Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lutego 2020

W lutym zdobędę mężczyznę moich marzeń!


Już dawno chciałam się Wam do tego przyznać, ale jakoś tak ciągle brakowało mi - odwagi, okazji, albo po prostu czasu...

Jestem zakochana w pewnym mężczyźnie. Kiedyś myślałam, że to tylko przelotne zauroczenie i nie będzie miało większego wpływu na moje życie. Z czasem stało się jednak jeszcze silniejsze, aż zrozumiałam, że nie zdołam mu się oprzeć. Postanowiłam, że w tym roku go zdobędę. I co najlepsze, wiem, że nic mnie nie powstrzyma, pomimo tego, że...

On jest żonaty. Ma dwójkę wspaniałych dzieci! Jest wspaniałym, troskliwym i kochającym mężem i ojcem. Co więcej, znam i lubię jego żonę, choć moja relacja z nią bywa nieco skomplikowana. No dobra, zgrywam się, pewnie i tak już się domyśliliście, że to ja jestem jego żoną.

Skąd takie postanowienie?


Dawno, dawno temu...
... nie byłam jeszcze matką ani żoną. Nie byłam nawet narzeczoną. Byłam dziewczyną, jak to się dawniej mówiło, sympatią. Przyznam nieskromnie (skromność jest przereklamowana!), że mój chłopak miał ze mną bardzo dobrze. Uwielbiałam się o niego starać. Robiłam mu niespodzianki, na przykład zabrałam go raz na wycieczkę z okazji urodzin. Dowiedział się wieczorem, że ma spakować szczoteczkę do zębów i zapas ubrań, bo jedziemy z samego rana. Ta wycieczka to jedno z naszych ulubionych wspomnień :)

Stroiłam się dla niego, śpiewałam mu piosenki miłosne, pisałam mu wiersze. Nieraz gotowałam coś pysznego, choć wydaje mi się, że po ślubie znacznie bardziej rozwinęłam swoje umiejętności w tym zakresie. Robiłam dla niego piękne prezenty, np. albumy z naszymi zdjęciami. Nie no, naprawdę mu się trafiło.

A potem się ożenił :)

Słyszeliście kiedyś o tym? Kobieta wychodzi za mąż, bo liczy na to, że on się zmieni. Mężczyzna żeni się, bo liczy na to, że ona będzie taka jak przed ślubem.

Mój chłopak oświadczył się spontanicznej, zaangażowanej, oddanej dziewczynie, która trzy miesiące później została jego żoną. Wiele się wtedy zmieniło: moje nazwisko, adres zameldowania, zaczęłam nosić obrączkę... Pozostałam jednak tą samą osobą, która zdobyła jego serce. Jeśli te osiem lat temu miałam tyle wspaniałych pomysłów na wspólne spędzanie czasu i umilanie jego życia, dlaczego teraz miałoby to wyglądać inaczej?

Dziś.


"Boję się, że dopadnie nas rutyna", mówił mi kiedyś, zdaje się, że jeszcze przed oświadczynami. Już wtedy czułam, że z tą rutyną to jakoś więcej straszenia, niż to jest warte i tak naprawdę nie ma się czym przejmować. W zasadzie co może być złego w dzieleniu codzienności z kimś, kogo się kocha?

Po blisko ośmiu latach małżeństwa mogę powiedzieć, że owszem, rutyna nieraz nam towarzyszy. Nasze dni często wyglądają tak samo, i gdybym Wam je teraz opisała, pewnie nie uznalibyście tego opisu za szczególnie fascynujący. Wspólny obiad, kawa, zabawa z dziećmi, wieczorem jakiś film. Czasem gdzieś wychodzimy w czwórkę, ostatnio rzadko, bo dopadły nas przeziębienia.

Co mogę zrobić jako dzieciata, nieco zmęczona mężatka, która chce zdobyć serce swojego wybranka?

Mogę pójść z nim na randkę.

Randka z mężem ma w sobie o tyle więcej uroku niż zwykła randka, że tak naprawdę niewiele trzeba, by docenić jej urok. Wystarczy usiąść razem w kawiarni i tym razem zająć stolik dla dwojga, a nie ten przy kąciku dla dzieci :D Albo kupić sobie po bułce w ulubionej piekarni i iść na spacer do parku, usiąść razem na ławce, jak za dawnych lat. Nie musimy szukać wymyślnych atrakcji ani eleganckich restauracji, tak naprawdę liczy się to, że jesteśmy we dwoje.

Możemy spędzić wyjątkowy czas w naszym domu.

Tym razem niekoniecznie będzie to oglądanie filmu. Może pośpiewamy razem? (Oboje to uwielbiamy). Może zaprosimy znajomych? Przecież bycie we dwoje to także dzielenie czasu z ludźmi, którzy są nam bliscy. Oboje lubimy spędzać czas w gronie przyjaciół. Aż się cieszę na samą myśl o kolejnym takim spotkaniu!

Mogę ugotować lub upiec coś pysznego.

Jak już pisałam Wam niedawno, to jedna z moich ulubionych form spędzania czasu :) Przez żołądek do serca! Mam to szczęście, że mąż uwielbia moją kuchnię. Dzieci bywają w tej kwestii nieco bardziej wybredne ;) Na szczęście przeważnie wracają do domu już najedzone, więc tak naprawdę gotuję dla nas dwojga. Dziś w planach naleśniki :)

Możemy zaplanować wycieczkę.

Kiedy zastanawiałam się ostatnio, o czym marzę, co jeszcze chciałabym przeżyć wspólnie z tym wyjątkowym mężczyzną, dość szybko przyszło mi do głowy, że chciałabym zwiedzić z nim wiele miejsc, w których dotąd nie byliśmy. Ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele okazji, by podróżować, mam jednak nadzieję, że wkrótce uda nam się to zmienić. Jest jeszcze tyle świata do zobaczenia!


Mogłabym jeszcze długo wymieniać pomysły, ale darujcie, muszę zachować jeszcze w zanadrzu coś, co będzie dla niego niespodzianką :) Rozumiecie, zamierzam podejść poważnie do kwestii zdobycia mężczyzny moich marzeń, a to zakłada też działanie z zaskoczenia!

czwartek, 7 lutego 2019

Jak poznałam Waszego ojca? ;)


Dzisiejszy wpis powstał w ramach internetowej akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa 7-14 lutego.

Tegoroczne tematy zaproponowane przez twórców akcji "Tydzień Małżeństwa w Internecie" wyjątkowo współgrają z moim planem - żeby wspominać, przywoływać dawne chwile i honorować tegoroczne dziesiąte rocznice. Temat przewodni dzisiejszego dnia to "Początki relacji". To idealna okazja, by opowiedzieć Wam, jak to wszystko między nami się zaczęło.

(Jeśli komuś coś nie gra w tytule niniejszego tekstu, śpieszę wyjaśnić, że jest to oczywiście nawiązanie do tytułu znanego serialu. Wiem, na pewno je wyłapaliście, ale wolę na wszelki wypadek to zaznaczyć.) 

Pierwsze spotkania.


Pisałam Wam już kiedyś, że nie pamiętam tego jedynego, absolutnie pierwszego spotkania. To nie była żadna z tych chwil, które zapadają w pamięci. Nie poznaliśmy się jako potencjalni przyszli partnerzy, nie było flirtu, w ogóle nic nie było. Przyszedł nowy chłopak do szkoły i tyle. Nawet nie byliśmy na tym samym roku, więc widywaliśmy się przelotnie na korytarzu i na łączonych zajęciach. 

Jako początek naszej znajomości postanowiłam zatem potraktować nie któryś z tych szkolnych epizodów, ale przypadkowe spotkanie na Rynku w Krakowie w pewne upalne czerwcowe popołudnie. To był chyba 1 czerwca, na Rynku tłum ludzi czekał na mające się wkrótce rozpocząć występy w ramach Festiwalu Piosenki Zaczarowanej. Wypatrzyliśmy się w tłumie, dwie znajome twarze. Wymieniliśmy kilka niezobowiązujących zdań, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy głodni i w związku z tym dobrze byłoby coś zjeść. Poszliśmy na pizzę. Do tej pory mamy sentyment do pizzerii, którą wtedy odwiedziliśmy :)

Wtedy po raz pierwszy tak naprawdę porozmawialiśmy ze sobą. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Bez przerwy się śmialiśmy. Miałam wrażenie, że coś zaiskrzyło, choć on twierdzi, że to jeszcze nie był ten moment. Ale dwie rzeczy dały mi do myślenia. Kiedy zapytana przez niego powiedziałam, ile mam wzrostu, a on stwierdził, że to "idealnie, w sam raz dla niego" (oboje z całą pewnością należymy do niewysokich). Poza tym mówił, że w wakacje wybiera się na żagle i zaproponował mi, żebym jechała razem z nim. 

Oczywiście nie pojechałam na te żagle, on zresztą też nie, ale to inna historia. Po tym spotkaniu zdecydowanie nie dążyłam do zacieśnienia naszych kontaktów. Czasem tak jest, że po jednym spotkaniu ma się przeczucie "to jest początek bliskiej relacji, o ile na to pozwolimy". Ja miałam takie przeczucie. I absolutnie nie mogłam na to pozwolić, wiecie dlaczego. Wiecie? Byłam zaręczona.

Mimo wszystko ta nasza relacja, stricte koleżeńska/przyjacielska, jakoś samoistnie się zacieśniała. Któregoś dnia pianistka z naszej szkoły wzięła mnie na stronę i powiedziała takim bardzo dyskretnym tonem: "Wiesz, Martyna, ten Andrzej to naprawdę porządny chłopak!"... Przytaknęłam, ale nie drążyłam tematu. No, porządny przecież.


Pierwsze rozmowy.


Jakiś czas później nudziło mi się i założyłam konto na popularnym wówczas portalu społecznościowym. Oczywiście na liście moich znajomych szybko pojawił się pewien profil z wielkim, szerokim uśmiechem na zdjęciu... Niedługo później dostałam od niego pierwszą wiadomość, na widok której dosłownie zamarłam - wiadomość zaczynała się od słów "Zakochałem się"! Odetchnęłam jednak z ulgą. Gdy ją otworzyłam, okazało się, że mój uroczy rozmówca zakochał się... w piosence, którą mi przesłał.

Przeważnie rozmawialiśmy o muzyce, o śpiewaniu. Mamy do niej podobne podejście, odgrywa równie wielką rolę w życiu każdego z nas. Mamy podobny gust, choć zdarzyło się nam nieraz nie zgodzić w ocenie jakiegoś utworu lub wykonawcy.

Rozmawialiśmy często poprzez wiadomości, komunikatory. Nigdy nie dzwoniliśmy do siebie. Znaliśmy się prawie od roku, kiedy zorientowaliśmy się, że w ogóle nie mamy swoich numerów telefonu.

Pierwsze "chodzenie ze sobą".


"Muszę z Tobą zerwać", powiedział mi pewnego dnia, niemal dokładnie 10 lat temu. Zabawne słowa, choć sytuacja taka nie była.

"Chodzenie ze sobą" to był nasz wspólny żart. W którejś rozmowie wspomniałam, że w szkole podstawowej chodziłam z różnymi chłopakami, ale to chodzenie polegało głównie na tym, że widywaliśmy się w szkole i rozmawialiśmy. "To tak jak my", stwierdził wtedy rozbawiony. No i chodziliśmy ze sobą, aż do chwili, kiedy musieliśmy zerwać. Bo odpowiedzią na jego pierwsze poważne pytanie było "NIE".

Czy nie zorientowałam się wcześniej, że zakochał się we mnie? Musiałabym być ślepa. Przecież przeczuwałam to już wtedy w czerwcu. Ale pewności nie mogłam mieć. Tym bardziej, że w tym samym czasie miałam jeszcze jedną, bardzo podobną przyjacielską relację - z chłopakiem, który z całą pewnością nic do mnie nie czuł. I też wszyscy wokół nas twierdzili, że jestem niedobra, że robię mu nadzieję, że on na pewno jest zakochany po uszy... Miałam tak zapobiegawczo go spławić, żeby być w porządku? Czekałam na jego krok.

Strasznie mi było go wówczas szkoda. I na pewno nic jeszcze do niego nie czułam, albo przynajmniej zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Próbowałam sobie wyobrazić, że odpowiadam jakoś na to jego uczucie, nie potrafiłam. Moje myśli i serce zajmował ktoś inny.

Miesiąc (i kilka dni) później byliśmy parą.


Wyobrażacie sobie? Tak wiele zmieniło się w jeden miesiąc.
Jeśli chciałabym to tutaj opisać, musiałabym chyba podzielić ten tekst na tomy.

To był trudny i szalony miesiąc. Jeśli miałabym wybrać, który miesiąc był najdziwniejszy/najtrudniejszy/najbardziej nietypowy w moim życiu, bez wahania wskazałabym właśnie ten, luty 2009.

Czy budowanie związku na fundamencie w postaci życia, które wywróciło się do góry nogami, ma jakikolwiek sens? W moim przypadku zadziałało, jednak nie mogłabym z czystym sumieniem polecać takiego rozwiązania. Trochę wbrew komedii romantycznej, w jaką zmieniło się wówczas moje życie - uważam, że budowanie zdrowego związku nie powinno polegać na tym, że jedna osoba ratuje drugą. Ani nawet na tym, że obie osoby ratują się nawzajem. Myślę, że najzdrowiej jest najpierw pozbierać się samemu (choć niekoniecznie samodzielnie, może np. z pomocą psychologa), poradzić sobie i dopiero jako silna i poukładana osoba próbować stworzyć z kimś szczęśliwy związek. Życie pisze jednak różne scenariusze.

Co jeszcze mogę powiedzieć? Możesz mieć różne plany i pomysły, jak poradzić sobie z daną relacją, ale jednej rzeczy nigdy nie jesteś w stanie zaplanować - siły uczuć drugiej osoby. To jest dla Ciebie wielka niewiadoma. Rezultaty mogą być nieprzewidziane.

I jeszcze - prawdziwa miłość istnieje! Po dziesięciu latach jestem tego pewna, z każdym dniem coraz bardziej :)





piątek, 4 stycznia 2019

Rok dziesiątych rocznic: blogowe plany i postanowienia na rok 2019.

Zdjęcie z 2009 roku.
Fot. Marcin Tytko

http://marcintytko.wixsite.com/fotografia

Już myślałam, że tegorocznej listy postanowień nie będzie - bo co ja mogę postanawiać z dwójką maleńkich dzieci w domu? Kiedy czasem trudno mi odróżnić jeden dzień od drugiego? Kiedy choroba starszego lub młodszego synka może zniweczyć każdy plan - o czym przekonałam się już w grudniu? A jednak, najpierw nieśmiało pojawiło się pierwsze postanowienie, potem pociągnęło za sobą drugie i trzecie, skądś wyskoczyło czwarte... I wytłumaczyłam sama sobie, że chcę powtórzyć to, co udało się osiągnąć w minionym roku: długa lista postanowień i ogromna satysfakcja, gdy uda się je wszystkie zrealizować.

Ale, ale. Od początku. O co chodzi w tytule tego tekstu?

Dlaczego "rok dziesiątych rocznic"?


Przypuszczam, że każdy ma w swoim życiu przynajmniej jeden taki przełomowy rok, w którym jego życie zmieniło się o 180 stopni. Dla mnie takim rokiem jest na pewno 2012, czyli rok, w którym wyszłam za mąż, ale chyba jeszcze więcej zmian dokonało się trzy lata wcześniej, czyli w 2009. To oznacza, że w roku 2019 czeka mnie cały szereg dziesiątych rocznic - a ja lubię świętować rocznice :)

Popatrzcie sami. Co wydarzyło się w moim życiu w 2009 roku?
  • odbył się mój koncert dyplomowy,
  • po raz pierwszy w życiu byłam na karaoke :)
  • byłam na pierwszej randce z moim mężem (wówczas typowo w strefie friendzone),
  • rozstałam się z narzeczonym w dość dramatycznych okolicznościach,
  • zostałam dziewczyną cudownego chłopaka, który obecnie jest moim mężem i ojcem moich dzieci,
  • oczywiście, to oznacza również mnóstwo mniejszych rocznic dla naszego związku: pierwszy wspólny wyjazd, pierwsza noc spędzona pod jednym dachem, pierwsze urodziny świętowane wspólnie...
  • poznałam w tym roku naprawdę mnóstwo osób, przede wszystkim rodzinę męża, ale też wielu dobrych znajomych,
  • ha, w 2009 założyłam konto na Facebooku! 
  • w zasadzie można powiedzieć, że w 2009 roku miałam pierwszą sesję zdjęciową, choć tak naprawdę była to raczej zabawa i niewiele z niej wynikło,
  • w 2009 roku po raz pierwszy w życiu miałam założony gips (no co, to też na swój sposób przełomowe wydarzenie) :)
Działo się! Trochę żałuję, że nie prowadziłam wówczas bloga - a trochę się cieszę, bo może napisałabym za dużo? Za wcześnie? Może nie przemyślałabym wystarczająco tego, co chcę o sobie mówić znajomym i nieznajomym.

Zdjęcie z 2009 roku 

Z całą pewnością chcę uczcić przynajmniej niektóre z tych rocznic, pisząc z ich okazji teksty na blogu. Będzie to pewne wyzwanie, bo już rok temu pisałam o tych wydarzeniach. Jak to zrobić teraz, żeby się nie powtarzać? Może mi podpowiecie - jest coś, o czym chcielibyście, żebym napisała? Jakiś aspekt mojej historii, który Waszym zdaniem powinnam poruszyć? Wezmę pod uwagę każdą sugestię!

Co jeszcze pojawi się na blogu w 2019 roku?


Mam już w głowie kilka pomysłów na nowe teksty. Na pewno będą dotyczyły mojej codzienności z dwulatkiem i niemowlakiem. Chcę odnieść się między innymi do tekstów piosenek dla dzieci oraz do tego, jaki przekaz płynie ze znanych baśni

Zauważyłam, że chętnie czytacie u mnie teksty merytoryczne, ale największą popularnością cieszą się jednak te bardzo osobiste. Te, które mówią o mnie, o moim życiu, również o moim zdrowiu. Przyznam, że to miła obserwacja. Nie chcę jednak, żeby blog dotyczył tylko i wyłącznie mnie i mojego życia. Będę starała się zachować równowagę między wpisami rzeczowymi, zawierającymi przydatne rady oraz tymi bardziej sentymentalnymi, do których sięgacie, by poznać mnie lepiej.

Będę starała się umieszczać więcej zdjęć. Jestem świadoma, że to zdjęcia przyciągnęły tutaj całkiem spore grono nowych odbiorców, którzy z całą pewnością chcą zobaczyć ich więcej. Przy czym nie zmieniam stanowiska w kwestii publikacji zdjęć twarzy moich dzieci - pojawią się tutaj najwcześniej za kilkanaście lat ;) A może nigdy.

Kończę natomiast z recenzjami książek. No, może nie jakoś definitywnie. Ale na pewno nie będę umieszczała ich regularnie i systematycznie, tak jak starałam się to robić w minionym roku. To są najrzadziej wyświetlane z moich tekstów. Mam wrażenie, że nie do końca tego szukacie, kiedy wchodzicie na moją stronę - a i ja przyznam, że lepiej mi się pisze inne teksty :)

Na pewno postaram się być bardziej aktywna pod koniec roku. W roku 2018 z oczywistych powodów nie mogłam sobie na to pozwolić :) Przede wszystkim zależy mi na porządnym wypromowaniu akcji "Brzuszkowy Mikołaj". Jestem z niej zadowolona, ale wiem, że mogłoby być jeszcze o wiele lepiej!

Jak zawsze jestem otwarta na wyzwania, propozycje współpracy, teksty inspirowane. A może to dobry moment na to, by ktoś napisał u mnie wpis gościnny? Chętnych zapraszam!

No dobra, czas na postanowienia!


Będzie ich siedem, tak jak rok temu. Ta liczba nie po raz pierwszy przyniosła mi szczęście! :)
  1. Będę celebrować każdy dnień! Oczywiście na tyle, na ile będzie to możliwe. Codziennie jest jakaś okazja do świętowania, tak jak codziennie są czyjeś imieniny ;)
  2. Spędzimy Święta u moich rodziców. Pisałam już nieraz, że o tym marzę. W roku 2018 taka podróż nie była możliwa z powodu narodzin Michała, w roku 2019 - mam nadzieję - już nic mnie nie powstrzyma!
  3. Dogadam się z Robertem w kilku znaczących kwestiach. Niektórzy to nazwą buntem dwulatka, inni etapem rozwojowym, jeszcze inni po prostu zrozumieją, że mój kochany starszak sporo ostatnio przeszedł i musi to wszystko odreagować... W każdym razie czasy idealnie grzecznego dziecka dawno minęły! Nie zamierzam robić z niego tresowanej małpki, ale jednak trochę współpracy wyjdzie nam na dobre.
  4. Zrobimy remont łazienki. Zdaje się, że postanowienia związane z remontem muszą być bardziej precyzyjne. Czas zatem na łazienkę. Do końca tego roku mam zamiar wrzucić tutaj zdjęcie pięknie odświeżonej łazienki!
  5. Będę organizować imprezy. Jak już wspomniałam, okazji do świętowania nigdy nie brakuje ;) W dość niedługim czasie odbędzie się zaległa impreza urodzinowa Roberta, w tym roku czekają nas również chrzciny Michała. Ale marzy mi się coś jeszcze, coś w naszym dawnym stylu, z mnóstwem znajomych, basenem, dobrym jedzeniem i szaloną zabawą ;)
  6. Odzyskam formę. Czyli - schudnę? Byłoby miło, ale mam inne priorytety. Ponad miesiąc po porodzie nie czuję, żeby miał mnie przestać boleć kręgosłup, czasem odzywają się też biodra. Trzeba zrobić z tym porządek.
  7. Wybierzemy zdjęcia do wywołania! To jedna z tych rzeczy, które ludzie często odkładają w nieskończoność, aż w końcu pada im dysk i wszystkie cenne zdjęcia znikają w niebycie. Pora oszukać przeznaczenie i w końcu się tym zająć. Mamy tyle wspaniałych pamiątek, powinny wisieć w widocznym miejscu.
Wierzę, że za rok o tej porze będę mogła pochwalić się pełnym sukcesem, czyli siedmioma zrealizowanymi postanowieniami :) Trzymajcie za mnie kciuki!

Zdjęcie z 2009 roku.



wtorek, 6 marca 2018

Zgoda buduje, czyli: jak to w końcu jest z tym małżeństwem.


Jaki tu ruch się zrobił ostatnio! Niektórzy z Was pewnie są przyzwyczajeni do takiej sytuacji i nie robi to na Was szczególnego wrażenia, dla mnie jest to nowe i zupełnie fantastyczne doświadczenie. Cieszę się, że zajrzeliście, mam prośbę: rozgośćcie się i zostańcie na dłużej. Nieczęsto piszę wielkie i przełomowe teksty, ale te krótsze i lżejsze również są warte przeczytania.

Dzisiejszy wpis mógłby powstać w ramach akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa (w której zresztą wzięłam udział, ale z innym tekstem), gdybym nieco wcześniej wpadła na pomysł, by go napisać. Jest jednak inna, ważna okazja: w tym tygodniu obchodzimy z mężem rocznicę, jedną z trzech ważnych rocznic, które świętujemy co roku, dziewiątą rocznicę naszego związku.

W poprzednim tekście pisałam o tym, że coś przełomowego wydarzyło się w moim życiu dziewięć lat temu, a teraz, że od dziewięciu lat jesteśmy razem? Tak, te dwa fakty się ze sobą wiążą.

Dawno, dawno temu...


Trudno pisać o dziewięcioletnim, udanym związku bez uderzania w sentymentalną nutę. Zwłaszcza, że historia tej znajomości jest do bólu hollywoodzka i sentymentalna. Serio, znacie te bajki o dziewczynie, która ma swój wyśniony ideał mężczyzny, ale rozsądek podpowiada jej, żeby nie szukać ideałów, tylko dać szansę zwyczajnym, ale prawdziwym mężczyznom z krwi i kości - po czym jednak niespodziewanie spotyka ten swój ideał? I nie daje mu szansy, bo przecież w planach jest już jej ślub z innym, ale po długich i nieraz dramatycznych perypetiach ostatecznie odjeżdżają jednak wspólnie w stronę zachodzącego słońca? No, więc to jest bajka o mnie.

I żyli długo i szczęśliwie. 



Nie, nie jest idealny. I nie mam zamiaru pisać mu kolejnej laurki, już jedną na tym blogu ma ;) Chciałabym dzisiaj poruszyć nieco inną kwestię. Jak to jest, kiedy mąż i żona prawie we wszystkim się zgadzają?

Hm, jak to jest - jest fantastycznie! :) Ale ta sytuacja ma też swoje słabe strony.

Jesteśmy równie podobni do siebie, co różni. Od dziewięciu lat ze zrozumiałych względów pracujemy raczej nad budowaniem i wzmacnianiem podobieństw niż nad pogłębianiem różnic. Jeśli się nie zgadzamy, często dyskutujemy na ten temat nawet bardzo żywiołowo, we dwoje, bez świadków. Po czym przypadkiem, w którejś kolejnej rozmowie wychodzi na jaw, że w sumie to już się zgadzamy, wypracowaliśmy jakieś wspólne zdanie, któreś z nas nawet nie do końca świadomie dało się przekonać drugiemu i odtąd jesteśmy zgodni również i w tym temacie. To jest małżeństwo, to jest wspólne życie. Nie wojna, nie debata, w której trzeba wygrać, zdominować przeciwnika, pokonać argumentami. 

Łączą nas podobne zainteresowania, pasje, marzenia. Im dłużej jesteśmy razem, tym jest ich więcej. To on zabrał mnie na żagle. To ja zabrałam jego w góry. To przy nim zaczęłam śpiewać gospel. To przy mnie poznał kino indyjskie. Wspólnie odkrywaliśmy świat fotografii. To wszystko odbywa się zupełnie naturalnie, nikt nikogo do niczego nie zmusza, po prostu robimy wszystko razem.

Łączy nas podobny gust prawie we wszystkim. Spróbuj spędzić dziewięć lat z człowiekiem i nie lubić tego, co on lubi. Mimowolnie zaczynasz zauważać na ulicy jego ulubiony kolor, samochody takie, jakie mu się podobają, słyszysz w radiu piosenkę i uśmiechasz się, bo on tę piosenkę lubi. Czasem trzeba też podjąć wspólną decyzję, a jedno z nas nie ma zdania, wtedy gust i punkt widzenia jednej osoby staje się wspólnym zdaniem i na jego podstawie zostaje podjęta decyzja.

Łączą nas te same wartości, poglądy, podejście do życia. W dużym stopniu można powiedzieć, że mamy podobne charaktery.

Ale nie jesteśmy w stu procentach identyczni.


Różnią nas temperamenty. Ja jestem towarzyska, dynamiczna, intensywna. Mąż jest raczej bardziej zdystansowany. W sytuacjach konfliktowych ja staram się być dyplomatyczna, mąż niekoniecznie przebiera w słowach. Mimo to regularnie, ciągle i w różnych sytuacjach jesteśmy brani za jedną osobę, dwugłowego stwora mówiącego jednym głosem.

"Jak byłem singlem, łatwiej mi było się wypowiadać, bo przynajmniej wszyscy wiedzieli, że to moje zdanie", stwierdził ostatnio mój mąż.

W różnych sytuacjach w większym gronie, w których teoretycznie każdy ma prawo się wypowiedzieć, jedno z nas zawsze jest pozbawiane prawa głosu. Przeważnie jest to właśnie mój mąż. Pewnie dlatego, że ja sama nauczyłam się już unikać sytuacji, w których z pewnością zostałabym wzięta za obrończynię mojego męża, osobę bez własnego zdania.

Tak, przeważnie mojemu mężowi podoba się to, co robię. Z prostej przyczyny: już od dziewięciu lat patrzy na różne rzeczy, które robię. Tak, mój mąż często uważa, że mam rację. Jesteśmy dwojgiem ludzi, którzy na ogół myślą podobnie, między innymi to nas właśnie połączyło. 

Tak, podoba mi się praktycznie wszystko, co robi mój mąż. Może i nie jestem obiektywna, ale kiedyś przecież byłam, te dziewięć lat temu. Kiedyś zobaczyłam go po raz pierwszy, nic o nim nie wiedziałam i spodobał mi się. Kiedyś podjęłam decyzję, że to jest mężczyzna, z którym spędzę życie. Nie miał wtedy forów, nie był na wygranej pozycji, a jednak wygrał.

Żadne z nas nie straciło swojej indywidualności. Nadal jesteśmy tymi samymi osobami, które lata temu zakochały się w sobie.

Kiedy nie zgadzamy się ze sobą, zazwyczaj rozmawiamy o tym w cztery oczy. Mamy mnóstwo okazji, mnóstwo czasu, by o tym porozmawiać. W końcu spędzamy wspólnie życie.

Czeka nas milion wspólnych decyzji.



Każdego dnia będziemy podejmować kolejne, wspólne decyzje. Szczególnie przy wychowywaniu dziecka. Kiedyś nie byliśmy do końca zgodni w kwestii kar cielesnych, teraz dla obojga jest jasne, że żadne z nas nie podniosłoby ręki na naszego synka. 

Zależy mi na tym, żeby dziecko widziało naszą zgodę jak najczęściej. Nie chcę, żeby któreś z nas było w jego oczach tym złym rodzicem. Nie chcę, żeby kiedykolwiek słyszał ode mnie: "poczekaj, aż ojciec wróci do domu!". 

Życie razem to sztuka podejmowania wspólnych decyzji, wymagająca nieraz wzajemnego docierania się i kompromisów. Nie jesteśmy tacy sami, ale gramy w jednej drużynie - i oby zawsze tak było :)

Autorką pięknych zdjęć jest Agata Łudzik - Fotojaga :)


wtorek, 27 lutego 2018

Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?

Mam prośbę. Nie komentujcie tego tekstu bez przeczytania go. To bardzo ważny dla mnie wpis i na pewno będę robiła dużo, by dotarł do jak największego grona odbiorców. Ale nawet jeśli trafiliście tu przypadkiem, poświęćcie chwilę na jego przeczytanie. Nie jest aż tak długi ;)

Mam na imię Martyna. Od dziewięciu lat jestem szczęśliwa.

Chociaż bliższa prawdy będę pewnie, gdy napiszę, że już nigdy nie byłam tak nieszczęśliwa jak dziewięć lat temu, równo dziewięć lat temu. Każdy następny dzień był lepszy. Nawet dzień, kiedy byłam oskarżana publicznie o przerażające rzeczy. Nawet dzień, w którym straciłam pracę, wydawałoby się, że idealną dla mnie. Nawet dzień, w którym pod względem zawodowym i finansowym straciłam praktycznie wszystko, co miałam. Nawet dzień, w którym dowiedziałam się, że nikt nie jest w stanie pomóc mi z moją bezpłodnością (haha, tak, był taki dzień!). W każdym z tych dni czułam się tak, jakby zawalił się dach mojego domu. Ale dziewięć lat temu czułam, jakby zawaliły się jego fundamenty.

Kiedyś myślałam o tym, co się wtedy zdarzyło, jako o wypadku. Teraz najczęściej używam słowa zdrada. Bo tak to widzę - zdeptanie czyjegoś zaufania i potraktowanie drugiej osoby jak przedmiot, to w pierwszej kolejności zdrada.

Dlaczego nie napiszę bardziej dosadnie? Mam kilka powodów, ale najważniejszym z nich jest uniwersalność tego, co chciałabym Wam przekazać. Każdy z nas nosi w sobie różne blizny. Niektórzy z Was stracili kogoś kochanego. Niektórzy zmagają się z ciężką chorobą, swoją lub bliskiej osoby. Niektórzy nie mogą mieć czegoś, czego pragną najbardziej na świecie. Niektórzy mają za sobą nieszczęśliwe małżeństwo, inni noszą w sobie jeszcze rany z dzieciństwa. Nie podejmuję się oceniania, kto cierpiał bardziej, czyja tragedia jest gorsza. To, co chcę Wam powiedzieć, jest do Was wszystkich.

I jeszcze - skąd we mnie tyle śmiałości, że chcę przekazywać Wam jakąś mądrość, jakąś wiedzę, jakieś rady? Czy nie mam w sobie pokory? Owszem, mam. Tyle lat różnych doświadczeń nauczyłoby pokory każdego, więc i ze mną się udało :) Mam jednak wrażenie, że nauczyłam się kilku ważnych rzeczy i moim obowiązkiem jest przekazać je dalej, bo może ktoś jeszcze ich potrzebuje. Być może każdy z Was mógłby napisać taki tekst. Ale napisałam go ja.

Czego nauczyłam się przez te dziewięć lat od największej życiowej kraksy?

1. Nikt nie poradzi sobie z tym, co Ci się przydarzyło, lepiej niż Ty.



Nie piszę tego po to, aby zniechęcić Was do zwierzania się, do dzielenia się swoją historią. Broń Boże! Jeśli tylko macie siłę i czujecie potrzebę, by o nich mówić, mówcie głośno! Piszę raczej po to, żeby usprawiedliwić te wszystkie osoby, które nie umiały odpowiednio zareagować.

Kiedy byłam nastolatką, miałam swój życiowy dramat, o którym wspominałam tutaj już raz. W pewnym momencie poczułam potrzebę, żeby podzielić się nim z osobami, które uważałam za bliskie. Spotkało mnie wówczas sporo rozczarowań. Okazało się, że prawie nikt nie potrafił zareagować na moje zwierzenie tak, jak tego oczekiwałam. Dzisiaj, jako osoba dorosła, nie widzę w tym nic dziwnego. Tak po prostu jest.

Ludzie kiepsko sobie radzą z bólem, którego nie czują.

Kiedy będziesz opowiadać innym o tym, co przeżyłaś, trafisz najprawdopodobniej na trzy rodzaje reakcji. Pierwszy: jak to dobrze, że nie mnie to spotkało. Często uzupełniony uzasadnieniem: nie spotkało mnie, bo jestem inna niż Ty, ostrożniejsza, rozsądniejsza. Drugi rodzaj reakcji to: a wierz, zdarzyło mi się/mojej koleżance/komuś coś podobnego, tylko że... i od tej pory rozmawiacie już tylko o tamtej osobie i o tym, co jej się przydarzyło, a wiadoma rzecz, że ona miała o wiele gorzej. Trzeci, najbardziej przykry typ reakcji to negowanie Twoich słów, a wręcz zarzucanie kłamstwa. Przecież to niemożliwe, no już nie rób z niego takiego drania, to taki porządny facet! Może coś źle zrozumiałaś? Może Ci się wydawało? Jesteś pewna? 

Wiesz... To jest bardzo trudne i bolesne, ale te osoby nie mówią tego, by Cię zranić. One najzwyczajniej w świecie nie mają pojęcia, co powiedzieć. A coś powiedzieć trzeba. Te osoby, które negują Twoje doświadczenie, najprawdopodobniej nie są w stanie sobie z nim poradzić. Może świadomość, że coś złego spotkało Ciebie, osobę tak bliską i ważną, jest dla nich zbyt trudna i bronią się przed nią właśnie w ten sposób. Udają, wmawiają sobie, że to na pewno nieprawda, to nie mogło się zdarzyć.

Kiedy zrani Cię czyjaś reakcja, spróbuj zrozumieć, skąd mogła się wziąć? Co jest jej przyczyną? I nie rezygnuj z mówienia o sobie. Ale pociechy, pomocy szukaj nie w czyichś słowach, ale raczej w samym fakcie, że możesz o tym opowiedzieć, że nie musisz dusić tego w sobie. Jeśli natomiast potrzebujesz usłyszeć od kogoś konkretne słowa pocieszenia, poproś o nie! Proszę, powiedz, że to nie moja wina. Proszę, powiedz, że kiedyś to nie będzie tak boleć. Może gdy nakierujesz swoich rozmówców na oczekiwany tor, okaże się, że jednak potrafią z Tobą porozmawiać na ten temat? Przecież to są Twoi bliscy. Zasługują na szansę.

2. Twoje życie się nie kończy. Jeszcze możesz być szczęśliwa.



Już słyszę, jak mówisz: "łatwo powiedzieć!". Tak, łatwo powiedzieć. Tak samo, jak łatwo mi było powiedzieć parze starającej się o dziecko: "nie martwcie się, uda się Wam, nam też się w końcu udało". Nie jestem już tą osobą, która zmagała się z bezpłodnością, tak samo nie jestem już osobą, która zmagała się z traumą. Mówię te słowa łatwo, bez ciężaru emocjonalnego, z coraz słabszą pamięcią o tym, jak się czułam, kiedy dotyczyły one również mnie. Ale mimo wszystko mówi przeze mnie także moje doświadczenie.

Nie wiem, kim jesteś i co przeżywasz. Ale prawdopodobnie masz przed sobą jeszcze wiele lat. Prawdopodobnie nie przeżyłaś jeszcze nawet połowy swojego życia. Naprawdę myślisz, że jedno wydarzenie jest w stanie przyćmić te wszystkie lata i wszystko, co się w ciągu nich wydarzy?

Być może potrzebujesz dużo czasu, by się pozbierać. Może to będzie kilka lat. Może dziesięć. Może więcej. Ale gdy minie ten czas, nadal będziesz mieć życie przed sobą. I okaże się, że słońce nadal wschodzi, jedzenie smakuje, a po ulicy chodzą ludzie, których jeszcze nie poznałaś. To po prostu niemożliwe, żeby już nigdy nie miało Ci się przydarzyć nic dobrego!

Jestem żoną fantastycznego mężczyzny i mamą cudownego dziecka. Jestem zakochana jak nastolatka. Jestem szczęśliwa. Walczyłam o to szczęście, ale też nie robiłam nic niemożliwego, nic szczególnie trudnego, by je osiągnąć. Po prostu żyłam, byłam, kochałam. Nie jestem nikim bardzo wyjątkowym. Nie istnieje żaden powód, dla którego ja miałabym na to zasługiwać, a Ty nie.

Niedawno pisałam bardzo emocjonalną recenzję, w której ze szczególnym oburzeniem odniosłam się do fragmentu książki mówiącego o tym, że nie da się pokonać raka. Bo to nieprawda i kłamstwo. Są ludzie, którzy wygrali z rakiem. Nie wiem, kim jesteś i co przeżywasz, ale jeśli nawet z rakiem można wygrać, to z Twoim cierpieniem też. Ono nie jest nieuleczalne.


3. Związki bez przyszłości powinno się zakończyć jak najszybciej.



Słyszałam to już tyle razy. Ty pewnie też. W różnych sytuacjach, w różnych okolicznościach. Może nawet też zdarzyło Ci się tak powiedzieć. Co za podła kobieta, jak mogła zostawić takiego wspaniałego mężczyznę! Nie mogę jej wybaczyć, że tak go potraktowała (zupełnie jakby to nie była sprawa wyłącznie pomiędzy nimi dwojgiem)! Co za nieszczęście, że ten związek się rozpadł!

Słuchajcie. Co za szczęście, że ten związek się rozpadł!

Wiecie, jaka była alternatywa? Że ten związek by przetrwał. I dwoje ludzi, którzy nie powinni być ze sobą, którzy nie umieją być ze sobą, tkwiliby dalej w przedziwnym układzie, w którym przynajmniej jedna strona nie jest już szczera. Może jeszcze pchnęliby ten kulawy związek na jakiś wyższy etap. Może pojawiłyby się dzieci. Straszna wizja, prawda?

Masz złamane serce i cierpisz, bo zostałaś sama, ale czy wiesz, co Ci groziło? Mogłaś tkwić w związku bez miłości. Z facetem, który nie chce z Tobą być. Który Cię oszukuje, może zdradza, nie szanuje, może nawet stosuje wobec Ciebie przemoc. Albo: z facetem, którego Ty już nie kochasz. Na którego nie możesz patrzeć. Którego wolałabyś zostawić i być z kimś zupełnie innym, ale z jakichś szalonych powodów decydujesz się jednak to ciągnąć.

Tu nie chodzi o to, kto zawinił! Czujesz, że to Ty jesteś tą złą stroną? Zatem zrób najlepszą rzecz, którą możesz zrobić i odejdź.

Facet Cię nie szanuje? Zostaw go! Ty już go nie szanujesz? Zostaw go!

Nie odejdziesz, choć Ci źle, bo boisz się, co ludzie powiedzą? A jeśli znajdą się tacy ludzie, którzy powiedzą "to fantastycznie, że od niego wreszcie odchodzisz", to będzie Ci łatwiej podjąć decyzję? To poszukaj takich ludzi, a reszty po prostu nie słuchaj.

To jest Twoje życie. Nikt nie przeżyje go za Ciebie, więc nikt też nie ma obowiązku wybaczać Ci decyzji, które dotyczą Twojego życia.

4. To, co się stało, nie świadczy o Tobie.



Kiedy byłam jeszcze nastolatką ze wspomnianym wcześniej bagażem doświadczeń, usłyszałam raz w odpowiedzi na moją opowieść:
"Nie możemy być przyjaciółkami, bo jesteśmy od siebie zbyt różne. Ja bym nigdy nie pozwoliła, żeby coś takiego się wydarzyło". 

Nawet mnie to jakoś nie zabolało. Chyba miałam już trochę dystansu do całej tej sprawy, a reakcję koleżanki uznałam za zwyczajnie niemądrą. Ale zapadło mi w pamięć, że wówczas chyba po raz pierwszy ktoś uznał, że coś, co mi się przydarzyło świadczy o tym, jaką ja jestem osobą. Pewnie nie po raz ostatni.

I mnie samej zdarzało się nieraz pomyśleć o sobie, że chyba mam w sobie coś, co sprawia, że przyciągam różne dziwne, niefajne sytuacje. Chyba wiele osób ma gdzieś zakorzeniony taki sposób myślenia. Zupełnie krzywdzący i niesprawiedliwy.

Czy zdarzyło Ci się pomyśleć kiedyś: nie mogę się z nią przyjaźnić, bo ona złamała kiedyś nogę? Albo nie lubię go, bo go okradziono? Czy zdarzyło Ci się pomyśleć, że nie znajdziesz wspólnej płaszczyzny z tym człowiekiem, bo zmarła mu babcia?

Dlaczego jedne wydarzenia z życia nie są traktowane jako podstawa do formułowania ocen i wypowiadania się na temat czyjegoś charakteru czy osobowości, a inne już tak?

Kiedy zdecydowałam, że napiszę ten tekst, zastanawiałam się przez chwilę, czy udzielić w nim jakichś praktycznych rad: jakich sytuacji unikać, na co uważać, kiedy powinna Wam się zapalać ostrzegawcza lampka w głowie. Po czym dotarło do mnie, że wcale tego nie chcę. Nie chcę przekazywać nikomu, że warto żyć jak cień, w wiecznym poczuciu zagrożenia, wiecznie ostrożnie i zachowawczo. Żyjąc w ten sposób wcale nie gwarantujesz sobie, że nic Ci się nigdy nie przydarzy, a przy okazji zamykasz się na wiele ciekawych przeżyć. Robisz sobie więcej krzywdy niż pożytku.

Ten chłopak, którego skreśliłaś, bo w Twoim odczuciu jedno wypowiedziane przez niego zdanie może świadczyć o tym, że lepiej go unikać - mógł być w rzeczywistości rewelacyjnym facetem, może nawet tym jedynym. To miejsce, w które wolałaś nie pójść, mogło być w rzeczywistości miejscem, w którym spotkałoby Cię coś wspaniałego. Ta sytuacja, której na wszelki wypadek wolałaś uniknąć, mogła być punktem wyjścia dla nowego, wyjątkowego rozdziału w Twoim życiu.

5. Co za tabu, do cholery?



No właśnie, co za tabu, do cholery?

Pół życia, a może dłużej słyszę, że o czymś nie wypada mówić. Publicznie albo i w ogóle. Przeważnie dotyczy to kobiet i spraw związanych z płciowością. O seksie oczywiście nie wypada mówić. Pożądanie, orgazm - nie wypada, no skąd, porządna kobieta nie mówi o takich rzeczach. Miesiączka - nie wypada, przecież jak to tak można mówić wprost o tym, że krwawisz co miesiąc jak większość kobiet na świecie? Zresztą o braku miesiączki też nie wypada mówić. O chorobie - nie wypada, przecież to sprawy osobiste. O częściach ciała - nie wypada, o ile są to części ciała przypisane tylko do jednej płci. O bezpłodności - nie wypada. O poronieniach - nie wypada. O doznanej przemocy też oczywiście nie wypada mówić. Całkiem spora rzesza kobiet postanowiła przełamać to tabu w ramach akcji #metoo, ale szybko dostało im się, że to przesada i niedługo nie wolno będzie nawet komplementu powiedzieć.

Ludzie! Nie wypada to łysemu włos z głowy. Nie wypada stały ząb u zdrowego człowieka. 

Czy ja zrobiłam coś złego, żeby mieć się teraz tego wstydzić?

Niech to będzie jasne: bardzo szanuję i popieram prawo do tego, żeby ktoś milczał, jeśli nie chce o czymś mówić. Jeśli nie czuje się na siłach. Jeśli ma swoje powody. Ale wstyd? Ale tabu? Wielkie bzdury i tyle. Wielkie, krzywdzące bzdury.


6. Nie jesteś sama.



Na którymś etapie radzenia sobie z wspomnianą sytuacją, zaczęłam szukać pozytywów w tym zdarzeniu. Jest ich, wbrew pozorom, bardzo dużo. Największym jest niewątpliwie to, że był to dla mnie impuls do zakończenia związku. Ale to nie wszystko, pozytywnych aspektów jest o wiele więcej. Dlatego właśnie mówię, że od dziewięciu lat jestem szczęśliwa.

Nie chcę jednak bawić się tutaj w Pollyannę i zarażać Was moim podejściem. Nie ośmieliłabym się tłumaczyć osobie, która naprawdę cierpi, że powinna się zamiast tego cieszyć, bo jej cierpienie ma też dobre strony. Ale jest jedna dobra rzecz, o której chcę Wam powiedzieć: wspólne doświadczenia zbliżają ludzi.

Ja odkryłam cały nowy świat. Zaczęło się od tego, że sporo czytałam. Oczywiście na interesujący mnie temat. Widziałam tytuł, uznawałam, że to może mnie dotyczyć i czytałam. I odkryłam, jak wiele osób myśli i czuje podobnie jak ja. Odkryłam, że to jest cała rzesza osób podobnych do mnie, dzielących wspólne doświadczenia i przemyślenia. I że to są te osoby, których wcześniej unikałam, bo wydawały mi się dziwne, zbyt głośne, zbyt zasadnicze. Okazało się, że naprawdę wiele nas łączy.

Żałuję trochę, że nie miałam wcześniej takiej wiedzy. Ale cóż, kiedyś musiałam ją zdobyć.

7. Nie oceniaj pochopnie doświadczenia innych osób.



Właśnie, jeśli już mowa o doświadczeniach...
Często zbyt łatwo zakładamy, że jeśli ktoś o czymś nie mówi, to znaczy, że tego nie ma. Albo jeśli podzielimy się z kimś naszym doświadczeniem, to ten ktoś odwzajemni nam się swoją historią. A skąd. Wcale nie musi.

Ja też nieraz robiłam ten błąd. Dwie sytuacje dość mocno dały mi do myślenia. Pierwsza, krótko po rozpadzie mojego związku: spotkanie w gronie kobiet, cztery nieznajome dziewczyny, uczestniczki badania. Miałyśmy rozmawiać czysto teoretycznie o kwestiach bezpieczeństwa, ale dość szybko zaczęłyśmy sięgać po przykłady z własnego życia. Trzy spośród nas. Jedna, pomimo przedłużających się rozmów i atmosfery coraz bardziej zachęcającej do zwierzeń, nie powiedziała o sobie właściwie nic. Czy to możliwe, że ona jedna nie miała żadnej historii w zanadrzu? Czy raczej: nie czuła się na siłach, by o niej opowiedzieć?

Druga sytuacja. Siedzimy sobie przy piwku, ja i moja przyjaciółka ze szkolnej ławy. Ja jej opowiadam w miarę szczegółowo, jak doszło do tego, że byłam z jednym facetem, a teraz jestem z drugim. Kiedy w bardzo oszczędnych słowach zasygnalizowałam, że coś przełomowego wydarzyło się w tamten wieczór 9 lat temu, ona nagle zrobiła dziwną minę i bardzo szybko musiała akurat w tym momencie iść do toalety. Przypadkiem tak się złożyło? Tyle o niej wiedziałam, ale może jednak nie powiedziała mi wszystkiego?

Nie wiesz, co przeżyła druga osoba. Nawet jeśli jesteście ze sobą blisko. Nawet jeśli mówi Ci "wiesz o mnie wszystko", to wcale nie musi mówić prawdy.

8. On też jest czyimś dzieckiem.



Ten punkt może dziwić na tej liście, ale uwierzcie mi, odkąd jestem mamą, tak właśnie na to patrzę.

Ta osoba, która Cię zraniła, która Cię źle potraktowała, też jest czyimś dzieckiem. Jego mama tuliła go z czułością do snu. A może właśnie tej czułości w którymś momencie zabrakło. Pewnie starała się nauczyć go wszystkiego, co ważne. Może czasem ustępowała zbyt łatwo. Może przypadkiem przekazała coś, czego wcale nie chciała przekazać. Może coś było w relacji między rodzicami, co pozwoliło mu uwierzyć w jakąś dziwną wizję bycia w związku. Myślę, że jego rodzice bardzo się starali, by wychować wartościowego człowieka. Myślę, że zrobili mnóstwo świetnej roboty. Nawet idealna matka nie jest w stanie zagwarantować, że jej dziecko nigdy nie zrobi niczego złego. Ja też nie mogę zapewnić, że żadna kobieta nie zapłacze nigdy przez mojego syna. Wiem, że będą płakały. Już teraz tulę te kobiety w moim sercu i przepraszam je, ale mój syn jest i będzie tylko człowiekiem. Popełni błędy. Mam nadzieję, że wyciągnie z nich wnioski i poprawi się, i kiedyś naprawdę uszczęśliwi jakąś kobietę.

Wierzę, że mężczyzna, z którym na kilka lat zetknęło mnie życie, jest dobrym człowiekiem. Tak jak i ja jestem dobrą kobietą, choć zrobiłam w życiu niejedną złą rzecz i niejedną osobę zraniłam. Wierzę, że być może tworzy teraz piękny, szczęśliwy związek z kimś innym. Może ma córeczkę i myśli sobie, że pozabijałby wszystkich, którzy potraktują ją kiedyś tak, jak on potraktował mnie. Myślę, że może być dobrym mężem i ojcem.

Wybaczenie jest najlepszym, co możesz zrobić dla siebie. On może, ale wcale nie musi przejmować się tym, czy mu wybaczyłaś. Ale Ty dzięki temu będziesz mogła ruszyć do przodu. Póki nie wybaczasz, tak naprawdę tkwisz jeszcze w przeszłości.

9. Jeśli to przetrwasz i nie zwariujesz, to już nic Cię nie pokona.



To była tak naprawdę pierwsza rzecz, jakiej się nauczyłam, ale zdecydowałam się zostawić ją praktycznie na koniec, jako pewne podsumowanie.

Może i stwierdzenie, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni jest dość radykalne, ale jednak - doświadczenia sprawiają, że nie tylko nabierasz odporności, ale też przekonujesz się, ile tak naprawdę masz w sobie siły. W komfortowych warunkach tego nie sprawdzisz.

Wspomniałam na początku, że życie nie rozpieszczało mnie także i później. Bywało ciężko. Nawet dwa ostatnie lata, tak cudowne dla mnie, miały swoje dramatyczne momenty. Ale zawsze towarzyszyła mi świadomość, że przecież na słabą nie trafiło. Że może to chwilkę potrwa, ale w końcu i tak sobie poradzę. Przecież już wiem, na ile mnie stać.

10. Skorzystaj z pomocy.



Trochę dziwnie mi umieszczać tu radę, z której sama nie skorzystałam. Ale uważam, że zbrodnią byłoby ją pominąć. Jeśli zmagasz się z trudnym, bolesnym doświadczeniem, poszukaj pomocy psychologa lub psychoterapeuty. Nie lecz się samodzielnie. Nie ryzykuj kontaktu z jakimiś wątpliwej profesji "specjalistami". Poszukaj lekarza.

Ja żałuję, że tego nie zrobiłam. Ale kiedy dojrzałam do takiej decyzji, to już właściwie nie było o czym gadać; żyłam już zupełnie innymi sprawami, ważniejszymi i pilniejszymi.

Nie twierdzę, że na pewno nie poradzisz sobie bez fachowej pomocy. Ale to jest trochę jak samodzielne skręcanie mebli bez żadnej instrukcji. Może się uda, a może okaże się, że jakaś śrubka miała być jednak w innym miejscu. I niby mebel stoi, ale w zupełnie niespodziewanym momencie może się załamać.

No i - czy samodzielnie stwierdzisz, że już na pewno sobie poradziłaś? Mnie zajęło to sporo czasu.

To żadna ujma czy wstyd, korzystać z pomocy, kiedy jej potrzebujesz.

--

Bardzo liczę na to, że podzielicie się ze mną swoimi refleksjami. Zapraszam również na mój fanpage Szczęśliwa Siódemka. Jeśli chcecie, możecie tam do mnie napisać.

czwartek, 8 lutego 2018

Małżeństwo jest WAŻNE - jakie znaczenie ma ślub cywilny?


Dzisiejszy wpis powstał w ramach internetowej akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa 7-14 lutego.

Jakie znaczenie ma ślub cywilny?


"... to TYLKO ślub cywilny".

"... Powiedz mi szczerze, czy ten ślub cokolwiek dla ciebie zmienia?"

"... Obchodzicie rocznicę tego... kontraktu cywilnego?"

"... Znałam kilka par, które planowały wziąć ślub kościelny po cywilnym i w efekcie nigdy go nie wzięły. Nie mówię, że tak będzie w Waszym przypadku, ale..."

a z drugiej strony, między innymi:

"... Co, jednak ugięliście się i wzięliście też ślub kościelny?" 

"... Rodzina nie dała wam żyć?"

"... Jak to, bierzecie ślub? Przecież jesteście już małżeństwem?"

Z reakcji naszych bliskich i znajomych można wywnioskować, że jesteśmy bardzo nietypowym małżeństwem. Wzięliśmy ślub dwukrotnie: najpierw cywilny, a rok później kościelny. Oba śluby były dla nas ważnymi, przełomowymi wydarzeniami. Jesteśmy osobami wierzącymi i podchodzimy z pełną powagą do religijnego wymiaru ślubu kościelnego.

Dlaczego zatem - ślub cywilny?


W naszym przypadku odpowiedź jest prosta i prozaiczna: tak było szybciej. Chcieliśmy już być małżeństwem. Nie "pośpieszała" nas ciąża, bo jej nie było. Mój mąż jest takim typem człowieka, że jak już na coś się zdecyduje (w tym przypadku - na małżeństwo), to chciałby to zrealizować jak najszybciej. Jeśli o mnie chodzi, to już od pewnego czasu marzyłam o tym, by móc mówić o ukochanym mężczyźnie: "mój mąż" :) 

Od dnia zaręczyn do ślubu minęły równo trzy miesiące. Czy da się w takim krótkim czasie zorganizować ślub kościelny? Pewnie się da. Wszystko się da. Najpierw szukasz kościoła, gdzie znajdziesz jeszcze wolny termin. Potem szukasz sali weselnej, której jeszcze nikt nie zarezerwował, albo w ogóle rezygnujesz z wesela. Następnie czekają Cię intensywne trzy miesiące załatwiania spraw formalnych, odbycie przyśpieszonego kursu przedmałżeńskiego, zapraszanie gości (jeśli to jeszcze wchodzi w grę), szybkie wybieranie sukni, garnituru, dodatków, wszystkiego. 

My nie chcieliśmy organizować ślubu kościelnego w trzy miesiące. Chcieliśmy przygotowywać się do niego długo i starannie, żeby ten jedyny, najważniejszy dzień był taki, jak go sobie wymarzyliśmy. Ślub cywilny miał być tym szybkim, a ślub kościelny - tym wyczekanym i idealnym :)

Wiem, że nie każdy z Was zgodzi się z naszym podejściem, niektórzy pomyślą z pewnością, że to strasznie płytkie. Ale prawdziwe. Nie chciałabym do końca życia żałować, że nie miałam wesela i wymarzonej sukni, patrzeć z zazdrością na cudze zdjęcia ślubne i porównywać ich pięknie zorganizowane uroczystości z moim "ślubem w pięć minut". Oprawa nie jest najważniejsza, ale też ma znaczenie.

Co zmienił w moim życiu ślub cywilny?


Fot. Marek Krempa
Zmienił wszystko. Nagle byliśmy już nie parą narzeczonych, a małżeństwem. To, co nas łączyło, nie było już tylko obietnicą, zapowiedzią, ale formalnym, przypieczętowanym związkiem. Nasze życie małżeńskie nie było planem na bliżej nieokreśloną przyszłość, ale stało się rzeczywistością.

Dla mnie ta zmiana miała może nawet większe znaczenie dlatego, że już raz byłam zaręczona. Mimo szczerych chęci i wspólnych planów tamten związek nie przetrwał. Jeśli nie mieliście podobnych doświadczeń, uwierzcie na słowo: bycie narzeczoną to coś zupełnie innego niż bycie żoną (choćby tylko po ślubie cywilnym). Zerwanie zaręczyn to nic przyjemnego, ale - nie jest to rozwód.

Zmieniło się moje nazwisko, adres zameldowania, dokumenty, nagle we wszystkich formularzach zaczęłam wpisywać "zamężna", a już nie "panna", zmienił się nawet mój adres mailowy, no i od tamtej pory noszę obrączkę... To formalności, ale - nie da się pozostać w pełni tą samą osobą, gdy zmienia się praktycznie wszystko, co Cię określało do tej pory. Nagle spędzanie czasu z drugą osobą to już nie jest randka, to już nie jest tymczasowe pomieszkiwanie razem, to jest codzienność. To jest Twoja rzeczywistość.

Dlaczego jeszcze ślub cywilny jest ważny?


Fot. Marek Krempa

Fot. Marek Krempa
  • Nas to nie dotyczyło, ale - osoba mieszkająca poza krajem swojego urodzenia może szybciej i łatwiej ubiegać się o obywatelstwo dzięki temu, że weźmie cywilny ślub z obywatelem kraju, w którym mieszka. I nie chodzi mi tutaj o wizje rodem z amerykańskich komedii romantycznych, kiedy ktoś musi szybko wziąć ślub choćby z nieznajomą osobą, bo inaczej zostanie deportowany - ale o realną sytuację wielu znajomych nam Polaków i Polek, którzy mieszkają i pracują za granicą.
  • Formalny związek małżeński otwiera drogę do licznych przywilejów, o których chyba wszyscy wiedzą, bo co jakiś czas ta kwestia jest podnoszona w różnych nieraz kontrowersyjnych dyskusjach na tematy społeczne. Jako małżeństwo możecie się razem rozliczać, możecie wziąć razem kredyt, w razie pobytu małżonka w szpitalu jesteście traktowani jak rodzina, a nie jak przypadkowa osoba, która próbuje uzyskać informacje o stanie zdrowia drugiej osoby... To tylko część udogodnień.
  • Czy komuś się to podoba, czy niekoniecznie, coraz więcej ludzi w naszym kraju odcina się od Kościoła i sakramentów. Niejedno małżeństwo, które znamy, ma za sobą tylko ślub cywilny. Taka jest ich decyzja i nie ma podstaw, by ktoś miał tej decyzji nie szanować. Ich małżeństwo jest ważne i prawdziwe. Tak samo ważne i prawdziwe było moje małżeństwo jeszcze przed ślubem kościelnym.


Jakie znaczenie ma dla nas ten ślub po latach?


Fot. Marek Krempa
Tu też odpowiedź jest krótka i prosta - to dla nas piękne wspomnienie. Nasz ślub cywilny był z oczywistych względów skromny, ale piękny i romantyczny. Po ceremonii zjedliśmy pyszny obiad w rodzinnym gronie, a wieczorem świętowaliśmy w gronie znajomych podczas wielkiej i szalonej imprezy nad jeziorem :) Mamy pamiątkę w postaci pięknych zdjęć. Co roku świętujemy dwukrotnie z okazji rocznicy ślubu, obie rocznice są dla nas tak samo ważne. I gdy nas ktoś zapyta, od ilu lat jesteśmy małżeństwem, to zawsze liczymy te lata od 23 czerwca 2012, czyli od daty naszego ślubu cywilnego. W tym roku będzie to już szósta rocznica :)

Bardzo jestem ciekawa, co Wy myślicie na ten temat :) Ślub cywilny, ślub kościelny? Jeden i drugi?

czwartek, 27 lipca 2017

Nie wszystko trwa wiecznie.

Nie wiem, dlaczego to sobie zrobiłam.


A właściwie wiem: dlatego, że ja już taka jestem. Z tych samych powodów czytam artykuły o strasznych i smutnych rzeczach, choć już po nagłówku widzę, że lepiej bym zrobiła nie zaglądając tam, a potem długo nie mogę przestać o tym myśleć. Moja ciekawość jest przeważnie silniejsza od rozsądku i przeważnie wolę jednak przeczytać nawet najtrudniejszą treść niż zastanawiać się, co tam może być.

Dlatego weszłam na stronę bloga, o którym wiem dobrze, że od dawna nie jest aktualizowany. I wiem, dlaczego tak jest.

Wiedziałam, że to zaboli, i przedzierałam się - wpis po wpisie, tydzień po tygodniu przez życie ludzi zupełnie takich jak my, całkiem podobnych. Ona chyba nawet zajmuje się na co dzień mniej więcej tym samym co ja. Mieszkali dość niedaleko nas. Mają synka, tak jak my. Mają czy mieli? Nawet nie wiem, jakiego czasu się używa w takiej sytuacji. Chyba jednak teraźniejszego. W końcu dziecko jest tym, co nadal łączy tych dwoje.

Strasznie się kochali.


Zdaje się, że to na tym blogu znalazłam inspirację dla jednego prezentu, który podarowałam mężowi. Żałowałam, że sama nie wpadłam na ten pomysł. 

Jaka to ironia losu, że kilka zdań wklepanych na klawiaturze i wrzuconych do Internetu okazuje się trwalsza niż "ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską". To wszystko nadal tam jest. Te wyznania, te prezenty, te słodkie słowa. Wpis o tym, że rodzina jest zgraną ekipą. Krótko potem wpis o tym, że życie się zawaliło...

Uświadomiłam sobie na własnym przykładzie, że czytelnicy nigdy nie widzą pełnego obrazu. I Wy też nie widzicie wielu aspektów codziennego życia mojej rodziny. Nie widzicie, jak bardzo czasem nam się nie chce, że czasem nie mamy siły, że czasem miewamy dość. Nie widzicie codziennych problemów. I gdyby... Gdyby kiedykolwiek coś miało pójść niezgodnie z planem, to i Wy zdziwilibyście się: jak to? Przecież była zawsze taka szczęśliwa!

Małżeństwo to seria prób.


Nieco ponad osiem lat temu, po naprawdę trudnym doświadczeniu i bolesnym rozstaniu uważałam, że to naiwne, wkraczać w związek małżeński z kimś, kogo się nie wypróbowało, z kim się nie pomieszkało przez jakiś czas i nie zaznało się wspólnej codzienności. Dzisiaj, starsza i mądrzejsza o osiem lat szczęśliwego związku sądzę, że naiwnością było zakładanie, że drugą osobę można przetestować. Prędzej czy później zawsze znajdziecie się w sytuacji, jakiej wcześniej nie było i w jakiej żadne z Was nie miało okazji się sprawdzić. Wspólne mieszkanie to tylko jedna z wielu prób, wcale nie najtrudniejsza ani najważniejsza.

Dla mnie i mojego męża rodzicielstwo jest póki co jedną z trudniejszych prób. Przypuszczam, że nie różnimy się pod tym względem od wielu młodych małżeństw. Potrafię sobie z łatwością wyobrazić parę, która nie przetrwała takiej próby. Nie oszukujmy się, urodzenie dziecka nie zmieniło mnie ani w Miss Polonia, ani w anioła. W dodatku pojawienie się trzeciego lokatora w naszej sypialni oznacza dokładnie to, co oznacza, z wszystkimi urokami i niekoniecznie urokami tej sytuacji. Serio, jeśli kiedykolwiek wymykaliście się rodzicom czy opiekunom i przeżywaliście przygody przedmałżeńskie, to jest to pikuś w porównaniu z przygodą małżeńską, którą przeżywasz, kiedy razem z mężem wymkniecie się słodko śpiącemu niemowlakowi. To jest dopiero adrenalina!

Bywam zmęczona, a czasem powiedziałabym raczej, że bywam wypoczęta. Widok odpoczywającego męża nie przeszkadzałby mi ani trochę, gdyby nie fakt, że ja również bardzo chętnie położyłabym się obok, tak jak robiłam to przez lata, tak jak robiłam to jeszcze niedawno. A teraz nie mogę. Często kumulują się we mnie negatywne emocje, które prędzej czy później muszą znaleźć ujście. A jednocześnie - i dzięki Bogu! - nie zdarza mi się złościć na dziecko. To przecież malutka, bezbronna istotka, która niczym nie zasłużyła sobie na mój gniew. Jednak oznacza to też, że jedynym adresatem moich burzowych chmur, mojej frustracji i nieraz naprawdę nieładnych słów jest mój mąż. Nie zazdroszczę.

Kiedyś miałam zasadę: możemy się kłócić, obyśmy tylko się pogodzili, zanim pójdziemy spać. Żebyśmy zawsze mogli powiedzieć sobie dobranoc i przytulić się. Teraz już i tę zasadę udało nam się raz czy dwa razy naruszyć. Ale po nocy zawsze przychodzi dzień i jeśli nawet nie było dobranoc, to przecież można to naprawić słodkim pocałunkiem na dzień dobry. Ostatecznie ważniejsze od wszystkich zasad, postanowień i ustaleń jest to pierwsze: "ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską".

Nie chodzi o to, żebyśmy oboje skrupulatnie wypełniali wszystkie punkty i zaliczali kolejne testy jak w szkolnej ławie, ale żebyśmy uczyli się wspólnie, jak wychodzić pomyślnie z kolejnych prób, którymi obdarza nas los.

A co, jeśli jednak się nie uda?


Znam kilka samotnych matek. Znałam małżeństwa, które się rozpadły. Ja sama kochałam już jednego mężczyznę przed moim mężem. Nie wyszłam za niego za mąż, ale naprawdę niewiele brakowało. Gdyby doszło do tego ślubu, na pewno już w tej chwili byłabym po rozwodzie, z dzieckiem czy bez dziecka. Ciekawe swoją drogą, czy osoby, które były tak bardzo oburzone naszym rozstaniem, zdają sobie z tego sprawę. 

Ale co chcę Wam powiedzieć? Życie się nie kończy w momencie rozstania. Ja znalazłam największą miłość już po tym, kiedy myślałam, że świat się zawalił i nic dobrego już mnie nie spotka. A przecież i wcześniej kochałam szczerze, ta miłość, której już nie ma, była prawdziwa. Choć na wspomnienie chwil spędzonych z byłym narzeczonym czuję raczej irytację niż romantyczne wzruszenia, to jednak pamiętam dobrze, co czułam i to było autentyczne, to było naprawdę. 

Czasem coś musi się skończyć, nawet coś dobrego, po to, żeby przyszło coś lepszego. Coś najlepszego. Wierzę, że autorka czytanego przeze mnie bloga ma to najlepsze jeszcze przed sobą. Równie mocno wierzę w to, że ja mam swoje najlepsze tu i teraz, codziennie blisko siebie, codziennie w moich ramionach.

środa, 8 marca 2017

O tym, czego nie wiedziałam, czyli: feminizm to normalność

Nie tak miało być.


Nie chciałam już w jednym z pierwszych wpisów wkładać kija w mrowisko. Miało być ciepło, mamusiowo i zabawnie, a ewentualna poważniejsza tematyka miała pojawić się dużo później.

Ale cóż, mamy ósmy marca, czyli Dzień Kobiet. Trudno zignorować tę datę i wszystko, co się z nią wiąże. Jak to dzisiaj padło w radiowej Trójce, "musimy, choćbyśmy nawet nie chcieli, porozmawiać o sprawach kobiet" ;) 

W ramach akcji #przewodnik8m kobiety publikują na Facebooku swoje refleksje związane z feminizmem. Zasady są takie, że należy wybrać literkę, od której zaczyna się nazwa miejsca, z którym wiąże się Twoja historia i w oparciu o tę literkę napisać, czym dla Ciebie jest feminizm.

Moja literka to K. K jak Kampus Uniwersytetu Jagiellońskiego, jakieś dziesięć lat temu. W przerwie między wykładami dogoniła mnie na schodach sympatyczna pani doktor, z którą mieliśmy zajęcia. Właśnie przeczytała mój artykuł opublikowany w prasie studenckiej. Pełna emocji zapytała mnie wtedy:
"Pani Martyno, czy jest pani pewna, że wie, czym jest feminizm?"
Chyba odpowiedziałam wtedy, że owszem, wiem,

Ale nie wiedziałam. 


Jedyne feministki, jakie wówczas znałam, to skrajnie karykaturalna Dereszowska w "Złotopolskich" (taak, oglądałam) oraz Kazia Szczuka, której zadaniem jako prowadzącej "Najsłabszego ogniwa" nie było bynajmniej wzbudzanie ciepłych uczuć. Dodajcie do tego, że w książkach mojej ulubionej wówczas autorki, Małgorzaty Musierowicz, słowo "feministka" było używane wyłącznie w negatywnym kontekście (nie wierzycie? Odsyłam chociażby do "Opium w rosole" i do dyskusji braci Ogorzałków na temat Gabrysi, gdzie jeden z braci mówi, że jest ona mądrą dziewczyną, a drugi, że feministką). Dodajcie do tego, że praktycznie nie ma w powszechnym użyciu określenia będącego kobiecym odpowiednikiem męskiego szowinisty, co sprawia, że często takim określeniem staje się słowo "feministka". I tak też je rozumiałam. Żałuję, że tak było.

Gdybym wcześniej została feministką, wiedziałabym, że mój poprzedni związek nie ma prawa bytu jakieś dwa lata przed tym, zanim go zakończyłam.
Gdybym wcześniej została feministką, zobaczyłabym wcześniej, jak wiele łączy nas, kobiety, jak bardzo jesteśmy podobne mimo różnic i jak uniwersalne są nasze potrzeby.
Gdybym wcześniej została feministką, wiedziałabym, że gwałciciel to nie tylko ten dziwny pan, który kryje się całymi dniami w ciemnym lesie licząc na to, że wreszcie przejdzie tamtędy jakaś zbłąkana naiwna istotka, którą będzie mógł zgwałcić.
Gdybym wcześniej została feministką, wcześniej wiedziałabym, ile najprostszych elementów naszej codzienności warunkowanych jest stereotypami i jak szkodliwe konsekwencje potrafią mieć te stereotypy.
Gdybym wcześniej została feministką, wcześniej rozumiałabym, że walka o równość nie oznacza niechęci ani nienawiści do kogokolwiek, nie oznacza walki o to, żebyśmy tylko my miały lepiej, ale żeby wszystkim żyło się równo dobrze.

Odkryłam to wszystko kilka lat później, a jakże, dzięki social media. Zobaczyłam, jak mądre rzeczy piszą i publikują feministki. Takie normalne.

Feminizm to normalność.


Moi znajomi też tak uważają. Mówią, że nie lubią feministek. Zadaję im wtedy kilka pytań o najbardziej podstawowe postulaty feminizmu. Czy jesteś za tym, żeby ludzie byli traktowani równo bez względu na płeć? Czy jesteś przeciwny dyskryminacji na tle cech płciowych? Czy jesteś przeciwny przemocy wobec kobiet?
W odpowiedzi słyszę, że chyba każdy normalny człowiek tak uważa.
Otóż to. Zgadzam się. Pytanie tylko, czy "każdy" równa się "nornalny"?

Ledwie kilka dni temu pewien znany polski politykke zaszokował całą Europę swoimi słowami, że "oczywiście kobiety powinny zarabiać mniej od mężczyzn, bo są od nich mniejsze, słabsze i mniej inteligentne". Europejskie media zatrzęsły się nie tylko z oburzenia, ale i z zaskoczenia, że ktoś w XXI wieku z pełną powagą wyraża takie poglądy. Jednak między głosami pełnymi słusznego oburzenia znalazły się i takie, że przecież on ma rację, kobiety są mniejsze i słabsze, więc o co w ogóle nam chodzi.

Dość niedawno uczestniczyłam w dyskusji na temat incydentu, który wydarzył się w Krakowie. Młoda dziewczyna poszła po imprezie z obcym mężczyzną do jego mieszkania. Rano, kiedy leżała jeszcze zamroczona, mężczyzna ją zgwałcił. Dziewczyna wyrwała się, uciekła, a sprawę zgłosiła na policję.
Wiele widziałam w Internecie, a mimo to nie byłam gotowa na takie hektolitry błota i pomyj, jakie zobaczyłam pod tamtą wiadomością. Święte oburzenie kobiet, że żadna szanująca się dziewczyna by tak nie postąpiła. Głupie heheszki mężczyzn, że jak można zgwałcić prostytutkę, że jakby suka nie dała, to pies by nie wziął i że jakby facet był śniadym obcokrajowcem, to by nie narzekała, a nawet wrzuciłaby na insta fotki z całej akcji. Całkiem poważne narzekania osób obu płci, że teraz biedak pewnie pójdzie siedzieć, a ona nie poniesie żadnych konsekwencji. Żadnych! I przeważająca większość komentarzy o tym, że czego ona się spodziewała, idąc z obcym mężczyzną do jego mieszkania, że będą razem w szachy grać? Herbatę pić? Znaczki oglądać? 
Bo przecież kobieta nie miała prawa zakładać, że poznała fajnego faceta na jednorazowy, niezobowiązujący seks. No skąd, tak to robią mężczyzni. A skoro już zakładała, że będzie uprawiać seks, to widocznie miała jakiś obowiązek, by zgadzać się na każdą ilość tego seksu, każdą, nawet brutalną formę seksu, każdą pozycję, nawet niekomfortową i bolesną i o każdej porze. Nawet nad ranem, kiedy jeszcze spała lub nie czuła się dobrze. 

W dalszym ciągu trwa ogólnopolska przepychanka o prawo do aborcji i do antykoncepcji. Nie wiemy, co jeszcze wymyślą ci mądrzy panowie, którzy najlepiej wiedzą, czego potrzebują kobiety i co należy im odebrać, by wszystkim żyło się lepiej. Jednocześnie odbiera się pieniądze na opiekę szpitalną tych dzieci, które już się urodziły. Czyli: musisz zajść w ciążę i musisz urodzić, a potem sobie radź, nawet jeśli dziecko jest chore, a Ty nie masz pieniędzy. I pamiętaj, że jako (potencjalna przyszła) matka jesteś mniej atrakcyjnym kandydatem na rynku pracy. A jeśli jeszcze trafisz na pracodawcę, który uważa, że jako kobieta jesteś mniejsza, słabsza i mniej inteligentna... 

To wszystko dzieje się teraz, w tym wieku, w tym roku. Teraz, kiedy przeciętna osoba zapytana o to, czy popiera równe traktowanie obu płci odpowiada, że popiera, bo "przecież to normalne".

Dzisiaj (i zawsze) staramy się o normalność.