Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 czerwca 2021

Brzydka ona, brzydki on... Czyli: dlaczego w filmach brzydcy ludzie są piękni?

Kadr z filmu "Klub brzydkich dzieci"

Nie milknie dyskusja o modzie na brzydotę, a ja trafiłam dziś na opis filmu, który w ciekawy sposób odnosi się do podobnych kwestii. Nosi tytuł "Klub brzydkich dzieci". Pokazuje rzeczywistość, w której najmniej atrakcyjne fizycznie dzieci są przewożone do specjalnego portu, by "oczyścić" społeczeństwo z brzydoty.

Sam pomysł na scenariusz wydaje mi się urzekający, widzę w nim próbę podjęcia rozważań o kondycji ludzkości, o źródłach nietolerancji i rasizmu, i o presji pokazywania pięknych, idealnych ludzi, słowem, duże ambicje i mocny przekaz ubrany w konwencję filmu familijnego. Jednak, gdy tylko przeczytałam opis, w mojej głowie pojawiła się myśl: to powinna być kreskówka.

Dlaczego? Moim zdaniem, tylko w kreskówce da się pokazać z czystym sumieniem: ta osoba jest brzydka. Łatka brzydala nie wyrządzi żadnej krzywdy narysowanej postaci - choć oczywiście nie znaczy to, że w kreskówce wszystko wolno. Wolno jednak, w moim odczuciu, odrobinę więcej :)

Bo wyobraźcie sobie taką sytuację: aktor odgrywający rolę brzydala (ale brzydala-brzydala, nie osobę o charakterystycznej urodzie albo zaniedbaną, po prostu brzydkiego człowieka) okaże się uderzająco podobny do małoletniego, wrażliwego, może zakompleksionego chłopaka, który film obejrzy. I jaką wiadomość otrzymuje od twórców filmu taki widz, jego rodzina i znajomi? Że jego wygląd, jego uszy/piegi/nos/okulary/włosy/sylwetka są nieakceptowalne, z ich powodu mogą go spotkać przykrości, szykany, a nawet wykluczenie.

Spojrzałam na zdjęcia obsady "Klubu brzydkich dzieci". Odtwórca głównej roli, Sem Hulsmann, jest naprawdę prześlicznym chłopcem z doklejonymi gigantycznymi uszami. Czyli: ładny aktor w roli brzydkiego, zjawisko, które obserwujemy na ekranach od lat. Wiecie, co myślę? Że to ma swoje dobre i złe strony.

Kadr z filmu "Króliczek"

Przypomina mi się dyskusja, którą toczyłam z jedną znaną blogerką przy okazji premiery filmu "The DUFF": dlaczego w rolach kopciuszków, które mają przejść metamorfozę, obsadza się zawsze piękne aktorki? Nawiasem mówiąc, zostałam wtedy uznana za hejtera, bo niewystarczająco zachwycałam się urodą Emmy Stone w "Króliczku" (nie mam nic do Emmy, po prostu jej kreacja aktorska do mnie trafiła) :D Ale tak, wspomniana Emma, Mae Whitman z "The DUFF", Rachael Leigh Cook z filmu "Cała ona", którą oszpecić miały okulary, Anne Hathaway, która w "Pamiętniku księżniczki" straszyła gęstymi brwiami i nieułożonymi włosami, Sandra Bullock w "Miss Agent" - to wszystko bardzo atrakcyjne kobiety o mało kontrowersyjnej urodzie, łatwej dla oka. Regularne rysy twarzy, duże oczy, zgrabna sylwetka. Nieraz pojawiały się w zestawieniach najpiękniejszych aktorek, najpiękniejszych ludzi świata.

Wiecie, widzę sens w takich decyzjach obsadowych. Moim zdaniem, to jest wiadomość dla odbiorców: ej, serio, my się tu tylko bawimy, udajemy, ona wcale nie jest brzydka, co za brzydota w ogóle, każda kobieta jest piękna i koniec. Duże okulary, niemodny ciuch - to tylko rekwizyty, symbole mające nakreślić tematykę filmu. Wcale nie mam przekonania, czy byłoby lepiej, gdyby zahukana Laney Boggs miała rozbieżnego zeza, a agentka Grace Hart sporą nadwagę - czy wówczas młodzi widzowie nie dostaliby przekazu, że choroby oczu i dodatkowe kilogramy są złe i świadczą o brzydocie?

Jaka jest zła strona? Taka, że wciąż mało widzimy na ekranie przeciętności, zwykłego wyglądu niepozbawionego mankamentów, odbiegającego od standardów. Szkoda mi utalentowanych aktorów, którym nieidealny wygląd zamyka drzwi do wielu ról - choć wszyscy znamy mnóstwo wyjątków od tej reguły :)

Ja podtrzymuję moje zdanie: wolę, gdy temat brzydoty i wykluczenia z powodu wyglądu podejmują filmy animowane. Jak choćby mój ulubiony "Shrek". Łatwo się z nim utożsamić, bo chyba każdy czuł się kiedyś niezrozumiany, niechciany, oceniany po pozorach - a jednocześnie, nikt z nas nie wygląda jak on ;) 

Kadr z filmu "Shrek"


Wiecie, co Wam powiem? Jestem estetką i lubię patrzeć na pięknych ludzi. I mam to szczęście, że widzę ich wszędzie! Nie tylko na ekranie, ale też na ulicy, na moim osiedlu, w autobusie, w mieście, wśród znajomych. Świat jest pełen pięknych ludzi, różnych ludzi, oryginalnych ludzi, interesujących ludzi. Co oni z tą brzydotą w ogóle... :)

środa, 17 lipca 2019

30 faktów o mnie - co lubię, czego nie lubię?



Bez żadnej specjalnej okazji :) Pisałam Wam już o moich ulubionych książkach, filmach i piosenkach. Dziś wspominam o kilku innych rzeczach. Kto wie, może podczas czytania stwierdzicie, że macie ze mną sporo wspólnego?

Zaczynamy!


1. Kiedy odwiedzam moich rodziców, za każdym razem gramy z mamą w Scrabble. Gramy codziennie, czasem kilka razy dziennie :)

2. W dzieciństwie uwielbiałam zespół Kelly Family, wielokrotnie śniłam/ wyobrażałam sobie/ udawałam, że jestem na ich koncercie :) Miałam kasetę wideo z ich występem i włączałam ją tak często, że w końcu odtwarzacz przerwał taśmę. (No, popsuty już był, to dlatego).

3. Uważam, że nie istnieje na świecie nic pyszniejszego niż domowe ciasto czekoladowe. Na przykład takie.

4. W podstawówce brałam udział w olimpiadzie z wiedzy o sztuce. To było jedno z pierwszych moich doświadczeń związanych z intensywnym uczeniem się. Nie miało ono jednak wielkiego wpływu na moje życie.

5. Uwielbiam wiewiórki. Kiedy wypatrzyłam w jednym sklepie książeczkę o wiewiórce dla Roberta, cieszyłam się chyba bardziej niż on :)

6. Mam dziką radochę z faktu, że najnowszym agentem 007 będzie ciemnoskóra kobieta. Nie zmienia to faktu, że James Bond zawsze będzie wyglądał dla mnie jak Pierce Brosnan.

7. Oglądałam skoki narciarskie długo przed tym, zanim Małysz zaczął wygrywać.

8. Nie wszystkie lektury szkolne przeczytałam, ale bez większych problemów pisałam sprawdziany z ich treści.

9. Kiedy drugi raz w życiu odwiedzałam Barcelonę, czułam się tak, jakbym wracała do domu.

10. Oglądałam filmową adaptację musicalu "Hair" tyle razy, ile razy była powtarzana w telewizji.

11. Niedawno obejrzeliśmy z mężem wszystkie 5 sezonów serialu z czasów naszego dorastania, czyli "Ally McBeal". Przedziwna sprawa z tym serialem. W żadnym innym nie widziałam tylu moich ulubionych aktorów i zarazem tylu irytujących mnie, w jakiś sposób obrzydliwych dla mnie motywów, zahaczających o moje fobie. Aż dziwne, że pająki tam nie łaziły. Mimo wszystko oglądałam z dużą przyjemnością, a Robert zakochał się w piosence tytułowej.

12. Moją pierwszą pracą w życiu było udzielanie korepetycji z angielskiego. Pierwszą bardziej oficjalną - roznoszenie ulotek jednej pizzerii. Wolałam korepetycje, choć wspomnienia związane z ulotkami mają po latach pewien urok.

13. Pierwszym kotem, którego przygarnęłam, była Molly. To było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy broniłam pracę magisterską.

14. Nigdy w życiu nie jadłam hamburgera. I pewnie już nie zjem :D

15. Ponad osiem lat temu z dnia na dzień przestałam pić kawę. Zaczęłam z powrotem, kiedy urodziłam drugie dziecko. Nie, to wcale nie ma związku :D

16. Alejka, przy której mieszkam, nazywa się Akacjowa. Zanim się o tym dowiedzieliśmy, chcieliśmy przeforsować nazwę "Pod wielkim świerkiem".

17. Kiedy myślę o najlepszych wspomnieniach, zawsze przed oczami stają mi wakacje. Wspinanie się na szczyt góry, przeskakiwanie przez morskie fale, oglądanie tęczy nad rzeką, śpiewanie przy ognisku...

18. Obejrzałam tylko jeden odcinek "Gry o tron" i nigdy nie poczułam potrzeby, żeby obejrzeć więcej.

19. Niedawno po raz pierwszy widziałam mecz kobiecej piłki nożnej. Naprawdę się zaangażowałam! (tylko emocjonalnie).

20. Chętnie odwiedziłabym jeszcze raz Chorwację, to jedno z ciekawszych miejsc, w których byłam.

21. Uwielbiam abstrakcyjne dowcipy. Albo takie, w których wystarczy opowiedzieć samą puentę i już jest śmiesznie :) W ogóle uważam, że w dowcipach jest często więcej mądrości życiowej, niż by się zdawało.

22. Poszłam do ślubu w bordowych butach, które kosztowały mnie jedyne 20 zł, bo miały niepopularny rozmiar i maleńką plamkę przy obcasie. Uwielbiałam je.

23. Gdyby ktoś chciał kiedyś stworzyć idealne perfumy dla mnie, musiałyby pachnieć mandarynkami, kawą i czymś absurdalnym, np. tortem urodzinowym.

24. Kocham lata osiemdziesiąte, przede wszystkim za muzykę. Zdecydowana większość moich ulubionych utworów pochodzi z tego okresu.

25. Rozumiem, co się do mnie mówi po francusku, włosku i hiszpańsku, ale sama nie posługuję się tymi językami (może trochę francuskim).

26. Raz w życiu śpiewałam w filharmonii.

27. Mam kilka sukienek z czasów, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum. Nadal czasem noszę, choć już rzadko.

28. Miewam względnie często sny, w których prowadzę samochód. W rzeczywistości nie umiem tego robić, nie mam prawa jazdy.

29. W tym roku po raz pierwszy obejrzałam disneyowskiego "Dzwonnika z Notre Dame" i pokochałam ten sposób opowiedzenia historii o Quasimodo. Wcześniej udawałam, że ta kreskówka nie istnieje. W ogóle uwielbiam disneyowskie wersje istniejących historii :)

30. Zapytałam męża, jaka jest jego ulubiona potrawa robiona przeze mnie. Wskazał między innymi pizzę ziemniaczaną :) Wspomniał też o torcie z pizzy, który zrobiłam kiedyś na jego urodziny.

To na razie tyle :) Ciekawa jestem, czy coś z tej listy Was zaskoczyło?

Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

poniedziałek, 24 września 2018

Złote myśli, pele-mele, czyli 10 x NAJ...


Ostatnie dni nie były dla mnie najłatwiejsze. Na szczęście mam niezawodny sposób na poprawę humoru. Od dawna miałam ochotę napisać ten tekst, czekałam tylko na odpowiedni moment. Nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy piszesz o swoich ulubionych rzeczach :)

Czy Wy też mieliście w dzieciństwie zeszyt z pytaniami - o ulubiony kolor, ulubiony zespół, ulubioną koleżankę itd.? Ja miałam dwa albo nawet trzy. Starałam się wymyślać oryginalne pytania, inne niż w większości takich zeszytów. Skłaniające do myślenia.

U nas nazywało się to "Złote myśli". Kiedy przeprowadziłam się do Krakowa, poznałam nazwę "Pele-mele". Niezbyt przypadła mi do gustu, ale doceniam ją teraz - pozwala potraktować wpisywanie się do takich zeszytów jako lekką, nieskomplikowaną rozrywkę, którą ono w istocie jest :) "Złote myśli", to brzmi tak pompatycznie! Sądzę jednak, że każda nazwa jest dobra, o ile pozwala jednoznacznie zidentyfikować, o jakie zjawisko chodzi.

Zastanawiam się, czy tzw. dzisiejsza młodzież też bawi się w ten sposób. Czy quizy i łańcuszki na Facebooku wyparły całkowicie papierowe zeszyty z pytaniami? Dla mnie właśnie łańcuszki są takim wirtualnym "przedłużeniem" zabawy z dzieciństwa. Może dlatego tak lubię brać w nich udział. 

To, co przygotowałam dzisiaj, to łańcuszek wszystkich łańcuszków :D Dziesięć numerów jeden, dziesięć pierwszych miejsc. Wiecie, bardzo się ucieszę, jeśli postaracie się również odpowiedzieć na te pytania!

Moje ulubione/najważniejsze dla mnie/mające na mnie największy wpływ...?


1. Książka


Ken Kesey, "Lot nad kukułczym gniazdem", niezmiennie od osiemnastu lat (naprawdę tak długo?!). A oto i okładka. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak wyglądała okładka tego zaczytanego przeze mnie na amen egzemplarza. Chyba była w ogóle jednokolorowa, brązowa.


2. Film


"Efekt motyla". Może i kontrowersyjny, jednak bardzo ważny dla mnie. Wątek szpitala psychiatrycznego pojawia się i tutaj, widocznie mam jakąś słabość do tego motywu.

3. Książka dla dzieci


O książkach dla dzieci napisałam cały tekst - "Książki dzieciństwa". Wybranie tylko jednej z nich wydaje mi się niemożliwe. Pewnie jednak nieprzypadkowo wspomniałam w pierwszej kolejności o "Bajeczkach z obrazkami" Wladimira Sutiejewa.

4. Bohater literacki


Pułkownik Jerzy Michał Wołodyjowski :) Choć konkurencję miał silną!


5. Najbardziej nielubiany bohater literacki


Józef Pałys, zwany Józinkiem.


6. Płyta


Tekst o płytach ukazał się niedawno, można go przeczytać tutaj: "10 najważniejszych dla mnie płyt - i dlaczego własnie te". Na pierwsze miejsce trafiła płyta zespołu Evanescence "Fallen", jednak pozostałe również odegrały dużą rolę w moim życiu.

7. Kadr z filmu


Tropienie pięknych, artystycznych kadrów w filmach to jedna z moich pasji. Wybrałam tę scenę z filmu bollywoodzkiego "Kabhi Alvida Naa Kehna" ("Nigdy nie mów żegnaj").



Tak naprawdę praktycznie każdy kadr ilustrujący piosenkę "Tumhi dekho naa" zasługiwałby na to pierwsze miejsce. W kinie bollywoodzkim piosenki i towarzyszące im sekwencje taneczne zwykle zastępują sceny miłosne. "Tumhi dekho naa" opowiada o miłości w wyjątkowo kolorowy sposób.

Nie, nie będzie tak, że stwierdzicie teraz "a, nie lubię Bollywood" i pójdziecie dalej. Musicie to zobaczyć! To jest naprawdę przepiękne, niezależnie od upodobań filmowych czy muzycznych.

8. Gra komputerowa


Właściwie na wyróżnienie zasługują wszystkie gry wspomniane przeze mnie w tym tekście: "Cztery lekcje życiowe zaczerpnięte z gier komputerowych". Jest jednak coś jeszcze. Nie jestem pewna, czy można to nazwać grą, ale właściwie - jak to inaczej określić? Chodzi o Kisekae, zwane popularnie KiSS. Jest to wywodząca się z Japonii forma aktywności polegająca na ubieraniu narysowanych postaci w różne stroje. Nieraz można też zmieniać im fryzurę, makijaż, wyraz twarzy. Bardziej zaawansowane pliki pozwalają nawet na zastosowanie dźwięku lub krótkiej animacji. 

"Lalki" najczęściej pochodzą z mangi i anime, ale też ze znanych animacji disneyowskich i innych, często też jest to postać wymyślona przez autora danego pliku.

Grafika ze strony DeviantArt, autorką jest artystka o pseudonimie Hazel/LadyHazy

Nie potrafię zliczyć, ile czasu spędziłam, dobierając setkom postaci najpiękniejsze stroje i fryzury. Myślę, że odpowiednią jednostką czasową byłyby tutaj lata :) Po pewnym czasie zaczęłam też rysować własne postacie i projektować im ubrania. Z chęcią pokażę je Wam, jeśli uda mi się odnaleźć pliki :)

9. Widok


Tak, trafiłam kiedyś na pytanie o ulubiony/najważniejszy widok :) W odpowiedziach pojawiały się m.in. sceny z filmów, zdjęcia, krajobrazy. 

Moja odpowiedź na to pytanie z pewnością zmieniła się po urodzeniu Roberta. Bardzo lubię jednak moją poprzednią odpowiedź i zaskoczenie, jakie nieraz wywołuje, nie oprę się więc pokusie umieszczenia jej tutaj. Numer jeden to... Angelina Jolie.


(Nawet teraz, podczas przeglądania tych ujęć, serce zaczęło mi bić jakoś szybciej!)

Ponieważ gdzieś na drugim czy trzecim miejscu mojej listy widoków pojawiłaby się odpowiedź czerwona sukienka (pisałam Wam, ile ich mam w szafie!), wygląda na to, że widokiem idealnym byłaby Angelina Jolie w czerwonej sukience. Czyli na przykład taka:



A może Angelina Jolie w morzu?


Dobra, już przestaję...

10. Wymarzona sesja zdjęciowa


Tu odpowiedź jest o tyle trudna, że spośród moich pomysłów na zdjęcia ciężko wybrać jeden najbardziej wymarzony, taki, na którym zależy mi bardziej niż na innych. Ale chyba tym najbardziej nieodżałowanym pomysłem, który już, już miał być realizowany, a jednak się nie udało - jest pomysł na sesję portretową w gęstwinie... ludzkich rąk. Dłoni. Byłam już dogadana z fotografem, był termin, miejsce, były nawet dłonie, jednak wskutek zbiegu okoliczności sesja została odwołana w ostatniej chwili (nie przeze mnie). Może kiedyś jeszcze się uda :)


Mam nadzieję, że mieliście choć trochę przyjemności z czytania tego tekstu :) Liczę na to, że uda mi się zachęcić Was do napisania własnych odpowiedzi! A może jest jeszcze coś, o co chcielibyście mnie zapytać?

czwartek, 20 września 2018

Imię dla chłopca!


Za inspirację do napisania tego tekstu serdecznie dziękuję Mamie Pod Prąd :) Zobaczcie, jak wyglądało wybieranie imienia dla jej synka! "Najtrudniejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia". 

Niedawno, najwyżej dwa tygodnie temu maż spojrzał na mój duży ciążowy brzuch i pytającym tonem wypowiedział to jedno męskie imię. A ja po raz pierwszy nie odpowiedziałam wymijająco, tylko spojrzałam mu w oczy i powtórzyłam to samo imię, ale już z pewnością w głosie. 

Wybór imienia dla młodszego synka sprawił nam dużo więcej trudności niż się tego spodziewaliśmy. Zdecydowanie więcej niż w przypadku Roberta.

A właśnie, skąd imię Robert?


Często jestem o to pytana. Zazwyczaj odpowiadam, że jest to jedyne imię męskie, które podobało się nam obojgu. Jak już pisałam, od początku byliśmy przekonani, że nasze pierwsze dziecko będzie dziewczynką. W związku z tym z łatwością znajdowaliśmy kolejne imiona dla dziewczynki. Okazało się jednak, że jesteśmy rodzicami chłopca.

Nasze kryteria nie były szczególnie wygórowane. Imię miało być ładne, nie kojarzyć się głupio, łatwo się zdrabniać, nie sprawiać większych problemów obcokrajowcom i nie tworzyć komicznego połączenia z nazwiskiem. Nazwisko mamy z tych problematycznych. Jak kogoś ciekawi, to zerknijcie na fanpage Szczęśliwa Siódemka i zobaczcie, kto go prowadzi :) Powiedzmy, że np. imię Tymoteusz nie było brane pod uwagę nawet przez chwilę...

Ciekawostką jest, że jeszcze jako mała dziewczynka chciałam nadać swojemu ewentualnemu przyszłemu synkowi imię Robert (choć i tak byłam przekonana, że będę mieć córeczkę). Po pierwsze, podobało mi się to imię. Po drugie i ważniejsze, kojarzyło mi się z muzyką.

Źródło: Youtube
Na polskiej scenie muzycznej było wówczas chyba z pięciu bardzo znanych Robertów, wśród nich wokaliści, instrumentaliści, kompozytorzy. Żadne inne imię męskie nie mogło się pochwalić tak liczną reprezentacją w tej branży.

Robert to także... imię mojej pierwszej miłości :) Mężczyzna noszący to imię jest bardzo porządnym człowiekiem, rozstaliśmy się w zgodzie i nadal utrzymujemy serdeczny, choć bardzo sporadyczny kontakt. Nie tyle nadałam dziecku jego imię, co raczej nie widziałam przeszkód, by moje dziecko nosiło imię takiej osoby.

Imię "Robert" oznacza w wolnym tłumaczeniu "ten, który żyje w chwale" lub "ten, który jaśnieje w ciemności". Przyznam, że znaczenie imienia jest dla mnie bardzo ważne. Kilka lat temu duże wrażenie zrobiła na mnie konferencja o. Adama Szustaka OP, w której mówił on o znaczeniu swojego imienia i o tym, jak wpłynęło ono na jego życie. Zapragnęłam wtedy nadać mojemu dziecku (którego wówczas jeszcze się nawet nie spodziewałam) imię, które będzie miało piękne i wartościowe znaczenie.

No i na koniec... muszę się przyznać, że tak ostatecznie zainspirowała mnie Lady Gaga i piosenka "Alejandro" :) Choć moje uczucia w stosunku do tego utworu są co najmniej mieszane (wolę "Don't turn around" w wykonaniu Ace of Base!), a teledysku nawet za bardzo nie jestem w stanie obejrzeć w całości, jednak motyw wykorzystanych w tej piosence imion ogromnie mi się podoba. Imię Alejandro, czyli Alexander odpadało na dzień dobry - to imię nosi chłopczyk w najbliższej rodzinie :) Dwóch Alexów przy jednym stole - no nie, tak się nie robi. Imię Fernando, czyli Ferdynand też nie było brane pod uwagę - dla mnie Ferdynand to albo Wspaniały, albo Kiepski, i żadne z tych skojarzeń mi nie odpowiada :) Zostawało Roberto, czyli właśnie Robert :)

Źródło: Youtube
Po pierwszym zaskoczeniu, że jednak nie dziewczynka i po odrzuceniu kilku opcji, które nie podobały się przynajmniej jednemu z nas, decyzja o wyborze imienia Robert zapadła względnie szybko :)

Za drugim razem było trudniej.


O matko, już widzę, że ten tekst będzie długi... 

Początkowo wydawało się, że wybór imienia jest dla nas oczywisty. Imię dla dziewczynki wybraliśmy jednogłośnie i bez wahania - miała być Magdalena. Powiedzmy, że dość analogicznie do Roberta :) Magda to po prostu imię pierwszej dziewczyny mojego męża. Przy okazji, jest to bardzo ładne imię, łatwo się zdrabnia, brzmi dobrze z nazwiskiem, raczej nie sprawia problemów obcokrajowcom - czyli dokładnie to, o co nam chodziło.

Imię dla chłopca? Mieliśmy wstępnie wybrane. Na zasadzie: "to będzie dziewczynka i będzie miała na imię Magdalena, a gdyby jednak jakimś cudem okazało się, że będzie chłopiec, to będzie miał na imię... " :)

Po czym okazało się, że mimo zupełnie innych objawów w ciąży i mimo tego, że na USG I trymestru dziecko wyglądało na dziewczynkę, z całą pewnością jest jednak chłopcem :) I dopiero wtedy - gdy już wiedzieliśmy, że Magdalena odpada - ogarnęły nas wątpliwości odnośnie imienia. Czy na pewno takie, o jakim myśleliśmy? Może jednak inne? Wybór imienia Roberta był w końcu tak dobrze przemyślany i przemawiało za nim tyle różnych argumentów, a teraz mieliśmy w zasadzie tylko jeden mocny argument: "bo ładne".

Zaczęliśmy więc się wahać, szukać, myśleć, kombinować... I odrzucać kolejne opcje.

"A jest jakieś imię, które Ci się podoba?".


Muszę się teraz przyznać do małego niedopowiedzenia. Tak jak pisałam, zazwyczaj tłumaczę wszystkim, że wybrane przez nas imię to jedyne, które podobało się nam obojgu. Jest to prawda, ale niepełna. W rzeczywistości wygląda to tak, że wybieramy jedno z bardzo, bardzo wąskiej listy imion, które jest w stanie zaakceptować mój mąż :)

Dwukrotnie przerobiliśmy wszystkie typowe i mniej typowe pułapki czyhające na osoby, które szukają imienia dla dziecka. Skojarzenia, przekręcanie imion, wymyślanie hipotetycznych przezwisk i powodów, dla których dziecko znienawidzi nas za nadanie takiego imienia... Starą prawdę, że "nie masz pojęcia, ilu osób nie lubisz, dopóki nie przyjdzie Ci szukać imienia dla dziecka"... Generalnie wyglądało to tak, że ja wychodziłam z kolejnymi propozycjami, a mój mąż znajdował powód, dlaczego to imię odpada.


Jeśli odnieśliście wrażenie, że w wyborze imienia dla Roberta skupiłam się głównie na moich skojarzeniach i na tym, co mnie się podoba, bądźcie łaskawi to teraz zrozumieć :)

"- Mateusz?
- Wajchę przełóż! Adam, już przekładam!
- Łukasz?
- Czego szukasz?
- Krystian?
- Krystian Andersen? Ten od smutnych baśni, w których zawsze ktoś umiera? Źle mi się kojarzy.
- Przemysław?
- Nie, żadnych -sławów!
- Mariusz?
- Nie... Nie podoba mi się."

I tak w nieskończoność! Wreszcie faktycznie zapytałam, czy jest w stanie zaproponować jakieś imię, które mu się podoba. Nie był w stanie :)

Jakie imiona odrzucaliśmy?


Imiona rymujące się z nazwiskiem. 

Wiadomo, te odrzucaliśmy w ciemno. Przy czym okazało się, że dla mojego męża problematyczne są nie tylko imiona takie jak Tymoteusz czy Szymon, ale też Jacek, Marek i w ogóle imiona, które zdrabnia się za pomocą końcówki -ek.

Imiona bardzo popularne oraz "obciachowe".

Tu chyba nie muszę nic tłumaczyć. Odpadły zarówno spolszczone wersje angielskich imion, jak i wracające ostatnio z wielką mocą imiona staropolskie. Co do imion "obciachowych" - uważam to za głupotę, że zupełnie normalne imię z jakichś powodów staje się nagle synonimem obciachu, jednak wolę nie musieć tłumaczyć nikomu, dlaczego nadałam takie imię dziecku.


Imiona bardzo rzadkie, oryginalne, egzotyczne.

Jedno słowo - nazwisko. Od początku było dla nas jasne, że nasze dziecko nie może mieć bardzo nietypowego imienia, bo w połączeniu z nazwiskiem stworzy ono ryzykowny zestaw.

Imiona osób, których nie lubimy.

My raczej lubimy ludzi :) Ale takie na przykład imię mojego byłego partnera odpadło bez dyskusji, choć obiektywnie jest to bardzo piękne imię męskie.  

Imiona, które wywołują silne i w związku z tym kłopotliwe skojarzenia.

Czyli na przykład wspomniany Ferdynand. Albo Mikołaj. Kilka osób sugerowało mi, że to bardzo ładne imię, na co ja zawsze odpowiadałam niezmiennie - dla mnie Mikołaj to w ogóle nie jest imię, tylko taki Święty z brodą :) Pozdrawiam wszystkich Mikołajów i wszystkich rodziców Mikołajów, nie gniewajcie się, proszę, to tylko moje odczucia!


Imiona, których znaczenie do mnie nie przemówiło.

Przyznaję, tu raczej ja podeszłam bardziej krytycznie. Odrzuciłam np. imię Filip. Konie to bardzo zacne zwierzęta i dobrze jest je kochać, jednak niekoniecznie chciałam, by właśnie taka wiadomość była zapisana w imieniu mojego synka.


Odpadło też imię Emil - to znaczy "ten, który rywalizuje". Nasz syn z pewnością będzie z kimś rywalizował, pewnie nawet ze starszym bratem, ale niekoniecznie musi mieć do tego dodatkową motywację w postaci imienia :)

"Miłosz, czekaj!"

Imię Miłosz było jednym z mocniejszych kandydatów nawet za pierwszym razem. To znaczy, było takie dla mnie - mój mąż oczywiście nie był do niego przekonany. Ta opcja odpadła jednak natychmiast, gdy pewnego dnia usłyszeliśmy na parkingu, jak jedna mama woła swojego synka: "Miłosz, czekaj" - co brzmiało zupełnie jak "Miło szczekaj!"...
Wizja kulturalnego, uprzejmie szczekającego psa już nas nie opuściła :)


Imiona osób, które lubimy.

To było najtrudniejsze.
Jednym z kilku imion, które najdłużej braliśmy pod uwagę, było imię Marcin. Wydaje mi się, że to była opcja, do której mój mąż był najbardziej przekonany. Ładne imię. Niezbyt częste i zarazem niezbyt oryginalne. Nie rymuje się ani nie kojarzy z niczym. Da się je zdrobnić. Obcokrajowcy sobie z nim poradzą, pewnie będą mówić "Martin". Jak na razie same zalety. Mało tego! Marcin to imię jednej z najbliższych nam osób, naszego najlepszego przyjaciela, w zasadzie już członka rodziny.

I właśnie dlatego jednak się nie zdecydowaliśmy.
Wydaje mi się, że to zawsze byłby problem. "Marcin! Ale który?"... "Nie mówię o Tobie, tylko o wujku Marcinie"... Wiem, że można sobie z tym poradzić. Nadawać pseudonimy, różne zdrobnienia... Ale po co sobie radzić, skoro można po prostu nie doprowadzać do tego, by problem się pojawił? 
Poza tym wyobraziłam sobie, że Robertowi mogłoby być przykro, że to jego brat dostał imię po wujku, a nie on. Długo się wahaliśmy, ale ostatecznie imię Marcin odpadło.

Innym mocnym typem było imię Artur. Robert i Artur, jakie to piękne połączenie! Tak mnie zachwyciło, że byłam nawet gotowa machnąć ręką na niezbyt ambitne znaczenie imienia Artur - mniej więcej "piękny niedźwiedź". 


O odrzuceniu tej opcji przesądził jednak fakt, że mamy kolegę Artura. I w sumie mamy z tym kolegą dość skomplikowaną relację. Wydaje mi się, że dziwnie odebrałby fakt, że nasz synek miałby nosić jego imię. Może uznałby, że mam jakąś obsesję na jego punkcie czy coś w tym stylu... Może to głupie, ale naprawdę nie chciałam doprowadzać do takiej sytuacji. 


Po przemyśleniu tych wszystkich opcji i odrzuceniu szeregu innych imion, które po prostu, najzwyczajniej w świecie jakoś nam nie brzmiały - okazało się, że nasz pierwszy wybór jest jednak tym najlepszym i najwyraźniej jedynym. Może dało się myśleć nad tym dłużej... W końcu rodzę dopiero za dwa miesiące. Chcieliśmy jednak móc już mówić do naszego młodszego synka po imieniu.

Michał.


To zawsze było w moim odczuciu jedno z ładniejszych imion męskich. Gdybym miała wymienić kilka takich najładniejszych, byłoby pewnie w pierwszej piątce - razem z imionami Robert i Andrzej :) 

Imię Michał nie wywołuje żadnych złych skojarzeń (no dobra, wiem, że Michał popychał i się skichał... Ale to nas nie zniechęciło!), daje się łatwo zdrobnić. Dla obcokrajowców może być nieco trudniejsze niż imię Robert, ale też można sobie z tym poradzić - mówić np. Michael, Michel, od biedy nawet Mike czy Mick :)

Dodatkowy argument za imieniem Michał - podobnie jak Robert, jest to imię znakomitego polskiego piłkarza. W czasie, gdy nadawaliśmy imię starszemu synkowi, nasza drużyna narodowa cieszyła się nieco lepszą opinią niż obecnie. Dużo osób się wtedy zachwycało, że mały będzie miał takie samo imię jak Lewandowski :) Będziemy mieć zatem małego "Lewego" i małego Pazdana. Wiadomo, że to nie jest najważniejszy argument - ale chłopcy pewnie się ucieszą, jak będą starsi i odkryją to powiązanie.

A drugie imię?


Andrzej. Tak samo, jak ma Robert - po tacie.

Byłoby inaczej, gdybyśmy od początku wiedzieli, że będzie dwóch chłopców. Ale kto to przewidzi? My na pewno nie przewidywaliśmy. Robert miał początkowo odziedziczyć drugie imię po jednym z dziadków. I właściwie w ostatniej chwili pojawiła się wątpliwość: a czy drugiemu dziadkowi nie będzie przykro?

Skoro już jeden z chłopców otrzymał drugie imię po ojcu, nie wyobrażam sobie, żeby młodszy miał dostać inne. Czy na pewno zdołalibyśmy mu to wytłumaczyć? Czy nie czułby się przez to gorszy, mniej kochany? Bardzo przemówił mi do wyobraźni motyw z filmu "Gattaca" - słabszy z synów, któremu wróżono krótkie życie, nie zasłużył na imię po ojcu. Otrzymał je młodszy, silniejszy syn.

Źródło: Youtube

Jeśli jakimś cudem zdarzy nam się, że będziemy mieć jeszcze jednego, trzeciego synka, on również otrzyma drugie imię po tacie :) Nad pierwszym nawet nie mam siły się zastanawiać...

I tak nigdy nie wiadomo, czy dziecko polubi swoje imię.


Ja sama długo nie lubiłam mojego imienia. Oznajmiałam rodzicom na przykład: "Od dzisiaj mówcie na mnie Asia!" :) Planowałam, że zmienię imię, jak będę dorosła. Potem mi przeszło, uczyłam się lubić moje imię, szukałam znośnych zdrobnień, próbowałam znaleźć w nim jakieś zalety. Bywa i tak.

Może się okazać, że tak starannie wybierane przez nas imiona nie spodobają się naszym synkom. Liczę się z tym. Myślę jednak, że sobie z tym poradzą - może wymyślą sobie jakieś pseudonimy? Będziemy wtedy używać pseudonimów, a co! :)

wtorek, 24 kwietnia 2018

5 filmów niekoniecznie dla dzieci - cz. 2

Ogromnie Wam dziękuję za wszystkie reakcje i komentarze do pierwszej części zestawienia. Czas na kolejne 5 filmów, które wyglądają na stworzone dla dzieci, ale być może niekoniecznie takie są.

Pisałam już wcześniej o tym, że dzieci obecnie odbierają pewne treści inaczej niż ja w ich wieku. To, co mnie straszyło, dla nich jest zabawne. Przy czym ja nawet jak na moje czasy należałam do tych zdecydowanie najbardziej wrażliwych dzieci. Jak można było się czegoś bać, to ja się tego bałam. OK, nie bałam się Gargamela. Buki też nie. Ale już Kulfon z "Ciuchci" powiększony do rozmiarów dorosłego człowieka sprawiał, że czułam się co najmniej nieswojo. Na liście moich strachów z dzieciństwa chyba najdziwniejszy punkt stanowi... klawiszowiec z jednego zespołu grającego muzykę disco-polo (to był ten czas, kiedy wszystkie dzieciaki słuchały disco-polo!) Młody ten chłopak, z pewnością zupełnie nieświadomy wrażenia, jakie robił na wrażliwych małych dziewczynkach, był wysokim i bardzo szczupłym brunetem o jasnej cerze i wyjątkowo ciemnych ustach. Miał też odstające, lekko szpiczaste uszy. Domyślam się, że wizualnie kojarzył mi się z wampirem, a wampirów bałam się wówczas najbardziej na świecie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to, co ja odbieram jako straszne i niekoniecznie odpowiednie dla dzieci, może być w rzeczywistości całkiem neutralne. Dlatego też mam wątpliwości, jeśli chodzi o pierwszy film w moim dzisiejszym zestawieniu, czyli o...

1. Zwierzogród (2016).


Żródło: Głos Kultury

Ukochany film dorosłych i dzieci na całym świecie. Przepiękna wizualnie, dowcipna i dobrze zrealizowana opowieść o tym, że każdy może być kim chce. Jedna ze zdecydowanie najlepszych animacji ostatnich lat. Dorośli znajdą w niej pewne aluzje polityczne i społeczne, dzieci zachwycą się kolorową i budującą historią o dzielnej, nieustępliwej króliczce i przebiegłym, ale w gruncie rzeczy bardzo wartościowym lisie.

Problem z tym filmem? Niektóre sceny są może nie tyle drastyczne, co raczej sugerują, że za chwilę wydarzy się coś przerażającego. Sposób budowania napięcia kojarzy mi się trochę z horrorami. Szczególnie mam tu na myśli... pierwszą scenę, otwierającą cały film. Choć ostatecznie okazuje się, że nie dzieje się w niej nic złego, scena robi niepokojące wrażenie. Jako dorosła osoba czułam się nieco nieswojo, gdy ją oglądałam, jako dziecko pewnie schowałabym się pod poduszką i stanowczo odmówiłabym oglądania reszty filmu. Ominęłoby mnie tyle dobrego.

Czy pokazać "Zwierzogród" dzieciom? Według rekomendacji wydawcy, film jest przeznaczony dla dzieci powyżej ósmego roku życia. Myślę, że warto trzymać się tej granicy, a nawet nieco ją zawyżyć, jeśli Twoje dziecko jest wrażliwe i źle reaguje na sceny budzące grozę. Myślę też, że warto przed seansem porozmawiać z dzieckiem na temat tego, co może zobaczyć na ekranie i czy na pewno jest na to gotowe.

2. Trolle (2016).


Źródło: Spider's Web

Ten film obejrzałam w zeszłym tygodniu, ponieważ został wspomniany w jednym z Waszych komentarzy :) Postanowiłam sprawdzić, o co z tymi "Trollami" chodzi. Jedno mogę powiedzieć na pewno - film nadaje się idealnie dla dziecka, które ma szesnaście miesięcy ;) Robert zachwycał się kolorowymi, skaczącymi istotkami i radośnie tańczył w rytm licznych piosenek.

Ja sama również odebrałam ten film pozytywnie. Fabuła skojarzyła mi się ze Smerfami, przesłanie ("szczęścia nie trzeba w siebie wciskać na siłę, ono jest w każdym z nas") jest proste i uniwersalne. Myślę, że mogą z niego skorzystać i dorośli, i dzieci. Potrafię sobie wyobrazić, jak tłumaczę kilkuletniemu synkowi, rozczarowanemu, że coś mu się nie udało - "widzisz, król Bergenów też myślał, że już nigdy nie będzie szczęśliwy, bo nie zjadł Trolla, a potem jednak odnalazł szczęście". 

No i ścieżka dźwiękowa jest po prostu zachwycająca i niezwykle bogata. Podobają mi się również polskie przekłady piosenek.

Problem z tym filmem? Największy to chyba Bergeni, czyli naturalni wrogowie uroczych Trollów. Są nieco bardziej przerażający niż poczciwy Gargamel. Mają ponure miny i mnóstwo zębów. Przypuszczam, że jako wrażliwe dziecko mogłabym się ich bać.

Czy pokazać "Trolle" dzieciom?  Myślę, że jak najbardziej. Najlepiej oglądać razem z dzieckiem i obserwować, czy sceny z Bergenami nie są dla niego zbyt straszne.

3. "Dom" (2015).



Film o kolorowych, pociesznych kosmitach zwanych Buwami i ich inwazji na naszą planetę. Mogliście się z nim nie spotkać, ja sama trafiłam na niego tylko dzięki promującej go przepięknej piosence Jennifer Lopez "Feel the light". W oryginalnym dubbingu pojawia się również Rihanna, która ponoć jest jego najjaśniejszym punktem. Ja oglądałam film wyłącznie w polskiej wersji językowej i być może dlatego nie zdołałam obejrzeć go do końca. Ani nawet do połowy.

Problem z tym filmem? Dubbing właśnie. Zwykle jestem pod wrażeniem polskich wersji językowych i zgadzam się z opinią, że nasi aktorzy dubbingowi należą do najlepszych na świecie, tu jednak dubbing sprawił, że oglądanie filmu nie było dla mnie przyjemnością. Zresztą nie wiem, czy w wersji oryginalnej również nie pojawia się ten sam problem. A jaki to problem? Przekręcanie słów. Ludziowie, dlaczemu, smutność, to tylko kilka przykładów. Na początku jest to śmieszne, w dużym natężeniu szybko robi się męczące i sprawia, że dialogi stają się niezrozumiałe.

Film jest przeznaczony dla małych dzieci i dlatego tym bardziej negatywnie odbieram dziwne zabawy twórców z językiem polskim. Dzieci w tym wieku uczą się poprawnego formułowania zdań. Chłoną i przyswajają język, który słyszą. Obawiam się, że dziecko pod wpływem takiej kreskówki może zacząć powtarzać użyte w niej słowa.

Czy pokazać "Dom" dzieciom? Może wersję oryginalną z napisami. Polski dubbing zdecydowanie odradzam.

4. Sezon na misia (2006).


Źródło: AllBox.TV

Nieco starszy film w tym zestawieniu. Znacie? Dla mnie ten film to idealny dowód na potwierdzenie mojej teorii, że twórcy filmów animowanych nie zawsze wiedzą, jak zrobić film dla dzieci.

"Sezon na misia" ma dość standardową, prostą fabułę, zdawałoby się, że w sam raz dla dzieci. Niedźwiedź wychowany przez człowieka musi nauczyć się żyć w lesie, w swoim naturalnym środowisku. Pomaga mu ciapowaty jelonek. W relacji tych dwóch głównych postaci widać duuużą inspirację Shrekiem i Osłem. Twórcy dubbingu też niewątpliwie odrobili lekcję ze "Shreka" i postanowili umieścić w dialogach kilka aluzji i dowcipów zrozumiałych tylko dla dorosłych widzów.

Problem z tym filmem? To niby zupełnie poboczny wątek, ale moim zdaniem może mieć znaczenie. Otóż, w filmie pojawia się postać pieska Kabanoska. Przez niemal cały film jest on po prostu ukochanym, zadbanym, wychuchanym pupilem dwojga ludzkich bohaterów. Pod koniec filmu nieoczekiwanie Kabanosek dochodzi do głosu. Okazuje się, że jego życie jest pasmem udręki i upokorzeń i w związku z tym porzuca on swoich opiekunów i przyłącza się do zwierząt mieszkających w lesie.

A teraz wyobraźcie sobie, że ten film ogląda jakiś małoletni właściciel lub małoletnia właścicielka ukochanego pieska.

Wątek Kabanoska miałby może nawet sporo sensu, gdyby opiekunowie traktowali go źle. Wtedy byłaby to niezła lekcja dla dziecięcych widzów, że pieski też mają uczucia i nie wolno robić im krzywdy. Ale Kabanosek jest traktowany dobrze. Aż do wspomnianej sceny nic nie wskazuje na to, że czuje się nieszczęśliwy.

Ponoć powstała kontynuacja "Sezonu na misia", w której ludzie próbują odzyskać Kabanoska. Nawet nie zamierzam tego oglądać.

Czy pokazać "Sezon na misia" dzieciom? Jeśli masz pomysł na to, jak wytłumaczyć dziecku wątek Kabanoska, to w sumie nie widzę przeszkód :)

5. Minionki (2015).


Źródło: Filmweb

Z tego, co zdążyłam się zorientować, jest to trzeci film o Minionkach, natomiast pierwszy według chronologii wydarzeń. Inaczej mówiąc, klasyczny prequel. 

Można powiedzieć, że broniłam się rękami i nogami przed oglądaniem filmów o Minionkach. Żółte stworki, z których niektóre nie wiedzieć czemu mają dwoje oczu, a inne tylko jedno, jakoś zupełnie nie wzbudziły we mnie zainteresowania. Wiem, że to powierzchowne i że nie powinno się oceniać filmu wyłącznie na podstawie wyglądu postaci. Ale cóż, póki co nadal jeszcze sama wybieram, co chcę oglądać.

Znajomy uświadomił mi w jednej rozmowie to, o czym nie miałam pojęcia: że Minionki są złe, a ich największym celem jest możliwość służenia najbardziej nikczemnemu przywódcy. Byłam w szoku. Pocieszne stworki, które natychmiast po premierze filmu zabarwiły na żółto wszystkie sklepowe półki z zabawkami i gadżetami dla dzieci - są ZŁE? Ulubieńcy dzieci chcą służyć złemu panu? I całe towarzystwo od demonizowania Harry'ego Pottera i Hello Kitty jeszcze nie bije na alarm? O co tu chodzi?

Obejrzałam film wczoraj. Minionki są prześmiesznymi, uroczymi małymi głuptasami. Nie mówią w naszym języku, co na początku trochę utrudniało oglądanie, ale okazało się, że do ich dziwnej mowy można się bardzo szybko przyzwyczaić. Coś w ich zachowaniu przypominało mi mojego małego synka; może to przez tę nieporadność połączoną z radością i dziecięcą naiwnością. A jednak niezaprzeczalną prawdą jest to, o czym pisałam na początku: Minionki są złe. Są, jeśli można użyć takiego określenia, serdecznie złe: kochają swoich nikczemnych panów całymi swoimi małymi serduszkami, są lojalni wobec nich i wobec siebie, popełniają złe uczynki ze szczerą radością. Mają wszystkie cechy, które mogłyby cechować pozytywnych bohaterów - a jednak są złe.

Film o Minionkach jest inteligentny, pełen nawiązań do historii i kultury, wyważony i zabawny. Ja i mąż bawiliśmy się świetnie, oglądając go. Myślę, że niejeden dorosły może spędzić miło czas, oglądając tę przedziwną bajkę.

Problem z tym filmem? Zło, które jest atrakcyjne, urocze i zachęcające. Brak morału, brak pozytywnego przesłania. Pod koniec nawet przez chwilę wydaje się, że Minionki czegoś się nauczyły, zrozumiały, że lepiej jest oddać koronę prawowitej właścicielce niż służyć komuś, kto z powodu zwykłego nieporozumienia gotów jest pokroić Cię piłą mechaniczną. Jednak okazuje się, że ta lekcja to tylko pozory. Kiedy pojawia się nowy niegodziwy pan, Minionki natychmiast pędzą, by mu służyć. Ze szczerą, serdeczną złą radością.

Czy pokazać 'Minionki" dzieciom? Zrób jak uważasz, ja chyba jednak jestem na nie. Wolę tradycyjny schemat, kiedy dobro wygrywa, a zło otrzymuje nauczkę. I wolę, gdy zło wygląda groźnie i odpychająco, a nie słodko i radośnie.


Pierwsza część zestawienia tutaj -> http://szczesliwavii.blogspot.com/2018/04/5-filmow-niekoniecznie-dla-dzieci-cz-1.html 

wtorek, 17 kwietnia 2018

5 filmów niekoniecznie dla dzieci - cz. 1

Z filmami dla dzieci jest ten zasadniczy problem, że są one tworzone przez dorosłych. I zawsze będą. Tego nie przeskoczymy. Często ci dorośli potrafią bardzo dobrze wczuć się w psychikę dziecka i wiedzą, co zrobić, by ich film stał się dla dziecka źródłem wartościowej rozrywki. Zdarza się jednak, że nie do końca im się to udaje.

W 2001 roku miała miejsce wielka, zielona i brzuchata rewolucja w świecie filmów animowanych. Okazało się, że mogą one bawić dorosłych równie mocno jak dzieci, a nawet jeszcze bardziej. Wystarczy w odpowiednich momentach mrugnąć okiem do dorosłego widza, wrzucić kilka nawiązań do kultowych filmów, kilka zdecydowanie dorosłych żartów, których dziecko nie zrozumie - i okazuje się, że całe stada dorosłych pędzą do kina na baśń o śmiałku, który ocalił księżniczkę. Przed twórcami filmów animowanych pojawiła się wielka szansa. Dorośli przestali być tylko towarzyszami swoich pociech w kinie. Stali się nową, ogromną grupą odbiorców. Nic więc dziwnego, że odtąd w każdym filmie animowanym zaczęto mrugać okiem do dorosłych. Bywa, że tych mrugnięć jest więcej niż treści przeznaczonych typowo dla dzieci.

Nie twierdzę, że filmy ujęte w moim zestawieniu są złe, ani też, że dzieci nie powinny ich oglądać. Czasem warto po prostu porozmawiać z dzieckiem o tym, co zobaczyły w filmie, może coś wyjaśnić, może powiedzieć, że w życiu niekoniecznie musi być tak, jak w filmie i to, że dana postać postępuje w taki, a nie inny sposób, nie znaczy, że tak należy robić.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsze dzieci są inne niż ja w ich wieku i odbierają pewne treści inaczej. Dla przykładu, dla mnie kilkuletniej najstraszniejszą istotą na świecie był wampir. Dziś wampirki bywają pozytywnymi bohaterami filmów dla dzieci. Piszę więc trochę z perspektywy niedzisiejszej pani dziwiącej się tym nowym czasom, a trochę z perspektywy mamy malutkiego dziecka, która za jakiś czas będzie chciała pokazać mu niektóre z tych filmów i zdaje sobie sprawę z tego, że będzie musiała synkowi sporo wytłumaczyć po ich obejrzeniu.

1. Kraina lodu (2013).


Źródło: Filmweb

Tego filmu nie trzeba nikomu przedstawiać. Dzieci i dorośli na całym świecie pokochali wzruszającą historię o siostrzanej miłości, luźno opartej na motywach "Królowej śniegu" Hansa Christiana Andersena. Przepiękna animacja, mądre przesłanie, wspaniałe piosenki i zabawne dialogi - to tylko kilka zalet tego wyjątkowego filmu. Dorośli znajdą w nim kilka żartów adresowanych do siebie, jest to jednak film zdecydowanie stworzony z myślą o dzieciach.

Problem z tym filmem? Jest tylko jeden, ale moim zdaniem ważny i wart omówienia. Otóż, dość łatwo zauważyć, że niemal wszystkie kłopoty Elsy i Anny, ich samotność, brak obycia w kontaktach z ludźmi, ich trudne wzajemne relacje, wszystko to jest bezpośrednią konsekwencją katastrofalnych błędów wychowawczych ich rodziców. Rodzice są całkowicie bezradni wobec inności Elsy, boją się jej i postanawiają odizolować ją od całego świata. To strasznie niebezpieczna postawa, która położyła się cieniem na życiu obu ich córek. W filmie wyraźnie widzimy, do czego to doprowadziło.

Do tej pory rodzice nie odgrywali w filmach Disneya tak znacząco negatywnej roli. Jeśli popełniali błędy, to w którymś momencie przyznawali się do nich i postanawiali zmienić swoje podejście (jak choćby ojciec Arielki, ojciec Pocahontas). Rodzice Anny i Elsy nie dostają tej szansy, bo przed główną akcją filmu giną w tragicznych okolicznościach. Nie pojawia się też żadna refleksja na temat ich postępowania, żadna myśl w stylu "rodzice popełnili wiele błędów, ale kochali nas i chcieli dla nas dobrze". 

Czy pokazać "Krainę lodu" dziecku? Jak najbardziej! Ale przygotuj się na rozmowę o tym, że rodzice zawsze chcą dla dziecka tego, co najlepsze, ale nie zawsze dobrze im to wychodzi.

2. Skok przez płot (2006).


Żródło: Filmweb

Przepiękny i arcyzabawny film o grupie zwierząt żyjących w lesie i przez większość roku zajmujących się zdobywaniem zapasów na zimę :) Mimo mojej wielkiej miłości do tego filmu, muszę powiedzieć, że raczej polecałabym go starszym widzom niż dzieciom. Głównie dlatego, że dorośli po prostu docenią go bardziej. Jest nie tylko naszpikowany żartami przeznaczonymi dla dorosłych. Również humor sytuacyjny i postaciowy bardziej przemówi do dorosłych niż do dzieci. W barwnej galerii postaci pojawiających się w "Skoku przez płot" widzimy między innymi rodzinkę jeży z dwojgiem bardzo zaangażowanych rodziców, którzy starają się za wszelką cenę wychowywać troje swoich dzieci idealnie. Widzimy także konserwatywnego, zachowawczego ojca oposa i jego nastoletnią, odważną córkę, która bardzo kocha swojego tatę, ale uważa jego metody za trochę obciach. Widzimy wreszcie szorstką, samodzielną skunkskę, która w głębi serca marzy o prawdziwej miłości i porządnym facecie pozbawionym węchu. Warto wspomnieć również o głównej antagonistce, przedstawicielce świata ludzi, przewodniczącej komitetu osiedlowego. Jej obsesja na punkcie kontroli i porządku rozbawi niejednego widza. Myślę jednak, że przede wszystkim widza dorosłego.

Główny problem z tym filmem? Jest on wręcz hymnem pochwalnym na cześć niezdrowego, śmieciowego jedzenia. Nasze urocze zwierzaczki zajadają się radośnie chipsami, ciasteczkami, pizzą. Próba zaproponowania czegoś zdrowego zamiast chipsów jest w filmie sceną humorystyczną. Zdrowe jest może i zdrowe, ale na pewno nie tak smaczne.

Muszę przyznać, że ilekroć oglądałam "Skok przez płot" (a oglądałam kilka razy, bo to świetny film), za każdym razem robiłam się głodna.  Co prawda zamiast chipsów wybierałam zazwyczaj kanapki, ale rozumiecie sami. To jest strasznie sugestywne. Ten film jest o jedzeniu, jedzeniu i jeszcze o jedzeniu.

Czy pokazać "Skok przez płot" dzieciom? Nie mam pewności. Jest szansa, że zachwycą się uroczą wiewiórą, jeżykami i innymi zwierzątkami, wydaje mi się jednak, że starszy widz po prostu bardziej doceni ten film.

3. Auta 2 (2011).


Źródło: galeriaplakatu.com

Dzieci kochają serię o Zygzaku McQueenie :) Widzę to zwłaszcza po naszym siostrzeńcu. Zygzak wraz z kumplem Złomkiem to jego ukochani bohaterowie od lat. Myślę, że żaden małoletni pasjonat samochodów nie pozostanie obojętny wobec serii o autach.

Kontynuacja przygód Zygzaka jest zupełnie innym filmem niż pierwsza część. W pierwszych "Autach" mamy dość typowo disneyowską historię o nieco pyszałkowatym gwiazdorze, który pod wpływem nowego otoczenia zupełnie zmienia swoje nastawienie i staje się lepszym... samochodem. Druga część natomiast to raczej film szpiegowski nawiązujący do zupełnie dorosłych produkcji o tajnych agentach. 

Problem z tym filmem? Cóż, jest w nim zawarta bardzo brutalna scena. Jeśli uświadomimy sobie, że samochody są w tym filmie bohaterami w zasadzie ludzkimi, mają ludzkie emocje i zachowania, to musimy zdać sobie sprawę z tego, że scena pokazująca okrutne tortury i ostatecznie zamordowanie jednego z drugoplanowych bohaterów jest tak naprawdę... właśnie tym. Sceną tortur i morderstwa w filmie dla dzieci. Gdyby nakręcono film z identycznym scenariuszem, ale zamiast aut wystąpiliby w nim ludzie, nikt nie pozwoliłby na pokazywanie tego filmu dzieciom.

Czy pokazać "Auta 2" dzieciom? Jeśli Twoje dziecko już zdążyło pokochać pierwszą część "Aut", to pewnie nie masz wyjścia ;) Trudno mi powiedzieć, na ile ta scena poruszy Twoje dziecko. Każdy ma inną wrażliwość i wyobraźnię. Możliwe, że po obejrzeniu tej sceny potrzebna będzie rozmowa, i raczej nie będzie to rozmowa łatwa.

4. Film o pszczołach (2007).


Źródło: Filmweb

Nie dla dzieci, nie dla dzieci, nie i koniec. W zasadzie nie wiem, dla kogo jest ten film. Dla dorosłych jest zbyt infantylny, dla dzieci się nie nadaje. Chyba najbardziej spodoba się nastolatkom w tym niezbyt mądrym wieku, których wielce rozbawi fakt, że usłyszeli taaakie słowa w kreskówce.

Problem? Niejeden. Brzydkie słowa użyte jakoś zupełnie bezmyślnie, aluzje seksualne, zamiast wspomnianych przeze mnie wcześniej mrugnięć okiem do dorosłego widza mamy po prostu co chwilę rubaszny rechocik, odnoszący się na przykład do tego, że hahaha, misie lubią dzieci.

Niektórzy zarzucają temu filmowi również propagowanie zoofilii, ale moim zdaniem to trochę zbyt daleko idące wnioski. Mimo wszystko, mowa tu przecież o bajce. Romantyczna relacja ludzkiej kobiety z pszczołą nie zasługuje chyba na aż tak poważne traktowanie.

Czy pokazać "Film o pszczołach" dzieciom? Jeśli Twoje dziecko lubi pszczoły, pokaż mu lepiej "Pszczółkę Maję".

5. Gdzie jest Dory (2016).


Źródło: Filmweb

Mam mieszane uczucia. Pierwsza część tej historii, "Gdzie jest Nemo?", to jedna z najbardziej uroczych animacji, które powstały współcześnie. Przepiękna wizualnie, z wyrazistymi postaciami, które bawiły wtedy, kiedy trzeba, a wzruszały wtedy, kiedy trzeba, z wspaniałym przesłaniem zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców, z cudownie rozegranym wątkiem nadopiekuńczego ojca, do którego w końcu dociera, że nie doceniał możliwości swojego syna, bo za bardzo się o niego bał. I w tym wszystkim jest też postać Dory, uroczej i pełnej ciepła rybki cierpiącej na zanik pamięci krótkotrwałej. Wątek Dory ma zdecydowanie wydźwięk humorystyczny, niemal każdy dialog z jej udziałem wywołuje u widza szczery śmiech. Jednak to właśnie Dory uświadamia Marlinowi popełnione przez niego błędy i pomaga mu odbudować relację z synem. Jest wierną, wspierającą, zawsze pełną optymizmu przyjaciółką.

No i ktoś chyba musiał powiedzieć twórcom "Gdzie jest Nemo?", że potraktowali temat choroby Dory zbyt lekko.

"Gdzie jest Dory" to już zupełnie inny film. Dory już nie jest zabawna. Jest biedną, chorą rybką zupełnie zagubioną w otaczającej ją rzeczywistości. Kwestie wypowiadane przez Dory już nie śmieszą. Teraz po prostu jej współczujemy.

Może tak jest lepiej. Bardziej poprawnie politycznie. Ale wydaje mi się, że w efekcie powstał film trochę zbyt poważny, przejmujący, i co tu dużo mówić, po prostu nudny.

Czy pokazać "Gdzie jest Dory" dzieciom? Raczej tym starszym. Młodsze niewiele z tego filmu zrozumieją.


Następne pięć filmów w następnym wpisie, czyli pewnie gdzieś za tydzień ;) Możecie podsuwać mi propozycje, o jakich filmach warto wspomnieć, na pewno wezmę je pod uwagę!

Wcześniej pisałam też o "Shreku", "W głowie się nie mieści" i o "Małym Księciu" :)