Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

"10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego" Marzeny Żurek - recenzja przedpremierowa!

Uwielbiam polecać Wam wartościowe książki. A już szczególną przyjemność mam wtedy, gdy mogę Wam polecić wartościową książkę napisaną przez autorkę, którą znam i lubię. Tak jest właśnie w tym przypadku :)

Marzenę Żurek poznałam ...dzieści lat temu, gdy obie byłyśmy nastolatkami. Już wówczas uważałam się za pisarkę, a w mojej głowie powoli zaczynała kiełkować opowieść, którą spisałam znacznie później, i która niedługo będzie mieć swoją premierę. O twórczości Marzeny natomiast nie wiedziałam nic, zupełnie nic. Dowiedziałam się dopiero dwa lata temu, gdy Marzenka wysłała mi jeden z wierszy o Tobim, kotku na schwał. Od tamtej pory śledzę z fascynacją i podziwem jej drogę pisarską, jej relacje ze spotkań autorskich i wszystkie fantastyczne działania, które podjęła, by kotek Tobi dotarł ze swoimi mądrymi radami do jak najszerszego grona młodych odbiorców.

Uroczy, puchaty kot (narysowany w mój absolutnie ulubiony sposób, czyli zero karykatury, a samo kocie piękno!) i mądre porady dotyczące zdrowego odżywiania się i trybu życia - co za doskonałe połączenie! Wyrazista, łatwo zapamiętywalna postać Tobiego z miejsca zdobędzie uwagę tych czytelników, których twarz rozpromienia się na widok kociej mordki. Porady napisane prostym językiem, ilość tekstu, która nie przytłacza, a dzięki rymom łatwo wpada w ucho - to idealny sposób, by trafić do dziecięcego odbiorcy :) Niewątpliwie pomysł Marzeny się sprawdził, i dlatego dzielny Tobi doczekał się kolejnej książki, w której dzieli się z dziećmi swoją mądrością. Nosi ona tytuł: "10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego".

O ile pierwsza część, czyli "Żywieniowe przygody Tobiego..." skupiała się na kwestiach dotyczących zdrowej diety, "10 czynności..." porusza nieco szerszą tematykę. Rymowane porady Tobiego dotyczą tutaj takich kwestii jak higiena osobista, znaczenie sportu i ruchu w codziennym rytmie, rola odpoczynku i snu, a także oczywiście - zdrowe posiłki spożywane o odpowiednich porach.

Tobi przygląda się porządkowi dnia, od śniadania zjedzonego z samego rana (to ważne, by o nim nie zapominać!), poprzez poranną higienę, obowiązki szkolne, aż po wieczorny odpoczynek i kolację zjedzoną 2 godziny przed dobrym i zdrowym snem. Myślę, że całkiem sympatycznym pomysłem byłoby spróbować spędzić cały dzień, stosując się dokładnie do wytycznych Tobiego - zresztą, kto mówi o jednym dniu? Gdy młody czytelnik zaprzyjaźni się z psotliwym kotkiem i zaufa jego mądrym radom, może się okazać, że zacznie pilnować zasad higieny i stałych pór posiłków bardziej niż kiedykolwiek - bo Tobi tak powiedział. Pamiętam z mojego dzieciństwa, a teraz widzę to samo u moich dzieci - że celne stwierdzenia płynące z ust postaci z bajek wielokrotnie zapadają w pamięć mocniej niż uwagi pań w przedszkolu. Nie od dzisiaj wiadomo, że nauka staje się bardziej efektywna, gdy jest związana z zabawą i rozrywką. Tobi wydaje mi się idealną postacią do roli mądrego przewodnika po zdrowym życiu, takiego, który jednocześnie uczy, bawi i zachwyca swoim nieodpartym kocim urokiem.

Dodam, że niemal na każdej stronie znajdują się proste i zabawne ilustracje z Tobim, wykonane przez Martę Raźniewską. Mam wrażenie, że nie tylko dzieci, ale też całkiem dorośli miłośnicy kotów będą mieli sporo frajdy z ich oglądania!

Książkę zamyka wspaniały bonus dla całej rodziny: gra planszowa! Ucieszyłam się ogromnie na jej widok, bo mój Robert przeżywa właśnie etap fascynacji grami planszowymi. Gra "Kraina pokus" zaproponowana przez Marzenę Żurek polega między innymi na jedzeniu pysznych warzyw i owoców, na odpowiadaniu na proste pytania (np. wymień pięć czerwonych warzyw) i wykonywaniu prostych ćwiczeń, bo w końcu w zdrowym ciele zdrowy duch! Jestem przekonana, że dzieci będą się przy niej świetnie bawić, a spożycie warzyw i owoców w domu wzrośnie, oj, wzrośnie :)




Czy widzę jakieś minusy? Może jeden: pierwszy wierszyk, poświęcony samej postaci Tobiego i opisywaniu, jaki z niego piękny kot, wydaje mi się dosyć długi. Takie rozwiązanie ma oczywiście swoje zalety, dziecięcy czytelnik zdoła się dzięki niemu bardziej przywiązać do postaci kotka i z tym większą przyjemnością będzie czytać, co czarujący Tobi ma do powiedzenia. Ale ja, dorosły czytelnik, czekałam z pewną niecierpliwością, kiedy Tobi skończy opowiadać o sobie i przejdzie do rzeczy ;)

Nie jestem też wielką fanką ilustracji przedstawiającej wirusy i bakterie ;) Ale to jest tylko i wyłącznie kwestia moich osobistych preferencji. Zauważyłam, że taki trend - pokazywania małych stworków, które trzeba wyeliminować - jest ogólnie bardzo modny w różnych bajkach zachęcających dzieci do dbania o higienę. Widocznie to po prostu się sprawdza. Dodam też, że w wykonaniu Marty Raźniewskiej nawet te nieszczęsne wirusy i bakterie prezentują się całkiem niebrzydko i niestrasznie!

Komu polecam "10 czynności dla zdrowotności"?

- rodzicom, którzy lubią czytać dzieciom na głos, a przy okazji chcą, żeby lektura miała walory edukacyjne,

- kociarzom, którzy chcą popatrzeć na ładne i zabawne obrazki z kotkiem w roli głównej,

- w zasadzie każdemu, kto potrzebuje pewnego przypomnienia zasad dotyczących zdrowego trybu życia, 

- dzieciom, dzieciom, dzieciom. Książka adresowana jest raczej do dzieci szkolnych, mniej więcej 1-2 klasa podstawówki, odnoszę jednak wrażenie, że przedszkolaki też będą się przy niej świetnie bawić i zrozumieją zawarty w niej przekaz.

Czekam z niecierpliwością na premierę! Dam Wam znać, kiedy "10 czynności... " będzie dostępne w sprzedaży!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki przed premierą bardzo dziękuję autorce, Marzenie Żurek.



czwartek, 9 września 2021

Wdech, wydech i... wrzesień


Rzadko myślę o oddychaniu. Najczęściej wtedy, gdy z jakichś powodów mam z nim kłopoty - co, obawiam się, może mnie niedługo czekać, gdyż wrześniowe przeziębienie ewidentnie się na mnie czai. Czasami jednak myślę też o oddychaniu, gdy się relaksuję, albo wręcz przeciwnie - gdy intensywnie pracuję nad czymś. Oddech jest wtedy bardzo potrzebny.

Tym właśnie były dla mnie minione letnie dni: oddechem. Zarówno tym oddechem relaksu między codziennością, urozmaiceniem czasu dzielonego między pracę, pisanie i dom - jak i oddechem wspierającym działanie, dotleniającym mięśnie i pomagającym w osiąganiu celów.


Wdech, wydech, zachowaj spokój


Praca w sezonie letnim różni się od zwykłej, codziennej pracy w innych miesiącach tym, że ruch jest nieco mniejszy, bo klienci są na urlopach ;) Ale też nas, osób odbierających telefony, jest w tym czasie znacznie mniej. W dodatku często zdarza się, że brakuje kogoś z przełożonych, czasami kogoś, z kim chciało się ustalić coś ważnego... Będę wspominać pracę w lipcu i sierpniu jako stresujący czas, nie tyle za względu na rozmowy z klientami i wypełnianie obowiązków, co ze względu na kwestie organizacyjne, w których kilkakrotnie pojawiało się zamieszanie. Nieraz potrzebny był głęboki oddech, rozluźnienie i zrozumienie, że pomyłki się zdarzają, ale wszystko da się wyprostować, i na pewno nikt nie każe mi ponosić konsekwencji cudzych błędów.

Wdech, wydech, jak miło Was widzieć!


Od lewej: ja, Angela Węcka, Patrycja Żurek

Tegoroczne lato dostarczyło mi kilku cudownych okazji do spotkań z osobami, które poznałam dzięki działalności w grupach pisarskich. Pisałam Wam już o spotkaniu z Madką Roku i Weroniką Szelęgiewicz, niedługo później miałam też wielką przyjemność spędzić popołudnie ze wspaniałą Patrycją Żurek oraz z Angelą i Tomkiem Węckimi. A na początku sierpnia odwiedziła mnie moja pisarska bratnia dusza, Joanna Krystyna Radosz, autorka recenzowanych na tym blogu "Szkoły wyprzedzania" oraz "Czarnej książki. Zostać mistrzem". Przywiozła ze sobą słońce do deszczowego i podmokłego Krakowa, wzbudziła sympatię i zaufanie mojej rodziny włącznie z kotami, wręczyła cudne prezenty literackie z nie mniej cudnymi dedykacjami, grała z moimi dziećmi w kolory, zniosła dzielnie moje preferencje muzyczne, piła z nami kawę z prądem, czy raczej prąd z kawą, i w ogóle aż dziwnie pusto się zrobiło, gdy wyjechała... 
(Był taki moment, kiedy rozważaliśmy możliwość zaadoptowania Asi, ale wyszło nam, że różnica wieku między nami jest zbyt mała, by było to możliwe).

Wdech, wydech i znów masz kilka lat




Jest jedna mała wioska nad rzeką Bug, w województwie lubelskim, której potrzebuję jak powietrza. Gdy tam jestem, ładują się moje wewnętrzne baterie. Każdy zakątek, każdy mijany dom przywołuje wspomnienia i myśli sprzed lat, i nie myślę tu o kilku, nawet kilkunastu latach - ale wręcz o trzydziestu. Widzę je oczami dziecka, którym byłam. Gdy patrzę w wodę w miejscu, w którym pływałam co roku jako mała dziewczynka, a później dorastająca dziewczyna i młoda kobieta, dociera do mnie, że niektóre stare sprawy pozostają na zawsze młode ;)



Jednocześnie - jak długo osoba w moim wieku może czuć się jak dziecko i nie zmęczyć się tym uczuciem? Po około tygodniu brakowało mi jednak mojej dorosłości i samodzielności ;) Może główną przyczyną pewnego zmęczenia tymi wakacjami była pogoda, która w drugiej połowie sierpnia wyjątkowo nie dopisała. Przez dwa-trzy dni praktycznie w ogóle nie wychodziliśmy z domu. W pozostałe - chwytaliśmy każdą chwilę bez deszczu, żeby pójść na spacer!



Wdech, przepona, postaw dźwięk


Tegoroczne lato to również dwa występy sceniczne. Jeden w duecie z mężem na festynie we wspomnianej małej miejscowości, drugi w Krakowie z zespołem Genezyp Kapen. Ze śpiewaniem na scenie wiąże się kilka specyficznych odczuć. Pierwsze: że to kocham :) Drugie, jak bardzo to dla mnie ważne, by nie być samą na scenie. Kiedyś myślałam, że jestem typową solistką, jednak uwielbiam dzielić energię sceniczną z zespołem lub po prostu z drugą osobą. Trzecie odczucie: jak bardzo przy tym wszystkim, pomimo scenicznego makijażu i radości z przebywania na scenie, jestem jednak w pierwszej kolejności mamą. Do chwili, w której wezmę do ręki mikrofon, zastanawiam się nad tym, czy moje dzieci są właściwie zaopiekowane i jak sobie radzą beze mnie, po skończonym występie myślę o momencie, w którym będę ich tulić do snu. Nie da się przełączyć w głowie wajchy: teraz wokalistka, a dopiero za chwilę mama. Ta mama zawsze tam jest :)

Wdech, wydech i... pozwól mu rozwijać się w swoim tempie!




Letnie zabawy na placu zabaw dały nam sposobność, by przyjrzeć się interakcjom Michała z innymi dziećmi. Czasem pojawiał się niepokój. Nie powiem, spodziewałam się, że młodsze dziecko dwójki młodszych dzieci, artystycznych dusz i dziwaków, będzie raczej chodzić własnymi drogami niż brylować w społeczeństwie. Michał jest do tego nieduży i ma w sobie mnóstwo wręcz niemowlęcego uroku, chętnie tańczy i jest niezwykle muzykalny, a choć potrafi mówić całymi zdaniami, korzysta z tej umiejętności rzadko i na własnych zasadach. Bywa strachliwy, płaczliwy, trudny we współpracy. Gdybym nie wiedziała, ile ma lat, spokojnie uwierzyłabym, że jest nawet o rok młodszy!


Jestem daleka od wypowiadania się na temat charakteru takiego małego dziecka, niemniej wydaje mi się prawdopodobne, że Misio wyrośnie na artystę i outsidera. Możliwe, że się jeszcze zdziwię ;) Festyn go przytłoczył, podczas gdy inne dzieci bawiły się razem na placu zabaw, on trzymał się z boku, zwiedzał mało uczęszczane kąty. Trochę jak jego mama w dzieciństwie ;)

Obserwuję go uważnie, ale ze spokojem. Wiem, że czasem wystarczy poczekać, wziąć głęboki wdech, a za chwilę Michaś poczuje się pewniej i współpraca z nim będzie łatwiejsza. Pośpiech i nerwowość nie są dobrymi doradcami.

Wydech, napnij mięśnie, wdech, rozluźnij mięśnie


Wspomniałam Wam na początku roku, że - delikatnie mówiąc - nie jestem w swojej życiowej formie fizycznej? Cóż, mogę powiedzieć tyle, że od tamtego czasu nie odnotowałam zmiany na lepsze. Trochę wypierałam ten fakt (w czym wybitnie pomagały zdjęcia od czarodziejów fotografii, na których wyglądam jak bogini), trochę też podeszłam do samej siebie ze zrozumieniem - to nie jest dla mnie łatwy rok. Wszystko ma swój czas, bywa tak, że dbanie o siebie musi polegać na tym, że nie będziesz od siebie wymagać zbyt wiele i pozwolisz sobie na słabości.

Ale przyszła pora i na zmiany. Jestem na początku drogi, więc na razie nie ma sensu chwalić się rezultatami czy nowymi przyzwyczajeniami. Jedno mogę powiedzieć: jestem konsekwentna. Mam swój wyznaczony czas w ciągu dnia na ćwiczenia, mam w sobie dużo entuzjazmu i determinacji. Póki co, wierzę, że to wystarczy :)


Pamiętam, jak ładnych parę lat temu, ćwicząc, zrozumiałam tę prostą zasadę, że z prawidłowym oddechem można zrobić znacznie więcej. Można sięgnąć dalej, użyć większej siły, pokonać swoje ograniczenia. To nadal działa, i nie tyczy się tylko ćwiczeń. Działa w pracy, w kontaktach z ludźmi, gdy czasami pojawiają się wzajemne napięcia i frustracja. Działa na scenie, gdy wydobywam z siebie dźwięki. Działa przy wychowywaniu dzieci, gdy najprostszym rozwiązaniem problemu okazuje się chwila cierpliwości. Czasami wszystko, czego nam trzeba, to odrobina oddechu.



piątek, 22 maja 2020

Okres




Dziś nie będzie o dzieciach, przynajmniej nie o małych. Będzie o dziewczynie, nastoletniej. A także o dorosłej kobiecie. I o wielu kobietach, które znacie. Możliwe, że nawet nie wiecie, że ten problem ich dotyczy.

Wyobraźcie sobie tę sytuację:
Środek dnia, może wczesne popołudnie. Zima, wszędzie dużo śniegu. Na cmentarzu na jednej z ławek leży dziewczyna, zupełnie sama. Trudno powiedzieć, jak długo tam leży, w końcu wstaje, zakłada plecak i idzie dalej. Nikt do niej nie podszedł, co w sumie do tej pory ciężko mi zrozumieć. Może nikt nie zauważył?

Inna sytuacja, dziewczyna nieco starsza, mniej więcej dwudziestoletnia, leży na przystanku tramwajowym niedaleko biblioteki uniwersyteckiej. Wczesna godzina, a od dziewczyny nie czuć alkoholu, ludzie wolą jednak nie ryzykować. Wsiadają, wysiadają, sprawdzają rozkład jazdy, udają, że jej nie widzą. Wreszcie jedna osoba decyduje się podejść i zapytać, co się dzieje. Jakiś czas później przyjeżdża karetka, zabiera dziewczynę na SOR.

Po latach prawie nie wierzę w opisane tu historie, byłabym skłonna przyjąć, że to mi się przyśniło. O młodzieży gimnazjalnej mówiło się w tym czasie różne rzeczy, mniej dziwi mnie zatem gimnazjalistka z plecakiem, której nikt nie pomógł, niż dwudziestolatka, którą bezrefleksyjnie minęło mnóstwo osób, zanim ktoś zdecydował się zareagować. Pamiętam chłopaka mniej więcej w tym samym wieku, co ja wówczas. Przez dobrych kilka minut siedział na tej samej ławce tuż obok mnie.
Moja własna bierność w tej sytuacji też mnie po latach trochę dziwi, ale myślę, że połączenie słabości, obezwładniającego bólu i zawstydzenia zrobiło swoje. Gdybym jeszcze miała jakąś ciężką chorobę, która wymagałaby poważnego traktowania, pewnie głośno domagałabym się uwagi. Ale wzywać pomocy dlatego, że mam okres?...

Okres.


U niektórych kobiet trwa nie dłużej niż trzy dni.
U innych nawet półtora tygodnia.
Czasem boli tylko przez jeden dzień.
Czasem początek okresu oznacza niemal tydzień bólu, który mogą ukoić tylko silne środki przeciwbólowe.
Krwawienie bywa nieduże, mało kłopotliwe, a bywa i tak, że żadna ilość superchłonnych podpasek nie uchroni cię przed plamą na pościeli.
Dla niektórych kobiet PMS jest gorszy niż sam okres.
Bywamy rozdrażnione, nerwowe, przygnębione, senne, zmienia nam się apetyt.
Czasem nie da się nic przełknąć, bo zbiera na wymioty.
Niektórym z nas bardziej dokucza ból głowy niż ból brzucha.
Jedna kobieta ma miesiączki regularne jak w zegarku, potrafi przewidzieć co do dnia, kiedy dostanie okres. Inna pomimo konsultacji z różnymi specjalistami nie jest w stanie uregulować swojego cyklu. 
Zdarza się, że dolegliwości związane z menstruacją mijają po urodzeniu pierwszego dziecka. Ale nie zawsze tak jest.

Każda z nas miesiączkuje inaczej. Mało tego, nawet ta sama kobieta w jednym miesiącu będzie przechodzić okres bezboleśnie, a w następnym nie da rady podnieść się z łóżka bez solidnej dawki leków przeciwbólowych. Kiedy jeszcze zmagałam się z bolesnymi miesiączkami, nigdy nie wiedziałam, czy w danym miesiącu przydarzy mi sytuacja podobna do tych, które opisałam na początku tekstu.

Pewien ginekolog doradził mi, żebym zaczęła zażywać nospę kilka dni przed spodziewanym okresem. Zrobiłam tak tylko raz. To, co nastąpiło później, wspominam jako najbardziej bolesną miesiączkę w życiu. Nospa nie działała w ogóle, miałam wrażenie, że się na nią uodporniłam.

Inny lekarz polecał mi, żebym w dniu spodziewanej miesiączki na wszelki wypadek nie wychodziła z domu. Nierealne! Uczyłam się, pracowałam, miałabym co miesiąc brać dzień wolnego? Zresztą, po około dwudziestu latach miesiączkowania (wcześnie zaczęłam) nadal nie umiem przewidzieć co do dnia, kiedy pojawi się okres. Mam regularny cykl, ale to zawsze jest plus-minus jeden dzień. Nie wiem, macie podobnie? Kilka osób zdziwiło się, kiedy im o tym powiedziałam, ktoś nawet straszył mnie okropnymi konsekwencjami takiego nieregularnego cyklu dla mojego zdrowia i płodności...

Obecnie nie mam problemu z bólem menstruacyjnym, należę do tych szczęśliwych kobiet, którym przeszło po urodzeniu dziecka. Wiem, że nie zawsze tak jest. Natomiast ciągle zdarzają mi się bardzo obfite krwawienia. Trzydzieści trzy lata, matka, żona i porządna obywatelka, i nadal czasem mam czerwone plamy na prześcieradle. Albo na ubraniu. Walczę z tym, ale nie zawsze mi się udaje.

Wstyd.


No właśnie, czy już Was oburzyłam? Piszę tak otwarcie o czymś, co przecież jest wielkim tabu. Odkąd pamiętam, o miesiączkach nie mówi się głośno ani wprost. Nawet w kobiecym gronie bywa to krępujące, a co dopiero, gdy w towarzystwie jest mężczyzna!

Nie jestem zwolenniczką happeningów z malowaniem obrazów krwią menstruacyjną, nie przeszkadza mi błękitna krew w reklamach podpasek (choć wiem, że niektórych bardzo to irytuje), jednak dziwi mnie, że w dwudziestym pierwszym wieku ten temat nie jest już trochę bardziej oswojony. Przecież dotyczy praktycznie każdej kobiety, każdej nastolatki. Pomyśl, spotykasz dowolną kobietę w wieku rozrodczym i wiesz, że na 90% ona miesiączkuje. Czemu o tym nie rozmawiamy?

Od zawsze byłam uczona, że miesiączka to wstydliwy temat. Używałyśmy z koleżankami setek eufemizmów, przyjeżdżała do nas ciocia czerwonym autobusem, bolał nas brzuch, nie żołądek!, wszystko po to, by nie powiedzieć wprost, że chodzi o okres. W związku z bolesnym miesiączkowaniem bardzo często musiałam się tłumaczyć - czemu nie było mnie w szkole, dlaczego odwołałam spotkanie, czemu przyjechałam później niż się umówiliśmy? Trochę trwało, zanim nauczyłam się mówić, że to przez okres. Przyznam, że w niektórych sytuacjach wolałam, gdy moi rozmówcy pomyśleli, że cierpiałam z powodu kaca, nie z powodu miesiączki!

Teraz nie wyobrażam sobie, żebym miała się tego wstydzić. Jestem kobietą, mam dwóch małych synków, nie jestem w kolejnej ciąży, zatem to dość logiczne, że miesiączkuję. Oczywiście, nie będę obnosić się z krwawymi plamami na odzieży, bo to zwyczajnie nieestetyczne. Ale jeśli otwieram torebkę i wystaje z niej paczka podpasek - to żaden powód do wstydu :)

Kiedyś moi synowie będą spotykać się z dziewczynami. Wierzę, że temat miesiączki nie będzie wprawiał ich w zażenowanie, będą z nim od dawna oswojeni. Już ja się o to postaram :)


Jestem ciekawa, jakie macie przemyślenia w tym temacie?

czwartek, 19 grudnia 2019

Mamo, nie czekaj!


Grudzień sprzyja refleksjom i wspomnieniom. Dla mnie są to szczególne wspomnienia. Trzy lata temu tuliłam noworodka i wszystko było dla mnie tak bardzo nowe. Dwa lata później, również w grudniu, tuliłam następnego noworodka, a śliczny dwulatek patrzył na niego z zaciekawieniem i pytał "A co to?". Wiedziałam już, że pewnymi sprawami nie muszę się tak bardzo przejmować. Nabyłam doświadczenia, a jednocześnie widzę wyraźnie, że większość rzeczy robię jednak tak samo jak za pierwszym razem. 

Choć może nie jestem już nowicjuszką, z upływem czasu mam coraz więcej pokory. Tak jak trzy lata temu, tak i teraz nie czuję się odpowiednią osobą, by uczyć kogoś, jakim powinien być rodzicem. Mam doświadczenie tylko z moją dwójeczką, a skąd w ogóle mogę mieć pewność, że nie popełniam błędów? Czas pokaże. Mogę tylko podpowiedzieć, co u mnie - mam wrażenie - świetnie się sprawdziło.

Mamo, nie czekaj!


Na początku mojej wielkiej przygody z macierzyństwem często słyszałam "poczekaj", "warto poczekać". I jakoś tak wyszło, że nigdy się do tej rady nie zastosowałam. Nie dlatego, że nie chciałam - po prostu tak się złożyło. Może jestem z natury niecierpliwa. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że nie czekałam! Uważam, że wyszło mi to na dobre. I możesz się ze mną nie zgodzić, tym bardziej, że zapewne słyszałaś nieraz coś zupełnie przeciwnego - ale chciałabym Ci powiedzieć, młoda mamo, że w tych sytuacjach po prostu nie warto czekać.

Nie czekaj z dzieleniem się swoją radością.


"Poczekaj do trzeciego miesiąca z mówieniem o ciąży, bo wcześniej to jeszcze nic nie wiadomo" - znacie to skądś? Ja owszem. Gdy to słyszałam, kiwałam z powagą głową i święcie wierzyłam, że tak właśnie trzeba. Miałam szczery zamiar poczekać do tego trzeciego miesiąca i aż do tego czasu nie zdradzać nikomu mojego słodkiego sekretu, bo przecież jeszcze nie wiadomo... Czy przeżyje

Cóż, tajemnicy przed mężem i tak nie zdołałabym zachować, bo obserwował mnie jeszcze uważniej niż ja sama. Rodzina dowiedziała się zaraz później, pracodawca zresztą też, bo okazało się, że moja pierwsza ciąża była zagrożona i faktycznie nie było jeszcze wiadomo, czy oboje z Robertem wyjdziemy z tego cało. Musiałam więc iść na L4. Jak się skończyło, to dobrze wiecie :) Ale chciałam zwrócić Waszą uwagę na coś innego.

A gdyby moja historia wyglądała inaczej? Gdyby jednak Robert nie przetrwał tych pierwszych, trudnych tygodni? Musiałabym wtedy zmierzyć się z bardzo bolesną stratą... SAMA?

Czy właśnie tego oczekujemy od kobiet, czy z tym się liczymy, kiedy decydujemy się na wszelki wypadek nic nie mówić? Gdybym straciła Roberta, na pewno byłoby to dla mnie potwornie trudne i jestem przekonana, że nie chciałabym zachować tego w tajemnicy. Nie chciałabym przechodzić przez to sama. Powiedziałabym rodzinie, przyjaciołom. Szukałabym w nich oparcia.

Nie twierdzę, ze trzeba od razu powiadamiać o ciąży wszystkich znajomych i cały świat. Ale moim zdaniem, nie warto zwlekać z rozmową z najbliższymi osobami.

Nie czekaj ze spotkaniami z bliskimi ludźmi.


W trosce o zdrowie maleństwa i jego wątłą jeszcze odporność, wiele mam decyduje, by przez pierwsze trzy miesiące po urodzeniu nikt go nie odwiedzał, poza może absolutnie najbliższą rodziną. I ono też nie jest zabierane w odwiedziny. Kiedy piszę te słowa, aż sama sobie nie dowierzam i sprawdzam co chwilę: nie pomyliło mi się coś?

Pierwsza sprawa: ta troska zupełnie na nic się nie zda, gdy maleństwo ma starsze rodzeństwo, które uczęszcza do żłobka lub do przedszkola. Pamiętam, że gdy Michał był malutki i poważnie zachorował, stanęłam przed dylematem: czy powinnam wypisać Roberta ze żłobka na te kilka miesięcy? Byłaby to bardzo trudna decyzja, i na pewno miałaby ogromny, niekoniecznie pozytywny wpływ na Roberta. Na szczęście później było już tylko lepiej.

Obaj moi synowie od początku mają kontakt z wieloma osobami. Zapraszamy gości, zabieramy ich w różne miejsca, do przyjaciół, do rodziny. Mam wrażenie, że dzięki temu wyrastają na otwartych, odważnych chłopców. Łatwo nawiązują kontakty, spotkania rodzinne nie wywołują w nich stresu, który musieliby potem odchorować.

Nie czekaj z dbaniem o swoje potrzeby.


Zadbaj o formę. Nie, wcale nie musisz z tym czekać x lat od urodzenia dziecka. Nie katuj się dietami matki karmiącej, bo to jedna wielka bujda, jedz co chcesz. Nie bądź niezastąpiona, zaangażuj bliskich w opiekę nad dzieckiem, a Ty idź - na fizjoterapię. Na aerobik. Na kawę. Na pogaduchy. Na zakupy. Na co chcesz. Napij się wina, jeśli to sprawia Ci przyjemność. Ufarbuj włosy, zjedz coś niezdrowego, zaszalej. A potem wróć do swojego maleństwa i bądź najlepszą na świecie zrelaksowaną, zadowoloną z życia mamą.

Dlaczego Ci nie wolno? Bo ono jest takie malutkie i zależne od Ciebie?

Cóż, może być też gorzej. Możesz mieć, dajmy na to, wypadek i trafić do szpitala. Wtedy będzie naprawdę nieciekawie, jeśli okaże się, że ta machina nie potrafi zadziałać bez Ciebie.

Nie chodzi mi o to, by wzbudzić w Tobie poczucie wiecznego zagrożenia i zmusić do przewidywania czarnych scenariuszy. Wręcz przeciwnie! Chcę Ci tylko powiedzieć, że... Masz prawo się dobrze bawić. Masz prawo myśleć o sobie. Jak ktoś już to kiedyś powiedział, szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Czyli tak naprawdę, robisz to też dla niego :)


Co jeszcze dodalibyście do mojej listy? Z czym nie warto zwlekać?

środa, 4 grudnia 2019

Co mogę dla Ciebie zrobić w grudniu? "Brzuszkowy Mikołaj" raz jeszcze!



Wpis powstał w ramach akcji #blogrudzień2019

Brzuszka już nie ma, ale "Brzuszkowy Mikołaj" działa nadal! 


I będzie działać, póki starczy mi zapału, choć codzienność podwójnej matki, przeziębienia, obowiązki i plany nieraz skutecznie mi go odbierają. Ale bez obaw, z początkiem grudnia poczułam przypływ sił, chęci i świątecznego nastroju :) W tym roku pomożemy kolejnym wspaniałym, dzielnym mamom!

Powiem Wam, że to jest istna magia. Grudniowa magia pomagania, jak pisałam w zeszłym roku. Jeszcze kilka dni temu godziłam się z tym, że cała para poszła w gwizdek, zabrakło mi determinacji i po prostu w tym roku to nie wyszło. Czułam się niezręcznie na myśl o tym, że miałabym poruszać w rozmowach temat organizowanej przeze mnie akcji, bo przecież co to za akcja, jakaś fanaberia jednej blogerki, której się wydaje, że może zmieniać świat? Listopad minął, sama nie wiem kiedy, a w temacie "Brzuszkowego Mikołaja" nie działo się nic. Zastanawiałam się, czy to może nie był jednorazowy zryw serca? Czy warto próbować jeszcze raz?


Zaczął się grudzień i wszystko się zmieniło :) Wróciła do mnie ta energia i motywacja sprzed roku, zaczęłam się cieszyć na myśl o przygotowaniu paczki. Wspaniałe osoby zaoferowały wsparcie dla akcji :) Liczba osób zainteresowanych akcją ciągle rośnie. Spodziewam się, że w tym roku powstanie jeszcze więcej cudownych prezentów niż poprzednio!

Mam już wybraną mamę, do której zostanie wysłana moja paczka. Wiem, że naprawdę przyda jej się pomoc, którą mogę jej zaoferować. Tymczasem w mojej głowie ciągle kiełkują nowe pomysły: jak jeszcze możemy pomóc? Co jeszcze mogę zrobić dla drugiej osoby, przy ograniczonym budżecie, licznych obowiązkach i niemałych własnych potrzebach?

Jedną z cennych tegorocznych lekcji (chyba zacznę je spisywać!) było dla mnie odkrycie, że przeważnie możesz jednak coś zrobić. Ludzie boją się prosić o pomoc, co nie znaczy, że jej nie potrzebują. Czasem warto zapytać. Zastanowić się. Gdybym była na miejscu tej osoby, co sprawiłoby mi radość? Jaką pomoc najchętniej bym przyjęła?

Odwiedziny


Ludzie są nieraz porażająco samotni. Życie toczy się obok nich, a oni nie mogą się w nie włączyć, bo brak im zdrowia, sił, a może kogoś, kto po prostu zdjąłby z nich na chwilę część obowiązków. Gdy ktoś spędza czas w szpitalu, przykuty do łóżka, lub może poświęca każdą chwilę na opiekę nad bliską osobą, nawet krótkie spotkanie i rozmowa może być okazać się wyjątkowym prezentem i świątecznym cudem.

Przyznam, że marzy mi się, żeby przejść się któregoś dnia na oddział pediatrii, gdzie spędziliśmy Święta w zeszłym roku, i poprawić trochę humor pacjentom i ich rodzicom :) Teraz, kiedy napisałam Wam o tym, mam jeszcze silniejszą motywację, by faktycznie to zrobić! Mam tylko nadzieję, że mnie stamtąd nie wygonią :D

Oczywiście, odwiedziny mogą poprawić nastrój nie tylko osobie przebywającej w szpitalu. Może znasz kogoś, kto choruje lub po prostu jest w kiepskiej formie i potrzebuje towarzystwa? Zapytaj. Zaproponuj :)

Pomoc w wykonywaniu obowiązków


Osobiście wydaje mi się, że to jedna z trudniejszych form pomagania. Wszyscy mamy przecież swoje zajęcia, codzienną rutynę, nierzadko pod koniec dnia jesteśmy bardzo zmęczeni. Skąd wziąć siłę i czas na to, by jeszcze przejąć część obowiązków innej osoby? Ale może jest coś, co lubisz robisz, co będzie stanowić dla Ciebie miłą odskocznię od rzeczywistości - a ktoś dzięki Tobie na chwilę odpocznie?

Mam też wrażenie, że nawet te same, żmudne, codzienne zadania mogą sprawić nam przyjemność o wiele większą niż zwykle, gdy zobaczymy, jak bardzo ktoś się cieszy z ich powodu :)

Kartki świąteczne


Źródło: Madka roku

Niektórzy o nie proszą. Muszę przyznać, że pod tym względem zawsze zawalam :( Nigdy mi nie po drodze na pocztę, zapominam, przegapiam terminy. Może w tym roku zbiorę się i wyślę choć jedną :)

Piękne kartki świąteczne, wraz z egzemplarzem książki "O królewiczu, który się odważył" można licytować teraz u Madki roku. Kwota zostanie przekazana na cel charytatywny - i patrzcie, tym sposobem można pomóc dwóm osobom jednocześnie!

Wsparcie finansowe


Mimo wszystko taka pomoc jest zazwyczaj najpilniejsza. To nie muszą być duże kwoty. Ja najczęściej wpłacam 10-20 zł, rzadko więcej. Zdarza się, że chcę wesprzeć kilka różnych zbiórek w tym samym czasie, dlatego większa kwota byłaby już pewnym obciążeniem dla mojego budżetu.

Wspomniałam wcześniej o aukcji charytatywnej. Z pewnością wielu spośród Was będzie szukać w najbliższym czasie prezentów - mikołajkowych, gwiazdkowych, może macie jeszcze inne okazje, tak jak ja? Warto rozejrzeć się, może znajdziecie coś interesującego właśnie na aukcjach tego typu. Wtedy nie tylko dajecie radość swoim bliskim, ale też realnie pomagacie komuś potrzebującemu.

Pomóżmy!


Z całego serca zachęcam Was, byście współtworzyli ze mną akcję "Brzuszkowy Mikołaj". Im więcej nas będzie, tym więcej mam dostanie wspaniałe prezenty! Poza tym - będę miała większą motywację, żeby bardziej się przyłożyć w przyszłym roku ;)

Oczywiście, jeśli zamiast tego wspieracie inną akcję, w pełni to rozumiem. Tak naprawdę chodzi o to, żeby w tym magicznym, świątecznym miesiącu okazać serce komuś, komu poszczęściło się trochę mniej niż nam.

Życzę Wam wszystkim dużo, dużo miłości!


Wpis powstał w ramach corocznej akcji #blogrudzień, organizowanej przez Magdę, autorkę bloga Magda M. Codziennie przez cały grudzień będzie pojawiał się kolejny wpis o tematyce okołoświątecznej. Odwiedźcie nasze strony!

1 grudnia – Mama na całego
2 grudnia – Tarapatka
3 grudnia – Dzieciorka
4 grudnia – Szczęśliwa Siódemka 
5 grudnia – Do herbaty
6 grudnia – Z naciskiem na szczęście
7 grudnia – Przed ślubem
8 grudnia  – MamAsia Ogarnia
9 grudnia – Wysmakowana
10 grudnia – Dziubdziak
11 grudnia  – Pozytywny Dom
12 grudnia – Młoda mama pisze 
13 grudnia – Atrakcyjne wakacje z dzieckiem
14 grudnia – Młoda Mamma
15 grudnia – Kopanina.pl
16 grudnia – Pogodnie przez życie
17 grudnia – Humory Zmory
18 grudnia – Asertywna Mama
19 grudnia – Jaśkowe Klimaty
20 grudnia – I jak w domu
21 grudnia – Carpe Diem
22 grudnia – Dieta To Kobieta
30 grudnia – Magda M.

poniedziałek, 9 września 2019

5 lat z życia jednego brzucha.



Dzień zaczynam od dawki hormonów i od serii ćwiczeń. To pierwsze już raczej się nie zmieni, tego drugiego sama nie chcę zmieniać, choć nikt mi już nie każe ćwiczyć. Daje mi to jednak fantastyczne poczucie, że robię coś dla siebie i jestem aktywna, a jeśli przy tym może sprawić, że zdjęcie z 2020 roku będzie wyglądało lepiej niż to aktualne, to chyba warto się starać :)

Jak już kiedyś zauważyłam, w tym roku zapanowała istna moda na porównywanie zdjęć z przeszłości z obecnymi. Ja sama niezależnie od tej mody zawsze lubiłam sporządzać takie zestawienia, przede wszystkim dlatego, że jestem strasznie sentymentalna. Ale w tym zestawieniu chodzi nie tylko o powrót do wspomnień.

Te zdjęcia pokazują coś, o czym pewnie dobrze wiecie, ale być może nieczęsto patrzycie na to w ten sposób. Pokazują, jaką wielką rewolucją dla naszego ciała jest decyzja o zajściu w ciążę. Te zmiany wpływają na cały organizm, na gospodarkę hormonalną, co za tym idzie, na nasze samopoczucie i na równowagę psychiczną. Przyznam, że pomysł na sporządzenie takiego zestawienia przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, po tym, gdy jedna z bliskich osób zarzuciła mi, że stałam się humorzasta... Pomyślałam wtedy: Ej, po dwóch ciążach w krótkich odstępie czasu, dwukrotnych zmianach wagi o 20 kg w jedną i drugą stronę, to niby jaka ja mam być? :)

Zapraszam do podróży w czasie.

2015: Starania o ciążę.


Fot. Michał Buczek

Ten temat przewija się co jakiś czas na blogu, ale chyba nigdy nie pochyliłam się nad nim w sposób wyczerpujący. Zasadniczo, cały rok 2015 (i spory kawałek 2014, a także początek 2016) był dla mnie czasem starania się o pierwsze dziecko. W marcu jeden lekarz zdiagnozował u mnie zespół policystycznych jajników (PCOS), choć sam dziwił się przy tym, że nie wyglądam na osobę dotkniętą tym schorzeniem - typowe objawy to m.in. nadwaga, nadmierne owłosienie. Zaczęłam kurację hormonalną. Kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nie pewien zbieg okoliczności. Przyjechałam do przychodni na umówioną wizytę, aby dostać receptę na kolejną porcję hormonów i dowiedziałam się... że mój lekarz już tam nie pracuje. Przyjęła mnie inna lekarka, która jednak odmówiła wypisania recepty - stwierdziła, że jeśli leczenie do tej pory nie dało rezultatów, to prawdopodobnie przyczyna mojej bezpłodności jest inna. Szereg kolejnych wizyt wykazał, że diagnoza była błędna, nie miałam nigdy PCOS. Źle dobrane leki raczej mi zaszkodziły niż pomogły. Miałam cierpliwie czekać, aż wreszcie się uda. Wiecie, jak to mówią... staranie się o dziecko nie jest nieprzyjemne ;)

Jak wyglądałam? Uczciwość nakazuje przyznać, że to zdjęcie jest wyjątkowo korzystne, to już nie były moje najszczuplejsze czasy. Nie miałam już organizmu dwudziestolatki, która mogła zjeść wszystko i nie przytyć, hormony też pewnie zadziałały po swojemu. Ważyłam 55 kg, co było prawie najwyższą moją wagą w czasach przed dzieckiem. Miałam sporo zmartwień, bo końcówka roku 2014 przyniosła mi duże kłopoty zawodowe i finansowe, których skutki odczuwałam bardzo silnie przez cały następny rok. Raczej nie wpłynęło to dobrze na mój wygląd.

2016: Upragniona ciąża!


Fot. Sobie Jestem

Tak, historia moich starań o dziecko jest znacznie mniej dramatyczna niż wiele innych historii, z którymi mogliście się spotkać. Pewnego dnia po prostu się udało. Mniej więcej w tym czasie, kiedy miałam już zamiar poddać się znacznie poważniejszym badaniom w celu zdiagnozowania przyczyn bezpłodności. Śmiejemy się czasem, że trzeba nam było wyjątkowego dnia - bo początek mojej ciąży datuje się na noc z 29 lutego na 1 marca :)

W pierwszych tygodniach moja ciąża była zagrożona. Potem, gdy zagrożenie minęło - kwitłam, czułam się wspaniale, nie miałam większych dolegliwości. Czasem, zwłaszcza w trzecim trymestrze, robiło mi się słabo. Przeważnie uważałam na siebie bardziej z rozsądku niż dlatego, że naprawdę nie czułam się na siłach, by coś zrobić. Pod koniec zaczęłam odczuwać problemy z chodzeniem i ból bioder. 

Jak wyglądałam? Znajomi dziwili się, gdy mówiłam, że przytyłam aż 20 kg, bo ponoć nie było tego po mnie widać. Ja widziałam. Im bliżej porodu, tym pełniejszą miałam twarz, no i oczywiście wielki brzuch. Nie wiem, jaki miałam obwód w pasie, bo gdy próbowałam rozciągnąć metr krawiecki, by się nim opasać, to go rozerwałam :D Przed ciążą zawsze miałam wąską talię, musiałam się zatem bardzo mocno rozciągnąć, rozrosnąć. Mój kręgosłup, biodra odczuwały, że nagle muszą dźwigać znacznie większy ciężar. Niełatwo było mi znaleźć wygodną pozycję do spania. Za to moje włosy i cera były w świetnej kondycji i przyznam, że nigdy w życiu nie czułam się tak piękna jak wtedy.

2017: Stan po ciąży.


Fot. Joanna Schönborn-Tomczak: Przerwa w dostawie deszczu

Czułam się dobrze, więc też nie szukałam pomocy u żadnych lekarzy. Może niesłusznie? Bywałam zmęczona i senna, ale powiedzmy, że matkom niemowlaków zdarza się to dość często ;) Nie miałam depresji ani problemów zdrowotnych, laktacja bez zarzutu, fantastycznie się odnalazłam w roli mamy. Dość szybko zaczęliśmy się starać o drugie dziecko. Nie chcieliśmy czekać, nauczeni doświadczeniem z poprzednich lat. Wiedzieliśmy już, że w naszym przypadku to może trwać dłużej, niż byśmy tego chcieli. 

Jak wyglądałam? Nie wracałam do sylwetki sprzed ciąży z jakąś wyjątkową szybkością, ale też nie mogę powiedzieć, by mi na tym bardzo zależało. Miałam może drobne momenty słabości, gdy widziałam siebie i swój pociążowy brzuch na zdjęciach. Albo wtedy w czerwcu, gdy zapytano mnie, czy jestem w ciąży. Ale nie było źle, zaczęłam znów pozować do zdjęć, wskoczyłam nawet w dość skąpy strój. Gdzieś pod koniec roku wróciłam do wagi sprzed ciąży - 55 kg.

2018: Druga ciąża!


Fot. Nina Filek

Udało się szybko, co zakrawa na mały cud, biorąc pod uwagę liczne okoliczności, które mogły to upragnione drugie zajście opóźnić. Tym razem było inaczej. Praktycznie w tym samym czasie dowiedziałam się o ciąży i o Hashimoto. Nadal trochę nie mogę uwierzyć, że mam jakąś przewlekłą chorobę. W ogóle nie czuję się jak osoba chora. Za to zyskałam piękne wytłumaczenie dla wszelkich moich huśtawek nastrojów i gorszych stanów :D Ale nie korzystam z tego za często.

Druga ciąża była trudniejsza, więcej dolegliwości, więcej problemów zdrowotnych. Do tej pory wspominam końcówkę października z pewną zgrozą i poczuciem, że dosłownie walczyłam o życie. A w tym wszystkim był też ze mną mały, kochany człowieczek, który musiał zrozumieć, że mama nie może już go nosić na rękach i czasem znika na kilka dni albo leży w łóżku.

Jak wyglądałam? Tym razem brzuszek był widoczny dużo wcześniej, tak naprawdę już w drugim miesiącu dało się go zauważyć - czyli na tym etapie, kiedy niektóre kobiety wolą jeszcze nikomu nie mówić o ciąży! Wcześniej pojawiły się też problemy z chodzeniem. Wagę 75 kg, czyli taką, jak przy pierwszym porodzie, osiągnęłam już na początku ósmego miesiąca. Obawiałam się, że pod koniec ciąży ta waga będzie jeszcze znacznie większa, ale jakimś cudem nie przytyłam już nawet o jeden kilogram. Nie czułam się może już tak wyjątkowo piękna jak w pierwszej ciąży, za to nawet nie zauważyłam, kiedy moje włosy tak bardzo urosły. Pogodziłam się dawno z myślą, że dłuższe niż do połowy ramienia nie będą już nigdy, taka ich uroda, tymczasem teraz są do pasa.

2019: Stan po ciąży.


Zaniepokoiło mnie, że ból bioder i kręgosłupa nie minął po porodzie, tak jak to było za pierwszym razem. Poszłam na konsultację z fizjoterapeutą i dowiedziałam się, że mam rozstęp mięśni brzucha. Dolegliwość, którą opisałam rok wcześniej na blogu, posiłkując się głównie wiedzą z Internetu, poznałam teraz na własnej skórze. Okazało się, że problemy z chodzeniem wynikały pośrednio właśnie z tego - brak oparcia w mięśniach brzucha powodował, że kręgosłup i biodra były nadmiernie obciążone. 

Przez trzy miesiące regularnie uczęszczałam na fizjoterapię. Spotkania wyglądały tak, że najpierw terapeutka oceniała, w jakim stanie są moje mięśnie, potem robiła mi masaż (coś cudownego :)), a następnie wykonywałam ćwiczenia. Z początku bardzo proste, polegające właściwie na samym napięciu mięśni. Zaskoczyło mnie, jak bardzo byłam słaba - w ogóle nie czułam, że mam tam jakieś mięśnie i że one choć trochę pracują! Z czasem było lepiej, a ćwiczenia stawały się coraz bardziej zaawansowane. Na koniec każdego spotkania terapeutka zaklejała mnie taśmami, żeby mięśnie przyzwyczajały się do prawidłowego działania. Nosiłam te taśmy za każdym razem przez kilka dni i śmiałam się, że tak wygląda człowiek bez pępka :D Czułam się z nimi bardzo dobrze, bezpiecznie, stabilnie. Naprawdę pomagały, choć pod koniec pewnie to było działanie bardziej na podświadomość.


Czuję się dobrze. Wydaje mi się, że miałam niezbyt poważną depresję poporodową, choć moje gorsze samopoczucie w tamtym czasie mogło też wynikać z różnych problemów, które mnie wówczas dotknęły, a także, oczywiście z mojego stanu zdrowia. W każdym razie, szybko przeszło :)

Jak wyglądam? Nie narzekam ;) Moje mięśnie są już w dobrym stanie, jednak brzuszek nadal trochę widać. Zauważam go przede wszystkim na zdjęciach. Ważę około 60 kg, z drobnymi wahaniami o 1-2 kg. Nie czuję, żeby to było jakoś strasznie dużo :)


Pięć lat - w czasie których zażyłam całą aptekę hormonów, a jeszcze więcej wyprodukowało moje ciało najpierw w jednej, potem w drugiej ciąży, podczas dochodzenia do siebie po porodach i w czasie karmienia piersią, dwa razy przytyłam i dwa razy "zrzuciłam" 20 kg (no, pięć kilogramów jeszcze zrzucam), obciążałam mięśnie i kręgosłup na wiele możliwych sposobów (a już najzabawniej było wtedy, kiedy w zaawansowanej ciąży brałam 12-kilogramowego Roberta na ręce), rozciągałam skórę, przeżywałam najróżniejsze stresy, napięcia, zmartwienia, no i nie zapominajmy o tym, że dwa razy zostałam rozcięta skalpelem (i drugi raz był dość ekstremalny).

Wszystko dla tych dwóch łobuziaków.


Idealną puentą do tego tekstu byłyby zdjęcia moich uśmiechniętych synków, ale darujcie, nie umieszczam ich buziek w Internecie. Są piękni, uwierzcie na słowo. Pogodni, zdrowi, przytulaśni, dają mi tyle miłości i szczęścia, że dla nich mogłabym i ze czterdzieści kilo przytyć i zjeść ze trzy apteki różnych leków, byle tylko mieć ich w swoim życiu. 

Pomyśl ciepło o swojej mamie, o mamach, które znasz. 

czwartek, 18 kwietnia 2019

Marzenia się spełnia, a plany się realizuje - czyli kwiecień u Siódemki.

Powiem Wam, że zawsze chciałam być stoikiem. I nigdy mi się to nie udało :D Zrozumienie, że raz jest gorzej, a raz lepiej, przekracza moje niemałe przecież możliwości. Niby wiem, że to sama prawda, ale jakoś nie umiem się nie emocjonować, nie przeżywać. Spokój i dystans to dla mnie zjawiska egzotyczne.

I tak po wyjątkowo słabym, dołującym początku roku zaczął się czas intensywny i niełatwy, ale bez wątpienia - dobry dla mnie.

Tak w (dużej) pigułce o tym, co ostatnio się u mnie dzieje:

Zmiany kosmetyczne, remonty i "mniej stresu!"


Nie mieszkamy teraz u siebie. Już od tygodnia zajmujemy pokój u teściów w Krakowie. (Jakby ktoś z Krakowa chciał się ze mną spotkać, to gdzieś do połowy maja jest to nieco łatwiejsze niż zwykle). Powodem jest planowany od dawna remont łazienki. Nie wiem, czy pamiętacie, że był on na liście moich postanowień noworocznych. Teraz właśnie staje się faktem :) 

Moja zasługa jest w tym tak naprawdę niewielka, może tylko taka, że udało mi się zbudować bardzo pozytywne i wyjątkowe relacje z ludźmi, dzięki którym to wszystko okazało się możliwe do zrealizowania. Teraz natomiast wiele zależy ode mnie. To, jak nasza rodzina poradzi sobie z niecodzienną sytuacją, przede wszystkim z faktem, że przez jakiś miesiąc nie będziemy gospodarzami, a gośćmi. To oznacza wiele kompromisów i współpracy, ale też wiele cennych chwil spędzonych z ludźmi, których kochamy.


W tym samym czasie trwa jeszcze jeden remont - czyli moja rehabilitacja. Czyli w zasadzie, kolejny punkt na liście postanowień! Okazuje się, że ćwiczenia typu "weź oddech i napnij mięśnie" to jest akurat ten poziom aktywności sportowej, z którym radzę sobie naprawdę dobrze ;) Poprawa jest widoczna na pierwszy rzut oka. Przyznam szczerze, że czuję się z tym fantastycznie. Ta cząstka mojej osoby, która potrzebuje od czasu do czasu poczuć się zaopiekowaną, doskonale się w tej sytuacji odnajduje. No i oczywiście, wspaniała jest świadomość, że niedługo wrócę do pełnej formy i że zrobiłam coś w tym kierunku. Fizycznie czuję się nieco bardziej krucha - świadomość, że coś w moim ciele nie do końca działa sprawia, że zwracam większą uwagę na różne dolegliwości, które bez tej świadomości pewnie bym zwyczajnie zignorowała. Ale poza tym jest dobrze :)

Dlaczego mam się mniej stresować? Bo każde napięcie znajduje swoje odzwierciedlenie w kondycji mięśni. To niby oczywistość, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ta korelacja jest aż tak silna. W każdym razie, jest to rada, do której chwilowo nie mogę się zastosować - mimo wszystko remont łazienki jest zjawiskiem bardzo stresogennym ;)

Śpiewam, tańczę, przeganiam gołębie - Genezyp Kapen i "Moja dzielnia".

Genezyp Kapen

Pisałam Wam, że miniony rok, choć ogólnie bardzo dobry, był wyjątkowo nieudany pod względem moich udziałów w projektach muzycznych. Był jednak pewien wyjątek. Pod koniec roku, już w bardzo zaawansowanej ciąży wzięłam udział w nagraniu chórków do dwóch piosenek zespołu Genezyp Kapen. Już wtedy niezobowiązująco mówiliśmy o kręceniu teledysku na wiosnę. Mimo wszystko byłam zaskoczona, gdy kilka tygodni temu odezwał się do mnie Janusz Mika, wokalista zespołu, z pytaniem, która sobota w kwietniu byłaby dla mnie najlepszym terminem na nagranie klipu. Wówczas odpowiedziałam, że jest mi wszystko jedno, bo nie mam jeszcze planów na kwiecień. Jak można się domyślić, kiedy przyszło co do czego, kwiecień miałam cały załadowany planami :D Udało nam się jednak spotkać i mimo niesprzyjającej pogody przejść się wspólnie na mały, taneczno-śpiewający spacer.

Bawiłam się fantastycznie :) Czuję, a może raczej - wierzę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie z przesympatycznymi muzykami z zespołu Genezyp Kapen.

Czasami to jest takie proste, odpowiesz bez większych nadziei na jedno małe ogłoszenie, a ono zaowocuje taką wspaniałą przygodą :)

Poniżej notka o zespole:

Zespół powstał w maju 1985 w Krakowie, z inicjatywy Janusza „Gonzo” Miki, po częściowym rozpadzie punkowej kapeli Wee Wees, której był wokalistą. Pierwszy koncert Genezyp Kapen zagrał w sierpniu 1985 podczas festiwalu Poza Kontrolą w Warszawie.
Jesienią 1991 grupa odbyła trasę po Litwie (m.in. koncert w Wilnie), a rok później nakładem firmy Fala ukazała się kaseta „Polski Bronx” zawierająca 14 utworów. Kilka z nich znalazło się na licznych punkowych składankach.
W ciągu 17 lat aktywności scenicznej krakowska formacja zagrała ok. 120 koncertów, występując m.in. z zespołami takimi jak: Deuter, Dezerter, Izrael, Elektryczne Gitary, T. Love, Farben Lehre, ANKH, Post Regiment, Inkwizycja, Id, PRL, Pudelsi, Die  Gewaltlosen czy francuski Skaferlatine. W tym czasie przez skład Genezyp Kapen przewinęło się ponad 20 muzyków.
W lutym 2002, po ostatnim koncercie w klubie „Kredens” zespół zawiesił działalność, jak się okazało, na... 16 lat.

GENEZYP KAPEN

Reaktywowany w marcu 2018 Genezyp Kapen powrócił do składu z lat 90. Tworzą go obecnie: wokalista i basista Janusz „Gonzo” Mika; gitarzysta Jacek Buzdygan (ex- Krwawy Okres, Yard, The Beans, The Avarians); perkusista Jarek Gil (ex- The Cooks, Cock A Doodle Do, Yard, No Knock), który aktualnie gra także w Night Patrol oraz saksofonista Rafał Mazur (ex- Przewróć Się Na Cyce Lala).
Efektem wspólnej pracy jest zawierająca trzy studyjne utwory płyta DVD poświęcony w całości – w materii tekstowej – krakowskiej dzielnicy Krowodrza, gdzie mieszkają lub czasowo mieszkali wszyscy członkowie Genezyp Kapen.

Od 2018 grupa znów koncertuje. Po dwóch jesiennych występach w klubie „Kornet” (w towarzystwie Krawal Bandy oraz Ukrainy i Secesji), Genezyp Kapen zagrał w „Awarii” z Night Patrol, a 8 czerwca zaprezentuje się w „Pracowni Pod Baranami” razem z The Awarians. W drugiej połowie roku zespół przystąpi do nagrania płyty studyjnej.


Kto wygrał SHARE WEEK 2019?



Przyznam Wam, że zanim jeszcze poznałam wyniki tegorocznego plebiscytu, miałam ochotę napisać tekst pod takim, nieco clickbaitowym tytułem -  że niby ja wygrałam, bo dwa polecenia ze strony tak wspaniałych blogerek uważam za ogromne wyróżnienie i moje wielkie zwycięstwo, niezależnie od prawdziwego wyniku plebiscytu.

Po czym okazało się, że mam nie dwa, a trzy polecenia (nie wiem jeszcze, od kogo jest to trzecie) i tym samym pojawiłam się w rankingu SHARE WEEK 2019 w gronie "blogów przebijających się z nisz".

Większość blogerów pewnie wie, co oznacza wyróżnienie w SHARE WEEK. Tym z Was, którzy nie blogują, chciałabym trochę przybliżyć, o co chodzi.

Nawet nie chcę się wygłupiać z szacowaniem, ile w Polsce jest blogów, ale możemy śmiało przyjąć, że jest to siedmiocyfrowa liczba. SHARE WEEK to plebiscyt ogólnopolski, czyli na dobrą sprawę każdy z tych milionów blogów był dla mnie konkurencją. Owszem, jest pewien nacisk na to, by głosować raczej na tych początkujących i niszowych blogerów niż na wielkich graczy polskiej blogosfery. Ale uwierzcie, że początkujących blogerów też jest mnóstwo! Dla porównania: pewna znakomita blogerka uważana za wschodzącą gwiazdę blogosfery ma 17 razy więcej obserwujących niż ja! 

Trzy osoby, dokonujące wyboru spośród tych milionów możliwości uznało, że warto polecić właśnie mnie i mój blog.

Wiem, że to może trochę tak wygląda, jakby zagłosowało na siebie kółko wzajemnej adoracji ;) Ale wiecie, ja nie znam tych dziewczyn osobiście (JESZCZE!), a powodem, dla którego regularnie odwiedzają ten adres jest to, że przekonałam je do siebie swoim pisaniem. Czyli zagłosowali na mnie moi stali czytelnicy.

Moje wysokie miejsce w rankingu SHARE WEEK nie czyni mnie jedną z najpopularniejszych blogerek w Polsce. Jeśli już, to powiedziałabym, że świadczy o tym, że mój blog należy do tych trzydziestu kilku polskich blogów, które mają najwierniejszych przyjaciół. I to jest dla mnie bardzo miła myśl, i o takiego bloga walczyłam :)

A kto naprawdę wygrał SHARE WEEK 2019? Pani Swojego Czasu oraz Life Managerka :) Zajrzyjcie do nich, bo warto!

Piszę - na kolanach, ale do przodu!


Nie wiem, czy na tym etapie zawracanie Wam głów pisaną przeze mnie książką ma jakikolwiek sens. Na dobrą sprawę nie wiadomo, czy ja ją kiedykolwiek skończę. Choć zaczyna do mnie docierać, że spod moich palców wyłania się gigantyczna cegła i w związku z tym podział na tomy staje się jedyną możliwą opcją. To oznacza, że muszę wymyślić więcej chwytliwych tytułów (a znalezienie tego jednego uważałam za sukces), ale oznacza też, że mogę stać się autorką serii :)

Mierzę się z tematem, który chodził mi po głowie, kiedy miałam jeszcze kilkanaście lat. Moje pisarstwo cechowało wówczas wszystko, tylko nie pokora. Myślałam, że takie arcydziełko to ja sobie pyknę raz, dwa, trzy, w wygodnym mieszkanku, z zerowym doświadczeniem życiowym, nie mając niczego mądrego do powiedzenia i żadnych sensownych poglądów poza tym, że wszyscy, którzy czegoś ode mnie wymagają, są źli, niedobrzy i ograniczają moją wolność. Teraz podjęłam temat z dużo większą rozwagą - ale też w międzyczasie, w trakcie pisania upadłam na kolana. I tak już na nich zostałam. Na co ja się porywam! Po czym ja chlastam! Chyba codziennie zastanawiam się, czy dobrnę do końca, aż do mocnego finału, który od dawna mam w głowie - i piszę dalej. Wiem, że jeśli nie skończę, to ta książka do końca życia nie opuści mojej głowy.

Mojej sytuacji nie poprawia fakt, że (ze względu na planowany czas akcji) będę musiała odnieść się w tej książce do strajku nauczycieli. A nauczyciele, przynajmniej niektórzy, odgrywają w książce wyjątkowo nieładne role... Jeśli miałam mało wyrzutów sumienia, to teraz mnie po prostu zjadają. Jaki jest sens pisania w dzisiejszych czasach książki, która ukazuje nauczycieli w złym świetle? Ale może z drugiej strony, da mi to pretekst, żeby pokazać jakieś porozumienie między obiema stronami konfliktu - uczniami i nauczycielami?

Taka blogerka parentingowa, a o dzieciach zapomniała.


Co jeszcze u mnie słychać? A, no, dzieci mam...

Najważniejszym newsem, jeśli chodzi o Roberta jest to, że na dobre zaprzyjaźnił się z nocnikiem. Coraz więcej też mówi, nieraz nas zaskakuje swoimi wypowiedziami. Zostaliśmy ostatnio praktycznie z dnia na dzień postawieni przed decyzją: czy Robert pójdzie od września do przedszkola? Uznaliśmy, że to dobry pomysł. Nie ma sensu zatrzymywać go w żłobku, jeśli może już pójść dalej.

Doskonale się przystosował do nowej sytuacji, w której się teraz znaleźliśmy. Właściwie nie widzę żadnych znaków świadczących o tym, że Robertowi mogłoby być ciężko z tym, że mieszka teraz u dziadków. Mam wrażenie, że świetnie się bawi.

Nadal jest niesamowicie opiekuńczym i czułym starszym bratem. Kiedy usłyszy płacz Michała, biegnie do niego nawet z drugiego końca mieszkania, bo "braciszek płacze!". Ostatnio pomaga mi też myć Michała :)

Misio rozwija się pięknie, nauczył się już turlać po całym łóżku. Z łatwością obraca się z pleców na brzuszek, z brzuszka na plecy czasem jeszcze ma kłopot, ale jak złapie rytm, to ho ho... :) Jest niezwykle radosny i prześliczny. Już niedługo odbędzie się jego chrzest. Trochę się stresujemy, ale na pewno wszystko będzie dobrze!

Rozpisałam się, ale to dlatego, że - jak widzicie - naprawdę dużo się dzieje! Jak zawsze, będę ogromnie wdzięczna za Wasze komentarze :)

wtorek, 20 listopada 2018

Dziewiąty miesiąc.


Kiedy kilka dni temu zaczynałam pisać ten tekst, czułam się naprawdę wybornie. Następnego dnia... powiedzmy oględnie, że sporo się zmieniło. Sama śmieję się z tej złośliwości losu. Nie ma co, udała mu się ta kpina :) Najważniejsze jednak, że dziecko jest zdrowe, a i ze mną nie dzieje się nic nietypowego.

Mogłam w sumie przewidzieć, że po ostatnich informacjach na temat mojego zdrowia spadnie na mnie lawina pytań. To bardzo miłe, że się martwicie. Trochę mnie to może krępuje, bo nie jestem typem osoby, która lubi być powodem czyjejś troski. Ale wiem dobrze, że ten dziewiąty miesiąc to taki szczególny czas, pełen oczekiwania i nieraz niepokoju :) Postaram się opowiedzieć Wam, jak to w tej chwili wygląda u mnie.

Jest lepiej niż myślałam!


Prawdę mówiąc, czekałam na ten listopad z pewnymi obawami, choć generalnie jestem spokojna i wiem, że co by nie było, na pewno sobie poradzimy. Ale niepokoiło mnie, gdy już na początku drugiego trymestru zaczęłam odczuwać od czasu do czasu problemy z poruszaniem się, które pamiętam dobrze z ostatnich tygodni mojej pierwszej ciąży. Liczyłam się z tym, że na tym etapie mogę być już uziemiona w domu. Albo w szpitalu. Niepokoiła mnie też moja waga - już w ósmym miesiącu ważyłam 75 kg, czyli tyle, co przy pierwszym porodzie (czyli w połowie dziesiątego miesiąca). Kiedy powiedziałam o tym położnej, uśmiechnęła się tylko i bardzo pocieszająco stwierdziła: "No to teraz będzie więcej" :)

Obawy się nie sprawdziły. Moja waga już nie wzrosła, a nawet zmalała. Chodzę jak kaczka, ale właściwie nie odczuwam w związku z tym jakichś szczególnych dolegliwości. Mogę (mogłam) iść nawet na długi spacer. Czuję się dużo lepiej niż się tego spodziewałam.

Niech to będzie jasne: przejmowałam się wagą nie z próżności (a niechbym i sto kilo ważyła, ciąża to ciąża), ale dlatego, że mój organizm nie jest przyzwyczajony do takiego ciężaru i nie znosi go zbyt dobrze. Przed ciążą nie ważyłam dużo. W krótkim czasie moje biodra musiały się przyzwyczaić do dźwigania dodatkowych dwudziestu kilogramów. Nie były mi za to wdzięczne :)

Jestem bardzo duża, co zresztą widać na zdjęciach. Łatwiej mnie przeskoczyć niż obejść! :) Mimo wszystko nie czuję się aż tak wielka. Kiedy czasem patrzę na odbicie swojej sylwetki w lustrze, moją pierwszą reakcją jest zaskoczenie: naprawdę tak teraz wyglądam? Przypuszczam, że zanim się do tego przyzwyczaję, sprawa będzie już nieaktualna ;)


Ból.


No, boli mnie. Z przodu, z tyłu, przy siedzeniu, przy leżeniu, przy chodzeniu, a najbardziej przy schylaniu. Wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? Ja doświadczyłam tego uczucia niedawno.  Pokochałam od pierwszego wejrzenia nieznajomą kobietę, która podniosła z ziemi upuszczoną przeze mnie receptę. Dzięki niej nie musiałam się schylać! 

Ciało już dość intensywnie przygotowuje się do porodu. Nawet jeśli wiem, że będę mieć cesarkę, to moja macica i lędźwie niekoniecznie są tego świadome. Wydaje mi się, że w pierwszej ciąży nie odczuwałam tak silnego bólu. Pamiętam problemy z chodzeniem, pojawiło się nawet podejrzenie rozejścia spojenia łonowego. Ale teraz odczuwam ból nawet wtedy, gdy się kładę.

To nie znaczy, że moje życie zmieniło się w jakieś okropne pasmo cierpienia :) Powiedziałabym raczej, że to pewne nowe doświadczenie w moim życiu, wcale nie takie złe. Czasem nawet mnie bawi :) Zaczęłam się np. zastanawiać, czy istnieje taka specjalizacja: masażysta kobiet w ciąży. I czy jest to zajęcie satysfakcjonujące, czy wręcz przeciwnie...

Choroba.


To też jest nowe doświadczenie. Zawsze byłam zdrową osobą, więc w ogóle doświadczenie choroby jest dla mnie czymś nowym. A już bycie chorą i w ciąży, to zupełnie nowa rzeczywistość.

Poprzednia ciąża była pod tym względem łatwiejsza. Poza jednym, niezbyt poważnym przeziębieniem pod sam koniec - nic niepokojącego. Teraz zaczynam dzień od euthyroxu, muszę pamiętać o żelazie i o magnezie, czasem czuję się jak apteka na dwóch nogach ;) Dowiedziałam się też, jak to jest mieć gorączkę powyżej 40 stopni i nie móc zażyć ibuprofenu. A od niedawna wiem też, co to znaczy mieć żylaki. Ciąża uczy, nie ma co.

Nie próbuję udawać dzielnej, choć świadomość, że mogę być tak odbierana, nie jest dla mnie nieprzyjemna ;) Prawda jest taka, że ja faktycznie czuję się dobrze lepiej, niż można by było przypuszczać. Właściwie pierwsze dolegliwości związane z tarczycą zaczęłam odczuwać bardzo niedawno, kiedy wskutek leków moja niedoczynność przeszła w lekką nadczynność. Po zmianie dawki jest już lepiej. Osłabienie wywołane infekcją też już minęło. Przypuszczam, że czuję się lepiej niż niejedna zdrowa osoba.

Relaks.


Ta ciąża jest na swój sposób spełnieniem moich marzeń. W pierwszej ciąży miałam dużo stresu i zmartwień. Niepokoiłam się, czy nie odbije się to niekorzystnie na dziecku. Żałowałam, że nie zrezygnowałam wcześniej z pracy, że nie pozwoliłam sobie nacieszyć się w pełni moją pierwszą ciążą. Marzyłam o tym, by móc przeżyć ją jeszcze raz, bez tego całego stresu i niepotrzebnych złych emocji.

Teraz również pracuję, ale jest to praca zdalna w domu, do tego najmilsza pod słońcem. Sama decyduję o tym, jak spędzam czas i ile pracuję w ciągu dnia. Nie mam większych zmartwień - co też nie zawsze jest dobre, bo zdarza się, że drobne problemy urastają do rangi tych najpoważniejszych ;) Tak czy inaczej, to jest dobry rok. Nawet pomimo moich dolegliwości, jestem teraz bardzo, bardzo szczęśliwą osobą.



...

Chciałam, żeby ten wpis był kojący, pocieszający dla przyszłych mam, które obawiają się ciąży i różnych uroków tego stanu. Domyślam się, że niekoniecznie mi się to udało. Cóż - nie mogę i nie chcę kłamać, przedstawiam rzeczywistość taką, jaka jest. Ale jedno mogę Wam powiedzieć na pewno:

Każda ciąża jest inna.


W pierwszej ciąży nie miałam nawet połowy z aktualnych dolegliwości. W dziesiątym miesiącu chodziłam na imprezy, występowałam na scenie, prowadziłam bardzo aktywny tryb życia. W dniu, w którym przyjęto mnie do szpitala, byłam umówiona z koleżankami na mieście. Bardzo ubolewałam nad tym, że muszę odwołać spotkanie.

Znam kobiety, które w czasie ciąży spędziły więcej czasu w szpitalu niż we własnym łóżku - i kobiety, które w czasie ciąży jeździły na obozy żeglarskie i chodziły po górach (tego ostatniego jednak nie polecam, różnica ciśnień może spowodować przedwczesny poród). To, że w chwili obecnej nie czuję się zbyt dobrze nie znaczy wcale, że każda kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży jest na to skazana.

Co by nie było, ważne, że to nie będzie trwało wiecznie :) Wkrótce pojawi się w moim życiu mały, bezbronny człowieczek, a ja będę miała wystarczająco dużo sił, by się nim zaopiekować!