piątek, 15 listopada 2019

Listopad podwójnej matki.



Miałam ochotę zatytułować ten tekst "Listopadowe wpadki podwójnej matki", ale pomyślałam, że przez ten rym za bardzo skopiuję nazwę bloga mojej koleżanki, Sylwii - matkiupadki.pl (pozdrawiam!) :) Zostaje więc taki tytuł, jaki jest, choć będzie o wpadkach, a nawet i o upadkach i wypadkach.

Słuchajcie, co odkryłam w ciągu minionych dwóch tygodni, kiedy najpierw chorował jeden synek, potem drugi, w międzyczasie obaj, i tak przez pół miesiąca w ogóle nie mieliśmy odpoczynku od chorób i lekarstw:

Z jednym dzieckiem w domu jest łatwiej.


Przekonałam się o tym ostatnio, kiedy po długim weekendzie Michał, jako już zupełnie zdrowe dziecko, pojechał do żłobka po raz pierwszy od tygodnia. Robert natomiast został w domu z gorączką i kaszlem. Spodziewałam się huraganu, ośmiu godzin nieustannego zabawiania biedaka przyzwyczajonego do codziennych rozrywek w przedszkolu, no i ogólnie przewidywałam, że będzie raczej ciężko. Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, spędziliśmy razem spokojny, wręcz relaksujący dzień. Po części wynikało to zapewne z osłabienia wywołanego gorączką, ale też z faktu, że byliśmy tylko we dwoje.

Prawie trzyletni Robert wydaje się o wiele bardziej absorbujący niż niespełna roczny Michałek. Wszędzie go pełno, ma milion pomysłów na minutę. Jest też jednak o wiele bardziej samodzielny. Łatwiej się z nim dogadać, potrafi powiedzieć, czego potrzebuje. 

Wiecie, jaki był ten jeden, decydujący argument, dzięki któremu zdecydowaliśmy z mężem, że Robert będzie miał młodsze rodzeństwo? Bo będą się ze sobą bawić we dwóch/we dwoje. Cóż, na ten etap jeszcze musimy poczekać. Jak na razie tych chwil, w których dwaj braciszkowie zajmują się sobą nawzajem jest znacząco mniej niż tych, w których czuję, że powinnam się rozdwoić, żeby nadążyć za potrzebami starszego i młodszego dziecka.

Dwoje dzieci, dwa kolana...


Śmiałam się ostatnio, że gdybym miała zostać mamą po raz trzeci, musiałoby mi wyrosnąć trzecie kolano. Bo jak inaczej wszystkie moje dzieci miałyby siedzieć mi na kolanach?

Michaś jest jeszcze ode mnie bardzo uzależniony, nawet pomimo tego, że świetnie sobie radzi beze mnie w żłobku. Jednak czas, który spędzamy razem, wypełniony jest przytulaniem, wspólną zabawą, strojeniem min i siedzeniem na moich kolanach. Czy raczej: na jednym kolanie, bo drugie lubi zajmować Robert.

Mój starszak ma różne fazy; czasami mam go nie tulić, nie dotykać i w ogóle dać mu spokój. Szanuję jego zdanie i nie pcham się z łapami, póki nie ma takiej konieczności. Innym razem - ostatnio bardzo często - chce się tulić, wchodzi mi na kolana i na plecy, chce siedzieć ze mną na jednym krześle, potrzebuje bliskości, czułości. Uwielbiam te nasze czułe chwile. Bywa jednak ciężko, kiedy np. karmię malucha, a starszy ciągnie mnie za rękę tą swoją małą łapką i prosi: "Mama, chodź do mnie".

Wspólne wyjścia z domu.


Praktycznie zawsze w czwórkę. Niezależnie od celu i potrzeby. Jedziemy z maluchem do lekarza? Przecież Robert nie zostanie sam. Jedziemy z Robertem? Michał jedzie z nami. Zakupy z mężem? Przecież nie będziemy szukać opieki dla dzieci na każdą taką okazję!



Niedawno byłam na spacerze z Robertem, tylko z nim, przy okazji jego choroby i wizyty u lekarza. Trafiła nam się piękna pogoda, dużo złotych liści i bardzo przyjemna przechadzka, w czasie której mogłam się zachwycać tym, jaki ten mój chłopiec już duży i samodzielny, a zarazem jaki ostrożny! On natomiast zachwycał się przejeżdżającymi autami, wszystkie zauważał i nazywał.

Zdarzają się w(y)padki.


Każdemu się zdarzają, więc i mnie, podwójnej matce, też. Posłanie chorego dziecka do żłobka? Zaliczone. Kiedy trwa sezon na przeziębienia i wszyscy wokół mniej lub bardziej pokasłują, zdarza się, że dylemat - czy on powinien zostać dziś w domu? - towarzyszy mi codziennie. Zdarzyło mi się podjąć błędną decyzję i czułam się z tego powodu bardzo źle.

Czasami nie zdążę zareagować, gdy obaj chłopcy w tym samym czasie potrzebują mojej uwagi. Biegnę do Roberta, bo ma jakiś problem, a w tym samym czasie BAM! Michał uderzył się w główkę. Krzyk, łzy jak grochy, czerwona buźka, trzeba natychmiast utulić, ukoić.

Wiecie, co jest dla mnie najtrudniejsze w macierzyństwie? To, jak często może się zdarzyć coś złego. Przeważnie nic się nie stanie, bo uważasz. Masz oczy dookoła głowy, refleks, instynkt, codziennie ratujesz swoje dzieci przed całą serią wypadków. Po czym zdarzy się ten jeden raz, kiedy nie zareagujesz wystarczająco szybko, kiedy popełnisz błąd. Wtedy nie ma znaczenia, ile razy dzięki Twojej skuteczności uniknęłaś podobnej sytuacji.

Minione dwa tygodnie, męczące, wypełnione chorobami, miały wiele momentów, w których nie byłam idealną mamą, jaką chciałabym być. Tłumaczę sobie jednak po raz kolejny: moje dzieci nie potrzebują ideału, potrzebują mnie.

Będzie tylko lepiej.


Michał bierze do rączki autko-zabawkę, jeździ nim po podłodze, świetnie się bawi. Robert zauważa go i stwierdza głośno: "Ja też chcę się bawić autkiem!". Czekam na rozwój wydarzeń. Dogadają się? Obejdzie się bez płaczu i bitwy o autko?

Robert spokojnie bierze do ręki drugi samochód, mniejszy, i dołącza do Michała. Bawią się razem, każdy swoim autkiem.

Takich sytuacji jest coraz więcej. Michał staje się bardziej kontaktowy, łatwiej wciągnąć go we wspólna zabawę, z czego Robert chętnie korzysta. Myślę, że za rok o tej porze będą mieć już swoje ulubione sprawdzone zabawy i własny, braterski świat, do którego od czasu do czasu zaproszą rodziców. Kiedy tak patrzę, jak oni szybko rosną i wspaniale się rozwijają, myślę sobie - a może nawet nastąpi to wcześniej niż za rok? :)

czwartek, 31 października 2019

Halloween - o strachach, tradycji i zabawie.

Dziś jest ten dzień, kiedy jako rozsądna osoba powinnam raczej wylogować się z mediów społecznościowych. Mam bowiem dość silną fobię, a przedmiot mojego lęku często pojawia się w obrazkach związanych tematycznie z Halloween (nie, nie chodzi o dynię) :) Jakimś cudem udało mi się jeszcze uniknąć tego nieprzyjemnego dla mnie widoku.

Zastanawiam się czasem, jak wygląda życie osób, które muszą się mierzyć ze znacznie silniejszymi lękami niż mój. Ja co najwyżej narażam siebie na śmieszność, kiedy przeglądam w księgarni książkę z ilustracjami dla dzieci, po czym dosłownie podskakuję jak szalona, bo tam jest PAJĄK. Albo słucham, jak mój kolega czyta swojej dwuletniej córeczce bajkę o pająkach i nie mam odwagi nawet zerknąć na okładkę... (dwulatka w tym czasie radośnie przegląda ilustracje). Ale to wszystko, nie mam z tego powodu napadów paniki ani innych uciążliwych objawów. Życie z czymś takim musi być naprawdę trudne.

Strach, strachy i straszydełka.


Halloween to dobra okazja, żeby porozmawiać o strachu. Wiecie, od pewnego czasu mam ten dylemat. Moje dzieci, zwłaszcza Robert, będą już niedługo w tym wieku, kiedy dość łatwo można zetknąć się z czymś potencjalnie przerażającym. Na przykład w bajkach, w książeczkach, w czasie zabawy z rówieśnikami. Halloween jest jedną z takich okazji. Jeszcze nie wiem, czy moje dzieci będą się bały wampirów, wilkołaków, szkieletów czy potworów. Ja się bałam ;) 

Czasy się trochę zmieniły, odkąd byłam dzieckiem. Mam wrażenie, że to, co kiedyś miało budzić lęk, jest coraz częściej oswajane i pokazywane jako pozytywne, przyjazne. Znacie kreskówkę o Vampirinie? Ja nie mogę powiedzieć, żebym znała, widziałam tylko reklamy w telewizji - uroczą dziewczynkę z fioletową buzią i ostrymi ząbkami, która mówi, że "tu trzeba działać jak wampirka" - czyli jak? Wyssać komuś krew? Nie wiem, może powinnam obejrzeć choć jeden odcinek dla celów poznawczych, bo naprawdę zastanawia mnie fakt, jak twórcy Vampiriny poradzili sobie z faktem, że pozytywna bohaterka jest tak jakby, no, drapieżnikiem stanowiącym śmiertelne zagrożenie dla swoich koleżanek.

Źródło: Youtube

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem zupełnie przeciwna pokazywaniu wampirów jako pozytywnych postaci - obejrzałam wszystkie dziewięć sezonów "Pamiętników Wampirów". Jednak tam była pokazana cała wewnętrzna (zewnętrzna zresztą też) walka między człowieczeństwem a naturą bestii, żal za popełnione zło, próba zapanowania nad morderczymi odruchami, słowem: nie było to takie głupie. Miałam wrażenie, że twórcy serialu naprawdę starają się uzasadnić w sposób wiarygodny wszelkie karkołomne zwroty akcji, np. jak dziewczyna może zakochać się w kolesiu, który próbował zabić kogoś z jej bliskich? Nie spodziewam się tego typu dylematów w kreskówce o Vampirinie. Może się mylę.

Zmierzam do tego, że trochę nie wiem, jak powinnam podejść do tych nowoczesnych przyjaznych straszydełek jako mama. Nie podoba mi się to, wydaje mi się dziwne i niemądre, ale może powinnam jednak okazać zrozumienie? Na pewno moje reakcje będą dla dzieci znaczące. Chłopcy mogą nauczyć się, że mama uważa wampirki za coś złego, strasznego i sami zaczną się ich bać. Wolałabym pokazać im, że tak naprawdę strach jest w tym przypadku niepotrzebny, co nie znaczy, że koniecznie muszą to oglądać :)

Tradycja.


Jeśli nie trafiliście jeszcze na żadną dyskusję na temat tego, czy Polak powinien świętować Halloween, skoro to obca tradycja (a my mamy przecież takie piękne polskie święta!) - to zazdroszczę Wam, bo chyba żyjecie w Narnii :) Z tego co słyszałam, nawet Lewandowskim się dostało za zdjęcie w strojach Jokera i Harley Quinn, no bo jak to tak, żeby polscy celebryci promowali jakąś obcą kulturę.

Wiecie, a ja się tak zastanawiam. Tak na serio. Co nam przeszkadzają te obce tradycje? Jeśli podoba Ci się jakieś święto obchodzone w innym kraju, to co, nie masz prawa go obchodzić? Wiecie, jutro w amerykańskim kalendarzu jest Dzień Autora (National Author’s Day). Czyli moje święto! Oczywiście, że zamierzam je uczcić, co nie znaczy, że chcę tym samym zaniedbać Dzień Wszystkich Świętych. Jedno wcale nie wyklucza drugiego.

Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, otwieramy się na różnorodność, zwiedzamy egzotyczne zakątki. Przejmujemy zwyczaje z innych stron świata. Będziemy się bać Halloween, serio? A nie przeszkadza nam Santa Claus w czerwonym wdzianku?  
(Hm, może nie powinnam tego pisać, w końcu sama się za tego Santa Clausa przebieram...) :)

Polskie tradycje są piękne nie tylko dlatego, że są polskie. Są piękne, bo ludzie od lat dbają o to, by zachować pamięć o nich i kultywować je w godny sposób. Halloween, choć nie jest polskie,  też może być dla kogoś piękną tradycją.

Satanistyczne święto?


Nie chcę tu wchodzić w zbyt ciężką tematykę. Spodziewam się, że niektórzy mogą mnie zarzucić linkami zawierającymi jakieś mniej lub bardziej niewiarygodne dowody na szatańską naturę Halloween. Powiem tylko jedno:

To, czy coś jest złe zależy od tego, co z tym zrobisz. Jeśli weźmiesz do ręki nóż i ukroisz kromkę chleba, którą podzielisz się z drugim człowiekiem, będzie to dobry uczynek. Jeśli weźmiesz do ręki nóż i zranisz nim drugiego człowieka, będzie to zły uczynek. Nóż nie jest ani dobry, ani zły.

Jeśli w Halloween przebierzesz dziecko za wesołego ducha i pozwolisz mu się świetnie bawić, nie stanie się nic złego. Jeśli w Halloween przebierzesz się za niekoniecznie wesołego ducha i zrealizujesz na żywo scenariusz któregoś horroru, oczywiście będzie to złe. Problem nie leży w Halloween.

Zabawa


Przeważnie w mniejszym lub większym stopniu staramy się jakoś uczcić to Halloween. Dla nas, rodziny, która lubi urozmaicać sobie czas, jest to po prostu jedna z wielu okazji w ciągu roku, by zrobić coś niestandardowego, innego od codziennej rutyny. W tym roku nie przewiduję wielkiego halloweenowego szaleństwa, bo trochę brakło nam czasu, by się tym zająć. Ale na pewno przygotuję coś pysznego i obejrzymy jakiś dobry film :)

A tak świętowaliśmy Halloween parę lat temu :)





czwartek, 24 października 2019

Siedem październikowych ogłoszeń i refleksji.




Nie wiem, jak przepraszać za to, że tak rzadko ostatnio pojawia się tutaj coś nowego. Nie mam nawet dobrego wytłumaczenia. Cieszę się, że nadal tu jesteście, ciągle Was przybywa, czytacie mnie i czekacie na kolejne teksty.

Dziś - może trochę nietypowa dla mnie forma. Zdałam sobie sprawę z tego, że mam do poruszenia kilka ważnych tematów. Dziś będzie więc dosyć zwięźle,  konkretnie, a zarazem wielowątkowo i treściwie!


1. Po pierwsze i najważniejsze - dziś są urodziny mojej mamy! Jak wiecie, mama jest cudowną, mądrą i wrażliwą osobą, która napisała tu kiedyś przepiękny list. Pomyślcie o niej dzisiaj bardzo, bardzo, bardzo ciepło. Mam nadzieję, że zajrzy tu dzisiaj i zobaczy, jak razem ze mną przekazujecie jej najserdeczniejsze życzenia zdrowia, radości, uśmiechu i samych wspaniałych dni, a także, żeby nigdy nie zabrakło jej pięknych marzeń.



2. Muszę się Wam pochwalić: dzięki Waszym głosom otrzymałam wyróżnienie w konkursie BLOGS from HEART. Razem ze mną w gronie nagrodzonych i wyróżnionych znalazła się sama parentingowa śmietanka: Madka Roku, Mama Pod Prąd i Mama na wypasie. Spotkaliście się już może tutaj z tymi nazwami? O tak, i to dwukrotnie :) Najpierw w moim zestawieniu #shareweek, a potem własnie wśród moich faworytów w konkursie BLOGS from HEART! Co tu dużo mówić, są po prostu najlepsze :) To zaszczyt znaleźć się w takim gronie.

Gratulacje dla zwycięskiego bloga, Niedroga Droga. Życzę dalszych sukcesów i pasji w blogowaniu.


3. Zajrzyjcie tu:
https://www.facebook.com/events/464917754232296/. Akcja "Brzuszkowy Mikołaj" ruszyła i mam nadzieję, że będzie miała w tym roku jeszcze większy zasięg. Choć za oknem słonecznie, jesiennie i złociście, to jednak do grudnia zostało już całkiem niewiele czasu. Ja już czuję mikołajkową atmosferę, a Wy? :)


Jeśli ktoś chciałby napisać coś o "Brzuszkowym Mikołaju" lub porozmawiać ze mną na jego temat, jestem do dyspozycji! 

4. Na blogu Mama Pod Prąd ukazał się wywiad ze mną. Rozmawiałyśmy z Elą o tym, że macierzyństwo to nie bajka i zdarzają się w nim również trudniejsze chwile, których nie znajdziecie na pastelowo-idealnych zdjęciach na Instagramie.

Ela jest jedną z dwóch osób, które zapytały mnie w ostatnim czasie o to, jak zmieniło mnie macierzyństwo. Wiecie, że w pierwszej chwili nie wiedziałam, co odpowiedzieć? Po części dlatego, że trochę już nie pamiętam siebie z czasów przed dziećmi - a za tym, co pamiętam, ciężko tęsknić. Pamiętam między innymi starania o dziecko, częste zmiany pracy i próby wybrnięcia z kłopotów finansowych. Trochę brakuje mi imprez i sesji zdjęciowych, zwłaszcza teraz, w październiku, kiedy wszędzie jest tak kolorowo i mogłyby powstać cudowne zdjęcia! Ale powiedzmy, że to nie jest aż taka wartość, żeby uważać jej brak za jakąś wielką stratę.


Z drugiej strony - teraz robię to, co lubię, mam czas na pisanie, realizuję się, mam plany na przyszłość i dążę do ich spełnienia. Czuję się bardziej na swoim miejscu niż w ciągu kilku ostatnich lat. Czy twierdzę, że moje życie po urodzeniu dzieci stało się łatwiejsze? No nie, to chyba jednak trochę przesada ;) Ale mogę powiedzieć, że stało się o wiele lepsze. Choć czasami brakuje mi cierpliwości, ogarnia mnie frustracja i mam wrażenie, że sobie nie radzę. Ale to tylko te gorsze chwile :)

5. Pytałam Was niedawno na fanpage'u o to, bez czego nie moglibyście żyć. Udzieliliście wielu pięknych odpowiedzi, od których aż biło radością i zadowoleniem z życia :) Ale przy okazji obudziła się we mnie refleksja, która tak naprawdę towarzyszy mi już prawie od miesiąca.

Jak ciężko jest zmienić swoje przyzwyczajenia! Każdy z nas ma swój rytm życia, swoją codzienność wypełnioną drobiazgami, które czasem wydają się mało istotne... Póki ich nie zabraknie.

Mam szczęście być człowiekiem bez nałogów. Przynajmniej bez tych najgorszych. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasem ciężko mnie wylogować, ale póki Internet stanowi moje okno na świat, miejsce pracy i platformę do współpracy z innymi twórcami, naprawdę nie widzę możliwości, by to zmienić. Gdybym miała podjąć jakieś postanowienie, wyrzeczenie, że postaram się wytrzymać przez jakiś czas bez czegoś, co jest ważnym elementem mojego życia - byłyby to słodycze. Serio, wiem, że to brzmi banalnie, bo jak tu porównywać moją niewinną miłość do czekolady i domowych ciast - z prawdziwymi dramatami, z którymi borykają się ludzie? A jednak, gdy sobie wyobrażę, że miałabym z dnia na dzień całkowicie zrezygnować ze słodyczy, uwierzcie, że robi mi się na zmianę zimno i gorąco. Jak to? Całkowicie?

Zatem może... warto spróbować? Wierzę w moc dobrych postanowień. Wierzę, że niosą ze sobą ogromną pozytywną energię, która potrafi zmieniać świat na lepsze. 

Plan jest taki: zacznie się Adwent, ja odstawiam słodkości :D Na Święta trochę sobie odpuszczę, no wybaczcie, nie wyobrażam sobie Świąt bez słodyczy ;) A od nowego roku... Zobaczymy, jak będzie. Jeśli uznam, że nadal ma to sens - postaram się wytrzymać jeszcze dłużej.

To jak? Trzymacie za mnie kciuki? :)

6. Niedawno na moim fanpage'u pojawiła się również inna, odrobinę mniej budująca dyskusja. Światopoglądowa. Piszę, że była odrobinę mniej budująca, bo jednak widzę w niej bardzo dużo jasnych stron. Przede wszystkim: cieszę się, że jesteście ze mną niezależnie od różnic między nami. Moje poglądy, z którymi się nigdy nie kryłam, nie są dla Was powodem, by przestać mnie czytać. To imponujące i dziękuję Wam za to.

Po drugie, cieszę się, że mimo różnic jesteśmy w stanie dyskutować w sposób kulturalny, z szacunkiem dla rozmówcy. Poza bardzo nielicznymi wyjątkami, nie obrażaliście się nawzajem, pisaliście merytorycznie, odnosiliście się do poglądów i stwierdzeń, bez ataków personalnych.  Za to też Wam dziękuję.

Osoba, która prowadzi ten blog, to feministka, katoliczka o światopoglądzie mimo wszystko przechylonym bardziej w lewą stronę, wegetarianka, zwolenniczka prawa do wyboru, równości i do kochania swojej drugiej połowy. Uszanuj mnie taką, jaka jestem, bo inna nie będę. Niezależnie od tego, czy powyższy opis podoba Ci się, czy nie - nadal jestem też po prostu blogującą mamą, która potrafi nieźle pisać i z której tekstów możesz dowiedzieć się czegoś wartościowego :)

7. Trochę w związku z tym, o czym pisałam wyżej - kochani, jutro w wielu szkołach odbędzie się "Tęczowy Piątek". Niezależnie od tego, jakie macie poglądy - pomyślcie, proszę, przez chwilę o tych uczniach, nastolatkach, dojrzewających młodych osobach, które odkrywają nieraz z przerażeniem, że pociągają ich osoby tej samej płci. Wiedzą, że mogą spodziewać się z tego powodu wyśmiewania i braku zrozumienia. Niektórzy decydują, że będą się z tym kryć. Niektórzy liczą, że może to tylko tymczasowe, może im przejdzie, może jak się "postarają", to w końcu zaczną czuć pociąg do osób innej płci. Inni nie wytrzymują napięcia, stresu, obaw, a czasem pogardy otoczenia, i robią sobie straszne rzeczy.


Pomyślcie o tych dzieciach, one są wśród nas. Mijasz je na ulicy. Może chodzą do klasy z Twoim dzieckiem. Jeśli istnieje inicjatywa, która pomaga im czuć się na tym świecie trochę bardziej u siebie, jeśli dzięki niej mogą poczuć się choć przez chwilę zrozumiani i akceptowani, to moim zdaniem taką inicjatywę można tylko wspierać.

poniedziałek, 14 października 2019

Jak się blogerki umówiły - o spotkaniu z Mamą Pod Prąd.



Mama Pod Prąd mówiła mi, żebym w relacji z naszego spotkania koniecznie wspomniała o tym, że rozmawiałyśmy o miesiączkach. Potwierdzam, rozmawiałyśmy, oczywiście nie tylko o tym :) Tak naprawdę temat miesiączek pojawił się w kontekście starań o dziecko, w mojej opowieści o tym, jak starałam się długo o Roberta. Przypuszczam, że ten wątek (starań o dziecko, nie miesiączek) pojawia się w większości moich rozmów o macierzyństwie.

Macierzyństwo, podejście do wychowywania dzieci, nasze doświadczenia i anegdoty związane z życiem w rodzinie, to był niewątpliwie główny temat naszych rozmów. Nic dziwnego, w końcu spotkały się dwie blogerki parentingowe.

Jak to się zaczęło


Wydaje mi się bardzo prawdopodobne, że śledzę blog Eli praktycznie od samego początku. Na pewno trafiłyśmy na siebie w którejś facebookowej grupie dla blogerów. Pamiętam, że stuprocentowo kupiła mnie tym tekstem: "Koty, ciąża i... toksoplazmoza". Temat bardzo dla mnie ważny, ujęty rzetelnie i z niesamowitym humorem. I do tego przepiękne zdjęcia kotów Eli! Ja też jestem kociarą, poczułam więc wtedy, że znalazłam pokrewną duszę. Z czasem odkrywałyśmy coraz więcej wspólnych tematów i zaskakujących podobieństw między nami - nasze dzieci są niemal dokładnie w tym samym wieku, nasze związki mają identyczny staż (choć ich historia jest zupełnie inna), słuchamy podobnej muzyki, kochałyśmy się kiedyś w tych samych aktorach :) I obie boimy się pająków!

Te podobieństwa zawsze robiły na nas duże wrażenie, ale chyba jeszcze ważniejsze jest dla nas to, jak bardzo zgadzamy się w różnych istotnych kwestiach. Obie kochamy ludzi bez względu na ich narodowość, kolor skóry, orientację seksualną, wyznanie. Obie wolimy pokazywać życie bez lukru, takie jakie jest. Obie wychowujemy nasze dzieci w duchu rodzicielstwa bliskości. Bardzo lubię czytać teksty Eli, uważam, że są mądre, celne i niezwykle szczere. Cieszę się, że Ela myśli to samo o moich tekstach.

Na początku tego roku podjęłyśmy wspólne postanowienie - musimy się zobaczyć na żywo! Dla dwóch mam, z których każda ma dwoje maleńkich dzieci, to było nie lada wyzwanie. Przekładałyśmy spotkanie dwukrotnie, wreszcie jednak się udało.

Jak się spotkałyśmy?


O godzinie 11:00 (a nawet 10:59!) tego pięknego dnia Ela wysłała do mnie wiadomość: "Szczęśliwa Siódemko, jestem. Ciebie jeszcze nie widzę. :)"

Nic dziwnego, że mnie nie widziała. Co robiłam w tym czasie? Biegłam krzywym chodnikiem wzdłuż całkowicie rozkopanej ulicy, po to, by znaleźć się na kolejnej rozkopanej ulicy i dopiero za ok. kilometr złapałam tramwaj, który zawiózł mnie już bezpośrednio na miejsce spotkania. To jakiś cud, że spóźniłam się tylko 15 minut!

Nazwę to pechem, choć z perspektywy czasu widzę, że można było uniknąć tej sytuacji. Wystarczyło sprawdzić, gdzie w tym czasie trwają w Krakowie prace drogowe. Nie bywam w centrum Krakowa aż tak często, więc ilość nieprzejezdnych ulic mocno mnie zaskoczyła. Ela pomyślała pewnie wtedy, że jestem strasznie niezorganizowana i roztrzepana, nie wpłynęło to jednak źle na przebieg naszych rozmów :)

W spotkaniu brała udział jeszcze jedna wyjątkowa dziewczyna: Natalia, córeczka Eli. Mam wrażenie, że nawiązała się między nami pewna nić sympatii :) Na pewno byłam przez nią obserwowana z wielkim zainteresowaniem!

Rozmawiałyśmy z Elą... trzy godziny, albo i dłużej. Nie liczyłam czasu. Gdy już wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy marchewkowe ciacho, wybrałyśmy się na spacer po Rynku i Plantach. Pogoda udała się niesamowicie, Natalka słodko spała w wózku, mogłyśmy bez końca włóczyć się i rozmawiać.

Zdaje mi się, że nie potrzebowałyśmy nawet chwili na przełamanie lodów czy coś w tym stylu. Od pierwszego uścisku na powitanie byłyśmy po prostu dobrymi koleżankami! W końcu czytamy się od dawna i wiemy o sobie tak dużo. Zdarzało się, że jedna z nas coś zaczynała o czymś mówić, a druga zaraz wtrącała: "Wiem!" albo "Pamiętam, pisałaś o tym". To było aż niesamowite!

O czym rozmawiałyśmy?


Poza tym, że o miesiączkach? :) Kiedy pisałam Wam jakiś czas temu, że planuję napisać relację ze spotkania z Elą, od razu zastrzegłam, że nie będę cytować naszych rozmów :) To nie był wywiad przeznaczony do publikacji, po prostu spotkanie dwóch dziewczyn, które zajmują się blogowaniem. Mogę Wam zdradzić, że mówiłyśmy sporo o naszych dzieciach i rodzinach, o wspomnieniach, o zespole Kelly Family, serialu "Przyjaciele", a także o planach na przyszłość. Obie mamy wspaniałe plany związane z robieniem tego, co kochamy! Patrzcie, to kolejna rzecz, która nas łączy :)

Myślę, że jesteśmy też zgodne co do tego, że musimy się zobaczyć jeszcze raz, albo i wiele razy. Pewnie jeszcze nadarzy się okazja :)

Uwielbiam spotykać się z ludźmi, z którymi dzielę pasję. W Internecie nieraz łatwiej odważyć się na otwartość i szczere rozmowy, jednak tego bezpośredniego kontaktu nic nie zastąpi :) Hm, jeśli mieszkacie lub będziecie przejazdem gdzieś w okolicy Krakowa, Bochni i myśleliście kiedyś o tym, że chcielibyście pogadać ze mną na żywo - piszcie do mnie, może akurat się umówimy :)

A teraz, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, lećcie odwiedzić blog Eli: Mama Pod Prąd :)

piątek, 4 października 2019

Sławków, miasto mojego dzieciństwa :) Kościół, karczma i inne miejsca.



Autorką większości zdjęć jest Magdalena Nowacka-Kolano, artystka pochodząca ze Sławkowa, malarka i ilustratorka.

Rzadko piszę tutaj o miejscach, miastach, zabytkach. W zasadzie - nigdy? :) Teraz jednak nadarzyła się wyjątkowa okazja. W tym miejscu dziesięć lat temu miałam wziąć ślub. Wyszło inaczej ;) Jednak nadal mam ogromny sentyment do Sławkowa, zresztą nie ze względu na niedoszły ślub, a na lata, które w nim spędziłam.

Jedno z najtrudniejszych pytań, które można mi zadać, brzmi: "Skąd jesteś?", bo znam co najmniej pięć prawidłowych odpowiedzi na to pytanie :) Jednak to w Sławkowie spędziłam niemal całe dzieciństwo i okres dorastania. Moi rodzice wyprowadzili się stamtąd w 2012 roku, kiedy byłam już dorosłą osobą. Wszelkie wspomnienia związane z dzieciństwem, z domem rodzinnym, to właśnie Sławków. Aż dziwne, że nie byłam tam od tylu lat! A jeszcze dziwniejsze, że kiedy wreszcie tam pojadę, to będzie niby to samo miasto, ale jednak inne niż je zapamiętałam. I to mieszkanie, które tak dobrze pamiętam, należy już do kogoś innego i wygląda pewnie zupełnie inaczej.

Tak naprawdę wspomnienia to przede wszystkim ludzie, a w drugiej kolejności miejsca. Ale dzisiaj mówimy o miejscach :)

Sławków



Miasteczko małe, ale wyraziste. Jedno z najstarszych miast w Polsce. Położone niemal dokładnie pośrodku między Krakowem a Katowicami, a jeszcze dokładniej - między Olkuszem a Dąbrową Górniczą. Ma urok dawnych lat - ha, to cytat z piosenki o Sławkowie, jednej z wielu, bo to miasteczko inspirowało przez lata licznych poetów i tekściarzy. Wyjątkowo trafny cytat. Kiedy jesteś w Sławkowie, od razu zauważasz, że to miejsce ma historię, że setki lat temu tu również toczyło się życie.

Wiecie, jest coś ciekawego w byciu dziewczyną z małego miasteczka - kiedy tam dorastasz, często go nie doceniasz, marzy Ci się wielkie miasto, wielki świat. Gdy stamtąd wyjedziesz, miasteczko w Twoich wspomnieniach nagle pięknieje, staje się tym wyjątkowym, do którego będziesz tęsknić nawet po wielu latach. Wiecie, o czym mówię?

Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego



Gdy byłam mała, to był mój ulubiony obiekt w Sławkowie, albo i ulubiony w ogóle :) Pamiętam, że mieliśmy w domu bardzo dużo pocztówek ze zdjęciem kościoła. Zgaduję, że musiałam regularnie prosić rodziców, żeby kupili "kościółek"!

Jest bardzo stary i rzeczywiście przepiękny. Pochodzi z XIII wieku, jest jednym z najważniejszych zabytków Sławkowa i jednym z najstarszych zabytków sakralnych powiatu będzińskiego. Wybudowany w stylu przejściowym między romańskim a gotyckim, natomiast wnętrze ma cechy barokowe. Nie będę Wam tutaj robić wykładu z historii sztuki, bo ani nie jestem najlepszą osobą do tego (co innego moja siostra), ani to nie jest adres poświęcony takim zagadnieniom :) Możecie jednak poczytać więcej na temat sławkowskiego kościoła na jego stronie internetowej. A najbardziej polecam odwiedzić Sławków i zobaczyć kościół na własne oczy!



Kościół znajduje się tuż przy Rynku, jest dość wysoko położony i dzięki temu widoczny z daleka. Kiedy przejeżdżasz przez Sławków, widzisz jego wieżę wznoszącą się nad okolicą. Ja mieszkałam na Rynku, więc mijałam kościół dosłownie codziennie. Tuż przy nim znajdowała się też filia szkoły podstawowej, gdzie chodziłam przez pierwsze dwa lata mojej edukacji.




Jedne z najmilszych wspomnień związanych ze sławkowskim kościołem to chyba roraty :) Codziennie po południu chodziliśmy tam razem z innymi dziećmi, oświetlaliśmy sobie drogę lampionami, odliczaliśmy dni do Świąt Bożego Narodzenia... Nie zapomnę też nigdy pierwszej Pasterki, na której byłam. Niespodziewanie spadło wtedy bardzo dużo śniegu. Pogrążony w mroku, przysypany śniegiem kościół wyglądał dosłownie magicznie.

W tym kościele po raz pierwszy śpiewałam psalm :) To było na mojej pierwszej komunii świętej. 

Karczma Austeria


Karczma Austeria
Źródło: slawkow.pl

Kiedy mówię ludziom, że wychowałam się w Sławkowie, rzadko zdarza się, że ktoś kojarzy tę miejscowość. Jeśli już, to pojawiają się skojarzenia związane z ulicą Sławkowską w Krakowie - tak, jej nazwa pochodzi od naszego Sławkowa. Natomiast bardzo sporadycznie, ale jednak zdarza się, że na wzmiankę o Sławkowie ktoś przypomina sobie - a, Sławków, to tam jest ta stara karczma!

To kolejny sławkowski zabytek. Jedna z najstarszych i niewątpliwie najpiękniejsza austeria zachowana do dzisiejszych czasów. Fragmenty fundamentów budynku pochodzą nawet z XIII wieku, natomiast karczma w jej obecnym wyglądzie pochodzi z XVIII wieku. Od tego czasu była oczywiście wielokrotnie remontowana, zmieniał się też jej charakter i rola. Przez pewien czas pełniła funkcję muzeum, potem domu kultury, w latach 2003-2017 funkcjonowała jako restauracja. Nie mam informacji o jej dalszym losie - wiem, że niedawno zmienił się najemca, a strona internetowa i fanpage nie funkcjonują.

Chyba tylko raz miałam okazję jeść obiad w sławkowskiej karczmie. To zrozumiałe, w końcu mieszkałam kilka kroków od niej i jadałam obiady w domu :) Ale ten jeden raz zapadł mi w pamięci, zamówiłam wówczas lokalną specjalność - pierogi z bobem. Coś wspaniałego! W przeciwieństwie do wielu osób, które znam, nieszczególnie przepadam za bobem, co dziwi nawet mnie, bo jestem fanką wszelkich warzyw strączkowych... poza bobem właśnie. Ale te pierogi smakowały po prostu wyśmienicie! Skoro nawet dla mnie były tak pyszne, to co powiedzieliby o nich prawdziwi amatorzy bobu? 

Uwielbiam stare, klimatyczne wnętrze Austerii. Byłam szczerze zainteresowana organizacją wesela w tak wyjątkowym miejscu - choć pewną przeszkodę stanowił fakt, że karczma nie mogła pomieścić zbyt wielu gości, zdaje się, że górną granicę stanowiło 60 osób. Chcieliśmy jednak zaprosić więcej osób.

Z dzieciństwa pamiętam między innymi zajęcia plastyczne, które odbywały się w karczmie, a także spektakl "Kopciuszek", na którym byłam. Przede wszystkim pamiętam jednak, że codziennie przechodziłam obok niej, bo mieszkałam bardzo niedaleko. Mijałam karczmę w drodze do szkoły, do parku, do sklepu. Była stałym elementem mojego codziennego krajobrazu.


Na koniec zapraszam Was do obejrzenia kilku zdjęć autorstwa Magdaleny Nowackiej-Kolano. Fantastycznie oddają klimat Sławkowa!






A Wy? Gdzie spędziliście dzieciństwo? :)

czwartek, 26 września 2019

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło #2



Uwielbiam rozmawiać z Robertem. Zachwyca mnie to, jak łatwo już mogę się z nim dogadać, coś ustalić, a czasem też się pokłócić. Nieraz czuję też, co prawda, że jego niewyczerpalne pokłady energii lada chwila wyprowadzą mnie z równowagi. Z drugiej strony jednak świadomość, że kiedy zadam Robertowi pytanie, to on mi odpowie, w wielu sytuacjach niesamowicie ułatwia mi życie. O takiego syna walczyłam! Uwielbiam także wszystkie zabawne sytuacje, do których nieraz dochodzi, gdy Robert mówi.

Rozmowa przez telefon.


Robert bierze do ręki telefon-zabawkę. Zresztą, gdyby nie miał takiej zabawki, pewnie udawałby, że rozmawia za pomocą klocka albo autka. Jego fascynacja rozmowami telefonicznymi trochę mnie zadziwia, bo ja sama raczej rzadko do kogoś dzwonię, mąż też nieczęsto. Czasem myślę, że Robert zapamiętał rozmowy telefoniczne jako ważny element życia jeszcze... sprzed porodu, wówczas w ciąży pracowałam w firmie, w której często gdzieś dzwoniłam.

Nieważne, w każdym razie Robert bierze do ręki telefon-zabawkę i nagle słyszymy, jak się kłóci, naprawdę ostro kłóci z wyimaginowanym rozmówcą:

NIE RO-ZU-MIESZ? Czemu dzwonisz do mnie do pracy? Wychodzę O DWU-NA-STEJ! Czemu do mnie dzwonisz, kiedy jestem z dziećmi?

W jego ustach brzmi to naprawdę niesamowicie! W takich chwilach dociera do nas, jak bardzo uważnie dzieci obserwują dorosłych. Czasem trzeba się nieźle pilnować, żeby nie powiedzieć czegoś, co Robert może powtórzyć w najmniej oczekiwanym momencie.

Nie wiem, która z Cioć wychodziła o dwunastej, ale szanuję, że nie chciała rozmawiać przez telefon, gdy była zajęta pracą z dziećmi :)

Ja kochany!


Tak, dzieci nasiąkają jak gąbka tym, co do nich mówimy. Robert szybko nauczył się, że jest kochany. Wiem, wiem, że zgodnie z nowoczesnymi metodami wychowania powinnam raczej chwalić go za poszczególne dobre uczynki, np. :

Cieszę się, że tak ładnie posprzątałeś po sobie.

albo:

Dziękuję Ci, że mi pomogłeś.

Tak też mówię, oczywiście. Ale te słowa miłości po prostu same cisną mi się na usta. Robert nauczył się zatem, że kiedy mi pomaga, czy w sprzątaniu, czy poda mi coś, co leży daleko, czy zaopiekuje się braciszkiem - wtedy jest kochany. I sam tak o sobie mówi. Uroczo to brzmi, np. wtedy, gdy wieszamy razem pranie, a Robert przy każdej jednej skarpetce, którą mi podaje, komunikuje głośno: 

- Ja kochany! :)

Mama, idź!


Dwa lata i dziewięć miesięcy to już jest ten wiek, kiedy niestety trzeba czasem powiedzieć rodzicielce w delikatnych słowach, żeby się odpierwiastkowała. Robert stara się być przy tym bardzo konstruktywny i od razu znajduje mi zajęcie. Cóż, myślę, że tego też nauczył się od nas ;)

Idź spać! - usłyszałam raz. Melduję, że polecenie wykonałam z radością, choć nie do końca na serio :)

Idź sikać! - padło innym razem. Cóż, tego nie wykonałam, ale niezmiernie doceniam kreatywność. A dziś usłyszałam:

Idź na bajkę!

Och, synu, z przyjemnością obejrzę sobie jakąś bajkę, kiedy już odrobię się z pracą... 

Ktoś płacze!


Wydaje mi się, że mogę powiedzieć o Robercie, że jest troskliwy. Wnioskuję to po tym, jak odnosi się do brata, a często również do swoich zabawek. Nieraz bawi się w najlepsze, po czym niespodziewanie stwierdza, że jego ulubiony pluszowy miś płacze. Bierze go wtedy na ręce, przytula, głaszcze, całuje, czasem mówi coś w stylu "Jestem tu". Bardzo podobnie pociesza braciszka, gdy mu coś dolega.

Braciszek mnie bije!


Ale nie zawsze jest między nimi tak różowo! Wiecie, to są takie trudne dla rodzica sytuacje, gdy pasowałoby zareagować z pełną powagą, a dosłownie skręcasz się ze śmiechu.

Robert oburzony, w oskarżycielskiej pozie, wyprostowanym paluszkiem wskazuje na braciszka i informuje rodziców:

Braciszek mnie bije!

W tym samym momencie Michał - no, jak to niemowlak, przebiera łapkami, człapu, człapu, ciap, ciap, szeroki uśmiech na pyzatej buźce, zero agresywnych intencji w stosunku do brata, pewnie w ogóle zero intencji, po prostu brat stał w tym miejscu, w którym on akurat przebierał łapkami.

Próbujemy zachować powagę i przerywamy bójkę ;)

Masz pranie!


W relacjach między Robertem a Michałem bardzo często przewija się motyw dzielenia się zabawkami. Robert jest trochę takim typowym dwulatkiem, dla którego wszystko jest "moje", każdego dnia musi się jednak mierzyć z sytuacją, że w domu jest jeszcze jedno dziecko i ono też chce się czymś bawić. 

Autko jest moje, i Tomek (pociąg) jest mój, i buczak (niebieska ciężarówka) jest mój, i wóz strażacki też jest mój - oznajmia tonem nieznoszącym sprzeciwu.

No dobrze, to wszystko jest twoje, to co w takim razie jest braciszka? - pytam.

Lewek! - odpowiada Robert po chwili namysłu.

No, powiem Wam, że to jest coś. To jest gest. Lewek to ukochana zabawka Roberta, którą dostał od cioci na pierwsze urodziny, fantastyczna rzecz, która jeździ, gra i świeci. Podzielenie się lewkiem z braciszkiem naprawdę warto docenić, nawet jeśli autko, Tomek, buczak i wóz strażacki nadal należą do Roberta.

Czasem bywa trudniej. Kiedy mój kochany starszak bawił się konikiem, a mały bardzo się tym konikiem interesował, ciężko było znaleźć Robertowi zabawkę, którą mógłby się z nim bez żalu podzielić. Z braku lepszych pomysłów, wskazał na pracującą właśnie pralkę:

Nie dam ci konika! Masz pranie!

Kochamy się.


Ale nie ulega wątpliwości, że wszyscy się bardzo kochamy, te małe łobuzy też.

- Robert kocha! - zapewnia radośnie nasz starszy synek.
- My też bardzo kochamy Roberta - odpowiadam, wzruszona.
- I kochamy też Michała - dodaje mąż.
- Bo śpi! - uzupełnia Robert z całą swoją logiką dwulatka.

Cóż... Sama nieraz stwierdzałam, że kiedy moje dzieci śpią, kocham je odrobinę bardziej ;)

czwartek, 19 września 2019

BLOGS from HEART 2019 - startuję i głosuję :)


Źródło: http://blogsfromheart.byistniec.pl/

Konkursy to coś, co my, blogerzy, bardzo lubimy ;) Radość, którą dał mi mój wynik w #shareweek2019, do tej pory dodaje mi skrzydeł i motywuje do pracy nawet w słabszych chwilach. Dlatego też z chęcią wzięłam udział w tegorocznej edycji BLOGS from HEART. Już sama nazwa konkursu sprawia, że jego idea jest mi ogromnie bliska - mój blog jest właśnie pisany prosto z serca, bez kalkulacji, bez clickbaitów (no, przeważnie), bez szukania taniej sensacji i bez udawania kogoś, kim nie jestem. Nie stwarzam pozorów idealnego życia, nie udzielam odpowiedzi, których sama nie znam.

No, to tak pokrótce o mnie ;) Oczywiście, liczę na Wasze głosy. Nie będę nawet udawać, że mi na tym nie zależy ;) Chociaż chyba już widać gołym okiem, kto zwycięży w mojej kategorii (i bardzo się cieszę, bo uwielbiam tę blogerkę!), to jednak bardzo chcę powalczyć o jakieś przyjemne miejsce w górnej połowie tabeli. Będę Wam ogromnie wdzięczna za każdy oddany na mnie głos.

Nie piszę jednak tego tekstu tylko po to, by zachęcać do głosowania na mnie. W konkursie bierze udział wielu wspaniałych blogerów. Warto wejść na stronę z listami do głosowania, odwiedzić blogi, których może wcześniej nawet nie znaliście - i zaczytać się, zachwycić, zostać na dłużej :)

Zacznę od mojej kategorii, czyli od końca:

Grupa Tematyczna Szósta - Blogi Pamiętniki i Pozostałe



Wiadomo, że namawiam do głosowania na Szczęśliwą Siódemkę ;) Natomiast w tej kategorii biorą udział również dwie moje najulubieńsze blogerki, Mama Pod Prąd i Madka Roku. Jestem spokojna o ich wysoki wynik, bo mają bardzo oddanych fanów, na których w pełni zasługują :) Jeśli jakimś cudem nie mieliście nigdy okazji ich odwiedzić, najwyższy czas to nadrobić!

Szczęśliwa Siódemka - https://szczesliwavii.blogspot.com/

Mama Pod Prąd - http://www.mamapodprad.pl/

Madka Roku - https://madkaroku.com/

Grupa Tematyczna Druga - Sztuka i Literatura



Przez długi czas w ogóle nie czytałam blogów artystycznych i literackich. Nie wiem, czemu. Chyba szukałam wówczas w blogosferze czegoś innego. Wróciłam do nich, gdy sama mocniej zaangażowałam się w twórczość literacką :) Zauważyłam, że pisarze i poeci dość rzadko biorą udział w konkursach dla blogerów. Teraz też jest podobnie. W tej kategorii można oddać głos na jeden z trzech blogów. 

Mój głos otrzymuje Carrrolina Blog. Pisane przez nią recenzje sprawiły, że zostałam na blogu dłużej, czytałam o kolejnych książkach i niemal od razu zaczęłam się zastanawiać: jak oceniłaby moją powieść? Widzę, że dość surowa z niej recenzentka, tanie chwyty jej nie kupią :)


Grupa Tematyczna Trzecia - Styl Życia (LiveStyle)



Ciężko było mi oddać głos w tej kategorii, tylu lubianych przeze mnie blogerów! Mój głos otrzymuje jednak, niesłusznie pominięta przeze mnie wcześniej Mama na Wypasie, również jedna z moich ulubienic :) Już wspominałam Wam o jej blogu przy okazji #shareweek, teraz tylko podtrzymuję to, o czym pisałam wówczas.

Mama na Wypasie - https://mamanawypasie.pl/

Grupa Tematyczna Czwarta - Podróże i Odkrycia



Z reguły nie czytam podróżniczych blogów, bo przypominają mi o tym, że sama od pewnego czasu trochę osiadłam w jednym miejscu i bardzo rzadko gdzieś jeżdżę. W przyszłym roku to się może zmieni :) Póki co, odwiedziłam wszystkie strony blogów startujących w tej właśnie kategorii. Moim kryterium było: który blog najbardziej zachęci mnie do tego, by zostać dłużej? W którym się zagłębię, zaczytam? A oto i mój zwycięzca, Pakuj walizki. Piękne zdjęcia, niebanalne podejście do tematu podróży. 

Pakuj walizki - https://e-pakujwalizki.pl/

Grupa Tematyczna Piąta - Pasje i Praca



Kolejny trudny wybór - tyle świetnych blogów, i tak różnorodne! Miałam co najmniej trzy typy, zdecydowałam się jednak na Passion Piece, bo skoro nie mogę na nią zagłosować w mojej kategorii, to przynajmniej tutaj to zrobię :) Natalia pisze wspaniale, dociera do wyjątkowego grona osób - dyskusje pod jej tekstami również są warte czytania. Nie zapomnę nigdy tekstu, który napisała o mojej akcji. Jak pięknie ujęła w słowach to, co chciałam przekazać! :)



Bez względu na to, kogo zechcecie wyróżnić - warto poświęcić tę chwilę i zajrzeć na stronę z listami do głosowania. Dla każdego z tych wyjątkowych twórców to będzie znak, że doceniacie ich zaangażowanie i pasję, którymi dzielą się z Wami.

czwartek, 12 września 2019

Znam pewnego dwulatka.




Znam pewnego dwulatka, który regularnie zbiera pochwały, że jest niezwykle grzecznym dzieckiem, nie sprawia żadnych problemów w przedszkolu, da się z nim współpracować, jest pogodny i lubiany w grupie. 

Znam też pewnego dwulatka, który świętego wyprowadziłby z równowagi swoimi wiecznymi histeriami, przekorą, uporem i negatywnym nastawieniem.

Znam dwulatka, który jest inteligentny, umie czytać (!), bardzo stara się pisać, komunikuje się pełnymi zdaniami, próbuje liczyć w dwóch językach, śpiewa piosenki, nazywa kolory, naśladuje zwierzątka. Bez problemu można się z nim dogadać.

Znam też dwulatka, który w ciągu całego spotkania nie powie ani jednego słowa podobnego do ludzkiej mowy (poza często powtarzanym "nie"), a czasem pochłonięty zabawą lub, o zgrozo, bajką, tak zapomina o całym świecie, że po prostu nie słyszy, co się do niego mówi.

Znam dwulatka, który je samodzielnie i chętnie, bez problemu korzysta z nocnika, myje zęby, potrafi sam się umyć, uwielbia rytuały związane z wieczorną kąpielą. Sprząta po sobie i gdyby mógł, całymi dniami zmywałby naczynia. Chciałby jak najwięcej robić samodzielnie.

Znam też dwulatka, który zje kromkę lub jabłko, ale tylko wtedy, gdy mu się podzieli na kawałeczki. Kiedy w ogóle wyrazi chęć zjedzenia czegokolwiek, to jest cisza i wielkie święto w domu, bo dziecko je. Nigdy nie wiadomo, co wybije go z rytmu i spowoduje, że odechce mu się jeść. Nie korzysta z nocnika, wpada w rozpacz na sam dźwięk słowa "kąpiel". Możesz zapomnieć o porządku w domu, kiedy on w nim jest.

Znam dwulatka, który jest starszym bratem i uwielbia swojego małego braciszka. Tuli go, głaszcze, całuje, pociesza, gdy maluch jest smutny. Potrafi przywołać mamę, by poinformować ją, że braciszek czegoś potrzebuje. Dzieli się z nim zabawkami. Śmieje się do niego, bo wie, że go to bawi.

Znam też dwulatka, którego zazdrość o młodszego brata od razu rzuca się w oczy. Zabiera mu wszystkie zabawki, ciągle domaga się uwagi mamy, przegania małego, a nawet czasem podnosi na niego rękę. Oczywiście rodzice są czujni i nie dopuszczają do rękoczynów.

Skąd ja znam tych wszystkich dwulatków? Och, wiecie.

To jest jedno i to samo dziecko. 



Mój starszy syn, moja duma i radość, promyk słońca i żywe srebro. Każdego wieczoru, kiedy zasypia - czuję, jak bardzo odpoczywam... Bo co się działo chwilę wcześniej? Szalone chlapanie w łazience. Skakanie po łóżku i całym pokoju. Głośne śpiewanie piosenek. Udawane rozmowy przez telefon. A to nadal opis tego lepszego dnia, bez histerii i protestów o wszystko.

Odważę się na sformułowanie jakiejś opinii o charakterze, osobowości mojego syna może dopiero wtedy, gdy będzie dorosłym facetem szukającym swojej roli w świecie. Może wtedy spróbuję mu podpowiedzieć, jaki widzę w nim potencjał i predyspozycje, jakie cechy swojego fascynującego charakteru mógłby wykorzystać w przyszłej pracy czy innych zajęciach. Wcześniej - nie. Choć i mnie korci, by go oceniać, próbować określić za pomocą pewnych ram. Myślę o nim jako o pogodnym, przebojowym, kontaktowym, ale widziałam go też, gdy był zawstydzony, przestraszony, niechętny. Cenię jego inteligencję i dobry charakter, ale czasem mam wrażenie, że wystarczy go polać wodą, żeby zamienił się w gremlina.

Mówisz, że jest zazdrosny? Ktoś inny powie, że to niesamowite, jaki z niego kochający i opiekuńczy brat.

Mówisz, że jest źle wychowany? Ktoś inny właśnie się zachwyca jego wspaniałymi manierami.

Może wszyscy przestańmy po prostu tak dużo mówić i zachwyćmy się tymi naszymi dziećmi, które są tak zadziwiające, pełne sprzeczności i ludzkie, że trudno je opisać słowami.


poniedziałek, 9 września 2019

5 lat z życia jednego brzucha.



Dzień zaczynam od dawki hormonów i od serii ćwiczeń. To pierwsze już raczej się nie zmieni, tego drugiego sama nie chcę zmieniać, choć nikt mi już nie każe ćwiczyć. Daje mi to jednak fantastyczne poczucie, że robię coś dla siebie i jestem aktywna, a jeśli przy tym może sprawić, że zdjęcie z 2020 roku będzie wyglądało lepiej niż to aktualne, to chyba warto się starać :)

Jak już kiedyś zauważyłam, w tym roku zapanowała istna moda na porównywanie zdjęć z przeszłości z obecnymi. Ja sama niezależnie od tej mody zawsze lubiłam sporządzać takie zestawienia, przede wszystkim dlatego, że jestem strasznie sentymentalna. Ale w tym zestawieniu chodzi nie tylko o powrót do wspomnień.

Te zdjęcia pokazują coś, o czym pewnie dobrze wiecie, ale być może nieczęsto patrzycie na to w ten sposób. Pokazują, jaką wielką rewolucją dla naszego ciała jest decyzja o zajściu w ciążę. Te zmiany wpływają na cały organizm, na gospodarkę hormonalną, co za tym idzie, na nasze samopoczucie i na równowagę psychiczną. Przyznam, że pomysł na sporządzenie takiego zestawienia przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, po tym, gdy jedna z bliskich osób zarzuciła mi, że stałam się humorzasta... Pomyślałam wtedy: Ej, po dwóch ciążach w krótkich odstępie czasu, dwukrotnych zmianach wagi o 20 kg w jedną i drugą stronę, to niby jaka ja mam być? :)

Zapraszam do podróży w czasie.

2015: Starania o ciążę.


Fot. Michał Buczek

Ten temat przewija się co jakiś czas na blogu, ale chyba nigdy nie pochyliłam się nad nim w sposób wyczerpujący. Zasadniczo, cały rok 2015 (i spory kawałek 2014, a także początek 2016) był dla mnie czasem starania się o pierwsze dziecko. W marcu jeden lekarz zdiagnozował u mnie zespół policystycznych jajników (PCOS), choć sam dziwił się przy tym, że nie wyglądam na osobę dotkniętą tym schorzeniem - typowe objawy to m.in. nadwaga, nadmierne owłosienie. Zaczęłam kurację hormonalną. Kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nie pewien zbieg okoliczności. Przyjechałam do przychodni na umówioną wizytę, aby dostać receptę na kolejną porcję hormonów i dowiedziałam się... że mój lekarz już tam nie pracuje. Przyjęła mnie inna lekarka, która jednak odmówiła wypisania recepty - stwierdziła, że jeśli leczenie do tej pory nie dało rezultatów, to prawdopodobnie przyczyna mojej bezpłodności jest inna. Szereg kolejnych wizyt wykazał, że diagnoza była błędna, nie miałam nigdy PCOS. Źle dobrane leki raczej mi zaszkodziły niż pomogły. Miałam cierpliwie czekać, aż wreszcie się uda. Wiecie, jak to mówią... staranie się o dziecko nie jest nieprzyjemne ;)

Jak wyglądałam? Uczciwość nakazuje przyznać, że to zdjęcie jest wyjątkowo korzystne, to już nie były moje najszczuplejsze czasy. Nie miałam już organizmu dwudziestolatki, która mogła zjeść wszystko i nie przytyć, hormony też pewnie zadziałały po swojemu. Ważyłam 55 kg, co było prawie najwyższą moją wagą w czasach przed dzieckiem. Miałam sporo zmartwień, bo końcówka roku 2014 przyniosła mi duże kłopoty zawodowe i finansowe, których skutki odczuwałam bardzo silnie przez cały następny rok. Raczej nie wpłynęło to dobrze na mój wygląd.

2016: Upragniona ciąża!


Fot. Sobie Jestem

Tak, historia moich starań o dziecko jest znacznie mniej dramatyczna niż wiele innych historii, z którymi mogliście się spotkać. Pewnego dnia po prostu się udało. Mniej więcej w tym czasie, kiedy miałam już zamiar poddać się znacznie poważniejszym badaniom w celu zdiagnozowania przyczyn bezpłodności. Śmiejemy się czasem, że trzeba nam było wyjątkowego dnia - bo początek mojej ciąży datuje się na noc z 29 lutego na 1 marca :)

W pierwszych tygodniach moja ciąża była zagrożona. Potem, gdy zagrożenie minęło - kwitłam, czułam się wspaniale, nie miałam większych dolegliwości. Czasem, zwłaszcza w trzecim trymestrze, robiło mi się słabo. Przeważnie uważałam na siebie bardziej z rozsądku niż dlatego, że naprawdę nie czułam się na siłach, by coś zrobić. Pod koniec zaczęłam odczuwać problemy z chodzeniem i ból bioder. 

Jak wyglądałam? Znajomi dziwili się, gdy mówiłam, że przytyłam aż 20 kg, bo ponoć nie było tego po mnie widać. Ja widziałam. Im bliżej porodu, tym pełniejszą miałam twarz, no i oczywiście wielki brzuch. Nie wiem, jaki miałam obwód w pasie, bo gdy próbowałam rozciągnąć metr krawiecki, by się nim opasać, to go rozerwałam :D Przed ciążą zawsze miałam wąską talię, musiałam się zatem bardzo mocno rozciągnąć, rozrosnąć. Mój kręgosłup, biodra odczuwały, że nagle muszą dźwigać znacznie większy ciężar. Niełatwo było mi znaleźć wygodną pozycję do spania. Za to moje włosy i cera były w świetnej kondycji i przyznam, że nigdy w życiu nie czułam się tak piękna jak wtedy.

2017: Stan po ciąży.


Fot. Joanna Schönborn-Tomczak: Przerwa w dostawie deszczu

Czułam się dobrze, więc też nie szukałam pomocy u żadnych lekarzy. Może niesłusznie? Bywałam zmęczona i senna, ale powiedzmy, że matkom niemowlaków zdarza się to dość często ;) Nie miałam depresji ani problemów zdrowotnych, laktacja bez zarzutu, fantastycznie się odnalazłam w roli mamy. Dość szybko zaczęliśmy się starać o drugie dziecko. Nie chcieliśmy czekać, nauczeni doświadczeniem z poprzednich lat. Wiedzieliśmy już, że w naszym przypadku to może trwać dłużej, niż byśmy tego chcieli. 

Jak wyglądałam? Nie wracałam do sylwetki sprzed ciąży z jakąś wyjątkową szybkością, ale też nie mogę powiedzieć, by mi na tym bardzo zależało. Miałam może drobne momenty słabości, gdy widziałam siebie i swój pociążowy brzuch na zdjęciach. Albo wtedy w czerwcu, gdy zapytano mnie, czy jestem w ciąży. Ale nie było źle, zaczęłam znów pozować do zdjęć, wskoczyłam nawet w dość skąpy strój. Gdzieś pod koniec roku wróciłam do wagi sprzed ciąży - 55 kg.

2018: Druga ciąża!


Fot. Nina Filek

Udało się szybko, co zakrawa na mały cud, biorąc pod uwagę liczne okoliczności, które mogły to upragnione drugie zajście opóźnić. Tym razem było inaczej. Praktycznie w tym samym czasie dowiedziałam się o ciąży i o Hashimoto. Nadal trochę nie mogę uwierzyć, że mam jakąś przewlekłą chorobę. W ogóle nie czuję się jak osoba chora. Za to zyskałam piękne wytłumaczenie dla wszelkich moich huśtawek nastrojów i gorszych stanów :D Ale nie korzystam z tego za często.

Druga ciąża była trudniejsza, więcej dolegliwości, więcej problemów zdrowotnych. Do tej pory wspominam końcówkę października z pewną zgrozą i poczuciem, że dosłownie walczyłam o życie. A w tym wszystkim był też ze mną mały, kochany człowieczek, który musiał zrozumieć, że mama nie może już go nosić na rękach i czasem znika na kilka dni albo leży w łóżku.

Jak wyglądałam? Tym razem brzuszek był widoczny dużo wcześniej, tak naprawdę już w drugim miesiącu dało się go zauważyć - czyli na tym etapie, kiedy niektóre kobiety wolą jeszcze nikomu nie mówić o ciąży! Wcześniej pojawiły się też problemy z chodzeniem. Wagę 75 kg, czyli taką, jak przy pierwszym porodzie, osiągnęłam już na początku ósmego miesiąca. Obawiałam się, że pod koniec ciąży ta waga będzie jeszcze znacznie większa, ale jakimś cudem nie przytyłam już nawet o jeden kilogram. Nie czułam się może już tak wyjątkowo piękna jak w pierwszej ciąży, za to nawet nie zauważyłam, kiedy moje włosy tak bardzo urosły. Pogodziłam się dawno z myślą, że dłuższe niż do połowy ramienia nie będą już nigdy, taka ich uroda, tymczasem teraz są do pasa.

2019: Stan po ciąży.


Zaniepokoiło mnie, że ból bioder i kręgosłupa nie minął po porodzie, tak jak to było za pierwszym razem. Poszłam na konsultację z fizjoterapeutą i dowiedziałam się, że mam rozstęp mięśni brzucha. Dolegliwość, którą opisałam rok wcześniej na blogu, posiłkując się głównie wiedzą z Internetu, poznałam teraz na własnej skórze. Okazało się, że problemy z chodzeniem wynikały pośrednio właśnie z tego - brak oparcia w mięśniach brzucha powodował, że kręgosłup i biodra były nadmiernie obciążone. 

Przez trzy miesiące regularnie uczęszczałam na fizjoterapię. Spotkania wyglądały tak, że najpierw terapeutka oceniała, w jakim stanie są moje mięśnie, potem robiła mi masaż (coś cudownego :)), a następnie wykonywałam ćwiczenia. Z początku bardzo proste, polegające właściwie na samym napięciu mięśni. Zaskoczyło mnie, jak bardzo byłam słaba - w ogóle nie czułam, że mam tam jakieś mięśnie i że one choć trochę pracują! Z czasem było lepiej, a ćwiczenia stawały się coraz bardziej zaawansowane. Na koniec każdego spotkania terapeutka zaklejała mnie taśmami, żeby mięśnie przyzwyczajały się do prawidłowego działania. Nosiłam te taśmy za każdym razem przez kilka dni i śmiałam się, że tak wygląda człowiek bez pępka :D Czułam się z nimi bardzo dobrze, bezpiecznie, stabilnie. Naprawdę pomagały, choć pod koniec pewnie to było działanie bardziej na podświadomość.


Czuję się dobrze. Wydaje mi się, że miałam niezbyt poważną depresję poporodową, choć moje gorsze samopoczucie w tamtym czasie mogło też wynikać z różnych problemów, które mnie wówczas dotknęły, a także, oczywiście z mojego stanu zdrowia. W każdym razie, szybko przeszło :)

Jak wyglądam? Nie narzekam ;) Moje mięśnie są już w dobrym stanie, jednak brzuszek nadal trochę widać. Zauważam go przede wszystkim na zdjęciach. Ważę około 60 kg, z drobnymi wahaniami o 1-2 kg. Nie czuję, żeby to było jakoś strasznie dużo :)


Pięć lat - w czasie których zażyłam całą aptekę hormonów, a jeszcze więcej wyprodukowało moje ciało najpierw w jednej, potem w drugiej ciąży, podczas dochodzenia do siebie po porodach i w czasie karmienia piersią, dwa razy przytyłam i dwa razy "zrzuciłam" 20 kg (no, pięć kilogramów jeszcze zrzucam), obciążałam mięśnie i kręgosłup na wiele możliwych sposobów (a już najzabawniej było wtedy, kiedy w zaawansowanej ciąży brałam 12-kilogramowego Roberta na ręce), rozciągałam skórę, przeżywałam najróżniejsze stresy, napięcia, zmartwienia, no i nie zapominajmy o tym, że dwa razy zostałam rozcięta skalpelem (i drugi raz był dość ekstremalny).

Wszystko dla tych dwóch łobuziaków.


Idealną puentą do tego tekstu byłyby zdjęcia moich uśmiechniętych synków, ale darujcie, nie umieszczam ich buziek w Internecie. Są piękni, uwierzcie na słowo. Pogodni, zdrowi, przytulaśni, dają mi tyle miłości i szczęścia, że dla nich mogłabym i ze czterdzieści kilo przytyć i zjeść ze trzy apteki różnych leków, byle tylko mieć ich w swoim życiu. 

Pomyśl ciepło o swojej mamie, o mamach, które znasz.