Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żłobek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żłobek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 września 2018

Misja: adaptacja! Pierwsze dni w żłobku.


"- Kochanie, kiedy mamy te dni próbne w żłobku? - zapytałam męża jakiś czas temu.
- 30-31 sierpnia. Nie próbne, a zapoznawcze - poprawił mnie. - Trzeba myśleć pozytywnie :)"

No właśnie... W obliczu wielkiej rewolucji w życiu całej rodziny pozytywne myślenie to klucz do sukcesu. Kiedy dziecko widzi nasze uśmiechnięte twarze i entuzjazm, nie czuje się zagrożone. Przygotowujemy go przecież na wspaniałą przygodę :) 

A co z nami, rodzicami? Dla nas to też ogromna zmiana. Wydaje się, że głównie dla mam, które do tej pory spędzały całe dnie z dziećmi. Ale widzę nawet po moim mężu, że dla ojców to też jest silne przeżycie. Kilka nowych trosk każdego dnia, zastanawianie się, jak dziecko radzi sobie w nowym miejscu... Nie tylko dziecko potrzebuje adaptacji. My też.

Jestem nietypową matką


Piszę to bez kokieterii, raczej z myślą o tym, że sama czasem dziwię się swojemu podejściu. Nie do końca tego się spodziewałam. A może jestem właśnie bardzo typową matką, tylko żadna z nas nie chce się przyznać do tego, że wszystkie mamy tak samo? W każdym razie, kocham moje dziecko do szaleństwa i uwielbiam spędzać z nim czas... ale bardzo lubię też kochać je na odległość i spędzać czas bez niego. Owszem, pierwsze wyjście z domu bez dziecka było dla mnie stresujące, ale chyba tak naprawdę martwiłam się głównie o to, jak sobie poradzi osoba, która zostaje z dzieckiem i czy ewentualne trudności nie zniechęcą jej na przyszłość...

Moje oczekiwanie na początek września nie było pozbawione stresu, ale też radości. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że naprawdę uważam, że mojemu synkowi będzie w żłobku dobrze, pod pewnymi względami nawet lepiej niż w domu. O tym, dlaczego tak uważam, pisałam w poprzednim tekście: "Dlaczego posłałam dziecko do żłobka?".

Oczekiwania a rzeczywistość


Kiedy w głowie układałam już beztroski plan na pierwszy tydzień września, kiedy to będę mieć tak bardzo dużo czasu dla siebie, pani ze żłobka delikatnie ściągnęła mnie na ziemię. Zasugerowała nam, tak jak i innym rodzicom, żeby na początku przywozić synka do żłobka tylko na kilka godzin i stopniowo wydłużać ten czas, aż dziecko będzie gotowe na ośmiogodzinny pobyt. 

"Rodzice, którzy od początku przywozili do nas dzieci na osiem godzin, po tygodniu zabierali dzieci, bo sobie nie radziły", tłumaczyła.

Nie dyskutowałam z tym. Przecież nawet z babcią Robert nie zostawał od razu na cały dzień, tylko najpierw na maksymalnie 15 minut, potem godzinę, potem kilka godzin... Może faktycznie nie ma sensu się śpieszyć. Tyle tylko, że nasz tygodniowy plan wymagał natychmiastowych i bardzo znaczących modyfikacji. Mąż miał odbierać synka codziennie po pracy, teraz okazało się to niemożliwe - przecież nie będzie urywał się z pracy każdego dnia kilka godzin przed końcem, przez tydzień albo i dłużej! 

Wygląda to więc tak, że każdego dnia wsiadam w busa, odbieram Roberta i idę z nim na przystanek, razem czekamy na busa powrotnego i jedziemy do domu. Zajmuje nam to sporo czasu i wcale nie jest łatwe. Mój wyczekany tydzień stanął na głowie. Ciężko mi cokolwiek zaplanować, mam wrażenie, że ciągle się śpieszę i z niczym nie mogę zdążyć. Wiem jednak, że to wszystko dzieje się nie bez przyczyny i ma pomóc mojemu dziecku w przyzwyczajeniu się do nowego miejsca.

30 sierpnia, dzień pierwszy: zapoznawczy


Pojechaliśmy do żłobka w trójkę. Dosyć zestresowani, że się spóźnimy. Okazało się, że niepotrzebnie się przejmowaliśmy; nikt nie trzymał się sztywno godzin wyznaczonych na adaptację, niektórzy rodzice przyprowadzali swoje dzieci znacznie później niż my.

Na miejscu zobaczyliśmy dwie sale: jedną nieco większą (a przynajmniej robiła takie wrażenie) i drugą mniejszą, nieco zatłoczoną. Ta większa jest przeznaczona dla starszych dzieci. Robert z racji swojego wieku jest w grupie maluszków. Trochę żałowałam, że tak jest - bo i nas, i Roberta od początku jakoś tak ciągnęło do tej większej, bardziej przestronnej sali. Było tam więcej zabawek, a jednocześnie było też ciszej i spokojniej. Nawet te panie opiekunki, które od początku wzbudziły w nas największą sympatię, okazały się być przypisane do grupy starszych dzieci. Na szczęście nasze opiekunki też są przesympatyczne :) 

Robert chętnie poznawał nowe miejsce. Ponieważ uwielbia autka, był tam w swoim żywiole - w żłobku znalazł ich bardzo dużo :) Jeździł radośnie pomiędzy obiema salami i po całym podwórku. Na nas prawie nie zwracał uwagi. Kiedy musieliśmy już zbierać się do domu, wcale nie był zachwycony. Chciał zostać dłużej.

Przy wyjściu podsłuchałam rozmowę rodziców jednego dziecka z panią opiekunką. Pani poleciła im, żeby następnego dnia tylko tata przyjechał z dzieckiem, skoro to tata będzie codziennie zawoził dziecko do żłobka. Pomyślałam, że i my powinniśmy się do tego zastosować.

31 sierpnia, dzień drugi: zapoznawczy


Następny dzień wyglądał więc tak, że Robert pojechał z tatą do żłobka, a ja miałam w domu chwilę dla siebie :) Wykorzystałam ją między innymi na sporządzenie notatki o tym, co Robert lubi, co umie, jak sobie radzi z jedzeniem i z innymi czynnościami. Panie prosiły mnie, bym dostarczyła im taką kartkę. Rozpisałam się na jedną stronę A4, a i tak miałam wrażenie, że nie napisałam wszystkiego. Potem bez pośpiechu ubrałam się i poszłam na przystanek, żeby złapać busa i dołączyć do moich chłopaków.

Ten dzień był bardziej pochmurny, dlatego nie było już zabawy na podwórku. Ale w środku zabawa trwała w najlepsze. Robert nie od razu mnie zauważył. Mąż również starał się nie przykuwać jego uwagi. Siedział spokojnie w kącie i obserwował, jak nasz synek sobie radzi.

Kiedy w końcu mały zdał sobie sprawę z mojej obecności, ogromnie się ucieszył i zaraz zaczął mi się gramolić na kolana. Pomyślałam, że samodzielna zabawa chyba już się skończyła. Nie miałam jednak racji. Po pewnym czasie Robert znowu zaczął zwiedzać obie sale, układać klocki, bawić się "kuchenką", jeździć autkami... My z mężem trochę się nudziliśmy ;) Patrzyliśmy na inne dzieci, które płakały i kurczowo trzymały się rodziców, i pytaliśmy retorycznie: "a gdzie jest Robert?".

Pod koniec był zmęczony i trochę marudził. Pojechaliśmy do domu. Tam czekała nas niemiła niespodzianka. Robert zaczął wymiotować. Obficie, z rozdzierającym płaczem po każdej serii wymiotów. Nie miał gorączki ani żadnych innych objawów choroby. Diagnoza: odreagowanie stresu. Jakiego stresu? Czy zestresowane dziecko bawi się w najlepsze przez dwie godziny? Zresztą, czy ta sytuacja naprawdę była dla niego aż tak stresująca? Dla dziecka, które jeszcze przed skończeniem pierwszego miesiąca poznało mnóstwo nowych ludzi? Które regularnie bywa na placach zabaw i w różnych miejscach, gdzie ma styczność z innymi dziećmi? Które średnio raz na dwa tygodnie zostaje u babci na cały dzień? Czy naprawdę dwie godziny spędzone w miejscu pełnym zabawek mogły wywołać taką reakcję?

Może jednak coś mu zaszkodziło...

3 września, dzień trzeci: Robert sam w żłobku.


Możecie sobie wyobrazić, jak obawiałam się tego pierwszego dnia. Już nie mogłam się pocieszać, że przecież na pewno będzie się tam dobrze bawił. Wiedziałam, że dopiero po powrocie będę mogła ocenić, czy wszystko jest w porządku. Kilka razy przeszło mi przez myśl, czy może nie zrezygnować z tego żłobka? Może jeszcze chociaż przez jeden dzień zatrzymać go w domu?

Pojechali z samego rana, Robercik jeszcze bardzo zaspany. Zwykle spał dłużej. Zostałam sama, w perspektywie miałam kilka godzin dla siebie. Nie mogłam się za nic zabrać. Kilka godzin to trochę za mało, żeby spokojnie rozsiąść się i pracować... A jeśli bus mi ucieknie? One nie jeżdżą tak często.

Łapałam się na tym, że z chęcią przytuliłabym moje śpiące dzieciątko... ale przecież jego nie ma w domu. Co to, czyżbym jednak nie była tak bardzo wyluzowana? Czyżbym przejmowała się, zupełnie jak inne mamy?

Kiedy dojechałam na miejsce, od razu pośpiesznym krokiem udałam się w kierunku żłobka. Płacz dzieci było słychać, zanim jeszcze zobaczyłam budynek. Czy i mój synek płacze razem z nimi? No pewnie płacze, co ma robić, jak wszyscy wokół płaczą...

Zadzwoniłam do drzwi i powiedziałam, że przyszłam po Roberta. Chwilę później jedna z pań przyprowadziła go za rączkę. Pociągał noskiem, tak jak po długim płaczu. Na mój widok rozkleił się po raz kolejny, ale szybko się uspokoił. Pani wytłumaczyła mi, że bardzo ładnie się bawił, ale zaczął płakać wtedy, kiedy usłyszał płacz innych dzieci. Cóż, pewnie większym powodem do niepokoju byłoby, gdyby nadal bawił się radośnie wśród tych wszystkich żałosnych krzyków.

Powrót do domu był trudny, choć robiłam co w mojej mocy, by go uatrakcyjnić. Byliśmy jednak trochę za wcześnie na przystanku, a autobus mocno się spóźnił. Długie czekanie na przystanku z małym dzieckiem to naprawdę wątpliwa przyjemność. Do tego to był początek roku szkolnego, mnóstwo ludzi, duży ruch... Tłumaczyłam sobie: "Nie jest łatwo, ale dajesz radę. Trudniej nie będzie".

W autobusie Robert szybko się uspokoił, w końcu zaczął przysypiać. Po powrocie do domu spał bardzo długo. Pocieszające było to, że już do końca dnia nie zdradzał żadnych objawów złego samopoczucia czy stresu. A co jest najdziwniejsze? Pomimo szalonego dnia i trudnego powrotu do domu, czułam się wypoczęta, wręcz zrelaksowana. Może to dlatego, że mój dzień był tak urozmaicony, pozbawiony codziennej rutyny.

4 września, dzień czwarty: trochę dłużej, znacznie lepiej.


Następnego dnia nie śpieszyłam się tak bardzo. Chciałam uniknąć długiego oczekiwania na autobus. Poza tym miałam w pamięci słowa o stopniowym wydłużaniu czasu spędzonego przez dziecko w żłobku. Wydłużyłam go więc nieznacznie, bo o jakieś 20 minut. 

Tym razem Robert przywitał mnie w zupełnie innym nastroju. Uśmiechał się od ucha do ucha. Dowiedziałam się, że praktycznie przez cały czas był radosny i świetnie się bawił. Pani zaproponowała, żebym następnym razem przyjechała godzinę później. Czyli - postęp! :)

Robert pomachał pani rączką na pożegnanie. Przez cały czas był bardzo radosny. Tym razem oczekiwanie na busa było łatwiejsze, choć również się przedłużyło. Była ładna pogoda, więc poszliśmy jeszcze na krótki spacer. W domu Robert, tak jak poprzednio, mocno zasnął.

5 września, dzień piąty: obiadek i drzemka! 


To właściwie było do przewidzenia. Kiedy następnego dnia przyjechałam o godzinę później, okazało się, że Robert w najlepsze śpi :) Zresztą większość dzieci spała o tej porze. Żłobek był teraz zupełnie innym miejscem - było w nim cicho i sennie.

Usiadłam na korytarzu. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Adaptacja przebiegała dobrze! Zdążyłam już usłyszeć relację, że Robert był przez cały czas w dobrym nastroju, bawił się i zjadł cały obiad. 

Obudził się bez płaczu, szczęśliwy i wypoczęty. Nie śpieszyliśmy się z wyjściem. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, poszliśmy na plac zabaw i tam bawiliśmy się tak długo, aż dołączył do nas tata :)

Mimo tak długiej drzemki, Robert był zmęczony. Zasnął w samochodzie. 

6 września, dzień szósty: co to będzie?


Dzień szósty jest dzisiaj :) Mam odebrać Roberta około godziny 14:00, czyli prawie przed końcem dnia! Podobnie jak wczoraj, nie będziemy jechać busem do domu, tylko poczekamy, aż mąż skończy pracę.

Od początku wierzyłam, że mój synek bez większego trudu przyzwyczai się do żłobka. W międzyczasie pojawiły się obawy i wątpliwości, okazały się jednak niepotrzebne. Chyba mogę już robić plany na następny tydzień ;)

Każde dziecko jest inne.


Dużo się teraz pisze o adaptacji. W jednych placówkach wygląda to lepiej, w innych gorzej. Czytam między innymi o przedszkolankach, które dosłownie wyrywają rodzicom dzieci z rąk. Jednocześnie słyszę z wielu stron, że najlepsza metoda to: pożegnać się jak najszybciej i wyjść, nie przedłużać i nie opóźniać momentu rozstania.

U nas w żłobku wygląda to właśnie tak: pani otwiera drzwi i zaprasza dziecko do środka, pożegnanie trwa dosłownie chwilę. Czy to jest dobre? Dla mojego synka - tak. Robert jest dzieckiem, które łatwo czymś zainteresować, zabawić. Nie trzyma się kurczowo rodziców. Myślę też, że metoda małych kroczków, którą zastosowaliśmy, znakomicie się sprawdziła w naszym wypadku.

Jeśli czujesz, że Twoje dziecko może potrzebować innego podejścia, najlepiej będzie, jeśli porozmawiasz o tym z opiekunkami. Im też zależy na tym, żeby Twoje dziecko czuło się w żłobku jak najlepiej. To jest ich praca, ich powołanie, jak to określiła jedna pani z naszego żłobka. Dobrze wiedzą o tym, że od ich podejścia zależy, czy dziecko będzie zadowolone i spokojne i przede wszystkim, czy będzie chciało przychodzić tam codziennie. Warto dać im szansę :)

poniedziałek, 3 września 2018

Dlaczego posłałam dziecko do żłobka?



Piszę ten tekst właściwie przede wszystkim po to, by utwierdzić samą siebie w przekonaniu, że robię dobrze :) Nawet jeśli któraś osoba w moim otoczeniu ocenia moją decyzję negatywnie, była uprzejma zachować swoje zdanie dla siebie. Wiem jednak, że nie każda młoda mama ma takie szczęście jak ja. Bycie wiecznie ocenianą, obserwowaną i krytykowaną to dla wielu kobiet stały element macierzyństwa. Siedzisz z dzieckiem w domu? Kwoka, kura domowa, bez własnego życia, co ona zrobi, jak dzieci podrosną... Oddajesz dziecko do żłobka? Nieczuła, wyrodna matka, karierowiczka, po co jej to dziecko, skoro nie chce się nim zajmować? Najważniejsze lata w życiu dziecka, a ona nie chce mu w nich towarzyszyć! Tak źle i tak niedobrze, młoda mamo, jednego możesz być pewna: nigdy nie dogodzisz każdemu.

Dlaczego uznałam, że zapisanie Roberta do żłobka będzie dla nas najlepszym rozwiązaniem?

Pracuję


Płatny macierzyński trwa rok. Robert niedługo skończy 21 miesięcy. Łatwo policzyć, że już od 9 miesięcy nie dostaję pieniędzy za sam fakt bycia mamą niemowlaka. Moja praca, którą traktowałam początkowo jako odskocznię od codzienności pełnej pieluch, już od 9 miesięcy stanowi jedno z dwóch podstawowych źródeł utrzymania naszej rodziny.

Potraficie sobie wyobrazić pracę z ponadrocznym dzieckiem w domu? Nieraz w trudniejszych chwilach mówiłam mężowi, że marzę o tym, by zamontował w domu kamerę i obejrzał sobie, jak wygląda mój dzień. Nie zawsze jest ciężko. Robert potrafi bawić się sam, pozwala mi pracować. Jednak muszę się liczyć z tym, że moja praca będzie stale przerywana, że o pełnym skupieniu mogę pomarzyć, że jeśli uda mi się przepracować 4-5 godzin, to znaczy, że miałam wyjątkowo pracowity dzień.

O ile jednak ja sobie mogę poradzić z tą sytuacją, o tyle on - Robert - zasługuje na coś lepszego. Zasługuje na to, by ktoś naprawdę spędzał z nim czas. W ciągu dnia niech będą to panie opiekunki ze żłobka, osoby cudowne, pełne ciepła i oddane swojej pracy. Po południu, po żłobku, niech będzie to mama, która po owocnie przepracowanym dniu nie musi już siedzieć z nosem w ekranie, tylko może się spokojnie zająć synkiem.

Będzie miał towarzystwo


Braciszek Roberta przyjdzie na świat dopiero w grudniu, a i tak będzie musiał jeszcze sporo podrosnąć, żeby być dla niego kompanem do wspólnej zabawy. W naszym sąsiedztwie nie ma żadnych rówieśników Roberta. Znajomi mają małe dzieci, ale niezbyt często mamy okazję się z nimi spotkać. Każdy ma swoje życie, swoje plany, dzieci chorują... Na co dzień Robert spędza czas wyłącznie z dorosłymi.

Teraz to się zmieni. Nasz synek będzie miał codziennie styczność z rówieśnikami. Będzie się uczył życia w grupie, będzie miał się z kim bawić, może łatwiej przyjdzie mu nauka różnych przydatnych umiejętności?

Ja też bywam zmęczona


Mam wrażenie, że dzieci w tym wieku mają niewyczerpalny zasób energii. Robert budzi się gotowy do zabawy, potem ewentualnie raz w ciągu dnia zasypia (nie zawsze), a potem znowu jest gotowy do zabawy.  Przeważnie do mnie należy wyszukiwanie dla niego kolejnych atrakcji, żeby się nie nudził, żeby jego zabawa była efektywna, a najlepiej, żeby w ogóle była rozwijająca i czegoś go uczyła. Dlatego lubię place zabaw, bo zdejmują ze mnie na jakiś czas rolę wiecznego animatora. Przez chwilę mogę po prostu obserwować, jak sobie radzi.

Czas, który mój synek spędzi w żłobku, będzie dla mnie nie tylko czasem na pracę, ale też na odpoczynek. Będę mogła być nudna, nie tryskać wiecznym entuzjazmem, nie mieć pomysłów na ciekawą rozrywkę, po prostu siedzieć i robić swoje. Albo zająć się sobą. Albo spać nieco dłużej. Kiedy o tym pomyślę, zaczynam... tryskać entuzjazmem! :)

Będę mieć drugie dziecko


Nieraz słyszałam, że na początku będzie mi ciężko. Dwa maluchy w jednym domu! Za parę lat to będzie z pewnością dwóch rezolutnych chłopców, którzy będą się razem bawić i tylko co jakiś czas będą zapraszali mamę do swojego świata. Jednak na początku to będą po prostu dwa maluszki wymagające bardzo dużo opieki i uwagi.

Będzie mi o tyle łatwiej, kiedy do ok. godziny 16:00 będę mieć w domu tylko jedno z dzieci. Zabawa Roberta nie będzie zakłócać snu młodszego brata, ja sama będę mieć trochę czasu dla siebie... Po południu będziemy już we czwórkę, dwa maluchy, ale też dwoje rodziców.

Na szczęście udało się tak zgrać to wszystko w czasie, że w grudniu, kiedy pojawi się młodszy braciszek, Robert będzie już od dobrych kilku miesięcy regularnym bywalcem żłobka. Raczej nie będzie łączył ze sobą tych dwóch wielkich zmian.   

Panie w żłobku mają przygotowanie zawodowe


Robert jest moim pierwszym dzieckiem. Teraz spodziewam się drugiego i nadal nie czuję, żebym z tego tytułu mogła uważać się za mistrzynię świata w macierzyństwie. Popełniam błędy, nie jestem idealna. Może nasze posiłki nie są odpowiednio zbilansowane? Może nasze zabawy nie są wystarczająco kreatywne i nie stymulują małej głowy tak, jak powinny? Może za mało dbam o to, żeby posiłki, drzemki i inne ważne elementy dnia odbywały się o stałej porze?

Panie w żłobku mają i większe doświadczenie, i lepsze przygotowanie niż ja. Z pewnością mają też więcej cierpliwości. Nie zdarza im się podnosić głosu, płakać z bezsilności, stwierdzać z rezygnacją: "a, niech się już tym bawi...".

Oczywiście wiem, że nawet najlepsza opiekunka nie zastąpi dziecku mamy. Ale ja wcale nie chcę być zastąpiona. Chcę witać moje dziecko każdego dnia, widzieć w jego oczach radość na mój widok, czuć małe rączki obejmujące mocno moją szyję. A potem zjemy razem obiadek, pogłaszczemy kota, pobawimy się grającą zabawką, obejrzymy bajkę... I może to wszystko nie będzie profesjonalne ani doskonałe, ale będzie nasze, domowe, rodzinne.


Tak to właśnie wygląda u nas! Ciekawe, jakie są Wasze przemyślenia w tym temacie? :)