wtorek, 30 stycznia 2018

Wyzwanie międzykulturowe - Smak Raju, czyli mezopotamskie ciasteczka.



Biorę udział w wyzwaniu dla osób zajmujących się rękodziełem, choć mam dwie lewe ręce i absolutny brak talentu w tym zakresie. Zdeklarowałam się, że upiekę ciasteczka, choć nie mam w domu piekarnika. Jeśli ktoś się jeszcze zastanawiał, czy na pewno jestem rozsądną osobą, to chyba już zna odpowiedź ;)

Wyzwanie międzykulturowe organizuje moja przyjaciółka Monia na swoim blogu Kolory Życia. Jeśli zajmujecie się rękodziełem, bardzo polecam Wam ten blog, jak i udział w wyzwaniu międzykulturowym. Będzie to dla Was okazja, żeby spróbować czegoś nowego, a może i przy okazji dowiecie się czegoś na temat dawnych, niekoniecznie Wam znanych kultur.

"Wiem, że rękodzieła nie robisz. Ale wiem też, że pieczesz pyszne ciasteczka", napisała mi Monia, kiedy rozważałam wzięcie udziału w wyzwaniu. To mnie przekonało. Okazja, żeby upiec coś pysznego, a przy okazji poszerzyć swoje horyzonty i mieć gotowy fajny wpis na bloga - takiej okazji się po prostu nie marnuje!

Mezopotamia. 


Kraina leżąca w dorzeczu rzek Eufrat i Tygrys, czyli tam, gdzie według Biblii znajdował się Raj. Rozwijało się tam wiele kultur, o niektórych z nich pamięta się do dziś, inne są praktycznie zapomniane. O kulturze Sumerów i Babilonii pewnie słyszeliście :)

Wiedziałam, że moje ciasteczka na pewno będą okrągłe - w końcu to tam wynaleziono koło :) W sztuce Mezopotamii często pojawiał się motyw słońca lub gwiazdy (znaki te oznaczały Boga, niebo, dzień, światło), postanowiłam więc umieścić na ciasteczkach własnie te motywy. Oczywiście, na miarę moich skromnych możliwości.

Zależało mi również na tym, żeby moje ciasteczka nie tylko poprzez swój wygląd, ale także poprzez smak nawiązywały do kultury Mezopotamii. Poszukałam informacji na temat różnych przysmaków, jakimi zajadano się w tamtych stronach. Dlatego też do wykończenia moich ciasteczek zdecydowałam się użyć daktyli oraz pasty sezamowej.

Do (ręko)dzieła!


Ciasto:
500 g mąki
250 g masła
3 żółtka
150 g cukru
proszek do pieczenia

Dekoracja:
200 g daktyli
ok. 50 g pasty sezamowej
łyżeczka cynamonu
4 łyżki mąki

Z podanych składników zagniatamy kruche ciasto, następnie chłodzimy je w lodówce co najmniej pół godziny. Będzie idealnie, jeśli uda się Wam je rozwałkować i wykroić kółka za pomocą szklanki :) Ale możecie też formować z ciasta kulki i rozpłaszczyć je, a następnie za pomocą szklanki skorygować kształt! Technika dowolna, liczy się efekt. 
Chyba domyślacie się, którą opcję ja wybrałam...

W czasie, kiedy ciasto się chłodzi, możecie przygotować masę. Daktyle należy drobno posiekać (warto je wcześniej namoczyć!), połączyć z pastą sezamową i cynamonem, wymieszać wszystko, aż powstanie w miarę gładka masa. W zależności od upodobań smakowych możesz dodać cukru, ale pamiętaj, że daktyle same w sobie są bardzo słodkie! Kiedy przygotujesz masę, wstaw ją do lodówki. Przed upieczeniem ciasteczek postaraj się ulepić z masy dekoracje, którymi ozdobisz ciasteczka.

Okrągłe ciasteczka należy najpierw podpiec, a następnie wyjąć z piekarnika i ułożyć na nich dekoracje. Potem piecz jeszcze przez ok. 20 minut. 

Ciasteczka są pyszne, pięknie pachną i naprawdę przenoszą wprost do starożytnego Raju! Na szczęście nie są zakazanym owocem :)



poniedziałek, 22 stycznia 2018

Jak uśmierciłam moją nauczycielkę, czyli: Dzień Babci i Dzień Dziadka.


Pamięć jest ulotna, zwłaszcza pamięć dziecka. Ale niektóre wspomnienia z czasu dzieciństwa potrafią przetrwać w niezmienionej formie aż do dorosłości, szczególnie jeśli są utrwalane przez osoby, które w trakcie tamtych zdarzeń były dorosłymi.

I tak właśnie zapamiętałam jeden Dzień Babci z dzieciństwa, z czasu, kiedy byłam w pierwszej albo w drugiej klasie podstawówki i byłam inteligentnym, nietypowym dzieckiem, które nie zawsze wiedziało, że nie wypada czegoś zrobić lub powiedzieć. Przeważnie nie wiedziało.

Nasza pani wychowawczyni, jedyna ukochana pani ucząca nas wszystkich przedmiotów włącznie z plastyką, zadała nam wówczas zadanie. Mieliśmy przedzielić kartkę na kilka części i w każdej z tych części miał znaleźć się inny rysunek. Pierwszy rysunek miał przedstawiać jedną z naszych babć, następny - drugą z naszych babć. Nie pamiętam, co miało być na pozostałych rysunkach, zdaje się, że jakieś laurki. A może mieliśmy narysować też dziadków? Tego akurat nie zapamiętałam.

Pierwszą babcię narysowałam bardzo starannie. Stała w swojej kuchni i uśmiechała się. Pamiętam, że zadbałam o szczegóły do tego stopnia, że narysowałam nawet plastikowego pudelka, który zawsze stał na kuchennej szafce. Lubiłam rysować, rysowałam ładnie, starannie, z dbałością o szczegóły i z typowo dziecięcą śmiałością - bez obawy, że czegoś nie umiem narysować.

Z narysowaniem drugiej babci było o tyle trudniej, że nigdy jej nie poznałam - zmarła przed moim narodzeniem. Nie wprawiło mnie to jednak w zakłopotanie. Znałam przecież piękny wizerunek babci ze zdjęcia na jej grobie. Przepiękna kobieta z długimi, czarnymi włosami; mój tata był do niej bardzo podobny. Logiczne więc, że z tą samą starannością i dbałością o szczegóły zabrałam się za rysowanie mojej drugiej babci - wraz z całym nagrobkiem.

Trzeba w tym miejscu oddać sprawiedliwość mojej wychowawczyni, że zdawała sobie sprawę z tego, że niektóre dzieci mogą mieć kłopot z wykonaniem zadania. Od razu zasugerowała, że osoby, których babcia nie żyje, mogą na przykład narysować babcię na łące pełnej kwiatów. No cóż. Ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mogą znaczy powinny, a perspektywa narysowania nagrobka, starannie, za pomocą ołówka i czarnej kredki, była dla mnie bardziej pociągająca niż kolejna ukwiecona łączka.

Zatem kiedy pani wychowawczyni podeszła do mojej ławki, żeby zobaczyć, jak idzie mi rysowanie, zdumiona ujrzała wielki, dość realistycznie narysowany nagrobek z pięknym portretem kobiecym i ze starannie wypisanym imieniem. Identycznym jak imię pani nauczycielki. Nie pamiętam zresztą, dlaczego nie było tam również nazwiska. Wiedziałam, jak mam na nazwisko i że nazwisko mojej babci brzmiało tak samo. Prawdopodobnie po prostu nie zdążyłam go jeszcze napisać.

Finał tej historii jest taki, że musiałam jednak narysować łąkę pełną kwiatów tak jak inni, a pani nauczycielka do dziś wspomina ze śmiechem, jak to Martynka ją uśmierciła na lekcji plastyki.

Szczerze? Mam co prawda więcej dystansu do siebie w wieku trzydziestu lat niż w wieku lat ośmiu, ale i tak uważam, że to trochę niesprawiedliwe, że taka anegdotka powstała. Po pierwsze, ja w takim wieku już naprawdę dobrze rozumiałam polecenia i jak ktoś mi mówił, że mam narysować babcię, to rysowałam babcię, a nie mogiłę ukochanej pani. Po drugie, byłam też już bardzo dobrze zaznajomiona z faktem, że dwie różne osoby mogą mieć tak samo na imię. Po trzecie, na narysowanym przeze mnie nagrobku umieściłam przecież portret kobiety o długich, czarnych włosach, w niczym nie przypominającej mojej wychowawczyni, krótko obciętej blondynki. Ale cóż, anegdota przetrwała do czasów obecnych, tak jak i moje wspomnienie, zdecydowanie najodleglejsze wspomnienie związane z Dniem Babci.

Dziś to moi rodzice są dziadkami, moja młoda, pogodna i energiczna mama jest babcią, a mój młody, wesoły i gadatliwy tata jest dziadkiem. Tak samo jak rodzice mojego męża. Robert ma pod tym względem więcej szczęścia niż ja, bo ma dwie babcie i dwóch dziadków. W dodatku jedni dziadkowie, czyli rodzice męża mieszkają blisko i Robert często ich widuje. A długie wyprawy do moich rodziców, czyli do babci i dziadka, którzy mieszkają daleko, mogą stać się dla niego jedną z największych atrakcji dzieciństwa, tak jak dla mnie atrakcją były coroczne wyjazdy na wakacje i ferie zimowe.

Zastanawiam się dzisiaj, jak kilkuletni Robert narysowałby swoje babcie i swoich dziadków. Mam nadzieję, że nadal będą się wtedy cieszyć świetnym zdrowiem i że Robert będzie ich widywał co najmniej tak często jak teraz.


Obie babcie na jego rysunkach byłyby pewnie dość podobne do siebie, dwie uśmiechnięte krótkowłose panie w okularach, jedna z trochę jaśniejszymi włosami, druga z trochę ciemniejszymi. Pewnie narysowałby jasnowłosą babcię podającą obiad dla całej rodziny albo krzątającą się w kuchni. Babcia z ciemniejszymi włosami pewnie będzie mu się kojarzyła z jakimiś Świętami, więc może narysuje ją na tle choinki? A obok będzie na pewno śliczny, kudłaty piesek.

Przy rysowaniu dziadków pewnie skupiłby się na ich różnicach zewnętrznych, bo jeden dziadek jest duży i ma zupełnie siwą brodę, a drugi niezbyt wysoki, ma krótkie ciemne włosy i gładką twarz. Czy Robert narysowałby ich w okolicznościach związanych z pracą, czy raczej z odpoczynkiem? A może na spacerze? Trudno mi powiedzieć.

Cieszę się, że w życiu Roberta jest tyle wspaniałych, kochających go osób. Oprócz dwóch babć i dwóch dziadków jest jeszcze pradziadek! Mam nadzieję, że czeka ich jeszcze wiele wspólnych lat i że będę miała okazję usłyszeć kiedyś, jak Robert rozmawia ze swoim pradziadkiem.

Wiecie, kiedy wspominam moją babcię - tę jedyną, którą poznałam - to myślę sobie, że bycie babcią to naprawdę świetna sprawa. Życzyłabym każdemu człowiekowi na świecie, żeby miał w życiu przynajmniej jednego wnuka. Dlaczego? Moja babcia nie miała łatwego charakteru. Była raczej trudną osobą. Ale była moją babcią. Każdy wyjazd do niej na ferie czy na wakacje był dla mnie i dla mojej siostry wielkim wydarzeniem. Miasto, w którym mieszkała, jest dla mnie do tej pory jednym z najpiękniejszych miast na świecie, choć obiektywnie wiem, że byłam w wielu ładniejszych miejscach. Moje wspomnienia o babci są idealne, niczym niezmącone, choć tak naprawdę nieraz się nie dogadywałyśmy i pewnie nie byłoby nam łatwo, gdybyśmy miały mieszkać ze sobą na stałe.

Myślę sobie, że każdy w życiu zasługuje na przynajmniej jednego wnuka, który będzie na Was patrzył zachwyconymi dziecięcymi oczami, pozbawionymi krytyki i trzeźwej oceny, po prostu z miłością :) I tego dzisiaj, w Dniu Dziadka, życzę Wam wszystkim, nawet tym bardzo młodym. Życzę Wam miłości wnuka!


piątek, 19 stycznia 2018

Przeczytano: "Drogie maleństwo" Julie Cohen.


Zapowiedziałam Wam już, że będę umieszczać tutaj regularnie recenzje książek i wpisy na temat literatury. Do pierwszego tekstu tego typu wybrałam książkę, której treść jest bliska tematyce tego bloga - "Drogie maleństwo" Julie Cohen. Jak wskazuje tytuł, jest to powieść o małym dziecku, a może raczej - o pragnieniu, by urodzić dziecko i stać się dla niego dobrą, kochającą mamą.

Fabuła książki nie wydaje mi się szczególnie oryginalna - choć może nie każdy spotkał się już z tym schematem. Mamy oto troje głównych bohaterów. Ben i Claire są kochającym się małżeństwem, ich życie jest poukładane i niemal idealne, a do szczęścia brakuje im tylko dziecka, o które starają się bezskutecznie od sześciu lat. Trzecia bohaterka, Romily, jest przyjaciółką Bena jeszcze ze studiów, wychowuje samotnie siedmioletnią Mariposę (zwaną Posie). Kiedy Claire, zniechęcona kolejnymi niepowodzeniami, a przede wszystkim załamana poronieniem, postanawia zrezygnować z dalszych prób zajścia w ciążę, Romily spontanicznie oferuje swoją pomoc. Chce poddać się sztucznemu zapłodnieniu i urodzić dziecko Bena jako surogatka. Pomysł, z początku uznany przez Claire za szalony, zostaje jednak przez nią zaakceptowany i zaskakująco szybko staje się rzeczywistością. Romily zachodzi w ciążę.

Jako czytelniczce i matce bardzo łatwo było mi utożsamić się z obiema głównymi bohaterkami. Choć moje starania o dziecko nie były tak długotrwałe, dramatyczne i bezskuteczne jak w przypadku Claire, bez trudu mogłam wyobrazić sobie jej frustrację, samotność i mimowolną niechęć do innych kobiet, które nie miały problemu z zajściem w ciążę. Poza tym aspektem, bliższa charakterologicznie była mi jednak postać Romily, niedoskonałej, popełniającej błędy, nieraz wątpiącej w to, czy na pewno jest najlepszą matką dla swojej córki. W każdym razie obie bohaterki szczerze polubiłam i kibicowałam każdej z nich. Relacje między nimi dwiema napędzają akcję całej książki, zmieniają się stopniowo od wzajemnej nieufności i dystansu, poprzez niemalże wrogość, po prawdziwą, ofiarną kobiecą przyjaźń.

"Drogie maleństwo" to jedna z tych książek, które czyta się z zapartym tchem, choć przez większość czasu nic dramatycznego się nie dzieje, a sytuacja zdaje się rozwijać zupełnie pomyślnie. Napięcie jednak narasta i czytelnik dobrze wie, że to nie może być takie proste, że coś tutaj musi się jeszcze wydarzyć. Za dużo może się nie udać. Za dużo pytań pozostaje bez odpowiedzi przez zbyt długi czas. Czy Romily na pewno będzie w stanie tak po prostu oddać dziecko, nie będzie chciała go zatrzymać? Czy nie wyjdzie na jaw, że tak naprawdę od lat jest skrycie zakochana w Benie? Czy Claire na pewno jest gotowa na to, by stać się matką dziecka urodzonego przez inną kobietę? Czy cała ta sytuacja nie wpłynie na małżeństwo Bena i Claire? Jak na to wszystko zareaguje Posie, która kocha Bena i Claire tak, jakby to oni byli jej rodzicami? Zbyt dużo jest tych niewiadomych i czytelnik czuje, że coś musi się wydarzyć. I dzieje się. Z hukiem, nagle, wszystko naraz. Odkrycie sekretu, kłótnia, utrata zaufania, zazdrość, kilka słów za dużo, zwątpienie, zburzone relacje i niepewność, co dalej. A w tym wszystkim - maleńkie dziecko, któremu śpieszy się na świat.

Choć wszystko zmierza ku dobremu, iście hollywoodzkiemu zakończeniu, nie mogę przeboleć właśnie tego, że tuż po porodzie wzajemne napięcia, relacje i emocje między bohaterami stały się na pewien czas ważniejsze od potrzeb bezbronnego noworodka. Nawet teraz, gdy już wiem, że ostatecznie wszystko się poukładało, serce ściska mi się na myśl o maleństwie, które tak bardzo pragnęło, żeby choć jedna z jego dwóch mam wzięła je na ręce i przytuliła. 

Co mogę jeszcze powiedzieć o tej książce? Jest z jednej strony nieco bajkowa, a w innych momentach bardzo realistyczna. Sprawia wrażenie, jakby autorka pisząc ją, miała w głowie gotowy, bardzo hollywoodzki film, który być może kiedyś zostanie nakręcony na jej podstawie. Niekiedy ta bajkowość mi przeszkadzała, innym razem dochodziłam do wniosku, że mimo wszystko w życiu też nieraz zdarzają się rzeczy, które w pierwszej chwili wydają się nierealne. Pod względem literackim nie mam do książki zastrzeżeń - odczuwam może tylko drobny niedosyt, że wątek małej Posie, w pierwszych rozdziałach zapowiadający się bardzo interesująco, nie zostaje jak na mój gust wystarczająco wyeksploatowany, a dziewczynka z ciekawej postaci drugiego planu staje się wręcz trzecioplanową. W moim odczuciu to taka typowa strzelba, która nie wypaliła.

Czy polecam "Drogie maleństwo"? Poza moimi drobnymi zastrzeżeniami, spełnia ono wszystkie moje osobiste kryteria książki, którą poleciłabym innym: jest dobrze napisana, wciąga, angażuje emocjonalnie, bawi, wzrusza i nie przekazuje szkodliwych treści :) Zatem - polecam!


poniedziałek, 15 stycznia 2018

Siedem życzeń, czyli trochę bezczelna lista prezentów, które sprawiłyby mi radość.

Jakoś dużo w tym roku na blogu moich prywatnych spraw, mam nadzieję, że Was to nie odstraszy. Zapewniam, że zamierzam pisać również teksty o szerszej tematyce, pomocne i przydatne, takie jak mój poprzedni tekst. Natomiast dzisiaj będzie o mnie.

Może to po prostu ten początek roku jest dla mnie taki specyficzny. W styczniu, lutym i marcu jest dużo ważnych dla mnie dat. I tak na przykład, za miesiąc są moje urodziny, a za nieco ponad dwa tygodnie – moje imieniny.

Z tej okazji właśnie umieszczam tutaj dzisiejszą listę życzeń ;) W razie gdyby ktoś zamierzał obdarować mnie z okazji któregoś z tych zbliżających się dni, a nie miał pomysłu na prezent, może skorzystać z mojej listy. I ma jeszcze sporo czasu, żeby zdobyć którąś z tych rzeczy ;)

Oczywiście nie wymagam od nikogo, żeby koniecznie dawał mi prezent i że w dodatku ten prezent musi być na pewno jedną z rzeczy z tej listy. Po prostu, jeśli ktoś szuka inspiracji, albo jeśli kogoś najzwyczajniej w świecie ciekawi, co ja lubię – w tym tekście znajdzie odpowiedź.

Wiecie, ciągną się za mną chyba jeszcze od dzieciństwa pewne słowa, które usłyszałam, i choć nie były adresowane do mnie, to jednak wzięłam je do serca. Brzmiało to tak: „Jeśli się kogoś kocha, to zawsze się wie, co mu dać w prezencie”.

Kochani, to nieprawda! Jeśli też uwierzyliście w coś równie niesprawiedliwego i żyjecie teraz pod presją, że zawsze, w każdej sytuacji i niezależnie od okoliczności musicie umieć znaleźć idealny prezent – uspokójcie się, odetchnijcie i poczytajcie, co mam Wam do powiedzenia. Istnieje mnóstwo powodów, dla których możecie mieć kłopot ze znalezieniem dobrego prezentu dla ukochanej osoby. Przede wszystkim, może nie spędzacie już z tą osobą tyle czasu co kiedyś i nie jesteście do końca na bieżąco z jej potrzebami i marzeniami. Może zaplanowaliście sobie idealny prezent dla tej osoby, ale z jakichś powodów nie możecie zdobyć tej konkretnej rzeczy i musicie szukać czegoś zamiast. Może wiecie, co ta osoba chciałaby mieć, ale nie wypada dawać jej tego w prezencie (czyli na przykład jakieś wyszczuplające akcesoria i zabiegi, no trochę niezręcznie by było) ;) Może Wasza osobista sytuacja zmusza Was do tego, żeby szukać prezentu w ostatniej chwili, w najbliższym sklepie i możliwie niedrogiego. Przecież różnie się układa w życiu.

Zatem, nie przedłużając: lista rzeczy, które sprawiłyby mi radość.

1. "Thorgal. Wyprawa do krainy cieni".



To jest biały kruk, jakich mało. Delikatnie mówiąc, trudny do zdobycia. Nakład wyczerpany, nie ma planów dodruku. Książka nie odniosła właściwie żadnego sukcesu, co mnie ani trochę nie zniechęca. Może nawet nie jest dobra literacko, ja i tak chcę ją mieć. Uwierzcie mi, że ja wyśniłam tę książkę, zanim jej autorce przyszło do głowy, że mogłaby ją napisać. To jest książkowa wersja mojego najulubieńszego komiksu. Nie ocenia się wartości literackiej takich publikacji.
Zaznaczam, że chodzi o drugą część ("Wyprawa do krainy cieni"), nie o pierwszą ("Dziecko z gwiazd"). Pierwszą mam. I nie potrzebuję dodatkowego egzemplarza.

2. Podgrzewacz do butelek.


No serio :D Przygotowuję się do odstawiania Roberta od piersi. Podgrzewacz nie jest konieczny, ale sporo ułatwi. Ogólnie nie mam jakiegoś problemu z tym, jeśli prezenty dla mnie będą prezentami dla mamy Roberta. Właściwie większość moich potrzeb wiąże się właśnie z nim.

3. Czerwona sukienka.


Jedni kolekcjonują buty, inni zdjęcia, jeszcze inni znaczki pocztowe. Ja podjęłam się kiedyś próby policzenia, ile mam w szafie czerwonych sukienek. Naliczyłam dziesięć czerwonych i chyba z pięć albo sześć czerwonawych, czyli np. bordo, malinową, pomarańczową, fuksję. I jedną brązową, którą kupiłam zamiast czerwonej, bo wtedy się jeszcze przejmowałam, że ktoś pomyśli, że mam obsesję. Czy obsesja na punkcie sukienek jest czymś złym? Dobrze wyglądam w tym kolorze, nie wydaję na nie fortuny, bo kupuję je przeważnie na wyprzedażach albo w sklepach z tanią odzieżą. Mimo iż mam ich aż tyle, wcale nie czuję, żeby było ich za dużo. Na pewno przyda mi się jeszcze jedna, ewentualnie pięć.

4. Książka kucharska z przepisami na eliksiry miłosne ;)


Z ręką na sercu przyznaję, że choć uwielbiam gotować, nie korzystam z książek kucharskich. Mam w domu ze dwie, ale kiedy chcę przygotować coś pysznego, przeważnie szukam inspiracji w Internecie albo wymyślam przepis sama. Mimo to jestem przekonana, że korzystałabym z takiej książki kucharskiej i wypróbowałabym każdy jeden przepis, choć zapewne zinterpretowałabym je po swojemu, bo ja jednak robię w kuchni wszystko po swojemu.

Mnie po prostu fascynuje sama idea oddziaływania na sferę miłosną za pomocą kulinariów. I śpieszę zapewnić: nie, nie oznacza to, że mój mąż potrzebuje jakiejkolwiek pomocy w tym zakresie. On po prostu lubi to, co ja gotuję, a ja lubię gotować dla niego. Dla siebie oczywiście też :)

5. Nietypowe karty do gry.


Karty do gry to jedna z rzeczy, które lubię i które nigdy mi się nie nudzą. Chociaż na co dzień nie mam zbyt wiele czasu na rozrywki, lubię od czasu do czasu zagrać w remika czy w makao lub po prostu ułożyć pasjansa. Nigdy nie miałam jakiejś sporej kolekcji kart, nie zależy mi też na tym, żeby takową mieć (co bym z nimi wszystkimi robiła?). Ale ucieszyłyby mnie np. karty z postaciami historycznymi zamiast królów, dam i waletów. Albo - widziałam kiedyś karty z przepisami kulinarnymi (jednak te przepisy jakoś mnie kuszą). Na pewno ucieszyłabym się z nietypowych kart do gry. W ogóle gry różnego rodzaju, planszówki, karty to jest jeden z fajniejszych pomysłów na prezent. 

6.  Słodycze.


Dla niektórych tzw. bezpiecznym prezentem, który zawsze sprawi im radość, jest butelka dobrego wina. Dla mnie, osoby pijącej alkohol od wielkiego dzwonu, o wiele lepszym bezpiecznym prezentem są słodycze. Najlepiej takie, których sama sobie nie kupię w supermarkecie. Czyli np. te z różnego rodzaju Kuchni Świata, Smaków Świata, czy jak to tam się jeszcze nazywa. Albo słodycze zrobione przez kogoś własnoręcznie. To chyba jeden z możliwie najmilszych prezentów: coś pysznego i zrobionego specjalnie dla mnie.

Nie lubię rodzynek, nie przepadam za słodyczami z alkoholem (bo alkoholu prawie nie piję), poza tym lubię praktycznie wszystko.

7. Współpraca.


Chyba najbardziej niezręcznie jest mi pisać właśnie o prezentach tego typu, ale nie ukrywam, że taki byłby dla mnie najmilszy. 

Jeśli robisz ciekawe, artystyczne rzeczy, znasz mnie i wiesz, co mnie interesuje - pewnie wiesz, jaki prezent od Ciebie sprawiłby mi największą radość. Oczywiście nie masz najmniejszego obowiązku, by robić taki prezent dla mnie. Po prostu moje urodziny mogłyby być fajną okazją i pretekstem do tego, żeby podziałać wspólnie.

Przyznacie, że wybór jest spory, a oczekiwania niezbyt wygórowane :) (może poza ostatnim punktem). Ciekawi mnie bardzo, jak wyglądałaby lista Waszych wymarzonych prezentów? A czego nie chcielibyście dostać?

wtorek, 9 stycznia 2018

Dlaczego po porodzie zostaje brzuszek?

Przyznam się Wam do bardzo głupiej rzeczy, którą zrobiłam. 


Do tej pory nawet mój mąż o tym nie wiedział, bo naprawdę nie ma się czym chwalić. Ale dzisiaj, specjalnie dla potrzeb tego tekstu, pokażę się Wam z nieco gorszej strony.

To był początek lata, upalny czerwcowy dzień, czyli nieco ponad pół roku po porodzie. Miałam na sobie cienką, przewiewna sukienkę, a pod nią krótkie spodenki, które miały za zadanie utrzymywać w ryzach mój nadmiar kochanego ciałka. Jednak okazało się, że w takim stroju jest mi za ciepło. Zdjęłam spodenki, godząc się z tym, że wypłynie z nich to, co miały skrywać, czyli wyraźny brzuszek. Łudziłam się, że mimo wszystko wyglądam w miarę szczupło i zgrabnie. Przecież wiele jest kobiet, które mają szczupłą sylwetkę i tylko trochę więcej ciała na brzuchu. Nie wyróżniałam się jakoś szczególnie.

Musiałam tego dnia udać się do apteki po maść dla Roberta, który miał wtedy odparzenia. Stanęłam w kolejce. Wyminęła mnie zgrabna młoda kobieta, podeszła do okienka i zapytała, czy ona jako osoba w ciąży zostanie obsłużona poza kolejką. Aptekarka potwierdziła. Uśmiechnęłam się mimowolnie do swoich wspomnień z czasu ciąży, jeszcze przecież tak bardzo świeżych. Może właśnie ten uśmiech sprawił, że nagle aptekarka i klientka zaczęły się szeptem konsultować, zerkając na mnie, a potem jedna z nich (nie pamiętam, która) zapytała:
- Przepraszam, czy pani też jest w ciąży?

Zaprzeczyłam i w pierwszej chwili parsknęłam śmiechem. Później jednak dotarło do mnie, że z nas dwóch ja zdecydowanie bardziej wyglądam na osobę w ciąży i jakoś mnie to przytłoczyło, i po prostu stamtąd wyszłam.

Pożałowałam tej reakcji już w momencie zamykania za sobą drzwi. Nie wiedziałam jednak, jak odkręcić to, co właśnie zrobiłam. Doskonale wiedziałam, że żadna z nich nie zamierzała być wobec mnie złośliwa i to nie ich wina, że mam brzuch, jakbym była kilka miesięcy przed porodem, a nie kilka miesięcy po. Może jakoś minimalnie tłumaczy mnie fakt, że miałam tego dnia zły humor, byłam zmęczona i tak naprawdę pytanie o to, czy jestem w ciąży, było tą jedną małą kroplą, która przelała czarę. Wiedziałam, że tak naprawdę nie spotkała mnie żadna przykrość. Jeśli któraś z tych pań jakimś cudem czyta moje słowa, niech przyjmie moje najszczersze przeprosiny. 

Ja po prostu już chciałam być znowu szczupła, znowu atrakcyjna, podobać się sobie w lustrze i na zdjęciach.

Zgodzę się z każdym, kto powie, że trudno uznać moją reakcję za normalną. Natomiast z pewnością nie jestem jedyną kobietą, dla której zbyt duży brzuch po porodzie stanowił problem. To zdarza się dość często. Sama pamiętam, jak parę lat temu na ślubie przyjaciółki spotkałam młodą mamę z malusieńkim niemowlakiem. Miała bardzo duży brzuch, w pierwszej chwili byłam przekonana, że zaszła w ciążę po raz drugi i lada chwila urodzi maluszkowi rodzeństwo. Potem dopiero policzyłam, że to by było nierealne ;) Brzuch został po porodzie.

Dlaczego tak się dzieje? 


Powody mogą być różne, od zupełnie zwyczajnych po bardziej skomplikowane, związane z komplikacjami medycznymi, wymagające rehabilitacji i leczenia. Jeśli niepokoi Cię wygląd Twojego brzucha po porodzie i uważasz, że powinien być już znacznie mniejszy, może warto skonsultować się z lekarzem. Im wcześniej wykryta zostanie nieprawidłowość, tym większe szanse, że uda się ją szybko i bezproblemowo wyleczyć.

Oto niektóre z możliwych przyczyn dużego brzuszka po porodzie:

  • Ciało jest rozciągnięte po ciąży. W czasie ciąży na Twoje ciało oddziałują hormony, które sprawiają, że Twoja skóra i mięśnie brzucha rozciągają się i powiększają, aby umożliwić Ci donoszenie dziecka. Jak wielkie są to zmiany? W moim przypadku - obwód w talii zwiększył się przynajmniej dwukrotnie. Widzisz, jak bardzo ciało musi się rozciągnąć w ciągu tych kilku miesięcy? Po porodzie nadal jesteś pod wpływem hormonów. Karmienie piersią jeszcze dodatkowo wydłuża działanie hormonów. Zatem nawet jeśli dziecko "wyciąga" z Ciebie kilogramy, nawet jeśli odzyskałaś już wagę sprzed ciąży, Twoja sylwetka może jeszcze przypominać tę ciążową. 
  • Mięśnie brzucha są osłabione i niewydolne. Czy przed ciążą dbałaś o mięśnie brzucha? A może jesteś szczęściarą, która po prostu otrzymała silne mięśnie brzucha od Matki Natury? Bez względu na to, która odpowiedź jest właściwa, w czasie ciąży nie masz w zasadzie żadnego wpływu na zachowanie mięśni Twojego brzucha. Po urodzeniu dziecka Twoje ciało musi sobie przypomnieć, jak te mięśnie wcześniej działały. To trochę potrwa. Nie rzucaj się od razu w wir ćwiczeń! Daj sobie czas. Póki Twoje mięśnie nie będą pracowały prawidłowo, zwykły trening może być zupełnie nieskuteczny, a wręcz prowadzić do kontuzji i uszkodzenia innych mięśni. Warto skorzystać z pomocy fizjoterapeuty lub trenera, który umiejętnie dobierze Ci ćwiczenia, żeby nie groziło Ci przetrenowanie.
  • Pozostałe mięśnie również są osłabione. Głębokie mięśnie stabilizujące ciało, mięśnie macicy, przepona, mięśnie pleców i pośladków... Wszystkie te mięśnie działają w ciąży inaczej niż zwykle i po porodzie potrzebują czasu, by wrócić do właściwej formy. Osłabienie tych mięśni sprzyja przybieraniu niewłaściwej postawy ciała (o czym więcej napiszę w następnym punkcie) i utrudnia powrót do wcześniejszej formy za sprawą zwykłych ćwiczeń, za pomocą których dawniej dbałaś o swoją sylwetkę. 
  • Przyzwyczajenie. Ja do tej pory (ponad rok po porodzie) łapię się na tym, że stojąc przybieram czasami postawę wygodną dla osoby z bardzo dużym brzuchem. Mocno opieram się na nogach, wysuwam biodra i brzuch do przodu. Tak mi jest wygodnie. Niestety, taka postawa ani nie wygląda dobrze, ani nie sprzyja powrotowi do dawnej formy. Zanim zaczniesz forsowną pracę nad mięśniami brzucha, przyjrzyj się najpierw swojej postawie. Obejrzyj się w lustrze. Czy stoisz wyprostowana tak samo, jak przed ciążą? Czy nie próbujesz mimowolnie chronić brzucha przed wysiłkiem? Niech Twoim pierwszym ćwiczeniem będzie przyjęcie prawidłowej wyprostowanej postawy.
  • Nieprawidłowa dieta. Oczywiście, trzeba rozważyć i taką możliwość. Szczególnie jeśli w ciąży jadłaś wszystko, na co miałaś ochotę. Warto skonsultować się z dietetykiem i przeanalizować swój sposób odżywiania. Drastyczna zmiana diety nie jest wskazana, ale czasem wystarczy zmienić po prostu kilka przyzwyczajeń.
Warto podkreślić to jeszcze raz - jeśli zbyt szybko zaczniesz forsowny trening i będziesz walczyć o powrót do sylwetki sprzed ciąży, możesz nie tylko nie uzyskać wymarzonych rezultatów, ale też poważnie sobie zaszkodzić. 6 tygodni to minimum czasu, który po prostu musisz odczekać, zanim weźmiesz się za jakiekolwiek ćwiczenia. Możliwe też, że będziesz potrzebować więcej czasu. To są indywidualne kwestie, które warto konsultować z lekarzem i/lub fizjoterapeutą.

Na stronie Trening dla mam znajdziesz wiele przydatnych informacji na temat ćwiczeń, które pomogą Ci wrócić do formy sprzed ciąży. Warto tam zajrzeć i zapoznać się m.in. z filmami prezentującymi ćwiczenia odpowiednie dla mam.

Wspomniałam wcześniej, że przyczyny problemu ze zbyt dużym brzuchem mogą być różne i nieraz wymagają interwencji lekarza. Jeśli czujesz, że mimo upływu czasu zbyt długo nie wracasz do formy, warto sprawdzić, czy nie cierpisz na diastasis recti.

Diastasis recti, czyli rozejście mięśni brzucha.

Żródło: http://ciaza.siostraania.pl

Czasem zdarza się tak, że rozciągnięte w czasie ciąży mięśnie brzucha nie wracają na swoje miejsce, lecz rozchodzą się na boki. Między nimi powstaje pusta przestrzeń. Kiedy dojdzie do rozejścia mięśni brzucha, nawet najbardziej intensywny trening nie pomoże Ci samodzielnie wrócić do sylwetki sprzed ciąży.

Na tę przypadłość najbardziej narażone są młode mamy, których dzieci mają dużą wagę urodzeniową lub mamy będące w ciążach mnogich. Zdarza się też, że rozejście mięśni następuje wtedy, kiedy dla matki to jest już kolejna ciąża i mięśnie brzucha są po raz kolejny rozciągane i osłabiane. Tak naprawdę może się to zdarzyć każdej z nas.

Diastasis recti może być widoczne już w ciąży, szczególnie w jej późniejszym okresie. Po porodzie można tę dolegliwość w miarę łatwo zdiagnozować samodzielnie. Należy w tym celu położyć się płasko z ugiętymi nogami (stopy dotykają ziemi), unieść lekko głowę i przesunąć palcami od mostka do pępka. Jeśli wyczuwasz wgłębienie, jakby "dziurę", to prawdopodobnie cierpisz właśnie na tę przypadłość. Skontaktuj się z lekarzem! Im wcześniej wykryte zostanie rozejście mięśni, tym większa szansa na poprawę dzięki specjalnie dostosowanym ćwiczeniom. Przy zaawansowanym stopniu rozejścia mięśni pomóc może jedynie operacja.

Osoby cierpiące na diastasis recti muszą szczególnie uważać, by nie pogłębić rozstępu. Nie powinny dźwigać ciężkich rzeczy ani wykonywać tradycyjnych ćwiczeń jak np. brzuszki.

Przepuklina poporodowa.


Kolejnym problemem, który wiąże się z osłabieniem rozciągniętych mięśni brzucha, jest przepuklina poporodowa. Jest to patologiczne uwypuklenie, które powstaje, gdy narząd lub tkanka tłuszczowa wciska się w otwór lub słaby punkt w mięśniu. Przepuklina może być z początku zupełnie bezbolesna i można jej nie zauważyć, dopiero z czasem wypukłość się powiększa i może boleć. 

Nieleczona przepuklina może stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia. Leczy się ją wyłącznie operacyjnie. Podobnie jak w przypadku rozejścia mięśni, należy unikać dźwigania ciężarów oraz forsownych ćwiczeń. Trzeba również dbać o układ trawienny, przede wszystkim starać się nie doprowadzać do wzdęć.

Duży brzuch po porodzie nie jest zatem wynikiem zaniedbania.


Wiem, że łatwo powiedzieć - ale nie powinnaś czuć się źle z jego powodu. Na pewno nie jest to powód do wstydu. Twoje ciało potrzebuje czasu i specjalnego traktowania, żeby zregenerować się po niezwykłym wysiłku, którego dokonało - po noszeniu w sobie Twojego dziecka.

Źródła

Pisząc tekst, starałam się korzystać głównie z własnej wiedzy oraz z relacji osób obeznanych z tematem. Ta wiedza okazała się jednak niewystarczająca, by napisać wartościowy informacyjny tekst. Wspierałam się zatem informacjami znalezionymi w Internecie, w szczególności tymi wymienionymi poniżej:


wtorek, 2 stycznia 2018

Podsumowanie roku 2017 i postanowienia na rok 2018.

Bez zbędnych wstępów.


Myślę, że jedną z kilku przyczyn, które ostatecznie zmobilizowały mnie do prowadzenia bloga, była świadomość, że na moim blogu będę mogła pisać takie właśnie długie, osobiste teksty i nie tłumaczyć się nikomu, że ojej, rozpisałam się. Kto będzie chciał, to przeczyta. Na zachętę dodam, że piszę bardzo sympatyczne podsumowania i dużo osób lubiło je czytać nawet wtedy, gdy ukazywały się na Facebooku i zajmowały pół tablicy.

Jaki był rok 2017?


Z całą pewnością był to najbardziej wyjątkowy rok w moim życiu. Powiedziałabym, że również najlepszy, ale ostatnie miesiące tego szczególnego roku przyniosły nam jednak trochę za dużo zmartwień i problemów, bym mogła ocenić go aż tak pozytywnie. Ale z pewnością był jednym z najlepszych.

Jestem w takim specyficznym momencie mojego życia, że z jednej strony wiem, że pewne rzeczy muszą się zmieniać, a z drugiej strony gdzieś w głębi serca chciałabym, żeby nic się nie zmieniało. Bo po prostu lubię moje życie - takie, jakim jest teraz. Kilka trudniejszych wydarzeń, które nieco zmąciły nam tegoroczny spokój, tym mocniej uświadomiło mi, jak bardzo lubię moją codzienność. Nigdy nie myślałam o sobie jako o kimś, kto odnajdzie się w roli mamy na cały etat. Kiedy decydowałam się, że zostanę matką, myślałam o pierwszym roku życia dziecka jako o wyzwaniu, które będzie dla mnie trudne, ale któremu sprostam z miłości do niego. Nie przypuszczałam, że ja sama tak bardzo to polubię. Uwielbiam dnie spędzane z Robertem, nasze poranne przytulanki, wspólne posiłki i czas relaksu, nasze wyprawy na spacer i do miasta, uwielbiam patrzeć, jak uczy się nowych rzeczy i staje się coraz bardziej samodzielny.

Jeśli ktoś z Was jeszcze zastanawia się, czy pojawienie się dziecka oznacza duże zmiany w życiu, to napiszę Wam tylko tyle: dosłownie wszystko, co zrobiłam w tym roku, każdą pojedynczą, nawet najdrobniejszą rzecz zrobiłam albo dlatego, że mam małe dziecko, albo pomimo tego, że mam małe dziecko. Choć może i czasami chciałabym uspokoić przyszłe mamy, że po urodzeniu dziecka życie nie zmienia się aż tak bardzo, nie jest to jednak prawda. Życie zmienia się całkowicie, dochodzi w nim do totalnej rewolucji. To, co się nie zmienia, to my sami. Pozostajemy tymi samymi osobami i po prostu adaptujemy się do nowej sytuacji.

Śpieszę jednak uspokoić. To, że nieco ponad rok temu zostałam mamą Roberta, nie przeszkodziło mi w tym, że:

  • znalazłam pracę, która daje mi bardzo dużo satysfakcji;
  • zaczęłam prowadzić blog i pisałam na nim regularnie, docierając do osób, których nigdy w życiu nie spotkałam osobiście;
  • zorganizowałam lub współorganizowałam trzy (czy cztery?) grupowe sesje zdjęciowe, oprócz tego chyba z kilkanaście razy pozowałam do zdjęć;
  • uczestniczyłam w warsztatach gospel;
  • kilka razy śpiewałam publicznie;
  • razem z mężem i z synkiem odwiedziliśmy moich rodziców (ok. 400 km w jedną stronę) i kilka razy byliśmy w okolicach Rzeszowa u chrzestnej Roberta;
  • byliśmy na weselu znajomych i na wielu innych świetnych imprezach;
  • zorganizowaliśmy co najmniej kilka wspaniałych imprez, na czele z chrzcinami i roczkiem;
  • udało nam się zrealizować mój wspaniały plan i zrobiliśmy innej młodej mamie (a nawet dwóm młodym mamom!) mikołajkowy prezent :)
... i wiele, wiele innych rzeczy, wiele wspaniałych, godnych wspominania chwil. W niemal każdej z nich towarzyszył mi mój ukochany mąż i nasz cudowny synek. To nie był monotonny rok. To był rok pełen wydarzeń, spotkań, radości, ciekawych miejsc, wspaniałych ludzi i dobrej muzyki.

Myślę o tym roku trochę jak o dobrej książce: pełnej niespodzianek, zwrotów akcji, nieraz dość dramatycznych zdarzeń, ale z dobrym zakończeniem. Bo ostatecznie udało się niemal wszystko, co miało się udać. 

Jeśli chodzi o blog...


Opublikowałam 53 teksty. Niezły wynik, zważywszy, że nieraz brakowało mi czasu na pisanie i do rzadkości należały takie tygodnie, kiedy opublikowałam więcej niż jeden tekst. Pierwszy wpis na blogu ukazał się 2 marca - "O tym, kim nie jestem", ostatni zeszłoroczny opublikowałam 27 grudnia - "Święta, Święta... I co dalej?". 

Zdecydowanie największą liczbę wyświetleń odnotował jeden z pierwszych tekstów na blogu, "Pierwszy raz po porodzie jest wyjątkowy, czyli: Raport z trzech miesięcy macierzyństwa". Domyślam się, że duża w tym zasługa jego tytułu i żałuję, że tak udane tytuły nie przychodzą mi częściej do głowy. 

Najbardziej pozytywnie ocenionym przez Was tekstem jest ten o "Shreku" - "Który "Shrek" najlepszy?". Pewnie dlatego, że podobnie jak ja lubicie tego zielonego potwora o wielkim sercu :)

Zdecydowanie najwięcej komentarzy zostawiliście pod tekstami z cyklu "Adwentowy Alfabet", a rekordzistą okazał się ten - "Adwentowy Alfabet 9: I jak Inspiracje". Cieszę się, że mój pomysł na adwentowe odliczanie przypadł Wam do gustu. Pisałam te teksty z ogromną przyjemnością, a obmyślanie tematów tak, by pasowały do założenia, było dla mnie świetnym, satysfakcjonującym wyzwaniem.

Tymczasem na fanpage'u Szczęśliwa Siódemka - najwięcej osób zobaczyło emocjonalny tekst o małym Charliem: "Charlie Gard nie żyje", a najwięcej reakcji wywołał tekst zupełnie inny, radosny i pełen miłości, pisany z dedykacją dla mojego męża - "Mąż i ojciec". Widać też na pierwszy rzut oka, że duże zainteresowanie wzbudził tekst o Czarnym Proteście - "Dlaczego matka i katoliczka popiera Czarny Protest"?

Wszystkie Wasze reakcje i komentarze są dla mnie bardzo ważne i stanowią dla mnie motywację, żeby pisać jak najwięcej i jak najlepiej.

A skoro już mowa o motywacji...

Postanowienia noworoczne.


Nie zawsze spisuję postanowienia noworoczne, ale zauważyłam, że jednak łatwiej jest dotrzymać tych spisanych. Nie dają o sobie zapomnieć i wydają się być nieco bardziej zobowiązujące. W zeszłym roku miałam dwa postanowienia - jednego z nich dotrzymałam, drugie jeszcze czeka na swój czas. W tym roku będzie ich trochę więcej. Siedem, bo jakoś lubię tę liczbę ;)

  1. Będziemy się starać o rodzeństwo dla Roberta. Tak, to jest ten moment, kiedy jeszcze możecie próbować nam to wyperswadować, pytać, jak to sobie wyobrażamy i czy na pewno dobrze to przemyśleliśmy. Kiedy już uda mi się zajść w ciążę, nie będzie miejsca na takie pytania. Bez względu na to, na jakie trudności musimy się przygotować - chcemy, żeby Robert miał rodzeństwo. Mam nadzieję, że będziemy potrafili tak wychować dwoje dzieci, żeby żadne z nich nie czuło się pokrzywdzone faktem istnienia tego drugiego. Myślę zresztą, że każde rodzeństwo ma swoje dobre i złe chwile i dla tych dobrych warto podjąć taką decyzję. Czy jesteśmy gotowi? Bez względu na to, jak brzmi odpowiedź na to pytanie, nie chcemy czekać. Już nauczyliśmy się, że nasza gotowość a gotowość mojego organizmu to dwa różne tematy. Jeśli będziemy czekać, aż będziemy gotowi na drugie dziecko, możemy się nigdy nie doczekać.
  2. W roku 2018 pójdę do prawdziwej, pełnoetatowej pracy. Oczywiście, postanowienie nr 1 i postanowienie nr 2 dość mocno wykluczają się wzajemnie, ale też żadne z nich nie jest w pełni zależne ode mnie. Przyjmijmy, że uda się zrealizować albo 1, albo 2.
  3. W tym roku zrobimy remont w domu. Chcę skończyć z sytuacją, w której wysprzątanie domu na błysk nie wystarczy, żeby wyglądał on dobrze.
  4. Pojedziemy na casting. Pozwólcie, że nie będę rozwijać tego punktu. Jeśli się powiedzie, na pewno dam Wam znać.
  5. Zamierzam przynajmniej powtórzyć mój wyczyn z paczką, a najbardziej marzę o tym, by zorganizować coś podobnego na szerszą skalę. Na pewno będę potrzebowała wielu mądrych rad, jak to zrobić sprawnie i legalnie. Jeśli potraficie pomóc mi w tej kwestii, będę bardzo wdzięczna!
  6. Będę pozować do zdjęć. Pewnie niezbyt często i nie na wielką skalę, ale na pewno nie zamierzam z tym kończyć jeszcze w tym roku.
  7. Będę jeść ciasta ;) No, po prostu wiem, że będę :) W jakimś sensie jest to też dobre postanowienie, bo będę jeść ciasta, zdrowe, domowe i swojskie, a nie jakieś sklepowe batony o wątpliwym składzie.
Trzymajcie za mnie kciuki, żebym za rok o tej porze mogła Wam napisać, że udało mi się zrealizować przynajmniej połowę z tych postanowień!

Życzę Wam również z całego serca, żebyście zrealizowali swoje postanowienia i żeby ten młodziutki jeszcze rok 2018 był dla Was radosnym, zdrowym czasem pełnym miłości, uśmiechów i dobrych chwil! :)