środa, 27 lutego 2019

O Wróżce, która nie miała skrzydeł.

Co wiecie o wróżkach?
Ja wiem tyle, że żyją w bajkach, potrafią czarować i mają dobre serca. Wiem także, że mają skrzydła, dzięki którym potrafią latać i tańczyć wśród promieni słońca, wysoko ponad głowami ludzi.
Ale nie wszystkie. Niektóre wróżki nie mają skrzydeł. To jest bajka o pewnej Wróżce, która miała skrzydła, ale zostały jej ukradzione.

Ale bez obaw... To nie jest smutna bajka :)

1. Skrzydła.



Właściwie to Wróżka Bez Skrzydeł zawsze wiedziała, że ktoś jej te skrzydła kiedyś ukradnie. Wróżki potrafią czasem przewidzieć, co się wydarzy, przynajmniej w jakimś zakresie. A jej skrzydła były jakoś słabo przytwierdzone do pleców, a przy tym wyjątkowo piękne i niejeden już chciał się na nie połakomić.

Zresztą... kradli już jej te skrzydła, tylko jakoś tak mało skutecznie. Po jakimś czasie Wróżka Bez Skrzydeł odkrywała, że jednak znowu ma parę pięknych skrzydeł na plecach. Jak to się stało? Są pewne sprawy dotyczące wróżek, które ciężko zrozumieć nam, zwykłym ludziom. Ale wiedzcie jedno: kiedy wróżka naprawdę uwierzy, że znowu ma skrzydła, to one w magiczny sposób odrastają. 

Zdarzyło się jednak, że te skrzydła naprawdę zostały skradzione, skutecznie i nieodwracalnie. Wróżka Bez Skrzydeł nie wiedziała, dlaczego tak się stało. Podejrzewała jednak, że mogło to mieć coś wspólnego z faktem, iż Wróż, Który Nie Lubił Latać bardzo chciał zniechęcić ją do dalekich wypraw, które uwielbiała. Może myślał, że gdy odbierze jej skrzydła, łatwiej będzie mu zatrzymać ją w jego bezpiecznym małym domku.

Smutne było to, że gdyby poprosił: "Wróżko, zostań ze mną w moim bezpiecznym małym domku", to ona zostałaby. Ale kiedy ukradł skrzydła, odeszła na piechotę.

2. Życie wśród traw.



Świat przemierzany pieszo był przepiękny! Wróżka Bez Skrzydeł nie zdążyła nigdy przyjrzeć mu się dobrze, zajęta fruwaniem pod chmurami. Teraz mogła w spokoju obserwować, jak mrówki pracowicie budują dom, jak kwiaty podnoszą swoje piękne twarze do słońca, jak jaszczurki leniwie wygrzewają się w słońcu, jak kaczki wskakują do stawu... Idąc przez świat na własnych dwóch nogach, Wróżka Bez Skrzydeł zobaczyła więcej piękna niż kiedykolwiek spodziewała się ujrzeć.

Był tam też on - Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów. Wróżka Bez Skrzydeł nieraz podziwiała jego taniec, pozdrawiając go z wysoka, teraz jednak mogła nareszcie zatańczyć razem z nim. Szło jej to bardzo nieporadnie, myliła kroki, słabo jeszcze radziła sobie bez skrzydeł. Ale miała czas, by się nauczyć, a Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów był bardzo cierpliwym nauczycielem.

Podczas jednej ze swoich wędrówek Wróżka Bez Skrzydeł spotkała inne wróżki, które tak jak ona nie miały skrzydeł. Nie narzekały jednak z tego powodu. Potrafiły pięknie tańczyć, szybko biegać, wspinały się na drzewa zwinnie jak wiewiórki. Wróżka Bez Skrzydeł z radością dołączyła do nich, choć w głębi serca nadal trochę tęskniła za swoimi skrzydłami.

3. Brzeg morza.



Wróżka nie zaprzestała dalekich wypraw, nadal lubiła przygody. Chodzenie pieszo zajmowało więcej czasu niż latanie, ale pozwalało też więcej zobaczyć i doświadczyć. Któregoś dnia zapragnęła wybrać się nad morze. Nieraz z zachwytem oglądała z góry, jak spienione morskie fale biją o brzeg. Zwierzyła się przyjaciołom, że bardzo chciałaby odwiedzić to miejsce.

"Nie idź tam", usłyszała w odpowiedzi. "Tam jest niebezpiecznie! Tam można stracić skrzydła".
Wróżka Bez Skrzydeł zastanowiła się. "Skoro można tam stracić skrzydła, to może ja odnajdę moje?" - i udała się w drogę.

Nie znalazła skrzydeł. Znalazła za to małe muszelki i bursztyny. Czuła piasek pod stopami i orzeźwiającą morską bryzę we włosach, długo podskakiwała na spienionych falach, a potem aż do wieczora wygrzewała się w słońcu.

4. Pożar łąki.



Któregoś dnia wydarzyło się straszne nieszczęście. Łąka, którą Wróżka Bez Skrzydeł pokochała, stanęła w płomieniach! Stało się to podczas suszy, zapewne jakaś zabłąkana iskra zapaliła wyschnięte trawy. Przyjaciele Wróżki Bez Skrzydeł znaleźli się w tarapatach. Wśród nich był również Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów. 

Wróżka Bez Skrzydeł razem z wszystkimi biegała po wodę i pomagała ugasić pożar. Pomagała sobie swoimi skromnymi wróżkowymi czarami. Udało się! Łąka została uratowana, jej przyjaciele byli bezpieczni. Wróżka Bez Skrzydeł długo nie mogła się jednak uspokoić.

"Tyle czasu zmarnowałam, szukając skrzydeł! Tak niewiele brakowało, żebym straciła łąkę, zanim nauczyłam się ją doceniać. Gdyby nie udało się powstrzymać ognia, nie miałabym już ani skrzydeł, ani łąki", zrozumiała. 

5. Żyli długo i szczęśliwie.



Tak kończą się wszystkie bajki, prawda? Wiedzcie, że wróżki żyją naprawdę długo. Cała ta historia wydarzyła się dawno, dawno temu. Wróżka Bez Skrzydeł i Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów są szczęśliwi do tej pory, a tańczą razem piękniej niż kiedykolwiek.

"Czy tęsknisz za swoimi skrzydłami?", zapytał ktoś Wróżkę Bez Skrzydeł.
"Ani trochę!", zapewniła z uśmiechem.
"To dlaczego nazywasz się Wróżką Bez Skrzydeł?"

Wróżka zastanowiła się.
"Bo tak naprawdę to, co najpiękniejsze przeżyłam dlatego, że miałam skrzydła i je straciłam. Gdyby nie to, nigdy nie doceniłabym, jak wspaniałe jest życie na łące".

To już koniec tej bajki. Kiedy następnym razem zobaczycie łąkę pełną kwiatów, pomyślcie o tym, że żyje tam cała gromada małych i bardzo dzielnych wróżek, które znają dobre czary i które życzą Wam wszystkiego najlepszego.

A, i wiecie co? Kiedy wróżka naprawdę uwierzy, że znowu ma skrzydła, to one w magiczny sposób odrastają :)

piątek, 22 lutego 2019

"Szczęśliwa" nie znaczy "zadowolona".


Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Moje maleńkie, ledwie urodzone dziecko miało zapalenie płuc, zanim skończyło pierwszy miesiąc życia. Panie na oddziale pediatrii powiedziały na jego widok "dopiero co był na noworodkach".

Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Kiedy robiłam plany finansowe na ten rok, przeliczyłam się o dobry tysiąc miesięcznie.

Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Trochę mi nie idzie z tym blogowaniem...

Halo, tu Szczęśliwa Siódemka. Miałam ostatnio urodziny. Z roku na rok coraz bardziej nie lubię tego dnia.

Halo, tu Siódemka... ;)

No nie, nie jest tak źle. 


Ale dobrze też nie jest. To nie jest tak, że wstałam dziś rano po kiepsko przespanej nocy, w czasie której jedno stękało, drugie chrapało, trzecie co chwilę się budziło, a czwarte skakało wszystkim po głowach, siadłam do komputera w kiepskim nastroju i napisałam ten tekst. To rosło, rosło, zbierało się, aż docierało powoli, że kilka dni przygnębienia po nieprzyjemnej sytuacji to już trochę za długo, że kolejny trudny tydzień to już więcej niż jeden trudny tydzień, że niepowodzenia, przestoje i niespełnione plany zaczynają coraz bardziej przyćmiewać to, co się udało i co jest dobre, i że, co tu dużo mówić, jestem w dołku.

Depresja poporodowa? Michał ma już prawie trzy miesiące (jak ten czas za***!), więc ta depresja byłaby jednak cokolwiek spóźniona. Hashimoto? Możliwe, w końcu i tak radzę sobie z tym lepiej niż można byłoby się spodziewać. Ale... kurczę, czy w życiu chodzi tylko o to, żeby poziom hormonów się zgadzał? Czy jak dostanę magiczną tabletkę, to nagle zacznę wszystko ogarniać? Nagle to wszystko, co mi nie odpowiada w tym momencie, zacznie mi się podobać, nagle uznam, że to jest to? No błagam.

Zawsze bałam się dnia, w którym powiem, że to już się nie uda. Wiecie, tego dnia, kiedy masz trzydzieści lat i już wiesz, że świat nie stoi przed Tobą otworem i tak dalej, i tak dalej. A dzisiaj to powiedziałam. Jakoś samo się wypsnęło. Zaraz zaczęłam samą siebie poprawiać i pouczać, że co za bzdury, przecież jeszcze jestem młoda i wszystko, wszystko jeszcze przede mną. Dawno temu postanowiłam sobie, że co by nie było, nie obniżę swoich oczekiwań wobec życia. Ale coraz częściej się zastanawiam...

Gdyby tak spojrzeć na życie jako na lekcję lub rolę do odegrania, to czego mogłoby uczyć moje życie? Jaka lekcja mogłaby z niego wynikać? Czasem obawiam się, że ta lekcja może być ostrzeżeniem, że nieraz masz wszystko, czego potrzeba, a i tak ostatecznie nic Ci się nie udaje. Bo powodzenie w życiu to nie jest proste równanie, zasługujesz = dostajesz. Niektórzy po prostu ponoszą porażki.

Nie jestem księżniczką w tej bajce. Jestem tą złą wróżką, która zawsze chciała być księżniczką, ale tę rolę dostał ktoś inny. Bycie złą wróżką ma sporo zalet, pozwala na więcej swobody. Ale czasem... po prostu chcesz być księżniczką. 

Już słyszę ten chórek. 


"Jak możesz tak mówić, przecież masz kochającego męża, cudowne dzieci, dom...". Mam. Każdego dnia dziękuję za to, co mam. Jestem szczęśliwa, kochana, potrzebna. Kiedy mój jasnowłosy mały książę wskakuje mi w ramiona ze śmiechem i mówi, że mnie kocha (po angielsku, bo jakoś łatwiej mu idzie w tym języku), kiedy mój młodszy skarb uśmiecha się do mnie promiennie i chwyta moje palce swoimi malutkimi, ale silnymi rączkami - uwierzcie, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. 

Gdyby tak życie składało się tylko z bycia mamą i żoną! Ale się nie składa. I całe szczęście. Bo kiedyś moje dzieci dorosną, wyprowadzą się, będą żyły swoim życiem, a moje życie nadal ma mieć wtedy sens. Chcę być z niego zadowolona. Teraz nie jestem. Nie chcę uzależniać mojego zadowolenia od moich dzieci czy nawet od męża. To ja mam się czuć dobrze sama ze sobą, sama w swojej skórze, i taką zadowoloną z siebie osobę chcę im dawać do kochania, do potrzebowania. Nie mam ich po to, by mnie ratowali.

Pozbieram się.


Zawsze się zbieram. W końcu przecież jestem... no, wiecie. Szczęściarą. Superdziewczyną. To do czegoś zobowiązuje. Nie po to sobie to wszystko tak ładnie w głowie układałam, żeby teraz tam się jakiś bajzel robił. Będzie dobrze, i to już niedługo. W sumie to już czuję się lepiej, bo Wam o tym napisałam szczerze, bez owijania w bawełnę. Nie chcę być nieszczera w tym, co do Was piszę. Czasem na jasnym niebie pojawiają się chmury, i o tym też trzeba wspomnieć. Bo dobrze wiem, że i u Was się pojawiają.



Będzie mi miło, jeśli napiszesz mi komentarz. Nie wiem, czy wiesz, ale zmieniłam ostatnio trochę podejście do prowadzenia tego bloga i troszeczkę się obawiam, że mi wszyscy stąd pouciekacie... Pokaż, że tu jesteś :)


poniedziałek, 18 lutego 2019

Młodsze dziecko ma PRZEKICHANE!


Przyznam, że tytuł tego tekstu chodził mi po głowie już od dawna, a dokładnie od połowy grudnia, kiedy mój młodszy synek faktycznie najpierw intensywnie kichał, potem intensywnie kasłał, aż w końcu wylądowaliśmy z nim w szpitalu, bo miał zapalenie płuc. Prawda jest taka, że Robert w jego wieku w ogóle nie chorował. Pamiętam co prawda jakiś katar, na który kupowaliśmy wodę morską, ale to było z pewnością później niż w czwartym tygodniu życia, no i nie aż tak poważne.

Nawiasem mówiąc, praktycznie wszystkie dzieci, które spotkaliśmy na oddziale, były młodszym rodzeństwem. Scenariusz był za każdym razem ten sam: młodsze dziecko złapało chorobę od starszego.

Starsze dziecko, młodsze dziecko...


Przyznam teraz uczciwie, że jednym z powodów, dla których Robert miał być jedynakiem, była świadomość, że młodsze dziecko będzie... no właśnie. Młodsze. Tak jak ja, tak jak mój mąż. Oboje mamy starsze rodzeństwo. Czytaliście może wyniki badań mówiące o tym, jak radzi sobie w życiu młodsze rodzeństwo? Ja czytałam, i potwierdzam na własnym przykładzie. Świadomość, że skazuję jedno z moich dzieci na bycie taką kolejną mną, nie była łatwa do przełknięcia.

Właśnie, jak już mowa o przełykaniu. Ponoć kiedy pierwsze dziecko połknie monetę, lecisz z nim na SOR, żeby zrobili prześwietlenie. Kiedy drugie dziecko połknie monetę, po prostu czekasz, aż wyjdzie z drugiej strony... Ponieważ my z mężem jesteśmy na tyle wyluzowanymi rodzicami, że pewnie nawet przy pierwszym dziecku w ogóle nie zorientowalibyśmy się, że jakaś kasa zniknęła - przyznam, że trochę się obawiałam o nasze hipotetyczne drugie dziecko... Niepotrzebnie, jak się okazało. Michał rozbroił nas oboje, a właściwie wszystkich troje swoją kruchością, delikatnością i niemowlęcością. Jesteśmy nie mniej, a bardziej ostrożni, uważni, staranni. Przecież on jest taki mały!

Dlaczego więc Michał ma przekichane?


Mniej uwagi ze strony mamy.

Bez względu na ogrom mojej miłości i zaangażowania, Michał nigdy nie będzie miał tego, co miał Robert przez pierwsze dwa lata swojego życia. Nie będzie miał mamy na wyłączność. Paradoksalnie, tydzień spędzony w szpitalu z powodu choroby mógł być dla niego jedyną okazją, żeby doświadczyć tej wyłączności. 

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież spędzam z Michałem znacznie więcej czasu w ciągu dnia niż z Robertem. Tym bardziej, że Robert potrafi w dużym stopniu bawić się sam ze sobą, albo bawi się z tatą, a ja mogę w tym czasie tulić małego. Problem w tym, że ja też już jestem inną osobą niż dwa lata temu. 

Przez te dwa lata stopniowo uczyłam się, że mam prawo do odpoczynku, do własnych zainteresowań, do zajmowania się sobą. Po urodzeniu drugiego dziecka ta świadomość nie wyparowała. Teraz, kiedy dziecko śpi, ja nie tulę go godzinami, wpatrując się w piękną bezbronną buźkę - nie! Kiedy tylko zasypia, biegnę do kuchni, by zaparzyć herbatę i korzystam z luksusu cichego pokoju. Jasne, zdarza mi się zawiesić nad łóżeczkiem i wpatrywać się w niego z zachwytem, ale umówmy się, nie jest to częste.

Mniej zdjęć.

OK, to może nie oznacza, że będzie miał z tego tytułu jakoś gorzej w życiu. Ale faktem jest, że robimy Michałowi znacznie mniej zdjęć niż Robertowi, gdy był w jego wieku. Teraz może trochę to się zmienia, bo Michał zaczął bombardować nas swoimi cudownymi bezzębnymi uśmiechami, a my robimy co możemy, by taki uśmiech możliwie dobrze uchwycić. Wcześniej jednak, kiedy był noworodkiem i tak po prostu sobie leżał... Ileż zdjęć można zrobić noworodkowi? Dwuletni Robert w tym samym czasie zachwycał bogatą mimiką i pełnym wachlarzem różnych uśmiechów i spojrzeń. Obaj są przepiękni i kochani, jednak trzeba przyznać, że zdecydowanie więcej zdjęć ma Robert.

Bardziej narażony na infekcje.

To, o czym wspomniałam na samym początku. Kiedy Robert był malutki, nie miał starszego brata, który przynosiłby ze żłobka różne choroby. On sam jest bardzo odporny, ale jego młodszy brat to jeszcze maleństwo. Na szczęście od czasu tamtego feralnego tygodnia w grudniu żaden z nich nie złapał nic poważniejszego niż katar. Jednak ciągle musimy być czujni.

Słabsza, bardziej zmęczona matka.

Ach, moje biedne dziecko! Trafiła mu się matka po trzydziestce, do tego chora i z wiecznie bolącym kręgosłupem... No dobra, nie piszę tego poważnie, niemniej w pewnym stopniu to jest nieuniknione - matka dwójki zawsze będzie starsza i bardziej zmęczona niż ta sama matka z jednym dzieckiem.

Starsze dziecko też ma przekichane!


Robert z kolei doświadczył czegoś, co prawdopodobnie będzie Michałowi oszczędzone - po dwóch latach sielanki jedynaka zobaczył w ramionach swojej mamy inne dziecko. W ciągu następnych dni musiał się przyzwyczaić do tego, że ten mały człowieczek będzie już na stałe obecny w jego życiu.

Wielokrotnie pytano nas o to, czy tłumaczyliśmy Robertowi, że będzie miał brata. Odpowiadaliśmy za każdym razem, że owszem, tłumaczyliśmy, ale na dobrą sprawę Robert wcale nie musiał rozumieć, co to znaczy mieć brata, przecież jeszcze tego nie doświadczył.

Robert jest wspaniałym bratem. Z pewnością jest zazdrosny, jednak nigdy nie wyładowuje złych emocji na Michale. Czasem tylko stanowczo nakazuje mi odłożyć małego do łóżeczka :) Zabiega o moją uwagę, ale jest też bardzo troskliwy wobec brata. Próbuje się też z nim bawić :)

Staram się nie zmuszać go nigdy do tego, by ustępował małemu, ale czasem jest to nieuniknione. Robert jest przecież o wiele bardziej samodzielny. Kiedy obaj domagają się mojej uwagi, nieraz Michał wygrywa ją tylko dlatego, że sam sobie przecież nie poradzi.

Czy to oznacza, że posiadanie rodzeństwa to jakiś kanał?


Absolutnie nie! :) Moi synkowie są jeszcze bardzo mali, ale już teraz widzę, jak wiele im daje to, że mają siebie nawzajem. Jak przyglądają się sobie, zaczepiają się, uśmiechają się do siebie... A to przecież dopiero początek. Już za rok pewnie będą się pięknie bawić ze sobą, a z każdym kolejnym rokiem te zabawy będą stawały się coraz bardziej zaawansowane. Czekają ich cudowne wspólne chwile. Michał zawsze będzie miał kogoś, od kogo będzie mógł się uczyć. Robert zawsze będzie miał kogoś, kto będzie wpatrywał się w niego z podziwem. Niezależnie od tego, jak ułoży się ich życie, żaden z nich nigdy nie będzie naprawdę sam na świecie. Będą mieli siebie nawzajem.

A chorobom się nie damy! :)

czwartek, 7 lutego 2019

Jak poznałam Waszego ojca? ;)


Dzisiejszy wpis powstał w ramach internetowej akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa 7-14 lutego.

Tegoroczne tematy zaproponowane przez twórców akcji "Tydzień Małżeństwa w Internecie" wyjątkowo współgrają z moim planem - żeby wspominać, przywoływać dawne chwile i honorować tegoroczne dziesiąte rocznice. Temat przewodni dzisiejszego dnia to "Początki relacji". To idealna okazja, by opowiedzieć Wam, jak to wszystko między nami się zaczęło.

(Jeśli komuś coś nie gra w tytule niniejszego tekstu, śpieszę wyjaśnić, że jest to oczywiście nawiązanie do tytułu znanego serialu. Wiem, na pewno je wyłapaliście, ale wolę na wszelki wypadek to zaznaczyć.) 

Pierwsze spotkania.


Pisałam Wam już kiedyś, że nie pamiętam tego jedynego, absolutnie pierwszego spotkania. To nie była żadna z tych chwil, które zapadają w pamięci. Nie poznaliśmy się jako potencjalni przyszli partnerzy, nie było flirtu, w ogóle nic nie było. Przyszedł nowy chłopak do szkoły i tyle. Nawet nie byliśmy na tym samym roku, więc widywaliśmy się przelotnie na korytarzu i na łączonych zajęciach. 

Jako początek naszej znajomości postanowiłam zatem potraktować nie któryś z tych szkolnych epizodów, ale przypadkowe spotkanie na Rynku w Krakowie w pewne upalne czerwcowe popołudnie. To był chyba 1 czerwca, na Rynku tłum ludzi czekał na mające się wkrótce rozpocząć występy w ramach Festiwalu Piosenki Zaczarowanej. Wypatrzyliśmy się w tłumie, dwie znajome twarze. Wymieniliśmy kilka niezobowiązujących zdań, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy głodni i w związku z tym dobrze byłoby coś zjeść. Poszliśmy na pizzę. Do tej pory mamy sentyment do pizzerii, którą wtedy odwiedziliśmy :)

Wtedy po raz pierwszy tak naprawdę porozmawialiśmy ze sobą. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Bez przerwy się śmialiśmy. Miałam wrażenie, że coś zaiskrzyło, choć on twierdzi, że to jeszcze nie był ten moment. Ale dwie rzeczy dały mi do myślenia. Kiedy zapytana przez niego powiedziałam, ile mam wzrostu, a on stwierdził, że to "idealnie, w sam raz dla niego" (oboje z całą pewnością należymy do niewysokich). Poza tym mówił, że w wakacje wybiera się na żagle i zaproponował mi, żebym jechała razem z nim. 

Oczywiście nie pojechałam na te żagle, on zresztą też nie, ale to inna historia. Po tym spotkaniu zdecydowanie nie dążyłam do zacieśnienia naszych kontaktów. Czasem tak jest, że po jednym spotkaniu ma się przeczucie "to jest początek bliskiej relacji, o ile na to pozwolimy". Ja miałam takie przeczucie. I absolutnie nie mogłam na to pozwolić, wiecie dlaczego. Wiecie? Byłam zaręczona.

Mimo wszystko ta nasza relacja, stricte koleżeńska/przyjacielska, jakoś samoistnie się zacieśniała. Któregoś dnia pianistka z naszej szkoły wzięła mnie na stronę i powiedziała takim bardzo dyskretnym tonem: "Wiesz, Martyna, ten Andrzej to naprawdę bardzo porządny chłopak!"... Przytaknęłam, ale nie drążyłam tematu. No, porządny przecież.


Pierwsze rozmowy.


Jakiś czas później nudziło mi się i założyłam konto na popularnym wówczas portalu społecznościowym. Oczywiście na liście moich znajomych szybko pojawił się pewien profil z wielkim, szerokim uśmiechem na zdjęciu... Niedługo później dostałam od niego pierwszą wiadomość, na widok której dosłownie zamarłam - wiadomość zaczynała się od słów "Zakochałem się"! Odetchnęłam jednak z ulgą. Gdy ją otworzyłam, okazało się, że mój uroczy rozmówca zakochał się... w piosence, którą mi przesłał.

Przeważnie rozmawialiśmy o muzyce, o śpiewaniu. Mamy do niej podobne podejście, odgrywa równie wielką rolę w życiu każdego z nas. Mamy podobny gust, choć zdarzyło się nam nieraz nie zgodzić w ocenie jakiegoś utworu lub wykonawcy.

Rozmawialiśmy często poprzez wiadomości, komunikatory. Nigdy nie dzwoniliśmy do siebie. Znaliśmy się prawie od roku, kiedy zorientowaliśmy się, że w ogóle nie mamy swoich numerów telefonu.

Pierwsze "chodzenie ze sobą".


"Muszę z Tobą zerwać", powiedział mi pewnego dnia, niemal dokładnie 10 lat temu. To były zabawne słowa, choć sytuacja taka nie była.

"Chodzenie ze sobą" to był taki nasz wspólny żart. W którejś rozmowie wspomniałam, że w szkole podstawowej chodziłam z różnymi chłopakami, ale to chodzenie polegało głównie na tym, że widywaliśmy się w szkole i rozmawialiśmy. "To tak jak my", stwierdził wtedy rozbawiony. No i chodziliśmy ze sobą, aż do chwili, kiedy musieliśmy zerwać. Bo odpowiedzią na jego pierwsze poważne pytanie było "NIE".

Czy nie zorientowałam się wcześniej, że zakochał się we mnie? Musiałabym być ślepa. Przecież przeczuwałam to już wtedy w czerwcu. Ale pewności nie mogłam mieć. Tym bardziej, że w tym samym czasie miałam jeszcze jedną, bardzo podobną przyjacielską relację - z chłopakiem, który z całą pewnością nic do mnie nie czuł. I też wszyscy wokół nas twierdzili, że jestem niedobra, że robię mu nadzieję, że on na pewno jest zakochany po uszy... Miałam tak zapobiegawczo go spławić, żeby być w porządku? Czekałam na jego krok.

Strasznie mi było go wówczas szkoda. I na pewno nic jeszcze do niego nie czułam, albo przynajmniej zupełnie nie zdawałam sobie z tego uczucia sprawy. Próbowałam sobie wyobrazić, że odpowiadam jakoś na to jego uczucie, nie potrafiłam. Moje myśli i serce zajmował ktoś inny.

Miesiąc (i kilka dni) później byliśmy parą.


Wyobrażacie sobie? Tak wiele zmieniło się w jeden miesiąc.
Jeśli chciałabym to tutaj opisać, musiałabym chyba podzielić ten tekst na tomy.

To był trudny i szalony miesiąc. Jeśli miałabym wybrać, który miesiąc był najdziwniejszy/najtrudniejszy/najbardziej nietypowy w moim życiu, bez wahania wskazałabym właśnie ten, luty 2009.

Czy budowanie związku na fundamencie w postaci życia, które wywróciło się do góry nogami, ma jakikolwiek sens? W moim przypadku zadziałało, jednak nie mogłabym z czystym sumieniem polecać takiego rozwiązania. Trochę wbrew komedii romantycznej, w jaką zmieniło się wówczas moje życie - uważam, że budowanie zdrowego związku nie powinno polegać na tym, że jedna osoba ratuje drugą. Ani nawet na tym, że obie osoby ratują się nawzajem. Myślę, że najzdrowiej jest najpierw pozbierać się samemu (choć niekoniecznie samodzielnie, może np. z pomocą psychologa), poradzić sobie i dopiero jako silna i poukładana osoba próbować stworzyć z kimś szczęśliwy związek. Życie pisze jednak różne scenariusze.

Co jeszcze mogę powiedzieć? Możesz mieć różne plany i pomysły, jak poradzić sobie z daną relacją, ale jednej rzeczy nigdy nie jesteś w stanie zaplanować - siły uczuć drugiej osoby. To jest dla Ciebie wielka niewiadoma. Rezultaty mogą być nieprzewidziane.

I jeszcze - prawdziwa miłość istnieje! Po dziesięciu latach jestem tego pewna, z każdym dniem coraz bardziej :)





poniedziałek, 4 lutego 2019

Jak wybieraliśmy chrzestnych dla naszych dzieci?


Znacie już historię nadawania imion naszym synkom. Niedługo później musieliśmy podjąć kolejną trudną decyzję - kto zostanie ojcem chrzestnym i matką chrzestną? Podobnie jak w przypadku imienia, za pierwszym razem poszło nam dużo łatwiej...

Trudno o bardziej aktualny temat - dokładnie wczoraj zaproponowaliśmy przyjaciółce, żeby dołączyła do naszej coraz większej rodziny jako matka chrzestna Michała :) Zgodziła się z wielką radością!

Dlaczego wybór chrzestnych jest dla nas taką trudną i ważną decyzją? Postaram się przybliżyć Wam, jak wygląda nasze podejście do tej kwestii. 

Poszerzamy krąg bliskich osób.


O ile przy wybieraniu imion to ja miałam za każdym razem zauważalnie więcej do powiedzenia, w przypadku decyzji o chrzestnych ochoczo przyjęłam punkt widzenia mojego męża. Bardzo przemówiła do mnie jego koncepcja, żeby nie szukać chrzestnych w rodzinie, ale żeby zaprosić do naszej rodziny kolejne osoby. Konsekwentnie szukamy chrzestnych wśród przyjaciół i znajomych.

Poza innymi zaletami, takie podejście było dla nas najbardziej praktyczne. Każde z nas ma jedną siostrę. Jak mieliśmy wybrać, która z nich bardziej się nadaje na matkę chrzestną Roberta? Jak uhonorować jedną i nie pokrzywdzić drugiej? Przecież nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że będziemy mieć dwóch synów. Zamiast dokonywać przykrego wyboru między dwiema siostrami, zaprosiliśmy do naszej rodziny trzecią, a teraz już i czwartą :)

Z perspektywy czasu - choć niby minęły dopiero dwa lata - myślę, że to była dobra decyzja. Jak pisałam już nieraz, straciłam kontakt z wieloma ważnymi dla mnie osobami. A chrzestni Roberta przez cały czas są obecni w naszym życiu. Czuję, że będą już z nami na zawsze. Łączy nas coś bardzo, bardzo ważnego.

Oprócz "rodzonych" cioć i wujków Robert zawsze będzie miał Wujka M. i Ciocię M. :) Teraz pora, by i Michał zyskał swojego nowego wujka i nową ciocię.

Wymagania?


Nie powiedziałabym, że oczekujemy dużo, jednak już nieraz okazało się, że to jest... za dużo. Chcemy, żeby to była bliska nam wierząca osoba. Nie może być inaczej, no bez przesady. Bardzo cenimy i szanujemy naszych niewierzących znajomych, jednak chrzest to jest chrzest. Wydarzenie kościelne, religijne. Nakładające pewne obowiązki na osobę chrzestnego. Jak mielibyśmy oczekiwać ich wypełniania od kogoś, kto w ogóle w to nie wierzy?

Rzeczywistość wygląda niestety tak, że, co tu się czarować, za dużo tych bliskich osób w ogóle nie mamy, a już bliskich i przy tym wierzących - nawet bardzo mało. Musieliśmy liczyć się z tym, że będziemy wybierać z bardzo wąskiego grona. Nie zrozumcie mnie źle. Znamy i bardzo lubimy wiele osób, jednak ile spośród nich możemy z czystym sumieniem nazwać przyjaciółmi? Ilu spośród nich ufamy na tyle, by powierzyć im opiekę nad naszymi dziećmi? Większość to tak naprawdę dobrzy znajomi, z którymi dzielimy wspólne zainteresowania.

Nie wszyscy chcieli.


Dwukrotnie trafiliśmy, że się tak wyrażę, kulą w płot. Jeden znajomy - porządny, religijny chórzysta - na naszą delikatną sugestię, że myślimy o nim w tym kontekście,  zareagował dość gwałtownym sprzeciwem. "No co Wy, weźcie kogoś z rodziny! Weźcie kogoś młodszego!" - a potem aż do porodu nie zainteresował się potencjalnym chrześniakiem w ogóle... Inny kolega po usłyszeniu naszej dość przedwczesnej i bardzo pochopnej propozycji stwierdził, że się zastanowi, po czym tematu już nigdy nie podjął, za to skutecznie doprowadził do tego, że my się zastanawiać przestaliśmy. Wiecie, odkryłam chyba niezawodny sposób, jak zrazić do siebie ludzi - zasugeruj, że myślisz o nim jako o potencjalnym chrzestnym swojego dziecka!

Tak po cichu marzy mi się, że przyszły chrzestny Michała zareaguje na naszą propozycję tak, jak Wujek M. - szczerym wzruszeniem... Oczywiście, Wujek M. jest tylko jeden i niepowtarzalny. Ale przecież znamy dużo porządnych, wartościowych facetów. Na pewno gdzieś tam jest wśród nich chrzestny dla Michała.

Nie wszyscy mogli.


Przyszły chrzestny lub chrzestna musi, jak pewnie Wam wiadomo, otrzymać papierek od księdza ze swojej parafii, papierek potwierdzający przekonanie księdza, że ów parafianin godzien jest zaszczytów i obowiązków rodzica chrzestnego. Nie każda z bliskich nam osób otrzymała taki papierek. Prawdopodobnie przyczyną był fakt, że chodziło o osobę rozwiedzioną - choć warto wiedzieć, że rozwód nie jest formalną przeszkodą, by zostać rodzicem chrzestnym

Kogo więc zaprosiliśmy do naszej rodziny?

Wujek M.



Chrzestny Roberta, nasz absolutnie najlepszy i najbliższy przyjaciel. Nasza wieloletnia relacja jest pełna wzlotów i upadków, ale chyba ostatecznie niezniszczalna. Jeden z największych wrażliwców, jakich znam. Próbowaliśmy wyobrazić sobie kogoś innego w roli chrzestnego Roberta, ale za każdym razem mieliśmy jakieś takie uczucie że nie no, tak się nie da, to musi być M. :)

Ciocia M.


Chrzestna Roberta, moja przyjaciółka jeszcze z czasów licealnych. Nie zapomnę nigdy tej żywiołowej radości, z jaką przyjęła naszą propozycję! Wspaniała, mądra osoba pełna pozytywnej energii. Widzimy, że traktuje swoją rolę bardzo poważnie i jesteśmy jej za to wdzięczni z całego serca.

Nowa Ciocia... M.!



Połączyła nas wspólna pasja. Tak jakoś wyszło, że w tym niełatwym pod względem relacji międzyludzkich roku 2018 M. była jedną z osób, z którymi spędziliśmy najwięcej czasu. Za każdym razem był to wspaniale spędzony czas, również dla Roberta, który uwielbia bawić się z Ciocią. Z całą pewnością M. ma fantastyczne podejście do dzieci, jej chrześniak będzie szczęściarzem :)

Choć bardzo ważne są dla nas relacje wieloletnie, taka młoda, dojrzewająca przyjaźń ma swój wyjątkowy urok.  Zdałam sobie też sprawę z tego, że M. jest pierwszą moją przyjaciółką, która jest ode mnie o dobrych kilka lat młodsza i patrzy na mnie jako na tę starszą, doświadczoną osobę, od której może się sporo nauczyć.

Jeśli chodzi o chrzestnego dla Michała - tu decyzja jeszcze nie zapadła. Wierzę jednak, że tak jak za pierwszym razem, wybierzemy właściwą osobę.

Jak to wygląda u Was? Szukacie chrzestnych w rodzinie, czy raczej poza nią?