Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #zostańwdomu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #zostańwdomu. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2020

Praca nad książką w czasach zarazy.



Jeśli zdarza się Wam odwiedzać ten adres, to wiecie, że tematyka pisania książki pojawia się tutaj od czasu do czasu, ale nie jest dominująca na moim blogu. Właściwie to od pewnego czasu należy Wam się aktualizacja informacji: co z moją książką, jak postępy w pracy, czemu to trwa tak długo i nad czym ja właściwie pracuję, skoro jeszcze w zeszłym roku pękałam z dumy, że udało mi się ją skończyć?

Zapraszam Was dzisiaj do mojego pisarskiego światka.

Co się stało?


No właśnie, czemu zaczynam od nowa? Dlaczego pochylam się po raz kolejny nad fragmentami, które napisałam już ponad rok temu?

Wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. Do tego stopnia zbiegły się w czasie, że gdybym była bardziej przesądna, musiałabym je traktować jako znak :)

Powoli szykowałam się do wysyłania książki do wydawnictw. Wcześniej jednak zdecydowałam się skorzystać z pomocy jeszcze jednej beta-czytelniczki. Spotkałam się z bardzo ostrą i zdecydowaną krytyką. Pojedyncza negatywna opinia - przy kilku pozytywnych - nie wpłynęłaby może tak silnie na moje dalsze działania, postanowiłam ją jednak skonsultować z innymi osobami. Wnioski nie były szczególnie pocieszające. Nawet osoby, które wcześniej wydawały się entuzjastyczne, przyznawały teraz, że książka wymaga co najmniej gruntownej przebudowy.

W tym samym czasie stopniowo zaczynało do mnie docierać, że 380 stron maszynopisu (17 arkuszy wydawniczych, jak kto woli) to jednak trochę za dużo i książka będzie odstraszać objętością. A beta-czytelnicy doradzali: rozbuduj, wzbogać, dodaj... Praktycznie nikt nie sugerował, żebym coś obcięła czy skróciła. Chociaż początkowo podział pierwszego tomu na dwie jeszcze mniejsze części wydawał mi się niemożliwy, w końcu się na to zdecydowałam.

Na czym polegała trudność? Miałam w głowie obmyśloną historię, która rozkręca się powoli aż do mocnego punktu kulminacyjnego. Musiałam dodać sporo mocnych akcentów w pierwszej części, żeby stała się czymś więcej niż tylko zapowiedzią kontynuacji. Kiedy wzięłam się do dzielenia, miałam w efekcie wrażenie, że w pierwszym tomie nie dzieje się dosłownie nic.

Jednocześnie napływały do mnie kolejne inspiracje i pomysły, i nowe postacie, które szukały swojego miejsca w opowiadanej przeze mnie historii. Chwilę trwało, zanim poukładałam sobie to wszystko w głowie, ale pewnego dnia po prostu wiedziałam, co zrobić.


Pierwszy tom.


Musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie: co ważnego wydarzyło się w ciągu tych dwóch miesięcy, które obejmowała akcja nowego pierwszego tomu? Czy któryś z wątków napotkał na przełomowy punkt? Czy pojawia się tam jakiś ciąg wydarzeń, który mogę uznać za zamknięty? A jeśli nie, czy mogę przerobić któryś z wątków, żeby tak się zdarzyło?

Znalazłam dwa główne, rozbudowane wątki, które pasowały do tych rozważań. Jeden miłosny-uczuciowy, drugi związany ze szkolnym konkursem muzycznym. Oba wymagały ogromnego dopracowania, musiałam wzmocnić ich znaczenie, uzasadnić postępowanie uczestniczących w nich postaci, dopisać nowe sceny. Szczególnie dotyczyło to wątku muzycznego, który w pierwotnej wersji tekstu nakreśliłam bardzo pobieżnie, rozgrywał się trochę poza głównym centrum wydarzeń. 

Pierwsza scena pierwotnej wersji spotkała się z dużą krytyką, zastąpiłam ją więc nową sceną, z udziałem dwóch głównych postaci. W ten sposób odkryłam, co sprawi mi największy problem przy konstruowaniu nowej wersji pierwszego tomu. Jak zdołam ukryć fakt, że między nimi aż trzaskają iskry? :) Musiałam trochę ich od siebie oddalić, żeby dalsze wydarzenia miały sens. Chyba znalazłam dobry sposób.

Redakcja.


Oprócz tego, że nową wersję pierwszego tomu czyta czworo beta-czytelników (w tym jedna osoba, która nie widziała poprzedniej wersji), moja serdeczna przyjaciółka po piórze, Kasia, zaoferowała, że zrobi mi tzw. harcik. Przyznam, nie spodziewałam się, że podejdzie do tego zadania aż tak poważnie. Pewnego dnia wysłała mi moją śliczną, wypieszczoną nową pierwszą scenę pokrytą gąszczem redakcyjnych uwag. W sumie było ich prawie 70. Siedemdziesiąt uwag do jednej sceny.

Gdzieś przy sześćdziesiątej czwartej zaczęły mnie piec oczy.

Miałam dobre nastawienie, ale ta ilość była przerażająca. Przecież wysłałam jej coś, co uważałam za wartościowe. Cięty dowcip na początku - redaktorka nie do końca rozumie. Dialog między dwoma nastoletnimi chłopakami - niewiarygodne słownictwo...

Kiedy starałam się na to odpowiedzieć, miałam wrażenie, że moja reakcja spotyka się z pewną pobłażliwością - początkująca autorka nie może przeboleć krytyki! Szybko dotarło do mnie, że nie chodzi o to, bym wytłumaczyła się z każdego uchybienia, ale o to, bym przemyślała uwagi, jedną po drugiej, i na spokojnie zdecydowała, do których chcę się zastosować. Bo wcale nie muszę stosować się do każdej!

Jedna z moich scen zawierała krótki opis snu. Redaktorka usiała ją uwagami - dodaj, wzbogać, pokaż! Natychmiast uświadomiłam sobie, że nie chcę tego robić. To miał być sen, nierealny, nielogiczny, ledwie muśnięty, wprowadzający do właściwej sceny. Nie widziałam sensu w rozbudowywaniu tego fragmentu. Dotarło do mnie, że mogę się nie zgodzić i to nie świadczy wyłącznie o moim braku doświadczenia i zadufaniu w sobie.

Z większością uwag jednak się zgodziłam, i większość przyjęłam dobrze :) Lubię poprawiać, lubię wprowadzać zmiany. Lubię to odkrycie, że wow, mogę wykreślić to zdanie, a tu zamiast trzech zdań napisać jedno i fragment wcale nie straci na wymowie, a będzie bardziej zwięzły i lepiej napisany! Przypomina mi to wyrywanie chwastów z grządki. I ogromnie, ogromnie doceniam pracę, jaką Kasia wkłada w analizowanie mojej pisaniny scena po scenie.

Czemu to wszystko trwa tak długo?


No własnie, jak w tytule - zaraza...  Gdybym mogła wybierać, wolałabym, żeby obecna sytuacja zastała mnie przy pisaniu pierwszej wersji, nie przy poprawianiu i redakcji. Z prostej przyczyny: piszę ręcznie w zeszycie, a poprawiam przy użyciu komputera. Tymczasem dopchanie się do komputera przy dwójce małych dzieci to naprawdę wyzwanie... Ledwie go włączę, Robert przerywa zabawę i biegnie do mnie, bo on chce oglądać bajki. I wcale nie chodzi o to, że ogląda jakoś strasznie dużo tych bajek (choć na pewno więcej niż przed zarazą :p). Chodzi o sam fakt, że ja usiadłam przy komputerze! A gdy komputer jest wyłączony, też przecież jestem potrzebna - żeby się bawić, przygotować jedzenie, wyjść z nimi do ogrodu...

Każdego dnia kradnę chwile na prace nad książką. Czasami są to dwie godziny, czasem mniej, zdarzają się dni, gdy zdołam poprawić zaledwie kilka akapitów. Albo w ogóle nic :)

Co jest zabawne, prawdopodobnie uda mi się skończyć przebudowę pierwszej części, zanim znowu będę sama w domu :) Czym ja się wtedy zajmę? Bez obaw, na pewno znajdę sobie zajęcie!



Co dalej?


No właśnie, co dalej, gdy już skończę poprawianie pierwszego tomu? Zamierzam potem przeczytać go jeszcze raz, właściwie wiele razy, by móc pochylić się nad poszczególnymi wątkami i postaciami. Może też trochę skrócić i przyciąć tu i tam - bo po dopisaniu nowych scen objętość książki znowu zaczyna lekko niepokoić...

Oprócz sprawdzonych beta-czytelników - niektórzy towarzyszą mi praktycznie od początku pisania! - będę szukać również nowych, którzy nie mieli dotąd okazji zetknąć się z moją książką. Potrzebuję opinii osób, dla których pierwotna wersja nie będzie punktem odniesienia. Wiem już, do kogo chcę się zwrócić w pierwszej kolejności.

Wiem, że pandemia mocno wpłynęła na rynek wydawniczy. Jeśli dotychczas nie było łatwo przebić się do wydawców, to teraz stanie się to jeszcze trudniejsze :D Muszę zatem dopracować moją książkę najlepiej, jak tylko potrafię. To spore wyzwanie - ale w końcu nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! :)

Trzymajcie za mnie kciuki :)

środa, 25 marca 2020

Introwertycy, ekstrawertycy i matka.



Ja, dzisiaj. Zbiegam po schodach, niosąc jednocześnie Michała, nadgryzioną kanapkę, telefon i kilka sztuk bielizny.
Robert buduje wieżę z ubrań i nie może się zdecydować, czy to domek, czy choinka. Krajobraz jak po wybuchu bomby w odzieżowym.
Przekonuję się, że w czasie smażenia naleśników można odkurzyć kuchnię, przebrać i podmyć dziecko, nosić drugie dziecko na rękach.

Ja, wczoraj. Doprowadzona do ostateczności rozpaczliwymi krzykami Roberta, który otworzył szufladę i próbuje wyciągnąć z niej worek z kolorowymi nakrętkami - pomagam mu, a potem ciskam worek na podłogę. Mam przy tym złudne wrażenie, że hałas pomaga mi się zrelaksować - tak jak człowiek, który się drapie do krwi, żeby przestało swędzieć.
Chwilę później pękam z dumy i z zachwytu, gdy moi chłopcy zgodnie bawią się nakrętkami i wrzucają je do wiaderka. W międzyczasie Robert przerywa na chwilę zabawę, by skorzystać z nocnika - na stojąco, jak duży chłopak.

Ja, przedwczoraj. Walczę z czasem, by dokończyć pisanie bajki na konkurs. Młodszy synek wyrywa mi zeszyt z rąk, starszy wskakuje mi na plecy i woła "mama konik!". Wysyłam bajkę pół godziny przed północą. Potem, gdy dzieci śpią, świętujemy z mężem rocznicę zaręczyn - świeczka na stole, dwie puszki piwa bezalkoholowego, opakowanie ptasiego mleczka.

Były i bardziej kłopotliwe i zarazem zawstydzające sytuacje, ale jeszcze nie czas, by o nich pisać. Mieliśmy też sporo radości. Najmniej w tym wszystkim spokoju, czyli tego, co inni mają w nadmiarze.

Raj dla introwertyków?


Widzę w Internecie mnóstwo propozycji dla osób, które nie wiedzą, co zrobić z taką ilością wolnego czasu. Planszówki, warsztaty, kursy języków obcych, kreatywne zabawy, książki do przeczytania, koncerty do posłuchania i obejrzenia (aaa!)... Koleżanki piszą o ciastach, które upiekły i ciekawych rzeczach, które robiły.

Czytam, że obecna sytuacja to raj dla introwertyków. Spotykam się z apelami skierowanymi do introwertyków, żeby oderwali się na chwilę od książek i odezwali się do swoich ekstrawertycznych znajomych, którzy ciężko znoszą czas odosobnienia.

Ja w ogóle nieszczególnie przepadam za dzieleniem ludzkości na introwertyków i ekstrawertyków, bo sama jestem jednym i drugim. Gdy się nad tym głębiej zastanawiam, dochodzę do wniosku, że jestem z natury ekstrawertykiem, który tyle razy oberwał po ekstrawertycznym tyłku, że w końcu nauczył się siedzieć cicho i zbudował sobie introwertyczny mur ochronny.

... i matka.


Ale teraz, w czasie pandemii, nie jestem ani introwertykiem w raju pełnym książek i planszówek, ani ekstrawertykiem szukającym sposobu na zabicie nudy. Jestem matką. Mój dom zamienił się w plac zabaw czynny całą dobę, moje stanowisko pracy służy teraz do oglądania bajek. Mój dzień wypełnia zapewnianie rozrywek dwóm maluszkom przyzwyczajonym do towarzystwa i ciekawych zabaw.

Jest ciężko. A jednocześnie wiem, że inni mają gorzej. Dużo myślę o ludziach, dla których sensem życia jest podróżowanie i spotykanie się z tłumami. O ludziach, których życie jeszcze przed wirusem stanowiło pasmo wyrzeczeń. Zamknięcie musi być dla nich prawdziwym wyzwaniem.

Piszę Wam o tym wszystkim, bo bardzo możliwe, że czujecie się podobnie jak ja. A jednocześnie mam czasem wrażenie, że takich osób jak ja po prostu nie ma. Stałyśmy się niewidzialne. W gąszczu artykułów o tym, jak kreatywnie i efektywnie spędzić czas brakuje informacji o osobach, które nie mają czasu na nic. I nie należy im się nawet order bohatera, bo co to za bohaterstwo, siedzieć z bombelkiem w domu?

Zatem, jestem z Wami. I uważam, że jesteście super i niesamowicie dzielne.

Podzielcie się w komentarzu swoimi doświadczeniami. W razie potrzeby służę pomocą i dobrym słowem :)

niedziela, 15 marca 2020

Co ja teraz zrobię z dzieckiem w domu?




Dawno, dawno temu taka zasłyszana fraza wprawiła mnie w oburzenie. Wówczas nie miałam jeszcze dzieci, zatem na macierzyństwie znałam się, rzecz jasna, o wiele lepiej niż teraz. Dziś - to ja jestem mamą, która musi coś zrobić z trzylatkiem i rocznym dzieckiem w domu. Przez dwa tygodnie, a tak naprawdę nikt jeszcze nie dał nam gwarancji, że to nie potrwa dłużej.

Pojawia się teraz dużo artykułów z sugestiami, jak w efektywny i kreatywny sposób uprzyjemnić sobie i dziecku ten niełatwy czas. Niniejszy tekst nie jest kolejnym, identycznym zbiorem pomysłów, ale raczej dopowiedzeniem, uzupełnieniem tego, co napisali już inni.

Jeśli jesteś w podobnej sytuacji, koniecznie przeczytaj!

Co mam więc zrobić z dzieckiem w domu? Jak sobie poradzić?


Po pierwsze: bądź dobra dla siebie. Daj sobie prawo do uczuć, z których niekoniecznie jesteś dumna. Frustracja, zmęczenie, bezradność, Twoja cierpliwość jest u kresu? Jasne, kochasz swoje dzieci, ale kochasz też swoją osobistą przestrzeń, swoją codzienność, pracę, zainteresowania, małe rytuały... Potrafisz właściwie ustawić priorytety, wiesz, co teraz jest najważniejsze, a jednak jest Ci z tym niewygodnie, męczysz się, denerwujesz. To normalne. Nie jesteś złą matką ani egoistką. 

Odpuść.


To jest nietypowy czas. Ani Ty, ani dziecko nie zdążyliście się przygotować na dwa tygodnie siedzenia w domu, bez wycieczek, bez odwiedzin, bez placu zabaw i długich spacerów.  To nie jest moment, by wymagać dużo od siebie i od dziecka. Poprzestań na planie minimum. Bałagan w domu to nie koniec świata, obiad z mrożonki też nie. W Internecie znajdziesz dużo wartościowych bajek, które zajmą Twoje dziecko na jakiś czas, a nawet mogą je czegoś nauczyć. Pograjcie we wciągającą grę na komputerze (ze starszym dzieckiem). Zjedzcie coś pysznego i nie przejmujcie się dietą. Chodźcie do późna w piżamach.  Naprawdę, możecie.

Podaruj nowe życie starym zabawkom.


Możliwe, że tak jak ja macie magazyn starych zabawek na strychu - lub w innym mało uczęszczanym miejscu. Przecież nie da się trzymać tego wszystkiego w pokoju dziecka! Teraz jest dobry czas, by sięgnąć do tych zapasów. Klocki, którymi dziecko bawiło się pół roku temu, mogą znów cieszyć jak nowe. O niektórych zabawkach może już nawet zdążyliście zapomnieć. Inne będą jak dawno niewidziany przyjaciel.

Wykorzystaj ten czas.


Naciesz się swoim dzieckiem. Poznaj je lepiej. Czy to brzmi dla Ciebie dziwnie? Powiem Ci, że ja nieraz czuję potrzebę, by poznać lepiej moje dzieci. Są takie wieczory, gdy Michał zasypia trochę wcześniej. Mam wtedy poczucie, że prawie wcale nie spędziliśmy czasu razem, tylko te kilka godzin. Teraz mamy do dyspozycji całe dnie.

Może to dobry moment, by nauczyć się czegoś nowego? Oczywiście, nic na siłę. Może zdarzało Ci się mówić, że jak będziesz mieć więcej wolnego czasu, zrobicie razem to czy tamto? Cóż, chyba właśnie go masz :)

To, co robicie, jest ważne.


Zostajecie w domu, bo troszczycie się - o siebie, o inne, słabsze osoby. Zostajecie w domu, bo tego wymaga od nas sytuacja. Bo tak będzie lepiej, bezpieczniej. Łatwiej znieść niedogodności, kiedy się wie, że stoi za tym wyższy cel, wspólne dobro. Głowa do góry, damy radę!

Pomogłam?

Może niewystarczająco? Mam dla Was mały bonus - kilka sympatycznych linków:

2. Marzena Fenert i Kreatywne Wrota - oryginalne zabawy wspierające rozwój mowy: https://kreatywnewrota.pl/

3. Alicja Podgrodzka codziennie o 10:00 poczyta Twojemu dziecku:
https://www.facebook.com/AlicjaPodgrodzkaPisarka/ 

4. Sylwia ma dla Ciebie newsletter, a w nim przez cały tydzień nowe pomysły na zabawy i gry, a także wiele innych ciekawostek:
https://www.facebook.com/matkiupadki/

5. Rodzicowo.pl i cała masa sprytnych podpowiedzi, jak bawić się z dzieckiem i się przy tym nie zmęczyć: https://www.facebook.com/pg/rodzicowo/