Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 października 2021

"Educzytajki" - mądre bajki do czytania przed snem!

Książeczki z serii "Educzytajki" trafiły w moje ręce dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat. Myślę, ze pojawiły się w naszym domu w idealnym momencie, na początku jesieni, kiedy wieczór zapada już dość wcześnie. Wspólne czytanie to świetny sposób na spędzanie razem czasu przed snem.

- Mamo, poczytasz mi książkę przed spaniem, a ja będę podnosić rączkę do góry i zadawać pytania? - słyszę ostatnio niemal co wieczór.

 - Którą bajeczkę chcesz poczytać?

- O zajączku, co bał się ciemności. 

Ta bajeczka ze zbioru "Duże troski małych zwierzątek" Katarzyny Wierzbickiej chyba najbardziej przemówiła do Roberta. Może dlatego, że mały zajączek ma z nim sporo wspólnego: tak jak on lubi marchewki, za to nie lubi, gdy gaśnie światło w pokoju.

Często na moje pytanie o wybór bajeczki pada też odpowiedź: o Olmisiu! - Robert zapomina czasami, że bohaterka "Niedźwiedziego świata Olmisi" Bożeny Bobrzyk-Stokłosy jest małą i pogodną miśką, a nie misiem-chłopcem. Pewnie dlatego, że w jakimś stopniu się z nią identyfikuje. Tak jak ona jest nieduży i bardzo chciałby urosnąć, ma swoich kolegów i małego braciszka, lubi się bawić na placu zabaw i chętnie zajada się smakołykami.

Na tym polega właśnie urok "Educzytajek". Choć opowiadają o zwierzątkach leśnych, zresztą przepięknie narysowanych - autorką ilustracji do obu książeczek jest Magdalena Babińska - dzieci czytają w nich o bohaterach podobnych do nich, mierzących się z podobnymi troskami, marzeniami i potrzebami. W czułych słowach pani Zajączkowej, mamy małego zajączka, czy w mądrości mamy niedźwiedzicy mogą znaleźć odpowiedzi na nurtujące je pytania. Może też znajdą pocieszenie, gdy będą go potrzebować?

"Duże troski małych zwierzątek"



Zajączek bał się, gdy zaczynało robić się ciemno, bo wszystko wokół niego wyglądało nagle tak bardzo inaczej, tak groźnie. Wiewiórce zrobiło się przykro, gdy naśmiewały się z niej sójki - uważały się za lepsze od niej, bo potrafią latać, a ona tylko skacze i wspina się po drzewach. Niedźwiadek martwił się, że jego najlepszy przyjaciel warchlak przestał się z nim bawić, odkąd w leśnym przedszkolu pojawił się nowy kolega, wilczek. Mały bóbr przestraszył się, gdy jego rodzice posprzeczali się nie na żarty. Pajączek niecierpliwił się, bo chciał się pobawić z mamą, a ona ciągle pracowała. 


Czy te duże troski brzmią znajomo? Dla mnie tak, i z pewnością brzmią znajomo dla moich dzieci. Widziałam nieraz ich niepokój, gdy robiło się ciemno, niecierpliwość, gdy nie mogłam się nimi bawić, bo musiałam zająć się czymś innym. Pamiętam też niejedną zabawną, ale i wzruszającą sytuację, gdy starali się pogodzić mnie i męża - najczęściej nawet się wtedy nie kłóciliśmy, po prostu przekomarzaliśmy się lub mówiliśmy głośno. Przyznam, że bajeczka o bobrze i jego rodzicach poruszyła mnie najmocniej. Pokazuje, jak stresujące mogą być dla dziecka kłótnie rodziców, jak bardzo potrafią one zaburzyć jego poczucie bezpieczeństwa. Podoba mi się, że choć spór pomiędzy mamą i tatą małego bobra udaje się rozwiązać bardzo szybko, a rodzina pozostaje pełna i kochająca - autorka przesyła też subtelne słowa wsparcia dla dzieci, których rodzice się rozstają.


Każda z sześciu bajeczek Katarzyny Wierzbickiej zbudowana jest w podobny sposób - zaczyna się od krótkiego, opisowego wprowadzenia, dzięki któremu dziecko może dowiedzieć się co nieco o warunkach, w jakich żyje dane zwierzątko. Potem poznajemy zwierzątko i jego troskę, a na koniec, gdy zwierzątko kładzie się spać, jego mama rozmawia z nim o jego zmartwieniach. Uspokaja, pociesza, wyjaśnia. Mądre słowa poszczególnych mam są dodatkowo wyróżnione graficznie - zapisano je ładną czcionką na ilustracjach. Dzięki temu łatwiej zapadają w pamięć czytelnikowi.

"Niedźwiedzi świat Olmisi"



O ile w książce Katarzyny Wierzbickiej mieliśmy sześcioro małych leśnych bohaterów, Bożena Bobrzyk-Stokłosa wprowadza nas w świat jednej bohaterki - Olmisi, a także jej mamy niedźwiedzicy, taty niedźwiedzia i małego braciszka Domisia. Jej przyjaciele z przedszkola także są misiami. Perypetie Olmisi, jej dom, miejsca, w których bywa, a także sposoby spędzania wolnego czasu - wszystko to przypomina naszą ludzką rzeczywistość, a mała miśka Olmisia równie dobrze mogłaby być po prostu małą dziewczynką, Olą. Zauważyłam, że mój starszy synek bardzo chętnie słucha opowieści z życia niedźwiedziej dziewczynki i z łatwością potrafi je odnieść do własnych doświadczeń z przedszkola czy z placu zabaw. 


Olmisia poprzez swoje przygody i dzięki mądrości rodziców uczy się, że każdy miś jest inny, każdy uczy się i rozwija w swoim tempie, a to, co jest łatwe dla jednego misia, może okazać się trudne dla innego - i na odwrót. Uczy się akceptować swoje cechy, które czynią ją wyjątkową, jak czerwona plamka na pyszczku, brokatowe okulary, a także niewielki wzrost - w odróżnieniu od jej przyjaciela, Wielgusia, który jest najwyższym misiem na placu zabaw. Nawiązuje wiele serdecznych przyjaźni i znajomości i dzięki nim odkrywa, że nieładnie jest śmiać się z kogoś i robić mu przykrość, za to zawsze warto wspierać się nawzajem i uczyć się od siebie tego, co najlepsze.

Jakie to piękne przesłanie dla naszych przedszkolaków! Cieszę się, ze moi chłopcy mogli poznać Olmisię i innych leśnych bohaterów. Wiem, że bajki przeczytane w dzieciństwie mają magiczną moc, potrafią zapisać się mocno w pamięci młodego czytelnika i wpływać na ich sposób postrzegania rzeczywistości. Szczególnie, gdy są to bajki tak piękne w swojej prostocie.


Szczerze polecam te książeczki. Są idealne do czytania przed snem - tu zwłaszcza polecam "Duże troski małych zwierzątek", z których każda kończy się słowem Dobranoc! :) Obie są wartościowe, mądre i krzepiące, a także naprawdę ślicznie wydane.

czwartek, 9 stycznia 2020

"Zaskroniec i Pudel" - przeczytaj i pomóż zwierzakom w potrzebie!


Co wiecie o zaskrońcach?


Ja wiedziałam niewiele, dotąd nie interesowałam się tymi zwierzętami. Tymczasem z bajki "Zaskroniec i Pudel", opublikowanej przez Katarzynę Wierzbicką w aplikacji Book Szpan, można się dowiedzieć całkiem sporo na ich temat. Zresztą, nie tylko na temat zaskrońców. Wiedza podana jest przez autorkę w bardzo przyjemny sposób, dzięki rozmowom występujących w bajce zwierzątek, które opowiadają sobie nawzajem o swych zwyczajach. Ale jak to się stało, że mogą do siebie mówić, skoro należą do różnych gatunków?

"A ponieważ jestem bajkowy, to mogę z tobą spokojnie porozmawiać", stwierdza mały zaskroniec w dialogu z równie bajkową pszczółką. I wszystko jasne :)

Myślę, że nie byłoby złym pomysłem, gdyby "Zaskrońca i Pudla" czytano w szkołach w ramach edukacji przyrodniczej :) Jednak to nie ciekawostki o zwierzętach, choć niewątpliwie cenne, przesądzają o wartości i uroku tej bajki. Najważniejsza jest tutaj historia, chwytająca za serce tak mocno, że ja, dorosła osoba z pewnością znacznie starsza od docelowego czytelnika, miałam łzy w oczach. Jest to historia przyjaźni zaskrońca z małym pudelkiem, który szuka swoich właścicieli. Jego pan rzucił mu kaczuszkę bardzo daleko i odjechał...

Z relacji kochającego, wiernego pieska wyłania się nam prawdziwy przebieg zdarzeń, w którym nie ma nic bajkowego, i niestety też nic rzadko spotykanego. Zawsze porusza mnie, gdy czytam o cierpieniu psów, a w bajce o zaskrońcu i pudlu to cierpienie jest opisane bardzo autentycznie. Tęsknota, niezrozumienie, ufność i przywiązanie... Historia nieszczęśliwego pudelka ma jednak szczęśliwe zakończenie. Bajkowe - bo to przecież bajka.

Book Szpan


Wspomniałam na początku, że bajkę "Zaskroniec i Pudel" można przeczytać w aplikacji Book Szpan. A co to właściwie jest, może zapytacie? Jej pomysłodawczynią jest Julia Górecka, studentka V roku wrocławskiego ASP. Za pomocą aplikacji realizuje swój projekt magisterski, który jest zarazem akcją społeczną. 

Jak możemy przeczytać na stronie akcji, jej cele to:
  • uwrażliwianie dzieci,
  • pomoc zwierzęcym fundacjom,
  • promowanie zdolnych pisarzy i ilustratorów.
Co miesiąc na stronie pojawia się kolejna bajka, nie wątpię, że równie piękna i pouczająca jak "Zaskroniec i Pudel". Aby ją przeczytać, wystarczy wpłacić 9 zł (lub więcej) na konto wybranej fundacji zajmującej się zwierzętami w potrzebie. Strona umożliwia wybór jednej spośród dziesięciu fundacji. Jeśli ich nie znasz - bez obaw, po kliknięciu w logo organizacji możesz przeczytać krótki opis jej działalności. 

Strona działa w sposób przejrzysty i intuicyjny, samo dokonanie opłaty trwa może minutę i nie powinno sprawić nikomu problemu. Aplikacja prowadzi nas za rękę przy każdym kroku. Dziewięć złotych? Wiem, że kwota, choć niewielka, może w pierwszej chwili odstraszyć odbiorcę, przyzwyczajonego do mnóstwa darmowych treści dostępnych w Internecie. Jednak, gdy się zastanowisz - czy 9 złotych to wysoka cena za piękną, wartościową bajkę, dzięki której możesz przy okazji pomóc porzuconym pieskom, bezdomnym kotom lub cierpiącym zwierzętom hodowlanym? Myślę, że nie. Dla Ciebie to mała, nieznacząca kwota, dla każdej z tych fundacji - wartościowa cegiełka, którą z pewnością wykorzystają najlepiej jak tylko się da.

Book Szpan daje też dzieciom pole do kreatywnej zabawy. Mogą one wziąć udział w konkursie. Po przeczytaniu bajki mają możliwość narysowania ilustracji do niej i napisania, czego się z niej nauczyli. Choć nie jestem dzieckiem, myślałam nad wzięciem udziału, bo w końcu nauczyłam się co nieco na temat zaskrońców :) Jednak ilustrowanie nie jest moją mocną stroną, więc odpuściłam. Zdecydowanie daleko mi pod tym względem do pani Sylwii Tracz, która zilustrowała bajkę "Zaskroniec i Pudel".

Ilustracja autorstwa Sylwii Tracz
Zdjęcie zaczerpnięte z fanpage Book.szpan

Autorka oraz ilustratorka.


Właśnie, właśnie. Trochę od tyłu piszę dziś tę moją recenzję. Może powinnam zacząć od tego, kim są Katarzyna Wierzbicka, autorka bajki, oraz Sylwia Tracz, ilustratorka?

Nazwisko Kasi pojawiło się już na moim blogu, i to całkiem niedawno :) Kasia jest autorką wspaniałej książki "O królewiczu, który się odważył", której recenzję mogliście u mnie przeczytać. Znacie ją też jako autorkę bloga Madka roku. Jeśli nie znacie, to powtarzam po raz kolejny, najwyższy czas poznać!

Sylwia Tracz to absolwentka wrocławskiego ASP na kierunkach malarstwo i grafika. Na co dzień pracuje jako graficzka i ilustratorka, odpowiada za oprawę graficzną imprez Miejskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu. Na Facebooku prowadzi stronę Świat ilustrowany. Warto zajrzeć!


Mam nadzieję, że zachęciłam Was do tego, by zajrzeć na stronę akcji Book Szpan. Dobre pomysły należy wspierać, tak samo jak znakomitych autorów bajek i uzdolnionych ilustratorów. A pod tym adresem, moi drodzy, znajdziecie ich sporo, i to co miesiąc nowych! :)

piątek, 26 lipca 2019

Jeśli to czytasz po latach...



Gościu, który zaglądasz na tę stronę po latach, może nawet trudno mi sobie uzmysłowić, po ilu. Nie mam pojęcia, jak tu trafiłeś, bo wiedz, że w moich czasach to nie był najczęściej odwiedzany adres w Internecie. Macie w ogóle Internet, czy trafiłeś na niego w inny sposób?

Zresztą nieważne, i tak mi przecież nie odpowiesz.

Kiedy to piszę, jest rok 2019, koniec lipca. Siedzę w fotelu, mam przed sobą duży ekran, uderzam palcami w klawisze, na których są litery. Korzystam z komputera, a dokładniej z laptopa. 

Autorka, której relację właśnie czytasz, to trzydziestodwuletnia matka dwójki dzieci, mężatka. Ma dom z ogrodem i kilka ukochanych zwierzaków. Poza byciem mamą i pisaniem niewiele w życiu robi, choć nigdy się nie nudzi. Nie wiem, co o niej wiesz, może nic, a może coś. W chwili, gdy pisze te słowa, jest trochę niespełniona, ale ma w sobie mnóstwo wiary i determinacji. 

Opowiem Ci trochę o jej czasach.


Żyjemy w rodzinach, choć coraz więcej osób cieszy się z niezależności i z życia w pojedynkę. Słowa takie jak singiel, singielka zrobiły dużą karierę, wyparły myślenie o starych pannach i starych kawalerach. Dociera do nas, że lepiej żyć samemu niż w związku, w którym źle się dzieje. Staliśmy się bardziej wrażliwi na krzywdę i przemoc w rodzinie, choć jeszcze sporo nam brakuje.

Stosunkowo niedawno zaczęliśmy się uczyć, jak rozumieć dzieci. Serio, wcześniej były dla nas jak takie małe zwierzątka, które trzeba wytresować... a, czekaj, do tego przejdę później. Możesz mi nie uwierzyć, ale w moich czasach wiele osób uważało jeszcze, że dzieci trzeba bić. Nawet nie, że można, ale że bez tego się ich nie wychowa! Tak, mnie też to szokuje.

Dostajemy pieniądze za to, że mamy dzieci. Taka odgórna polityka, chyba ktoś uznał, że jest nas jeszcze za mało. Niektórym się to bardzo nie podoba, inni się z tego bardzo cieszą. W każdym razie temat budzi emocje.


Media stanowią potężną władzę. Nic nie wskazuje na to, żeby to miało się zmienić, więc chyba wiesz, o czym mówię.

Są tacy ludzie, którzy płacą innym ludziom za pisanie opinii w Internecie. A nawet za znieważanie i obrażanie. Coraz trudniej wierzyć w słowo pisane.

W moich czasach nie brakuje ludzi gotowych postawić znak równości między obrażeniem symbolu a obrażeniem człowieka. Wielu uważa wręcz, że obrażenie symbolu jest gorsze. Bawimy się w przepychanki, "kto zaczął".

Ludzie biją ludzi za inny wygląd, poglądy, a nawet za to, z kim ktoś idzie do łóżka. Ale spokojnie, nie wszyscy. Z dnia na dzień rośnie coraz większe grono ludzi, którzy rozumieją, że różnimy się pięknie.

W moich czasach nadal trwa walka o równouprawnienie kobiet. Mężczyźni uważają, że przesadzamy. Chociaż powiem Ci, że spotykam mężczyzn, którzy bronią praw kobiet z większym zapałem niż ja! 

W ogóle widzę w naszych czasach dużo solidarności, i to jest piękne. Heteroseksualni idą w marszach równości ramię w ramię z homoseksualnymi, w marszach poparcia dla kobiet biorą udział całe rodziny. Uczniowie popierają nauczycieli. Ciekawe, czy w Twoich czasach też trzeba maszerować i strajkować, by upomnieć się o swoje prawa.


To my jesteśmy tymi, którzy strasznie zanieczyścili Ziemię, ale też tymi, którzy zdali sobie z tego sprawę i zaczęli szukać rozwiązań ekologicznych. Mamy jednak świadomość, że "wielcy gracze" mają o wiele większy wpływ na kondycję planety niż my.

Pamiętam i czasy, gdy wegetarianizm był uważany za zło, grzech, fanaberię, a wręcz za objaw zaburzenia psychicznego (!), i czasy bardziej mi współczesne, gdy wegetarianizm stał się modny. Nie brakuje ludzi, którzy uważają, że to jedyna możliwa droga.

Otacza nas piękna przyroda, lasy, jeziora, łąki. Wiecznie spierają się dwie tendencje: do dbania o te zielone tereny i do zamieniania ich w kolejne miejsca dla ludzi, osiedla, centra handlowe... Na ten moment nie mamy pojęcia, która tendencja wygra. Ty może już to wiesz.


Wspomniałam o zwierzętach. Za moich czasów sensacyjne okazały się decyzje o zakazie wykorzystywania zwierząt w cyrkach. Wcześniej ludzie zmuszali je do tego, by tańczyły, skakały przez obręcz, chodziły na linach, mówię Ci, istny... cyrk, nomen omen. Są nagrania, na widok których serce się kraje.

Studia nie dają gwarancji, że dostanie się dobrą pracę. Coraz więcej osób z nich rezygnuje.

Wielu ludzi chce tworzyć, pisać, śpiewać, rysować, wielu robi własnoręcznie biżuterię, ubrania. Zaczęliśmy wierzyć w nasze możliwości. Media społecznościowe dały nam spore pole do popisu. Rozkwita kreatywność

Z drugiej strony, trochę zachłysnęliśmy się technologią. Nie ma dnia bez patrzenia w ekran. Czasem nie wytrzymujemy nawet godziny. Dostrzegamy, że cierpią na tym nasze relacje, a mimo to nadal robimy to samo.

Pracujemy nad sobą. Ćwiczymy, szkolimy się, staramy się rozwiązywać nasze własne zagadki. Szukamy odpowiedzi. Uczymy się prosić o pomoc.



Trochę Ci zazdroszczę tego, że wiesz, jak wygląda nasza przyszłość. Mimo to nie chciałabym w nią zaglądać, bo nadal wierzę, że kreujemy ją sami. Mam nadzieję, że dobrze nam pójdzie! :)
Pozdrawiam Cię serdecznie.


poniedziałek, 1 lipca 2019

PSIOdyseja



Jest nas, jak nieraz pisałam, siedmioro pod jednym adresem. Czworo ludzi, dwa koty i pies. O ludziach czytacie tu dość regularnie, o kotach co jakiś czas też wspominam, mam natomiast świadomość, że prawie wcale nie piszę o psie.

Powody są dwa. Po pierwsze, tak jak planowaliśmy od początku, pies rezyduje w ogrodzie, ma tam swoją budę i wygodny kojec. Żyjemy więc tak trochę osobno, tym bardziej, że na spacery z pieskiem wychodzi mąż. Czasem zdarzało nam się wychodzić razem, ale odkąd mamy dwójkę dzieci, wydaje się to nam praktycznie niemożliwe. Trzech łobuzów (w tym jeden potężny), którzy potrzebują maksimum naszej uwagi? Trochę za dużo ;)

Drugi powód jest taki, że... ludzie, a zwłaszcza blogerzy ;) nie bardzo lubią przyznawać się do czegoś, co im się nie udało. A ja mam poczucie, że jako właściciele psa daliśmy ciała co najmniej w kilku kwestiach. Niemniej, kochamy bardzo tego naszego pieszczocha i łobuziaka :)

Ale od początku. Jak to się zaczęło?

Czy chcesz mieć ze mną pieska?


Jako młode małżeństwo zdecydowane wówczas, że rodzicami to my raczej nie będziemy, przez względnie długi czas marzyliśmy o posiadaniu psa. To był dla nas wtedy taki odpowiednik marzenia o dziecku, jakiś wyznacznik wspólnej stabilizacji, rodziny. 

Zarówno w mojej rodzinie, jak i w rodzinie mojego męża przez lata pies był w domu. Towarzyszem mojego dorastania i wkraczania w dorosłość był cudowny, wieczny szczeniak imieniem Foks. Mój mąż, zanim został mężem, był właścicielem pięknej wilczurki imieniem Besi.

Wspólnie marzyliśmy o labradorze lub retrieverze. Ciekawe, jak czasem marzenia się spełniają :) Kiedy już dotarło do nas, że wcale nie jest tak łatwo przygarnąć takiego psa i że w schroniskach raczej ich nie ma, a porządne hodowle liczą sobie sporo za takiego szczeniaka - nasz blablador Fortis niemal dosłownie spadł nam z nieba :)

To znaczy, z Fortisem to jest tak, że on jest i nie jest labradorem. Nie jest psem rasowym. Jego mama kompletnie nie przypominała labradora. Jako jedyny z całego miotu wdał się w ojca, który najwyraźniej był labkiem :) Po kształcie pyska trochę widać, że to nie jest prawdziwy labrador, ma też inne, bardziej masywne łapy. Jest piękny, zgrabny, duży, silny, radosny, przyjazny i mądry. Chciałoby się dopisać i "grzeczny", ale grzeczny to on nie jest.

Początki - w domu czy w ogrodzie?


No właśnie. Ponoć labradory to psy domowe. Ale Fortis przecież tak naprawdę nie jest labradorem, poza tym tam, skąd go wzięliśmy, spędzał całe dnie na świeżym powietrzu i z pewnością zdążył się do tego przyzwyczaić. Powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie, żeby Fortis miał mieszkać z nami w domu. Mam wrażenie, że wówczas nie zmieściłaby się tam pozostała szóstka domowników! Nasz dom nie jest duży. Zakładając, że pies nie wchodzi na meble - w swoim kojcu ma chyba więcej znacznie miejsca niż miałby w domu.

Od początku miał być psem podwórkowym. Jednak kilka pierwszych dni spędził z nami w domu, bo okazało się, że ogrodzenie nie jest wystarczająco zabezpieczone przed jego ucieczkami.


Był prześlicznym szczeniakiem. Myślę, że pozwalaliśmy mu o wiele za dużo, bo był uroczy we wszystkim, co robił. Oczywiście musiało to prowadzić do kłopotów, kiedy podrósł.

Skakał, oczywiście z radości. Przez te wszystkie lata nie widziałam ani razu, żeby był agresywny, ale oczywiście ciężko to wytłumaczyć komuś, kto boi się dużego, skaczącego psa. Zresztą to naprawdę nic fajnego, kiedy wychodzisz z domu i chcesz wyglądać jeśli nie elegancko, to przynajmniej schludnie, a za chwilę masz na spodniach odbite dwie wielkie łapy.

Ale to nie było najgorsze. Najgorsza była postawa sąsiadów.

Te potwory to my.


Po dwóch latach od naszej przeprowadzki na wieś trudno powiedzieć, żebyśmy byli lubiani w okolicy. Nikt nas nie znał, nikt nie wiedział, czego się po nas spodziewać. Po pojawieniu się Fortisa szybko staliśmy się dwojgiem najbardziej znienawidzonych ludzi we wsi.

Najpierw pojawiła się plotka, że głodzimy psa. Skąd taki pomysł? Bo piesek szczupły, bo jak się go częstuje kiełbaską, to od razu zjada... Kiedy w czasie deszczu schowałam miski z jedzeniem w inne miejsce, dla sąsiadów było to wystarczającym dowodem, że pies nie dostaje jeść ani pić. Ponoć dokarmiała go prawie cała wieś. Cud, że nikt nie otruł.

Potem dowiedzieliśmy się też, że biedny pies w ogóle nie wychodzi na spacer (wychodził o innych porach niż sąsiadka). Oraz, że pies marznie. Kiedy tłumaczyłam troskliwej pani, że pies ma ocieplaną budę i często woli położyć się pod schodami, bo tam mu trochę chłodniej, usłyszałam w odpowiedzi: "To może ocieplić mu to miejsce pod schodami?"...

Kiedy wydawało się, że już jest wystarczająco źle i gorzej nie będzie, Fortis nauczył się uciekać. Był na tyle sprytny, że wychodził i wracał, więc zorientowaliśmy się dość późno, że naszemu pieskowi zdarzają się samotne wycieczki po wsi. Oczywiście ucieka, bo głodny...


Pies na uwięzi.


"Pan nie ma serca!", usłyszał mój mąż.
"Nie chciałabym być członkiem waszej rodziny", usłyszałam od sąsiadki, kiedy powiedziałam jej, że nie, nie oddamy nikomu psa, bo jest częścią naszej rodziny. Byłam wtedy w zaawansowanej ciąży.

Stało się jasne, że swobodne bieganie Fortisa po ogrodzie musiało się skończyć. Zamówiliśmy kojec, ale zanim zrealizowano zamówienie, trzeba było przez kilka dni jakoś utrzymać uciekiniera w obrębie naszego ogrodu. Wydawało się, że przywiązanie go na długiej, długiej i luźnej linie jest dobrym pomysłem. Dopóki nie zobaczyliśmy, co Fortis jest w stanie zrobić z tą liną. Po mistrzowsku przywiązał się do drzewa. Normalnie od razu było widać, że pies żeglarza.

Policja. Mandat. Pismo z sądu. Zarzut znęcania się nad psem. Podpisy świadków. Myślałam, że się zapłaczę.

Pojawił się kojec, sytuacja się uspokoiła - choć nie od razu. Pies przestał uciekać, nagle okazało się też, że nie jest głodzony - bo jakoś nie schudł, a nawet przytył, choć już nie było jak go dokarmiać... Ale szczekał

"Przeszkadzało państwu, że biegał, to teraz nie biega, tylko szczeka!", palnęłam raz w końcu, kiedy miałam dosyć słuchania po raz setny, że dręczymy psa. Było dla nas logiczne, że pies, który dotychczas biegał sobie swobodnie po ogrodzie, nie przyzwyczai się szybko do mieszkania w kojcu, nawet jeśli kojec jest duży i wygodny. Dla sąsiadów był to kolejny dowód naszego okrucieństwa.

Obecnie jest lepiej - chyba... Awantury się skończyły, zresztą nasze dzieciaki są mistrzami świata w podbijaniu ludzkich serc, więc i sąsiedzi zaczęli jakoś życzliwiej na nas patrzeć. Ciągle nie czujemy się pewnie i raczej niemożliwe jest, że z kimś się tutaj zaprzyjaźnimy.


A jeśli nie powinniśmy mieć psa?


Nieraz, kiedy było naprawdę ciężko, myślałam: "a niech nam go rzeczywiście zabiorą!". To okropne, że tak myślałam, ale stres i negatywne emocje związane z posiadaniem psa trochę przysłoniły nam radość z tego, że go mamy. 

Co zrobić, kiedy stwierdzasz, że przygarnięcie psa było błędem? O ile naprawdę nie jesteś potworem... weź to na klatę i żyj z tym. To jest żywa istota, która Cię kocha i która nigdy nie zrozumie, dlaczego nagle stwierdzasz, że lepiej byłoby ją oddać komuś innemu. Dla tego zwierzaka Ty jesteś najlepszym człowiekiem na świecie, jego człowiekiem.

Fortis będzie żył z nami, mam nadzieję, jeszcze wiele długich lat. Popełniliśmy wiele błędów jako jego właściciele, ale kochamy go, a on kocha nas.

piątek, 10 maja 2019

Siedmioro nas i remont.

Małą przestrzeń trzeba jednak trochę lepiej zorganizować ;)

Godzina 5:30, dzwoni budzik. I tak już nie śpię od dłuższej chwili. Mąż powoli wstaje. Musi zawieźć Roberta do żłobka, następnie odwiedza psa i wyprowadza go na spacer, a dopiero potem jedzie do pracy. Codziennie tak kursuje miedzy trzema miejscowościami. 

Robert wcale nie chce jeszcze wstawać, ubieram go na śpiocha. Za to Michał jest rozbudzony i aktywny. Robaczek rozczula mnie tym, że jak zakładam mu buty, to on, półprzytomny jeszcze, idzie na tych zaspanych nóżkach pod drzwi i czeka, aż tata będzie gotowy do wyjścia... Czym sobie zasłużyliśmy na tak grzeczne, współpracujące dziecko? Dla równowagi, innego dnia jest płacz i awantura, bo trzeba założyć rajstopy. Wiadomo, nie może być każdego dnia tak samo :)

Ja zostaję z Michałem w naszym pokoiku, już nie śpię, on przeważnie zasypia. Ćwiczę, piszę, czasem wyjdę na zakupy, mam czas dla siebie i dla Michała aż do godziny mniej więcej 17:30, kiedy mąż wraca z Robertem.

Jak sobie radzimy?


Kiedy sięgam teraz pamięcią miesiąc wstecz, do czasu, gdy zaczynaliśmy mieszkać u teściów - widzę, że bardzo się do tego przyzwyczaiłam. Miesiąc temu wydawało mi się, że nadchodzi ogromna rewolucja, którą ciężko będzie nam wszystkim przetrwać. Od razu zaznaczę, o czym na pewno Wam już kiedyś pisałam, że uwielbiam moich teściów. Mimo to wiedziałam, że nie będzie łatwo. Oni od lat są przyzwyczajeni do tego, że mieszkają co najwyżej we dwoje, a teraz musieli przyjąć pod dach rodzinę z dwójką maleńkich dzieci. My jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że mamy do dyspozycji cały dom i robimy w nim, co chcemy i o której godzinie chcemy - teraz mieszkamy w niedużym pokoju i pod wieloma względami musimy się dostosować.

Problemy rzeczywiście się pojawiły, zupełnie nie tam, gdzie się ich spodziewałam. Teraz myślę, że za bardzo próbowałyśmy z mamą ustępować sobie nawzajem. Może Wy wiecie to od dawna, ale dla mnie to była nowa lekcja od życia: kiedy dwie strony jednocześnie próbują ustąpić, prędzej czy później musi to doprowadzić do frustracji i konfliktu. No bo w końcu ja się tak staram, a ona wcale tego nie docenia... Tylko sama też się stara. Wydaje mi się, że udało się nam osiągnąć jako taką równowagę w tych wzajemnych uprzejmościach.

W ogrodzie - tak, w domu - jeszcze nie.

Dzieci radzą sobie idealnie, albo ja jestem tak nieczuła i nic nie widzę :D Nie zauważyłam żadnych oznak tęsknoty za domem albo za dawnymi zwyczajami. Humory przeważnie dopisują, czasami nie, spać się czasem chce, czasem nie. W domu sypiali trochę lepiej, ale i tak źle nie jest.

Od miesiąca nie byli w domu, bo tam nie bardzo da się wejść. Wszystko jest w pyle. Byliśmy tam raz w czwórkę, ze dwa razy w trójkę (bez Roberta), ale za każdym razem dzieci zostawały w ogródku. Ogród to w takiej sytuacji luksus, zwłaszcza gdy jest ładna pogoda.

Mąż - prawda jest taka, że cała sytuacja dotyka najbardziej jego. Ja żyję sobie skromnie w Krakowie, staram się za bardzo nie przeszkadzać i zajmować mało miejsca, i to są w zasadzie wszystkie moje zmartwienia. Mąż czuwa nad całym remontem, nad zwierzakami, no i wykonuje te wszystkie kursy Kraków-żłobek-dom-praca, praca-żłobek-dom-Kraków... Wczoraj zastanawiał się, czy ma siłę jechać na próbę chóru. Powiedziałam mu: "Wiesz, na dobrą sprawę to będzie dla Ciebie odpoczynek". Przyznał mi rację i pojechał odpocząć :)

Tak naprawdę w pełni odpoczywa tylko wtedy, gdy śpi. Kiedy przyjeżdża do nas po pracy, od razu jest wrzucony w wir naszego domowego życia, z dziećmi, które nas potrzebują i z jego rodzicami, którzy też mają pewne oczekiwania wobec nas, tymczasowych domowników.

Jak radzą sobie zwierzaki?


Chwilowo jedynym zwierzakiem w okolicy jest nasza sąsiadka - wiewiórka :)

One poradzą sobie zawsze, ale i tak niepokoimy się o nie. Kiedy ostatnio odwiedziłam dom, nawet nie widziałam kotów. Mają swoje własne zakamarki, w których kryją się przed hałasem i brudem. Muza jest bardziej strachliwa, nieufna wobec nieznajomych ludzi, dlatego zapewne przez cały czas stara się schodzić z drogi robotnikom. Z kolei Rita jest śmiała, ciekawska, wszędobylska, pewnie często się kręci pod nogami i utrudnia pracę.

Co jakiś czas wraca do mnie przykra, niepokojąca myśl, że poprzedni remont (znacznie mniejszy) zbiegł się trochę w czasie z odejściem Molly. Ale jestem przekonana, że to była przypadkowa zbieżność.

Nasz piesek Fortis prawdopodobnie najmniej odczuwa rewolucję, jaką jest remont. W końcu budy mu nikt nie remontuje :D Fortis miał jednak niedawno swoją własną rewolucję i na pewno jeszcze odczuwa jej skutki. Dotyczyła ona jego układu płciowego. Choć zabieg przebiegł pomyślnie, gojenie się to już inna sprawa. Nasz wieczny szczeniak znalazł sposób, by się polizać po gojącej się ranie pomimo kołnierza, który miał założony (w międzyczasie udało mu się też zdjąć kołnierz). Mąż jeździł z nim kilkakrotnie na kontrolę, a cały proces gojenia trwał chyba ze cztery razy dłużej niż normalnie, przez co czas jego rekonwalescencji nałożył się trochę na czas remontu. Ale już od pewnego czasu wszystko jest z pieskiem w porządku.

Wiem, że chętnie zobaczylibyście zdjęcia naszych zwierzaków, ale uwierzcie mi, że z pustego nie naleję ;) Po remoncie zrobimy im pewnie sesję fotograficzną. Nasze koty możecie obejrzeć tutaj (Molly jeszcze żyła), pies natomiast jest wiecznie zdjęciowo pokrzywdzony - jest tak ruchliwy, że ostatnio udało nam się zrobić mu dobre zdjęcie, jak był jeszcze o połowę mniejszy niż obecnie :)

Jak postępują prace remontowe?


Kilka tygodni temu :)

Już pewnie zorientowaliście się, że lepiej pytać o to mojego męża niż mnie, bo ja funkcjonuję trochę poza tym remontem. Ale jak byłam ostatnio w domu, widziałam, że kafelki (płytki, flizy, wybierz swój regionalizm, niepotrzebne skreśl) są już bardzo ładnie położone. Wiecie, mieliśmy w gronie rodzinnym pewną dyskusję na temat kafelków dekoracyjnych - czy warto się na nie decydować, czy też wprowadzą chaos, bałagan i uczucie ciasnoty. Bardzo się cieszę, że postawiliśmy na swoim i trochę (niedużo) tych elementów dekoracyjnych się pojawiło. Mam wrażenie, że bez nich byłoby strasznie bezbarwnie i monotonnie. Wybraliśmy bardzo jasny, subtelny wzór. Wydaje mi się, że bez dekoracyjnych wstawek byłoby aż zbyt jasno i zbyt subtelnie.

Pewne jest to, że prace remontowe niedługo dobiegną końca. Wtedy czeka nas kolejny etap - sprzątanie. Śmiejcie się, ale ja naprawdę się tego boję, może nawet bardziej niż samego remontu, bo teraz dużo będzie zależało ode mnie. Pył, kurz, brud jest wszędzie, nie dotarł może tylko do wnętrza lodówki, niektórych pomieszczeń piwnicy i do zamkniętego pokoju na górze - choć trochę i tak musiało się przedostać, w końcu tam chodziliśmy. Nigdy jeszcze nie sprzątałam po tak dużym remoncie. Może się pogrążam, ale trochę nie wiem, jak się za to w ogóle zabrać :) A jeśli zrobimy to niedbale, to potem nasze dzieci będą wdychać zostawiony przez nas brud. Tak być nie może. Jeszcze nie wiem, jak to zrobimy, ale w domu będzie błysk!

Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła pokazać Wam naszą nową łazienkę :) Może nawet odważę się na zestawienie zdjęć przed i po? Zdziwicie się, że mogliśmy tak długo korzystać z łazienki ze zdjęcia przed, ale cóż... my pewnie zdziwimy się jeszcze bardziej :)

piątek, 24 sierpnia 2018

A-a-a, kotki (tylko) dwa...


Niedawno śpiewałam synkowi kołysankę o kotkach i wymyślałam na bieżąco nowe zwrotki, których tekst inspirowany był naszą codziennością:

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy,
Były sobie kotki trzy,
Gdyby tylko jeden był,
To by wszystkie szklanki zbił.
(To prawda!)

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, 
Były sobie kotki trzy,
Gdyby były kotki cztery,
To dostalibyśmy... kota!

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy,
Były sobie kotki trzy,
Gdyby były tylko dwa,
To by było smutno nam...


Nie miałam pojęcia, że niedługo słowa tej ostatniej zwrotki staną się rzeczywistością. W ogóle nie brałam pod uwagę tego, że któregoś z naszych kotów może zabraknąć. Wiadomo, że pewnych rzeczy nie da się przewidzieć, jednak - bazując na informacjach o średnim wieku życia kota - nie spodziewałam się takich pożegnań w ciągu kilku najbliższych lat.

Molly


Zdrowe koty żyją około 20 lat. Koty schorowane natomiast żyją średnio do 10 lat. Choć Molly od lat była zdrowym i szczęśliwym kotem, heroiczna walka o jej zdrowie i życie stoczona osiem lat temu musiała pozostawić trwałe ślady w jej organizmie. Było to zresztą widać na pierwszy rzut oka. Była drobniejsza, znacznie mniejsza i chudsza od innych kotów. Co jakiś czas zdarzało się, że jej piękne zielone oczy łzawiły - pozostałość po ciężkim kocim katarze. Jeśli chodzi o charakter - nie była tak przebojowa jak dwie młodsze kotki, przeważnie im ustępowała. Była jednak szczęśliwą, wiecznie mruczącą pieszczoszką, garnęła się do ludzi, nie bała się niczego.

Przygarnęliśmy Molly, gdy miała rok. Była tym najsłabszym, najbardziej zabiedzonym i schorowanym kotem w schronisku, pozbawionym chęci życia i woli walki. Miała żółtaczkę, katar, wrzód na języku uniemożliwiający jedzenie, ropiejącą ranę po źle zrobionej sterylizacji. Skóra pękała jej od byle dotknięcia. Świętowaliśmy z jej tymczasową opiekunką, gdy Molly osiągnęła wagę 1,5 kg - bo to znaczyło, że kicia będzie żyć. Dzięki Asi i dzięki niezwykłemu weterynarzowi udało się doprowadzić Molly do względnie dobrego stanu. Reszta należała do nas. Musieliśmy pokazać jej, że warto żyć, że jest kochana i potrzebna i że już nigdy nie zostanie porzucona. Niedługo później mogliśmy się przekonać, jak bardzo kochający i szczęśliwy może być kot, któremu okazano trochę serca po ciężkich przeżyciach.

Jak odeszła?


Wszystko rozegrało się w dwa dni. Rano, może koło południa zauważyłam, że kicia jest dziwnie osowiała. Siedziała lub leżała w jednym miejscu i prawie się nie ruszała. To nie tak, że w normalnym stanie biegałaby energicznie po całym domu - wszystkie nasze koty to raczej leniwe mruczki, zwłaszcza w taki upał. Jednak w tym spokoju Molly było coś dziwnego, coś nowego. Uznaliśmy, że w poniedziałek trzeba będzie odwiedzić weterynarza. Przeszło mi przez myśl, że są przychodnie czynne również w weekendy. Taka wyprawa z różnych względów nie była nam jednak na rękę, a poza dziwną osowiałością Molly nie zdradzała żadnych niepokojących objawów.

Pierwszy sygnał mówiący jednoznacznie, że dzieje się coś niedobrego pojawił się wieczorem, kiedy Molly nie mogła - nie chciała - napić się wody. Najpierw pomyślałam, że może po prostu woda jest nieświeża i nalałam świeżej wody do miski, Molly jednak zaczęła rozlewać wodę, zamiast ją pić. Wiedzieliśmy już, że sprawa jest poważna. W poniedziałek do weterynarza, koniecznie!

Poniedziałek to była już agonia kota. Molly właściwie tylko leżała w jednym miejscu, nie dała się nawet napoić strzykawką. Schudła o połowę! Chyba nie uwierzyłabym, że kot może tak bardzo schudnąć w tak krótkim czasie, gdybym tego nie widziała na własne oczy. Zawsze była drobniutka, ale nagle zostały z niej skóra i kości. Zmieniła się też na pyszczku. Tak naprawdę czułam, że to już jej ostatnie chwile. Nie wiedziałam tylko, czy odejdzie w domu, czy u weterynarza. Odeszła tuż przed tym, zanim zdążyliśmy wyjść z domu.

Czy można było coś zrobić?


Z jednej strony cieszę się, że Molly odeszła w domu - wśród bliskich, w miejscu, które znała i kochała, a nie w gabinecie weterynarza. Z drugiej strony - męczy mnie świadomość, że tak naprawdę nic nie wiem. Nie wiem, czy można było ją uratować. Może gdybyśmy od razu w niedzielę pojechali do weterynarza? Może jeszcze wcześniej, może były jakieś mniej dramatyczne objawy choroby, których nie zauważyliśmy? Może różne dziwne zachowania, które braliśmy za objaw stresu (mieliśmy ostatnio remont, trochę się w domu zmieniło), były tak naprawdę zwiastunem zbliżającego się końca?

Miała 9 lat. To dość zaawansowany wiek dla zwierzęcia, ale koty żyją zazwyczaj dwa razy tyle.

Czytam moje własne wyjaśnienia, moją relację z tych dwóch dni - i sama sobie nie wierzę. Jak to, zdrowy, niestary kot nagle położył się i umarł? W ciągu doby schudł o połowę? Umarł tak szybko, że nie zdążyliśmy dojechać do lekarza? To brzmi jak kretyńskie tłumaczenie się kogoś, kto ma coś na sumieniu... Zapewniam, że nigdy nie zrobiłabym krzywdy zwierzęciu, zwłaszcza takiemu, które kochałam i przygarnęłam.

Przez jakiś czas myślałam, że może zatruła się podczas remontu. Była głupiutka i nieostrożna, może wsadziła pyszczek do puszki z farbą, gdy nikt nie patrzył? Potem uświadomiłam sobie jednak, że od remontu minęło już trochę czasu. Gdyby się zatruła, objawy nastąpiłyby wcześniej.

Widziałam parokrotnie zwierzęta tuż przed śmiercią, słyszałam też opisy podobne od moich. Pewnego dnia zwierzę po prostu słabło, jego ruchy stawały się spowolnione, przestawało jeść i pić, a potem odchodziło. Dokładnie tak było z Molly. Jedyne, co nie pasuje do tego obrazu, to jej wiek. Tłumaczymy sobie, że widocznie przez choroby, które przeszła w młodości, jej organizm był znacznie bardziej doświadczony, był jak organizm dwudziestoletniego kota. To jedyny sposób, w jaki mogę to sobie wytłumaczyć.

Wspominamy


To na pewno potrwa trochę czasu, zanim przyzwyczaimy się do tego, że nie ma już z nami Molly. Była maleńka i niepozorna, ale w jakiś zwykły-niezwykły sposób wypełniała sobą cały dom. Czasem jeszcze łapię się na tym, że szukam jej wzrokiem. Nie, nie chcę innego kota na jej miejsce. Może za następne osiem czy dziewięć lat. Na razie a-a-a, kotki dwa...

Powspominajcie razem z nami.




wtorek, 17 kwietnia 2018

5 filmów niekoniecznie dla dzieci - cz. 1

Z filmami dla dzieci jest ten zasadniczy problem, że są one tworzone przez dorosłych. I zawsze będą. Tego nie przeskoczymy. Często ci dorośli potrafią bardzo dobrze wczuć się w psychikę dziecka i wiedzą, co zrobić, by ich film stał się dla dziecka źródłem wartościowej rozrywki. Zdarza się jednak, że nie do końca im się to udaje.

W 2001 roku miała miejsce wielka, zielona i brzuchata rewolucja w świecie filmów animowanych. Okazało się, że mogą one bawić dorosłych równie mocno jak dzieci, a nawet jeszcze bardziej. Wystarczy w odpowiednich momentach mrugnąć okiem do dorosłego widza, wrzucić kilka nawiązań do kultowych filmów, kilka zdecydowanie dorosłych żartów, których dziecko nie zrozumie - i okazuje się, że całe stada dorosłych pędzą do kina na baśń o śmiałku, który ocalił księżniczkę. Przed twórcami filmów animowanych pojawiła się wielka szansa. Dorośli przestali być tylko towarzyszami swoich pociech w kinie. Stali się nową, ogromną grupą odbiorców. Nic więc dziwnego, że odtąd w każdym filmie animowanym zaczęto mrugać okiem do dorosłych. Bywa, że tych mrugnięć jest więcej niż treści przeznaczonych typowo dla dzieci.

Nie twierdzę, że filmy ujęte w moim zestawieniu są złe, ani też, że dzieci nie powinny ich oglądać. Czasem warto po prostu porozmawiać z dzieckiem o tym, co zobaczyły w filmie, może coś wyjaśnić, może powiedzieć, że w życiu niekoniecznie musi być tak, jak w filmie i to, że dana postać postępuje w taki, a nie inny sposób, nie znaczy, że tak należy robić.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsze dzieci są inne niż ja w ich wieku i odbierają pewne treści inaczej. Dla przykładu, dla mnie kilkuletniej najstraszniejszą istotą na świecie był wampir. Dziś wampirki bywają pozytywnymi bohaterami filmów dla dzieci. Piszę więc trochę z perspektywy niedzisiejszej pani dziwiącej się tym nowym czasom, a trochę z perspektywy mamy malutkiego dziecka, która za jakiś czas będzie chciała pokazać mu niektóre z tych filmów i zdaje sobie sprawę z tego, że będzie musiała synkowi sporo wytłumaczyć po ich obejrzeniu.

1. Kraina lodu (2013).


Źródło: Filmweb

Tego filmu nie trzeba nikomu przedstawiać. Dzieci i dorośli na całym świecie pokochali wzruszającą historię o siostrzanej miłości, luźno opartej na motywach "Królowej śniegu" Hansa Christiana Andersena. Przepiękna animacja, mądre przesłanie, wspaniałe piosenki i zabawne dialogi - to tylko kilka zalet tego wyjątkowego filmu. Dorośli znajdą w nim kilka żartów adresowanych do siebie, jest to jednak film zdecydowanie stworzony z myślą o dzieciach.

Problem z tym filmem? Jest tylko jeden, ale moim zdaniem ważny i wart omówienia. Otóż, dość łatwo zauważyć, że niemal wszystkie kłopoty Elsy i Anny, ich samotność, brak obycia w kontaktach z ludźmi, ich trudne wzajemne relacje, wszystko to jest bezpośrednią konsekwencją katastrofalnych błędów wychowawczych ich rodziców. Rodzice są całkowicie bezradni wobec inności Elsy, boją się jej i postanawiają odizolować ją od całego świata. To strasznie niebezpieczna postawa, która położyła się cieniem na życiu obu ich córek. W filmie wyraźnie widzimy, do czego to doprowadziło.

Do tej pory rodzice nie odgrywali w filmach Disneya tak znacząco negatywnej roli. Jeśli popełniali błędy, to w którymś momencie przyznawali się do nich i postanawiali zmienić swoje podejście (jak choćby ojciec Arielki, ojciec Pocahontas). Rodzice Anny i Elsy nie dostają tej szansy, bo przed główną akcją filmu giną w tragicznych okolicznościach. Nie pojawia się też żadna refleksja na temat ich postępowania, żadna myśl w stylu "rodzice popełnili wiele błędów, ale kochali nas i chcieli dla nas dobrze". 

Czy pokazać "Krainę lodu" dziecku? Jak najbardziej! Ale przygotuj się na rozmowę o tym, że rodzice zawsze chcą dla dziecka tego, co najlepsze, ale nie zawsze dobrze im to wychodzi.

2. Skok przez płot (2006).


Żródło: Filmweb

Przepiękny i arcyzabawny film o grupie zwierząt żyjących w lesie i przez większość roku zajmujących się zdobywaniem zapasów na zimę :) Mimo mojej wielkiej miłości do tego filmu, muszę powiedzieć, że raczej polecałabym go starszym widzom niż dzieciom. Głównie dlatego, że dorośli po prostu docenią go bardziej. Jest nie tylko naszpikowany żartami przeznaczonymi dla dorosłych. Również humor sytuacyjny i postaciowy bardziej przemówi do dorosłych niż do dzieci. W barwnej galerii postaci pojawiających się w "Skoku przez płot" widzimy między innymi rodzinkę jeży z dwojgiem bardzo zaangażowanych rodziców, którzy starają się za wszelką cenę wychowywać troje swoich dzieci idealnie. Widzimy także konserwatywnego, zachowawczego ojca oposa i jego nastoletnią, odważną córkę, która bardzo kocha swojego tatę, ale uważa jego metody za trochę obciach. Widzimy wreszcie szorstką, samodzielną skunkskę, która w głębi serca marzy o prawdziwej miłości i porządnym facecie pozbawionym węchu. Warto wspomnieć również o głównej antagonistce, przedstawicielce świata ludzi, przewodniczącej komitetu osiedlowego. Jej obsesja na punkcie kontroli i porządku rozbawi niejednego widza. Myślę jednak, że przede wszystkim widza dorosłego.

Główny problem z tym filmem? Jest on wręcz hymnem pochwalnym na cześć niezdrowego, śmieciowego jedzenia. Nasze urocze zwierzaczki zajadają się radośnie chipsami, ciasteczkami, pizzą. Próba zaproponowania czegoś zdrowego zamiast chipsów jest w filmie sceną humorystyczną. Zdrowe jest może i zdrowe, ale na pewno nie tak smaczne.

Muszę przyznać, że ilekroć oglądałam "Skok przez płot" (a oglądałam kilka razy, bo to świetny film), za każdym razem robiłam się głodna.  Co prawda zamiast chipsów wybierałam zazwyczaj kanapki, ale rozumiecie sami. To jest strasznie sugestywne. Ten film jest o jedzeniu, jedzeniu i jeszcze o jedzeniu.

Czy pokazać "Skok przez płot" dzieciom? Nie mam pewności. Jest szansa, że zachwycą się uroczą wiewiórą, jeżykami i innymi zwierzątkami, wydaje mi się jednak, że starszy widz po prostu bardziej doceni ten film.

3. Auta 2 (2011).


Źródło: galeriaplakatu.com

Dzieci kochają serię o Zygzaku McQueenie :) Widzę to zwłaszcza po naszym siostrzeńcu. Zygzak wraz z kumplem Złomkiem to jego ukochani bohaterowie od lat. Myślę, że żaden małoletni pasjonat samochodów nie pozostanie obojętny wobec serii o autach.

Kontynuacja przygód Zygzaka jest zupełnie innym filmem niż pierwsza część. W pierwszych "Autach" mamy dość typowo disneyowską historię o nieco pyszałkowatym gwiazdorze, który pod wpływem nowego otoczenia zupełnie zmienia swoje nastawienie i staje się lepszym... samochodem. Druga część natomiast to raczej film szpiegowski nawiązujący do zupełnie dorosłych produkcji o tajnych agentach. 

Problem z tym filmem? Cóż, jest w nim zawarta bardzo brutalna scena. Jeśli uświadomimy sobie, że samochody są w tym filmie bohaterami w zasadzie ludzkimi, mają ludzkie emocje i zachowania, to musimy zdać sobie sprawę z tego, że scena pokazująca okrutne tortury i ostatecznie zamordowanie jednego z drugoplanowych bohaterów jest tak naprawdę... właśnie tym. Sceną tortur i morderstwa w filmie dla dzieci. Gdyby nakręcono film z identycznym scenariuszem, ale zamiast aut wystąpiliby w nim ludzie, nikt nie pozwoliłby na pokazywanie tego filmu dzieciom.

Czy pokazać "Auta 2" dzieciom? Jeśli Twoje dziecko już zdążyło pokochać pierwszą część "Aut", to pewnie nie masz wyjścia ;) Trudno mi powiedzieć, na ile ta scena poruszy Twoje dziecko. Każdy ma inną wrażliwość i wyobraźnię. Możliwe, że po obejrzeniu tej sceny potrzebna będzie rozmowa, i raczej nie będzie to rozmowa łatwa.

4. Film o pszczołach (2007).


Źródło: Filmweb

Nie dla dzieci, nie dla dzieci, nie i koniec. W zasadzie nie wiem, dla kogo jest ten film. Dla dorosłych jest zbyt infantylny, dla dzieci się nie nadaje. Chyba najbardziej spodoba się nastolatkom w tym niezbyt mądrym wieku, których wielce rozbawi fakt, że usłyszeli taaakie słowa w kreskówce.

Problem? Niejeden. Brzydkie słowa użyte jakoś zupełnie bezmyślnie, aluzje seksualne, zamiast wspomnianych przeze mnie wcześniej mrugnięć okiem do dorosłego widza mamy po prostu co chwilę rubaszny rechocik, odnoszący się na przykład do tego, że hahaha, misie lubią dzieci.

Niektórzy zarzucają temu filmowi również propagowanie zoofilii, ale moim zdaniem to trochę zbyt daleko idące wnioski. Mimo wszystko, mowa tu przecież o bajce. Romantyczna relacja ludzkiej kobiety z pszczołą nie zasługuje chyba na aż tak poważne traktowanie.

Czy pokazać "Film o pszczołach" dzieciom? Jeśli Twoje dziecko lubi pszczoły, pokaż mu lepiej "Pszczółkę Maję".

5. Gdzie jest Dory (2016).


Źródło: Filmweb

Mam mieszane uczucia. Pierwsza część tej historii, "Gdzie jest Nemo?", to jedna z najbardziej uroczych animacji, które powstały współcześnie. Przepiękna wizualnie, z wyrazistymi postaciami, które bawiły wtedy, kiedy trzeba, a wzruszały wtedy, kiedy trzeba, z wspaniałym przesłaniem zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców, z cudownie rozegranym wątkiem nadopiekuńczego ojca, do którego w końcu dociera, że nie doceniał możliwości swojego syna, bo za bardzo się o niego bał. I w tym wszystkim jest też postać Dory, uroczej i pełnej ciepła rybki cierpiącej na zanik pamięci krótkotrwałej. Wątek Dory ma zdecydowanie wydźwięk humorystyczny, niemal każdy dialog z jej udziałem wywołuje u widza szczery śmiech. Jednak to właśnie Dory uświadamia Marlinowi popełnione przez niego błędy i pomaga mu odbudować relację z synem. Jest wierną, wspierającą, zawsze pełną optymizmu przyjaciółką.

No i ktoś chyba musiał powiedzieć twórcom "Gdzie jest Nemo?", że potraktowali temat choroby Dory zbyt lekko.

"Gdzie jest Dory" to już zupełnie inny film. Dory już nie jest zabawna. Jest biedną, chorą rybką zupełnie zagubioną w otaczającej ją rzeczywistości. Kwestie wypowiadane przez Dory już nie śmieszą. Teraz po prostu jej współczujemy.

Może tak jest lepiej. Bardziej poprawnie politycznie. Ale wydaje mi się, że w efekcie powstał film trochę zbyt poważny, przejmujący, i co tu dużo mówić, po prostu nudny.

Czy pokazać "Gdzie jest Dory" dzieciom? Raczej tym starszym. Młodsze niewiele z tego filmu zrozumieją.


Następne pięć filmów w następnym wpisie, czyli pewnie gdzieś za tydzień ;) Możecie podsuwać mi propozycje, o jakich filmach warto wspomnieć, na pewno wezmę je pod uwagę!

Wcześniej pisałam też o "Shreku", "W głowie się nie mieści" i o "Małym Księciu" :)



wtorek, 2 maja 2017

Siedem głów, cztery ogony, czyli: jak nie dostać kota, gdy masz w domu koty.


Fot. Monia Dębowska
Pisałam o tym już kiedyś, ale mogło Wam umknąć: jest nas siedmioro pod jednym adresem. Z czego element ludzki jest tu w mniejszości. I tak też się nieraz czuje; jak ta uciśnięta nieco mniejszość, zwłaszcza w nocy, gdy chce się pójść do łazienki, a nie można, bo zwierzątka się obudzą... Na ogół jednak element ludzki i element zwierzęcy żyją ze sobą w zupełnie rozsądnej relacji, o której chętnie Wam opowiem.

Mieć koty i mieć dziecko.


Mam wrażenie, choć może trochę upraszczam, że są dwie grupy właścicieli zwierząt domowych: ci, którzy najpierw mieli dzieci i dopiero później przygarnęli zwierzaka oraz ci, którzy najpierw mieli zwierzęta, a później dziecko. My należymy do tej drugiej grupy. Lata temu, zanim w ogóle przyszło nam do głowy, że moglibyśmy kiedyś zostać rodzicami, zdecydowaliśmy, że zamieszka z nami kotek -  chudziutka, biała kupka nieszczęścia wzięta ze schroniska. Podpisaliśmy z fundacją, która się nią opiekowała, umowę adopcyjną. Słyszycie, jak to brzmi? Adoptowaliśmy kicię. To ona była naszym pierwszym oczkiem w głowie, to ją tuliliśmy, nosiliśmy na rękach, karmiliśmy, czuwaliśmy nad jej snem i uspokajaliśmy, gdy płakała. Ona uczyła nas odpowiedzialności, gdy nie mogliśmy już tak po prostu jechać na weekend w góry bez zatroszczenia się o to, co w tym czasie będzie robił kot. Ale uczyła nas też bezwarunkowej miłości i oddania. Cieszyliśmy się, gdy przybierała na wadze, zdrowiała, robiła postępy, uczyła się nowych rzeczy. Rok później przygarnęliśmy kolejne dwa kociaki i odtąd obserwowaliśmy dzień po dniu, jak nasza kocia rodzina buduje relację - najpierw z mieszaniną ostrożności, strachu i ciekawości, potem poprzez zabawę do wzajemnej troski i miłości. Obserwowaliśmy z uwagą, jak nasze podopieczne radzą sobie z przeprowadzką, jak odnajdują się w nowym miejscu i na nowo porządkują sobie role w kociej hierarchii. Jakiś czas później zastanawialiśmy się, jak zareagują na pojawienie się psa. Jeszcze później - rok później - zastanawialiśmy się, jak zareagują na dziecko.

Co próbuję powiedzieć? Że dylemat co zrobimy ze zwierzętami, gdy pojawi się dziecko nigdy tak naprawdę nie istniał. One są tu u siebie. Od momentu, gdy stawialiśmy pierwsze kroki w naszym domu, nasze koty były jego domownikami. Wątpliwości, czy zdecydujemy się być nadal opiekunami naszych kotów, nigdy się nie pojawiły. Tu nie ma miejsca na takie wątpliwości.

Co nie znaczy, że nie mieliśmy obaw.


Obaw było całkiem mnóstwo. Nasze koty mają swój charakter, bywają głośne, absorbujące. To nie są ciche, niewidzialne mruczki leżące sobie gdzieś na szafie, oj nie! Nasze koty przytulają się do nas, przychodzą do nas, wskakują na kolana, nieraz włażą na głowę - dosłownie i w przenośni... Czy będą włazić na dziecko? Co będzie, jeśli podrapią dziecko albo je przyduszą? Czy będą o niego zazdrosne? Czy z nim też będą walczyć o to, kto jest w domu najważniejszy? Rodzina jeszcze podsycała nasze lęki, opowiadając mrożące krew w żyłach historie o dzieciach zagryzionych w łóżeczku, o strasznych chorobach przenoszonych przez koty... Jako że nasze trzy kłębki zaczęły mościć się w dziecięcym łóżeczku, kiedy tylko zostało ono rozstawione, byliśmy co najmniej zaniepokojeni nadchodzącymi zmianami.

Jak było naprawdę?


Naszym głosem rozsądku i jednocześnie wsparciem moralnym stała się moja serdeczna koleżanka Magda, autorka blogów Handmade by Taja oraz Różanecznik, matka dwojga pięknych dzieci i zarazem właścicielka dwóch dorodnych kocic. Z uśmiechem na ustach pokazała nam, jak u nich wygląda wspólne życie całej gromadki. Wytłumaczyła, że owszem, koty wchodzą do łóżeczka, ale dobrze wiedzą, że w łóżeczku jest dziecko, któremu nic nie może się stać. Że dzieci od małego przyzwyczajają się do zwierząt w domu, są na nie uodpornione, a przy tym mają więcej bodźców i szybciej się rozwijają. Pokazała nam, że da się pogodzić posiadanie kotów z opieką nad malutkim dzieckiem. Uspokoiliśmy się.

Jak było naprawdę? Okazało się, że nasze koty doskonale rozumieją, że w domu pojawił się mały człowiek. Widocznie rozumiały z naszego gadania o wiele więcej niż sądziliśmy. Interesowały się Robertem, ale zachowywały jednocześnie pełną ostrożność, nawet go nie dotykały. Dopiero po pewnym czasie zaczęły się o niego ocierać, a potem przytulać. Powoli, łagodnie sprawdzały, na ile mogą sobie pozwolić.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że koty nie interesowały się zabawkami Roberta. Byłam przekonana, że karuzelka z tańczącymi pluszakami będzie dla nich co najmniej ciekawym obiektem do upolowania, one jednak konsekwentnie ignorują ją od początku. Ani razu nie próbowały się nią bawić. Po prostu wiedzą, że to nie dla nich.

Fot. Monia Dębowska

Ważna sprawa!


Nie mam stuprocentowej pewności, co przesądziło o tym, że nasze koty tak mądrze przyjęły najmłodszego członka rodziny, ale jedna rzecz zasługuje na podkreślenie. Przez cały czas, zarówno przed pojawieniem się dziecka, jak i później, bardzo staraliśmy się pokazać im, że nadal są ważne i kochane. Nie przestaliśmy okazywać im czułości. Tłumaczyliśmy im, że pojawił się mały człowieczek, że jest bezbronny i potrzebuje dużo naszej uwagi, ale one w dalszym ciągu są naszymi ukochanymi kotkami i pod tym względem nic się nie zmienia.

Koty naprawdę dużo rozumieją. Są teorie, że rozumieją wszystko, ale czasem dla własnej wygody udają, że nie zrozumiały :)

Nasze koty nie są idealne i nie zawsze są grzeczne. Czasem się na nie złościmy. Czasem czujemy się bezradni, czasem pojawiają się problemy i szukamy rozwiązania. Ale nigdy nie myśleliśmy o tym, żeby się ich pozbyć. Z każdym problemem poradzimy sobie wszyscy w komplecie: my, ludzie, trzy koty i jeden pies (który w tym tekście został trochę pominięty, ale zapewniam, że jest równie wspaniały i kochany jak koty).

Na koniec w skrócie - garść przydatnych informacji:

  • Zwierzęta domowe stymulują rozwój dziecka, stanowią dla niego dodatkowy bodziec i zachęcają m.in. do szybszej nauki przemieszczania się - dziecko chce dogonić kotka ;)
  • Zagrożenie przenoszonymi przez koty chorobami właściwie nie istnieje w sytuacji, gdy koty są niewychodzące i zaszczepione. Oczywiście, pewne środki ostrożności nie zaszkodzą - ja na przykład przez całą ciążę nie dotykałam kuwety. Nie ma jednak sensu panikować.
  • Im wcześniej dziecko ma styczność z kotem, tym mniejsze ryzyko, że będzie na niego uczulone.
  • Koty żyją średnio koło 20 lat. Jest duża szansa, że będą towarzyszyć dziecku przez cały okres dzieciństwa i dorastania.
  • Zawsze warto pamiętać o sterylizacji kotów. One wcale nie potrzebują mieć potomstwa, nie czerpią radości ze spółkowania (dla kotek jest to przede wszystkim ból!), nie czują się okradane z "daru posiadania dzieci".
  • W schronisku jest pełno potrzebujących kotów i psów. Zwierzę wzięte ze schroniska przywiązuje się bardzo mocno do człowieka, który je przygarnął i oddaje mu całe serce. Czasem mam wrażenie, że nasza Molly ciągle stara się nam podziękować za to, co zrobiliśmy siedem lat temu :)
  • Kot przywiązuje się do człowieka równie mocno jak pies. Rozstanie z bliską osobą sprawia, że kot cierpi i może stracić chęć do życia.
Fot. Monia Dębowska
Autorką zdjęć naszych kotów jest Monia, która prowadzi blog Kolory życia.