czwartek, 22 czerwca 2017

Mąż i ojciec.


Nie mogło dzisiaj zabraknąć tego tematu. Jutro jest przecież taki ważny dzień. Podwójne święto: rocznica ślubu i Dzień Ojca. I o ile to będzie już piąta rocznica ślubu, Dzień Ojca będziemy świętować po raz pierwszy.

Pamiętam te wszystkie rocznice, pamiętam też sam dzień ślubu - romantyczny, trochę nerwowy, ale pełen ciepła, słoneczny, spędzony w gronie bliskich ludzi. Choć żyję z dnia na dzień, lubię jednak wracać do wspomnień, a tych mamy mnóstwo, znacznie więcej niż pięć lat.

Pamiętam, jak się poznaliśmy.


Właściwie to akurat pamiętam najsłabiej. Naszemu pierwszemu spotkaniu nie towarzyszyły żadne wyjątkowe okoliczności. To nie był dzień, który zostaje w pamięci i do którego wraca się z sentymentem, to był jeden ze zwyczajnych dni, takich, w których budzisz się rano i robisz to, co zawsze, a wieczorem idziesz spać. Któreś lutowe lub marcowe popołudnie w szkole.

Pamiętam, że mi się spodobał, ten nowy chłopak w szkole. Pomyślałam o nim, że jest w moim typie. Wiecie, jak to jest - macie swój typ? Jednej podobają się opaleni bruneci, innej jasnoocy blondyni, a mnie podobali się zawsze dokładnie tacy mężczyźni jak on. To aż dziwne uczucie, spotkać kogoś takiego. W każdym razie - spotkałam go, spodobał mi się i poszłam dalej, nie szukałam nowych znajomości ani tym bardziej nowego związku. Byłam wówczas zajęta zacieśnianiem ówczesnego, tak z miesiąc-dwa przed zaręczynami.

Lubię patrzeć czasami na mojego męża, ojca mojego dziecka i szukać w nim tego ładnego chłopaka ze szkoły, którego widziałam wtedy po raz pierwszy i zupełnie nic o nim nie wiedziałam. To takie niesamowite, że ta najbliższa osoba była kiedyś zupełnie obcą, że przez wiele tygodni, nawet miesięcy to był po prostu kolega ze szkoły i nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłby stać się dla mnie kimś więcej. Pewnie nigdy nie przestanie mnie to zadziwiać.

Pamiętam, jak się kłóciliśmy.


Kilka dni temu moja przyjaciółka, chrzestna Roberta powiedziała nam, że zna tylko jedną idealną parę i to jesteśmy my. Do ideału nam bardzo daleko, ale skłamałabym twierdząc, że nie wiem, skąd się biorą takie opinie. Jesteśmy tą parą, tą wiecznie zakochaną, nierozłączną dwójką, na których niektórzy nie mogą patrzeć, a inni wręcz przeciwnie - patrzą z przyjemnością i, jak twierdzą, odzyskują wiarę w miłość. 

To miłe, niemniej wcale nie jesteśmy idealni. I kłócimy się. O wszystko: o to, że jedno z nas zrobiło minę, a drugie powiedziało coś za cicho, za to z kolei pierwsze za głośno, o to, że jedno było pewne, że drugie coś zrobi, a drugie nie zrobiło i to pierwsze wcale nie powinno było być takie pewne. O to, że jedno powinno było się domyśleć, a drugie jest proste i się nie domyśla, a to pierwsze myślało, że to drugie miało coś innego na myśli. Czasami nawet nie wiemy, o co się kłócimy.

Pamiętam, jak pokłóciliśmy się o dziecko, czy raczej o hipotetyczną możliwość posiadania dziecka w przyszłości. Chyba tylko raz to się zdarzyło. Jakiś tydzień przed ślubem kościelnym, tuż po naukach przedmałżeńskich. To był najwyższy czas na taką rozmowę, nieprawdaż?

Mój mąż nie widział siebie absolutnie w roli ojca. Ja też go w tej roli nie widziałam. Ani siebie w roli matki. Co do tego byliśmy zgodni.

"Ja sam o siebie wcale nie dbam. Jem byle co, sypiam po kilka godzin dziennie. Boję się, że o dziecko też nie umiałbym zadbać", tłumaczył wtedy.

Lubię wracać myślami do tej dwójki zakochanych dzieciaków, przerażonych perspektywą, że mogliby kiedyś przez przypadek zostać rodzicami i szukać w sobie odpowiedzialności, której w sobie wówczas nie widzieli. To niesamowite, że to byliśmy my, ci sami, tylko kilka lat młodsi, ubożsi o wiele pięknych, ale i wiele trudnych doświadczeń.


Pamiętam, co powiedział mi po porodzie. 


Powiedział mi wiele ważnych i wartościowych rzeczy, ale jedną z nich zapamiętałam szczególnie mocno. Powiedział mi, że jestem piękną dziewczyną. Potrzebowałam tych słów nie dlatego, że czułam się wówczas jak żeńskie wcielenie Quasimodo i rozpoznawałam się w lustrze tylko dzięki logicznemu myśleniu. Potrzebowałam tych słów, bo zapewniały mnie o tym, że nic się nie zmieniło, że on nadal widzi we mnie tę osobę, w której się zakochał, że nie zamieniłam się nagle w automat do karmienia i przewijania noworodka, ale nadal jestem kobietą, nadal jestem dziewczyną, jestem młoda, piękna i kochana. Potrzebowałam tego.

Pamiętam, jak przytulił naszego synka.


Jednej nocy mały wystraszył się i płakał głośno. Mąż był przy nim pierwszy, chwycił go w ramiona i powtarzał "już dobrze, syneczku". Często mam ten obraz przed oczami, zwłaszcza w chwilach takich jak teraz, gdy myślę o nim jako o ojcu. Widzę mocny, pełen miłości uścisk, słyszę czułość i troskę w głosie. W tamtej chwili zobaczyłam, jak wielka i piękna jest więź między nimi.

Tych wspomnień, bardzo przecież świeżych, jest mnóstwo, a codziennie powstają następne. Pamiętam, jak twarz Roberta, który jeszcze chwilę wcześniej był marudny, rozpromieniła się dzisiaj na widok taty. Pamiętam, jak mąż śpiewał synkowi piosenki, których właśnie się uczył, a mały słuchał ich zachwycony. Pamiętam, jak wszyscy troje tańczyliśmy i śmialiśmy się przed lustrem. Pamiętam, jak mąż się ucieszył, kiedy po raz pierwszy nosił synka w nosidełku i szczególnie zachwycał się faktem, że główka dziecka jest na idealnej wysokości, żeby ją całować. Pamiętam, jak malutki zasnął u taty w nosidełku, tak zabawnie odchylając główkę do tyłu. Pamiętam mnóstwo chwil, a wszystkie pełne miłości i uśmiechu.

Nieznajomy chłopak ze szkoły, młody i beztroski mężczyzna tuż przed ślubem, kochający ojciec, którego obserwuję na co dzień - to wszystko jeden i ten sam wyjątkowy człowiek, z którym mam szczęście spędzać życie. Cieszę się, że razem dorośliśmy do tego, żeby stać się rodzicami. Przed nami jeszcze wiele niezwykłych, niezapomnianych chwil - i jeszcze wiele pięknych rocznic.



2 komentarze: