czwartek, 19 września 2019

BLOGS from HEART 2019 - startuję i głosuję :)


Źródło: http://blogsfromheart.byistniec.pl/

Konkursy to coś, co my, blogerzy, bardzo lubimy ;) Radość, którą dał mi mój wynik w #shareweek2019, do tej pory dodaje mi skrzydeł i motywuje do pracy nawet w słabszych chwilach. Dlatego też z chęcią wzięłam udział w tegorocznej edycji BLOGS from HEART. Już sama nazwa konkursu sprawia, że jego idea jest mi ogromnie bliska - mój blog jest właśnie pisany prosto z serca, bez kalkulacji, bez clickbaitów (no, przeważnie), bez szukania taniej sensacji i bez udawania kogoś, kim nie jestem. Nie stwarzam pozorów idealnego życia, nie udzielam odpowiedzi, których sama nie znam.

No, to tak pokrótce o mnie ;) Oczywiście, liczę na Wasze głosy. Nie będę nawet udawać, że mi na tym nie zależy ;) Chociaż chyba już widać gołym okiem, kto zwycięży w mojej kategorii (i bardzo się cieszę, bo uwielbiam tę blogerkę!), to jednak bardzo chcę powalczyć o jakieś przyjemne miejsce w górnej połowie tabeli. Będę Wam ogromnie wdzięczna za każdy oddany na mnie głos.

Nie piszę jednak tego tekstu tylko po to, by zachęcać do głosowania na mnie. W konkursie bierze udział wielu wspaniałych blogerów. Warto wejść na stronę z listami do głosowania, odwiedzić blogi, których może wcześniej nawet nie znaliście - i zaczytać się, zachwycić, zostać na dłużej :)

Zacznę od mojej kategorii, czyli od końca:

Grupa Tematyczna Szósta - Blogi Pamiętniki i Pozostałe



Wiadomo, że namawiam do głosowania na Szczęśliwą Siódemkę ;) Natomiast w tej kategorii biorą udział również dwie moje najulubieńsze blogerki, Mama Pod Prąd i Madka Roku. Jestem spokojna o ich wysoki wynik, bo mają bardzo oddanych fanów, na których w pełni zasługują :) Jeśli jakimś cudem nie mieliście nigdy okazji ich odwiedzić, najwyższy czas to nadrobić!

Szczęśliwa Siódemka - https://szczesliwavii.blogspot.com/

Mama Pod Prąd - http://www.mamapodprad.pl/

Madka Roku - https://madkaroku.com/

Grupa Tematyczna Druga - Sztuka i Literatura



Przez długi czas w ogóle nie czytałam blogów artystycznych i literackich. Nie wiem, czemu. Chyba szukałam wówczas w blogosferze czegoś innego. Wróciłam do nich, gdy sama mocniej zaangażowałam się w twórczość literacką :) Zauważyłam, że pisarze i poeci dość rzadko biorą udział w konkursach dla blogerów. Teraz też jest podobnie. W tej kategorii można oddać głos na jeden z trzech blogów. 

Mój głos otrzymuje Carrrolina Blog. Pisane przez nią recenzje sprawiły, że zostałam na blogu dłużej, czytałam o kolejnych książkach i niemal od razu zaczęłam się zastanawiać: jak oceniłaby moją powieść? Widzę, że dość surowa z niej recenzentka, tanie chwyty jej nie kupią :)


Grupa Tematyczna Trzecia - Styl Życia (LiveStyle)



Ciężko było mi oddać głos w tej kategorii, tylu lubianych przeze mnie blogerów! Mój głos otrzymuje jednak, niesłusznie pominięta przeze mnie wcześniej Mama na Wypasie, również jedna z moich ulubienic :) Już wspominałam Wam o jej blogu przy okazji #shareweek, teraz tylko podtrzymuję to, o czym pisałam wówczas.

Mama na Wypasie - https://mamanawypasie.pl/

Grupa Tematyczna Czwarta - Podróże i Odkrycia



Z reguły nie czytam podróżniczych blogów, bo przypominają mi o tym, że sama od pewnego czasu trochę osiadłam w jednym miejscu i bardzo rzadko gdzieś jeżdżę. W przyszłym roku to się może zmieni :) Póki co, odwiedziłam wszystkie strony blogów startujących w tej właśnie kategorii. Moim kryterium było: który blog najbardziej zachęci mnie do tego, by zostać dłużej? W którym się zagłębię, zaczytam? A oto i mój zwycięzca, Pakuj walizki. Piękne zdjęcia, niebanalne podejście do tematu podróży. 

Pakuj walizki - https://e-pakujwalizki.pl/

Grupa Tematyczna Piąta - Pasje i Praca



Kolejny trudny wybór - tyle świetnych blogów, i tak różnorodne! Miałam co najmniej trzy typy, zdecydowałam się jednak na Passion Piece, bo skoro nie mogę na nią zagłosować w mojej kategorii, to przynajmniej tutaj to zrobię :) Natalia pisze wspaniale, dociera do wyjątkowego grona osób - dyskusje pod jej tekstami również są warte czytania. Nie zapomnę nigdy tekstu, który napisała o mojej akcji. Jak pięknie ujęła w słowach to, co chciałam przekazać! :)



Bez względu na to, kogo zechcecie wyróżnić - warto poświęcić tę chwilę i zajrzeć na stronę z listami do głosowania. Dla każdego z tych wyjątkowych twórców to będzie znak, że doceniacie ich zaangażowanie i pasję, którymi dzielą się z Wami.

czwartek, 12 września 2019

Znam pewnego dwulatka.




Znam pewnego dwulatka, który regularnie zbiera pochwały, że jest niezwykle grzecznym dzieckiem, nie sprawia żadnych problemów w przedszkolu, da się z nim współpracować, jest pogodny i lubiany w grupie. 

Znam też pewnego dwulatka, który świętego wyprowadziłby z równowagi swoimi wiecznymi histeriami, przekorą, uporem i negatywnym nastawieniem.

Znam dwulatka, który jest inteligentny, umie czytać (!), bardzo stara się pisać, komunikuje się pełnymi zdaniami, próbuje liczyć w dwóch językach, śpiewa piosenki, nazywa kolory, naśladuje zwierzątka. Bez problemu można się z nim dogadać.

Znam też dwulatka, który w ciągu całego spotkania nie powie ani jednego słowa podobnego do ludzkiej mowy (poza często powtarzanym "nie"), a czasem pochłonięty zabawą lub, o zgrozo, bajką, tak zapomina o całym świecie, że po prostu nie słyszy, co się do niego mówi.

Znam dwulatka, który je samodzielnie i chętnie, bez problemu korzysta z nocnika, myje zęby, potrafi sam się umyć, uwielbia rytuały związane z wieczorną kąpielą. Sprząta po sobie i gdyby mógł, całymi dniami zmywałby naczynia. Chciałby jak najwięcej robić samodzielnie.

Znam też dwulatka, który zje kromkę lub jabłko, ale tylko wtedy, gdy mu się podzieli na kawałeczki. Kiedy w ogóle wyrazi chęć zjedzenia czegokolwiek, to jest cisza i wielkie święto w domu, bo dziecko je. Nigdy nie wiadomo, co wybije go z rytmu i spowoduje, że odechce mu się jeść. Nie korzysta z nocnika, wpada w rozpacz na sam dźwięk słowa "kąpiel". Możesz zapomnieć o porządku w domu, kiedy on w nim jest.

Znam dwulatka, który jest starszym bratem i uwielbia swojego małego braciszka. Tuli go, głaszcze, całuje, pociesza, gdy maluch jest smutny. Potrafi przywołać mamę, by poinformować ją, że braciszek czegoś potrzebuje. Dzieli się z nim zabawkami. Śmieje się do niego, bo wie, że go to bawi.

Znam też dwulatka, którego zazdrość o młodszego brata od razu rzuca się w oczy. Zabiera mu wszystkie zabawki, ciągle domaga się uwagi mamy, przegania małego, a nawet czasem podnosi na niego rękę. Oczywiście rodzice są czujni i nie dopuszczają do rękoczynów.

Skąd ja znam tych wszystkich dwulatków? Och, wiecie.

To jest jedno i to samo dziecko. 



Mój starszy syn, moja duma i radość, promyk słońca i żywe srebro. Każdego wieczoru, kiedy zasypia - czuję, jak bardzo odpoczywam... Bo co się działo chwilę wcześniej? Szalone chlapanie w łazience. Skakanie po łóżku i całym pokoju. Głośne śpiewanie piosenek. Udawane rozmowy przez telefon. A to nadal opis tego lepszego dnia, bez histerii i protestów o wszystko.

Odważę się na sformułowanie jakiejś opinii o charakterze, osobowości mojego syna może dopiero wtedy, gdy będzie dorosłym facetem szukającym swojej roli w świecie. Może wtedy spróbuję mu podpowiedzieć, jaki widzę w nim potencjał i predyspozycje, jakie cechy swojego fascynującego charakteru mógłby wykorzystać w przyszłej pracy czy innych zajęciach. Wcześniej - nie. Choć i mnie korci, by go oceniać, próbować określić za pomocą pewnych ram. Myślę o nim jako o pogodnym, przebojowym, kontaktowym, ale widziałam go też, gdy był zawstydzony, przestraszony, niechętny. Cenię jego inteligencję i dobry charakter, ale czasem mam wrażenie, że wystarczy go polać wodą, żeby zamienił się w gremlina.

Mówisz, że jest zazdrosny? Ktoś inny powie, że to niesamowite, jaki z niego kochający i opiekuńczy brat.

Mówisz, że jest źle wychowany? Ktoś inny właśnie się zachwyca jego wspaniałymi manierami.

Może wszyscy przestańmy po prostu tak dużo mówić i zachwyćmy się tymi naszymi dziećmi, które są tak zadziwiające, pełne sprzeczności i ludzkie, że trudno je opisać słowami.


poniedziałek, 9 września 2019

5 lat z życia jednego brzucha.



Dzień zaczynam od dawki hormonów i od serii ćwiczeń. To pierwsze już raczej się nie zmieni, tego drugiego sama nie chcę zmieniać, choć nikt mi już nie każe ćwiczyć. Daje mi to jednak fantastyczne poczucie, że robię coś dla siebie i jestem aktywna, a jeśli przy tym może sprawić, że zdjęcie z 2020 roku będzie wyglądało lepiej niż to aktualne, to chyba warto się starać :)

Jak już kiedyś zauważyłam, w tym roku zapanowała istna moda na porównywanie zdjęć z przeszłości z obecnymi. Ja sama niezależnie od tej mody zawsze lubiłam sporządzać takie zestawienia, przede wszystkim dlatego, że jestem strasznie sentymentalna. Ale w tym zestawieniu chodzi nie tylko o powrót do wspomnień.

Te zdjęcia pokazują coś, o czym pewnie dobrze wiecie, ale być może nieczęsto patrzycie na to w ten sposób. Pokazują, jaką wielką rewolucją dla naszego ciała jest decyzja o zajściu w ciążę. Te zmiany wpływają na cały organizm, na gospodarkę hormonalną, co za tym idzie, na nasze samopoczucie i na równowagę psychiczną. Przyznam, że pomysł na sporządzenie takiego zestawienia przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, po tym, gdy jedna z bliskich osób zarzuciła mi, że stałam się humorzasta... Pomyślałam wtedy: Ej, po dwóch ciążach w krótkich odstępie czasu, dwukrotnych zmianach wagi o 20 kg w jedną i drugą stronę, to niby jaka ja mam być? :)

Zapraszam do podróży w czasie.

2015: Starania o ciążę.


Fot. Michał Buczek

Ten temat przewija się co jakiś czas na blogu, ale chyba nigdy nie pochyliłam się nad nim w sposób wyczerpujący. Zasadniczo, cały rok 2015 (i spory kawałek 2014, a także początek 2016) był dla mnie czasem starania się o pierwsze dziecko. W marcu jeden lekarz zdiagnozował u mnie zespół policystycznych jajników (PCOS), choć sam dziwił się przy tym, że nie wyglądam na osobę dotkniętą tym schorzeniem - typowe objawy to m.in. nadwaga, nadmierne owłosienie. Zaczęłam kurację hormonalną. Kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nie pewien zbieg okoliczności. Przyjechałam do przychodni na umówioną wizytę, aby dostać receptę na kolejną porcję hormonów i dowiedziałam się... że mój lekarz już tam nie pracuje. Przyjęła mnie inna lekarka, która jednak odmówiła wypisania recepty - stwierdziła, że jeśli leczenie do tej pory nie dało rezultatów, to prawdopodobnie przyczyna mojej bezpłodności jest inna. Szereg kolejnych wizyt wykazał, że diagnoza była błędna, nie miałam nigdy PCOS. Źle dobrane leki raczej mi zaszkodziły niż pomogły. Miałam cierpliwie czekać, aż wreszcie się uda. Wiecie, jak to mówią... staranie się o dziecko nie jest nieprzyjemne ;)

Jak wyglądałam? Uczciwość nakazuje przyznać, że to zdjęcie jest wyjątkowo korzystne, to już nie były moje najszczuplejsze czasy. Nie miałam już organizmu dwudziestolatki, która mogła zjeść wszystko i nie przytyć, hormony też pewnie zadziałały po swojemu. Ważyłam 55 kg, co było prawie najwyższą moją wagą w czasach przed dzieckiem. Miałam sporo zmartwień, bo końcówka roku 2014 przyniosła mi duże kłopoty zawodowe i finansowe, których skutki odczuwałam bardzo silnie przez cały następny rok. Raczej nie wpłynęło to dobrze na mój wygląd.

2016: Upragniona ciąża!


Fot. Sobie Jestem

Tak, historia moich starań o dziecko jest znacznie mniej dramatyczna niż wiele innych historii, z którymi mogliście się spotkać. Pewnego dnia po prostu się udało. Mniej więcej w tym czasie, kiedy miałam już zamiar poddać się znacznie poważniejszym badaniom w celu zdiagnozowania przyczyn bezpłodności. Śmiejemy się czasem, że trzeba nam było wyjątkowego dnia - bo początek mojej ciąży datuje się na noc z 29 lutego na 1 marca :)

W pierwszych tygodniach moja ciąża była zagrożona. Potem, gdy zagrożenie minęło - kwitłam, czułam się wspaniale, nie miałam większych dolegliwości. Czasem, zwłaszcza w trzecim trymestrze, robiło mi się słabo. Przeważnie uważałam na siebie bardziej z rozsądku niż dlatego, że naprawdę nie czułam się na siłach, by coś zrobić. Pod koniec zaczęłam odczuwać problemy z chodzeniem i ból bioder. 

Jak wyglądałam? Znajomi dziwili się, gdy mówiłam, że przytyłam aż 20 kg, bo ponoć nie było tego po mnie widać. Ja widziałam. Im bliżej porodu, tym pełniejszą miałam twarz, no i oczywiście wielki brzuch. Nie wiem, jaki miałam obwód w pasie, bo gdy próbowałam rozciągnąć metr krawiecki, by się nim opasać, to go rozerwałam :D Przed ciążą zawsze miałam wąską talię, musiałam się zatem bardzo mocno rozciągnąć, rozrosnąć. Mój kręgosłup, biodra odczuwały, że nagle muszą dźwigać znacznie większy ciężar. Niełatwo było mi znaleźć wygodną pozycję do spania. Za to moje włosy i cera były w świetnej kondycji i przyznam, że nigdy w życiu nie czułam się tak piękna jak wtedy.

2017: Stan po ciąży.


Fot. Joanna Schönborn-Tomczak: Przerwa w dostawie deszczu

Czułam się dobrze, więc też nie szukałam pomocy u żadnych lekarzy. Może niesłusznie? Bywałam zmęczona i senna, ale powiedzmy, że matkom niemowlaków zdarza się to dość często ;) Nie miałam depresji ani problemów zdrowotnych, laktacja bez zarzutu, fantastycznie się odnalazłam w roli mamy. Dość szybko zaczęliśmy się starać o drugie dziecko. Nie chcieliśmy czekać, nauczeni doświadczeniem z poprzednich lat. Wiedzieliśmy już, że w naszym przypadku to może trwać dłużej, niż byśmy tego chcieli. 

Jak wyglądałam? Nie wracałam do sylwetki sprzed ciąży z jakąś wyjątkową szybkością, ale też nie mogę powiedzieć, by mi na tym bardzo zależało. Miałam może drobne momenty słabości, gdy widziałam siebie i swój pociążowy brzuch na zdjęciach. Albo wtedy w czerwcu, gdy zapytano mnie, czy jestem w ciąży. Ale nie było źle, zaczęłam znów pozować do zdjęć, wskoczyłam nawet w dość skąpy strój. Gdzieś pod koniec roku wróciłam do wagi sprzed ciąży - 55 kg.

2018: Druga ciąża!


Fot. Nina Filek

Udało się szybko, co zakrawa na mały cud, biorąc pod uwagę liczne okoliczności, które mogły to upragnione drugie zajście opóźnić. Tym razem było inaczej. Praktycznie w tym samym czasie dowiedziałam się o ciąży i o Hashimoto. Nadal trochę nie mogę uwierzyć, że mam jakąś przewlekłą chorobę. W ogóle nie czuję się jak osoba chora. Za to zyskałam piękne wytłumaczenie dla wszelkich moich huśtawek nastrojów i gorszych stanów :D Ale nie korzystam z tego za często.

Druga ciąża była trudniejsza, więcej dolegliwości, więcej problemów zdrowotnych. Do tej pory wspominam końcówkę października z pewną zgrozą i poczuciem, że dosłownie walczyłam o życie. A w tym wszystkim był też ze mną mały, kochany człowieczek, który musiał zrozumieć, że mama nie może już go nosić na rękach i czasem znika na kilka dni albo leży w łóżku.

Jak wyglądałam? Tym razem brzuszek był widoczny dużo wcześniej, tak naprawdę już w drugim miesiącu dało się go zauważyć - czyli na tym etapie, kiedy niektóre kobiety wolą jeszcze nikomu nie mówić o ciąży! Wcześniej pojawiły się też problemy z chodzeniem. Wagę 75 kg, czyli taką, jak przy pierwszym porodzie, osiągnęłam już na początku ósmego miesiąca. Obawiałam się, że pod koniec ciąży ta waga będzie jeszcze znacznie większa, ale jakimś cudem nie przytyłam już nawet o jeden kilogram. Nie czułam się może już tak wyjątkowo piękna jak w pierwszej ciąży, za to nawet nie zauważyłam, kiedy moje włosy tak bardzo urosły. Pogodziłam się dawno z myślą, że dłuższe niż do połowy ramienia nie będą już nigdy, taka ich uroda, tymczasem teraz są do pasa.

2019: Stan po ciąży.


Zaniepokoiło mnie, że ból bioder i kręgosłupa nie minął po porodzie, tak jak to było za pierwszym razem. Poszłam na konsultację z fizjoterapeutą i dowiedziałam się, że mam rozstęp mięśni brzucha. Dolegliwość, którą opisałam rok wcześniej na blogu, posiłkując się głównie wiedzą z Internetu, poznałam teraz na własnej skórze. Okazało się, że problemy z chodzeniem wynikały pośrednio właśnie z tego - brak oparcia w mięśniach brzucha powodował, że kręgosłup i biodra były nadmiernie obciążone. 

Przez trzy miesiące regularnie uczęszczałam na fizjoterapię. Spotkania wyglądały tak, że najpierw terapeutka oceniała, w jakim stanie są moje mięśnie, potem robiła mi masaż (coś cudownego :)), a następnie wykonywałam ćwiczenia. Z początku bardzo proste, polegające właściwie na samym napięciu mięśni. Zaskoczyło mnie, jak bardzo byłam słaba - w ogóle nie czułam, że mam tam jakieś mięśnie i że one choć trochę pracują! Z czasem było lepiej, a ćwiczenia stawały się coraz bardziej zaawansowane. Na koniec każdego spotkania terapeutka zaklejała mnie taśmami, żeby mięśnie przyzwyczajały się do prawidłowego działania. Nosiłam te taśmy za każdym razem przez kilka dni i śmiałam się, że tak wygląda człowiek bez pępka :D Czułam się z nimi bardzo dobrze, bezpiecznie, stabilnie. Naprawdę pomagały, choć pod koniec pewnie to było działanie bardziej na podświadomość.


Czuję się dobrze. Wydaje mi się, że miałam niezbyt poważną depresję poporodową, choć moje gorsze samopoczucie w tamtym czasie mogło też wynikać z różnych problemów, które mnie wówczas dotknęły, a także, oczywiście z mojego stanu zdrowia. W każdym razie, szybko przeszło :)

Jak wyglądam? Nie narzekam ;) Moje mięśnie są już w dobrym stanie, jednak brzuszek nadal trochę widać. Zauważam go przede wszystkim na zdjęciach. Ważę około 60 kg, z drobnymi wahaniami o 1-2 kg. Nie czuję, żeby to było jakoś strasznie dużo :)


Pięć lat - w czasie których zażyłam całą aptekę hormonów, a jeszcze więcej wyprodukowało moje ciało najpierw w jednej, potem w drugiej ciąży, podczas dochodzenia do siebie po porodach i w czasie karmienia piersią, dwa razy przytyłam i dwa razy "zrzuciłam" 20 kg (no, pięć kilogramów jeszcze zrzucam), obciążałam mięśnie i kręgosłup na wiele możliwych sposobów (a już najzabawniej było wtedy, kiedy w zaawansowanej ciąży brałam 12-kilogramowego Roberta na ręce), rozciągałam skórę, przeżywałam najróżniejsze stresy, napięcia, zmartwienia, no i nie zapominajmy o tym, że dwa razy zostałam rozcięta skalpelem (i drugi raz był dość ekstremalny).

Wszystko dla tych dwóch łobuziaków.


Idealną puentą do tego tekstu byłyby zdjęcia moich uśmiechniętych synków, ale darujcie, nie umieszczam ich buziek w Internecie. Są piękni, uwierzcie na słowo. Pogodni, zdrowi, przytulaśni, dają mi tyle miłości i szczęścia, że dla nich mogłabym i ze czterdzieści kilo przytyć i zjeść ze trzy apteki różnych leków, byle tylko mieć ich w swoim życiu. 

Pomyśl ciepło o swojej mamie, o mamach, które znasz. 

środa, 4 września 2019

Idziemy do przedszkola! - skoki na główkę, pole minowe i tajemnica czerwonej bluzy.



Całkiem zwyczajny poranek przed wyjściem do przedszkola.


- Nie chcę bluzy! - krzyczy zapłakany Robert.
- Synku, trzeba założyć bluzę, bo jest zimno - tłumaczę.
- Nie trzeba! 

Spokój, tylko spokój może nas uratować. Staram się dotrzeć do przyczyny problemu.

- Nie chcesz tej bluzy, wolisz inną? - próbuję.
- Nie chcę inną! - Robert tak rozpaczliwie ucieka przed zagrożeniem w postaci bluzy, że mało sobie karku nie skręci, skacząc na główkę.

Kiedy już myślę, że będę musiała złamać jego imponujący dwuletni upór z tak błahego powodu, jak troska o jego zdrowie, moje dziecko postanawia rzucić mi koło ratunkowe:

- Nie chcę niebieskiej bluzy!
- O! - chwytam się jak poręczy. - A jaką bluzę chcesz?

Kto nigdy niechcący nie wpakował się na minę, ten chyba nie miał w domu dwulatka...

- Czerwoną!

Czerwoną, czerwoną... Gdzie była czerwona bluza? Wolałabym nie przekopywać teraz wszystkich szaf, ale to może być mniej czasochłonne zajęcie niż przekonywanie Roberta do niebieskiej bluzy...

- Jeśli nie znajdę czerwonej, to pójdziesz w tej, którą masz na sobie - lojalnie uprzedzam.

"Na sobie" to określenie trochę na wyrost, bo tylko jedna rączka jest w rękawie, ale nie mam za bardzo czasu na precyzyjne budowanie zdań. Szukam nieszczęsnej czerwonej bluzy. 

No i nie znalazłam, schowała się gdzieś. Mam za to dwie inne niebieskie. Robert chyba docenił moje starania, bo nagle słyszę:

- Chcę inną niebieską!

Czuję się uratowana. Po kolei pokazuję Robertowi niebieskie bluzy. Żadna go nie przekonuje. Mały paluszek wskazuje na jakiś niebieski kształt w szafie, ale to nie bluza, tylko zimowa kurtka. Bez przesady, mamy wrzesień. Po chwili ustalamy, że nie chodzi o kurtkę, tylko o to, że mam odłożyć niebieską bluzę o tam, do szafy. Oboje mamy dziś drobny problem z precyzją wypowiedzi.

- Kochanie, więcej niebieskich bluz nie mam. Musisz wybrać jedną z tych trzech.

Wybiera. Zakładam mu ją w rytm melodii śpiewanej przez chór anielski w mojej głowie. 
Potem zakładamy buty. Przesuwam lekko stertę wyjętych z szafy ubrań, by móc wygodnie usiąść. Czerwona bluza leży dosłownie na wierzchu, pierwsza z brzegu.

Śmieję się cicho i chowam ją, by przypadkiem Robert jej nie zauważył.