Teraz, kiedy siadam do pisania tego tekstu, nie mam jeszcze zielonego pojęcia, jak on będzie wyglądać. Wy widzicie już gotową wersję, tymczasem przede mną jest biała, pusta strona. I milion moich myśli: w którą stronę pójdzie ten tekst? O czym odważę się napisać? Czy kogoś nie zranię tymi słowami?
Mamy prawie połowę czerwca. Oceny prawdopodobnie już wystawione, ale może jeszcze gdzieniegdzie trwają ostatnie zaliczenia, rozpaczliwe próby poprawienia końcoworocznego rezultatu. Czas, kiedy dzieci wielu spośród Was biegają od nauczyciela do nauczyciela i pytają: co mogę zrobić na piątkę, co mogę zrobić na szóstkę?...
Proszę pani, brakuje mi jednego punktu do świadectwa z paskiem...
Dobrze pamiętam to bieganie
Nauczyciele reagowali różnie: od irytacji poprzez głębokie zafrasowanie aż po rozbawienie. Zazwyczaj się zgadzali. Trzeba było opanować dodatkowy materiał, przygotować dodatkową pracę, czasem to była kwestia wzięcia udziału w jakimś konkursie czy wydarzeniu. Prawie zawsze się udawało.
Przy czym ja nie biegałam za nauczycielami dlatego, że brakowało mi jednego punktu do paska. Dla mnie 4,75 to jeszcze nie był wynik na miarę moich ambicji.
Bałam się złych ocen tak, jak dzisiaj bałabym się... nie wiem, czego. Aresztowania? Ciężkiej choroby? Skalpela? Pamiętam, kiedy dostałam pierwszą trójkę. To była ocena za nieładny charakter pisma. Pamiętam, kiedy dostałam pierwszą jedynkę, była za brak zadania. Pierwszą jedynkę za brak wiedzy dostałam dopiero w liceum. Nie przeszkodziła mi w zdobyciu piątki na koniec roku. Pamiętam i te złe oceny, których nie dostałam, bo wzięłam nauczycieli na litość. To nie było z mojej strony wyrachowane działanie. To był autentyczny strach.
Wiecie, kiedy po raz ostatni zostałam zapytana o ocenę, jaką otrzymałam? To było pod koniec 2010 roku, kiedy po studiach starałam się o moją pierwszą pracę. Prawdopodobnie pytanie i tak padło tylko dlatego, że mój pierwszy pracodawca był profesorem AGH.
Dziesięć świadectw z czerwonym paskiem (nie pamiętam, czy w pierwszej klasie było coś takiego jak pasek) od wielu lat nie ma w moim życiu żadnego znaczenia. Za to do moich nagród książkowych czasem jeszcze zaglądam :)
Dziś czuję się trochę oszukana przez życie. Nigdy nie spełniłam niczyich oczekiwań. Rodzice uważali, że za mało się uczę jak na moje możliwości. Rówieśnicy nie znosili faktu, że mam lepsze oceny od nich, a i tak nie jestem zadowolona. Nauczyciele uważali, że nie zasługuję na moje piątki, bo moje zachowanie jest dalekie od wzorowego. Promotorzy na studiach oczekiwali, że będę wiedziała, jaki temat pracy magisterskiej wybrać, skoro mogę pisać o czymś, co mnie interesuje. Kolejni pracodawcy oczekiwali, że będę pewna siebie, kreatywna, spontaniczna i będę myśleć outside the box, a ja tylko chciałam zasłużyć na kolejną piątkę lub szóstkę. Chyba wszyscy liczyli na to, że mimo bycia tak wkurzającą jednostką, w końcu zostanę kimś wyjątkowym i będzie ze mnie przynajmniej tyle pożytku, że będzie można się pochwalić, że się mnie znało. Nie zostałam nikim wyjątkowym.
Swoje własne oczekiwania też dopiero zaczęłam spełniać. Nawet dzisiaj boję się, że znów zawiodę, znów kogoś rozczaruję.
Coraz częściej słyszę o pomyśle, by zrezygnować w ogóle z ocen w szkole
To by była dopiero rewolucja! Mam wrażenie, że wszyscy się jej trochę boją. W końcu od lat jesteśmy przyzwyczajeni do systemu ocen. To zawsze tak działało, i choć może ma wady, to jednak wszyscy ukończyliśmy te szkoły z lepszymi lub gorszymi ocenami na świadectwie. To jest coś, co znamy i na co jesteśmy gotowi. Nie jesteśmy gotowi na to, że oceny nagle znikną.
Ja myślę, że to byłaby świetna zmiana. Oczywiście, nie da się jej wprowadzić z dnia na dzień, ale stopniowo, z rozwagą.
System oceniania w szkole to tak naprawdę to samo, co system kar i nagród. Wiem, piszę oczywistości :) Ale skoro przyznajemy coraz częściej, że można wychować dziecko bez kar, dlaczego nie widzimy szans na szkołę bez jedynek? Jesteśmy przekonani, że uczeń bez bata nad głową się nie nauczy?
Pamiętam, że z niektórych przedmiotów w szkole dość łatwo było dostać piątkę. Trochę to może odbierało tej ocenie prestiż, ale nie sprawiało wcale, że wszyscy przestawali się przykładać. Jeśli nauczyciel potrafił zainteresować uczniów swoją lekcją, nie musiał ich straszyć jedynkami. Jeśli uczeń zaciekawił się danym tematem, nie musiał na każdej lekcji dostawać piątki.
Pamiętam, że kiedyś podeszłam do mojej polonistki i pokazałam jej zadanie domowe - choć stopnie były już wystawione i to zadanie nie miało wpływu na moją ocenę. Pokazałam je nauczycielce, bo byłam zadowolona z tego, co napisałam i chciałam się tym z nią podzielić.
Chciałabym, żeby to zawsze tak działało.
Co zmieniłaby szkoła bez ocen?
- Uczniowie przestaliby czuć, że muszą być równie dobrzy z wszystkiego. Może łatwiej byłoby im wówczas odkryć, co naprawdę ich interesuje.
- Uczniowie przestaliby się ścigać o lepsze oceny, szufladkować się wzajemnie na podstawie tego, jakie wyniki osiągają w nauce (tak, to brzmi jak utopia).
- Uczniowie uczyliby się po to, by zdobyć wiedzę, nie po to, by zdobyć piątkę.
- Nauczyciele mieliby dużo więcej spokoju.
- Skończyłyby się czerwcowe pielgrzymki "po lepszą ocenę".
- Skończyłyby się histerie, bo ktoś dostał jedynkę.
- Może nawet skończyłoby się ściąganie na sprawdzianach? W końcu nikt nie musiałby tego robić w obawie przed jedynką.
To wszystko brzmi tak, że aż ciężko zachować mi względnie poważny ton. Dla osoby z mojego rocznika, z mojego pokolenia, to brzmi po prostu nierealnie. Zwłaszcza dla mnie, po tym wszystkim, co Wam - w dużym skrócie - opisałam. Ale w zasadzie... nie wiem, czemu to musi być nierealne.
Za parę lat mój syn będzie chodził do szkoły. Bardzo prawdopodobne, że któregoś dnia wróci do domu i powie: mamo, dostałem czwórkę. Chciałabym wierzyć, że nie zadam wtedy tego strasznego pytania: a czemu nie piątkę? - ale wiem, że mogę tego nie uniknąć. Bo będę chciała dobrze, bo będę chciała mu pomóc, bo będzie mi zależało, żeby opanował cały materiał. Mam nadzieję, że będę umiała mu przekazać, że tu wcale nie chodzi o oceny.
A może ocen już wtedy nie będzie? ;)
Zapraszam do dyskusji!




