Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 września 2019

5 lat z życia jednego brzucha.



Dzień zaczynam od dawki hormonów i od serii ćwiczeń. To pierwsze już raczej się nie zmieni, tego drugiego sama nie chcę zmieniać, choć nikt mi już nie każe ćwiczyć. Daje mi to jednak fantastyczne poczucie, że robię coś dla siebie i jestem aktywna, a jeśli przy tym może sprawić, że zdjęcie z 2020 roku będzie wyglądało lepiej niż to aktualne, to chyba warto się starać :)

Jak już kiedyś zauważyłam, w tym roku zapanowała istna moda na porównywanie zdjęć z przeszłości z obecnymi. Ja sama niezależnie od tej mody zawsze lubiłam sporządzać takie zestawienia, przede wszystkim dlatego, że jestem strasznie sentymentalna. Ale w tym zestawieniu chodzi nie tylko o powrót do wspomnień.

Te zdjęcia pokazują coś, o czym pewnie dobrze wiecie, ale być może nieczęsto patrzycie na to w ten sposób. Pokazują, jaką wielką rewolucją dla naszego ciała jest decyzja o zajściu w ciążę. Te zmiany wpływają na cały organizm, na gospodarkę hormonalną, co za tym idzie, na nasze samopoczucie i na równowagę psychiczną. Przyznam, że pomysł na sporządzenie takiego zestawienia przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, po tym, gdy jedna z bliskich osób zarzuciła mi, że stałam się humorzasta... Pomyślałam wtedy: Ej, po dwóch ciążach w krótkich odstępie czasu, dwukrotnych zmianach wagi o 20 kg w jedną i drugą stronę, to niby jaka ja mam być? :)

Zapraszam do podróży w czasie.

2015: Starania o ciążę.


Fot. Michał Buczek

Ten temat przewija się co jakiś czas na blogu, ale chyba nigdy nie pochyliłam się nad nim w sposób wyczerpujący. Zasadniczo, cały rok 2015 (i spory kawałek 2014, a także początek 2016) był dla mnie czasem starania się o pierwsze dziecko. W marcu jeden lekarz zdiagnozował u mnie zespół policystycznych jajników (PCOS), choć sam dziwił się przy tym, że nie wyglądam na osobę dotkniętą tym schorzeniem - typowe objawy to m.in. nadwaga, nadmierne owłosienie. Zaczęłam kurację hormonalną. Kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nie pewien zbieg okoliczności. Przyjechałam do przychodni na umówioną wizytę, aby dostać receptę na kolejną porcję hormonów i dowiedziałam się... że mój lekarz już tam nie pracuje. Przyjęła mnie inna lekarka, która jednak odmówiła wypisania recepty - stwierdziła, że jeśli leczenie do tej pory nie dało rezultatów, to prawdopodobnie przyczyna mojej bezpłodności jest inna. Szereg kolejnych wizyt wykazał, że diagnoza była błędna, nie miałam nigdy PCOS. Źle dobrane leki raczej mi zaszkodziły niż pomogły. Miałam cierpliwie czekać, aż wreszcie się uda. Wiecie, jak to mówią... staranie się o dziecko nie jest nieprzyjemne ;)

Jak wyglądałam? Uczciwość nakazuje przyznać, że to zdjęcie jest wyjątkowo korzystne, to już nie były moje najszczuplejsze czasy. Nie miałam już organizmu dwudziestolatki, która mogła zjeść wszystko i nie przytyć, hormony też pewnie zadziałały po swojemu. Ważyłam 55 kg, co było prawie najwyższą moją wagą w czasach przed dzieckiem. Miałam sporo zmartwień, bo końcówka roku 2014 przyniosła mi duże kłopoty zawodowe i finansowe, których skutki odczuwałam bardzo silnie przez cały następny rok. Raczej nie wpłynęło to dobrze na mój wygląd.

2016: Upragniona ciąża!


Fot. Sobie Jestem

Tak, historia moich starań o dziecko jest znacznie mniej dramatyczna niż wiele innych historii, z którymi mogliście się spotkać. Pewnego dnia po prostu się udało. Mniej więcej w tym czasie, kiedy miałam już zamiar poddać się znacznie poważniejszym badaniom w celu zdiagnozowania przyczyn bezpłodności. Śmiejemy się czasem, że trzeba nam było wyjątkowego dnia - bo początek mojej ciąży datuje się na noc z 29 lutego na 1 marca :)

W pierwszych tygodniach moja ciąża była zagrożona. Potem, gdy zagrożenie minęło - kwitłam, czułam się wspaniale, nie miałam większych dolegliwości. Czasem, zwłaszcza w trzecim trymestrze, robiło mi się słabo. Przeważnie uważałam na siebie bardziej z rozsądku niż dlatego, że naprawdę nie czułam się na siłach, by coś zrobić. Pod koniec zaczęłam odczuwać problemy z chodzeniem i ból bioder. 

Jak wyglądałam? Znajomi dziwili się, gdy mówiłam, że przytyłam aż 20 kg, bo ponoć nie było tego po mnie widać. Ja widziałam. Im bliżej porodu, tym pełniejszą miałam twarz, no i oczywiście wielki brzuch. Nie wiem, jaki miałam obwód w pasie, bo gdy próbowałam rozciągnąć metr krawiecki, by się nim opasać, to go rozerwałam :D Przed ciążą zawsze miałam wąską talię, musiałam się zatem bardzo mocno rozciągnąć, rozrosnąć. Mój kręgosłup, biodra odczuwały, że nagle muszą dźwigać znacznie większy ciężar. Niełatwo było mi znaleźć wygodną pozycję do spania. Za to moje włosy i cera były w świetnej kondycji i przyznam, że nigdy w życiu nie czułam się tak piękna jak wtedy.

2017: Stan po ciąży.


Fot. Joanna Schönborn-Tomczak: Przerwa w dostawie deszczu

Czułam się dobrze, więc też nie szukałam pomocy u żadnych lekarzy. Może niesłusznie? Bywałam zmęczona i senna, ale powiedzmy, że matkom niemowlaków zdarza się to dość często ;) Nie miałam depresji ani problemów zdrowotnych, laktacja bez zarzutu, fantastycznie się odnalazłam w roli mamy. Dość szybko zaczęliśmy się starać o drugie dziecko. Nie chcieliśmy czekać, nauczeni doświadczeniem z poprzednich lat. Wiedzieliśmy już, że w naszym przypadku to może trwać dłużej, niż byśmy tego chcieli. 

Jak wyglądałam? Nie wracałam do sylwetki sprzed ciąży z jakąś wyjątkową szybkością, ale też nie mogę powiedzieć, by mi na tym bardzo zależało. Miałam może drobne momenty słabości, gdy widziałam siebie i swój pociążowy brzuch na zdjęciach. Albo wtedy w czerwcu, gdy zapytano mnie, czy jestem w ciąży. Ale nie było źle, zaczęłam znów pozować do zdjęć, wskoczyłam nawet w dość skąpy strój. Gdzieś pod koniec roku wróciłam do wagi sprzed ciąży - 55 kg.

2018: Druga ciąża!


Fot. Nina Filek

Udało się szybko, co zakrawa na mały cud, biorąc pod uwagę liczne okoliczności, które mogły to upragnione drugie zajście opóźnić. Tym razem było inaczej. Praktycznie w tym samym czasie dowiedziałam się o ciąży i o Hashimoto. Nadal trochę nie mogę uwierzyć, że mam jakąś przewlekłą chorobę. W ogóle nie czuję się jak osoba chora. Za to zyskałam piękne wytłumaczenie dla wszelkich moich huśtawek nastrojów i gorszych stanów :D Ale nie korzystam z tego za często.

Druga ciąża była trudniejsza, więcej dolegliwości, więcej problemów zdrowotnych. Do tej pory wspominam końcówkę października z pewną zgrozą i poczuciem, że dosłownie walczyłam o życie. A w tym wszystkim był też ze mną mały, kochany człowieczek, który musiał zrozumieć, że mama nie może już go nosić na rękach i czasem znika na kilka dni albo leży w łóżku.

Jak wyglądałam? Tym razem brzuszek był widoczny dużo wcześniej, tak naprawdę już w drugim miesiącu dało się go zauważyć - czyli na tym etapie, kiedy niektóre kobiety wolą jeszcze nikomu nie mówić o ciąży! Wcześniej pojawiły się też problemy z chodzeniem. Wagę 75 kg, czyli taką, jak przy pierwszym porodzie, osiągnęłam już na początku ósmego miesiąca. Obawiałam się, że pod koniec ciąży ta waga będzie jeszcze znacznie większa, ale jakimś cudem nie przytyłam już nawet o jeden kilogram. Nie czułam się może już tak wyjątkowo piękna jak w pierwszej ciąży, za to nawet nie zauważyłam, kiedy moje włosy tak bardzo urosły. Pogodziłam się dawno z myślą, że dłuższe niż do połowy ramienia nie będą już nigdy, taka ich uroda, tymczasem teraz są do pasa.

2019: Stan po ciąży.


Zaniepokoiło mnie, że ból bioder i kręgosłupa nie minął po porodzie, tak jak to było za pierwszym razem. Poszłam na konsultację z fizjoterapeutą i dowiedziałam się, że mam rozstęp mięśni brzucha. Dolegliwość, którą opisałam rok wcześniej na blogu, posiłkując się głównie wiedzą z Internetu, poznałam teraz na własnej skórze. Okazało się, że problemy z chodzeniem wynikały pośrednio właśnie z tego - brak oparcia w mięśniach brzucha powodował, że kręgosłup i biodra były nadmiernie obciążone. 

Przez trzy miesiące regularnie uczęszczałam na fizjoterapię. Spotkania wyglądały tak, że najpierw terapeutka oceniała, w jakim stanie są moje mięśnie, potem robiła mi masaż (coś cudownego :)), a następnie wykonywałam ćwiczenia. Z początku bardzo proste, polegające właściwie na samym napięciu mięśni. Zaskoczyło mnie, jak bardzo byłam słaba - w ogóle nie czułam, że mam tam jakieś mięśnie i że one choć trochę pracują! Z czasem było lepiej, a ćwiczenia stawały się coraz bardziej zaawansowane. Na koniec każdego spotkania terapeutka zaklejała mnie taśmami, żeby mięśnie przyzwyczajały się do prawidłowego działania. Nosiłam te taśmy za każdym razem przez kilka dni i śmiałam się, że tak wygląda człowiek bez pępka :D Czułam się z nimi bardzo dobrze, bezpiecznie, stabilnie. Naprawdę pomagały, choć pod koniec pewnie to było działanie bardziej na podświadomość.


Czuję się dobrze. Wydaje mi się, że miałam niezbyt poważną depresję poporodową, choć moje gorsze samopoczucie w tamtym czasie mogło też wynikać z różnych problemów, które mnie wówczas dotknęły, a także, oczywiście z mojego stanu zdrowia. W każdym razie, szybko przeszło :)

Jak wyglądam? Nie narzekam ;) Moje mięśnie są już w dobrym stanie, jednak brzuszek nadal trochę widać. Zauważam go przede wszystkim na zdjęciach. Ważę około 60 kg, z drobnymi wahaniami o 1-2 kg. Nie czuję, żeby to było jakoś strasznie dużo :)


Pięć lat - w czasie których zażyłam całą aptekę hormonów, a jeszcze więcej wyprodukowało moje ciało najpierw w jednej, potem w drugiej ciąży, podczas dochodzenia do siebie po porodach i w czasie karmienia piersią, dwa razy przytyłam i dwa razy "zrzuciłam" 20 kg (no, pięć kilogramów jeszcze zrzucam), obciążałam mięśnie i kręgosłup na wiele możliwych sposobów (a już najzabawniej było wtedy, kiedy w zaawansowanej ciąży brałam 12-kilogramowego Roberta na ręce), rozciągałam skórę, przeżywałam najróżniejsze stresy, napięcia, zmartwienia, no i nie zapominajmy o tym, że dwa razy zostałam rozcięta skalpelem (i drugi raz był dość ekstremalny).

Wszystko dla tych dwóch łobuziaków.


Idealną puentą do tego tekstu byłyby zdjęcia moich uśmiechniętych synków, ale darujcie, nie umieszczam ich buziek w Internecie. Są piękni, uwierzcie na słowo. Pogodni, zdrowi, przytulaśni, dają mi tyle miłości i szczęścia, że dla nich mogłabym i ze czterdzieści kilo przytyć i zjeść ze trzy apteki różnych leków, byle tylko mieć ich w swoim życiu. 

Pomyśl ciepło o swojej mamie, o mamach, które znasz. 

czwartek, 16 maja 2019

STRASZNY tekst o porodzie! Czyli: nikt nie powiedział, chociaż każdy wiedział.


Kiedy zostajesz blogerką piszącą o macierzyństwie, na starcie pojawia się dylemat: jak pisać? Pokazywać piękno macierzyństwa czy wręcz przeciwnie, jego gorsze strony? Kreować się na wspaniałą mamę, która zna się na rzeczy, czy śmiało przyznawać się do swoich porażek? Raczej zachęcać, czy raczej przestrzegać?

Myślę, że taki dylemat dotyczy nie tylko blogujących mam, ale w ogóle wszystkich mam, które mają w swoim otoczeniu kobiety dopiero przygotowujące się do macierzyństwa. Co im powiedzieć? Przecież one i tak mogą sobie tylko wyobrażać, jak to jest. I wcale nie wiadomo, czy będą miały tak samo jak Ty. W moim przypadku wiele obaw nigdy się nie sprawdziło, często byłam straszona na wyrost. Te wszystkie legendy o nieprzespanych nocach! Kurczę, ja śpię. Każdej nocy. Czasem zdarzy się pobudka, ostatnio nawet często, ale potem po prostu śpimy dalej. Nauczyłam się w ogóle nie traktować tych pobudek w kategorii zakłócenia snu.

Albo teksty o zimnej kawie. Nie wiem, jak to się dzieje, ale ja zawsze piję ciepłą.

Jednak nie wszystkie strachy były na wyrost. Zdarzyło się i tak, że było wręcz przeciwnie: zapewniano mnie, że nie ma się czego obawiać, a w moim przypadku okazało się, że jednak było. To dotyczy przede wszystkim obu moich porodów.

Nikt nie powiedział...


"Nie chciałam Cię straszyć", napisała mi przyjaciółka po moim pierwszym porodzie. "Uważam, że dobre nastawienie ma też znaczenie".

Oczywiście, że to rozumiem. Co więcej, sama tak robię. Po co mam straszyć młodą mamę, że może być tak, że będzie rodziła całą noc w bólu, a potem i tak ją potną? Przecież znam całe mnóstwo kobiet, którym oszczędzono takich przeżyć. Znam dziewczyny, które nawet się nie zorientowały, że już rodzą, bo nic nie bolało. Znam dziewczyny, dla których skurcze porodowe były bardziej drażniące niż bolesne. Skoro to się zdarza, to po co od razu nastawiać się, że będzie strasznie?

Ja miałam dobre nastawienie. W końcu zawsze byłam odporna na ból. Próg wytrzymałości mam duży. Dlaczego żałuję, że jednak nikt mnie nie ostrzegł? Bo po porodzie, jednym i drugim czułam, że zawaliłam (po drugim czułam to trochę krócej). Bo skoro miało być łatwo, miało być dobrze, a nie było, to chyba musiałam zrobić coś nie tak. Jak to ja. I od razu w myślach wyświetlała mi się cała lista innych rzeczy, z którymi ludzie na ogół nie mają problemu, a ja jakoś mam.

W każdym razie, po tym pierwszym porodzie wiedziałam już, że rodzenie siłami natury to niekoniecznie moja specjalność, byłam za to dość entuzjastycznie, a na pewno spokojnie nastawiona do cięcia cesarskiego. Już wiedziałam, że czasem trzeba, że to też poród równie dobry jak naturalny, że czasem ratuje życie. Już wiedziałam, że nie boli...

Z historią podobną do mojej spotkałam się raz, to znaczy raz, zanim to przydarzyło się mnie. Wyczytałam ją jeszcze jako dziecko w którejś gazetce u babci lub cioci, wiecie, w tych kolorowych czasopismach. Było to opisane jako sensacja, coś nieprawdopodobnego, sytuacja jedna na milion. Oczywiście opis zrobił na mnie wielkie wrażenie. Po porodzie wracał do mnie jak bumerang.

Już wiecie, prawda?

Znieczulenie nie zadziałało.


Tak, poczułam, jak rozcina mnie skalpel.
Nawet pisanie o tym boli.
Wiedziałam, że może być różnie już w chwili, gdy anestezjolog miał jakieś przedziwne kłopoty ze zrobieniem mi zastrzyku. Naprawdę, za pierwszym razem poszło za jednym wkłuciem, a przecież nie było dużo czasu, bo już rodziłam od dawna. Teraz - niby na spokojnie, proszę usiąść, wypiąć plecy - a próbował się wkłuć chyba ze cztery razy. Podobno mogło być tak, że po pierwszym zastrzyku zrobił mi się jakiś zrost i znieczulenie poszło bokiem... Wytłumaczenie dobre jak każde.

Zaczęłam wpadać w panikę, kiedy usłyszałam pytanie "Czy nogi robią się ciepłe?", pytanie rzucone od niechcenia, z pełnym przekonaniem, że musi być dobrze - a moja odpowiedź brzmiała "nie". Potem przez dłuższy czas trwało ustalanie, czy ja jeszcze czuję, czy już nie czuję, aż wreszcie z jakiegoś powodu lekarz uznał, że chyba jednak już nie czuję.

Powiem Wam, że nie od razu się zorientowałam. Pewnie trudno w to uwierzyć, bo jak można się nie zorientować, że jest się rozcinanym bez znieczulenia? Jednak jest coś takiego jak szok. Poza tym wmawiałam sobie, że musi być dobrze. To, co czułam, brałam za zwykły dyskomfort, ale w którymś momencie poczułam, że więcej nie jestem w stanie wytrzymać... Zaczęłam machać nogami, które podobno miały być już nieruchome. Wtedy wszyscy się zorientowali, co się dzieje. Dostałam narkozę.

Generalnie operacji pod narkozą nie polecam, bo rurka do oddychania bardzo podrażniła mi gardło i ciągle chciało mi się kasłać, a na brzuchu miałam świeżą bliznę. Ale to nie było najgorsze. W gorszym stanie była moja psychika. Zanim jakoś to poukładałam w głowie, na zmianę wyrzucałam sobie, że nie wytrzymałam zwykłego cięcia cesarskiego - a w innych chwilach przeżywałam strasznie fakt, że zostałam rozcięta żywcem, rozcięta żywcem, jak ta kobieta z artykułu! Naprawdę nie było łatwo sobie z tym poradzić. Po kilku dniach pogodziłam się z tym, co się stało. Ale nigdy, już nigdy nie chcę rodzić. 

...a każdy wiedział.


Przed wyjściem ze szpitala zdążyłam usłyszeć cztery historie podobne do mojej. Nie, nie byłam wcale długo w tym szpitalu. Nagle się okazało, że każdy zna jakąś kobietę, którą operowano na żywca, albo przynajmniej każdy zna kogoś, kto zna kobietę, którą operowano na żywca.

Serio, jak tu nie przestrzegać, jak nie straszyć, skoro wychodzi na to, że to całe znieczulenie to jakaś loteria - raz działa, a raz nie? Zrobił mi się zrost, jak często po takim zastrzyku robi się zrost? Nie brzmi to jak coś bardzo nietypowego.

Nie dziwi mnie to, że takie historie wychodzą na jaw dopiero po fakcie. Bo przecież kto miałby z czystym sumieniem opowiadać takie straszne rzeczy kobiecie w ciąży? Codziennie przeprowadza się setki cesarek, z pewnością zdecydowana większość z nich przebiega bez zarzutu. Kto mógł przewidzieć, że będzie tak źle? Nikt.

Wiem, że straszę Was teraz.
Wiem, że może mnie czytać kobieta w ciąży.
Ale może mnie też czytać kobieta, która potrzebuje zrozumieć, że naprawdę, czasami coś przebiega niezgodnie z planem i nie dzieje się tak dlatego, że to z nią jest jakiś problem.

Czasami porody nie są dobre.
Czasami cesarka nie przebiega zgodnie z planem.
Czasem nie nakarmisz swojego dziecka piersią. Choć wiele problemów z laktacją da się rozwiązać, to jednak nie wszystkie.
Czasem Twoje dziecko nie da Ci przespać nocy przez dobre kilka lat.
Może być tak, że Twoje dziecko nie będzie zdrowe.
Może się zdarzyć, że nie przed wszystkim je uchronisz.
Możesz mieć depresję. Możesz nie poczuć instynktu macierzyńskiego. Możesz złościć się na swoje dzieci.

Nie jesteś jedyna. Nie jesteś sama. Wszystko jest z Tobą w porządku. Twoje macierzyństwo nadal może być piękne.

Historia pierwszego porodu jest tutaj:
https://szczesliwavii.blogspot.com/2017/03/nie-ty-jedna-miaas-taki-porod.html

środa, 12 grudnia 2018

Mama po raz drugi, czyli: to samo, a jednak inaczej.


Pamiętam, że gdy - już prawie dwa lata temu - pisałam tekst podsumowujący pierwsze trzy miesiące życia Roberta, czułam się jeszcze bardzo niedoświadczona i prawdę mówiąc, niezbyt przekonana:  czy jestem właściwą osobą, wystarczająco kompetentną, by pisać o macierzyństwie?

Słuchajcie, bardzo się cieszę, że napisałam wtedy ten tekst. To prawda, co w nim pisałam - pamięć jest ulotna. Nie jestem już tą samą osobą i nie do końca umiem odnaleźć się w odczuciach, które wtedy opisałam. Naprawdę, to było dla mnie takie trudne? Takie nowe? Naprawdę tak wykończyła mnie nieprzespana noc? Naprawdę byłam tak niepewna siebie?

Dwa lata macierzyństwa nie zmieniły mnie w genialną ekspertkę, która na wszystko zna odpowiedź, ale dały mi luksus bycia osobą doświadczoną na oddziale położniczym. Korzystałam z tego luksusu na wszystkie możliwe sposoby: doradzając młodziutkim mamom, z którymi dzieliłam salę, umiejętnie podając mojemu dziecku pierś i nie przejmując się wcale, że pokarm jeszcze nie ruszył, radząc sobie z własnymi emocjami... Wiem, to brzmi trochę jak przechwałki, ale chodzi mi wyłącznie o podkreślenie, jak wiele się zmieniło. Mama drugiego dziecka to już zupełnie inna pacjentka niż pierworódka. 

Choć ostatnio brakuje mi czasu na wszystko, a już zwłaszcza na pisanie, chciałabym podzielić się z Wami emocjami związanymi z pojawieniem się Michała w naszym życiu.

Jaki on jest maleńki!


Z jednej strony nabyłam doświadczenia, z drugiej strony... Odzwyczaiłam się od tego, że dziecko może być aż takie malutkie i delikatne! Mam wrażenie, że dopiero teraz dopadły mnie pewne obawy, których jakimś cudem uniknęłam za pierwszym razem. Jestem ostrożniejsza, bardziej się boję, że przypadkiem zrobię tej małej istotce krzywdę. Przez dwa lata jako mama rozwijałam się razem z Robertem, razem z nim uczyłam się jego coraz większej samodzielności, współpracy... Teraz muszę zrobić duży krok do tyłu. Znów mam w ramionach bezbronnego noworodka. Widzę, że moje obawy, że tym razem będę już za bardzo niefrasobliwa, nie miały większych podstaw. 

Jacy oni są różni!


Pamiętacie, jak obawiałam się, że moi synowie będą identyczni? Cóż, to kolejna obawa, która się nie sprawdziła :) Chłopcy różnią się od siebie tak bardzo, jak bardzo mogą się od siebie różnić dwaj bracia mający tych samych rodziców. 

Przyznam, że na początku to było dość zaskakujące, tym bardziej, że nie potrafiłam nawet za bardzo określić, do kogo z nas Michał jest podobny. (Ponoć cała mama, ale dla mnie to podobieństwo nie jest aż tak ewidentne). Ale cieszę się, że są różni, każdy z nich jest jedyny i niepowtarzalny, i każdy na swój indywidualny sposób jest przepiękny :)

Robert jest wspaniałym starszym bratem. Jest ciekawy maluszka, chętnie go głaszcze i przytula, najchętniej nosiłby go na rękach, gdybyśmy mu na to pozwolili. Próbuje też częstować go swoim jedzeniem. Zazdrość? Na pewno jest, choć nie tak ewidentna, jak się obawialiśmy. Objawia się raczej w drobnostkach, między innymi w szukaniu mojej uwagi wtedy, gdy zajmuję się maluchem. Ale radzimy sobie z tym. Na pewno nie może narzekać na brak czułości - nadal jest moim ukochanym małym synkiem!

Jaki inny szpital!


Po raz kolejny rodziłam w Bochni. Mam wrażenie, że przez te dwa lata strasznie dużo się tam zmieniło, choć personel jest w dużym stopniu ten sam. Pozytywna zmiana jest taka, że zrobiło się tam - mam wrażenie - o wiele sympatyczniej. Z mojego pierwszego pobytu na oddziale położniczym zapamiętałam przede wszystkim to, że niemal co chwilę ktoś miał mi coś do zarzucenia. Bo źle karmiłam, źle leżałam, źle trzymałam dziecko, źle się ubierałam, nawet dostało mi się za to, że byłam za gruba. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. Wszyscy byli nieopisanie mili i wspierający. Obserwowałam też, jak pomagają mojej koleżance z sali poradzić sobie z początkami karmienia piersią. Widziałam życzliwość i wsparcie, żadnych pouczeń czy pretensji.

Zmieniło się jednak coś jeszcze. Mam wrażenie, że dwa lata temu co chwilę ktoś do nas przychodził, coś sprawdzano, coś badano, dzieci były codziennie badane... Teraz tak nie było. Poza stałymi godzinami porannych i wieczornych obchodów personel był prawie niewidoczny. Po tym pobycie zostało mi wrażenie, że wszyscy jakoś tak... trochę mniej się starali. Cóż, może powinnam powiedzieć - coś za coś.

Ja po porodzie.


Doszłam do siebie znacznie szybciej niż dwa lata temu po urodzeniu Roberta. Kiedy wstawałam z łóżka po raz pierwszy po operacji, zrobiłam to tak szybko, że aż położna była zaskoczona. Oczywiście byłam obolała - nadal trochę jestem - ale nie byłam ani tak osłabiona, ani tak niewyspana jak za pierwszym razem, nie miałam też takiej huśtawki nastrojów.

Niepokoiłam się trochę, że przez to, co zdarzyło się przy moim porodzie, ciężko mi będzie wrócić do równowagi psychicznej. Nie było jednak tak źle. Paradoksalnie, fakt, że miałam powody, by czuć się źle, pomógł mi jakoś uporządkować tę masę emocji. Wszystkie negatywne myśli i odczucia wepchnęłam do jednego worka o nazwie "poród". I już mogłam się skupić na tych pozytywnych :)

Jeśli jesteś młodą mamą i zastanawiasz się nad drugim dzieckiem, jedno mogę powiedzieć Ci z pełnym przekonaniem: za drugim razem będziesz bardziej świadoma, bardziej gotowa. To, co sprawiało Ci trudności na początku przygody z macierzyństwem, za drugim razem będzie po prostu jeszcze jednym elementem Twojej codzienności. Na pewno sobie poradzisz :)



poniedziałek, 19 marca 2018

Kobieto, idź do lekarza! - czyli "Ciotka Zgryzotka" Małgorzaty Musierowicz.



Odkąd pojawiła się informacja, że najnowsza część Jeżycjady już na pewno ukaże się w tym roku, wiedziałam, że na tym blogu pojawi się jej recenzja. Nie mogłam jeszcze wtedy wiedzieć, że to, co przeczytam w książce, będzie tak idealnie pasowało do tematyki tego bloga, która na co dzień związana jest raczej z kwestiami dotyczącymi rodzicielstwa niż z literaturą.

Choć właściwie, mogłam się tego spodziewać. Bohaterki Jeżycjady mają już dzieci i wnuki, właściwie w każdym tomie pojawia się ostatnio jakieś nowe maleństwo. Trudno uciec od tego tematu, a autorka niewątpliwie się w nim lubuje, co widać również w jej wpisach na autorskiej stronie internetowej musierowicz.com.pl.

Ale zanim o dzieciach i o rodzicielstwie, zanim o "Ciotce Zgryzotce", opowiem Wam może, jak to się zaczęło i czemu trwa do dzisiaj.

Dlaczego Musierowicz?


Przeczytałam w życiu naprawdę wiele książek, lepszych i gorszych. Na Jeżycjadę trafiłam, kiedy miałam jakieś siedem lub osiem lat. Pamiętam, że gdy w 1996 roku zobaczyłam w księgarni najnowszą wówczas, jedenastą część Jeżycjady, czyli "Córkę Robrojka", byłam już po kilkukrotnej lekturze wszystkich wcześniejszych tomów. Te książki to moje dzieciństwo, dorastanie, wkraczanie w dorosłość. Cieszyłam się, że mogę sięgać po kolejne książki tej samej autorki i wracać do tych samych postaci, które już zdążyłam polubić, a także poznać nowe, równie barwne i błyskotliwie opisane.

Ulubiona postać? Laura, odkąd się pojawiła. Mam słabość do postaci, które nie są kryształowo pozytywne. Laura jest tak bardzo "moja", że bardziej się chyba nie da: nie dość, że nosi jedno z moich ulubionych imion i reprezentuje ten typ kobiecej/dziewczęcej urody, który zawsze mi się podobał, to jeszcze jest, zupełnie jak ja, niedobrą młodszą siostrą siostry idealnej, tak samo jak ja kocha śpiewać, a w najnowszych tomach okazuje się, że jej perypetie związane z zajściem w ciążę i porodem są bardzo podobne do moich.

Ulubiony tom? Chyba nie potrafię odpowiedzieć, bo zbyt często się to zmieniało. Pod względem literackim najbardziej doceniam "Opium w rosole", za świeżość, humor i najlepiej opisaną nastolatkę doceniam również "Szóstą klepkę". Największy sentyment mam do "Kwiatu kalafiora", najbardziej pomogła mi w okresie dorastania "Ida sierpniowa". W dzieciństwie najbardziej lubiłam "Nutrię i Nerwusa", za powiew przygody. W czasie Świąt zawsze ciepło myślę o "Noelce". Najbardziej chyba jednak skradło moje serce "Dziecko piątku".

Kiedy dzisiaj, jako dorosła kobieta, sięgam po Jeżycjadę, jest to dla mnie tak jakby spotkanie z kimś, z kim w dzieciństwie spędzałam dużo czasu. Niby wiem, że się zmieniliśmy, że żadne z nas już nie jest tamtym dzieciakiem, ale mimo wszystko miło się spotkać, powspominać, dowiedzieć się, co słychać u tamtej osoby, która kiedyś była tak bardzo bliska. 


Co z tą Zgryzotką?


Pewnym zakłopotaniem napawa mnie fakt, że jestem w mojej opinii na temat "Ciotki Zgryzotki" znacznie łaskawsza niż znajome mi osoby, z którymi zazwyczaj zgadzam się, jeśli chodzi o ocenę kolejnych tomów Jeżycjady. Chociaż po przeczytaniu książki mam wyjątkowo mieszane odczucia, to jednak przeważają w nich wrażenia pozytywne. 

Jednym z najczęstszych zarzutów zarówno wobec książki, jak i wobec autorki jest jednoznacznie i bezkompromisowo lansowany światopogląd, że kobieta może znaleźć szczęście tylko i wyłącznie w związku małżeńskim (najlepiej ze swoją pierwszą miłością) i z dzieciątkiem przytulonym do piersi. Odniosłam się już raz do tego poglądu w moim wcześniejszym tekście na temat Jeżycjady. Świadomość, że taką, a nie inną wizję życia kobiety lansuje moja niegdyś ulubiona autorka, jest dla mnie o tyle mało bolesna, że sama jestem przecież szczęśliwą żoną i matką. Pewnie znacznie trudniej by mi się to czytało, gdybym była singielką, która ani myśli o zakładaniu rodziny.

Na samym początku książki czułam w niej swego rodzaju pęknięcie. Bo z jednej strony jest główna bohaterka, szesnastoletnia Nora Górska, która z dość oczywistych względów nie znosi swojego imienia. I ta postać, wraz ze swoim nastoletnim buntem, poczuciem, że jest niezrozumianą, niedocenianą i niedostrzeganą, ze swoją topornością i niezdarnością, z pewnym zakłopotaniem faktem, że przestaje być dziewczynką i powoli staje się kobietą, z pierwszym zakochaniem, z bardzo celnymi nieraz obserwacjami na temat swojej licznej rodziny - ta postać jest napisana dobrze, spójnie, realistycznie. Choć nie ukrywam, że jednak czegoś mi w tym opisie brakuje. Kiedy czytałam o również szesnastoletniej Cesi Żak z "Szóstej klepki", miałam poczucie, że trzecioosobowy narrator naprawdę silnie identyfikuje się z postacią tej dziewczyny i rozumie ją. Kiedy czytałam o Patrycji - Pulpecji, do której Nora jest tak bardzo podobna, dostrzegałam w spojrzeniu narratora może trochę pobłażliwej ironii, ale jednak nadal czułam więź, porozumienie. Kiedy czytam o Norze, mam wrażenie, że narrator patrzy na nią z perspektywy nawet nie matki, ale babci, patrzy i dobrodusznie pokpiwa, że takie to młode, głupie, nie wie jeszcze, czego chce, jeszcze dorośnie i nabierze ogłady. Cóż, obawiam się, że tego już się nie da przeskoczyć - autorkę i opisywane przez nią nastolatki dzieli już chyba zbyt duża przepaść pokoleniowa. Może po prostu nie da się w pełni zidentyfikować z kimś, kto jest w wieku Twoich wnuków.

Niemniej, Nora da się lubić. Z drugiej strony natomiast jest postać jej ciotki, Idy, która w zamierzeniu odautorskim ma być chyba zabawna i ekscentryczna, w rezultacie jest jednak irytująca i sztuczna. Mam wrażenie, że pisząc postać dorosłej Idy, autorka wpadła w pewną pułapkę: najpierw zrobiła z niej zupełną wariatkę, a potem próbowała ocieplić wizerunek Idy, zachowując jednocześnie konsekwencję i spójność postaci. Trochę to karkołomne. Po pierwszym intensywnym wystąpieniu Ida usuwa się jednak na dalszy plan, a książka bardzo na tym zyskuje. Jej siostry zresztą też należą raczej do tła. W moim odczuciu, Norze udało się to, co nie udało się większości postaci z młodszego pokolenia rodu Borejków - naprawdę jest główną bohaterką swojej książki. Jedynymi, którzy w znaczącym stopniu kradną jej show, są inni młodzi: Józinek i Dorota, Ignaś i Aga, Róża i (nieobecny) Fryderyk.

Zatem, co słychać u młodzieży?


Józinek i Dorota nie odzywają się za dużo, jak to oni, co w moim odczuciu jest kolejną zaletą książki - och, jak ja nie lubię Józka! Natomiast ich wesele i przygotowania do niego tworzą w dużym stopniu oś wydarzeń w książce (oraz, jak dla mnie, są głównym źródłem irytacji). Dorotka jest idealną musierowiczowską panną młodą: nie stroi się, nie maluje, nie przejmuje, po prostu śliczna, skromna, grzeczna wnusia. Wesele jest organizowane w kilka dni, ale to wystarczy, by pojawiły się na nim wszystkie ważniejsze postaci z poprzednich tomów. Nawet jeśli - co prawdopodobne - Józinek z nimi słowa w życiu nie zamienił.

Ignaś i Aga są młodym małżeństwem i spodziewają się dziecka. Podoba mi się, jak są opisani - bez lukru, ale życzliwie. Agnieszka, wrażliwa artystka, jest w ciąży dość humorzasta i zachowuje się co najmniej nieracjonalnie, o czym napiszę później nieco więcej. Ignaś ma dla niej mnóstwo cierpliwości i miłości. Jest naprawdę sympatyczny, choć niewątpliwie pod pantoflem żony. Podoba mi się zresztą spostrzeżenie, że Aga, pozornie taka delikatna, w rzeczywistości rządzi całą rodziną i każdy się jej słucha. To takie prawdziwe. Znam w moim otoczeniu takie osoby; są tak wrażliwe, że nikt nie chce zrobić im przykrości i w efekcie wszyscy im ustępują.

Wątek Róży i jej problemów małżeńskich jest dla mnie dość dziwny i nie do końca wiem, co o nim myśleć, jednak trochę się cieszę, że choć jedno małżeństwo w Jeżycjadzie przeżywa jakieś trudne chwile, i że ten opis nie jest jednoznaczny, czarno-biały.

O czym jeszcze warto wspomnieć?


Najbardziej uroczym i chyba najbardziej humorystycznym wątkiem w książce jest fascynująca relacja między Ignacym seniorem a pieskiem Bobkiem. Już pierwsza scena z ich udziałem mnie urzekła. Zupełnie jakbym widziała mojego tatę i jego pieska! 

Pewne wzruszenie i rozczulenie wywołały we mnie również nieliczne, ale wyraziste sceny ukazujące małżeńskie relacje Patrycji i Florka oraz Gabrysi i Grzesia, czyli tego nieco starszego pokolenia. Mam wrażenie, że autorka od dłuższego czasu stara się przekonać czytelników, że te małżeństwa są naprawdę udane, i w tym tomie rzeczywiście to widać.

Ogólnie, w odbiorze książki mocno przeszkadza mi fakt, że co chwilę widzę w niej próby polemiki z czytelnikami i chęć zaspokojenia ich oczekiwań. Jesteście ciekawi, co słychać u dawno niewidzianych bohaterów? To proszę bardzo, władujemy ich wszystkich na wesele Józków, nawet jeśli zaproszenie dostali dwa dni wcześniej! Narzekacie, że wszystkie młode matki radzą sobie idealnie w nowej roli, a wszystkie małżeństwa są cukierkowo szczęśliwe? To proszę, popsujemy małżeństwo Róży, a Agę pokażemy w roli młodej matki przerażonej macierzyństwem. Przeszkadza Wam wysyp par, które zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia i zaraz muszą brać ślub? To proszę bardzo, macie Norę, która... Nie, nie będę zdradzać zakończenia. Trochę rozumiem, skąd się bierze u autorki taka chęć dogodzenia czytelnikom, jednak przez to mam poczucie, że to, co czytam, nie jest do końca autentyczne.

Co jeszcze mi przeszkadza? Autorska niechlujność, skutkująca m.in. tym, że nikt z Borejków już nie pamięta, że Grzegorz Stryba ma córkę z pierwszego małżeństwa, Elkę, a czternastoletnia Mila i nieco starsi od niej synowie Natalii opisywani są jak jakieś przedszkolaki. Widoczna w narracji dziwna niechęć do aktywności ruchowej i sportu, a zarazem ciągła krytyka (wyrażona przeważnie ustami Idy) osób, które mają parę kilogramów za dużo. Ba, w "Ciotce Zgryzotce" dostaje się nawet ropuchom, że są niestety tłuste.

Światopogląd wylewa się oczywiście z każdej strony; nowy kolega Łusi jest co prawda Japończykiem, ale jest w porządku, bo ochrzczony, a w dodatku cytuje Homera, jest więc idealnym kandydatem do ręki Pałysówny. Nie, żeby się już oświadczał czy coś.

Wybaczcie, że opisuję to wszystko tak skrótowo, ale mam poczucie, że ten tekst rozrasta się do trochę zbyt dużych rozmiarów, a chcę jeszcze przejść do wątku, który wzbudził we mnie najwięcej emocji.

Kobieto, idź do lekarza!


... czyli Agnieszka i jej ciążowe perypetie.

Wrażliwa artystka bardzo boi się ciąży, porodu i macierzyństwa. Do tego stopnia, że po kilku wizytach u lekarza poczuła się na tyle wystraszona, że dla własnego komfortu zrezygnowała z dalszych wizyt. Jakie to będzie miało dla niej konsekwencje, dowiecie się z książki, jeśli ją przeczytacie. Moim zdaniem autorka i tak potraktowała nieodpowiedzialną Agę bardzo łaskawie, no ale w końcu to są książki dla młodzieży.

Po wielu przemyśleniach na ten temat stwierdzam, że to jednak dobrze, że taki wątek się pojawił. Bo przecież my nie wiemy o tym, ale takich młodych dziewczyn jak Aga może być więcej niż nam się wydaje. Niedawno na jednym blogu przeczytałam historię nastoletniej matki, która bała się powiedzieć komukolwiek o ciąży, i w konsekwencji udawała, że nic się nie dzieje chyba gdzieś do siódmego miesiąca. Domyślam się, że takich historii jest sporo. Przerażone nastolatki, beztroskie kobiety przekonane, że jakoś to będzie, osoby panicznie bojące się lekarzy... Choć mnie samej z trudem mieści się to w głowie, jestem świadoma, że istnieją kobiety, które widzą lekarza po raz pierwszy przy porodzie.

Uważam, że to naprawdę dobry pomysł, że becikowe i inne świadczenia rodzicielskie są wypłacane pod warunkiem, że młoda mama ma udokumentowaną opiekę lekarską przynajmniej od 10 tygodnia. Pieniądze to świetny motywator, czy się nam to podoba, czy nie. Nawet jeśli młoda matka sama nie dostrzega potrzeby pójścia do lekarza, zmotywuje ją do tego perspektywa otrzymania świadczeń.

W książce nie pojawia się ten argument, pojawia się natomiast inny: lekarz prowadzący ciążę ma szansę jak najszybciej wykryć nieprawidłowości. Może stwierdzić, czy są przeciwwskazania do porodu naturalnego i skierować młodą mamę na cięcie cesarskie. Jeśli w grę wchodziłyby jakieś wady wrodzone płodu, dzięki ich wczesnemu wykryciu jest szansa na to, by odpowiednio szybko podjąć leczenie. Współczesna medycyna pozwala nawet na wyleczenie niektórych chorób jeszcze w łonie matki. Nie będzie to jednak możliwe, jeśli matka zrezygnuje z opieki medycznej.

To lekarz ocenia, czy ciąża jest zagrożona. Ja nie miałabym szans donosić ciąży, gdyby nie lekarz. Mojego dziecka by nie było.

Nie mam pewności, czy to przesłanie autorki jest wystarczająco czytelne dla wszystkich młodych czytelniczek. Wierzę, ze sama odczytałam je właściwie. Chciałabym zatem podkreślić je z całą dosłownością, na jaką mogę sobie pozwolić: Trzeba korzystać z opieki medycznej w ciąży. Unikanie lekarza jest nieodpowiedzialne, może grozić śmiercią matki i dziecka.

Czy polecam tę książkę?


Cóż, jeśli po wszystkim, co napisałam na jej temat, masz ochotę ją przeczytać, to chyba... polecam ;) Można się uśmiechnąć, można się wzruszyć, kwestie światopoglądowe zostawiam każdemu do indywidualnej oceny.

wtorek, 9 stycznia 2018

Dlaczego po porodzie zostaje brzuszek?

Przyznam się Wam do bardzo głupiej rzeczy, którą zrobiłam. 


Do tej pory nawet mój mąż o tym nie wiedział, bo naprawdę nie ma się czym chwalić. Ale dzisiaj, specjalnie dla potrzeb tego tekstu, pokażę się Wam z nieco gorszej strony.

To był początek lata, upalny czerwcowy dzień, czyli nieco ponad pół roku po porodzie. Miałam na sobie cienką, przewiewna sukienkę, a pod nią krótkie spodenki, które miały za zadanie utrzymywać w ryzach mój nadmiar kochanego ciałka. Jednak okazało się, że w takim stroju jest mi za ciepło. Zdjęłam spodenki, godząc się z tym, że wypłynie z nich to, co miały skrywać, czyli wyraźny brzuszek. Łudziłam się, że mimo wszystko wyglądam w miarę szczupło i zgrabnie. Przecież wiele jest kobiet, które mają szczupłą sylwetkę i tylko trochę więcej ciała na brzuchu. Nie wyróżniałam się jakoś szczególnie.

Musiałam tego dnia udać się do apteki po maść dla Roberta, który miał wtedy odparzenia. Stanęłam w kolejce. Wyminęła mnie zgrabna młoda kobieta, podeszła do okienka i zapytała, czy ona jako osoba w ciąży zostanie obsłużona poza kolejką. Aptekarka potwierdziła. Uśmiechnęłam się mimowolnie do swoich wspomnień z czasu ciąży, jeszcze przecież tak bardzo świeżych. Może właśnie ten uśmiech sprawił, że nagle aptekarka i klientka zaczęły się szeptem konsultować, zerkając na mnie, a potem jedna z nich (nie pamiętam, która) zapytała:
- Przepraszam, czy pani też jest w ciąży?

Zaprzeczyłam i w pierwszej chwili parsknęłam śmiechem. Później jednak dotarło do mnie, że z nas dwóch ja zdecydowanie bardziej wyglądam na osobę w ciąży i jakoś mnie to przytłoczyło, i po prostu stamtąd wyszłam.

Pożałowałam tej reakcji już w momencie zamykania za sobą drzwi. Nie wiedziałam jednak, jak odkręcić to, co właśnie zrobiłam. Doskonale wiedziałam, że żadna z nich nie zamierzała być wobec mnie złośliwa i to nie ich wina, że mam brzuch, jakbym była kilka miesięcy przed porodem, a nie kilka miesięcy po. Może jakoś minimalnie tłumaczy mnie fakt, że miałam tego dnia zły humor, byłam zmęczona i tak naprawdę pytanie o to, czy jestem w ciąży, było tą jedną małą kroplą, która przelała czarę. Wiedziałam, że tak naprawdę nie spotkała mnie żadna przykrość. Jeśli któraś z tych pań jakimś cudem czyta moje słowa, niech przyjmie moje najszczersze przeprosiny. 

Ja po prostu już chciałam być znowu szczupła, znowu atrakcyjna, podobać się sobie w lustrze i na zdjęciach.

Zgodzę się z każdym, kto powie, że trudno uznać moją reakcję za normalną. Natomiast z pewnością nie jestem jedyną kobietą, dla której zbyt duży brzuch po porodzie stanowił problem. To zdarza się dość często. Sama pamiętam, jak parę lat temu na ślubie przyjaciółki spotkałam młodą mamę z malusieńkim niemowlakiem. Miała bardzo duży brzuch, w pierwszej chwili byłam przekonana, że zaszła w ciążę po raz drugi i lada chwila urodzi maluszkowi rodzeństwo. Potem dopiero policzyłam, że to by było nierealne ;) Brzuch został po porodzie.

Dlaczego tak się dzieje? 


Powody mogą być różne, od zupełnie zwyczajnych po bardziej skomplikowane, związane z komplikacjami medycznymi, wymagające rehabilitacji i leczenia. Jeśli niepokoi Cię wygląd Twojego brzucha po porodzie i uważasz, że powinien być już znacznie mniejszy, może warto skonsultować się z lekarzem. Im wcześniej wykryta zostanie nieprawidłowość, tym większe szanse, że uda się ją szybko i bezproblemowo wyleczyć.

Oto niektóre z możliwych przyczyn dużego brzuszka po porodzie:

  • Ciało jest rozciągnięte po ciąży. W czasie ciąży na Twoje ciało oddziałują hormony, które sprawiają, że Twoja skóra i mięśnie brzucha rozciągają się i powiększają, aby umożliwić Ci donoszenie dziecka. Jak wielkie są to zmiany? W moim przypadku - obwód w talii zwiększył się przynajmniej dwukrotnie. Widzisz, jak bardzo ciało musi się rozciągnąć w ciągu tych kilku miesięcy? Po porodzie nadal jesteś pod wpływem hormonów. Karmienie piersią jeszcze dodatkowo wydłuża działanie hormonów. Zatem nawet jeśli dziecko "wyciąga" z Ciebie kilogramy, nawet jeśli odzyskałaś już wagę sprzed ciąży, Twoja sylwetka może jeszcze przypominać tę ciążową. 
  • Mięśnie brzucha są osłabione i niewydolne. Czy przed ciążą dbałaś o mięśnie brzucha? A może jesteś szczęściarą, która po prostu otrzymała silne mięśnie brzucha od Matki Natury? Bez względu na to, która odpowiedź jest właściwa, w czasie ciąży nie masz w zasadzie żadnego wpływu na zachowanie mięśni Twojego brzucha. Po urodzeniu dziecka Twoje ciało musi sobie przypomnieć, jak te mięśnie wcześniej działały. To trochę potrwa. Nie rzucaj się od razu w wir ćwiczeń! Daj sobie czas. Póki Twoje mięśnie nie będą pracowały prawidłowo, zwykły trening może być zupełnie nieskuteczny, a wręcz prowadzić do kontuzji i uszkodzenia innych mięśni. Warto skorzystać z pomocy fizjoterapeuty lub trenera, który umiejętnie dobierze Ci ćwiczenia, żeby nie groziło Ci przetrenowanie.
  • Pozostałe mięśnie również są osłabione. Głębokie mięśnie stabilizujące ciało, mięśnie macicy, przepona, mięśnie pleców i pośladków... Wszystkie te mięśnie działają w ciąży inaczej niż zwykle i po porodzie potrzebują czasu, by wrócić do właściwej formy. Osłabienie tych mięśni sprzyja przybieraniu niewłaściwej postawy ciała (o czym więcej napiszę w następnym punkcie) i utrudnia powrót do wcześniejszej formy za sprawą zwykłych ćwiczeń, za pomocą których dawniej dbałaś o swoją sylwetkę. 
  • Przyzwyczajenie. Ja do tej pory (ponad rok po porodzie) łapię się na tym, że stojąc przybieram czasami postawę wygodną dla osoby z bardzo dużym brzuchem. Mocno opieram się na nogach, wysuwam biodra i brzuch do przodu. Tak mi jest wygodnie. Niestety, taka postawa ani nie wygląda dobrze, ani nie sprzyja powrotowi do dawnej formy. Zanim zaczniesz forsowną pracę nad mięśniami brzucha, przyjrzyj się najpierw swojej postawie. Obejrzyj się w lustrze. Czy stoisz wyprostowana tak samo, jak przed ciążą? Czy nie próbujesz mimowolnie chronić brzucha przed wysiłkiem? Niech Twoim pierwszym ćwiczeniem będzie przyjęcie prawidłowej wyprostowanej postawy.
  • Nieprawidłowa dieta. Oczywiście, trzeba rozważyć i taką możliwość. Szczególnie jeśli w ciąży jadłaś wszystko, na co miałaś ochotę. Warto skonsultować się z dietetykiem i przeanalizować swój sposób odżywiania. Drastyczna zmiana diety nie jest wskazana, ale czasem wystarczy zmienić po prostu kilka przyzwyczajeń.
Warto podkreślić to jeszcze raz - jeśli zbyt szybko zaczniesz forsowny trening i będziesz walczyć o powrót do sylwetki sprzed ciąży, możesz nie tylko nie uzyskać wymarzonych rezultatów, ale też poważnie sobie zaszkodzić. 6 tygodni to minimum czasu, który po prostu musisz odczekać, zanim weźmiesz się za jakiekolwiek ćwiczenia. Możliwe też, że będziesz potrzebować więcej czasu. To są indywidualne kwestie, które warto konsultować z lekarzem i/lub fizjoterapeutą.

Na stronie Trening dla mam znajdziesz wiele przydatnych informacji na temat ćwiczeń, które pomogą Ci wrócić do formy sprzed ciąży. Warto tam zajrzeć i zapoznać się m.in. z filmami prezentującymi ćwiczenia odpowiednie dla mam.

Wspomniałam wcześniej, że przyczyny problemu ze zbyt dużym brzuchem mogą być różne i nieraz wymagają interwencji lekarza. Jeśli czujesz, że mimo upływu czasu zbyt długo nie wracasz do formy, warto sprawdzić, czy nie cierpisz na diastasis recti.

Diastasis recti, czyli rozejście mięśni brzucha.

Żródło: http://ciaza.siostraania.pl

Czasem zdarza się tak, że rozciągnięte w czasie ciąży mięśnie brzucha nie wracają na swoje miejsce, lecz rozchodzą się na boki. Między nimi powstaje pusta przestrzeń. Kiedy dojdzie do rozejścia mięśni brzucha, nawet najbardziej intensywny trening nie pomoże Ci samodzielnie wrócić do sylwetki sprzed ciąży.

Na tę przypadłość najbardziej narażone są młode mamy, których dzieci mają dużą wagę urodzeniową lub mamy będące w ciążach mnogich. Zdarza się też, że rozejście mięśni następuje wtedy, kiedy dla matki to jest już kolejna ciąża i mięśnie brzucha są po raz kolejny rozciągane i osłabiane. Tak naprawdę może się to zdarzyć każdej z nas.

Diastasis recti może być widoczne już w ciąży, szczególnie w jej późniejszym okresie. Po porodzie można tę dolegliwość w miarę łatwo zdiagnozować samodzielnie. Należy w tym celu położyć się płasko z ugiętymi nogami (stopy dotykają ziemi), unieść lekko głowę i przesunąć palcami od mostka do pępka. Jeśli wyczuwasz wgłębienie, jakby "dziurę", to prawdopodobnie cierpisz właśnie na tę przypadłość. Skontaktuj się z lekarzem! Im wcześniej wykryte zostanie rozejście mięśni, tym większa szansa na poprawę dzięki specjalnie dostosowanym ćwiczeniom. Przy zaawansowanym stopniu rozejścia mięśni pomóc może jedynie operacja.

Osoby cierpiące na diastasis recti muszą szczególnie uważać, by nie pogłębić rozstępu. Nie powinny dźwigać ciężkich rzeczy ani wykonywać tradycyjnych ćwiczeń jak np. brzuszki.

Przepuklina poporodowa.


Kolejnym problemem, który wiąże się z osłabieniem rozciągniętych mięśni brzucha, jest przepuklina poporodowa. Jest to patologiczne uwypuklenie, które powstaje, gdy narząd lub tkanka tłuszczowa wciska się w otwór lub słaby punkt w mięśniu. Przepuklina może być z początku zupełnie bezbolesna i można jej nie zauważyć, dopiero z czasem wypukłość się powiększa i może boleć. 

Nieleczona przepuklina może stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia. Leczy się ją wyłącznie operacyjnie. Podobnie jak w przypadku rozejścia mięśni, należy unikać dźwigania ciężarów oraz forsownych ćwiczeń. Trzeba również dbać o układ trawienny, przede wszystkim starać się nie doprowadzać do wzdęć.

Duży brzuch po porodzie nie jest zatem wynikiem zaniedbania.


Wiem, że łatwo powiedzieć - ale nie powinnaś czuć się źle z jego powodu. Na pewno nie jest to powód do wstydu. Twoje ciało potrzebuje czasu i specjalnego traktowania, żeby zregenerować się po niezwykłym wysiłku, którego dokonało - po noszeniu w sobie Twojego dziecka.

Źródła

Pisząc tekst, starałam się korzystać głównie z własnej wiedzy oraz z relacji osób obeznanych z tematem. Ta wiedza okazała się jednak niewystarczająca, by napisać wartościowy informacyjny tekst. Wspierałam się zatem informacjami znalezionymi w Internecie, w szczególności tymi wymienionymi poniżej:


poniedziałek, 27 listopada 2017

Dzieci, których nie ma.


Obiecałam, że poruszę ten temat, a staram się zawsze dotrzymywać słowa. Temat jest dla mnie podwójnie trudny, a raczej trudny na dwa sposoby: po pierwsze dlatego, że nasuwa same smutne skojarzenia; po drugie dlatego, że dla mnie samej jest jednak obcy. Osobiście nigdy tego nie doświadczyłam.

Kiedy zastanawiałam się, jak zacząć ten wpis, spojrzałam przelotnie na kalendarz i zobaczyłam tam datę 27 listopada. Przypomniało mi się, że myślałam kiedyś, że to będzie data mojego porodu. A potem pomyślałam o prawdziwej dacie mojego porodu, czyli o 13 grudnia. Przypomniałam sobie, jak to wtedy było.

Byłam wykończona i prawie cały dzień przespałam, ale w którymś momencie zdecydowałam się jednak zalogować do Facebooka i napisać coś tym wszystkim osobom, które oczekiwały wieści ode mnie. Zanim zdążyłam odczytać powiadomienia, moją uwagę przykuło zdjęcie smutnej twarzy koleżanki, która - jak doczytałam - szykowała się do zabiegu. Poroniła i czekała na operacyjne usunięcie martwego płodu.

Jeden dzień, jedna data, dwie matki, dwie ciąże. Dwa porody, dwie operacje. Dwoje dzieci, jedno żywe, drugie nie.

To podobieństwo naszych sytuacji (choć z tak bardzo różnym finałem) sprawiło, że bardzo łatwo mogłam wyobrazić sobie, że jest na odwrót. Że to ja jestem na jej miejscu, a ona na moim. Że to ona po skończonej operacji dostaje pulchną, różową buźkę do pocałowania, a ja po skończonej operacji słyszę, że zabieg przebiegł prawidłowo i że jeszcze będę mogła mieć dzieci w przyszłości. Do dnia 13 grudnia byłyśmy identyczne; obie w ciąży, obie pełne planów, marzeń i pomysłów, jak będzie wyglądać nasza przyszłość z dzieckiem, które rośnie pod sercem.

Próbowałam dla potrzeb tego tekstu policzyć, ile znam kobiet, które poroniły. Przerwałam i stwierdziłam, że taka wyliczanka nie ma sensu. Dużo. Jest ich dużo. Na tyle dużo kobiet, na tyle bliskich mojemu sercu, żebym wiedziała, że to nie jest coś, co zdarza się sporadycznie, ale jest to częsta tragedia, z którą muszą się mierzyć kobiety na całym świecie. Ty je znasz, ja je znam, wszyscy je znamy. Prawdopodobnie znasz kobietę, która poroniła i nie wiesz o tym. One niechętnie o tym mówią. 

A jeśli wiesz, jeśli chcesz pomóc... Bolesna prawda jest taka, że niewiele możesz zrobić. Jest jednak kilka rzeczy, które warto mieć w pamięci. Myślę, że dobrze się stanie, jeśli napiszę o nich tutaj.

Nie wiesz, co powiedzieć.


To nie jest pytanie, to stwierdzenie faktu. Nie wiesz, jakie słowa mogą przynieść ukojenie, jeśli w ogóle takie słowa istnieją. Nie wiesz, co ona czuje. Nawet jeśli masz za sobą podobne doświadczenia. Ile jest kobiet, tyle jest podejść do ciąży i macierzyństwa, i poronienia też to dotyczy. Ona może przeżywać ten ból zupełnie inaczej niż Ty. Poza tym Ty już masz mimo wszystko pewien dystans do tego zdarzenia, bo jakiś czas już minął, dla niej to jest zupełnie świeża sytuacja.

Uszanuj jej żałobę.


Niedawno inna moja znajoma również straciła dziecko. To był 39 tydzień, czyli praktycznie donoszona ciąża. Jej sposobem na przeżycie tego bólu stało się częste i obfite pisanie o tym, jak cierpi i jak bardzo tęskni za swoim maluszkiem.

Jej znajomi nie bardzo potrafili poradzić sobie z tym pisaniem. Przeważnie próbowali mobilizować ją jakoś, żeby się pozbierała, żeby zobaczyła jasne strony życia i chciała żyć dalej.

Daj jej czas. Ona się pozbiera. Może za kilka miesięcy, może za kilka lat. Ona teraz, gdy o tym pisze, czuje się zdruzgotana i nieszczęśliwa. To jest jej żałoba tu i teraz. To nie jest jej normalny stan, to nie jest jej podejście do życia, to nie jest coś, co można oceniać, o czym można mieć opinię, to nie jest jej prawdziwe ja. Za rok o tej porze ona będzie już inna osobą. Teraz pozwól jej się wypłakać.

Uszanuj jej doświadczenie.


Czytałam kiedyś artykuł o tym, że mamy aniołków czują się osamotnione i wykluczone w swoim doświadczeniu. Jedna z takich mam wypowiadała się w nim, że boli ją, że gdy jej koleżanki rozmawiają o ciąży, nikt nie jest ciekaw jej doświadczenia, nikt nie pyta jej o zdanie. A przecież ona też była w ciąży. Pamięta, co pomagało jej na mdłości. Wie, gdzie kupić ładne sukienki ciążowe.

Często tak bardzo boimy się poruszania bolesnych tematów, tak bardzo nie chcemy kogoś urazić, że w efekcie zostawiamy tę osobę samą z jej cierpieniem. Porozmawiaj z nią. Pozwól sobie nawet na gafę. Twoje słowa nie zabolą jej bardziej niż to, co już przeżywa.

Pamiętaj, że "nowe" dziecko nie zastąpi tego utraconego.


O tym pisała już L. M. Montgomery w Wymarzonym domu Ani. Kiedy ktoś wygłosił śmiało, że nowo narodzony synek Ani zapełni miejsce po zmarłej małej Joy, bohaterka sprostowała, że każde z jej dzieci ma swoje własne miejsce.

Każde dziecko jest jedyne i niepowtarzalne - również to utracone. Choć na pewno łatwiej poradzić sobie z utratą dziecka, gdy pojawi się następne. Ale pamiętaj, że "spróbujcie jeszcze raz" to niekoniecznie najlepsza rada dla pary, która niedawno straciła dziecko.

Ojciec też cierpi.


O tym rzadko się mówi, a przecież ojciec utraconego dziecka również odczuwa stratę. Na pewno przeżywa to w nieco inny sposób niż matka. Myślę, że ból mężczyzny połączony jest też z troską o jego partnerkę oraz z poczuciem presji, że musi być dla niej silny. Mężczyzna może starać się nie okazywać, jak bardzo cierpi, żeby dodatkowo nie obciążać kobiety, która przeżyła tak wielką stratę. Tymczasem on też potrzebuje żałoby i ukojenia.

Możliwe, że najlepsze, co możesz zrobić zarówno dla matki, jak i dla ojca utraconego dziecka, to być jak najlepszym wsparciem dla ojca. Wtedy on będzie miał wystarczająco siły, by zaopiekować się swoją partnerką. Wysłuchaj go. Pozwól mu się wypłakać.



Jak o tym mówić? A może lepiej milczeć?


Wspomniałam na początku tego tekstu, że dowiedziałam się o poronieniu mojej koleżanki, przeglądając facebookową tablicę. Widziałam tam również komentarze. Jeden z nich brzmiał mniej więcej tak: "Dziękuję Ci, że się tym dzielisz. Wiele kobiet milczy na ten temat, właściwie nie wiem, dlaczego".

Cóż - ja chyba wiem. Wiele kobiet nie chce opowiadać publicznie o tak intymnej i delikatnej sprawie. I to również należy uszanować. Trzeba też niestety pamiętać o tym, że ile osób wiedziało o ciąży, tyle - prędzej czy później - dowie się o poronieniu. Niektóre osoby wolą poinformować wszystkich jednorazowo, jednym bolesnym, publicznym wyznaniem. I to wcale nie jest epatowanie prywatnością, szukanie uwagi czy publiczne pranie brudów, jak niektórzy zdają się to widzieć, to nie jest niestosowne, to nie jest przesada. To jest nic innego, jak tylko praktyczne wykorzystanie mediów społecznościowych w celu przekazania informacji.

Tematy, o których większość osób woli nie mówić, kojarzą się często z czymś, czego należy się wstydzić. Chciałabym, żeby żadna ze znajomych mi kobiet, które doświadczyły poronienia, żeby w ogóle żadna kobieta nigdy nie czuła, że powinna się tego wstydzić. To nie jest wstydliwa sprawa. To nie jest Twoja wina. Nie zrobiłaś nic złego. Nie jesteś gorsza. Jeśli nie chcesz o tym mówić, nie musisz. Ale wiedz, że możesz.

Jak pomóc?


Napisałam sporo na temat tego, czego nie należy robić, nie należy mówić. A co w takim razie zrobić, co powiedzieć?

Myślę, że to sprawdza się zawsze: po prostu bądź blisko. Dotrzymaj towarzystwa. Nie mów za wiele, raczej pozwól się wygadać. Ale też nie ciągnij za język, jeśli nie chce o tym mówić. Zajmij czas, zajmij myśli. Jeśli zdołasz, to spróbuj rozbawić. Nie próbuj rozbawiać na siłę. Może po prostu pogapicie się razem w ścianę i to będzie w tym momencie najlepsze wsparcie.



środa, 12 kwietnia 2017

O wypełnionych ramionach.


Ładnych kilka lat temu postanowiłam sobie, że jeśli kiedyś będę miała dziecko, odniosę się do tego cytatu. Pora dotrzymać słowa. 
Oto cytat: 

 „…ona zaś zamknęła drzwi, przytuliła do siebie śpiącą córeczkę i przez chwilę tak stała bez ruchu. Ciepło małego ciałka ogarniało ją całą, poczynając od serca. Nareszcie, po tylu bezsensownych latach, to puste miejsce w jej ramionach się wypełniło. 
Czy to być może, że całe dotychczasowe życie stanowiło zaledwie uwerturę do tej właśnie chwili?” 

 Małgorzata Musierowicz, „Czarna polewka” 

Fragment ten stanowi opis przeżyć wewnętrznych jednej z postaci. Nie jest to kobieta po czterdziestce, która przez lata bezskutecznie starała się o dziecko, ale dwudziestodwuletnia dziewczyna, do niedawna studentka, która zaszła w nieplanowaną ciążę. Nic więc dziwnego, że fragment wzbudził kontrowersje u wielu osób, z którymi rozmawiałam na temat tej książki. Jakie bezsensowne lata? Jakie puste miejsce w ramionach? Jaki przekaz wynika z tego dla czytelniczek - że życie ma sens tylko wtedy, gdy jest się matką?

Spotkałam się też z opiniami, że nie należy powyższych słów interpretować dosłownie, że to taka metafora obrazująca trudne do nazwania uczucia, jakich doświadcza młoda matka, tuląc swoje malutkie dziecko. Postanowiłam poszukać u siebie tych uczuć. Powiem Wam, co mi wyszło.

Puste miejsce w ramionach?


Przede wszystkim - w moich ramionach nigdy nie było pustego miejsca. Od lat jest tam miejsce dla ukochanego mężczyzny. A nawet kiedy byłam samotna (dawno to było!), istniało w moim życiu wiele osób, które potrafiły zapełnić pustkę - przyjaciele, rodzina, znajomi... Zresztą nie tylko ludzie sprawiali, że nie odczuwałam pustki czy braku sensu. Pomagały w tym także moje zainteresowania, pasje, marzenia. Może trudno je porównać do szczęścia z powodu posiadania dziecka, ale stanowiły jednak znaczącą treść mojego życia i nadawały mu smaku. Nadal tak jest.

Jeśli doświadczyłam czegoś na kształt pustki w ramionach, to zdarzyło się to pod koniec ciąży, kiedy byłam już po terminie i z niecierpliwością, a jednocześnie pełna obaw oczekiwałam na poród. Przez dwa tygodnie dzień w dzień odpowiadałam sobie (i nie tylko sobie...) na pytanie: czy to już?
(Uwaga, rady darmo dają! Nie pytajcie ciężarówki po terminie, czy już urodziła. Dowiecie się, kiedy urodzi).

Było mi wtedy już bardzo ciężko, ważyłam koło dwudziestu kilo więcej niż normalnie, więc moje stawy musiały dźwigać ciężar, do którego nie były przyzwyczajone. Źle spałam. Powtarzałam sobie wielokrotnie, że chcę już trzymać to dziecko w ramionach, nie chcę już dłużej nosić go w brzuchu. Kiedy to wreszcie nastąpiło, odczułam dużą ulgę. Pisałam o tym już raz - bez brzucha jest po prostu lżej.

Bezsensowne lata?


Muszę zaznaczyć, że jestem w zupełnie innej sytuacji niż książkowa Róża. Mam trzydzieści lat, od paru lat jestem mężatką i jak już pisałam, starałam się o dziecko dość długo. Moje "nareszcie" jest zupełnie inne niż "nareszcie" wypowiadane w myślach przez Różę. Jeśli miałabym nazwać jakieś lata bezsensownymi, byłyby to dwa lata przed pojawieniem się Roberta. O jakich latach myśli Róża?

Jeśli miałabym nazwać jakieś lata bezsensownymi... Nie robię jednak tego. Choć 2014 rok był dla mnie jednym z trudniejszych, jeśli nie najtrudniejszym w życiu, miał jednak swoje dobre chwile i daleka jestem od tego, by całkowicie go przekreślać. Na pewno był to rok pełen miłości, wzajemnego wsparcia i pełnej zaufania relacji między mną i moim mężem. Chociażby z tego powodu nie mogłabym nazwać tego czasu straconym czy bezsensownym.

Jedno mnie łączy z książkową Różą: w żadnej życiowej roli nie odnalazłam się równie dobrze, jak w roli matki. Żadne zajęcie nie dawało mi tyle satysfakcji. Długo by opowiadać o różnych rzeczach, które robiłam na przestrzeni tych trzydziestu lat, ale nigdy jeszcze nie czułam się tak silna, spełniona i zadowolona z życia jak teraz.

Trudne do nazwania uczucie?


Poczucie niezwykłości tego, co się zdarzyło, towarzyszy mi właściwie od samego porodu. Pamiętam, kiedy usłyszałam pierwszy krzyk mojego dziecka. Leżałam jeszcze na stole operacyjnym. Pomyślałam wówczas, jakie to niesamowite, że ta istotka, która przez dziewięć i pół miesiąca rosła w moim ciele i dotąd tylko mocnymi kopniakami dawała znać o swojej żywotności, nagle stała się bytem na tyle odrębnym, że może krzyczeć. To niby tak normalne, tak naturalne, a jednak niezwykłe. 

Niby znam biologię, niby wiem, skąd się biorą dzieci, ale dopiero kiedy sama zostałam mamą zobaczyłam, jakie to niesamowite, że to konkretne dziecko się wzięło, że powstało w moim ciele i jest takie doskonałe. To dla mnie czysta magia. Im starszy jest Robert, tym częściej łapię się na zadziwieniu, że on tu jest, że ja go mam. Mam dziecko. Sama jeszcze tak bardzo czuję się dzieckiem, czuję się nastolatką, czuję się nieraz zbyt dziwna i nietypowa, żeby żyć takim zwykłym, codziennym, typowym szczęściem. A jednak. Mam dziecko. 

Czy Ty, przyszła mamo, doświadczysz tych samych uczuć? Naprawdę trudno mi powiedzieć. Wydaje mi się, że to jest uczucie bardzo moje, bardzo indywidualne, typowe dla mnie. Pamiętam, że dość długo po ślubie patrzyłam na tego długowłosego przystojniaka z obrączką na palcu i łapałam się na myśli: o rany, to jest mój mąż! Ja mam męża! Wzięliśmy ślub! Niby wiem, niby byłam przy tym, wszystko pamiętam, ale jednak pojawia się to zadziwienie. Teraz mam tak samo.

No dobra, ale jak to się ma do Róży?


Kiedy miałam dwadzieścia dwa lata, ewentualna ciąża wydawała mi się katastrofą. Niektórzy z Was wiedzą, czemu tak uważałam, pozostali... może się kiedyś dowiedzą ;) Jestem tak bardzo niepodobna do tej akurat postaci literackiej, że trudno mi się wczuć w jej sytuację. Wierzę, że istnieją osoby, dla których sensem życia od zawsze było stanie się matką, stanie się rodzicem. Wydaje mi się, że znam takie osoby. W moim przypadku dojrzewanie do macierzyństwa trwało dłużej.

Chciałam jednak przekazać z największą mocą, na jaką mnie stać: życie ma sens i bez dziecka. Nie można sprowadzać sensu życia do tego jedynego aspektu. Nie wiem, czy taka była intencja autorki piszącej te słowa, ale nie chciałabym, by do kogokolwiek z czytających mnie osób trafiał taki przekaz. Jeśli długo starasz się o dziecko, jak to było w moim przypadku, niech to staranie nie odbiera Ci sensu, niech nie odbiera Ci radości ze zwykłych chwil, z bliskości Twojego partnera, z pasji i zainteresowań, w których możesz się realizować. Życie jest zbyt krótkie, by nie dostrzegać w nim sensu. Nie przeżyjesz drugi raz tych lat, których nie doceniasz. Doceń je zatem.

Źródło: Małgorzata Musierowicz "Czarna polewka"

czwartek, 16 marca 2017

Nie Ty jedna miałaś taki poród.

Tak, wiem, moje wpisy nie układają się zbyt chronologicznie: niedawno pisałam o pierwszych trzech miesiącach życia dziecka, a teraz o porodzie. Ale cóż, nie prowadzę dzienniczka, a do tego uwielbiam podróże w czasie :)

13 grudnia 2016 roku o godzinie 5:05 wyjęto z mojego brzucha cztery kilogramy dziecka.

Co wtedy czułam? Bardzo wiele różnych rzeczy. Po pierwsze, było mi strasznie zimno i miałam dreszcze utrudniające oddychanie - trochę za wcześnie zrezygnowałam z podawanego mi tlenu. Ale to nie było takie ważne. Czułam przede wszystkim ulgę, że już mnie nic nie boli i że wreszcie ktoś zajmuje się mną z prawdziwą troską i zaangażowaniem. Czułam się też spokojna i pogodzona z losem: choć zależało mi na porodzie siłami natury, to jednak miałam różne obawy, czy na pewno temu podołam. Kiedy w końcu po całej nocy bólu wylądowałam na stole operacyjnym, pomyślałam sobie, że tak miało być, że od początku ten stół był mi pisany. 
Oczywiście czułam też, nieco przytłumioną przez zmęczenie, radość z tego, że już za chwilę spotkam się z moim synkiem twarzą w twarz.

Te pozytywne uczucia były na tyle silne, że niemal całkowicie przyćmiły te inne, które jednak też się pojawiły.
Uczucie, że zawiodłam.
Uczucie, że nie dałam rady.
Uczucie, które wydaje się absurdalne, ale zapewniam Was, że było prawdziwe: że nie umiem, nie umiałam urodzić mojego dziecka.

Wiecie, nie jestem największą fanką mojej osoby. Jak mi coś nie wyjdzie, to zawsze to zauważam. No, a teraz mi poród nie wyszedł.


Jak to się stało?


Przygotowywałam się do porodu najlepiej, jak potrafiłam. Dzięki szkole rodzenia miałam dobre nastawienie, ale też pewne oczekiwania. Wypytywałam rodzinę, koleżanki. Z perspektywy czasu myślę, że nikt nie chciał mnie straszyć i dlatego też te wszystkie opowieści wydawały mi się dość lekkostrawne. Nie wiem, jakim cudem przy całym moim zagłębianiu się w temat nie trafiłam wówczas na opis porodu podobnego do mojego własnego. Później znalazłam ich mnóstwo.

Nie byłam przygotowana na to, że praktycznie od początku do końca akcji będę mieć nieregularne skurcze. Nie byłam przygotowana na to, że najpierw przez wiele godzin będę mieć za małe rozwarcie, a potem nagle za duże i w efekcie nie dostanę znieczulenia. Absolutnie nie dotarło do mnie, że przez większość czasu będę zupełnie sama, zdana tylko na siebie i swoje liczenie, co ile minut mam te nieszczęsne skurcze, a wynik liczenia po każdym skurczu będzie inny. Jako osoba dość odporna na ból nawet nie myślałam o tym, że ból będzie ponad moje siły. Spodziewałam się współpracy, pomocy, a w efekcie wyglądało to tak, że kilka osób wpatrywało się ze zniecierpliwieniem między moje uda i zastanawiało się głośno, czemu jeszcze tego dziecka nie wypchnęłam i przekonywało mnie co chwilę do przewracania się z boku na bok, bo dziecko źle ułożone. Słyszałam, że muszę pomóc dziecku przyjść na świat, a jedyne, na co miałam siłę przy krótkich, ale potwornych skurczach to próbować jakoś przetrwać ten ból. I tak to było. Kiedy zapytano mnie, czy zgadzam się na cięcie cesarskie, moje "TAK!" było prawie radosne.

To nie była moja wina.


Kiedy po trzech miesiącach patrzę na to, co się stało na sali porodowej, przypomina mi się jeszcze jedno wydarzenie, dużo starsze. Kiedy miałam siedem lub osiem lat, usunięto mi trzeci migdał. Po operacji zostałam wypisana do domu, ale krótko później zaczęłam czuć się źle, wymiotować. Mama zabrała mnie do laryngologa. Pani doktor włożyła mi do ust patyczek, żeby obejrzeć moje gardło. Zawsze się tego okropnie bałam (i nadal nie lubię), więc zareagowałam, no cóż, tak jak kilkuletnie dziecko, które się czegoś okropnie boi. Pani doktor nie kryła niezadowolenia. A po chwili dowiedziałyśmy się, ja i mama, że muszę wracać do szpitala, bo coś jest nie tak.

Nikt mi wówczas nie powiedział tego, co dla dorosłych było pewnie zbyt oczywiste, by o tym mówić: że nie wracam do szpitala dlatego, że nie chciałam pokazać gardła. Dla mnie, najwyżej ośmioletniej, to był logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy: nie chciałam pokazać gardła, pani doktor była na mnie zła, musiałam wracać do szpitala. Mama płakała w drodze do domu, a ja się czułam bardzo, bardzo niegrzeczna. Czułam, zupełnie jak teraz, że zawiodłam.

Teraz było tak samo: nikt mi nie powiedział, że to nie moja wina. W jednej chwili zaspana i poirytowana lekarka tłumaczyła mi, że powinnam pomóc dziecku przyjść na świat, w następnej chwili jechałam na stół operacyjny. Nie było czasu na tłumaczenie, że akcja porodowa się cofa, dziecko jest za wysoko, skurcze są za krótkie i poród siłami natury stał się nierealny. Trzeba było działać, musiałam jeszcze podpisać mnóstwo dokumentów, musiałam dostać znieczulenie, nie było czasu na zbędne wyjaśnienia. Sama musiałam to zrozumieć.

Nie ja jedna miałam taki poród.


Po porodzie czytałam sporo na temat nieplanowanego cięcia cesarskiego. Znalazłam mnóstwo historii takich jak moja. I znacznie gorszych. Historia kobiety, u której zbyt późna decyzja o cięciu cesarskim spowodowała uszkodzenie macicy. Mnóstwo opowieści o tym, jak personel obecny przy porodzie zignorował spisany uprzednio plan porodu i nie przejmował się zupełnie oczekiwaniami rodzącej. Dowiedziałam się, że nieregularne skurcze to coś, co zdarza się często. Bardzo wiele porodów kończy się nieplanowanym cięciem cesarskim. Okazało się, że nie jestem jakimś wyjątkiem. 

Może miałaś podobny poród do mojego. Może inny, a równie trudny. Może czujesz się z tym źle. Dość łatwo znajdziesz w Internecie opisy przeżyć innych kobiet. Zachęcam Cię do tego. Poród to nie jest coś, co każda kobieta umie, a Ty nie. Jeśli poczytasz o doświadczeniach innych kobiet, może łatwiej Ci będzie zrozumieć, dlaczego było Ci tak ciężko.

I pamiętaj - cesarka to też poród! Nie daj się wpędzić w poczucie winy z jej powodu. Nie daj sobie wmówić, że nie urodziłaś dziecka. Urodziłaś. Popatrz, jakie duże i piękne :)
Gdybym nie wyraziła zgody na cięcie cesarskie, mojemu dziecku groziłaby śmierć z powodu niedotlenienia. Spadało mu tętno. Najlepsze, co mogłam zrobić, to zgodzić się na operację. Jeśli też miałaś cesarkę, to zapewne w Twoim przypadku było podobnie. Pamiętaj, zrobiłaś dla swojego dziecka to, co najlepsze. Nikt nie ma prawa wypowiadać się lekceważąco o tym, co przeżyłaś.

Jeśli masz ochotę podzielić się swoimi doświadczeniami, zapraszam do komentowania. Dla mnie to będzie bardzo miłe, a dla różnych czytających te słowa kobiet może okazać się również bardzo pomocne.