Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plac zabaw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plac zabaw. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 maja 2019

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło.

Taka sytuacja: jesteśmy sobie w restauracji w centrum Krakowa, przy stolikach mnóstwo ludzi. Robert, który już mniej więcej od dwóch miesięcy pięknie korzysta z nocnika, wychodzi razem ze mną z łazienki i dumny jak paw oznajmia całej restauracji:
- Sikałem! Sikałem!
- Brawo, gratuluję - odpowiada mu z pełną powagą miła pani przy sąsiednim stoliku.
Sama nie wiem, co jest dla mnie zabawniejsze: cała ta sytuacja czy fakt, że dopiero po drugim "sikałem" zorientowałam się, że dzieje się coś, co dość znacząco odbiega od społecznych standardów. No, przecież to normalka, dziecko informuje, że sikało...

Wraz z rozwojem mowy Roberta przybywa w naszym domu anegdotek i dialogów, które bardzo chcemy zapamiętać, choć mamy też świadomość, że pamięć jest ulotna. Może za kilka, kilkanaście lat zajrzę do tego tekstu i wówczas wrócą do mnie wspomnienia, jak zabawnie i jak nieraz wzruszająco bywało z tym naszym dwulatkiem.

Tata pijak!


To całe szczęście, że nie widziała nas opieka społeczna, kiedy z dwójką dzieci odwiedziliśmy nasz ulubiony plac zabaw, a Robert biegł podekscytowany w stronę piaskownicy i powtarzał z radością "Tata, pijak! Tata, pijak!". Obawiam się, że wzbudził tym pewną konsternację u osób siedzących na ławce. Robertowi nie chodziło jednak o diagnozę problemów z zażywaniem substancji wyskokowych u swojego ojca. Robert cieszył się, bo widział w piaskownicy piach.
- No i już wiadomo, na co idzie 500+ - stwierdziłam, licząc trochę na to, że zaniepokojone osoby z ławeczki nadal nas słuchają.


Zabij! 


Warto pamiętać o tym, że choć Robert mówi coraz więcej i coraz lepiej, niektóre słowa nadal sprawiają mu dużą trudność. Szczególnie, jeśli pojawiają się w nich litery takie jak rz, sz, cz... Czyli na przykład słowo "zabierz". Ostatnia głoska jest niewymawialna, wychodzi więc coś w stylu "zabiej", a jak to brzmi, to łatwo się domyślić.
- Tato, zabij mamie!
- Zabij braciszka!
- Zabij to! Zabij to!
Cóż, trzeba po prostu pamiętać, skąd się to bierze i nie doszukiwać się złych intencji u niewinnego dziecka :)


Sceny braterskie


Robert zasadniczo rozumie, że braciszek jest jeszcze malutki i nie potrafi tego wszystkiego, co on. Czasem jednak dochodzi do sytuacji, które dla nas, dorosłych, wydają się zabawne, choć dla małego człowieka muszą być dosyć frustrujące.

Michał leży sobie na swojej macie, trzyma w rączce książeczkę Roberta i wymachuje nią góra-dół, bo nic innego jeszcze z nią zrobić nie umie. Prawdopodobnie nie wie nawet, że jest to książeczka. W tym samym momencie Robert ciągnie z całej siły za drugi koniec książeczki i coraz bardziej płaczliwie rozkazuje:
- Oddaj! Oddaj! Oddaj!
A ty, rodzicu, próbujesz zachować powagę, kiedy ruszasz z interwencją.


Albo tak:
- Chodź tu, Braciszek! - Robert ciągnie Michała za rączkę. - Nie chcesz, Braciszek?
- On chce, Kochanie, on tylko jeszcze nie umie!
- Ech!... - Robert wzdycha teatralnie w odpowiedzi.

Robert jest jednak niezwykle troskliwym i kochającym bratem. Świadczą o tym liczne jego zachowania, jak choćby ostatnio, kiedy wróciliśmy dość późno do domu. Michał płakał w swoim foteliku. Robert siedział obok w drugim foteliku i czekał, aż rozepnę jego pasy. Potem mógł wysiąść z auta i razem ze mną iść już do domu, a wiem, że nie mógł się tego doczekać. On jednak wolał zostać w samochodzie. Przysiadł się do płaczącego Michała i zaczął go uspokajająco głaskać po główce.

A czasem śpiewa mu kołysanki. Zresztą, mnie też je śpiewa.

Kołysanka


Któregoś wieczoru Robert bawił się ze mną na łóżku. W pewnym momencie ziewnęłam, bo byłam już trochę zmęczona. On wtedy popchnął mnie delikatnie na poduszkę, a jak się położyłam, zaczął mnie z czułością głaskać po głowie.
- A-a-a, kotki pać... - zaśpiewał pięknie i melodyjnie, cały czas mnie głaszcząc.
"Pać" to oczywiście "spać", poza tą drobną modyfikacją kołysanka, którą im nieraz śpiewam, została przez niego odtworzona perfekcyjnie. To była chyba jedna z naszych najbardziej wzruszających wspólnych chwil!


A jakie zabawne lub wzruszające słowa padły ostatnio z ust Waszych dzieci? 

czwartek, 6 września 2018

Misja: adaptacja! Pierwsze dni w żłobku.


"- Kochanie, kiedy mamy te dni próbne w żłobku? - zapytałam męża jakiś czas temu.
- 30-31 sierpnia. Nie próbne, a zapoznawcze - poprawił mnie. - Trzeba myśleć pozytywnie :)"

No właśnie... W obliczu wielkiej rewolucji w życiu całej rodziny pozytywne myślenie to klucz do sukcesu. Kiedy dziecko widzi nasze uśmiechnięte twarze i entuzjazm, nie czuje się zagrożone. Przygotowujemy go przecież na wspaniałą przygodę :) 

A co z nami, rodzicami? Dla nas to też ogromna zmiana. Wydaje się, że głównie dla mam, które do tej pory spędzały całe dnie z dziećmi. Ale widzę nawet po moim mężu, że dla ojców to też jest silne przeżycie. Kilka nowych trosk każdego dnia, zastanawianie się, jak dziecko radzi sobie w nowym miejscu... Nie tylko dziecko potrzebuje adaptacji. My też.

Jestem nietypową matką


Piszę to bez kokieterii, raczej z myślą o tym, że sama czasem dziwię się swojemu podejściu. Nie do końca tego się spodziewałam. A może jestem właśnie bardzo typową matką, tylko żadna z nas nie chce się przyznać do tego, że wszystkie mamy tak samo? W każdym razie, kocham moje dziecko do szaleństwa i uwielbiam spędzać z nim czas... ale bardzo lubię też kochać je na odległość i spędzać czas bez niego. Owszem, pierwsze wyjście z domu bez dziecka było dla mnie stresujące, ale chyba tak naprawdę martwiłam się głównie o to, jak sobie poradzi osoba, która zostaje z dzieckiem i czy ewentualne trudności nie zniechęcą jej na przyszłość...

Moje oczekiwanie na początek września nie było pozbawione stresu, ale też radości. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że naprawdę uważam, że mojemu synkowi będzie w żłobku dobrze, pod pewnymi względami nawet lepiej niż w domu. O tym, dlaczego tak uważam, pisałam w poprzednim tekście: "Dlaczego posłałam dziecko do żłobka?".

Oczekiwania a rzeczywistość


Kiedy w głowie układałam już beztroski plan na pierwszy tydzień września, kiedy to będę mieć tak bardzo dużo czasu dla siebie, pani ze żłobka delikatnie ściągnęła mnie na ziemię. Zasugerowała nam, tak jak i innym rodzicom, żeby na początku przywozić synka do żłobka tylko na kilka godzin i stopniowo wydłużać ten czas, aż dziecko będzie gotowe na ośmiogodzinny pobyt. 

"Rodzice, którzy od początku przywozili do nas dzieci na osiem godzin, po tygodniu zabierali dzieci, bo sobie nie radziły", tłumaczyła.

Nie dyskutowałam z tym. Przecież nawet z babcią Robert nie zostawał od razu na cały dzień, tylko najpierw na maksymalnie 15 minut, potem godzinę, potem kilka godzin... Może faktycznie nie ma sensu się śpieszyć. Tyle tylko, że nasz tygodniowy plan wymagał natychmiastowych i bardzo znaczących modyfikacji. Mąż miał odbierać synka codziennie po pracy, teraz okazało się to niemożliwe - przecież nie będzie urywał się z pracy każdego dnia kilka godzin przed końcem, przez tydzień albo i dłużej! 

Wygląda to więc tak, że każdego dnia wsiadam w busa, odbieram Roberta i idę z nim na przystanek, razem czekamy na busa powrotnego i jedziemy do domu. Zajmuje nam to sporo czasu i wcale nie jest łatwe. Mój wyczekany tydzień stanął na głowie. Ciężko mi cokolwiek zaplanować, mam wrażenie, że ciągle się śpieszę i z niczym nie mogę zdążyć. Wiem jednak, że to wszystko dzieje się nie bez przyczyny i ma pomóc mojemu dziecku w przyzwyczajeniu się do nowego miejsca.

30 sierpnia, dzień pierwszy: zapoznawczy


Pojechaliśmy do żłobka w trójkę. Dosyć zestresowani, że się spóźnimy. Okazało się, że niepotrzebnie się przejmowaliśmy; nikt nie trzymał się sztywno godzin wyznaczonych na adaptację, niektórzy rodzice przyprowadzali swoje dzieci znacznie później niż my.

Na miejscu zobaczyliśmy dwie sale: jedną nieco większą (a przynajmniej robiła takie wrażenie) i drugą mniejszą, nieco zatłoczoną. Ta większa jest przeznaczona dla starszych dzieci. Robert z racji swojego wieku jest w grupie maluszków. Trochę żałowałam, że tak jest - bo i nas, i Roberta od początku jakoś tak ciągnęło do tej większej, bardziej przestronnej sali. Było tam więcej zabawek, a jednocześnie było też ciszej i spokojniej. Nawet te panie opiekunki, które od początku wzbudziły w nas największą sympatię, okazały się być przypisane do grupy starszych dzieci. Na szczęście nasze opiekunki też są przesympatyczne :) 

Robert chętnie poznawał nowe miejsce. Ponieważ uwielbia autka, był tam w swoim żywiole - w żłobku znalazł ich bardzo dużo :) Jeździł radośnie pomiędzy obiema salami i po całym podwórku. Na nas prawie nie zwracał uwagi. Kiedy musieliśmy już zbierać się do domu, wcale nie był zachwycony. Chciał zostać dłużej.

Przy wyjściu podsłuchałam rozmowę rodziców jednego dziecka z panią opiekunką. Pani poleciła im, żeby następnego dnia tylko tata przyjechał z dzieckiem, skoro to tata będzie codziennie zawoził dziecko do żłobka. Pomyślałam, że i my powinniśmy się do tego zastosować.

31 sierpnia, dzień drugi: zapoznawczy


Następny dzień wyglądał więc tak, że Robert pojechał z tatą do żłobka, a ja miałam w domu chwilę dla siebie :) Wykorzystałam ją między innymi na sporządzenie notatki o tym, co Robert lubi, co umie, jak sobie radzi z jedzeniem i z innymi czynnościami. Panie prosiły mnie, bym dostarczyła im taką kartkę. Rozpisałam się na jedną stronę A4, a i tak miałam wrażenie, że nie napisałam wszystkiego. Potem bez pośpiechu ubrałam się i poszłam na przystanek, żeby złapać busa i dołączyć do moich chłopaków.

Ten dzień był bardziej pochmurny, dlatego nie było już zabawy na podwórku. Ale w środku zabawa trwała w najlepsze. Robert nie od razu mnie zauważył. Mąż również starał się nie przykuwać jego uwagi. Siedział spokojnie w kącie i obserwował, jak nasz synek sobie radzi.

Kiedy w końcu mały zdał sobie sprawę z mojej obecności, ogromnie się ucieszył i zaraz zaczął mi się gramolić na kolana. Pomyślałam, że samodzielna zabawa chyba już się skończyła. Nie miałam jednak racji. Po pewnym czasie Robert znowu zaczął zwiedzać obie sale, układać klocki, bawić się "kuchenką", jeździć autkami... My z mężem trochę się nudziliśmy ;) Patrzyliśmy na inne dzieci, które płakały i kurczowo trzymały się rodziców, i pytaliśmy retorycznie: "a gdzie jest Robert?".

Pod koniec był zmęczony i trochę marudził. Pojechaliśmy do domu. Tam czekała nas niemiła niespodzianka. Robert zaczął wymiotować. Obficie, z rozdzierającym płaczem po każdej serii wymiotów. Nie miał gorączki ani żadnych innych objawów choroby. Diagnoza: odreagowanie stresu. Jakiego stresu? Czy zestresowane dziecko bawi się w najlepsze przez dwie godziny? Zresztą, czy ta sytuacja naprawdę była dla niego aż tak stresująca? Dla dziecka, które jeszcze przed skończeniem pierwszego miesiąca poznało mnóstwo nowych ludzi? Które regularnie bywa na placach zabaw i w różnych miejscach, gdzie ma styczność z innymi dziećmi? Które średnio raz na dwa tygodnie zostaje u babci na cały dzień? Czy naprawdę dwie godziny spędzone w miejscu pełnym zabawek mogły wywołać taką reakcję?

Może jednak coś mu zaszkodziło...

3 września, dzień trzeci: Robert sam w żłobku.


Możecie sobie wyobrazić, jak obawiałam się tego pierwszego dnia. Już nie mogłam się pocieszać, że przecież na pewno będzie się tam dobrze bawił. Wiedziałam, że dopiero po powrocie będę mogła ocenić, czy wszystko jest w porządku. Kilka razy przeszło mi przez myśl, czy może nie zrezygnować z tego żłobka? Może jeszcze chociaż przez jeden dzień zatrzymać go w domu?

Pojechali z samego rana, Robercik jeszcze bardzo zaspany. Zwykle spał dłużej. Zostałam sama, w perspektywie miałam kilka godzin dla siebie. Nie mogłam się za nic zabrać. Kilka godzin to trochę za mało, żeby spokojnie rozsiąść się i pracować... A jeśli bus mi ucieknie? One nie jeżdżą tak często.

Łapałam się na tym, że z chęcią przytuliłabym moje śpiące dzieciątko... ale przecież jego nie ma w domu. Co to, czyżbym jednak nie była tak bardzo wyluzowana? Czyżbym przejmowała się, zupełnie jak inne mamy?

Kiedy dojechałam na miejsce, od razu pośpiesznym krokiem udałam się w kierunku żłobka. Płacz dzieci było słychać, zanim jeszcze zobaczyłam budynek. Czy i mój synek płacze razem z nimi? No pewnie płacze, co ma robić, jak wszyscy wokół płaczą...

Zadzwoniłam do drzwi i powiedziałam, że przyszłam po Roberta. Chwilę później jedna z pań przyprowadziła go za rączkę. Pociągał noskiem, tak jak po długim płaczu. Na mój widok rozkleił się po raz kolejny, ale szybko się uspokoił. Pani wytłumaczyła mi, że bardzo ładnie się bawił, ale zaczął płakać wtedy, kiedy usłyszał płacz innych dzieci. Cóż, pewnie większym powodem do niepokoju byłoby, gdyby nadal bawił się radośnie wśród tych wszystkich żałosnych krzyków.

Powrót do domu był trudny, choć robiłam co w mojej mocy, by go uatrakcyjnić. Byliśmy jednak trochę za wcześnie na przystanku, a autobus mocno się spóźnił. Długie czekanie na przystanku z małym dzieckiem to naprawdę wątpliwa przyjemność. Do tego to był początek roku szkolnego, mnóstwo ludzi, duży ruch... Tłumaczyłam sobie: "Nie jest łatwo, ale dajesz radę. Trudniej nie będzie".

W autobusie Robert szybko się uspokoił, w końcu zaczął przysypiać. Po powrocie do domu spał bardzo długo. Pocieszające było to, że już do końca dnia nie zdradzał żadnych objawów złego samopoczucia czy stresu. A co jest najdziwniejsze? Pomimo szalonego dnia i trudnego powrotu do domu, czułam się wypoczęta, wręcz zrelaksowana. Może to dlatego, że mój dzień był tak urozmaicony, pozbawiony codziennej rutyny.

4 września, dzień czwarty: trochę dłużej, znacznie lepiej.


Następnego dnia nie śpieszyłam się tak bardzo. Chciałam uniknąć długiego oczekiwania na autobus. Poza tym miałam w pamięci słowa o stopniowym wydłużaniu czasu spędzonego przez dziecko w żłobku. Wydłużyłam go więc nieznacznie, bo o jakieś 20 minut. 

Tym razem Robert przywitał mnie w zupełnie innym nastroju. Uśmiechał się od ucha do ucha. Dowiedziałam się, że praktycznie przez cały czas był radosny i świetnie się bawił. Pani zaproponowała, żebym następnym razem przyjechała godzinę później. Czyli - postęp! :)

Robert pomachał pani rączką na pożegnanie. Przez cały czas był bardzo radosny. Tym razem oczekiwanie na busa było łatwiejsze, choć również się przedłużyło. Była ładna pogoda, więc poszliśmy jeszcze na krótki spacer. W domu Robert, tak jak poprzednio, mocno zasnął.

5 września, dzień piąty: obiadek i drzemka! 


To właściwie było do przewidzenia. Kiedy następnego dnia przyjechałam o godzinę później, okazało się, że Robert w najlepsze śpi :) Zresztą większość dzieci spała o tej porze. Żłobek był teraz zupełnie innym miejscem - było w nim cicho i sennie.

Usiadłam na korytarzu. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Adaptacja przebiegała dobrze! Zdążyłam już usłyszeć relację, że Robert był przez cały czas w dobrym nastroju, bawił się i zjadł cały obiad. 

Obudził się bez płaczu, szczęśliwy i wypoczęty. Nie śpieszyliśmy się z wyjściem. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, poszliśmy na plac zabaw i tam bawiliśmy się tak długo, aż dołączył do nas tata :)

Mimo tak długiej drzemki, Robert był zmęczony. Zasnął w samochodzie. 

6 września, dzień szósty: co to będzie?


Dzień szósty jest dzisiaj :) Mam odebrać Roberta około godziny 14:00, czyli prawie przed końcem dnia! Podobnie jak wczoraj, nie będziemy jechać busem do domu, tylko poczekamy, aż mąż skończy pracę.

Od początku wierzyłam, że mój synek bez większego trudu przyzwyczai się do żłobka. W międzyczasie pojawiły się obawy i wątpliwości, okazały się jednak niepotrzebne. Chyba mogę już robić plany na następny tydzień ;)

Każde dziecko jest inne.


Dużo się teraz pisze o adaptacji. W jednych placówkach wygląda to lepiej, w innych gorzej. Czytam między innymi o przedszkolankach, które dosłownie wyrywają rodzicom dzieci z rąk. Jednocześnie słyszę z wielu stron, że najlepsza metoda to: pożegnać się jak najszybciej i wyjść, nie przedłużać i nie opóźniać momentu rozstania.

U nas w żłobku wygląda to właśnie tak: pani otwiera drzwi i zaprasza dziecko do środka, pożegnanie trwa dosłownie chwilę. Czy to jest dobre? Dla mojego synka - tak. Robert jest dzieckiem, które łatwo czymś zainteresować, zabawić. Nie trzyma się kurczowo rodziców. Myślę też, że metoda małych kroczków, którą zastosowaliśmy, znakomicie się sprawdziła w naszym wypadku.

Jeśli czujesz, że Twoje dziecko może potrzebować innego podejścia, najlepiej będzie, jeśli porozmawiasz o tym z opiekunkami. Im też zależy na tym, żeby Twoje dziecko czuło się w żłobku jak najlepiej. To jest ich praca, ich powołanie, jak to określiła jedna pani z naszego żłobka. Dobrze wiedzą o tym, że od ich podejścia zależy, czy dziecko będzie zadowolone i spokojne i przede wszystkim, czy będzie chciało przychodzić tam codziennie. Warto dać im szansę :)

poniedziałek, 3 września 2018

Dlaczego posłałam dziecko do żłobka?



Piszę ten tekst właściwie przede wszystkim po to, by utwierdzić samą siebie w przekonaniu, że robię dobrze :) Nawet jeśli któraś osoba w moim otoczeniu ocenia moją decyzję negatywnie, była uprzejma zachować swoje zdanie dla siebie. Wiem jednak, że nie każda młoda mama ma takie szczęście jak ja. Bycie wiecznie ocenianą, obserwowaną i krytykowaną to dla wielu kobiet stały element macierzyństwa. Siedzisz z dzieckiem w domu? Kwoka, kura domowa, bez własnego życia, co ona zrobi, jak dzieci podrosną... Oddajesz dziecko do żłobka? Nieczuła, wyrodna matka, karierowiczka, po co jej to dziecko, skoro nie chce się nim zajmować? Najważniejsze lata w życiu dziecka, a ona nie chce mu w nich towarzyszyć! Tak źle i tak niedobrze, młoda mamo, jednego możesz być pewna: nigdy nie dogodzisz każdemu.

Dlaczego uznałam, że zapisanie Roberta do żłobka będzie dla nas najlepszym rozwiązaniem?

Pracuję


Płatny macierzyński trwa rok. Robert niedługo skończy 21 miesięcy. Łatwo policzyć, że już od 9 miesięcy nie dostaję pieniędzy za sam fakt bycia mamą niemowlaka. Moja praca, którą traktowałam początkowo jako odskocznię od codzienności pełnej pieluch, już od 9 miesięcy stanowi jedno z dwóch podstawowych źródeł utrzymania naszej rodziny.

Potraficie sobie wyobrazić pracę z ponadrocznym dzieckiem w domu? Nieraz w trudniejszych chwilach mówiłam mężowi, że marzę o tym, by zamontował w domu kamerę i obejrzał sobie, jak wygląda mój dzień. Nie zawsze jest ciężko. Robert potrafi bawić się sam, pozwala mi pracować. Jednak muszę się liczyć z tym, że moja praca będzie stale przerywana, że o pełnym skupieniu mogę pomarzyć, że jeśli uda mi się przepracować 4-5 godzin, to znaczy, że miałam wyjątkowo pracowity dzień.

O ile jednak ja sobie mogę poradzić z tą sytuacją, o tyle on - Robert - zasługuje na coś lepszego. Zasługuje na to, by ktoś naprawdę spędzał z nim czas. W ciągu dnia niech będą to panie opiekunki ze żłobka, osoby cudowne, pełne ciepła i oddane swojej pracy. Po południu, po żłobku, niech będzie to mama, która po owocnie przepracowanym dniu nie musi już siedzieć z nosem w ekranie, tylko może się spokojnie zająć synkiem.

Będzie miał towarzystwo


Braciszek Roberta przyjdzie na świat dopiero w grudniu, a i tak będzie musiał jeszcze sporo podrosnąć, żeby być dla niego kompanem do wspólnej zabawy. W naszym sąsiedztwie nie ma żadnych rówieśników Roberta. Znajomi mają małe dzieci, ale niezbyt często mamy okazję się z nimi spotkać. Każdy ma swoje życie, swoje plany, dzieci chorują... Na co dzień Robert spędza czas wyłącznie z dorosłymi.

Teraz to się zmieni. Nasz synek będzie miał codziennie styczność z rówieśnikami. Będzie się uczył życia w grupie, będzie miał się z kim bawić, może łatwiej przyjdzie mu nauka różnych przydatnych umiejętności?

Ja też bywam zmęczona


Mam wrażenie, że dzieci w tym wieku mają niewyczerpalny zasób energii. Robert budzi się gotowy do zabawy, potem ewentualnie raz w ciągu dnia zasypia (nie zawsze), a potem znowu jest gotowy do zabawy.  Przeważnie do mnie należy wyszukiwanie dla niego kolejnych atrakcji, żeby się nie nudził, żeby jego zabawa była efektywna, a najlepiej, żeby w ogóle była rozwijająca i czegoś go uczyła. Dlatego lubię place zabaw, bo zdejmują ze mnie na jakiś czas rolę wiecznego animatora. Przez chwilę mogę po prostu obserwować, jak sobie radzi.

Czas, który mój synek spędzi w żłobku, będzie dla mnie nie tylko czasem na pracę, ale też na odpoczynek. Będę mogła być nudna, nie tryskać wiecznym entuzjazmem, nie mieć pomysłów na ciekawą rozrywkę, po prostu siedzieć i robić swoje. Albo zająć się sobą. Albo spać nieco dłużej. Kiedy o tym pomyślę, zaczynam... tryskać entuzjazmem! :)

Będę mieć drugie dziecko


Nieraz słyszałam, że na początku będzie mi ciężko. Dwa maluchy w jednym domu! Za parę lat to będzie z pewnością dwóch rezolutnych chłopców, którzy będą się razem bawić i tylko co jakiś czas będą zapraszali mamę do swojego świata. Jednak na początku to będą po prostu dwa maluszki wymagające bardzo dużo opieki i uwagi.

Będzie mi o tyle łatwiej, kiedy do ok. godziny 16:00 będę mieć w domu tylko jedno z dzieci. Zabawa Roberta nie będzie zakłócać snu młodszego brata, ja sama będę mieć trochę czasu dla siebie... Po południu będziemy już we czwórkę, dwa maluchy, ale też dwoje rodziców.

Na szczęście udało się tak zgrać to wszystko w czasie, że w grudniu, kiedy pojawi się młodszy braciszek, Robert będzie już od dobrych kilku miesięcy regularnym bywalcem żłobka. Raczej nie będzie łączył ze sobą tych dwóch wielkich zmian.   

Panie w żłobku mają przygotowanie zawodowe


Robert jest moim pierwszym dzieckiem. Teraz spodziewam się drugiego i nadal nie czuję, żebym z tego tytułu mogła uważać się za mistrzynię świata w macierzyństwie. Popełniam błędy, nie jestem idealna. Może nasze posiłki nie są odpowiednio zbilansowane? Może nasze zabawy nie są wystarczająco kreatywne i nie stymulują małej głowy tak, jak powinny? Może za mało dbam o to, żeby posiłki, drzemki i inne ważne elementy dnia odbywały się o stałej porze?

Panie w żłobku mają i większe doświadczenie, i lepsze przygotowanie niż ja. Z pewnością mają też więcej cierpliwości. Nie zdarza im się podnosić głosu, płakać z bezsilności, stwierdzać z rezygnacją: "a, niech się już tym bawi...".

Oczywiście wiem, że nawet najlepsza opiekunka nie zastąpi dziecku mamy. Ale ja wcale nie chcę być zastąpiona. Chcę witać moje dziecko każdego dnia, widzieć w jego oczach radość na mój widok, czuć małe rączki obejmujące mocno moją szyję. A potem zjemy razem obiadek, pogłaszczemy kota, pobawimy się grającą zabawką, obejrzymy bajkę... I może to wszystko nie będzie profesjonalne ani doskonałe, ale będzie nasze, domowe, rodzinne.


Tak to właśnie wygląda u nas! Ciekawe, jakie są Wasze przemyślenia w tym temacie? :)


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Plac zabaw i życie w społeczeństwie.



Plac zabaw w sobotnie popołudnie świeci pustkami. Ludzie boją się deszczu, który może lunąć z lekko zachmurzonego nieba w każdej chwili. Rozsyłane w piątek ostrzeżenia o możliwych gwałtownych burzach zrobiły swoje.

Robert nic nie wie o deszczu ani o burzach. Śmiałym krokiem idzie razem ze mną w stronę swojego ulubionego autka. Wsiadamy do niego razem, Robert za kierownicę. Taka zabawa nie może jednak trwać zbyt długo, przenosimy się więc na karuzelę. Potem idziemy do piaskownicy. 

Na placu zabaw pojawia się wyraźnie zmęczona młoda mama z dwojgiem dzieci. Jest też w towarzystwie mężczyzny, najwyraźniej znajomego niewidzianego od dłuższego czasu. Zaczepiana przez dzieci i zachęcana do wspólnej zabawy, odpowiada im burkliwie, niezadowolona. "Bawcie się, mama teraz rozmawia!". "Jestem wykończona",  zwierza się znajomemu. Nietrudno w to uwierzyć.

Zastanawiam się, kiedy przyjdzie czas i na mnie. Kiedy to ja będę wykończona? Nie wątpię, że taki czas nadejdzie. Nie jestem żadną Supermamą obdarzoną magicznymi mocami. Jestem tylko człowiekiem, tak jak i ona. Uwielbiam, kiedy jesteśmy z Robertem w gronie rodziny lub znajomych i ktoś może się nim zająć przez pewien czas, a ja wtedy odpoczywam. Teraz jesteśmy tylko we dwoje i bawimy się. Choć jestem daleka od oceniania i tłumaczę sobie jak zawsze, że nie znam pełnego obrazu sytuacji - mam jednak tę głupią satysfakcję, kiedy śmieję się radośnie do mojego synka, wsiadam z nim na kolejne koniki i motocykle, śpiewam mu, chowam się za drabinką i wołam "a kuku!". Jestem fajną mamą, wesołą mamą, zadowoloną mamą! Przyszłam tu z dzieckiem i tylko dla dziecka. I nie ma znaczenia moja zaawansowana ciąża ani fakt, że mój synek jakoś tak nagle przestał potrzebować drzemki w środku dnia. Kiedyś pewnie będę wykończona. Teraz bawimy się razem.

Wracamy do piaskownicy, gdzie bawi się dwoje dzieci zmęczonej mamy. Każde z nich kopie swoją dziurę w piasku. Chłopczyk zwraca uwagę mojemu synkowi, że koparka, którą Robert zaczął się właśnie bawić, chyba nie należy do niego.

Po raz pierwszy - nie ostatni tego dnia - nie bardzo wiem, jak zareagować. Zaskakuje mnie ten niecodzienny zarzut. Co innego, gdyby chłopczyk powiedział "to jest moje" - wtedy wiadoma rzecz, trzeba mu oddać koparkę. Ale "to chyba nie jest Twoje"?

"Chyba nie jest", odpowiadam po kolejnym pytaniu. Robert przecież sam nie odpowie. "To już tutaj było".

Z pomocą przychodzi mi wyraźnie zaprawiona w bojach mama dwójki. "O co Ci chodzi, przecież Twoje też te rzeczy nie są", wraca uwagę chłopczykowi. "Każde dziecko może się nimi bawić".

Chłopczykowi to wyjaśnienie wystarczy, bawi się więc dalej. Jakiś czas później Robert zaczyna się interesować wykopaną przez niego dziurą.

"Nie możesz się tu bawić, zakopiesz mi dziurę!", zmartwił się chłopczyk. "Powiedz mu, że nie może się tutaj bawić", zwraca się bezpośrednio do mnie.

Uśmiecham się sama do siebie, rozbrojona wiarą nieznajomego chłopczyka w moją moc perswazji. Mimo wszystko wiem, że nie powinnam pozwalać Robertowi na psucie zabawy innemu dziecku. Delikatnie, ale stanowczo przenoszę go w inną część piaskownicy i staram się zainteresować go foremkami.
"Zobacz, mamusia narysowała dla Ciebie serduszko!", pokazuję mu.

Robert interesuje się przez chwilę foremkami. Nieznajomy chłopczyk może w spokoju kopać dalej swoją dziurę. Potem Robert postanawia uszczęśliwić chłopczyka prezentem w postaci foremki.

"O, jak ładnie, dałeś chłopczykowi foremkę!", chwalę synka. Chłopczyk nie wyraża zainteresowania ani foremką, ani zabawą z Robertem. Cóż, ma do tego prawo.

"On jest jeszcze malutki, wiesz?", tłumaczę chłopczykowi, po raz kolejny przenosząc Roberta. "Nie rozumie, że nie chcesz się z nim bawić. Ma dopiero półtora roku, wiesz?"

Robert bawi się spokojnie foremką w bezpiecznym kącie piaskownicy.

"A ty ile masz lat?", zagaduję dalej chłopczyka.
"Trzy".
" O, to widzisz. On jest dwa razy młodszy od Ciebie", powiedziałam, po czym zdałam sobie sprawę z tego, że chłopczyk raczej jeszcze nie zna tabliczki mnożenia. "Kiedy byłeś taki malutki jak on, to on się dopiero urodził", próbuję jeszcze raz.
"A jak się urodził?", zaciekawił się chłopczyk.

O masz ci los! To się wpakowałam. Skąd mogę wiedzieć, co mówiła mu na ten temat jego mama i czy moje wyjaśnienia nie zburzą jego dziecięcych wyobrażeń?

Nie daję po sobie poznać zakłopotania i tłumaczę spokojnie: "Wyszedł z mojego brzucha. Tak jak teraz, widzisz, będę mieć jeszcze jednego małego chłopczyka. On też wyjdzie z mojego brzucha".
"A jaki on będzie?"
Uśmiecham się. "Bardzo, bardzo malutki. Jeszcze mniejszy niż on. O taki", pokazuję dłońmi.

Opowieść o bardzo malutkim chłopczyku wzbudza zaciekawienie mojego rozmówcy, ale nie aż tak duże, by przyćmić fakt, że Robert znowu zmierza w kierunku wykopanej w piasku dziury. Biorę go na ręce i kieruję się w stronę innych miejscowych atrakcji. Nie jest zachwycony, ale liczę na to, że odwrócę jego uwagę.

"Kochanie, chłopczyk nie chce się z Tobą bawić", tłumaczę mu. "Czasem tak jest. Jest starszy od Ciebie, nie zna Cię, może nie chcieć się z Tobą bawić".

Idziemy na krótki spacer. W międzyczasie plac zapełnia się dziećmi w różnym wieku. Praktycznie każde z nich jest jednak starsze od Roberta.

Mój synek biegnie w kierunku swojego ulubionego autka, jest ono jednak oblegane przez grupę dzieci. Robert próbuje dosiąść się do nich, jednak nie jest to możliwe.
"To siądziemy z tyłu!", proponuję mu.
"Ale tam jest rower!", protestuje kilkuletni kierowca autka.
Rzeczywiście, tylne siedzenia również są szczelnie zapełnione.
"To pojedziemy na gapę!", chwytam za koło zapasowe.

Robert kręci kołem razem ze mną, ale po chwili przestaje mu to wystarczać. Chce dołączyć do dzieci siedzących z przodu.
"Nie zmieścisz się tutaj", tłumaczę mu. "Gdyby pan policjant zobaczył, że tyle osób jedzie z przodu, dostałbyś mandat".

Mój synek jeszcze chyba nie wie, kto to jest pan policjant i czym jest mandat, jednak to abstrakcyjne wyjaśnienie póki co mu wystarcza. W międzyczasie jedna z pasażerek autka upuszcza paczkę gum do żucia. Mam bliżej do ziemi - w końcu kucam przy moim maleńkim synku - decyduję się więc jej pomóc. Jednak podnoszę zgubę na tyle niefortunnie, że większość gum wysypuje się na piasek.

Jest mi okropnie głupio. To chyba pierwsza taka sytuacja w moim życiu, kiedy jako dorosła osoba zepsułam coś, co należało do dziecka, i to jeszcze do obcego dziecka.
"Przepraszam", mówię zawstydzona, razem z dziewczynką zbierając wysypane gumy. "Odkupię!", zapewniam, po czym przypominam sobie, że nie wzięłam żadnych pieniędzy i czuję się przez to jeszcze gorzej.

"Ależ skąd, nie trzeba!", zapewniają mnie rodzice dziewczynki, którzy już biegną na ratunek. Muszą m.in. wytłumaczyć córeczce, że nie może już jeść tych gum, skoro wysypały się na piasek.
"To ja je wysypałam", uzupełniam. Broń Boże nie zamierzam udawać niewinnej. "Jest mi z tego powodu bardzo przykro i przepraszam".

Być może już nigdy nie spotkam tej dziewczynki, ale chciałabym, żeby zapamiętała z tej sytuacji, że dorosła osoba, która sprawiła jej przykrość, poczuwała się do odpowiedzialności i przeprosiła ją. Fakt bycia dorosłą nie czyni mnie nietykalną. Prawdę mówiąc uważam, że powinnam była odkupić te gumy, ale cieszę się, że nie musiałam tego robić. Byłoby to bardzo kłopotliwe.

W międzyczasie Robert po raz kolejny próbuje dosiąść się do dzieci siedzących w autku. Wygląda na to, że musimy się oddalić. Tłumaczę Robertowi, że autko nie jest tylko jego, że inne dzieci też mają prawo się nim bawić. Idziemy w stronę huśtawek. Po drodze spotykamy chłopczyka na hulajnodze. Robert jest bardzo zainteresowany kolorowym pojazdem, chwyta za rączkę.
"Zostaw, to nie Twoje", powtarzam jak mantrę. "To hulajnoga chłopczyka".

Tymczasem tuż koło huśtawki mała dziewczynka żali się:
"Mamo, on mi zabrał hulajnogę!" i wskazuje na chłopczyka, którego właśnie minęliśmy.
"Nie martw się, odda Ci", spokojnie tłumaczy jej mama.

Zastanawiam się przelotnie, która z nas popełnia błąd: ja, ucząca półtorarocznego synka, że trzeba szanować własność innych dzieci czy ona, lekko pozwalająca na fakt, by inne dziecko zabierało własność jej córeczki? A może obie mamy rację? Tak czy inaczej, obie z różnych powodów pozwalamy, by nasze dzieci były w jakimś stopniu pokrzywdzone w tym mikro-społeczeństwie placu zabaw. Czy to dlatego, że właśnie wychowujemy, czy dlatego, że same zostałyśmy tak wychowane?

Robert huśta się przez chwilę na huśtawce, jednak nadal zerka w stronę autka. Zauważam, że jest już wolne. Opuszczamy huśtawkę i zajmujemy autko. Niemal natychmiast zjawia się chłopczyk, który wcześniej siedział za kierownicą.
"Zeszliście z autka, to teraz my się chwilę pobawimy", tłumaczę mu.

Chłopczyk dosiada się do Roberta, co nie przeszkadza nam ani trochę - w końcu miejsca jest sporo. Szybko jednak staje się jasne, że chce on być jedynym pasażerem.
"Daj chłopczykowi się pobawić, zobacz, jest młodszy od Ciebie", przychodzą nam z pomocą jego rodzice.
Nie uważam, że fakt bycia młodszym automatycznie oznacza, że mojemu synkowi trzeba ustępować. Nie zamierzam jednak zgadzać się na to, by był przeganiany z miejsca, które sobie wybrał.
Po raz kolejny zwracam się do nieznajomego kilkulatka: "Widzisz, on bardzo długo czekał, aż skończycie się tutaj bawić. Zeszliście z autka, więc teraz jest jego kolej".

Kilkulatek odchodzi smutny, siada w pobliżu i obserwuje nas. Robert bawi się autkiem, kręci kierownicą, śmieje się radośnie. Po pewnym czasie opuszcza autko, idzie przed siebie. Rzecz jasna, chłopczyk, który mu wcześniej "ustąpił", natychmiast zajmuje jego miejsce.

I oczywiście Robert przypomina sobie w tym momencie, że chyba jednak nie skończył się jeszcze bawić autkiem...

Biorę go na ręce, staram się go uspokoić. Powoli staje się jasne, że zabawa na placu chyba już się skończyła. Mały jest zmęczony i rozżalony.

"Musisz być konsekwentny, Kochanie", tłumaczę mu. Wiem, że to jeszcze trochę za trudne słowo dla niego, ale kiedyś mu się przyda. "Skończyłeś się bawić autkiem, to teraz chłopczyk się nim bawi. Tak jak wcześniej on musiał czekać, bo Ty się bawiłeś. Jemu też pewnie było smutno, ale musiał poczekać".

Upewniam się kilkukrotnie, czy może jednak nie pobawimy się w innym miejscu. Robert pozostaje niepocieszony. Opuszczamy zatem plac, oboje zmęczeni, jedno z nas we łzach. Tłumaczę mu, że go kocham i że rozumiem, dlaczego jest mu przykro.

Głupio mi kończyć zabawę w ten sposób, ale w tym momencie nie widzę innego wyjścia. Nie zamierzam zmuszać wszystkich dzieci na placu, by ustępowały mojemu synkowi, bo jest młodszy i jeszcze się nie nauczył, że nie zawsze jest jego kolej i że nie może mieć wszystkiego, czego w danym momencie sobie zażyczy, bo musi się też liczyć z potrzebami innych dzieci.

Uświadamiam sobie, że to się właśnie zaczyna. Ten wyższy poziom rodzicielskiego wtajemniczenia. Mój synek będzie się uczyć, jak funkcjonować w grupie. A mnie czeka milion trudnych decyzji. Kiedy reagować, a kiedy pozwolić, by dzieci rozstrzygnęły konflikt między sobą? Na ile pozwalać Robertowi na ingerowanie w zabawy innych dzieci? Jak nauczyć go zdrowego balansu między szanowaniem praw innych dzieci a uważaniem, by jego prawa też były szanowane?

To była dopiero jedna z pierwszych lekcji. Przed nami cała szkoła życia.