czwartek, 7 lutego 2019

Jak poznałam Waszego ojca? ;)


Dzisiejszy wpis powstał w ramach internetowej akcji Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa 7-14 lutego.

Tegoroczne tematy zaproponowane przez twórców akcji "Tydzień Małżeństwa w Internecie" wyjątkowo współgrają z moim planem - żeby wspominać, przywoływać dawne chwile i honorować tegoroczne dziesiąte rocznice. Temat przewodni dzisiejszego dnia to "Początki relacji". To idealna okazja, by opowiedzieć Wam, jak to wszystko między nami się zaczęło.

(Jeśli komuś coś nie gra w tytule niniejszego tekstu, śpieszę wyjaśnić, że jest to oczywiście nawiązanie do tytułu znanego serialu. Wiem, na pewno je wyłapaliście, ale wolę na wszelki wypadek to zaznaczyć.) 

Pierwsze spotkania.


Pisałam Wam już kiedyś, że nie pamiętam tego jedynego, absolutnie pierwszego spotkania. To nie była żadna z tych chwil, które zapadają w pamięci. Nie poznaliśmy się jako potencjalni przyszli partnerzy, nie było flirtu, w ogóle nic nie było. Przyszedł nowy chłopak do szkoły i tyle. Nawet nie byliśmy na tym samym roku, więc widywaliśmy się przelotnie na korytarzu i na łączonych zajęciach. 

Jako początek naszej znajomości postanowiłam zatem potraktować nie któryś z tych szkolnych epizodów, ale przypadkowe spotkanie na Rynku w Krakowie w pewne upalne czerwcowe popołudnie. To był chyba 1 czerwca, na Rynku tłum ludzi czekał na mające się wkrótce rozpocząć występy w ramach Festiwalu Piosenki Zaczarowanej. Wypatrzyliśmy się w tłumie, dwie znajome twarze. Wymieniliśmy kilka niezobowiązujących zdań, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że jesteśmy głodni i w związku z tym dobrze byłoby coś zjeść. Poszliśmy na pizzę. Do tej pory mamy sentyment do pizzerii, którą wtedy odwiedziliśmy :)

Wtedy po raz pierwszy tak naprawdę porozmawialiśmy ze sobą. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Bez przerwy się śmialiśmy. Miałam wrażenie, że coś zaiskrzyło, choć on twierdzi, że to jeszcze nie był ten moment. Ale dwie rzeczy dały mi do myślenia. Kiedy zapytana przez niego powiedziałam, ile mam wzrostu, a on stwierdził, że to "idealnie, w sam raz dla niego" (oboje z całą pewnością należymy do niewysokich). Poza tym mówił, że w wakacje wybiera się na żagle i zaproponował mi, żebym jechała razem z nim. 

Oczywiście nie pojechałam na te żagle, on zresztą też nie, ale to inna historia. Po tym spotkaniu zdecydowanie nie dążyłam do zacieśnienia naszych kontaktów. Czasem tak jest, że po jednym spotkaniu ma się przeczucie "to jest początek bliskiej relacji, o ile na to pozwolimy". Ja miałam takie przeczucie. I absolutnie nie mogłam na to pozwolić, wiecie dlaczego. Wiecie? Byłam zaręczona.

Mimo wszystko ta nasza relacja, stricte koleżeńska/przyjacielska, jakoś samoistnie się zacieśniała. Któregoś dnia pianistka z naszej szkoły wzięła mnie na stronę i powiedziała takim bardzo dyskretnym tonem: "Wiesz, Martyna, ten Andrzej to naprawdę bardzo porządny chłopak!"... Przytaknęłam, ale nie drążyłam tematu. No, porządny przecież.


Pierwsze rozmowy.


Jakiś czas później nudziło mi się i założyłam konto na popularnym wówczas portalu społecznościowym. Oczywiście na liście moich znajomych szybko pojawił się pewien profil z wielkim, szerokim uśmiechem na zdjęciu... Niedługo później dostałam od niego pierwszą wiadomość, na widok której dosłownie zamarłam - wiadomość zaczynała się od słów "Zakochałem się"! Odetchnęłam jednak z ulgą. Gdy ją otworzyłam, okazało się, że mój uroczy rozmówca zakochał się... w piosence, którą mi przesłał.

Przeważnie rozmawialiśmy o muzyce, o śpiewaniu. Mamy do niej podobne podejście, odgrywa równie wielką rolę w życiu każdego z nas. Mamy podobny gust, choć zdarzyło się nam nieraz nie zgodzić w ocenie jakiegoś utworu lub wykonawcy.

Rozmawialiśmy często poprzez wiadomości, komunikatory. Nigdy nie dzwoniliśmy do siebie. Znaliśmy się prawie od roku, kiedy zorientowaliśmy się, że w ogóle nie mamy swoich numerów telefonu.

Pierwsze "chodzenie ze sobą".


"Muszę z Tobą zerwać", powiedział mi pewnego dnia, niemal dokładnie 10 lat temu. To były zabawne słowa, choć sytuacja taka nie była.

"Chodzenie ze sobą" to był taki nasz wspólny żart. W którejś rozmowie wspomniałam, że w szkole podstawowej chodziłam z różnymi chłopakami, ale to chodzenie polegało głównie na tym, że widywaliśmy się w szkole i rozmawialiśmy. "To tak jak my", stwierdził wtedy rozbawiony. No i chodziliśmy ze sobą, aż do chwili, kiedy musieliśmy zerwać. Bo odpowiedzią na jego pierwsze poważne pytanie było "NIE".

Czy nie zorientowałam się wcześniej, że zakochał się we mnie? Musiałabym być ślepa. Przecież przeczuwałam to już wtedy w czerwcu. Ale pewności nie mogłam mieć. Tym bardziej, że w tym samym czasie miałam jeszcze jedną, bardzo podobną przyjacielską relację - z chłopakiem, który z całą pewnością nic do mnie nie czuł. I też wszyscy wokół nas twierdzili, że jestem niedobra, że robię mu nadzieję, że on na pewno jest zakochany po uszy... Miałam tak zapobiegawczo go spławić, żeby być w porządku? Czekałam na jego krok.

Strasznie mi było go wówczas szkoda. I na pewno nic jeszcze do niego nie czułam, albo przynajmniej zupełnie nie zdawałam sobie z tego uczucia sprawy. Próbowałam sobie wyobrazić, że odpowiadam jakoś na to jego uczucie, nie potrafiłam. Moje myśli i serce zajmował ktoś inny.

Miesiąc (i kilka dni) później byliśmy parą.


Wyobrażacie sobie? Tak wiele zmieniło się w jeden miesiąc.
Jeśli chciałabym to tutaj opisać, musiałabym chyba podzielić ten tekst na tomy.

To był trudny i szalony miesiąc. Jeśli miałabym wybrać, który miesiąc był najdziwniejszy/najtrudniejszy/najbardziej nietypowy w moim życiu, bez wahania wskazałabym właśnie ten, luty 2009.

Czy budowanie związku na fundamencie w postaci życia, które wywróciło się do góry nogami, ma jakikolwiek sens? W moim przypadku zadziałało, jednak nie mogłabym z czystym sumieniem polecać takiego rozwiązania. Trochę wbrew komedii romantycznej, w jaką zmieniło się wówczas moje życie - uważam, że budowanie zdrowego związku nie powinno polegać na tym, że jedna osoba ratuje drugą. Ani nawet na tym, że obie osoby ratują się nawzajem. Myślę, że najzdrowiej jest najpierw pozbierać się samemu (choć niekoniecznie samodzielnie, może np. z pomocą psychologa), poradzić sobie i dopiero jako silna i poukładana osoba próbować stworzyć z kimś szczęśliwy związek. Życie pisze jednak różne scenariusze.

Co jeszcze mogę powiedzieć? Możesz mieć różne plany i pomysły, jak poradzić sobie z daną relacją, ale jednej rzeczy nigdy nie jesteś w stanie zaplanować - siły uczuć drugiej osoby. To jest dla Ciebie wielka niewiadoma. Rezultaty mogą być nieprzewidziane.

I jeszcze - prawdziwa miłość istnieje! Po dziesięciu latach jestem tego pewna, z każdym dniem coraz bardziej :)





22 komentarze:

  1. O Diego i mnie też by można serial nakręcić. I też zaczęliśmy ze sobą chodzić w lutym 2009 roku. ;)
    Super historia. Bardzo miło mi się ją czytało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejne podobieństwo między nami! To zaczyna być niesamowite :)

      Usuń
  2. Taka po łebkach. Dużo się działo, na książkę by spokojnie starczyło... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie "by", bo starczyło ;) Jak zwykle przerwałam w najciekawszym momencie... Później to dopiero się działo! :)

      Usuń
  3. Fajna historia! Dużo szczęścia i miłości dla was!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow świetna historia! Zainspirowałaś mnie do opisania mojej! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Oczywiście, że Prawdziwa Miłość istnieje - sama takiej doświadczam od przeszło 10 lat!

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak fajnie przeczytać taką historię... od razu przypominam sobie jak poznałam męża. tez tak zwyczajnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę zazdroszczę parom, które poznały się w nieco bardziej wyjątkowych okolicznościach... Jak np. moi rodzice :) Po niemal 35 latach nadal świętują rocznicę tego dnia!

      Usuń
  7. Nie słyszałam o tej akcji, ale to chyba dlatego, że nie jestem mężatką ;).

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale fajna historia! My też nie wiemy kiedy się poznaliśmy, bo znamy się prawie od zawsze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też ciekawie!
      Znałam jedną parę (niestety, czas przeszły), która spędziła niemal całe dzieciństwo "obok siebie", ale jakoś nigdy się nie zauważyli, dopiero jako dorośli ludzie. Ich historia zawsze mnie fascynowała.

      Usuń
  9. Super historia. Nawet nie wiedziałam że jest coś takiego jak tydzień małżeństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam również do czytania tekstów innych autorów piszących w ramach tej akcji :)

      Usuń
  10. Piękna historia! Super, że dzielisz się swoją historią z innymi. Inspirujesz!

    OdpowiedzUsuń