piątek, 20 lipca 2018

W szpitalu z małym dzieckiem.


To nie jest artykuł poradnikowy. Kto wie, może wyłuskacie z niego jakieś przydatne wskazówki dla siebie. Ja chcę przede wszystkim podzielić się z Wami moimi własnymi odczuciami.

Pragnę zacząć od wyrazów najszczerszego uznania i podziwu dla rodziców, których dzieci chorują często lub przewlekle i w związku z tym szpital jest dla nich drugim domem. Jesteście wielcy. Ja po tych trzech dniach czuję się, jakbym wróciła z obozu przetrwania.

W szpitalach zawsze czuję się strasznie nieporadna, jak słoń w składzie porcelany. Nie wiem, gdzie iść, kogo pytać, co mi wolno... Zdaję sobie sprawę z tego, że moje zagubienie wynika z faktu, że nie jestem przyzwyczajona do szpitalnych warunków. I że to oznacza, że jestem szczęściarą. Te wszystkie mamy, które doskonale orientują się w środowisku szpitalnym, z pewnością musiały spędzić tam mnóstwo czasu. Pewnie nieraz czuły się o wiele bardziej bezradne niż ja.

Zabieg chirurgiczny u półtorarocznego dziecka.


Robert miał we wtorek prosty zabieg polegający na usunięciu wady wrodzonej. Takie operacje przeprowadza się zwykle u dzieci, które skończyły rok, jednak nie starszych niż 20 miesięcy. Wówczas - zgodnie ze stanowiskiem lekarzy - dziecko wkracza w najtrudniejszy wiek, kiedy jest ruchliwe i łatwo może sobie zrobić krzywdę, a niewiele można mu jeszcze wytłumaczyć. Gdybym wiedziała wcześniej, że to ruchliwość i "trudność" dziecka jest głównym przeciwwskazaniem, nie zdecydowałabym się na zabieg w tym terminie. Można go przeprowadzić również później, po ukończeniu przez dziecko czwartego roku życia. Robert jest ruchliwy już teraz, już od dobrych kilku miesięcy, a w zasadzie od zawsze.

Mądrzejsza o nową wiedzę i o doświadczenie szpitalne, pragnę odradzić Wam, drogie mamy, planowanie zabiegów u dziecka około półtorarocznego, dwuletniego, w tym "trudnym wieku" - same wiecie najlepiej, kiedy przypada ten czas u Waszego dziecka. Wiadomo, pewnych rzeczy nie da się zaplanować ani przełożyć na inny termin. Jeśli jednak się da - polecam dobrze to przemyśleć.

Półtoraroczne dziecko płacze nie dlatego, że jest niegrzeczne.


Samo zestawienie słów "półtoraroczne" i "niegrzeczne" brzmi dla mnie abstrakcyjnie. Niegrzeczna to mogłam być ja po nieprzespanej nocy, kiedy kolejna pielęgniarka próbowała przemówić do rozsądku mojemu zapłakanemu synkowi - wydaje mi się jednak, że zachowałam mimo wszystko elementarne zasady kultury.

Półtoraroczne dziecko płacze, bo ma wbity w rączkę jakiś dziwny przedmiot, którym nie może się nawet bawić i który prawdopodobnie powoduje u niego jakiś dyskomfort.

Płacze, bo do tego przedmiotu została przypięta jakaś rurka, która mu przeszkadza i nie można jej stamtąd zabrać. Mama tłumaczy mu, że ta rurka ma mu pomóc, ale on jeszcze nie czuje, żeby to mu jakoś pomagało.

Płacze, bo jest zmęczony i śpiący, ale nie może zasnąć w pokoju pełnym światła. W domu zawsze zasypiał po ciemku. Do tego łóżeczko, w którym ma spać, jest inne niż jego domowe łóżeczko, może w jego odczuciu niewygodne? 

Płacze, bo chce mu się jeść i pić i nie rozumie, dlaczego mama nie może mu nic dać. Przecież zawsze mogła.

Nie rozumie, że nie powinien płakać, bo pobudzi inne dzieci. Dla niego to abstrakcja. Po pierwsze, on wcale nie musi wiedzieć, że te inne dzieci są gdzieś na oddziale. Pierwszej nocy mieliśmy salę tylko dla siebie, do innych sal nie zaglądaliśmy, Robert mógł nie być świadom obecności tych dzieci. Po drugie, on jeszcze nie wie, że obudzenie kogoś może być uznane za przejaw złego zachowania. Nigdy nie spotkał się z negatywną reakcją, kiedy kogoś obudził. Zawsze spotykała go wówczas miłość, czułość i ukojenie. Teraz mógł liczyć tylko na miłość i czułość, o ukojenie było ciężko.

Półtoraroczne dzieci potrafią płakać z powodów, które w naszych dorosłych oczach są jeszcze bardziej błahe. Każdy rodzic to zna, prawda? Płacz, bo nie dostał tego, co chciał, bo nie radzi sobie jeszcze z emocjami... Zrozumiałe więc, że kiedy dziecko ma prawdziwy powód do płaczu, prawdopodobnie będzie płakać. A w jego sytuacji niejeden dorosły również odczuwałby dyskomfort. Daleko nie szukając, ja sama płakałam w innym szpitalu półtora roku wcześniej, tylko mój płacz nikogo nie alarmował. Dorosły człowiek już wie, że czasem musi zapanować nad sobą i nie okazać, że jest mu źle. Malutkie dziecko jeszcze tego nie wie.

Trafiliśmy na oddział...


... znacznie później niż to było planowane, z powodu pewnego nieporozumienia. W oczach pani z sekretariatu pewnie zawsze już będę tą matką, która nie wie/nie pamięta, w jakiej poradni była z dzieckiem kilka miesięcy wcześniej. Bo raczej nie uwierzyła w fakt, że Robert został skierowany na zabieg przez poradnię, w której nigdy w życiu nie był. Ot, szpitalna magia :)

Pewnie nie powinnam tego pisać, ale... cieszę się, że doszło do tego spóźnienia. Dzięki niemu spędziliśmy z Robertem kilka godzin mniej w zamkniętym pomieszczeniu, w którym nawet nie mógł dobrze się pobawić, bo musiał uważać na wbity w rączkę wenflon. Sala z zabawkami była, owszem, dostępna, ale tylko do godziny 12:00.

Robert bawił się jednak świetne. Chował się w szafie, wchodził pod łóżka, wspinał się na stół, a nawet na parapet. Podobał mu się ten nowy pokój pełen dziwnych sprzętów. 

Problem zaczął się w nocy, gdy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jesteśmy w miejscu, które nigdy nie zasypia. Robert potrafi się zdrzemnąć w każdych warunkach (choć im jest starszy, tym trudniej o to), jednak kiedy już ma spać w nocy, przeważnie potrzebuje ciszy i ciemnego pokoju. Nie mogłam mu zapewnić ani jednego, ani drugiego. Mimo zgaszonego światła i opuszczonych żaluzji w pokoju było jasno jak w dzień. W akcie desperacji odważyłam się na dość niekonwencjonalny krok - zamknęłam się z malutkim w łazience i tam go wreszcie uśpiłam. Nie na długo. Zaledwie dwie godziny później przyszła pielęgniarka z kroplówką. Wystraszony, rozżalony, zmęczony, głodny i spragniony Robert nie zasnął aż do rana.

Potem było już lepiej. Wyczerpane dzieciątko przez większość dnia spało lub siedziało spokojnie na kolanach moich lub męża. Choć według jednej z pielęgniarek Robert płakał cały dzień. Ciekawe, skąd miała takie rewelacje, bo ja jej na naszej sali nie widziałam.

Na zabieg poszedł późno, bo po 14:00, ufnie wtulony w ramiona pielęgniarki. Obdarzał wszystkich ogromnym zaufaniem i ze spokojem reagował na wszystko, co mu robiono. Był ponoć jedynym dzieckiem, które nie płakało przy pobieraniu krwi ani przy usuwaniu cewnika. Po zabiegu wrócił do nas dopiero po 18:00, bo długo spał. 

Następna noc była o tyle łatwiejsza, że oboje spaliśmy, choć z częstymi przerwami. Ostatniego dnia Robert, uwolniony od kroplówki i cewnika, był już radosny i pełen energii jak zawsze.

Matka też człowiek?


Kiedy porównuję obecne standardy opieki szpitalnej nad dziećmi z tym, co pamiętam z własnego dzieciństwa i z opowiadań innych osób, widzę ogromną zmianę. Kiedyś nie było mowy o tym, żeby mama przebywała z dzieckiem 24 godziny na dobę. Pamiętam, że kiedy ja byłam w szpitalu jako dziecko, mama przyjeżdżała do mnie tylko na niezbyt długie odwiedziny. Cały pobyt był dla mnie jak takie trochę inne kolonie, choć ból i inne dolegliwości nie pozwalały nacieszyć się w pełni tymi "koloniami".

Znam też dosyć przerażające historie o przywiązywaniu dzieci do łóżek. I jeszcze gorsze, choć w te akurat nie do końca wierzę.

Cieszę się, że obecnie ta opieka szpitalna jest o wiele bardziej przyjazna dla dzieci. Myślę jednak, że mogłaby być przy tym nieco bardziej przyjazna dla rodziców przebywających z dziećmi.

W szpitalu, w którym byliśmy - a jest to jeden z najbardziej renomowanych szpitali dziecięcych w Polsce - rodzic ma całą listę praw i zakazów. Zacznę od zakazów. Nie wolno jeść na sali, na której leży dziecko. Nie wolno wnosić tam gorących napojów. Nie wolno korzystać z toalety znajdującej się w obrębie sali - toaleta dla rodziców jest w zupełnie innym miejscu, dość oddalonym od dziecięcego łóżeczka. Nie wolno wyrzucać zużytych pieluch do kosza znajdującego się na sali - kosz na pieluchy znajduje się... obok toalety dla rodziców. Nie wolno przynieść ze sobą składanego łóżka ani materaca, na którym rodzic mógłby spać.

Wszystkie te obostrzenia mają oczywiście mniej lub bardziej logiczne uzasadnienie i chodzi w nich przede wszystkim o to, żeby zapewnić hospitalizowanemu dziecku sterylne i bezpieczne warunki. Dla rodzica przebywanie w takich warunkach przez kilka dni wiąże się jednak ze sporym dyskomfortem. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie wszystkie z tych zakazów są przestrzegane i nawet personel medyczny mocno przymyka na nie oko, ja jednak założyłam z góry, że w miarę możliwości będę starała się przestrzegać każdego z nich.

Jeśli chodzi o prawa - to oczywiście, prawo do przebywania z dzieckiem 24 godziny na dobę, możliwość skorzystania z łazienki z prysznicem, z bufetu, z jadalni. Tylko te wszystkie możliwości niewiele znaczą w sytuacji, gdy opiekujesz się półtorarocznym dzieckiem i nie możesz zostawić go samego nawet na krótką chwilę, bo nie masz pewności, czy ono w tym czasie nie wyrwie sobie kroplówki. Ja miałam o tyle dobrze, że mąż był przy nas niemal przez cały czas i dzięki temu mogliśmy się zmieniać. Nie każda kobieta może liczyć na podobne wsparcie. Jednak na noc mąż musiał jechać do domu - szpital pozwala tylko jednemu z rodziców na siedzenie przy dziecku w nocy. Przez całą noc byłam więc zdana na siebie, z płaczącym dzieckiem, łapiąc chwile na sen w fotelu, który był wygodny najwyżej przez pierwszą godzinę.

To pewne, że każda kochająca matka zniesie liczne trudy i wyrzeczenia dla swojego dziecka, które jej potrzebuje. Ale każda matka to też tylko człowiek, organizm ludzki, który bywa słaby i zawodny. Ja jestem w ciąży. Dzięki Bogu, przechodzę ją bardzo lekko, nie muszę co chwilę biegać do łazienki, nie mdleję, nie słabnę, mam dużą wytrzymałość fizyczną i psychiczną. Mogło być dużo gorzej. Boję się myśleć, na ile wówczas mogłabym liczyć na wsparcie i pomoc ze strony personelu. Teraz nie mogłam.

Tej pierwszej nocy, kiedy Robert tak bardzo płakał, wielokrotnie przychodziły do nas cztery różne pielęgniarki. Żadna z nich nie zapytała ani razu o moje samopoczucie. Wiem, to nie ja byłam ich pacjentką. Nie liczyłam na ich pomoc, jedynie na gest życzliwości, kurtuazji. Przecież gdyby nie było mnie przy łóżku dziecka, to one musiałyby tam siedzieć, kołysać go w ramionach, śpiewać mu o szaroburych kotkach i pilnować, żeby nie ciągnął rurki od kroplówki.

Chciałabym w tym miejscu wyrazić ogromną wdzięczność cudownej pielęgniarce, która okazała mi wsparcie następnej nocy. Nawet jeśli jej troska dotyczyła głównie tego, żebym zmęczona nie upuściła dziecka, to jednak ona pierwsza zobaczyła we mnie żywą osobę. Dziękuję też z całego serca wspaniałemu chirurgowi, który nie tylko bardzo sprawnie przeprowadził zabieg, ale też był przez cały czas niezwykle uprzejmy i troskliwy. Idealny lekarz. Naprawdę, mam łzy w oczach, kiedy o nim piszę.

Dziękuję wszystkim, którzy okazali nam pomoc i serdeczność. Również pani pielęgniarce z sali zabaw, której gorliwość i próby ingerencji w zabawy dzieci dosyć działały mi na nerwy, ale po chwili doceniłam ogrom jej dobrych chęci.

Robert wrócił do domu zdrowy, silny i radosny. I to jest dla nas najważniejsze. Ja? Wyspałam się, odpoczęłam. Wczoraj miałam dość silny kryzys związany z bólem pleców, chwilami dosłownie nie mogłam się ruszyć. Musiałam odchorować noce spędzone w fotelu. Ale już czuję się dobrze. Powoli wracamy do normalności :)

22 komentarze:

  1. Ja bardzo podziwiam wszystkich rodzicow, ktorzy z jakiegos powodu musza zaliczyc z dzieckiem szpital. Nie wazne, czy na kilka dni czy na prawie cale zycie dziecka. Wszystkich podziwiam jednakowo. I mam nadzieje, ze jednak dzieciaki beda zdrowe i jak najmniej czasu beda spedzac w takich miejscach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) My, o ile nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, będziemy mieć już spokój ze szpitalem :)

      Usuń
  2. Ja po jednej nocy ledwo na oczy patrzyłam

    OdpowiedzUsuń
  3. W tym samym tygodniu ja też byłam z synem w szpitalu. To była już nasza druga hospitalizacja.
    Zawsze wracam stamtąd psychicznie zaorana. Nie dość, że cały czas trzymam fason i jestem całą sobą dla dziecka, to jeszcze muszę znosić takie dyskomforty, jakie spotykają rodzica.
    Mam podobne wspomnienia do Twoich, z tą różnicą, że mój synek jest ciut starszy, miał możliwość zabawy w ciągu dnia (świetlica, szpitalny plac zabaw), węc te 3 dni zleciał nam nieco szybciej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kojarzę z Twoich statusów, że chłopcy dość często mają problemy zdrowotne. Między innymi o Tobie myślałam, wyrażając podziw dla rodziców, którzy muszą częściej mierzyć się z takimi problemami.
      Fajnie, że Twój synek miał możliwość zabawy, to na pewno w jakiś sposób pomogło mu czuć się tam nieco lepiej.

      Usuń
  4. Ja byłam w szpitalu przez kilka dni z miesięcznym dzieckiem i wspominam to bardzo źle...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nikt nie lubi być w szpitalu z dzieckiem. Mnóstwo stresu i zmęczenia.

      Usuń
  5. Pamiętam ten koszmar. Córka w wieku 2 miesięcy spędziła 2 tygodnie w szpitalu. Niby wszyscy mili, opieka dobra, ale ja jako rodzic przeżyłam mękę. Nawet nie miałam fotela, tylko plastikowe krzesło. Dodatkowo z racji tego, że dziecko malutkie, nie mogłam jej nawet na korytarz wynosić z obawy przed zarazkami. Byłyśmy obie uziemione niestety.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pobyt w szpitalu dla dorosłego nie jest przyjemnością, a co dopiero dla Dziecka... A niestety pielęgniarki często zamiast pomóc, prowokują jeszcze większy płacz :( Dużo zdrówka!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :* No właśnie, ja na patologii ciąży półtora roku temu wcale nie byłam dużo radośniejsza niż mój synek teraz, po prostu umiałam nie okazywać mojego niezadowolenia w tak głośny sposób.

      Usuń
  7. Oj nie zazdroszczę. Sama zaliczyłam szpital 2 razy raz z córką a raz z dwójką dzieci to dopiero było wyzwanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, z dwójką dzieci... Trochę sobie tego nie wyobrażam. Podziwiam, że dałaś radę!

      Usuń
  8. Jak dotąd trzy razy byłam w szpitalu z moimi dziećmi, zawsze z powodu choroby, a nie planowego zabiegu. Jest to zawsze trudny czas i dla dziecka i dla nas. Oby takich szpitalnych pobytów było jak najmniej.

    OdpowiedzUsuń
  9. Z wielkim smutkiem czytałam ten post. Choroba dziecka to już wielki stres, szkoda, że szpitalne warunki i opieka medyczna go jeszcze podwajają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to bardzo stresujące. Mój synek jest zdrowy, miał planowany zabieg. Ale i tak namęczył się, biedaczek, a my razem z nim.

      Usuń
  10. Też byłam w szpitalu z córką, z tymże powodem była choroba. U nas można było jeść i pić na sali, jedynie pampersów nie można było wyrzucać na sali, a toalety nie było nawet przy sali (to był oddział dla maluchów, więc wszystkie pampersowe).

    OdpowiedzUsuń
  11. Był taki czas w moim życiu, że szpital był moim domem.

    OdpowiedzUsuń