią wyjść/zejść. Każdego dnia uczą się samodzielności i niezależności, ale tak bardzo potrzebują jeszcze naszej opieki i czujności.

Proszę, zanim zaczniecie rzucać oskarżeniami i podejrzeniami, pomyślcie, ile razy udało Wam się zapobiec wypadkowi z udziałem Waszego dziecka. Ile razy to Waszemu dziecku groziło niebezpieczeństwo. Ile razy o tym, że nic się nie stało, zadecydowała nie Wasza niezawodna czujność, ale odrobina szczęścia, przypadek. Nie oceniajcie. Żaden rodzic nie chciałby, żeby jego dziecku stała się krzywda.

sobota, 16 czerwca 2018

Kiedy dziecko ma problemy skórne.


Miałam pisać dzisiaj o tym, jak się czuję i jakie mam przemyślenia w związku z płcią mojego młodszego dziecka. Maleństwo postanowiło jednak zrobić mi psikusa i nie pokazać w sposób jednoznaczny, czy będzie chłopcem, czy też dziewczynką. Do następnego badania pozostanie zatem "maleństwem" bez określonej płci.

Przyznam, że informacja, iż mogę mieć drugiego syna, bardzo mnie zaskoczyła. Nastawiłam się już, że to będzie dziewczynka. Tak zdawało się sugerować poprzednie badanie, ale nie tylko ono. Moja ciąża przebiega inaczej niż pierwsza. Mam inne smaki, inaczej wyglądam, inaczej się czuję, a przede wszystkim, w pierwszej ciąży rozkwitałam pełnią zdrowia i urody. A w obecnej mam chociażby... no właśnie.

Problemy skórne.


Z moją skórą, jak w piosence Edyty Bartosiewicz, "odkąd sięgam pamięcią, zawsze było coś nie tak" (wiem, wiem, że ta piosenka dotyczy trochę poważniejszych spraw). Zawsze miałam jakieś problemy, przy czym przedziwnemu szczęściu zawdzięczam fakt, że nie obejmują one twarzy. Poza jakimiś epizodami z trądzikiem w wieku nastoletnim, moja skóra na twarzy zawsze prezentowała się dobrze. Gorzej było z karkiem, szyją, łokciami... długo by wymieniać. A w tej chwili dopadło mnie już z każdej strony. Mam podrażnione całe nogi i całe ręce.

O taki stan rzeczy obwiniałam zażywane leki na tarczycę, mój lekarz twierdzi jednak, że bardziej prawdopodobną przyczyną jest... sama ciąża. Oraz, że nic z tym nie mogę zrobić, jedynie przeczekać i starać się doraźnie koić dokuczliwe objawy. Cóż. Dla mnie to nic bardzo nowego, tylko nieco intensywniejsze niż dotychczas.

Właśnie moja obecna sytuacja skłoniła mnie do rozważań na temat problemów skórnych u dzieci. Póki co, nic nie wskazuje na to, żeby Robert odziedziczył po mnie moje nieszczęsne skłonności. Jego skóra jest idealna, odparzenia czy podrażnienia zdarzają się bardzo rzadko i raczej łatwo im zaradzić. Wiem jednak, że problemy mogą się pojawić w późniejszym wieku. Cóż, jeśli tak się zdarzy, będę miała dla niego całe morze empatii - w końcu poznałam to wszystko na własnej skórze.


Co zrobić, kiedy Twoje dziecko ma problemy skórne?


Pokusiłam się o stworzenie pewne prostej listy zaleceń. Bardzo chciałabym, żeby nikt nie poczuł się urażony tym, co zawarłam w tej liście, ale nie mogę tego zagwarantować. Na wszelki wypadek - przyjmijcie, proszę, że nie zwracam się w niej do nikogo osobiście. Piszę o tym, co ja sama zrobiłabym w takiej sytuacji.

Kiedy dziecko ma problemy skórne:
  • Idź z nim do lekarza. Nie rozumiem takich pomysłów, jak leczenie chorób skórnych domowymi sposobami, zwłaszcza jeśli okazują się nieskuteczne. Naprawdę, dlaczego nie pójdziesz do lekarza? Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że o wiele łatwiej jest zaplanować cykl wizyt u lekarzy z małym dzieckiem niż umówić się na te wizyty samemu, będąc dorosłym człowiekiem z problemami skórnymi. Wiecznie brakuje na to czasu. Idź z dzieckiem do lekarza pierwszego kontaktu, on na pewno będzie miał swoje pomysły, jak mu pomóc, ale na wszelki wypadek weź też skierowanie do dermatologa i do alergologa. Jeśli jeden dermatolog nie zdoła zaradzić Waszym problemom, idź do następnego. Jeśli trzeba prywatnie, idź prywatnie. Chodzi o zdrowie dziecka.
  • Zrób testy alergologiczne. To chyba żadna tajemnica, że najczęstszą przyczyną wysypki lub podrażnień jest alergia? Niektóre alergeny można wykryć bez pomocy lekarza, jednak zdecydowanie łatwiej i skuteczniej wykryjesz je dzięki testom u alergologa.
  • Póki dziecko nie jest w stanie dopilnować tego samodzielnie, Ty zadbaj o jego higienę. Może to być konieczne przez dłuższy czas, niż Ci się wydaje. Nawet jeśli dziecko jest już samodzielne, może zapomnieć o tym, by się dokładnie umyć, a może po prostu nie będzie mu się chciało. To tylko dziecko. Tymczasem brak odpowiedniej dbałości o higienę nie jest oczywiście bezpośrednią przyczyną występowania chorób skórnych, ale z pewnością utrudnia powrót do prawidłowej kondycji skóry.
  • Nie zawstydzaj dziecka z powodu jego problemów skórnych. To jest jego ciało. Nie każ mu pokazywać wysypki przypadkowej osobie, jakiejś jednej czy drugiej Twojej koleżance, która na pewno będzie miała dla Ciebie mnóstwo złotych rad, co z tym zrobić. Nie rób zdjęcia wysypki, aby wrzucić je do Internetu dla armii internetowych lekarzy. Pójdź do prawdziwego lekarza. Wytłumacz dziecku, dlaczego ważne jest, by pokazać podrażnione miejsca lekarzowi.
  • Jeśli dziecko się drapie, nie rób mu z tego tytułu nieprzyjemności. Drapie się, bo odczuwa dotkliwe swędzenie. Jasne, że lepiej byłoby dla podrażnionej skóry, żeby nie była drapana. Wiesz o tym, a jednak potrafisz zdrapać do krwi swędzące miejsce, gdy np. ugryzie Cię komar. Dlaczego wymagasz od dziecka większej siły woli niż jesteś w stanie wykrzesać z siebie? Jeśli odczuwa swędzenie, prawdopodobnie będzie się drapać. Zadbaj o to, żeby miało krótkie i czyste paznokcie. 
  • Czy zakryć, czy też eksponować podrażnione miejsce? Kieruj się dobrem dziecka. Niewątpliwie każdy w pierwszym odruchu chciałby schować brzydko wyglądającą skórę przed oczami ciekawskich osób. Czasem jednak nie jest to wskazane. Materiał może dodatkowo podrażniać delikatne miejsce. Nie powinno się także go przegrzewać.
  • Nie szczędź dziecku czułości i pieszczot. Rodzice czasem boją się dotykać podrażnionej skóry dziecka, by nie pogorszyć jego stanu. Dziecko może jednak zrozumieć to w inny sposób - że rodzice nie chcą go dotykać, bo się wstydzą, brzydzą, bo z powodu brzydkiej skóry jest gorsze, mniej kochane. Nie unikaj czułości.

Jestem ciekawa Waszych opinii. Może chcielibyście coś dodać do tej listy?

wtorek, 12 czerwca 2018

Zastój twórczy. Co dalej z blogiem?



To mój pierwszy raz. 


Powodów, aby nie opublikować na czas nowego tekstu, jest zawsze całe mnóstwo. Przede wszystkim brak czasu, masa innych obowiązków. Świadomość, że czas poświęcony blogowi mogłabym przeznaczyć na coś innego, chociażby na pracę, na sprzątanie w domu (czyli moją prywatną odmianę syzyfowej pracy), na różne sprawy do załatwienia... Mimo wszystko na ogół trzymałam się założenia, że przynajmniej jeden tekst na tydzień musi się ukazać. Aż do teraz.

Dzień w dzień - pustka w głowie, brak pomysłów, dziwna niechęć do tego, żeby w ogóle zaglądać na stronę bloga. Tak jakbym chciała zapomnieć o jego istnieniu.

Jak to się zaczęło?


Początek w ogóle nie zwiastował późniejszych problemów. Napisała do mnie koleżanka. Bardzo ją w tym miejscu przepraszam za to, że wyciągam tę historię. Wiem, że z całą pewnością nie chciała doprowadzić do takiej sytuacji. Czasami pewne rzeczy po prostu się dzieją, choć tego nie chcemy.

Zatem dostałam wiadomość. Dostaję od Was sporo wiadomości i bardzo mnie one cieszą, ta wiadomość była jednak inna - dotyczyła niemal wyłącznie mojej osoby. W zamierzeniu miała być to podobno miła wiadomość, niestety, dla mnie taka nie była. Nie będę wdawać się w szczegóły. Wyjaśniłyśmy sobie z koleżanką całą tę sytuację, jednak zapał do pisania nie wrócił.

Zawsze zdawałam sobie sprawę z tego, że jest pewna grupa czytelników mojego bloga, która czyta go ze względu na moją osobę - czy jest to jeden z powodów, czy też wyłącznie dlatego. Po raz pierwszy jednak tak bardzo mnie to uderzyło. Że ktoś czyta moje słowa i widzi za nimi mnie - ale nie obecną mnie, nie matkę mojego dziecka, nie żonę mojego męża, tylko jakąś dawną mnie ze swoich wspomnień. Że żadna, nawet najlepsza rzecz, którą napiszę, nie wpłynie na ten odbiór - bo to zawsze będzie coś, co napisałam ja.

Źle się z tym czułam. Zaczęłam układać w myślach dość ostry tekst o tym, że szczerość nie zawsze jest fajna, że czasem zanim powiesz coś komuś, zastanów się, czy to będzie dla tej osoby dobre. Stwierdziłam jednak, że nie chcę w ten sposób reagować. Nie chcę wysyłać takiej wiadomości moim czytelnikom. Zwłaszcza tej osobie, która przecież w dobrej wierze pisała do mnie. Postanowiłam przeczekać mój gorszy nastrój, napisać coś dopiero wtedy, kiedy będę w stanie stworzyć coś wartego wypuszczenia w świat.

Potem pojechałam na wakacje. Kilka cudownych dni spędzonych w gronie ukochanych, bliskich osób, za którymi bardzo tęskniłam. Robert bawił się fantastycznie w ich towarzystwie. Nie wszystko było jednak idealne. Ja nie byłam. My nie byliśmy. Mam wrażenie, że żadne z naszej trójki nie było na tym wyjeździe do końca sobą. Przypuszczam, że w niektórych sytuacjach mogliśmy zrobić nieszczególnie dobre wrażenie.

Znów zaczęłam układać w myślach tekst. Osobisty, wyjaśniający, że czasem ten nasz siódemkowy układ wydaje się nieudolny i słaby, ale zdecydowanie więcej jest chwil, kiedy jest nam cudownie :) I że moje decyzje i wybory są lepsze, niż mogłyby się czasami wydawać. Nie zdecydowałam się opublikować tego tekstu. Uznałam, że jest zbyt osobisty.

Po raz kolejny nie zdecydowałam się na opublikowanie tekstu. I po raz kolejny poczułam, że kogoś oszukuję. Że ten blog to ściema, ładna laurka, pod którą kryje się albo zakompleksiona nastolatka, albo nieudolna żona i matka. Na pewno nie wspaniała osoba, za którą próbuję się podawać.


Czy ja się dowartościowuję?


Spotkałam się jakiś czas temu z opinią, że osoba, która pisze bloga o swoim życiu, najprawdopodobniej próbuje się dowartościować. Czy tak jest w moim przypadku? Na pewno nie był to powód, dla którego ten blog powstał. Zaczęłam pisać dlatego, że to lubię i umiem. Nie muszę sobie udowadniać, że akurat to wychodzi mi dobrze.

Co nie znaczy, że czasem nie potrzebuję się dowartościować. I robię to. Mam wrażenie, że wielu ludzi uważa to za jakiś straszny grzech. Tak jakby potrzeba dowartościowania się jednoznacznie oznaczała bycie sztucznym, nieszczerym. Moim zdaniem, nie ma nic prawdziwszego. Jesteśmy ludźmi, żyjemy wśród ludzi. Jesteśmy oglądani i oceniani. Czasami po prostu chcemy pokazać się z dobrej strony.

Jeśli w moim życiu wydarzyło się coś fajnego, wyjątkowego, to czemu miałabym nie pochwalić się tym przed innymi? Mam udawać, że to nic takiego? Bo gdybym naprawdę miała udane życie, to nawet nie zauważyłabym tych drobnych sukcesów? Ale ja właśnie chcę je zauważać, bez względu na to, jak wspaniałe będzie wszystko inne.

Jeśli mam ciekawe przemyślenia, z których jestem zadowolona, czemu miałabym się nimi nie podzielić? Zawsze ktoś może uznać, że to głupoty. Ale nikogo do czytania nie zmuszam. Każdy podejmuje tę decyzję sam, z sobie tylko wiadomych powodów.

Jeśli mam pomysł na dobre zdjęcie, to czemu miałabym go sobie nie zrobić? Bo dla kogoś to będzie mizdrzenie się przed aparatem, epatowanie swoim wyglądem? No to będzie. A ja będę mieć pamiątkę na całe życie. Czemu miałabym nie pokazać jej innym? Są ludzie, którzy wolą zachowywać wszystko dla siebie. Ja lubię się dzielić :) 

Jeśli miałabym robić tylko takie rzeczy, które na pewno każdemu się spodobają, to po prostu nie robiłabym nic.

Co dalej z blogiem?


Nie znoszę słomianego zapału. Zazwyczaj, jeśli angażuję się w coś naprawdę, to robię to do końca albo bardzo długo, przez lata. Choć z pewnością zdarzały mi się w życiu krótkotrwałe fascynacje, zrywy. Mam nadzieję, że pisanie bloga nie okaże się jednym z nich.

Jednocześnie wiem, że w przyszłym roku będę mieć dwoje maleńkich dzieci i mogę nie mieć w ogóle czasu i siły na pisanie. Jeśli teraz bywa z tym ciężko, to jak będzie wtedy? Mam też świadomość, że jeśli ten blog przestanie być aktualizowany, tak naprawdę niewiele osób będzie za nim płakać. Moi czytelnicy poszukają innych blogów, moi znajomi będą szukać informacji o moim życiu gdzie indziej, najlepiej u mnie bezpośrednio :) To, co najbardziej chciałam napisać, już napisałam. Może bycie blogerką nie jest mi jednak pisane. A może jest. To się okaże.

W najbliższym czasie będę chciała na pewno opublikować kilka lżejszych tekstów: recenzję, przepis kulinarny, jakieś rozważania na temat płci mojego maleństwa - poznam ją już w tym tygodniu :) Jak zawsze, czekam też na Wasze sugestie. O czym chcielibyście przeczytać? Czy są jakieś tematy, na które czekacie?

Dziękuję, jeśli przebrnęliście przez ten długi wywód. Dziękuję, że czytacie te moje popisy.

poniedziałek, 21 maja 2018

Drugie dziecko - pytania i odpowiedzi.

Fot. https://www.maxmodels.pl/fotograf-landscaper.html

Tydzień temu zostawiłam Was z sensacyjną wiadomością ;) Bez obaw, nie zamierzam poprzestać na tym jednym zdaniu. Myślę, że będę tu nawet dość często wspominać o mojej ciąży, w końcu jest to w tej chwili jeden z najważniejszych elementów mojego życia. Dzisiaj postaram się odpowiedzieć Wam na te pytania, które najczęściej pojawiają się ostatnio w moich rozmowach.

Dlaczego drugie dziecko?


Śmiać mi się chce, kiedy wspominam sobie, jak wyglądały moje rodzinne plany jeszcze kilka lat temu. Przede wszystkim, nie zamierzałam mieć dzieci. W ogóle. Żadnych. Uważałam, że nie nadaję się na matkę i że na pewno zrujnowałabym mojemu dziecku życie. Jak wiadomo, to się zmieniło. Potem jednak wszyscy pytali, kiedy planujemy mieć drugie dziecko, a ja za każdym razem odpowiadałam konsekwentnie, że nie planujemy. Robert miał być jedynakiem. Nie chciałam przeżywać porodu jeszcze raz. Ale był też inny powód. Bałam się, że dwoje moich dzieci nie będzie umiało ze sobą żyć. Znałam kilka rodzeństw, których wzajemne relacje przebiegały dość dramatycznie. Nie chciałam tego dla Roberta.

Dlaczego to się zmieniło? Obserwowałam Roberta, obserwowałam inne dzieci, czytałam również teksty pisane przez autorki, które mają dwójkę dzieci. Dotarło do mnie, jak bardzo dziecko potrzebuje tego stałego kontaktu z drugim dzieckiem w zbliżonym wieku. Nie jestem w stanie zapewnić mu tego kontaktu w inny sposób. W naszej okolicy nie ma takich małych dzieci. Znajomi, owszem, mają dzieci, ale wiecie, jak ciężko czasem się umówić ze znajomymi, zwłaszcza mieszkającymi w innej miejscowości? A to brak czasu, a to choroby... Braciszek lub siostrzyczka będzie w pobliżu przez cały czas, niezależnie od planu dnia i od stanu zdrowia. Tej bliskości nie da się w żaden sposób zastąpić.

Pomyślałam sobie, że nawet jeśli moje dzieci będą się ze sobą kłócić, to jednak spędzą też ze sobą mnóstwo wartościowych chwil. Nie chcę im tego odbierać.

Jak się czuję?


Szczerze mówiąc, w tej chwili okropnie ;) Nie tylko mężczyźni umierają na katar, mnie też się to zdarza. A już w ciąży ten katar jest szczególnie uciążliwy. Natomiast jeśli chodzi o dolegliwości ciążowe - to po prostu ich nie mam. Serio, gdyby nie brak okresu i rosnący brzuch, mogłabym nawet zapomnieć, że w ogóle jestem w ciąży. Poranne mdłości miałam dokładnie raz. Przez jakieś dwa-trzy tygodnie borykałam się za to z zupełnym brakiem apetytu. Uwierzcie mi, to nic przyjemnego. Chcesz zrobić obiad dla całej już teraz czteroosobowej rodziny i musisz wybierać z krótkiej listy potraw, od których Cię nie odrzuca. Na szczęście apetyt już mi wrócił.

Mogę powiedzieć, że spełniło się moje marzenie o drugiej ciąży pozbawionej trosk, z którymi borykałam się za pierwszym razem. Jestem w domu z Robertem, spokojnie robię swoje, nie mam żadnych szczególnych zmartwień. Pomimo tego, że przecież mam...

Hashimoto - a co to?


Choroba Hashimoto, w dużym skrócie, to autoimmunologiczne zaburzenie pracy tarczycy. W gruczole pojawia się stan zapalny, który konsekwentnie niszczy tarczycę i w efekcie doprowadza do osłabienia kondycji całego organizmu. Dochodzi do zaburzeń pracy serca, problemów z płodnością i regularnością miesiączek, pogarsza się stan skóry i włosów.

Pierwsze objawy choroby Hashimoto to m.in.: uczucie ciągłego przemęczenia, spadek nastroju, niespodziewane przybieranie na wadze, zawroty głowy, bóle mięśni i stawów, bolesność szyi. 

A można też nie mieć żadnych objawów i bardzo się zdziwić informacją o chorobie. Jak ja.

Poważnie, gdyby nie rutynowe badania krwi zlecone na krótko przed potwierdzeniem ciąży, nie przyszłoby mi nawet do głowy, że z moim organizmem może być coś nie tak. Jestem naprawdę wdzięczna mojej lekarce, że zdecydowała się zlecić tak na wszelki wypadek badanie poziomu TSH. Gdyby nie ona, dowiedziałabym się o chorobie dobre kilka tygodni później.

W chwili obecnej moje wyniki są już prawidłowe, ale nadal zażywam lekarstwa. Nie odczuwam żadnych dolegliwości. Jestem świadoma tego, że muszę być ostrożna. Choroba Hashimoto znacząco zwiększa ryzyko poronień. Wierzę jednak, że wszystko będzie dobrze. Choroba została wcześnie wykryta i udało się szybko zareagować.

A wracając do tematu ciąży - chłopiec czy dziewczynka?


Jeszcze nie wiem! Pewnie na najbliższym badaniu USG uda się już dostrzec cechy charakterystyczne dla jednej lub drugiej płci. Pamiętam, że Robert okazał się być Robertem właśnie w trzynastym tygodniu ciąży. Choć tak naprawdę dopiero w szesnastym tygodniu można stwierdzić z całą pewnością, jaka jest płeć dziecka. Przyznam, że nie mogę się już doczekać. Bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że myślę o moim dziecku jako o osobie konkretnej płci. Ta niepewność jest dla mnie teraz trochę dziwna.

Przyznam, że chciałabym, żeby tym razem to była dziewczynka :) Mamy już od dawna wybrane dla niej imię. Zasypiam, wyobrażając sobie, jak mój duży, dzielny synek opiekuje się swoją malutką siostrzyczką. Ale prawda jest taka, że dostrzegam mnóstwo zalet bycia mamą chłopca i właściwie nie miałabym nic przeciwko, żeby to było dwóch chłopców. Dwóch braci. 

Czy zamierzam nadal karmić Roberta piersią?


A czemu nie? Jeśli tylko będzie chciał. 

Darujcie, że tak często piszę o karmieniu piersią, ale też temat ten wraca do mnie jak bumerang. Wierzę, że im więcej będzie się pisało o aktualnej wiedzy na temat karmienia piersią, tym szybciej dotrze do ludzi, że nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań, by karmić piersią nawet kilkuletnie dziecko.

Na samym początku ciąży miałam wrażenie, że nasza droga mleczna z Robertem właśnie dobiega końca. Ewidentnie się nie najadał, był marudny i nerwowy. Uznałam to za objaw zanikającego pokarmu. Potem jednak dotarło do mnie, że dni mijają, a ja nadal mogę karmić. Sytuacja wróciła do normy.

Robert nie jest uzależniony ode mnie i mojego mleka. Już prędzej ja od niego ;) Ostatnio wytrzymał cały dzień beze mnie. Nakarmiłam go tylko wcześnie rano. Nawet zasnął wieczorem bez mojej pomocy. Jedyny problem polegał na tym, że pierś spuchła mi jak bania i musiałam dwukrotnie odciągać pokarm. 

Mleko matki jest niezwykle wartościowym pokarmem nawet dla dorosłego człowieka. Podaje się je np. sportowcom. Karmienie nieco starszego dziecka nie oznacza przecież, że trzeba je karmić piersią ciągle, o każdej porze i w każdym miejscu. To może być nawet raz dziennie. Albo i rzadziej.

Jak zwykle przy tym temacie odsyłam do mojej ulubionej Hafiji. Nigdzie indziej nie dowiecie się tak wielu przydatnych rzeczy o karmieniu piersią.

Czy się boję?


Jasne, że tak. To nie są jakieś wielkie obawy, nie jestem przecież już nowicjuszką. Wiem, że sobie poradzę.

O części moich obaw pisałam w poprzednim tekście. Ale jeśli miałabym uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czego obawiam się najbardziej, to powiedziałabym, że... zmian.

O tym, że moje życie zmieniło się bardzo po urodzeniu Roberta, pisałam już nieraz - na przykład tutaj albo tutaj :) Ale prawda jest taka, że udało mi się w tym wszystkim zachować sporo z dawnej siebie. Nadal realizowałam swoje pasje, nadal miałam czas tylko dla siebie, na swoje rozmyślania, a nawet na zabawę. Obawiam się, że z dwójką dzieci już tak lekko nie będzie. Że teraz już będę tylko i wyłącznie mamą. Tą mamą, która zdążyła ogolić tylko jedną nogę (na szczęście mam jasne owłosienie i właściwie go nie widać). Tą mamą, która zasnęła w trakcie pytania o to, co robi w wolnym czasie. 

Obawiam się tego bardziej niż w pierwszej ciąży, bo już w jakimś sensie sprawdziłam się w roli mamy i wiem, jak cenne były dla mnie te mniejsze i większe odskocznie od codzienności pełnej pieluch. Jestem jednak dobrej myśli. Radzę sobie z jednym dzieckiem, poradzę sobie i z dwoma :)


Jeśli chcielibyście mnie jeszcze o coś zapytać lub podzielić się własnymi odczuciami - zapraszam do dyskusji :)


poniedziałek, 14 maja 2018

To nie pierwszy krok jest najtrudniejszy.

Pamiętam tę chwilę, jakby to było wczoraj.


Siedziałam w pobliżu kamieniołomu przy kościele św. Józefa i czekałam, aż zacznie się Msza św., a po niej ruszymy w drogę. To był ciepły, spokojny wieczór. Choć spodziewałam się tłumu ludzi, w tamtej chwili byłam sama, sama ze swoimi myślami i z obawami, których tym razem miałam naprawdę sporo.

W jakimś przebłysku geniuszu zdjęłam z nóg nowe, śliczne, zdobyte specjalnie na tę okazję buty i założyłam moje stare, wysłużone trapery, które miałam przy sobie tak na wszelki wypadek. To była chyba moja najlepsza decyzja. Zimno mi się robi na samą myśl o tym, że miałabym wyruszyć w długą i niełatwą trasę w nowych, niewypróbowanych butach. Najpewniej po prostu nie ukończyłabym trasy, nie przeszłabym nawet połowy.


Bałam się bardziej niż za pierwszym razem. Kiedy rok wcześniej wyruszałam po raz pierwszy w Ekstremalną Drogę Krzyżową, wiedziałam, że porywam się na coś odważnego i nie do końca rozsądnego, nie wiedziałam jednak dokładnie, jak będzie i co mnie czeka. Za drugim razem wiedziałam bardzo dobrze. Wiedziałam, że jeszcze tej nocy będę bardzo zmęczona i będą mnie bolały nogi, a droga będzie dłużyć się w nieskończoność. Wiedziałam, że dotrę do celu już w pełnym słońcu dnia, że będę leczyć obtarcia i skaleczenia, że będę zasypiać na siedząco, a moje ciało jeszcze przez kilka dni będzie odreagowywać trudy tej nocy.  

Pamiętam też tę pierwszą drogę.


To był ten specyficzny czas w moim życiu. Z jednej strony byłam świeżo i intensywnie zakochana, z drugiej strony ciągle jeszcze leczyłam rany po wyjątkowo bolesnym rozstaniu (dla przypomnienia: "Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?"). Nasz początkujący związek napotykał na tym etapie na same trudności i przeszkody. Byłam bardzo krucha i niepewna, ale też  - niemal instynktownie - moja gorliwość religijna tylko wzrosła. Kiedy dowiedzieliśmy się, że w nocy z 3 na 4 kwietnia 2009 wyrusza pierwsza Ekstremalna Droga Krzyżowa z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie zastanawialiśmy się długo. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy. Ofiarujemy te wszystkie trudności, których doświadczamy.

Dużo osób odradzało mi tę trasę. Mówili, że to jest droga dla sportowców, dla osób, które regularnie trenują. Sama wiedziałam dobrze, że nigdy wcześniej nie przeszłam tak długiej trasy w ciągu jednej doby. Mój dotychczasowy rekord to było zaledwie dwadzieścia kilka kilometrów i to z licznymi przerwami i postojami. Teraz miałam do przejścia 45 kilometrów. Wiedziałam, że będzie ciężko, ale czułam też, że to jest wykonalne. Wystarczy przecież stawiać jedną nogę przed drugą. I tak do końca...


Pamiętam księżyc, który był tej nocy niesamowity - wielki i czerwony, towarzyszył nam przez większość trasy. Pamiętam też niezwykłe, głębokie rozważania poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej. Między jedną stacją a drugą było kilka kilometrów do przejścia, i cały ten czas wypełniony był rozmyślaniami. Pamiętam też, że choć z założenia droga miała być indywidualnym przeżyciem, to jednak tak ważne było, że przeszliśmy ją we dwoje, ja i mój nowy chłopak, który dziś jest moim mężem. Pamiętam podziw, szacunek i wzajemne wsparcie. Byliśmy w tym razem - i jesteśmy nadal.

Za drugim razem jest trudniej.


Za drugim razem już wiesz. To, co wcześniej tylko sobie wyobrażałaś, jest teraz dla Ciebie zupełnie rzeczywiste. Każdy kilometr na Twojej drodze niesie ze sobą pamięć o tych wszystkich kilometrach, które już przeszłaś i które jeszcze masz do przejścia. Już nie słuchasz opowieści o bólu, zastanawiając się, czy dasz radę go wytrzymać. Teraz sama znasz ten ból, przeżyłaś go na własnej skórze.

Za drugim razem będą Cię oceniać. Pierwsza droga mogła być jeszcze błędem, zbyt pochopnym oszacowaniem własnych sił i możliwości. Nikt nie może Ci zarzucić, że próbowałaś. Jednak, gdy decydujesz się wyruszyć w tę samą drogę jeszcze raz, to tak naprawdę jest to też Twoja deklaracja: wiem, że zrobiłam dobrze! Wiem, że potrafię! Nikt nie zdecydowałby się na to samo doświadczenie jeszcze raz, jeśli nie uważałby, że sobie poradzi.

Będą zatem tłumaczyć Ci, co zrobiłaś źle za pierwszym razem. Będą poddawać w wątpliwość, czy naprawdę bycie piechurem to w Twoim przypadku dobry pomysł. Będą starali się pomóc Ci wyeliminować błędy, które popełniłaś za pierwszym razem. Dopiero teraz dowiesz się, że popełniłaś ich aż tyle. Wcześniej nie widzieli sensu, by Ci o tym mówić. Przecież już przeszłaś drogę, już masz to za sobą. A Ty nagle decydujesz, że wpakujesz się w to samo jeszcze raz!

Będą oczekiwać od Ciebie, że wyciągniesz wnioski z doświadczeń pierwszej drogi i za drugim razem poradzisz sobie lepiej. I będą się dziwić, że jednak nadal nie wszystko jest idealnie. To nie postarałaś się o lepsze buty? Nie pamiętałaś, że trzeba równomiernie rozłożyć siły?

Będziesz mierzyć się z własnymi obawami i z obawami innych osób. I sama wiesz najlepiej, z czym jeszcze. Ale wiesz też dobrze, że...

Ból i obawa to nie wszystko.



Pamiętasz też cudowne, głębokie przeżycie, którego warto jeszcze raz doświadczyć. Pamiętasz satysfakcję, radość, piękno. Pamiętasz to niezwykłe szczęście, gdy wiesz już, że wszystko się udało. Pamiętasz bliskość i miłość. Jesteś pełna obaw, ale też podekscytowana, nie możesz się doczekać tego niezwykłego wachlarza cudownych i męczących przeżyć, które pamiętasz tak dobrze, a mimo to jesteś gotowa na więcej.

Mówiono mi nieraz, że o bólu zapomina się łatwo i szybko. Czy ja wiem?  Ja nie zapominam. Może to taka moja specyfika, że po prostu pamiętam o wszystkim. Ale ból to tylko część tej niezwykłej drogi, to tylko jeden z jej aspektów, istotny, ale nie najistotniejszy.

Najważniejsza jest miłość. I czekanie. I to, co najpiękniejsze i najważniejsze przyjdzie na samym końcu, po wielkim, ale satysfakcjonującym wysiłku.

Dlatego pełna obaw, ale przede wszystkim szczęśliwa i podekscytowana wyruszam po raz drugi w najbardziej niezwykłą drogę mojego życia, jeszcze bardziej wyjątkową niż te nocne wyprawy sprzed lat.

Jestem w drugiej ciąży.  

poniedziałek, 7 maja 2018

O płaczu dziecka.


" - Mamo, a my dużo płakałyśmy, jak byłyśmy małe?
- Wyście w ogóle nie płakały! Jak tylko którejś z Was zdarzyło się zapłakać, od razu odnajdowaliśmy z ojcem przyczynę i reagowaliśmy."

Tak, to opowieść o moim dzieciństwie, w którą przestałam wierzyć, kiedy sama zostałam mamą :) Kiedy staliśmy się z mężem regularnymi uczestnikami dwuosobowego teleturnieju Zgadnij, czemu dziecko płacze?, w którym nagrodą była za każdym razem błogosławiona cisza, szybko dotarło do nas, że przez najbliższe miesiące-lata tak po prostu będzie. Mały będzie wybuchać od czasu do czasu rozpaczliwym szlochem, a my będziemy zgadywać: czy to kolka? A może zęby idą? A może jest zmęczony? Może znowu zgłodniał?

Różne odcienie płaczu.


Kolejna rzecz, którą musiałam zweryfikować po urodzeniu dziecka, to było przekonanie, że będę wiedziała. Z informacji, które posiadałam przed porodem wynikało, że mama ma w głowie specjalny radar, za pomocą którego rozpoznaje, co oznacza konkretny rodzaj płaczu dziecka. Cóż, urodziłam i nic takiego mi nie wyrosło.

Oczywiście, w jakimś zakresie da się to rozróżnić. Dziecko, które się właśnie obudziło płacze zupełnie inaczej niż dziecko, które spadło z łóżka (ten płacz jest straszny!). Dziecko, które jest zmęczone i senne zachowuje się w bardzo specyficzny sposób. Oprócz płaczu zazwyczaj są też inne objawy, które pozwalają określić, co dziecku dolega. Łatwo stwierdzić, czy jest głodne, czy jest mu za gorąco, czy trzeba je przebrać. Mimo wszystko, ocenianie przyczyny na podstawie samego płaczu to nieraz zupełna zgadywanka.

Dlaczego dziecko płacze?


Podstawowa przyczyna jest chyba oczywista dla każdego, ale czasem mam wrażenie, że trzeba ją ludziom tłumaczyć. Mam to wrażenie za każdym razem, gdy słyszę, że dziecko "terroryzuje", "wymusza płaczem", "jest niegrzeczne".

Dziecko płacze, bo to jego pierwszy i przez długi czas jedyny sposób komunikowania się.

Wyobraź sobie, że w wyniku jakiegoś wypadku czy choroby nie możesz mówić, nie masz kontroli nad ruchami, a jedyny sposób, w jaki możesz zakomunikować innym, że coś Ci dolega lub że czegoś potrzebujesz, to głośny krzyk. Wyobrażasz sobie? Chcesz coś zjeść - musisz krzyknąć. Chcesz do toalety - musisz krzyknąć. Swędzą Cię plecy, nie możesz się podrapać - musisz krzyknąć. Światło Cię razi, chcesz, żeby ktoś je zgasił - musisz krzyknąć. Coś Cię boli - krzyczysz.

To mówisz, że nie będziesz tego nadużywać?

Dziecko jeszcze nie wie, że można cierpieć w milczeniu. Kiedy odczuwa potrzebę, to ją komunikuje. Im jest starsze, tym więcej poznaje sposobów na komunikację, może np. pokazać coś rączką. Potem zaczyna używać pierwszych słów. Jednak długo podstawowym sposobem na poinformowanie opiekunów, że coś jest nie tak, pozostaje płacz.

Bunt dwulatka? Dlaczego dziecko starsze nadal płacze?


Pamiętam, jak przestraszyłam się kiedyś jednej dwulatki. To znaczy, oczywiście nie dosłownie ;) Wystraszyło mnie jej zachowanie. Dziewczątko pod byle pretekstem wybuchało tak dramatycznym płaczem, jakby działa jej się jakaś straszna krzywda. Ja byłam wówczas w ciąży i pomyślałam sobie, że chyba nie jestem emocjonalnie gotowa na bycie matką dziecka, które wpada w głęboką rozpacz, bo dostało nie ten kawałek ciasta, który chciało.

Dlaczego dwulatek tak bardzo płacze? Choć mój synek jeszcze nie ma dwóch lat, myślę, że znam już odpowiedź na to pytanie. Otóż, ten płaczący dwulatek ma w sobie jeszcze sporo z tego noworodka, który znał tylko jedną formę komunikowania się. Choć jest już starszy, choć potrafi już powiedzieć i pokazać, o co mu chodzi, nadal jest przecież tym samym dzieckiem, które przez większość swojego króciutkiego jeszcze życia ogłaszało swoje potrzeby głośnym płaczem. Jest do tego przyzwyczajony. Jeszcze nie nauczył się, że ta komunikacja może wyglądać inaczej. Dopiero się tego uczy, a zadaniem jego rodziców jest mu w tym pomóc.

Czy dziecko powinno się wypłakać?


Pisałam o tym już raz, pisali o tym inni, ale myślę, że jest to kolejna rzecz, która wymaga częstego podkreślania.

Kiedy Twoje dziecko płacze, weź je na ręce i przytul. Proste jak nie wiem co.

Czy rozpuszczę w ten sposób dziecko? Nie. Noworodka, niemowlęcia nie da się rozpuścić. Mówiąc, że dziecko jest rozpuszczone zakładasz, że ma ono jakąś świadomą postawę życiową i przemyślane reakcje, za sprawą których manipuluje otoczeniem. Tymczasem mowa tu o dziecku, które jeszcze nie wie nawet, że może wstrzymać się z oddaniem moczu do chwili, kiedy będzie siedzieć bezpiecznie na nocniku.

Dziecko płacze nie dlatego, że jest złośliwe i chce Cię dręczyć, zmuszając do ciągłego biegania do łóżeczka. Ono płacze, bo jest przerażone. Obudziło się, a obok nie ma mamy. Nie wie, gdzie jesteś. Jeszcze nie myśli na tyle abstrakcyjnie, by założyć, że na pewno jesteś w pokoju obok. Nie wie nawet, czy jeszcze Cię kiedyś zobaczy. 

Dziecko pozostawione samo sobie, żeby się wypłakało, w końcu zaśnie. Z wyczerpania. Wyobrażasz sobie, jakie to uczucie, tak bardzo zmęczyć się płaczem, by mimo przerażenia zasnąć? Dlaczego ludzie pozwalają na to, by ich maleńkie dzieci doświadczały czegoś takiego?

Metoda usypiania dziecka poprzez pozostawienie go samego, by się wypłakało, jest metodą "skuteczną". Dziecko po pewnym czasie przestaje płakać. Uczy się, że to nic nie daje, że i tak nikt nie przyjdzie go uratować. Jest zdane samo na siebie. A płacz męczy, od płaczu zdziera się gardełko. Dziecko leży więc w milczeniu i w przerażeniu, aż w końcu zasypia. Za ścianą jego mama śpi spokojnie, zadowolona, że tak świetnie wychowała dziecko...

A pod tym linkiem przeczytasz, jakie skutki dla mózgu dziecka powoduje ta metoda: https://www.ofeminin.pl/dziecko/mam-dziecko/pozwalanie-dziecku-na-wyplakiwanie-sie-niesie-negatywne-skutki-dla-jego-mozgu/

Moje dziecko płacze, czy jestem złą matką?


Spokojnie. Nie jesteś. Czasem niewiele możemy poradzić na płacz naszej pociechy. Bywa tak, że ciężko odgadnąć przyczynę, a dziecko nie powie nam przecież, o co chodzi. Nawiasem mówiąc, uważam, że co najmniej połowa znajomych mi dzieci wcale nie miała żadnej kolki, po prostu płakały z niewyjaśnionych przyczyn, a kolka była łatwym wytłumaczeniem ;) Ale mogę nie mieć racji.

Najważniejsze i najlepsze, co możesz zrobić, to być blisko i okazać dziecku swoją miłość. Nawet jeśli nie od razu ukoisz ból brzuszka lub wyrzynających się zębów, dziecko uczy się, że może na Ciebie liczyć i że jesteś przy nim, gdy Ciebie potrzebuje. 

Pamiętaj, że ten czas, kiedy dziecko jest malutkie i tak bardzo potrzebuje Twojej bliskości, nie będzie trwał wiecznie. Kiedyś będzie nastolatkiem i może się zdarzyć, że tulenie się do mamy to będzie dla niego obciach ;) Lepiej wytul je teraz porządnie za wszystkie czasy!

środa, 2 maja 2018

Książki dzieciństwa.

Skończył się kwiecień, a u mnie nie pojawił się w tym czasie żaden wpis książkowy. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie - w końcu ukazały się w kwietniu aż dwa obszerne teksty o filmach! Dziś natomiast nadrabiam zaległości, a zarazem - wracam pamięcią do pięknych, beztroskich czasów, kiedy książki i baśnie kształtowały moją wizję świata.

Inspiracją do tego tekstu był cykl wpisów gościnnych na blogu Rudym spojrzeniem - Książka z dzieciństwa. Różni blogerzy opisują w nim książki, które wywarły największy wpływ na ich dzieciństwo. Może kiedyś doczekam chwili, kiedy i mnie ktoś poprosi o napisanie wpisu gościnnego :) Póki co, odpowiedź na pytanie o najważniejszą książkę mojego dzieciństwa znajdzie się tutaj.

Kiedy zaczęłam się zastanawiać nad tą odpowiedzią, szybko dotarło do mnie, że nie będę umiała wybrać jednej książki. Było ich tak wiele, tak bardzo mnie ukształtowały, z tak różnych powodów zasługują na wzmiankę... Rozsiądźcie się wygodnie, szykuje się kolejny długi tekst :)

1. Ta pierwsza książka - "Bajeczki z obrazkami", Wladimir Sutiejew. 


Książka, którą moja siostra "czytała" mi z pamięci, kiedy byłyśmy bardzo, bardzo malutkie :) Przecudnie ilustrowana i niezwykle mądra. Ogromnie wpłynęła na moją wyobraźnię i sposób postrzegania świata. Dowiedziałam się z niej między innymi, jak narysować domek i kotka, jakimi barwami pokolorować koguta, do czego może się przydać łupina od orzecha, a do czego tyczka-pomocniczka, a także, jak bardzo grzyb może urosnąć na deszczu. "Bajeczki z obrazkami" są również pełne pozytywnych, budujących historii o przyjaźni i wzajemnym wspieraniu się w mniejszych lub większych kłopotach. Nie wyobrażam sobie dzieciństwa bez tej książki.


2. Książki o dziewczętach i dla dziewcząt.


Takich książek było w moim dzieciństwie dużo, ale dwie z nich miały zdecydowanie największe znaczenie - "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery oraz "Mała księżniczka" Frances Hodgson Burnett.



Seria o Ani to jedna z dwóch najukochańszych książkowych serii mojego życia (drugą jest oczywiście Jeżycjada, o której nieraz już wspominałam). Trudno opisać słowami, jak duży ślad odcisnęły na moim życiu właśnie te książki. Za każdym razem, kiedy do nich wracałam, odnajdowałam w nich nowe wartości, nowe wzruszenia i nowe radości. Przez wiele lat pokazywały mi, jak wielką wartością jest wyobraźnia, kreatywność, otwarty umysł. A jednocześnie - jak czasem te cechy potrafią utrudnić życie i odnalezienie się w rzeczywistości.

Gdy sięgam pamięcią do mojego dzieciństwa, myślę sobie, że największą lekcją, jaką wówczas wyniosłam z lektury "Ani z Zielonego Wzgórza" było odkrycie, że ten Gilbert wcale nie jest zły. W baśniach i książkach dla dzieci, które czytałam wcześniej, sympatie i antypatie były określone zazwyczaj już na samym początku. Przyjaciel był przyjacielem, wróg wrogiem i to się raczej nie zmieniało. Tymczasem tutaj chłopiec, którego Ania przez lata nie lubiła, okazuje się prawdziwym przyjacielem, a w późniejszych latach tym jedynym i ukochanym mężczyzną. To było dla mnie coś nowego i odkrywczego.


"Mała księżniczka" (którą najpierw poznałam dzięki japońskiej kreskówce, a potem dopiero sięgnęłam po książkę) również niosła ze sobą tę wspaniałą wiadomość, że dzięki wyobraźni możesz być, kim chcesz. Sara stała się dla mnie ogromnie ważną postacią, bo widziałam w niej wiele cech podobnych do moich własnych (opowiadanie bajek!), a wielu innych mogłam się od niej nauczyć. Jedną ze scen, które zrobiły na mnie największe wrażenie, była ta, w której wygłodniała Sara dzieli się świeżo zakupionymi bułeczkami z napotkaną małą żebraczką. To wrażenie zostało mi chyba na całe życie - ta świadomość, myśl, że kiedy cierpisz, kiedy coś Ci dolega, w pobliżu może być ktoś, kto cierpi jeszcze bardziej i komu mimo wszystko możesz pomóc.


Jest jeszcze jedna dziewczynka, o której muszę tu wspomnieć, zdecydowanie mniej znana niż dwie wcześniej wymienione bohaterki - "Marysia z II klasy" Zofii Jasnoty. Książka kupiona przez moich rodziców chyba dlatego, że Marysia na ilustracjach uderzająco przypominała wówczas moją siostrę :) Jest to zdecydowanie literatura o charakterze dydaktycznym, ma uczyć i wychowywać w duchu wiary katolickiej. Jest przy tym dobrze i przystępnie napisana - sposób prowadzenia narracji i dialogów kojarzył mi się trochę z Musierowicz, choć bez jej poczucia humoru. Książki o Marysi są również wartościowym źródłem informacji o innych ciekawych lekturach - to z nich dowiedziałam się m.in. o "Słoneczku" Marii Buyno-Arctowej, o "Polyannie" i o "Niewidzialnej ręce".

3. Baśnie z dzieciństwa.


Było ich całe mnóstwo, ale te najważniejsze to "Piotruś Pan" oraz baśnie Andersena, w szczególności "Królowa Śniegu" oraz "Calineczka" (a także "Mała Syrenka", choć muszę przyznać, że to raczej disneyowska wersja tej baśni zdobyła moje serce).


We wspomnianych baśniach Andersena widzę zresztą dużo podobieństw, z pewnością dlatego, że każda z nich jest w jakimś stopniu odzwierciedleniem życia autora. W każdej z nich pojawia się silna postać kobieca, która ma wielkie marzenie (lub jak Calineczka po prostu chce przetrwać) i niespodziewanie dla samej siebie wyrusza w długą i niebezpieczną podróż, by je spełnić. Na swojej drodze spotyka osoby pozornie życzliwe i pomocne, które jednak mają swoje własne ukryte intencje i starają się ją zatrzymać. Spotyka też osoby szczerze pomocne. Ostatecznie, po wielu perypetiach osiąga wymarzony cel. Myślę, że te postaci bardzo wpłynęły na kształtowanie mojego charakteru i w jakimś stopniu dzięki nim jestem osobą gotową dążyć do celu pomimo niepowodzeń. 


"Piotruś Pan" natomiast, baśń napisana przez Jamesa Matthew Barriego, to dla mnie po prostu ideał baśni z dzieciństwa. Jest w niej wszystko, co najpiękniejsze: cudowne przygody, przepiękne miejsca, magiczna kraina, czary, wróżki, syreny... Już sam punkt wyjścia - baśniowe istoty odwiedzające dzieci nocą i zabierające je do zaczarowanej krainy - niesamowicie wpłynął na moją dziecięcą wyobraźnię. Rzecz jasna, marzyłam o podobnej przygodzie, wyobrażałam ją sobie, te wizje pojawiały się w moich zabawach i w bajkach, które wymyślałam.

4. Książki, które uczą i bawią.


Wierzcie lub nie, ale to jeden z najcudowniejszych punktów mojego dzieciństwa. Nasi rodzice bardzo dbali o to, żebyśmy z siostrą miały dostęp do wartościowych książek edukacyjnych. Na naszej półce z książkami było całe mnóstwo pozycji takich jak "Księga pytań i odpowiedzi", "Encyklopedia dla najmłodszych", "Atlas dla najmłodszych". To po prostu niesamowite, ile dowiedziałam się dzięki takim książkom! Muszę oczywiście przyznać, że kochałam je głównie ze względu na piękne i nieraz bardzo realistyczne ilustracje, jednak ich treść również była dla mnie bardzo ważna, a wiedza zdobyta dzięki nim przydaje mi się nieraz do tej pory. Jest dla mnie pewne i oczywiste, że mój synek również będzie miał możliwość poznawania świata dzięki takim wartościowym lekturom :)

Poniżej przedstawiam Wam kilka tych najukochańszych:

"Poznaję świat"












"Świat i człowiek", "Świat wokół nas"




"LAROUSSE. Encyklopedia dla dzieci"




I co z tego, że nie było w nich przygód ani bajek? Ja sama wymyślałam przygody i bajki! :)

5. Książka, która łączy w sobie wiele innych - "Podajmy sobie ręce".


Zdaje się, że to był podręcznik szkolny, natomiast ja nigdy się z niego nie uczyłam. Czytałam go w domu jak jedną z wielu książek z bajkami. 

Książka zawiera mnóstwo opowiadań oraz fragmentów innych książek. Dzięki niej po raz pierwszy zetknęłam się m.in. z Pippi Langstrumpf (a raczej z Fizią Pończoszanką, bo tak się w tej wersji nazywała) oraz z bohaterami książki "Dziki koń spod kaflowego pieca", dzięki niej poznałam opowiadanie o niewidzialnej dziewczynce z serii o Muminkach. Oraz wiele, wiele innych. W tej książce pojawia się też opowiadanie o kotach, które do tej pory jest dla mnie jedną z najpiękniejszych historii o miłości.

Poza niewątpliwymi walorami treści, książka ma również przepiękne ilustracje. Nie da się ukryć, że ilustracje zawsze miały dla mnie duże znaczenie.

6. Ta ulubiona - "W pustyni i w puszczy", Henryk Sienkiewicz.



Poznałam tę książkę wcześniej niż moi rówieśnicy. Kiedy ją przeczytałam, nawet nie chodziłam jeszcze do szkoły. Mimo iż wiekowo (i nie tylko wiekowo) bliższa była mi postać Nel, z jakichś powodów po lekturze tej książki najbardziej pragnęłam być Stasiem, przeżywać przygody i troszczyć się o swoją małą przyjaciółkę.

Przez lata odpowiedzią na pytanie, jaka jest moja ulubiona książka, było właśnie "W pustyni i w puszczy".

7. Komiks.


Szczerze mówiąc, to był pierwszy punkt, który przyszedł mi do głowy. Choć zawsze byłam molem książkowym, komiksy przeczytane w dzieciństwie miały na mnie bardzo duży wpływ, może nawet większy niż książki. W szczególności były to trzy komiksy, a każdy z nich krańcowo różny. Jeden z nich to piękny komiks o błogosławionej Laurze Vicuna - oczywiście chciałam być taka, jak ona ;) Drugi to komiks, a w zasadzie cała seria o Barbie. Śmiejcie się, ale nauczyłam się z niego wielu mądrych rzeczy, między innymi właściwego podejścia do osób niepełnosprawnych - to była lekcja na całe życie! Poza tym, wierzcie lub nie, ale moja suknia ślubna była wzorowana na jednej z sukni Barbie :)


Tym najważniejszym natomiast był komiks zatytułowany "Ponad krainą cieni", czyli piąty zeszyt z ukochanej przeze mnie serii o Thorgalu. Przepiękna opowieść o miłości silniejszej niż śmierć i skłaniającej do ogromnych poświęceń. Miałam zaledwie 4 lata, kiedy trafiłam po raz pierwszy na ten komiks, i być może dlatego zrobił na mnie aż tak wielkie wrażenie.

"Ponad krainą cieni" uwrażliwiło mnie na piękno przyrody (rysunki są po prostu oszałamiająco piękne!), wpłynęło na moje późniejsze zainteresowanie mitologią oraz tematyką cofania się w czasie. Przede wszystkim ukształtowało we mnie fascynację historiami o dalekich i niebezpiecznych podróżach, a także wspomniany wcześniej wzorzec silnej kobiecej postaci, uparcie dążącej do celu i zdolnej do wielkich poświęceń w imię miłości.

Hm, zatem bohaterkami mojego dzieciństwa były takie postaci jak heroiczna Shaniah z komiksu o Thorgalu, jeszcze bardziej heroiczna Laura Vicuna, Mała Syrena, a także m.in. Wanda, co nie chciała Niemca oraz wiele innych dzielnych, skorych do poświęceń kobiet. Czy ja miałam jakiekolwiek szanse, by wyrosnąć na normalną osobę? ;)

A tak bardziej przyziemnie - spójrzcie na sukienkę Shaniah. Czy ja już Wam kiedyś wspominałam, że mam w szafie jedenaście czerwonych sukienek?



Było jeszcze wiele innych książek...


"Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren. "Alicja w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla. "Szatan z siódmej klasy" Kornela Makuszyńskiego. Cała seria o Leśnym Ludku napisana i zilustrowana przez Tony'ego Wolfa. "Czarnoksiężnik z krainy Oz" L. Franka Bauma. Seria o Tomku Wilmowskim autorstwa Alfreda Szklarskiego. Mnóstwo małych książeczek z serii "Poczytaj mi mamo". Zbiory legend polskich, a także legend z całego świata, m.in. polinezyjskich. Niewspomniane przeze mnie wcześniej, ale bardzo ważne dla mnie, różne egzemplarze Biblii dla dzieci.

Moje dzieciństwo bez książek byłoby z pewnością o wiele mniej bogate. Dzięki nim poznałam mnóstwo cudownych historii, nauczyłam się wielu przydatnych rzeczy, dzięki nim kształtowała się moja wyobraźnia i zdolność tworzenia własnych historii. Myślę, że w życiu każdego dziecka powinno znaleźć się miejsce na wiele pięknych książek :)