Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2022

Grudzień z sześciolatkiem i czterolatkiem

Taki wspaniały tort urodzinowy zapewniła nam sala zabaw DODO :)

Tuż przed świętami zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy, trochę zestresowana, bo w moich dokumentach brakowało jednej zgody, którą powinnam podpisać jako mama dziecka do lat czterech. Przez chwilę i mnie udzielił się niepokój; miałam bardzo mało czasu na dostarczenie zgody! Potem mnie olśniło. Oddzwoniłam i powiedziałam, że zgoda nie będzie potrzebna, bo nie jestem już mamą dziecka do lat czterech. Michał skończył przecież niedawno cztery lata. A dwa tygodnie później Robert skończył sześć.

Końcówka roku przyniosła nam nie tylko bajecznie kolorową jesień, wyjątkowo śnieżny grudzień i... choroby, ale też dużo okazji do świętowania. Jak co roku, urządziliśmy łączone przyjęcie urodzinowe dla rodziny - z podwójnym tortem i prezentami dla obu chłopców. Oprócz tego Michaś miał swoje własne, kameralne przyjęcie z nieco mniejszym tortem i prezentami, a Robert - imprezę dla kolegów w sali zabaw DODO, w której bawił się już rok temu.

Czterolatek

Początkowo w ogóle nie chciał tortu i prezentów :) Aż wreszcie odkrył, jaką frajdę sprawia mu zdmuchiwanie świeczki. Spodziewałam się tego, odkąd widziałam, jak bawił się z Robertem w strażaków na jednym z moich spotkań autorskich i gasił wszystkie świeczki w zasięgu wzroku!

Michał jest jak kot - chodzi swoimi drogami i niełatwo go przekonać do zmiany zdania. Dysponuje też iście kocim urokiem osobistym, a jego ulubioną czynnością jest przytulanie. Słodka prośba "Przytulić!" to chyba najczęstsze słowo, jakie słyszę z jego ust.

Sprawia wrażenie młodszego gdzieś o rok. Jest nieduży, wypowiada się w sposób mocno uproszczony, ale też ujmujący: dziękuję, proszę bardzo, przepraszam, dzień dobry, wesołych świąt. Śmieje się całą buzią, całym sercem :) A gdy płacze, zasłania oczy rączkami. Gdy śpi, wydaje się najbardziej niewinną i dziecięcą istotą na świecie.

Uwielbia śpiewać i tańczyć. Kiedy śpiewa ulubione piosenki, w jego dużych niebieskich oczach widać zaangażowanie i powagę. Nie lubi tłumu. Jeden, najwyżej dwóch towarzyszy do zabawy to dla niego wystarczająca ilość. Gdy wokół jest dużo dzieci, on bawi się raczej osobno, znajduje sobie własne zajęcie. Zachwyca się przyrodą, listkami, kamykami, śniegiem. Kocha zwierzęta, ostatnio jego ulubieńcami są pingwinki :) Żebyście widzieli, jak rozjaśnia się jego buzia, gdy o nich mówi!

Powoli przekonuje się do prac plastycznych, które nigdy nie należały do jego ulubionych zajęć. Za to godzinami mógłby układać puzzle! Czasem potrafi się dzielić zabawkami, częściej jednak powtarza "to moje". Nie każdemu się to podoba... Ja jednak podchodzę do tego ze spokojem i tłumaczę sobie - i rodzinie - że czteroletnie dziecko ma jeszcze czas, by się tego nauczyć.

Zdecydowanie największą rewolucją w tym roku było pożegnanie pieluchy. Trwało długo, zajęło nam grubo ponad rok, wiązało się z leczeniem zaparć nawykowych, konsultacjami z licznymi pediatrami i dwoma psychologami dziecięcymi, badaniami krwi oraz USG i eliminowaniem najróżniejszych podejrzeń. Na pewno ten trudny czas odcisnął swój ślad na Michałku, ale wierzę, że za kilka lat pozostanie tylko wspomnieniem.

Zaledwie kilka tygodni później nadeszła kolejna zmiana - i nocnik poszedł w odstawkę :) Michaś, który ewidentnie stara się nadrobić stracony czas, twierdzi teraz, że nocnik należy do Roberta! On sam, jako duży chłopak, korzysta przecież z nakładki na muszlę klozetową.

Sześciolatek

Robert ma w zeszycie szkolnym obrazek, który zgodnie z poleceniem wychowawczyni może kolorować po kawałku, odpowiednio do ilości minut poświęconych na naukę samodzielnego czytania. Mógłby już spokojnie pokolorować sporą część obrazka... Ale nie ma na to ochoty! O wiele łatwiej zachęcić go do czytania niż do kolorowania.

Chętnie natomiast rysuje mapy skarbów, różne laurki i zagadki dla nas, dawniej również gry planszowe. Lubi też zgadywanki, grę w skojarzenia oraz zadania matematyczne. W odróżnieniu od Michała, niechętnie bawi się sam, nawet teraz zagaduje mnie dosłownie co chwilę :)


Robert poszedł w tym roku do zerówki. Ciągle mam wrażenie, że przyzwyczaił się do tej zmiany znacznie szybciej niż my, rodzice! W świecie moich wspomnień z dzieciństwa zerówka to po prostu przedszkole, czas zabawy i co najwyżej jakichś elementów nauki. Zaskoczyły mnie zadania domowe, zeszyty ćwiczeń, teczki, piórniki... Mój mały synek z dnia na dzień stał się uczniem! Cieszę się, że tak dobrze się odnajduje w tej roli, nie tracę jednak czujności - wiem, że potrzebuje wsparcia.

Jest bardzo mądry i wygadany. Pamiętam czasy, kiedy cieszyło nas każde wypowiedziane przez niego słowo czy zdanie - teraz zdarza się, że wzdychamy z ulgą, gdy nasz sześciolatek na chwilę milknie :D Ale lubię z nim rozmawiać. Rozumie bardzo dużo, czasem wydaje mi się wręcz, że za dużo. Nieraz mówi do mnie wieczorem: "Wiem, że jesteś zmęczona. Wiem, że nie masz siły". Albo przynosi mi nauszniki - słuchawki - żebym miała ciszę i spokój. Potrafi też bezbłędnie mnie rozbroić - wystarczy, że zaproponuje przytulaska :) Jest w tym mistrzem, podobnie jak Michaś!

Nadal jest bardzo troskliwym starszym bratem, choć często sprzecza się z Michałkiem - głównie z powodu wspomnianej wcześniej niechęci Michasia do dzielenia się zabawkami ;) Regularnie jednak powtarza, że go kocha i okazuje mu czułość i zainteresowanie. Kocha zresztą całą rodzinę - "bardziej niż całe swoje serce", jak to niedawno powiedział.

Ma niezwykłą wyobraźnię. Często opowiada nam historie jakby z innego życia albo sprzed narodzin. Mówi, jak nas wybrał, żebyśmy byli jego rodziną, i że pamięta mnie z czasów, kiedy byłam mała. Lubię słuchać tych opowieści, choć zdarza się, że wywołują u mnie frustrację. Ale wiem, że zasługują na uwagę i szacunek. Może kiedyś Robert zostanie pisarzem, jak jego mama?

Życie z nimi dwoma...

...to niezwykła przygoda, która dostarcza mi każdego dnia mnóstwa wzruszeń i sprawia, że moje matczyne serce rośnie :) Choć czasem myślę, że przez nich osiwieję! Ale gdy obserwowałam ich, jak świetnie się bawili z innymi dziećmi podczas przyjęcia urodzinowego, czułam, że teraz już tak będzie coraz częściej. Chłopcy dorastają, nie będą już tak często potrzebowali mojej asysty. Czas pieluch, noszenia, karmienia już minął. Przed nami nowe wyzwania. 


poniedziałek, 11 kwietnia 2022

"10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego" Marzeny Żurek - recenzja przedpremierowa!

Uwielbiam polecać Wam wartościowe książki. A już szczególną przyjemność mam wtedy, gdy mogę Wam polecić wartościową książkę napisaną przez autorkę, którą znam i lubię. Tak jest właśnie w tym przypadku :)

Marzenę Żurek poznałam ...dzieści lat temu, gdy obie byłyśmy nastolatkami. Już wówczas uważałam się za pisarkę, a w mojej głowie powoli zaczynała kiełkować opowieść, którą spisałam znacznie później, i która niedługo będzie mieć swoją premierę. O twórczości Marzeny natomiast nie wiedziałam nic, zupełnie nic. Dowiedziałam się dopiero dwa lata temu, gdy Marzenka wysłała mi jeden z wierszy o Tobim, kotku na schwał. Od tamtej pory śledzę z fascynacją i podziwem jej drogę pisarską, jej relacje ze spotkań autorskich i wszystkie fantastyczne działania, które podjęła, by kotek Tobi dotarł ze swoimi mądrymi radami do jak najszerszego grona młodych odbiorców.

Uroczy, puchaty kot (narysowany w mój absolutnie ulubiony sposób, czyli zero karykatury, a samo kocie piękno!) i mądre porady dotyczące zdrowego odżywiania się i trybu życia - co za doskonałe połączenie! Wyrazista, łatwo zapamiętywalna postać Tobiego z miejsca zdobędzie uwagę tych czytelników, których twarz rozpromienia się na widok kociej mordki. Porady napisane prostym językiem, ilość tekstu, która nie przytłacza, a dzięki rymom łatwo wpada w ucho - to idealny sposób, by trafić do dziecięcego odbiorcy :) Niewątpliwie pomysł Marzeny się sprawdził, i dlatego dzielny Tobi doczekał się kolejnej książki, w której dzieli się z dziećmi swoją mądrością. Nosi ona tytuł: "10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego".

O ile pierwsza część, czyli "Żywieniowe przygody Tobiego..." skupiała się na kwestiach dotyczących zdrowej diety, "10 czynności..." porusza nieco szerszą tematykę. Rymowane porady Tobiego dotyczą tutaj takich kwestii jak higiena osobista, znaczenie sportu i ruchu w codziennym rytmie, rola odpoczynku i snu, a także oczywiście - zdrowe posiłki spożywane o odpowiednich porach.

Tobi przygląda się porządkowi dnia, od śniadania zjedzonego z samego rana (to ważne, by o nim nie zapominać!), poprzez poranną higienę, obowiązki szkolne, aż po wieczorny odpoczynek i kolację zjedzoną 2 godziny przed dobrym i zdrowym snem. Myślę, że całkiem sympatycznym pomysłem byłoby spróbować spędzić cały dzień, stosując się dokładnie do wytycznych Tobiego - zresztą, kto mówi o jednym dniu? Gdy młody czytelnik zaprzyjaźni się z psotliwym kotkiem i zaufa jego mądrym radom, może się okazać, że zacznie pilnować zasad higieny i stałych pór posiłków bardziej niż kiedykolwiek - bo Tobi tak powiedział. Pamiętam z mojego dzieciństwa, a teraz widzę to samo u moich dzieci - że celne stwierdzenia płynące z ust postaci z bajek wielokrotnie zapadają w pamięć mocniej niż uwagi pań w przedszkolu. Nie od dzisiaj wiadomo, że nauka staje się bardziej efektywna, gdy jest związana z zabawą i rozrywką. Tobi wydaje mi się idealną postacią do roli mądrego przewodnika po zdrowym życiu, takiego, który jednocześnie uczy, bawi i zachwyca swoim nieodpartym kocim urokiem.

Dodam, że niemal na każdej stronie znajdują się proste i zabawne ilustracje z Tobim, wykonane przez Martę Raźniewską. Mam wrażenie, że nie tylko dzieci, ale też całkiem dorośli miłośnicy kotów będą mieli sporo frajdy z ich oglądania!

Książkę zamyka wspaniały bonus dla całej rodziny: gra planszowa! Ucieszyłam się ogromnie na jej widok, bo mój Robert przeżywa właśnie etap fascynacji grami planszowymi. Gra "Kraina pokus" zaproponowana przez Marzenę Żurek polega między innymi na jedzeniu pysznych warzyw i owoców, na odpowiadaniu na proste pytania (np. wymień pięć czerwonych warzyw) i wykonywaniu prostych ćwiczeń, bo w końcu w zdrowym ciele zdrowy duch! Jestem przekonana, że dzieci będą się przy niej świetnie bawić, a spożycie warzyw i owoców w domu wzrośnie, oj, wzrośnie :)




Czy widzę jakieś minusy? Może jeden: pierwszy wierszyk, poświęcony samej postaci Tobiego i opisywaniu, jaki z niego piękny kot, wydaje mi się dosyć długi. Takie rozwiązanie ma oczywiście swoje zalety, dziecięcy czytelnik zdoła się dzięki niemu bardziej przywiązać do postaci kotka i z tym większą przyjemnością będzie czytać, co czarujący Tobi ma do powiedzenia. Ale ja, dorosły czytelnik, czekałam z pewną niecierpliwością, kiedy Tobi skończy opowiadać o sobie i przejdzie do rzeczy ;)

Nie jestem też wielką fanką ilustracji przedstawiającej wirusy i bakterie ;) Ale to jest tylko i wyłącznie kwestia moich osobistych preferencji. Zauważyłam, że taki trend - pokazywania małych stworków, które trzeba wyeliminować - jest ogólnie bardzo modny w różnych bajkach zachęcających dzieci do dbania o higienę. Widocznie to po prostu się sprawdza. Dodam też, że w wykonaniu Marty Raźniewskiej nawet te nieszczęsne wirusy i bakterie prezentują się całkiem niebrzydko i niestrasznie!

Komu polecam "10 czynności dla zdrowotności"?

- rodzicom, którzy lubią czytać dzieciom na głos, a przy okazji chcą, żeby lektura miała walory edukacyjne,

- kociarzom, którzy chcą popatrzeć na ładne i zabawne obrazki z kotkiem w roli głównej,

- w zasadzie każdemu, kto potrzebuje pewnego przypomnienia zasad dotyczących zdrowego trybu życia, 

- dzieciom, dzieciom, dzieciom. Książka adresowana jest raczej do dzieci szkolnych, mniej więcej 1-2 klasa podstawówki, odnoszę jednak wrażenie, że przedszkolaki też będą się przy niej świetnie bawić i zrozumieją zawarty w niej przekaz.

Czekam z niecierpliwością na premierę! Dam Wam znać, kiedy "10 czynności... " będzie dostępne w sprzedaży!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki przed premierą bardzo dziękuję autorce, Marzenie Żurek.



piątek, 4 lutego 2022

Kwarantanna i cytryny



Wszystko jest po coś. Wszystko dzieje się w jakimś celu.

Nie jestem wielką zwolenniczką poglądu, że cierpienie uszlachetnia (jeśli uważacie mnie za taką - cóż, możliwe, że macie nieaktualne dane). Niezmiennie jednak wierzę, że nic się nie dzieje bez przyczyny i z tych cytryn, które czasem zsyła nam los, zawsze można zrobić pyszną lemoniadę. Albo chociaż cytrynówkę.

We wtorek późnym wieczorem dowiedzieliśmy się, że jedno z nas miało bliski kontakt z osobą zarażoną wirusem. Nie sądziłam wtedy, prawdę mówiąc, że skończy się to kwarantanną. Oboje czuliśmy się dobrze, choć na samą wieść o tym, że mogliśmy się zarazić, zaczęliśmy zauważać u siebie najróżniejsze objawy :D Bardziej niż ewentualną chorobą stresowaliśmy się perspektywą zapisu na test i czekania w kolejce. Udało nam się załatwić sprawę bez większego trudu. W środę po południu byliśmy już po teście i spokojnie czekaliśmy na wyniki, przekonani, że lada chwila będziemy mieli to z głowy. Stało się jednak inaczej.

Cytryny

Korona długo nas omijała, albo raczej my ją omijaliśmy. Stosowaliśmy się do zaleceń, choć też nie zachowywaliśmy ostrożności większej niż ta, której od nas wymagano. Po dwóch latach od wybuchu pandemii potrzebowaliśmy po prostu normalnego życia. Spotkań ze znajomymi, zakupów, spacerów, wypadów na miasto, sporadycznych wycieczek. Wiadomo, bez szaleństw - nie jesteśmy imprezowiczami, mamy dzieci, pracę, większość popołudni i wieczorów i tak spędzamy w domu. Czy można było uniknąć zarażenia? Szczerze wątpię, gdy patrzę na to, ile osób w naszym otoczeniu choruje. Musielibyśmy chyba naprawdę nie ruszać się z domu.

Zatem teraz nie ruszymy się przez długi czas - przez dwa i pół tygodnia. Mogłoby być krócej, gdybyśmy po dziesięciu dniach zabrali chłopców na test. Jednak nie wyobrażam sobie, żebym miała zawieźć pięciolatka i trzylatka (zwłaszcza trzylatka!) na pobranie wymazu z nosa, co nawet dla dorosłej osoby jest nieprzyjemnym badaniem. Tylko po to, żeby zyskać kilka dni? Nie ma takiej opcji! Nawet mój przełożony zgodził się ze mną w tej kwestii.

Odwołałam wszystkie plany na najbliższe dni. W tym badanie lekarskie, na które się czeka, sesję zdjęciową, spotkanie z dawno niewidzianą rodziną. Nie odwołałam planów związanych z pisaniem i wydaniem mojej serii, choć wywiązanie się z terminów będzie teraz o wiele trudniejsze. Wierzę jednak, że dam radę.

Lemoniada

To pierwsza moja kwarantanna - i oby ostatnia! Ale jeśli chodzi o siedzenie w domu z dziećmi, mam już pewną wprawę. W końcu za nami już dwa lockdowny. Pierwszy był szokiem, na drugi byliśmy już nieźle przygotowani. Z obu wyszliśmy zwycięsko, zmęczeni, ale też wzbogaceni o dobre wspomnienia i nowe umiejętności. Tak też będzie tym razem.

Mamy czego się uczyć. Michał nadal przekonuje się do nocnika, korzysta z niego coraz częściej, ale pielucha nadal jest w użyciu. Mam nadzieję, że przed końcem kwarantanny to się zmieni. Z Robertem na pewno poćwiczymy czytanie i pisanie. Zapowiada się ładna pogoda, więc będziemy często wychodzić do ogrodu. Tym razem zostajemy w domu w czwórkę, więc mąż będzie mógł spędzić z nami więcej czasu, będę miała też więcej chwil tylko dla siebie. Przeznaczę je na pisanie i przygotowanie pierwszego tomu serii do wydania.


Czy się boję? Oczywiście. Boję się frustracji, tego, że będziemy nerwowi i przemęczeni, że poczujemy się gorzej... Boję się kolejnej długiej przerwy w pracy, nie wątpię, że powrót będzie trudny. Boję się, że ominie nas sporo ciekawych okazji, że urodziny spędzone w czterech ścianach będą dość przygnębiające... Ale poradziliśmy sobie już z większymi wyzwaniami. Wierzę, że czekają nas dobre dni :)

czwartek, 2 grudnia 2021

Trzylatek i jego garaż, czyli: trochę o prezentach i dużo o miłości


Budzę się rano z przerażeniem, z poczuciem, że czegoś ważnego nie zrobiłam i nie dopilnowałam i ogólnie, zawaliłam jako matka. Gdy zaczyna się dzień i jesteśmy po śniadaniu, to uczucie jeszcze się wzmaga. Wiem, że moje oczy są ogromne i widać w nich popłoch, gdy przyglądam się zabawie chłopaków. Czuję, że spokój i harmonia nie potrwają długo, że za chwilę rozpęta się tutaj małe piekiełko, a pamięć o nim przetrwa lata i wypłynie kiedyś na jakiejś kozetce u jakiegoś psychologa, który pomoże mojemu synkowi uporać się z traumami z dzieciństwa.

Mina i gesty Michałka, jego niecierpliwie wyciągnięte rączki już zdradzają, co za chwilę się wydarzy. Robert składa z tatą swój nowy, wspaniały zestaw Lego City, a Michał przez dłuższy czas ogląda ich poczynania jak interesujący spektakl, widać jednak, że tę milczącą fascynację powoli zastępuje chęć, by włączyć się do zabawy. A na to Robert nie pozwoli. Choć jest troskliwym starszym bratem i chętnie się dzieli, to jednak nowe Lego City to nowe Lego City. Nie jest do podziału.

Mój mózg aż huczy, gdy obmyślam strategię: czym by tu zająć Michałka? Jednocześnie mam świadomość, że to prawdopodobnie nie zadziała. Michał jest dzieckiem, którego uwagę ciężko odwrócić, gdy skupi się na określonej zabawie czy czynności. Sztuczki, które sprawdzały się w przypadku Roberta, nie działają na niego. Jeśli się uprze, by bawić się zestawem, prawdopodobieństwo, że za chwilę zobaczymy zapłakaną buźkę (a nawet dwie, bo dla Roberta też będzie to trudna sytuacja) jest niemal stuprocentowe.

Nie za dobrze to wyszło, prawda? A nie wiecie jeszcze wszystkiego...

Ta sytuacja miała miejsce w dniu urodzin Michałka. Tak, dobrze czytacie, Michałka.

Rzecz jasna, nikt nie zrobił tego celowo. Po pierwsze, przyjęcie urodzinowe chłopaków - wspólne, bo w końcu obchodzą urodziny w odstępie dwóch tygodni - jest zaplanowane na inny dzień. To nie znaczy, że zamierzaliśmy całkowicie zignorować fakt, że mamy 28 listopada i trzy lata wcześniej wydarzyło się coś bardzo wyjątkowego... Niemniej, huczna impreza z mnóstwem prezentów nie była na ten dzień przewidziana.

Zestaw Lego pojawił się w naszym domu dzień wcześniej, wypatrzył go Robert podczas wspólnych zakupów, kiedy szukaliśmy czegoś zupełnie innego. Z ręką na sercu, rozejrzałam się wówczas za prezentem także dla Michałka, jednak nie znalazłam niczego równie atrakcyjnego, dostosowanego do jego wieku i etapu rozwoju. Wszystko wydawało się albo za proste, albo zbytnio zaawansowane i łatwe do pogubienia. Później, w innym sklepie, byliśmy już wszyscy zbyt zmęczeni, żeby rozglądać się za prezentami, pojechaliśmy prosto do domu.

Nikt nie zrobił tego specjalnie, ale faktem jest, że w dniu własnych trzecich urodzin Michał przyglądał się, jak jego starszy brat bawi się swoim pięknym, nowym prezentem.

Kiedy już przestałam wyzywać się w myślach od wyrodnych matek i zaczęłam szukać rozwiązania, w mojej głowie zapaliła się lampka. Mamy jeszcze książki! Z październikowych Targów przywiozłam sporo pięknych zdobyczy, niektóre z nich nadal czekały na swoją porę, by pokazać je dzieciom, i ta pora właśnie nadeszła. Czmychnęłam do pokoju na piętrze, korzystając z okazji, że obaj chłopcy nadal zachowywali się spokojnie. Duża, ilustrowana, ładnie wydana książka idealnie nadawała się na prezent. Do paczki dorzuciłam jeszcze autko, które kupiłam kiedyś "na wszelki wypadek", i voila - prezent gotowy! Pobiegłam z ozdobną torebeczką na dół.

Gdy już prawie ruszałam z interwencją, gotowa odwracać jego uwagę za pomocą książki i autka, okazało się, że Michał z najszczerszą radością i skupieniem bawi się... pudełkiem po prezencie Roberta. Zrobił sobie z niego garaż dla autek, pozwalał im jechać w górę i w dół. Chyba z godzinę nie zainteresował się niczym innym. Dopiero później odśpiewaliśmy mu "Sto lat" i wręczyliśmy właściwy prezent.

Nie pierwszy raz jeden z moich synków pokazał mi, jaką radość może przynieść najprostsza rzecz - rok temu to Robert szalał z radości, że dostał pod choinkę autka i garaż. Oni dwaj są pod wieloma względami tak bardzo podobni do siebie, obaj równie pogodni, optymistyczni, kochający i dobrzy. Jednocześnie każdy z nich jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, a Michaś to już w ogóle chodzi własnymi drogami jak kot :)

W ostatnim czasie kilkakrotnie miałam okazję przekonać się, że te najprostsze, na pierwszy rzut oka niepozorne prezenty potrafią dać najwięcej radości. Na widok bogato zastawionych półek sklepowych przez chwilę dałam się zachłysnąć, szukałam tego, co najlepsze, najokazalsze, najbardziej nietypowe. Tymczasem mój młodszy synek ucieszył się z pudełka, starszy synek wolał prosty zestaw klocków od większego i bardziej skomplikowanego, mąż też bardzo docenił swój prezent imieninowy, choć zjeździłam pół Krakowa, by znaleźć dla niego coś większego i lepszego. To był chyba idealny moment dla mnie, teraz, na początku grudnia, by zauważyć, że czasami wcale nie chodzi o to, by było więcej, lepiej, na bogato. Cieszę się, że moi chłopcy o tym wiedzą. Oby pamiętali o tym jak najdłużej.

czwartek, 9 września 2021

Wdech, wydech i... wrzesień


Rzadko myślę o oddychaniu. Najczęściej wtedy, gdy z jakichś powodów mam z nim kłopoty - co, obawiam się, może mnie niedługo czekać, gdyż wrześniowe przeziębienie ewidentnie się na mnie czai. Czasami jednak myślę też o oddychaniu, gdy się relaksuję, albo wręcz przeciwnie - gdy intensywnie pracuję nad czymś. Oddech jest wtedy bardzo potrzebny.

Tym właśnie były dla mnie minione letnie dni: oddechem. Zarówno tym oddechem relaksu między codziennością, urozmaiceniem czasu dzielonego między pracę, pisanie i dom - jak i oddechem wspierającym działanie, dotleniającym mięśnie i pomagającym w osiąganiu celów.


Wdech, wydech, zachowaj spokój


Praca w sezonie letnim różni się od zwykłej, codziennej pracy w innych miesiącach tym, że ruch jest nieco mniejszy, bo klienci są na urlopach ;) Ale też nas, osób odbierających telefony, jest w tym czasie znacznie mniej. W dodatku często zdarza się, że brakuje kogoś z przełożonych, czasami kogoś, z kim chciało się ustalić coś ważnego... Będę wspominać pracę w lipcu i sierpniu jako stresujący czas, nie tyle za względu na rozmowy z klientami i wypełnianie obowiązków, co ze względu na kwestie organizacyjne, w których kilkakrotnie pojawiało się zamieszanie. Nieraz potrzebny był głęboki oddech, rozluźnienie i zrozumienie, że pomyłki się zdarzają, ale wszystko da się wyprostować, i na pewno nikt nie każe mi ponosić konsekwencji cudzych błędów.

Wdech, wydech, jak miło Was widzieć!


Od lewej: ja, Angela Węcka, Patrycja Żurek

Tegoroczne lato dostarczyło mi kilku cudownych okazji do spotkań z osobami, które poznałam dzięki działalności w grupach pisarskich. Pisałam Wam już o spotkaniu z Madką Roku i Weroniką Szelęgiewicz, niedługo później miałam też wielką przyjemność spędzić popołudnie ze wspaniałą Patrycją Żurek oraz z Angelą i Tomkiem Węckimi. A na początku sierpnia odwiedziła mnie moja pisarska bratnia dusza, Joanna Krystyna Radosz, autorka recenzowanych na tym blogu "Szkoły wyprzedzania" oraz "Czarnej książki. Zostać mistrzem". Przywiozła ze sobą słońce do deszczowego i podmokłego Krakowa, wzbudziła sympatię i zaufanie mojej rodziny włącznie z kotami, wręczyła cudne prezenty literackie z nie mniej cudnymi dedykacjami, grała z moimi dziećmi w kolory, zniosła dzielnie moje preferencje muzyczne, piła z nami kawę z prądem, czy raczej prąd z kawą, i w ogóle aż dziwnie pusto się zrobiło, gdy wyjechała... 
(Był taki moment, kiedy rozważaliśmy możliwość zaadoptowania Asi, ale wyszło nam, że różnica wieku między nami jest zbyt mała, by było to możliwe).

Wdech, wydech i znów masz kilka lat




Jest jedna mała wioska nad rzeką Bug, w województwie lubelskim, której potrzebuję jak powietrza. Gdy tam jestem, ładują się moje wewnętrzne baterie. Każdy zakątek, każdy mijany dom przywołuje wspomnienia i myśli sprzed lat, i nie myślę tu o kilku, nawet kilkunastu latach - ale wręcz o trzydziestu. Widzę je oczami dziecka, którym byłam. Gdy patrzę w wodę w miejscu, w którym pływałam co roku jako mała dziewczynka, a później dorastająca dziewczyna i młoda kobieta, dociera do mnie, że niektóre stare sprawy pozostają na zawsze młode ;)



Jednocześnie - jak długo osoba w moim wieku może czuć się jak dziecko i nie zmęczyć się tym uczuciem? Po około tygodniu brakowało mi jednak mojej dorosłości i samodzielności ;) Może główną przyczyną pewnego zmęczenia tymi wakacjami była pogoda, która w drugiej połowie sierpnia wyjątkowo nie dopisała. Przez dwa-trzy dni praktycznie w ogóle nie wychodziliśmy z domu. W pozostałe - chwytaliśmy każdą chwilę bez deszczu, żeby pójść na spacer!



Wdech, przepona, postaw dźwięk


Tegoroczne lato to również dwa występy sceniczne. Jeden w duecie z mężem na festynie we wspomnianej małej miejscowości, drugi w Krakowie z zespołem Genezyp Kapen. Ze śpiewaniem na scenie wiąże się kilka specyficznych odczuć. Pierwsze: że to kocham :) Drugie, jak bardzo to dla mnie ważne, by nie być samą na scenie. Kiedyś myślałam, że jestem typową solistką, jednak uwielbiam dzielić energię sceniczną z zespołem lub po prostu z drugą osobą. Trzecie odczucie: jak bardzo przy tym wszystkim, pomimo scenicznego makijażu i radości z przebywania na scenie, jestem jednak w pierwszej kolejności mamą. Do chwili, w której wezmę do ręki mikrofon, zastanawiam się nad tym, czy moje dzieci są właściwie zaopiekowane i jak sobie radzą beze mnie, po skończonym występie myślę o momencie, w którym będę ich tulić do snu. Nie da się przełączyć w głowie wajchy: teraz wokalistka, a dopiero za chwilę mama. Ta mama zawsze tam jest :)

Wdech, wydech i... pozwól mu rozwijać się w swoim tempie!




Letnie zabawy na placu zabaw dały nam sposobność, by przyjrzeć się interakcjom Michała z innymi dziećmi. Czasem pojawiał się niepokój. Nie powiem, spodziewałam się, że młodsze dziecko dwójki młodszych dzieci, artystycznych dusz i dziwaków, będzie raczej chodzić własnymi drogami niż brylować w społeczeństwie. Michał jest do tego nieduży i ma w sobie mnóstwo wręcz niemowlęcego uroku, chętnie tańczy i jest niezwykle muzykalny, a choć potrafi mówić całymi zdaniami, korzysta z tej umiejętności rzadko i na własnych zasadach. Bywa strachliwy, płaczliwy, trudny we współpracy. Gdybym nie wiedziała, ile ma lat, spokojnie uwierzyłabym, że jest nawet o rok młodszy!


Jestem daleka od wypowiadania się na temat charakteru takiego małego dziecka, niemniej wydaje mi się prawdopodobne, że Misio wyrośnie na artystę i outsidera. Możliwe, że się jeszcze zdziwię ;) Festyn go przytłoczył, podczas gdy inne dzieci bawiły się razem na placu zabaw, on trzymał się z boku, zwiedzał mało uczęszczane kąty. Trochę jak jego mama w dzieciństwie ;)

Obserwuję go uważnie, ale ze spokojem. Wiem, że czasem wystarczy poczekać, wziąć głęboki wdech, a za chwilę Michaś poczuje się pewniej i współpraca z nim będzie łatwiejsza. Pośpiech i nerwowość nie są dobrymi doradcami.

Wydech, napnij mięśnie, wdech, rozluźnij mięśnie


Wspomniałam Wam na początku roku, że - delikatnie mówiąc - nie jestem w swojej życiowej formie fizycznej? Cóż, mogę powiedzieć tyle, że od tamtego czasu nie odnotowałam zmiany na lepsze. Trochę wypierałam ten fakt (w czym wybitnie pomagały zdjęcia od czarodziejów fotografii, na których wyglądam jak bogini), trochę też podeszłam do samej siebie ze zrozumieniem - to nie jest dla mnie łatwy rok. Wszystko ma swój czas, bywa tak, że dbanie o siebie musi polegać na tym, że nie będziesz od siebie wymagać zbyt wiele i pozwolisz sobie na słabości.

Ale przyszła pora i na zmiany. Jestem na początku drogi, więc na razie nie ma sensu chwalić się rezultatami czy nowymi przyzwyczajeniami. Jedno mogę powiedzieć: jestem konsekwentna. Mam swój wyznaczony czas w ciągu dnia na ćwiczenia, mam w sobie dużo entuzjazmu i determinacji. Póki co, wierzę, że to wystarczy :)


Pamiętam, jak ładnych parę lat temu, ćwicząc, zrozumiałam tę prostą zasadę, że z prawidłowym oddechem można zrobić znacznie więcej. Można sięgnąć dalej, użyć większej siły, pokonać swoje ograniczenia. To nadal działa, i nie tyczy się tylko ćwiczeń. Działa w pracy, w kontaktach z ludźmi, gdy czasami pojawiają się wzajemne napięcia i frustracja. Działa na scenie, gdy wydobywam z siebie dźwięki. Działa przy wychowywaniu dzieci, gdy najprostszym rozwiązaniem problemu okazuje się chwila cierpliwości. Czasami wszystko, czego nam trzeba, to odrobina oddechu.



piątek, 16 lipca 2021

Kolorowe rozmowy w trawie

Do naszego ogrodu, tak zwanego drugiego (w odróżnieniu od pierwszego, mniejszego otaczającego dom), prowadzi furtka, którą z jednej strony oplata winogrono, a z drugiej strony róża. Wygląda jak przejście do książkowego tajemniczego ogrodu, i bardzo lubię to skojarzenie.

- Mamo, musimy zbierać malinki! Tylko uważaj, żeby nie zbierać mrówek - przestrzega mnie Robert z całą powagą czterolatka.

Robert przechodzi właśnie ten etap rozwoju, kiedy stopniowo uczy się akceptować małe żyjątka takie jak owady i pajęczaki. Nie powiem, żeby to był szybki proces, choć wydawałoby się, że dziecko od urodzenia wychowujące się na wsi będzie traktować muchy czy mrówki jako element codzienności. Ale cóż, na wszystko przyjdzie czas.

- Och, mrówka! Ojej, mrówka! Mamo, ty zbieraj malinki. - Po kilku bliskich spotkaniach z drapieżnikiem Robert postanawia ograniczyć się do samego dopingowania i zarządzania. - Tylko zbieraj czerwone, nie różowe! Świetnie ci idzie!

Jest upalny dzień, ale słońce schowało się litościwie, a liście i źdźbła trawy bujają się, kołysane przez delikatny wiatr. Coś w kolorze chmur i zapachu powietrza zwiastuje zbliżającą się burzę, ale nie śpieszy jej się zbytnio. Zanim spadną pierwsze krople deszczu, zdążymy zebrać jeszcze sporo malin.

- Mamo, patrz, motylek! Jaki biały!

Motylki należą do tej grupy owadów, których Robert się nie boi. Nic dziwnego, mają piękne skrzydła.

- Mamo, zobacz, ile borówek!

Rzeczywiście, na krzakach pojawiły się pierwsze dojrzałe borówki i całe mnóstwo niedojrzałych. Wyglądają jak wielobarwne korale.

- Zbierzmy tylko te niebieskie!

Zebraliśmy, wracamy do malin. Mrówka wspina się po mojej nodze, strącam ją dość energicznym ruchem.

- Mamo, nie bój się mrówek, one niegroźne. To nasi przyjaciele - stwierdza nieoczekiwanie mój dzielny syn.

- Masz rację, kochanie - przyznaję wzruszona.

- Zaproszę je do domu! 

W Robertowym rozumieniu świata zaproszenie kogoś do domu jest najwyższym wyrazem przyjaźni.

- To może niekoniecznie...

Znowu coś mi się wspina po nodze, zatrzymuje się pod kolanem, lekko wpija się w skórę. Przytomnie chwytam kleszcza w palce.

- Patrz, Robert, to jest kleszcz. - Pobieżnie oglądam synka, czy na niego nie wdrapał się jakiś nieproszony gość.

Robert wzdryga się, przestraszony.

- Mamo, tylko nie dawaj go na mnie!

- No coś ty, kochanie, oczywiście, że nie dam go na ciebie!

Pozbywam się ośmionożnego intruza w sposób, cóż, mało malowniczy, ale skuteczny.

- Mamo, kleszczyki to też nasi przyjaciele.

- O nie! - tym razem protestuję. - Kleszczyki nie.

Nadal siedzimy w trawie. Może i są tu mrówki i kleszcze, ale są też maliny, motyle, kwiaty i letni wiatr, a mój mały synek z opaloną skórą i krótko przystrzyżonymi jasnymi włosami cieszy się tą chwilą równie mocno jak ja.

- Mamo, patrz, motylek! - Pokazuje znowu. - Jest brązowy, wygląda jak czekolada!

Chwilo, trwaj. Jesteś magiczna.

Jakiś czas później wracamy do domu, żeby się umyć i zjeść zebrane owoce.




poniedziałek, 21 czerwca 2021

Tyle wiesz o sobie, matko, ile cię sprawdzono...


Czerwiec 2015. Z okazji urodzin męża wznoszę toast szklanką pomarańczowego soku. Picie alkoholu nie wchodzi w grę, bo kłóci się z naszymi staraniami o dziecko. Próbujemy od roku - dla niektórych dopiero, dla nas już od roku. Mam wrażenie, że połowa świata jest w ciąży, a druga połowa to tatusiowie (moje frustracje są zdecydowanie na bakier z matematyką i logiką), i tylko nam się ciągle nie udaje. Przyjaciele kibicują nam i są pod wrażeniem naszej wytrwałości. Niektórzy mówią nam, że już teraz jesteśmy wspaniałymi rodzicami dla tego dziecka, które kiedyś się pojawi.

Prawdę mówiąc - wtedy byliśmy chyba najlepszymi. Nie zdążyliśmy popełnić żadnych błędów ;)

Wiecie, rodzicielstwo przypomina trochę teleturniej w stylu "Postaw na milion". Kiedy zaczynasz, masz w garści fortunę. Potem z każdą błędną, nieprzemyślaną decyzją, z każdą nieostrożnością, niecierpliwością, przeoczeniem, masz tego kapitału trochę mniej, aż wreszcie zaczynasz się obawiać, czy dotrzesz do ostatniego etapu z jakąkolwiek kasą, a może nawet zastanowisz się, czy decyzja o wzięciu udziału była słuszna. 

Dobra wiadomość jest taka, że najprawdopodobniej wygrasz ten turniej. Ale nie wygrasz go z milionem w kieszeni. Pewną część złudzeń i obietnic trzeba oddać po drodze.

Czerwiec 2021. Miesiąc, w którym prawie nie widziano mnie (a raczej: nie słyszano) w pracy, bo oprócz dwóch dni, cały spędziłam na L4. Ktoś musiał zostać z chorymi dziećmi w domu. Już wiem, jak to jest - kochać swoje dziecko do szaleństwa, ale jednak czekać z utęsknieniem na chwilę, gdy pojedzie ono do przedszkola. Już wiem, że choć najpiękniejszym dźwiękiem na świecie jest dziecięcy śmiech, to niemal równie piękna jest cisza :)

Z mojego początkowego miliona została już znacznie mniejsza kwota. Już wiem, że słowo "nigdy" potrafi szybko stracić ważność. Już wiem, jak to jest krzyczeć na dziecko, widzieć smutek w jego oczach i krzyczeć nadal. I wiem, jakie to podłe uczucie, gdy dziecko mówi: "mamo, nie krzycz na mnie" - a jednocześnie, jaka to duma, że potrafi tak pięknie zawalczyć o siebie, nie boi się tego powiedzieć. 

Myślę, że to są emocje, na które nie da się przygotować. Można sobie wyobrazić bardzo wiele, ale nie to, że nagle zmienia się cała codzienność. Że dziecko nie przyjechało tu na kilka tygodni czy miesięcy, ale zostaje na stałe - także wtedy, gdy nie masz siły, chorujesz, coś cię boli, lub zwyczajnie masz ochotę poczuć się przez chwilę wolna i swobodna jak dawniej. Nie będziesz miała takich potrzeb? Wybacz, ale tego też nie jesteś w stanie sprawdzić :)

Czerwiec 2021. Po całym popołudniu spędzonym w ogrodzie wracamy do domu. Na kuchennym krześle wisi koc, chwilę wcześniej przyniesiony z ogrodu. Michał pociąga za koc. Choć jestem w kuchni tuż obok niego, nie zauważam momentu, w którym krzesło spada mu na stopę. Dopiero głośny płacz Misia uświadamia mi, co się stało.

Raz po raz przeżywam ten moment w myślach. Jestem mamą-sierotą, mamą-dzieckiem, mamą totalnie zagubioną i nieodpowiedzialną, która najbardziej chciałaby, żeby przyszedł ktoś dorosły i ogarnął ten chaos. Tylko że dorosłą, teoretycznie, jestem tutaj ja... W pierwszej chwili w ogóle nie zauważam, że coś się stało. Z pobłażliwym uśmiechem biorę synka na ręce, przygotowuję się do karmienia, w końcu nic tak nie uspokaja wystraszonego dziecka jak cyc pocieszacz. Potem czuję, że coś płynie mi po nodze.

Paznokieć u dużego palca cały czerwony. Na szczęście nie robi mi się słabo, może dlatego, że już kiedyś widziałam podobny uraz na własnej stopie. Ale i tak nie mam pojęcia, co robić. Przemywamy, staramy się zakleić, ale dziecko natychmiast zdejmuje opatrunek. Uspokajam go jak umiem, w końcu mi się udaje. Palec trochę puchnie, więc jedziemy na pogotowie. Misio zasypia w samochodzie. W szpitalu noszę go na rękach niemal bez przerwy przez trzy godziny, a on już swoje waży. Przez większość czasu jest spokojny, daje się nawet rozbawić.

Złamania na szczęście nie ma, jest za to otwarta rana i opatrunek, który trzeba zmieniać codziennie. A nas kiedyś, kiedyś może i uczono, jak się bandażuje stopę, ale wówczas obiekt bandażowany był spokojny, współpracował, nie był przerażonym dwulatkiem i nie kończyła mu się cierpliwość... W ogóle kto ma to zrobić, ja czy mąż, skoro oboje czujemy się równie niekompetentni? Ostatecznie bandażował mąż, ja trzymałam małą nóżkę i uspokajałam pacjenta.

Nikt cię nie pyta, matko, czy poradzisz sobie z rannym dzieckiem w domu. Nie są to też umiejętności, które spływają na ciebie magicznie po porodzie. Jest to jednak test, który musisz zdać. Bo bez względu na to, jak bezradna się czujesz, twoje dziecko jest w tej sytuacji jeszcze bardziej bezradne. A jego oparciem, opoką, dorosłą osobą jesteś ty.

Półtora tygodnia po tym zdarzeniu mogę powiedzieć, że poradziliśmy sobie - choć przy okazji musieliśmy się sporo nauczyć, przede wszystkim tego, jak opanować emocje, gdy jesteśmy nie mniej zestresowani niż dziecko, któremu musimy zapewnić opiekę i poczucie bezpieczeństwa. Ranka się zagoiła, opatrunek jest już niepotrzebny.

Gdyby wtedy, w czerwcu 2015, gdy byłam najlepszą wersją siebie jako matki, ktoś powiedział mi, że będziemy musieli radzić sobie z takimi sytuacjami, jak bym zareagowała? Może wzruszyłabym ramionami i stwierdziłabym, że cóż, na pewno jakoś byśmy się nauczyli. Może wierzyłabym naiwnie, że upilnujemy, nie dojdzie do takiego wypadku. Moja wyobraźnia nie zdołałaby objąć sytuacji, w jakiej jeszcze nie byłam.

Z przygodą zwaną macierzyństwem wiąże się nieraz zmęczenie, strach, bezradność. Popełniamy błędy. Nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. Jest to jednak cudowna przygoda, pełna śmiechów, zabaw, całusów, przytulanek, zachwytów nad rozwojem dziecka, przezabawnych rozmów i chwil, które wspomina się latami. 

środa, 2 czerwca 2021

Prezenty, zabawy i okazywanie miłości, czyli: moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło

Przyszedł czas na kolejne zestawienie anegdotek z życia moich synków! Tym razem związane tematycznie z Dniem Dziecka, ale nie tylko. Zapraszam - będzie zabawnie, będzie i wzruszająco! 

***

Z okazji Dnia Dziecka chłopcy dostali w prezencie pudełko, co już samo z siebie ucieszyło ich ogromnie. Nic dziwnego, znam ich nie od wczoraj. Do tej pory pamiętam szczęście Roberta, który pod choinką znalazł kilkanaście autek oraz garaż (czyli opakowanie). Pamiętam też, jak podekscytowany otwierał wielkanocne czekoladowe jajka w poszukiwaniu niespodzianki i cieszył się, że w środku jest czekolada! W takich chwilach modlę się tylko, żeby zachowali to ufne, pozytywne spojrzenie na świat jak najdłużej, zanim czyjeś drwiące pytania - i z czego się cieszysz? - każą im myśleć, że naiwnością jest oczekiwać tak niewiele.

Niemniej, pudełko otrzymane przez nich wczoraj miało zawartość, i to nie byle jaką. Znajdowała się w nim między innymi kosiarka, taczka, konewka i mnóstwo foremek do piasku. Zachwycony Robert dopytywał raz po raz, czy dzisiaj są urodziny jego i Michała? Wielką radość zmąciło jednak odkrycie, że obaj z braciszkiem chcą się bawić czerwoną kosiarką w tym samym czasie.

- Czemu ja myślałam, że jak dostaną pudło zabawek, to się nimi podzielą? - pytałam retorycznie, próbując jednocześnie doprowadzić do pokojowego rozstrzygnięcia Bitwy o Kosiarkę.

- Trzeba kupować dwa pudła - skwitował mąż.

Wkrótce jednak Robert odkrył, że pozostałe skarby znalezione w pudełku są równie atrakcyjne. Jego entuzjazm wzbudziła szczególnie konewka, bo mógł z jej pomocą podlewać kwiatki! Trochę się tylko rozczarował, gdy po podlaniu nie urosły.


Wbrew temu, co moglibyście wywnioskować z powyższego opisu, chłopcy potrafią się bawić ze sobą jedną zabawką. Tu możecie zobaczyć, jak wspaniale Michał woził Roberta na jeżdżącym lewku! Myślę, że mógł wtedy przez chwilę poczuć, jak to jest być tym większym bratem :)

Czasami chłopcy oglądają też razem śmieszne filmiki, jak ten z pieskami kręcącymi się wokół miski z jedzeniem :) Obaj reagowali na nagranie równie entuzjastycznie, przy czym Robert wyrażał tę radość, śpiewając głośno i wyraźnie: pieski kręcą się na kole, pieski kręcą się na kole, tymczasem Michał zawarł ten sam przekaz w znacznie krótszym komunikacie: hau hau hau!

Robert wyraził też w bardzo piękny sposób swoją miłość do braciszka, gdy po raz pierwszy napisał jego imię. Powiem Wam, że choć nadal uwielbiam imię Michał i cieszę się, że wybraliśmy je dla młodszego synka, muszę przyznać, że nie przemyślałam tego, jak ciężko będzie je zapisać kilkuletniemu dziecku. CH i Ł w jednym imieniu! Z literką Ł musiałam pomóc ;) Najbardziej wzruszyło mnie jednak, gdy po napisaniu ostatniej literki Robert z radością odczytał imię, po czym oświadczył poważnie:

- To jest nasz Michał. Wiesz, mama? To jest nasz Michał.

Na potwierdzenie swoich słów, napisał pod spodem nieczytelny gryzmoł, mający oznaczać, że Michał jest nasz. Cóż, nauka pisania słowa "nasz" jeszcze przed nami. Nauka, jak być kochającym starszym bratem, powiodła się bez wątpienia znakomicie.

***

Michał też znakomicie sobie radzi z okazywaniem miłości. Obsypuje nas całusami, przytula się, wita nas z czułością, biegnie do nas z wyciągniętymi rączkami. Pamiętam, jak niedawno oglądaliśmy scenę w serialu Glee (tak, nigdy nie jest za późno na nadrabianie seriali sprzed ponad dekady), gdy Idina Menzel śpiewa "I dreamed a dream" dla odnalezionej po latach córki, a Michaś przez całą piosenkę klaskał w moje dłonie i obdarzał mnie uroczymi uśmiechami. Pomyślałam sobie wtedy, że może Idiną nie jestem i nie zaśpiewam nigdy tak, jak ona, ale mam najcudowniejszy skarb, jaki tylko mogę sobie wyobrazić, a moje marzenie już zawsze będzie spełnione.

Michaś okazuje czułość nie tylko mamie, tacie i bratu, ale też kotom, babci i dziadkowi, sąsiadowi, a także pani agentce ubezpieczeniowej, którą widział po raz pierwszy w życiu. Na razie nie widzę powodów, by go przestrzegać czy zniechęcać do tego. Nie chodzi nigdzie sam, zawsze jest pod opieką osób godnych zaufania. A każdemu przyda się od czasu do czasu uścisk małych łapek, nieprawdaż?

Ostatnio obiektem czułości Michasia stał się również jego największy przyjaciel i pocieszyciel od najmłodszych lat, czyli chłopczyk w lustrze. Michaś postanowił sprawdzić, czy chłopczyk w lustrze ma łaskotki. Chyba miał, bo się śmiał :D Nie byłam zaskoczona, w końcu Michał jest dzieckiem, które próbowało kiedyś połaskotać lodówkę.

***

Robert, oprócz całusów, uścisków i często wyrażanej prośby "usiądź mi na kolankach" - co oznacza, wbrew pozorom, że to on chce usiąść na moich kolanach, zna jeszcze inne wyjątkowe sposoby okazywania miłości. Robert troszczy się o nas.

- Mama, ty kaszlesz, musisz sobie zrobić inhalację - słyszę na przykład ostatnio dość często, bo jestem przeziębiona. 

Albo, gdy mąż uderzył się w głowę:

- Co się stało tatusiowi? Ojej! Biedny tatuś!

Bywa i tak, że wzruszenie walczy z rozbawieniem, gdy kochany synek widzi, jak smaruję sobie twarz kremem, i przestrzega mnie poważnie:

- Dobrze, mama, tylko nie za dużo, bo będziesz cała biała!

Albo protestuje stanowczo, gdy zamierzam zjeść wafelek z czekoladą:

- Mama! Nie możesz! Bo będziesz miała czekoladową kupę!

Dostrzegam w tym echa różnych uwag, które Robert słyszy nieraz ode mnie i taty. I choć czasami naprawdę ciężko powstrzymać śmiech, to jednak wiem, że mówi to z miłości, i uwielbiam te jego mądre rady.

Na zakończenie dzisiejszego zestawienia chciałabym Wam opowiedzieć o grze w zagadki :) To jedna z ulubionych zabaw Roberta. Czasami pytamy o zwierzątka, innym razem o pojazdy, zdarza się, że o postacie z bajek. Robert przeważnie zgaduje bardzo ładnie, czasem jednak ma problem z odpowiedzią, ale i tak się nie poddaje i nadrabia sprytem:

- Co to jest? - pytam. - Małe, brązowe, ma długie zęby i gryzie drzewo?

Robert zastanawia się przez chwilę.

- Takie czerwone? 

- Nie, brązowe, z długimi zębami.

- Takie czerwono-czarne, i robi: ihaaa? To konik! Konik!

Cóż :) Z podobnym zgadywaniem spotkałam się wiele razy u dorosłych ludzi, nie dziwi mnie więc ono u czteroletniego Roberta :)

Poprzednie zestawienia znajdziecie tutajtutajtutaj tutaj.


środa, 26 maja 2021

Mama - oczami moich dzieci

Mama widziana oczami Michałka ma czarne włosy, choć przypuszczam, że młody portrecista użył czerni w ramach kompromisu, bo nie mógł znaleźć flamastra o kolorze ciemnoblond. Z kolei na jednym z niedawnych rysunków Roberta włosy mamy są różowe, ale to może wynikać z tego, że cały portret został narysowany różową kredką.

Niezależnie jednak od koloru, długie włosy mamy muszą być rozczesane, dlatego Michaś wziął dziś rano szczotkę i starannie mamę czesał, miał z tego dużo radości. A potem mama czesała jego jasne, jedwabiste włoski.

Mama to pierwsze słowo wypowiedziane przez każdego z nich, pierwsze słowo, które Robert nauczył się pisać i czytać, a nawet pierwsze na swój sposób "przeczytane" przez Michałka, choć więcej było w tym przypadku niż świadomego czytania.

Usłyszane po raz pierwszy, to słowo wywołało we mnie wielkie wzruszenie. Teraz, gdy słyszę je kilkadziesiąt razy w ciągu dnia, budzi we mnie czasem zniecierpliwienie. Wiem jednak, że to pokazuje, jak ważną osobą jest mama w życiu moich synków.

Mama

To trochę osoba, a trochę zjawisko. Rozpoznawana przez dzieci na każdym zdjęciu, nawet w peruce i charakteryzacji. A jednocześnie mylona czasami ze Stevie Nicks z Fleetwood Mac, z królową Lilian ze "Shreka" i z innymi blondynkami o długich, bujnych włosach, nieraz bardzo atrakcyjnymi. Pochlebiają mi te pomyłki :)

Ale mama to przede wszystkim osoba, która przytula dziecko, gdy obudzi się w nocy w ciemnym pokoju. To osoba, która karmi, nosi na rękach, rozśmiesza i ociera łzy, i daje całusa na pożegnanie, potrafi się bawić w policjanta i złodziejaszka, przybija piątkę, smaży pyszne naleśniki i śmieje się głośno ze wspólnych żartów, wygłupów i łaskotek.

Mama śpiewa piosenki, przeważnie wtedy, gdy tekst na ekranie podświetla się na różowo - tak jak tutaj. Mama czyta książki, najczęściej o Elfie, o strażaku albo o zwierzątkach. Mama często też pisze na komputerze, to jest jej praca. 

Ja jestem mamą, a ty Robertem

Ostatnio w naszych zabawach z Robertem pojawiają się tego typu akcenty - zamiana ról. Obserwuję jego pomysły z ciekawością, bo mam wrażenie, że mogę w ten sposób dowiedzieć się sporo na temat naszej relacji widzianej jego oczami.

Rzecz jasna, nie zawsze to działa :) Czasami Robert chce wcielić się w rolę mamy, bo liczy na to, że uda mu się wtedy wymigać od robienia czegoś, na co nie ma ochoty. Raz chciał na przykład, żebym była Robertem i umyła się za niego ;) Oczywiście się nie zgodziłam.

Innym razem prosiłam go, żeby posprzątał po sobie zabawki. Stwierdził: może ja będę mamą, a ty Robertem. Robert posprząta, a mama będzie oglądać bajkę. No co za spryciarz! Odpowiedziałam, że o nie, mama w tej sytuacji na pewno nie włączałaby bajki, tylko puściłaby sobie dobrą muzykę. Poszedł za moją sugestią, a że radzi sobie całkiem dobrze z obsługą komputera, niebawem słuchałam razem z nim świetnej muzyki wybranej specjalnie dla mamy. Trzeba przyznać, że mama ma dobry gust ;)

Jednak najmilej jest wtedy, gdy jestem Robertem i np. układam klocki, a malutka mama serdecznie mnie dopinguje: świetnie sobie radzisz, Robert. Bardzo ładnie, Robert. Dasz radę, Robert. Tak sobie myślę, że jeśli pierwszym skojarzeniem z rolą mamy, jakie pojawia się w główce mojego czteroletniego synka, są te wspierające i serdeczne słowa - to chyba coś mi jednak wyszło w tym macierzyństwie. 

Nigdy nie twierdziłam, że jestem idealną mamą. Ale podoba mi się bycie mamą widzianą ich oczami.

czwartek, 20 maja 2021

Czas na spacery!


Wychodzisz z domu i czujesz, jak z każdej strony atakują Cię zapachy. Dobre zapachy: kwitnąca jabłoń, bez, trawy i zioła, polne kwiaty. Już nie musisz ograniczać się do woni własnego oddechu uwięzionego w kawałku materiału. Nie wiem, czy Wy odczuwaliście to tak samo, ale mnie osobiście przeszkadzała ta zapachowa monotonia, gdy musiałam spędzić godzinę czy więcej czasu w maseczce. Nie dyskutowałam z tym, bo aż taki buntownik ze mnie nie jest, żeby ostentacyjnie paradować z odsłoniętą twarzą, odetchnęłam jednak z ulgą, gdy zniesiono nakaz noszenia masek, i słowo odetchnęłam jest tutaj bardzo na miejscu.

Przyznam, że gdy zapuszczaliśmy się w głąb Puszczy Niepołomickiej, beztrosko korzystaliśmy z możliwości zdjęcia maseczek i swobodnego oddychania. W lesie było to możliwe. Po raz kolejny doceniliśmy, jak dobrze udało nam się kilka lat temu wybrać miejsce do zamieszkania. Kryteria mieliśmy proste: mały domek na wsi z dobrym dojazdem do Krakowa oraz do miejsca pracy męża. Chyba nawet nie rozglądaliśmy się wówczas zbytnio po okolicy i nie szukaliśmy dobrych miejsc na spacer, zresztą gdy przyjechaliśmy tu po raz pierwszy, panowała ostra zima, co też zniechęcało do zwiedzania. Ale wiedzieliśmy już, że to zielone i kwitnące tereny.

Skoro sezon spacerowy rozpoczął się w najlepsze, z przyjemnością pokażę Wam nasze ulubione miejsca na spacer :)

Puszcza Niepołomicka



Co ciekawe, przez pierwsze lata naszego pobytu tutaj odwiedzaliśmy puszczę bardzo rzadko. Była dla nas jednocześnie za blisko i za daleko. Za daleko, by wyskoczyć na chwilę, na piechotę, a jak już wsiadaliśmy w auto, to woleliśmy dalsze wycieczki. Poza tym odstraszały nas komary ;) Naprawdę doceniliśmy ten ogromny, spokojny las wtedy, gdy pojawiły się dzieci. Mogą się tutaj wybiegać do woli, pozachwycać każdym drzewem i liściem, a gdy od czasu do czasu po torach przejedzie pociąg, wtedy radość dziecięca nie zna granic.


Najczęściej wchodzimy do puszczy od strony Szarowa, czasem parkujemy pod zajazdem, czasem w pobliżu stacji PKP Szarów. Ale jeszcze piękniej i ciszej jest chyba od strony Stanisławic, tam, gdzie zaczyna się zielony szlak turystyczny prowadzący do Niepołomic. 

Kochamy puszczę o każdej porze roku. Pięknie wygląda zimą, pokryta śniegiem, a także wiosną i latem, zielona i tętniąca życiem. Mam jednak wrażenie, że najczęściej panuje tam jesień :)






Przylasek Rusiecki



To już dla nas nieco dalsza wyprawa, w zasadzie obrzeża Krakowa, jednak trasa przejazdu jest bardzo dogodna, a przy tym urokliwa. Sama okolica zmienia się dynamicznie, właśnie powstaje tam nowe kąpielisko. Mieliśmy okazję odwiedzić to miejsce na początku wiosny, kiedy jeszcze dało się tam bez przeszkód wejść. W chwili obecnej nie jest to możliwe, ale otwarcie kąpieliska planowane jest na czerwiec, czyli całkiem niedługo :)


Wielbiciele tego miejsca mówią, że klimatem przypomina Mazury - i myślę, że rzeczywiście coś w tym jest. A skąd wziął się pomysł, by tam pojechać? Robert stwierdził pewnego dnia, że chce się wybrać na plażę :) Z radością spełniliśmy jego marzenie!

Obaj chłopcy bardzo dzielnie i z wielką radością przemierzali długie, kilometrowe pomosty i wypatrywali kaczek ukrytych w sitowiu. I oczywiście, reagowali wielkim ożywieniem, gdy w pobliżu przejeżdżał pociąg! Zdaje się, że podświadomie wybieramy na nasze spacery najczęściej trasy w pobliżu torów kolejowych :)






Polna droga wzdłuż autostrady



Wydawałoby się, że to miejsce, w którym ciężko się spodziewać ciszy i spokoju. Wzdłuż autostrady rozciąga się jednak wspaniała, zielona przestrzeń, gdzie spotkać można co najwyżej innych spacerowiczów. Kiedy Fortis żył, nieraz był tu przyprowadzany, by porządnie się wybiegać. Dzieci też lubią tę drogę, gdzie mogą bez przeszkód pobawić się w rakiety :) Potrafią też w nieskończoność zachwycać się kamykami, które można znaleźć przy drodze. To jest ten cudowny wiek, kiedy wszystko wydaje się fascynujące i takie wielkie! Czasami tylko musimy pilnować, żeby nie oddalali się zbytnio... albo żeby wiatr nie porwał im czapek! Bywa, że dość mocno tam wieje. Choć na zdjęciach tego nie widać, ten dzień był naprawdę wietrzny.





Opowiecie mi o swoich ulubionych trasach na spacery? Może kiedyś będziemy w okolicy i wybierzemy się właśnie tam! :)