czwartek, 1 kwietnia 2021

"Hurra, jestem w ciąży!" - czyli: o nietrafionych żartach


Hurra, jestem w ciąży


Niektórzy czytają tylko nagłówki, prawda? Błagam, nie gratulujcie :) Nie jestem. Nie śmiałabym nabierać Was w ten sposób.

Tak się złożyło, że dwukrotnie właśnie pierwszego kwietnia - raz w 2016, drugi raz w 2018 roku - rzeczywiście dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Gdybym wówczas opublikowała taką informację - czy ktoś by uwierzył? ;) Niektórzy pewnie tak, zwłaszcza ci, którzy wiedzą, jak poważnie traktuję ten temat. 

Przyznam, że co roku mam problem z primaaprilisowymi żartami. Macie może podobnie? Kiedyś to było jakieś łatwiejsze. Patrzyło się z przerażeniem na czyjeś spodnie i wykrzykiwało się: "O nie, jaką masz wielką plamę!". Albo na buty: "Uważaj, sznurówka ci się rozwiązała!". A potem śmiały się obie osoby, ta żartująca i ta nabrana.

No właśnie, bo tak to chyba powinno wyglądać - nabierasz kogoś, by się pośmiał razem z tobą? To zdecydowanie najlepszy rodzaj primaaprilisowych żartów. Ostatnio mam wrażenie, że najtrudniejszy.

Chyba nieczęsto występuję tutaj w roli marudy (przynajmniej mam nadzieję, że nie odbieracie mnie w ten sposób!), ale dzisiaj będę marudzić - na żarty, które są moim zdaniem nietrafione.

Żarty, w które większość nie uwierzy, ale ktoś jednak uwierzy


Wspomniane: "Jestem w ciąży". Fałszywe ciąże to chyba najczęściej spotykany żart, jaki pojawia się na Prima Aprilis od początku istnienia Facebooka, przynajmniej takie mam wrażenie. Nadal jednak widzę pod takimi postami sporo szczerych komentarzy z gratulacjami. Nie wiem... Mnie by było zwyczajnie głupio :) Pamiętam, jak wiele bliskich mi osób czekało razem ze mną na moją pierwszą ciąże, wiem, ile radości i szczerych wzruszeń wywołała informacja, że w końcu się udało. Nie chciałabym wywoływać w ludziach takich uczuć dla żartu, na niby, po to, by się pośmiać z ich serdecznych reakcji.

To samo myślę o żartach na temat ślubu, zaręczyn, znaczących zmian w życiu, słowem: wszystkiego, co może wywołać u odbiorcy autentyczne emocje. Nie potrafiłabym z tego żartować. Za bardzo byłoby mi szkoda kogoś, kto by dał się nabrać. Czy na pewno jego śmiech byłby równie szczery jak wcześniejsza radość?

Żarty, które przerażają


Jasne, kiedy wołało się: "Masz plamę na bluzce!", obiekt żartu miał się na chwilę wystraszyć, a potem z ulgą zaśmiać. Czym innym są dowcipy, w których przedmiotem śmiechu jest czyjaś autentyczna panika. Wzbudzanie poczucia zagrożenia. Zamykanie w ciasnym pomieszczeniu, robienie głupich pranków telefonicznych, "napad" na niby... Albo udawanie, że to nam zdarzyło się coś strasznego... Co tu dużo mówić, takie żarty są po prostu idiotyczne i niebezpieczne.

Żarty, które ranią


Żarty z czyichś uczuć. Żarty, które kogoś wyśmiewają. Żaden Prima Aprilis nie powinien być przyczyną czyjegoś smutku lub bólu i żadna chęć zrobienia dowcipu nie usprawiedliwia tego, że się kogoś skrzywdziło. Zetknęłam się z tego typu żartami i do tej pory nie pojmuję, co kierowało osobą, która sądziła, że pierwszego kwietnia wszystko jej wolno.

Żarty, które nikogo nie obchodzą


OK, to może najlżejszy kaliber. Po prostu odczuwam czasami coś na kształt second hand embarrasment (w luźnym tłumaczeniu: współzażenowanie), gdy widzę, że ktoś naprawdę się napracował, starannie przygotował grafikę, sklecił porządny tekst, a dowcip okazał się... mało interesujący. Czyjś ulubiony autor wydał nową książkę? No dobrze... Pewnie i tak prędzej czy później jakąś wyda. Znany artysta przyjeżdża do Polski? No, jak nie w tym terminie, to kiedyś pewnie przyjedzie. Chyba że fake news mówi o tym, że artysta ma zagrać jutro darmowy koncert w sąsiedniej miejscowości - to już brzmi ciekawiej, choć zarazem mniej wiarygodnie :)

Rozumiecie, o co mi chodzi? Taki dowcip sprawi, że jedni uwierzą, inni nie, ale zdecydowanej większości odbiorców będzie po prosu wszystko jedno.

Żarty, które zabolą...  żartującego


Nieprawdopodobne? Może. Ale na wszelki wypadek odradzam żartowanie z własnych marzeń, pragnień, celów, udawanie, że się je osiągnęło. Kwitowanie gratulacji słowami "Prima Aprilis!" może smakować wyjątkowo gorzko. I z kogo wtedy tak naprawdę robimy kwietniowego głupka? Z siebie.

No dobra... To istnieją jakieś żarty, które mnie bawią?


Jasne, że tak! Osobiście mam słabość do reklamowych grafik prezentujących np. nowy, limitowany smak czekolady - cebulowy! Albo to, co widziałam dzisiaj - balsam do ciała o zapachu sałatki jarzynowej :) Coś, co na pierwszy rzut oka musi być żartem i nie wywołuje żadnych skomplikowanych uczuć poza rozbawieniem.


A jeśli chodzi o tegoroczny Prima Aprilis - żaden żart nie pobije tego, co wydarzyło się dzisiaj z systemem rejestracji na szczepienia. Zastanawiam się, do której kategorii mogłabym go wrzucić, ale on chyba nie mieści się w żadnej :) W każdym razie - nie róbcie tak! 



środa, 17 marca 2021

Nocny dyżur w pracy zdalnej

Dwoje małych dzieci, dwa pokoje, włączony komputer i nocka w pracy? To brzmi jak szaleństwo! Uznałam jednak, że warto spróbować :)

Nocne dyżury to dla mnie nie nowość. Swego czasu pracowałam jako recepcjonistka i regularnie zostawałam na noc. Szybko nauczyłam się doceniać taki tryb pracy, bo... chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że podczas nocnych dyżurów niewiele się dzieje? Oczywiście, sporo zależy od branży. Na recepcji miałam przeważnie spokój :) Teraz również nastawiałam się na mały ruch - trudno mi wyobrazić sobie, żeby jakaś znacząca liczba osób chciała dzwonić w środku nocy na infolinię bankową!

Obawy

Jedyne moje obawy wiązały się z dziećmi. Nawet gdyby nikt nie zadzwonił na infolinię przez całą noc, i tak musiałam być w tym czasie zalogowana do systemu i gotowa do pracy. Martwiłam się, czy dzieci w ogóle zasną, gdy ja będę siedzieć przy komputerze? Czy uda mi się ich nie obudzić? Czy gdy obudzą się w nocy i zobaczą mnie przy pracy, nie rozbudzą się na dobre, nie zaczną gramolić się na kolana, domagać się bajki? Czy głośny płacz któregoś z nich nie zakłóci rozmowy z klientem?

Zastanawiałam się też, czy nie przysnę w ciągu tych ośmiu godzin. Korciło mnie, żeby po prostu położyć się spać - zakładałam, że ewentualny telefon obudziłby mnie tak czy inaczej. Wolałam jednak nie ryzykować. Nie chciałam odebrać telefonu zaspana, półprzytomna, albo w ogóle go przegapić. Zrezygnowałam też z wykorzystania dostępnych mi 50 minut przerwy na drzemkę - obawiałam się, że zasnęłabym zbyt głęboko i w efekcie przekroczyłabym limit przerwy.

Brak internetu?


Miałam rozpocząć dyżur o godzinie 22:00 w niedzielę. Do godziny 15:00 nic nie zapowiadało problemów. Dzieci świetnie się bawiły, nie miały drzemek w ciągu dnia, ja odpoczywałam jak najwięcej, żeby mieć siłę na całonocne czuwanie. Oglądaliśmy z mężem jakiś film, gdy nagle straciliśmy połączenie z wi-fi. Do końca dnia już nie wróciło. W niedzielę serwis nie działa, dopiero w poniedziałek mogliśmy skontaktować się z dostawcą w celu naprawienia usterki.

Do tej pory spokojna, że co by nie było, dam sobie radę - zaczęłam się wtedy naprawdę stresować. Udało nam się połączyć z internetem przez mój telefon, nie miałam jednak pewności, czy to połączenie wystarczy, czy nie przekroczę limitu, czy w ogóle to się uda. W dodatku nie mogłam już korzystać z internetu w telefonie w celach rozrywkowych, a trochę liczyłam na to, że surfowanie po sieci uprzyjemni mi czas nocnego czuwania. Cóż... Może i dobrze, że straciłam tę możliwość ;) Czemu? O tym opowiem Wam za chwilę!

Dzieci do łóżek!


Starannie przemyśleliśmy z mężem, kto powinien gdzie spać, żeby sytuacja była dla całej czwórki możliwie najbardziej komfortowa. Jakoś koło 21:00 mąż zaniósł przysypiającego Roberta do pokoju na piętrze. Michał został ze mną na dole. Ciągle zdarza mu się budzić w nocy na karmienie, nie chciałam więc ryzykować, że obudzi się beze mnie i swoim płaczem postawi pozostałą dwójkę na nogi. Wbrew moim wcześniejszym obawom, obaj chłopcy o tej porze mocno spali. Miałam jeszcze godzinę czasu tylko dla siebie. Napiłam się kawy, odprężyłam się, przygotowałam się do pracy.

Równo o godzinie 22:00 zalogowałam się do aplikacji, która umożliwia mi pracę zdalną. Kilka minut później odebrałam pierwszy telefon od klienta z dość standardowym problemem do rozwiązania. Pomogłam, pożegnałam się, zakończyłam połączenie. Potem nie działo się nic. W ciągu całego dyżuru odebrałam trzy telefony, w tym jeden około 3:30 i jeden o 5:30, czyli krótko przed końcem pracy.

Michał spał przez większość czasu. Obudził się na krótko koło północy, gdy musiałam się przelogować na inne stanowisko zdalne - możliwe, że przez chwilę zachowywałam się nieco głośniej, albo światło na monitorze dość szybko się zmieniało. Po raz drugi obudził się koło 3:30, krótko po drugim odebranym przeze mnie telefonie. To nie brzmi dobrze, ale tak jak już pisałam - Michał przeważnie budzi się w nocy przynajmniej raz. Pod tym względem noc nie odbiegała od normy.

Wykorzystałam przysługującą mi przerwę, żeby położyć się z nim na chwilę. Trochę przysypiałam, udało mi się jednak nie odpłynąć całkowicie w sen.

Gdy wyszłam na chwilę do toalety, usłyszałam, że Robert i Andrzej rozmawiają w pokoju na górze. Zatem oni również się obudzili. Następnego dnia Robert był niewyspany, zasnął tuż po powrocie z przedszkola.

Czas intensywnej pracy


Co w takim razie robiłam przez całą noc, poza odebraniem trzech telefonów i dwukrotnym utuleniem dziecka do snu? Niektórzy już wiedzą, inni może się domyślają po przeczytaniu niedawnego wpisu o moich pisarskich planach na marzec :) Oczywiście, że pisałam! Moja książka urosła o jakieś siedem scen i o niecałe 50 tys. znaków ze spacjami (to jest dużo). Brak dostępu do mediów społecznościowych sprzyjał pracy nad książką, nie miałam praktycznie żadnych rozpraszaczy.

Wydaje mi się, że to optymalny sposób na spędzenie nocki w pracy - byłam przez cały czas czujna i gotowa do działania, a jednocześnie mogłam zajmować się czymś, co jest dla mnie ogromnie ważne. Nie przegapiłam żadnego telefonu, nie przekroczyłam limitu przerwy, zrobiłam dokładnie to, co do mnie należało i jeszcze miałam z tego dużą przyjemność.

Co jest minusem nocnego dyżuru? Naprawdę ciężko go odespać! Wydaje mi się, że dopiero dzisiaj jestem w pełni sił. Przez cały poniedziałek byłam lekko nieprzytomna, choć zaraz po pracy położyłam się na kilka godzin.

Czy było warto?


Kiedy czytam, co napisałam powyżej, czuję się trochę wyrodną matką - w końcu dzieci musiały w mniejszym lub większym stopniu odczuć konsekwencje mojej nocnej pracy. Myślę jednak, że z każdą kolejną nocką będzie nam wszystkim łatwiej przystosować się do takiej zmiany. Takie dyżury na pewno nie będą pojawiały się często, raczej sporadycznie, ale myślę, że będę chętnie korzystać z tej możliwości - choćby po to, żeby przeżyć kolejną pisarską noc! 

Na przyszłość postaram się postawić jakąś zasłonę między łóżkiem a komputerem, żeby zmieniające się światło nie budziło Michała. Myślę, że z czasem uda nam się wypracować optymalny system. A chłopcy będą coraz starsi i bardziej samodzielni, i noc spędzona w innym pokoju przestanie stanowić dla nich wyzwanie.

Chciałabym, żeby to nie ulegało wątpliwości - praca w nocy to jest praca, mało tego, jest to praca wymagająca i odpowiedzialna. Choć przez większość czasu nie odbierałam żadnych telefonów, byłam na stanowisku, gdy zadzwonił telefon o 3:30. Ktoś, kto w awaryjnej sytuacji zadzwonił w środku nocy na infolinię, mógł liczyć na pomoc. Właśnie po to są te dyżury. To, jak sobie poradziłam w domowych warunkach i jak udało mi się wykorzystać czas, by pracował na moją korzyść - to osobny temat :)

poniedziałek, 8 marca 2021

Kobieta na zdjęciach

Fot. Adam Jaskiernik Fotografia

Wiecie, z pozowaniem do zdjęć jest tak, jak z pisaniem. Albo ze śpiewaniem. Właściwie każda działalność artystyczna wiąże się, przynajmniej w moim przypadku, z pewnym ciągiem zdarzeń. Na początku po prostu lubiłam to robić, chciałam to robić, wierzyłam, że będę w tym dobra, bo mam predyspozycje. Po czym zaczynałam się wdrażać... i odkrywałam, że tak łatwo nie będzie. Bo jest technika, której trzeba się nauczyć. Bo mój subiektywny odbiór własnych dokonań różni się niekiedy znacząco od tego, jak są one odbierane przez innych. Bo trzeba było przyjąć jedną, drugą, trzecią lekcję pokory, by zacząć się rozwijać.

Nieraz ogarniało mnie zwątpienie, chciałam zrezygnować, nie próbować dalej, nie narażać się na kolejne niepowodzenia. Niedługo minie 10 lat od mojej pierwszej sesji zdjęciowej, więc chyba mogę powiedzieć, że wytrwałam całkiem długo. Dzięki zdjęciom odwiedziłam wiele pięknych miejsc, poznałam mnóstwo fantastycznych, kreatywnych, pozytywnie zakręconych ludzi, zdobyłam niezliczoną ilość pięknych pamiątek. Niektóre z nich zdobią ściany mojego domu, inne znalazły się w okolicznościowych albumach, wiele z nich znalazło się oczywiście w Internecie. Niektóre zapraszają do nawiązania współpracy z fotografami, którzy je zrobili. Niektóre można było oglądać na wystawach stacjonarnych, jedno prawdopodobnie pojawi się wkrótce na okładce pewnej płyty.

Dawno nauczyłam się, że dobre zdjęcie jest warte wytrzymania kilku minut w chłodzie lub w upale. Warto stać lub siedzieć przez dłuższy czas w niewygodnej pozycji, warto zanurzyć się w wodzie, warto czasem przejść przez błoto, wybrudzić się, zmęczyć, mieć obolałe nogi od zabójczo pięknych butów, warto wytrzymać kilka godzin przygotowań i charakteryzacji. Niewygoda minie, zdjęcie zostanie na zawsze.

Jak to się zaczęło?


Dawno, dawno temu... Kiedyś zastanawiałam się nad tym i z zaskoczeniem uświadomiłam sobie, że ja od dziecka chciałam być na jakichś zdjęciach. Szukałam okazji, by się na nich znaleźć. Pamiętam sesję, którą zrobiła mi koleżanka, gdy miałyśmy po 14 lat. Pamiętam, jak razem z współlokatorkami robiłyśmy sobie zdjęcia w internacie. Pamiętam, jak przez pół roku pieczołowicie odkładałam pieniądze na profesjonalną sesję zdjęciową. Gdzieś to pragnienie zawsze we mnie żyło. Chyba dzięki zdjęciom chciałam poczuć się kimś innym niż w rzeczywistości, bo nie byłam zadowolona z siebie.

Później tak się złożyło, że mój przyjaciel fotograf zaczął prezentować w sieci swoje prace, poznałam też jedną modelkę, która zmienia się na zdjęciach jak kameleon. No i przyznam, pozazdrościłam. Obudził się we mnie taki dzieciak, który na widok ludzi robiących fajne rzeczy stwierdza, że też tak chce. Wiem, że wielu z nas ma tego dzieciaka w sobie :)

Pozowanie wydawało mi się wówczas łatwe. Wychodziłam ładnie na zdjęciach, które robiłam sobie z przyjaciółmi. To był dla mnie dobry czas, jeśli chodzi o wygląd, czułam się atrakcyjna, byłam w dobrej formie. Jednak efekty pierwszej sesji zdjęciowej nie pozostawiały wątpliwości - nie należałam do urodzonych modelek. Byłam sztywna, bez mimiki, nie umiałam patrzeć w obiektyw ani uśmiechnąć się w taki sposób, by na zdjęciach wyglądało to korzystnie. Prawdę mówiąc, po pierwszej sesji byłam przekonana, że to nie dla mnie.

Czemu mnie to wciągnęło?


Gdyby chodziło tylko o próżność, wystarczyłyby mi pewnie dwie, może trzy sesje, nie miałabym motywacji, żeby zaangażować się w to na lata. Już po pierwszej sesji, która przecież nie była wybitnie udana, otrzymałam tyle komplementów, że wręcz czułam przesyt.  Moja próżność nieraz też ucierpiała przez nieprzychylne komentarze. Gdyby nie motywowało mnie coś jeszcze, pewnie szybko dałabym sobie z tym spokój.

O co zatem chodziło? Chciałam tworzyć obrazy. Miałam swoje pomysły, wizje zdjęć, na jakich chciałam się znaleźć. Przygotowywałam stylizacje, wybierałam miejsca, starałam się możliwie najwierniej odtworzyć pomysł, który miałam w głowie. Nieraz zapraszałam do współpracy fotografów, których styl pasował do mojej wizji.

Starałam się za każdym razem być nie tylko fotografowanym obiektem, ale też współtwórczynią zdjęcia. Nie z każdym fotografem było to możliwe, niektórzy chcieli mieć całkowity wpływ na ostateczny efekt. Wtedy też powstawały piękne zdjęcia, pewnie piękniejsze od tych, które ja mogłam sobie wyobrazić. Najbardziej jednak lubiłam te momenty, kiedy wyobraźnia fotografa spotykała się z moją i wspólnie realizowaliśmy jedną, spójną wizję.

Ostatnia sesja

Fot. Adam Jaskiernik Fotografia

Gdy piszę "ostatnia", mam na myśli, że są to najświeższe zdjęcia z moim udziałem - nie, że ostatnia w życiu ;) Chociaż, czy ja wiem? Myślę nieraz, że może już pora zamknąć ten rozdział i pozwolić mu stać się pięknym wspomnieniem. Znalezienie czasu na sesję i przygotowanie się do niej sprawia mi coraz więcej kłopotu, efekty bywają mało satysfakcjonujące, zwłaszcza gdy pozuję z innymi modelkami. Porównania nie wypadają na moją korzyść. Świadomość siebie to również świadomość upływającego czasu. Nawet jeśli ta sesja nie była jeszcze ostatnią - to prędzej czy później taka nadejdzie ;)

Spotkałam się z fotografem, który już kilkakrotnie robił mi zdjęcia. Fakt, że znamy się od lat, na pewno pomógł nam obojgu poczuć się swobodnie. Wiedzieliśmy, że możemy sobie zaufać i zarazem mieć pewne oczekiwania odnośnie współpracy. Jednak wspólne doświadczenie nie przełożyło się na łatwość współpracy. Zbyt długo się nie widzieliśmy, zbyt dużo się zmieniło u każdego z nas. Musieliśmy na nowo uczyć się swoich metod pracy. Na szczęście życzliwa atmosfera temu sprzyjała :)

Umówiliśmy się na piękny zimowy plener. Miejsce wybrane przez Adama zainspirowało mnie do ciekawych pomysłów i póz, przyznam jednak, że odzwyczaiłam się od takiego marznięcia ;) Nie byłam w stanie zbyt długo wytrzymać bez kurtki. Po wykorzystaniu wszystkich najlepszych scenerii zdecydowaliśmy się na kontynuację sesji w studio. 

Jestem zadowolona z tej sesji, choć żałuję, że nie miałam czasu na skorzystanie z usług profesjonalnej wizażystki - jechałam na miejsce spotkania prosto z pracy. Mam wrażenie, że na niektórych zdjęciach moja twarz krzyczy: umaluj mnie! Podoba mi się natomiast, jak prezentuje się na zdjęciach moja stylizacja. Myślę, że udało nam się uzyskać ciekawy klimat - jak sądzicie?

Fot. Adam Jaskiernik Fotografia


Czy poleciłabym pozowanie do zdjęć każdej kobiecie?


Tak, choć uważam, że nie każda kobieta odnajdzie się w danej tematyce czy charakterze zdjęć. Warto przemyśleć na starcie, jakie są nasze oczekiwania, co chcemy uzyskać, i - to może najistotniejsze - na co nie zamierzamy się zgadzać. Nie polecam nikomu pracy z fotografem, który testowałby Wasze granice i namawiałby Was na coś, do czego nie jesteście przekonane. Współpraca z Adamem była świetna między innymi dlatego, że miałam pełną kontrolę nad tym, co działo się na sesji. 

Znalezienie fotografa, któremu można zaufać i z którym zrealizujesz przepiękną sesję, nie jest trudne. W ciągu tych dziesięciu lat spotkałam wiele wspaniałych, uczciwych osób, którym zależy na efektywnej współpracy i imponujących rezultatach. Zdarzały się jednak również sytuacje, w których musiałam zachować czujność. Warto dobrze przemyśleć decyzję o wyborze fotografa. Jeśli wyczuwasz niepokojące sygnały, nie lekceważ ich.

Zdjęcia dały mi ogromnie dużo radości, satysfakcji, samoakceptacji, możliwość wyrażenia siebie i realizacji swoich pomysłów. Zawdzięczam im przyjaźnie, wycieczki, wspomnienia, niezapomniane przeżycia. Jeśli zastanawiasz się, czy warto spróbować - zapewniam Cię, że tak! :)

środa, 3 marca 2021

Pisarskie plany na marzec

Może wynika to z oddechu wiosny, który czuć już wyraźnie, gdy otworzy się okno. Może to pewna ulga, że skończył się luty, który (mimo mojej wielkiej miłości dla niego) jest dosyć słusznie uważany za najbardziej przygnębiający miesiąc w roku. W każdym razie, od kilku dni obserwuję, że znajomi mi pisarze masowo chwalą się planami pisarskimi na marzec. Pomyślałam, że popłynę razem z nimi na tej fali i opowiem, co będzie się działo w najbliższym czasie w moim własnym pisarskim światku :) Okazja jest idealna, w końcu dzisiaj świętujemy Międzynarodowy Dzień Pisarzy.

Zapraszam zatem do czytania :)

Seria o nastolatkach



Moje plany są raczej proste i konkretne: poprawiam trzeci tom serii dla młodzieży. Jak niektórzy z Was wiedzą, napisałam już cztery tomy z planowanych pięciu (a możliwe, że będzie ich jeszcze więcej), jednak dopiero dwa pierwsze zdołałam doprowadzić do satysfakcjonującej mnie formy. W czasie, gdy wspomniane dwa czekają na pozytywną odpowiedź od wydawnictwa, ja pracuję nad trzecim. Mam ambitny plan, by z końcem marca mieć już książkę gotową do przesłania beta-czytelnikom.

Na czym polega problem z trzecim tomem? Pisałam trójkę i czwórkę jako jedną całość, dopiero później zdecydowałam, w którym miejscu będzie przebiegał podział. Myślę, że wybrałam dobry moment na zamknięcie tomu, mimo to w efekcie powstała książka właściwie bez zakończenia. Wygląda to tak, że gdzieś po 75% nieźle skonstruowanej powieści... mamy jakieś trzy-cztery sceny, luźno związane ze sobą, nie prowadzące do żadnego podsumowania ani konkluzji. I tyle, i koniec. Rach, ciach, ciach, jakbym strzelała tymi ostatnimi scenami z karabinu, byle szybciej skończyć. Oczywiście, przyczyną jest to, że w pierwotnej wersji znajdowały się one gdzieś w środku całości i nie miały takiego dużego znaczenia. Muszę zatem dobudować ostatnie 25% książki, na szczęście już wiem, jakich scen tam brakuje i jak powiązać je z tym, co już napisałam.

Zmienił się mój styl. Dodawanie nowych scen, które wzbogacają całość, pokazują zdarzenia dotąd przemilczane, rozgrywające się gdzieś poza narracją - zmusza mnie jednocześnie do ulepszania, poprawiania wcześniej napisanych fragmentów. Inaczej różnica byłaby zbyt widoczna, nie mówiąc o tym, że nie mogłabym być z nich zadowolona. Mam sentyment do wykonanej już pracy i jestem daleka od stwierdzenia, że wówczas nie umiałam pisać, niemniej teraz potrafię pisać lepiej. Grzechem byłoby z tego nie skorzystać :)

Powoli szukam balansu pomiędzy artystycznym natchnieniem i rzemieślniczą pracą, wyobraźnią i wiedzą, moim subiektywnym zachwytem i próbą utrafienia w uniwersalne gusta. Między brakiem pokory i nadmiarem pokory. Moim problemem jest to, że nie umiem ocenić własnej pracy obiektywnie, a poleganie na ocenach zewnętrznych przestaje zdawać egzamin, bo opinie bywają sprzeczne i często wynikają z tego, jak dana osoba napisałaby mój tekst. Muszę wiedzieć przede wszystkim, jak sama chcę go napisać. Opinie czytelników, redaktorów, konsultantów mogą mnie naprowadzać, ale nie powinny zmieniać mojej własnej wizji.

Bajka



Czy są wśród Was autorzy bajek dla dzieci? Słyszeliście z pewnością o konkursie Piórko, organizowanym co roku przez Biedronkę. Moja serdeczna koleżanka po fachu, Katarzyna Wierzbicka, znana również jako Madka roku, wygrała ten konkurs dwa lata temu dzięki przepięknej bajce "O królewiczu, który się odważył". Ja sama próbowałam szczęścia w poprzedniej edycji, jednak bez powodzenia. W tym roku na pewno wezmę udział po raz kolejny. Jestem całkiem zadowolona z bajki, którą wysłałam poprzednio, wydaje mi się jednak, że ponowna próba podbicia serc jurorów tym samym tekstem, który już raz został odrzucony, ma bardzo niewielkie szanse na powodzenie. Dlatego moje pisarskie plany na marzec obejmują także pisanie nowej bajki na tegoroczną edycję Piórka.

Będzie to trudne zadanie, bo praca nad książką bardzo mnie angażuje. Niełatwo będzie oderwać się od niej. Nie mam też wystarczająco dobrego pomysłu na opowieść. Wierzę jednak, że ten pomysł przyjdzie do mnie jeszcze :) Oby nie w ostatniej chwili!

Opowiadanie



Trochę za wcześnie, by zdradzać szczegóły projektu, ale... moje opowiadanie zostało przyjęte do pewnej antologii. Cieszę się z tego ogromnie, bo chodzi o ważny dla mnie tekst. Jest ściśle powiązany ze wspomnianą serią o licealistach, stanowi jednak odrębną całość. Połączyłam w nim zabawę motywami literackimi i moje osobiste doświadczenia. W efekcie powstało coś wyjątkowego, co poruszyło nie tylko mnie :)

Przypuszczam, że w marcu czeka mnie trochę pracy związanej z przygotowaniem opowiadania do druku. Dostanę pewnie uwagi redakcyjne do niego i będę się starała tak je ulepszyć, że stanie się wręcz idealne :)

Blog


Moje plany pisarskie obejmują oczywiście i bloga :) Do tej pory udało mi się opublikować osiem wpisów w tym roku. Jestem dumna z tego wyniku i nie zamierzam zwalniać tempa! Myślę, że w najbliższym czasie pojawi się coś z okazji Dnia Kobiet, a później - może wpis o naszych spacerach. Mieszkamy w pięknej okolicy, chętnie trochę Wam ją przybliżę.


Spodziewałam się, że ta lista będzie dużo krótsza ;) Wychodzi jednak na to, że mam całkiem sporo planów! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o którymś ze wspomnianych tekstów, zapraszam do zadawania pytań w komentarzach :)

piątek, 26 lutego 2021

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło #4

Przyszedł czas na kolejną porcję anegdotek z życia naszych łobuziaków! Ponieważ chciałam podzielić tekst sprawiedliwie, by poświęcić mniej więcej tyle samo uwagi każdemu z synków - w pierwszej części przeczytacie o tym, czym ostatnio zaskoczył nas Robert, a w drugiej części, co nowego u Michałka :)

Co zrobił i powiedział Robert?


Robert potrafi nas zadziwić nawet wtedy, gdy po prostu bawi się autkami. Na zdjęciu widzimy korytarz życia. Z lewej strony nadjeżdża karetka, więc wszystkie auta zjeżdżają na bok, by zrobić jej miejsce. Ja w jego wieku... prawdopodobnie wiedziałam, czym jest karetka, ale o korytarzu życia z pewnością nie miałam pojęcia :)

***

Pisałam Wam niedawno, że Robert jakiś czas temu w sposób naturalny odstawił się od piersi. Sprawa okazała się mieć ciąg dalszy. Pewnego wieczoru, już dość długo po odstawieniu, tuliłam go jak zwykle do snu, a on w pewnym momencie dał mi całusa i odezwał się pogodnym, rozmarzonym tonem: 

- Cyc jest bardzo dobry. Ja bardzo lubię cyca.

Pomyślałam: no koniec, pośpieszyłam się z radością, po tygodniach przerwy znowu się zacznie karmienie czteroletniego oseska. Ale Robert po chwili kontynuował wypowiedź, nadal z tym samym słodkim uśmiechem:

- Ale to jest dla małych dzieci. Dla Michałka. Nie dla dużych dzieci.

Widocznie potrzebował to sobie podsumować, poukładać :) Temat wraca od czasu do czasu, ale właśnie w tej formie: Robert wspomina o cycu, po czym stwierdza, że to nie dla dużych dzieci. Podoba mi się, że to jego decyzja :)

***

Zatem tak, Robert jest już dużym dzieckiem. Niemniej, pod wieloma względami nadal jest małym chłopcem, kochanym czteroletnim niewiniątkiem, i trzeba o tym pamiętać. Również wtedy, kiedy wykrzykuje w samochodzie tonem nieznoszącym sprzeciwu:

- Ja też chcę kochać z ciocią!

Chodziło mu o to, że chciał odwiedzić ciocię Gosię, którą bardzo kocha. Kiedy usłyszał, że to niemożliwe, bo ciocia jest dzisiaj zajęta, odparował bez zastanowienia:

- Ja też chcę być zajęty z ciocią!

***

Mąż wynalazł nową zabawę, która bardzo angażuje dziecko, a niekoniecznie męczy rodzica :D Są to wyścigi, które dziecko oczywiście wygrywa. Rodzic zostaje daleko w tyle. Mam na myśli, DALEKO w tyle :D 

Co zrobił i powiedział Michał?


Ostatnio ulubioną zabawą Michałka jest układanie kolorowych magnesików na lodówce i nazywanie ich kolorów po angielsku. Próbowałam go przekonać, żeby mówił "czerwony" i "niebieski" zamiast "red" i "blue", ale był innego zdania ;)

***

Michaś bywa nazywany czołgiem (czasem pieszczotliwie: czołgusiem), bo ma w zwyczaju iść przed siebie szybkim, stanowczym krokiem i ciężko go zatrzymać. Potrafi też jednak iść spokojnie za rączkę, tak jak ostatnio, kiedy wybraliśmy się na spacer do Puszczy Niepołomickiej. Miał nawet sporo cierpliwości, kiedy z powodu zabawy w policjanta i złodziejaszka z Robertem musieliśmy się dość często zatrzymywać. W końcu jednak uznał, że dość tych wygłupów - i ruszył jak czołguś przed siebie w las!

***

Gdybym miała opisać Michała w zaledwie dwóch słowach, być może użyłabym słów pogodny i czuły. Oczywiście, zdarzają mu się chwile gorszego nastroju, głównie wtedy, gdy jest zmęczony albo coś mu dolega. Najczęściej jednak obdarza wszystkich domowników promiennymi uśmiechami, całuskami i uściskami. A domownicy chętnie odpowiadają czułościami, Robert również. Często obserwujemy sceny takie jak wczoraj: Michał śpi, Robert leży obok i przytula jego rączkę do swojego policzka.

Michał ma też ugodowy charakter, zwłaszcza w porównaniu z Robertem. Nie jest nastawiony na rywalizację, tylko na dobrą zabawę, co widać, gdy obaj ścigają się autkami. Michał przez chwilę wysuwa się na prowadzenie, po czym przepuszcza Roberta, żeby ten bez przeszkód dotarł do mety pierwszy :) Andrzej śmieje się, że to bardzo rozsądne zachowanie kierowcy - puszcza przodem auto, któremu śpieszy się bardziej :)

***

Poprzednie anegdotki z naszego życia codziennego znajdziecie tutajtutaj tutaj. Kiedy wracam do nich, ogarnia mnie wzruszenie: jak wiele się zmieniło! Dwa wpisy pochodzą jeszcze z czasów, kiedy Michał był niemowlakiem i nie umiał chodzić, a teraz stał się czołgusiem i coraz więcej mówi! Ale jedno się nie zmienia: codzienność z tymi dwoma łobuziakami bez przerwy dostarcza kolejnych cudownych wrażeń, radości oraz wzruszeń. 

czwartek, 18 lutego 2021

O wieku i wrażliwości - i inne urodzinowe refleksje



Nie pierwszy raz zauważyłam, że urodziny sprzyjają refleksjom, a właściwie te refleksje pojawiają się u mnie za każdym razem nieco wcześniej, jakiś tydzień czy dwa przed urodzinami. Często nie są zbyt pozytywne. Zastanawiam się, czy ten specyficzny nastrój wynika z faktu, że jestem coraz starsza, czy raczej z tego, że moje urodziny wypadają w lutym. To miesiąc, w którym często musimy zrewidować nasze plany i postanowienia noworoczne, miewamy sporo spraw do załatwienia i stresujemy się, w dodatku dni są nadal dość krótkie, jest chłodno i pochmurno. Początek lutego zaskakująco często wyznaczał dla mnie moment, kiedy uświadamiałam sobie pewne rzeczy, z których może niekoniecznie chciałam zdawać sobie sprawę. Musiałam wtedy zmienić podejście, przyjrzeć się krytycznie swoim działaniom i ostatecznie to uważniejsze spojrzenie na ogół wychodziło mi na dobre. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było przeboleć początek lutego.

Przy czym ja naprawdę lubię urodziny. Lubię życzenia, prezenty, świadomość, że istnieją tacy ludzie, którzy potrafią przejechać 120 km w jedną stronę po to, by napić się ze mną kawy. Lubię fakt, że tego jednego dnia pomyślą o mnie osoby, które nie myślały o mnie przez cały rok, może odezwą się, zapytają, co u mnie słychać, może nawet umówimy się i odnowimy kontakt. Lubię świętować :) I za każdym razem w połowie lutego zderza się we mnie ta urodzinowa radość z poczuciem pewnej melancholii, smutku, porażki.

Jesteście tu jeszcze? :)

Mam dla Was dzisiaj kilka myśli, którymi chciałabym się podzielić. Bez obaw, nie są przesadnie smutne.

Starszeństwo


Miewam trudną relację z moim wiekiem, to znaczy, za każdym razem ciężko mi się przyzwyczaić do tego kolejnego roku na liczniku. Przy czym największy kryzys przeżyłam chyba wtedy, gdy skończyłam 28 lat, czyli ładnych kilka lat temu. Bo rozumiecie, Janis Joplin żyła tylko 27 lat, a ja już dłużej i niczego szczególnego nie osiągnęłam ;) Czułam się staro. Wiecie, jak się pocieszałam? Tłumaczyłam sobie, że medycyna idzie do przodu i może się okazać, że ludzie będą żyli nawet ponad sto lat. I może kiedyś jako sto dwudziestoośmioletnia staruszka zaśmieję się, gdy przypomnę sobie, że kiedyś byłam tak młodziutka i uważałam siebie za starą... :)

Teraz, kilka lat po trzydziestce, znów trochę mi niekomfortowo z moim wiekiem. Może dlatego, że w środku czuję się na połowę z tej liczby. A może dlatego, że są w moim otoczeniu osoby, z którymi mam świetną, przyjacielską relację, młodsze ode mnie o sześć i więcej lat. To dla mnie dość nowe zjawisko. Przeważnie byłam najmłodszą osobą w większości grup, do których trafiałam. Teraz jestem dla moich przyjaciółek tą starszą i doświadczoną. Trochę potrwa, zanim przestanie mnie to zadziwiać.

Wrażliwość


Żyjemy w specyficznych czasach, jeśli chodzi o wrażliwość. Z jednej strony, zdaje mi się, że pojawił się pewien kult wrażliwości. Bardziej wsłuchujemy się w swoje emocje, pozwalamy sobie na reakcje, które nie muszą się podobać innym, ale są zgodne z naszymi potrzebami. Nietypowość jest w cenie.

Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z określeniem WWO (wysoko wrażliwa osoba), pomyślałam: o, to może być coś o mnie. W końcu zawsze byłam tym największym wrażliwcem w otoczeniu. Gdy jednak wczytałam się w definicję WWO, nie odnalazłam się w tym. Nie, to jednak nie o mnie. I mam takie poczucie, że ta moja zwyczajna, przeciętna duża wrażliwość jest postrzegana gorzej od mitycznej wysokiej wrażliwości, bo przecież gdyby to było to samo, po co ktoś wymyślałby nowe określenie? Czuję, że coś mnie omija, choć nawet nie mogę powiedzieć, że chciałabym się w to włączyć. Zastanawiam się, czy potrzebna jest nam nowa wrażliwość, skoro ta stara, zwykła, bez etykiet, też zasługuje, by się nad nią pochylić.

A druga strona medalu? Choć wrażliwość jest teraz bardziej doceniana, nadal spotykam się z tym, że niektórzy traktują ją jako problem i przyczynę nieporozumień. "Widocznie jesteś bardziej wrażliwa ode mnie", słyszę nieraz, i widzę, że w ten sposób ktoś próbuje przenieść odpowiedzialność na mnie i moją wrażliwość. Nie możemy się dogadać, bo jestem zbyt wrażliwa. Nie odpowiada mi dana sytuacja czy zjawisko, bo jestem przewrażliwiona na jakimś punkcie.

Nie. Nie zawsze. Pewne zjawiska są obiektywnie złe i czyjś subiektywny odbiór, wrażliwy lub nie, nic w tej kwestii nie zmienia. Przemoc jest zła, epatowanie okrucieństwem jest złe, zaniedbywanie zwierząt i pozwalanie na ich cierpienie jest złe, hejtowanie dla samego hejtowania jest złe. To nie moja reakcja podlega tu ocenie.

Czas na zmiany


Wygląda na to, że nowa praca nie będzie jedyną istotną zmianą w moim życiu. Niedawno miałam okazję przyjrzeć się sobie trochę uważniej niż zwykle, z nieco innej perspektywy. Wnioski były takie... że bez jakiegokolwiek sportu, z pracą siedzącą i przekonaniem, że szkoda życia na diety, długo zdrowa nie pobędę. Do zmian zbieram się powoli i niechętnie, bo są dwie rzeczy, których wyjątkowo nie lubię: zmuszać się do czegoś i odmawiać sobie czegoś. Ale zdrowie, czy raczej dobre samopoczucie, może być tego warte.

Słowo roku


Na początku 2020 modne było wybieranie sobie jednego najważniejszego słowa, które miało nas prowadzić przez cały rok. Wówczas moim słowem było "inspiracja" - i rzeczywiście, moje inspiracje twórcze wiele dla mnie znaczyły w ciągu minionego roku. Natomiast teraz, gdybym miała wybrać jedno słowo na cały 2021, brzmiałoby ono "porażka". Ale nie martwcie się - nie myślę o nim w negatywnym kontekście, raczej jak o wyzwaniu. Chcę udowodnić sobie, że to słowo mnie nie dotyczy.

Coś robię


W poniedziałek popłynęło w moją stronę wiele życzeń, o wiele więcej niż w poprzednich latach. Pojawiły się między innymi w grupach literackich, w których działam. Poza całą związaną z nimi radością, dały mi jeszcze bardzo cenne poczucie - że moja aktywność ma znaczenie, że znalazłam swoje miejsce, swoją niszę, swoje środowisko, w którym jest mi najlepiej. Od dłuższego czasu czuję silną potrzebę stabilizacji i pewnych stałych punktów w życiu, jednak nie przypuszczałam, że środowisko pisarskie również stanie się dla mnie takim stałym punktem. To coś więcej niż pasja, to moje zajęcie, moja druga rodzina i zarazem druga (czy już trzecia?) praca.

Niektórzy z Was czekają na informację o moim debiucie powieściowym, inni, jak się domyślam, reagują na moje wzmianki o książce pewnym rozbawieniem i pobłażliwością. Nie dziwię się ani trochę, jeśli postrzegacie mnie jako osobę, która wiecznie próbuje i nic z tego nie wychodzi. Przecież tak to wygląda z zewnątrz, nie? Cztery lata temu twierdziłam, że wydam książkę. Nadal jej nie wydałam. 

Nie chcę roztrząsać kwestii moich umiejętności. Powiem tak: jeśli byłabym znakomitą pisarką, nadal nie otwierałoby to przede mną wszystkich możliwych drzwi. Rynek wydawniczy ma swoje mniej lub bardziej sprecyzowane oczekiwania, a ja nie do końca potrafię wyjść im naprzeciw. Nie do końca chcę. Czuję w sobie sprzeciw na myśl o tym, że powinnam przerobić wykreowaną przez siebie historię, by zmieścić się w ramach wytyczonych przez kogoś innego. Staram się doskonalić warsztat i pisać z każdym dniem coraz lepiej. Istnieje garstka osób, które czekają na moją twórczość. Nie zamierzam ich rozczarować :)


Tu powinno pojawić się podsumowanie tych rozważań, mam jednak poczucie, że i bez niego ten tekst jest już strasznie długi i pewnie dobrnięcie do tego miejsca będzie stanowić dla Was spory wyczyn :) Dajcie znać w komentarzach, co myślicie, czy zgadzacie się ze mną, czy chcecie może coś dodać. 

środa, 10 lutego 2021

Odstawienie od piersi - zrobiliśmy to inaczej

Właściwie nie wiem, kiedy on się odstawił. To nie stało się z dnia na dzień, radykalnie. Zdarzało się, że po całych tygodniach bez karmienia piersią Robert przypominał sobie o cycu i nagle znów nie mógł się bez niego obejść. W zeszłym tygodniu zdałam sobie sprawę z tego, że od dłuższego czasu nie zdarzyło się nic podobnego. Mleczna droga dobiegła końca.

Tak, jeśli chodzi o karmienie piersią, moje dzieci są długodystansowcami. Na razie nic nie wskazuje na to, żeby dwuletni Michał miał zrezygnować z cyca, Robertowi udało się po czterech latach. W międzyczasie robiliśmy kilka podejść. Wydawało się, że odzwyczai się nieco ponad dwa lata temu, kiedy byłam w ciąży z Michałkiem. Gdy jednak zobaczył małego braciszka przy mojej piersi, natychmiast zaczął domagać się drugiej. Nie wyobrażam sobie, żebym miała mu wtedy odmówić.

W ciągu tych ostatnich dwóch lat karmiłam go niemal wyłącznie przed zaśnięciem. Czasami udało się zastąpić cyca kołysanką, ale to rozwiązanie działało na krótką metę. Po pewnym czasie Robert, zamiast zasypiać, zaczął śpiewać razem ze mną :)

Jak wspominam naszą długą drogę mleczną? Tylko dwie rzeczy były trudne. Po pierwsze, nie zdołałam polubić jednoczesnego karmienia obu synków, każdego jedną piersią. Miało to swoje zalety, czułam się jednak źle, nie znosiłam, gdy ktoś mnie oglądał w takiej sytuacji. Leżałam i czekałam, kiedy skończą. Pewnego dnia coś we mnie pękło, uznałam, że nie wytrzymam ani chwili dłużej. To był ostatni raz, kiedy karmiłam ich jednocześnie. O dziwo, zaakceptowali zmianę praktycznie od razu.

Druga trudność wiązała się z presją otoczenia. Chwilami miałam wrażenie, że wszyscy wokół domagają się, żebym już wreszcie przestała go karmić. Choć uważam, że nikt nie ma prawa się wtrącać, nie czułam się dobrze z tą dezaprobatą.

Śpieszę poinformować wszystkich, którzy martwili się o mnie i o Roberta: nic nam się nie stało. Jesteśmy oboje zdrowi, Robert świetnie się rozwija, rośnie, nie jest chudy ani niedożywiony, nie ma anemii, jego odporności nie można nic zarzucić. 

Odstawienie nie było radykalną decyzją, w zasadzie bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że taka decyzja nigdy nie zapadła. Gdyby Robert nadal tego potrzebował, karmiłabym go w dalszym ciągu. Nie uciekałam się do żadnych sztuczek w stylu smarowania piersi musztardą, nie kłamałam, że cyc się zepsuł. Nie chowam się przed Robertem, gdy karmię Michała. Nie zmuszałam go do żelaznej konsekwencji, pozwalałam mu wrócić do ssania np. po tygodniowej przerwie. Któregoś dnia po prostu z tego wyrósł. 

Dla mnie jako mamy to odstawienie przebiegło równie naturalnie. Nie brakuje mi tego, nie czuję, żeby ta zmiana w jakiś sposób osłabiła naszą więź. Robert nadal jest moim malutkim synkiem, który codziennie wtula się we mnie ufnie. Prawdę mówiąc, wcale nie czuję, że tak dużo się zmieniło.

Chciałam Ci powiedzieć, droga karmiąca mamo, że to może tak wyglądać. Bezboleśnie, naturalnie, w zgodzie z Tobą i dzieckiem. Wiem, że są takie sytuacje losowe, gdy decyzja o zakończeniu karmienia nie należy do Ciebie. Jeśli jednak należy - wiedz, że nie musisz się z tym śpieszyć. Nie musisz też starać się zadowolić otoczenia. To jest sprawa między Tobą i Twoim dzieckiem.