poniedziałek, 18 stycznia 2021

Czas dorosnąć? Mama idzie do pracy!

Siedzę w busie. Jest nieco po siedemnastej, brak obiadu już trochę doskwiera, zresztą ze śniadaniem też było średnio... Nie, to nie jest tekst, w którym będę użalać się nad sobą. Raczej tłumaczyć się. Ostatnio często to robię.

No bo jak to tak: dorosła kobieta, matka rodzinie, w wieku sugerującymi wieloletnie doświadczenie zawodowe - i właśnie przeżywa życiową rewolucję, bo poszła do pracy? To co robiła wcześniej?

Stara praca i nowa praca

Nieraz określałam się tutaj jako osoba aktywna zawodowo. Tak było w istocie, musicie wiedzieć jednak, że: 1) miałam najmilszą, najbardziej relaksującą pracę na świecie, w której praktycznie nie czułam się jak pracownik. Tryb zdalny, godziny elastyczne, szefostwo jak paczka znajomych, praktycznie zerowe ryzyko, że coś zawalę czy komuś podpadnę, 2) praca ta stała się niemożliwa do wykonywania w momencie, gdy odwołano wszystkie imprezy masowe w kraju. Przez kilka miesięcy żyłam w dziwnym zawieszeniu, sporadycznie wysyłałam CV w różne miejsca, zwracałam uwagę na pojawiające się oferty. Z początkiem stycznia rozpoczęłam szkolenie przygotowujące mnie do nowej pracy, a od piątku jestem już pełnoprawnym pracownikiem infolinii bankowej.

To nie jest najłatwiejszy czas dla mnie, choć czuję, że będę lubić tę pracę i śmiem przypuszczać, że będę w niej bardzo dobra. Ogrom wiedzy, którą muszę przyswoić i której w dalszym ciągu trochę mi brakuje - sprawia, że czuję się niepewnie. Ciężko mi się rozluźnić. Mam nadzieję, że z czasem ten stres będzie coraz mniejszy.

Dojazdy

Choć aplikowałam do pracy zdalnej, na razie działam stacjonarnie, do czasu, aż stanę się bardziej samodzielna. Lubię mój zespół i atmosferę biura, ale wykańczają mnie dojazdy. Jak może pamiętacie, mieszkam na wsi. Wstaję codziennie o szóstej, szykuję siebie i chłopców do wyjścia, jedziemy całą czwórką do Niepołomic. Chłopcy idą do przedszkola, mąż do pracy, a ja przesiadam się na busa do Krakowa. Potem muszę jeszcze przejechać cały Kraków, by dostać się do biura. Cała ta droga, od wyjścia z domu do szatni w miejscu pracy, zajmuje ok. dwóch godzin - jeśli wszystko poszło zgodnie z planem.

Zdarzają się przygody. Raz np. postanowiłam spróbować alternatywnej trasy. Dojechałam w nieznane mi miejsce położone na pustkowiu, gdzie oprócz pętli autobusowej nie było... W zasadzie niczego. Nie znalazłam niestety mojego autobusu, prawdopodobnie odjechał, nim zdołałam zlokalizować jego stanowisko. Na następny miałam czekać Zanim do reszty przemarzłam, wsiadłam w tramwaj i wróciłam na sprawdzoną już trasę. Tamtego dnia powrót do domu zajął mi trzy godziny.

A po powrocie? Cóż, jestem mamą :) Opcja "bawcie się sami, mamusia jest zmęczona" nie zawsze działa. Przecież te dwa małe wulkany energii tęsknią za mną i chcą spędzić ze mną popołudnie i wieczór... Najczęściej jest tak, że zasypiam przed nimi, a oni zapewne kładą się chwilę później dla towarzystwa, bo w sumie to trochę dziwne, bawić się dalej, kiedy matka już padła.

Staram się być wyrozumiała dla siebie, choć mój wierny, niezawodny złośliwy krytyk wewnętrzny ma w tej sytuacji ogromne pole do popisu. Czuję, że zawalam, że się nie sprawdzam. Że jestem rozpuszczonym leniem, który marudzi, bo musi wziąć się do roboty jak każdy dorosły człowiek. Tłumaczę sobie cierpliwie, że każdy potrzebuje czasu, by oswoić się z taką dużą zmianą.

Praca z ludźmi

Kontakt z ludźmi daje mi niesamowity zastrzyk energii. Lubię rozmawiać, pożartować, pomagać. Samo wyjście z domu do miejsca, gdzie mam pełno kolegów i koleżanek, jest ciekawym urozmaiceniem po tym, jak przez kilka ostatnich lat moja praca polegała głównie na siedzeniu w domu przed komputerem. Z drugiej strony... Czuję się zaniedbana, niemodnie ubrana, zdziczała. Nie wiem, czy umiem się zachować, czy wzbudzam sympatię. Podczas szkolenia zadawałam dużo pytań, często się odzywałam, byłam widoczna. Przez chwilę włączyły się moje dawne lęki - czy ci ludzie nie pomyślą, że ta blond gaduła jest jakaś dziwna?

Nie chodzi o to, że opinia ludzka ma dla mnie tak duże znaczenie. Po prostu... Przez ostatnie lata ta kwestia w ogóle nie istniała. Wystarczyło, że dogadywałam się z mężem i najbliższą rodziną, i w zasadzie tyle :) Teraz liczę się z tym, że mój wygląd, sposób bycia, zachowanie mogą być dla kogoś zaskakujące i nietypowe. I wcale nie muszą być dobrze odebrane.

Za chwilę wysiadam z busa. Choć uwielbiam dla Was pisać, dzisiaj trochę się do tego zmuszam. Głowę mam jeszcze pełną pracy, nowych sytuacji, nowej wiedzy, dobrych i trudnych doświadczeń. Organizm domaga się odpoczynku i obiadu ;) Piszę jednak, bo wiem, że później nie będzie na to czasu. Rodzina mnie potrzebuje! :)

Stabilizacja

Może brzmię, jakbym narzekała - ale to wynika ze zmęczenia. Bo tak naprawdę cieszę się z tej zmiany. Praca da mi stabilizację, jakiej nie miałam od dłuższego czasu. Pozwoli nam poczuć się bezpieczniej, pewniej. Myślę, że gdy już nauczę się radzić sobie ze stresem, będę z siebie bardzo zadowolona.

Rano, przed wyjściem do pracy, zupełnym przypadkiem trafiłam na piosenkę Fergie "Big girls don't cry". Jej tekst przemówił do mnie bardziej niż zwykle. Poczułam, że mówi o mnie, choć nie rozstaję się z nikim ;) Ale reszta się zgadza - potrzebuję czasu, by dojść ze sobą do ładu i ruszyć do przodu ze swoim życiem. I będę tęsknić - za beztroską, którą zostawiam.

Czas dorosnąć.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Co pisałam najchętniej? Co czytaliście najchętniej?

Podobnie jak w zeszłym roku - styczeń jest dla mnie w pewnym stopniu miesiącem oglądania się wstecz, podsumowywania i planowania. Tym razem przyglądam się rokowi 2020 pod kątem tekstów napisanych w tym czasie - zarówno tych opublikowanych na blogu, jak i tych, które wysyłałam do wydawnictw z nadzieją na podpisanie umowy.

Rok na blogu


Zarazem najlepszy i najgorszy. Najlepszy - bo z sukcesami, z których największym jest dla mnie drugie miejsce w SHARE WEEK. Myślę, że to szczyt moich możliwości, jeśli chodzi o ten blog. Poważnie, gdybym zajęła pierwsze miejsce, uważałabym, że z rankingiem musi być coś nie tak ;) Jest mnóstwo blogów, które bardziej zasługują na takie wyróżnienie!

Ruch na fanpage'u był duży (jak na moje skromne możliwości), przybyło wielu nowych czytelników. Pod tym względem nie mam na co narzekać.

Czemu najgorszy? Najmniej opublikowanych tekstów, zaledwie 32. Aż nie chce mi się wierzyć, że tylko tyle, ale statystyki są nieubłagane. Praca nad książką i działalność w grupach pisarskich bez wątpienia zepchnęły blogowanie trochę na drugi plan. Niemniej, starałam się publikować w miarę regularnie i mam nadzieję, że wynik w 2021 roku będzie wyraźnie lepszy. Przynajmniej jedna nowość tygodniowo powinna się tu zawsze pojawić. Możecie to traktować jako noworoczną obietnicę :)

Najchętniej czytany i komentowany przez Was tekst? 



Tak jak przypuszczałam, największe Wasze zainteresowanie wzbudził emocjonalny wpis pod tytułem "To nie jest kraj dla ciebie", pisany pod wpływem rozczarowania dawnymi autorytetami i sytuacją w Polsce. Napisaliście mi mnóstwo ciepłych słów, zarówno tutaj, jak i na fanpage'u. Były tez wiadomości prywatne, za które serdecznie dziękuję. Muszę tu dodać, że nie wszystkie komentarze były pozytywne. W tym przypadku negatywne reakcje odczułam nieco boleśniej niż zwykle, bo pisałam o swoich prywatnych, bardzo osobistych uczuciach, nie po to, by przekonywać kogokolwiek do moich poglądów czy "siać zamęt", jak zostało to ujęte. Mam nadzieję, że tak czy inaczej zdajecie sobie sprawę z tego, że ten adres jest otwarty dla ludzi o różnych poglądach i na każdy komentarz odpowiem kulturalnie i z szacunkiem dla rozmówcy, nawet jeśli nie będę w stanie się z nim zgodzić.

Inne ważne teksty




To też był jeden z najczęściej czytanych przez Was wpisów, o tyle istotny, że stanowi zbiór najważniejszych informacji na mój temat. Jeśli trafiliście tu przypadkiem i nie macie pojęcia, co to za jedna chwali się tutaj swoimi poczynaniami, to zapraszam do czytania, dowiecie się więcej :)



Kolejny z tekstów, które wzbudziły Wasze zainteresowanie. Bardzo mnie to cieszy, bo poruszyłam w nim ważny temat, który w dalszym ciągu stanowi swego rodzaju tabu - choć nie wszyscy z Was zgodzili się ze mną w tej kwestii. Cieszę się, że mogłam poznać również Wasze odczucia i doświadczenia.



Jeden z bardziej emocjonalnych tekstów, jakie napisałam. Wzbudził cudowne reakcje, wiele wzruszeń i pięknych słów. Był kilka razy cytowany w różnych miejscach, a ja uwielbiam, kiedy mnie cytujecie :) O czym opowiada? O trzech osobach, które kiedyś znałam: pewnym chłopaku, pewnej dziewczynie i pewnym mężczyźnie. Co ich łączy i dlaczego napisałam właśnie o nich - odpowiedź kryje się w tekście.



Tak wyszło, że wśród najważniejszych tekstów, jakie napisałam w tym roku, dominują te o tematyce ciężkiej i bolesnej. Impulsem do napisania o krzyku był skandaliczny wyrok w sprawie gwałtu na czternastoletniej dziewczynce. Sprawcę uniewinniono, bo ofiara nie krzyczała. Tekst mówi o różnych rodzajach przemocy i reakcjach na nią. Dotknęłam w nim również osobistych doświadczeń, na tyle bezpośrednio, na ile potrafię to zrobić.



Żebyście nie myśleli, że w 2020 roku Szczęśliwa Siódemka pisała tylko o przygnębiających sprawach - oto jedno z moich ulubionych, najradośniejszych wspomnień z minionego roku :) Ma raczej niedużo wyświetleń, co wskazywałoby na to, że faktycznie bardziej przyciąga Was ta poważna tematyka. Zachęcam jednak do przeczytania tekstu, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Myślę, że jego przesłanie może być bardziej uniwersalne niż się wydaje. Mówi o tym, że łatwo przegapić odpowiedni moment, by powiedzieć ukochanej osobie, jak wiele dla nas znaczy.
Jeśli chodzi o nietypowe zabawy Roberta - wczoraj wieczorem ukląkł przede mną i powiedział "Mamo, ja cię kocham", a moja spontaniczna reakcja tak mu się spodobała, że potem powtarzał to jeszcze kilka razy :) A ja, oczywiście, musiałam za każdym razem być równie zaskoczona i wzruszona.

Rok pisarski


Dobrze, a poza blogiem? Chętnie opowiem Wam trochę więcej o literackiej stronie mojego pisania. Wiem, że niektórych z Was żywo interesuje ten temat.
Tu pragnę zachęcić tych spośród Was, którzy podobnie jak ja zajmują się pisaniem, do odwiedzenia strony Marty Łysek i skorzystania z noworocznego prezentu, który przygotowała: PDFa, który umożliwia głębokie i wieloaspektowe podsumowanie rocznych zmagań pisarza.

Nie będę zamieszczać mojego pełnego podsumowania, bo musielibyście je czytać chyba do jutra :D Wybrałam kilka zagadnień, które uznałam za najważniejsze dla mnie.

Moje najważniejsze wydarzenia związane z pisaniem

Przede wszystkim jedno wydarzenie, za to całoroczne. Piszę codziennie w 2020! Razem z kilkoma fantastycznymi dziewczynami przez cały rok motywowałyśmy pisarzy do codziennego pisania, zachęcałyśmy do dyskusji, zadawałyśmy inspirujące pytanie. Zdarzało się, że dzięki tym dyskusjom ktoś wpadł na nowy pomysł lub znalazł interesujące rozwiązanie fabularne, które nie przyszło mu wcześniej do głowy. 
Jeśli chcielibyście uczestniczyć w tegorocznej edycji wydarzenia, musicie najpierw dołączyć do grupy Pisarskie Olśnienia, a potem zgłosić się tutaj: Piszę codziennie w 2021!

Drugim istotnym wydarzeniem był weekendowy zlot pisarek, na który udało się nam wybrać dosłownie w ostatni weekend przed lockdownem. To było niesamowite przeżycie :) Nie mogłyśmy się nagadać! Mam nadzieję, że uda się nam to powtórzyć, gdy nastaną nieco łatwiejsze czasy.

Trzy największe wyzwania związane z pisaniem w minionym roku

W porządku chronologicznym:
1. Pisanie bajki mniej więcej w trzy dni, z dziećmi dosłownie wskakującymi mi na głowę, wysłanie jej na konkurs pół godziny przed upływem terminu

2. Napisanie całej powieści w miesiąc, bez planu, prawie do końca nie wiedząc, jaki będzie finał historii. Kulminacyjne wydarzenia zaskoczyły mnie niemal równie mocno jak bohaterów!

3. Poprawianie pierwszego i drugiego tomu mojej serii dla młodzieży. To było więcej niż zwykłe poprawki. Musiałam przemyśleć całą konstrukcję obu tomów, wybrać wiodące wątki dla obu części, dopisać sceny, których brakowało. Nowe wersje różnią się od pierwotnych tak znacząco, że chwilami moja praca bardziej przypominała tworzenie tekstu od zera niż poprawianie istniejącego.

Które osoby miały największy wpływ na moje pisanie?

Lista jest tak długa, że na pewno nie byłabym w stanie ograniczyć się tylko do kilku imion. Andrzej jak zawsze wspierał, motywował, dodawał siły i służył konkretną pomocą, również w przepisywaniu rękopisów (choć w pewnym momencie przerzuciłam się na pisanie na komputerze). Paulina, Iza i Marta czytały bardzo wstępne wersje moich tekstów, pomogły mi oswoić strach przed umieszczaniem fragmentów w sieci, dały mi dużo pozytywnego feedbacku i konstruktywnych uwag. Pomogły mi poczuć się pewniej. Anka stworzyła wspaniałą grupę Mastermind, w której mogłyśmy wspólnie pracować nad udoskonalaniem naszego stylu. Joanna samym swoim istnieniem i genialnym pisaniem sprawiała, że moje własne próby stawały się coraz lepsze. Uwierzyła we mnie, usłyszałam od niej jedne z najmilszych słów dotyczących mojego pisania, jakie w ogóle kiedykolwiek padły :) Kasia dodawała siły w najtrudniejszych momentach. Druga Kasia mobilizowała mnie do tego, żeby starać się coraz bardziej i zaskoczyć tych, którzy we mnie nie wierzyli. Marta stała się moją bratnią duszą, inspirowała, wciągnęła w świat swoich bohaterów i dała się wciągnąć do mojego. Patrycji zawdzięczam mnóstwo ciekawych rozmów, bliskości, poczucia wspólnoty z innymi pisarkami, pomimo tego, że one mają o wiele większy dorobek niż ja. To samo zresztą mogę powiedzieć o Oli, Gosi, Joannie, Alicji i jeszcze kilku wspaniałych osobach. Natalia dała mi niesamowite uwagi do mojego pierwszego tomu, sprawiła, że w efekcie powstała o wiele lepsza książka niż to, co jej wysłałam. Agnieszka pokazała mi, jak fantastycznie i bezboleśnie może wyglądać współpraca z redaktorem. Z kolei Asia pokazała mi, jaki ogrom pracy jeszcze przede mną i na jakie błędy muszę uważać.

Pod tym względem rok 2020 był naprawdę niesamowity. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak chciałabym, żeby na końcu tej długiej listy znalazły się podziękowania dla wydawcy, który zdecydował się dać mi szansę. Niestety, nadal taka osoba się nie pojawiła :) Staram się wierzyć, że to kwestia czasu, choć powiem Wam, że łatwo stracić tę wiarę. Co by nie było, nie zamierzam się poddawać! W tym roku czeka mnie nowe wyzwanie: godzenie pisarskich planów z pracą na etacie. Jak do tej pory, idzie całkiem nieźle :)

Jeśli dobrnęliście tutaj, do końca tego długiego podsumowania - będę wdzięczna za komentarz :)






sobota, 2 stycznia 2021

Co dobrego w 2020 roku?

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej tak wielu ludzi zgadzało się w tej kwestii: to był kiepski rok, najgorszy rok, idź sobie, roku 2020! Pamiętam, że rok 2016 (też przestępny! Może tu się kryje jakiś trop?) był przez wielu moich znajomych uważany za trudny, a choć częściowo się z tym zgadzałam - to jednak 2016 dał nam Roberta :) No, ale 2020 jest niezaprzeczalnym rekordzistą, jeśli chodzi o nieszczęścia i nieprzewidziane zmiany planów. Pandemia, lockdown. Wielu moich znajomych zachorowało, niektórzy stracili bliskie osoby. W kraju działo się strasznie i źle, i co gorsza, nie widać końca tej sytuacji. Wiele planów musieliśmy odwołać lub zmodyfikować. Festiwal Kolorów się nie odbył. Targi Książki się nie odbyły. Kiedy już wydawało się, że najtrudniejsze za nami i oswoiliśmy się z tym specyficznym rokiem, los dobił nas chorobą i śmiercią Fortisa. To był moment, kiedy przestałam się krygować i głośno wołałam razem z innymi, żeby 2020 raczył się już czem prędzej odpierwiastkować.

Pytanie, co dobrego zdarzyło się w tym roku, wydaje się w pierwszej chwili wyzwaniem. Ale tylko w pierwszej chwili. Przecież nadal jesteśmy zdrowi, młodzi i szczęśliwi. Nawet 2020 nie mógł tego zmienić.

Zatem, co dobrego przyniósł rok 2020? Co będę wspominać z przyjemnością, za co jestem wdzięczna?

Moje pisanie


Spotkanie ze wspaniałymi pisarkami.
Jeszcze przed lockdownem :D

O ile w roku 2019 pisałam naprawdę dużo, w roku 2020 stanowiło to moje główne zajęcie. Dopiero teraz przy okazji różnych podsumowań dociera do mnie, jak dużo zrobiłam. Prowadziłam (wraz z innymi wspaniałymi osobami) grupę dla pisarzy oraz wydarzenie Piszę codziennie w 2020!, starałam się motywować, inspirować i budować pisarską społeczność. I oczywiście, pisałam. Dwie nowe powieści, dwie nowe wersje powieści pisanych w poprzednich latach, jedna bajka i dwa opowiadania. Całkiem imponujący wynik, choć nie wątpię, że w niektórych z Was może wzbudzić raczej coś na kształt politowania. Bo gdzie te książki w księgarniach, gdzie umowy z wydawnictwami? No, nie ma. Wierzę, że jeszcze nie ma. Już nieraz wydawało się, że coś się kroi, że lada chwila ten wymarzony debiut naprawdę stanie się faktem... I kończyło się na niczym. 

Ale dziś nie czas na to, żeby się tym przejmować. Pisanie było i jest dla mnie cudowną przygodą. Żyję trochę jakby w dwóch światach - jednym prawdziwym i drugim, który należy do bohaterów opowiadanych przeze mnie historii. Są dla mnie prawie tak realni jak prawdziwi ludzie. W sumie w tym dziwnym roku, kiedy często jedyną okazją, by się z kimś spotkać, były wirtualne formy kontaktu - moi wymyśleni znajomi nie różnili się tak bardzo od tych prawdziwych ;)

Ogromną radość czerpałam również ze współpracy z beta-czytelnikami, z rozmów na temat moich bohaterów, którzy wzbudzili ich sympatię i stali się realni również dla nich. Uwielbiam zapraszać ludzi do wykreowanej przeze mnie rzeczywistości i marzę tylko o tym, by tych ludzi było jak najwięcej. Dzięki pisaniu zawarłam wspaniałe przyjaźnie. Joanna, Paulina, Kasia, druga Kasia, Iza, Patrycja, Marta, druga Marta, Anka - to o Was :) W 2020 byłyście najlepsze!

Duma z moich dzieci




Michał skończył dwa lata, a Robert cztery. Obaj niesamowicie się rozwinęli. Wydaje mi się, że te postępy widać szczególnie wyraźnie u Roberta. Stał się dużym, wygadanym chłopakiem, małym dorosłym, jak go czasem nazywam. Mówi pełnymi, rozbudowanymi zdaniami (po polsku i po angielsku), liczy do dwudziestu, choć z małymi potknięciami, umie dodawać na paluszkach. Ma niezwykłą wyobraźnię, wymyśla wspaniałe zabawy, konstruuje godne podziwu budowle i pojazdy z klocków. Pięknie śpiewa, szybko się uczy piosenek. A rok temu jeszcze nosił pieluchę!

Michaś też wspaniale sobie radzi. Mówi coraz więcej, choć nadal nie lubi się przemęczać - wystarczy mu do szczęścia, że starszy brat zawsze go rozumie :) Cudownie koloruje, coraz lepiej układa klocki, od niedawna zachwyca nas swoimi zapędami śpiewaczymi. Niezły z niego Pavarotti! Najbardziej zachwyca nas jego czułość, uściski i hojnie rozdawane całusy. Jest taki słodki i pogodny!

Spotkania po latach





Zadziwiające, że to właśnie ten rok, tak niesprzyjający bezpośrednim kontaktom międzyludzkim, umożliwił mi spotkanie się z osobami, których nie widziałam nieraz bardzo długo. Myślę, że po prostu wszyscy się za tym stęskniliśmy, może też gdzieś tam zaczęło do nas docierać, jakie to ważne i wyjątkowe, móc z kimś wypić kawę, porozmawiać, pospacerować. Gdy na kilka miesięcy rozluźniono obostrzenia, a wirus nie budził już takiego niepokoju, udało nam się umówić z kilkorgiem znajomych.


Zdjęcia

Fot. Marta Szopińska - serce w obiektywie


Fot. Andrzej Abaj

Fot. Jacek Piecuch

Fot. Piotr Świątkowski
Link do fanpage'u: Pokazmnietecuda


To też zaskakujące! Co roku wydaje mi się, że jeśli chodzi o zdjęcia, mój czas już dawno minął, nie te lata, nie ta figura, nie ta skóra, brak wprawy też daje się we znaki. Poza tym straciłam już ten zapał, który dawniej napędzał mnie do wymyślania kolejnych pomysłów i dopracowywania stylizacji. A jednak rok 2020 przyniósł mi wspaniałe propozycje, kilka bardzo udanych sesji zdjęciowych. Przyznam, że rozbudził się we mnie dawny apetyt. Kto wie, może rok 2021 okaże się pod tym względem jeszcze bardziej udany?

Śpiewanie


Pod tym względem też działo się więcej niż się spodziewałam. Udało mi się nagrać chórki na płytę mojego dobrego kolegi oraz wystąpić na koncercie z zespołem Genezyp Kapen. Już kiedyś pisałam Wam o naszej współpracy :)

Poczucie jedności i wsparcie


Co jak co, ale ten rok pokazał, że w trudnych sytuacjach można liczyć na pomoc. Ludzie mają wielkie, otwarte serca i potrafią się dzielić. Widziałam to w wielu momentach. Zbiórki dla potrzebujących, wspieranie drobnych przedsiębiorców poprzez promowanie ich usług i kupowanie u nich, udostępnianie wartościowych treści za darmo... Naprawdę, dużo tego było. 


Brzuszkowy Mikołaj ruszył w tym roku z dużym opóźnieniem i mniejszą niż zwykle promocją, mimo to czułam jeszcze silniej niż zazwyczaj, że to działa i naprawdę angażuje ludzi. Powstały co najmniej dwie wspaniałe paczki, o których wiem, a zapewne nie wiem o wszystkich :)

Moja impreza urodzinowa


Tak, to jedno z moich ulubionych wspomnień z tego roku :) W tamtym momencie jeszcze nie wiedzieliśmy, że już w marcu czeka nas lockdown. Świętowaliśmy bez trosk, bez zmartwień, i z mnóstwem balonów :)

Kameralna, rodzinna Wielkanoc



Miała być dziwna, samotna, inna niż zawsze. Okazała się jedną z piękniejszych. Spokojna, rodzinna, pełna spontaniczności, wygłupów, dziecięcego śmiechu. I z pysznym cateringiem od lokalnych przedsiębiorców :)

Wspaniała muzyka


Czy jestem szalona, jeśli twierdzę, że 2020 był dobrym rokiem dla muzyki? A jednak. Wielkie powroty, zaskakujące kolaboracje, utwory nagrywane przez artystów w domowym zaciszu. Zapamiętam z tego roku szaloną radość, rewelacyjne koncerty udostępniane za darmo, a także wiele wzruszeń.

To moi przyjaciele z Gospel Voice. Nie mogę wyjść z podziwu, jak niesamowicie się postarali, by stworzyć coś tak pięknego w domowych warunkach.



A to Klaudia Gawor. Śledzę jej poczynania od dawna i jestem naprawdę pełna podziwu! Ten utwór narobił ostatnio bardzo pozytywnego zamieszania



Oswoiłam się z kamerką


Gadanie do ekranu dotąd było dla mnie nieco poza strefą komfortu. Już w 2019 roku zaczęłam się przełamywać, prowadzić live'y, uczestniczyć w spotkaniach naszej grupy pisarskiej. Ale w 2020 roku było tego dużo, dużo więcej. Do tego stopnia, że nasza impreza sylwestrowa w dużym stopniu opierała się na łączeniu się on-line z bliskimi nam osobami :) Że już nie wspomnę o mojej rozmowie kwalifikacyjnej...

Nowa praca


A właśnie. Niech to będzie wisienką na wielkim, słodkim torcie, w który zamienił się ten wpis. Dostałam nową pracę. Z początkiem przyszłego tygodnia zaczynam szkolenie, a 15 stycznia na dobre wdrażam się w nowe obowiązki.
Kochałam moją poprzednią pracę i wierzę, że jeszcze przyjdzie lepszy czas dla naszych kolorowych imprez - ale teraz pora na inne, nowe wyzwania. Zrobię wszystko, by im podołać! Krok w nieznane budzi wiele obaw, ale też ekscytację :) Trzymajcie za mnie kciuki!


Cóż... Wygląda na to, że ten 2020 nie był taki zły! Ciekawa jestem, czy macie podobne odczucia do moich?




wtorek, 29 grudnia 2020

Żużlowersum Joanny Krystyny Radosz - pasja, talent i bohaterowie, których się kocha


Zdradzę Wam pewien sekret. Jeśli przeczytacie jedną książkę Joanny Krystyny Radosz, będziecie musieli sięgnąć po kolejną.

Znaczy, wiadomo. Nikt do niczego Was nie zmusza :) Ale przeczytanie przynajmniej dwóch książek tej autorki pozwoli Wam dostrzec pełniej i wyraźniej, z jak przemyślanym uniwersum macie do czynienia. Tam nic się nie dzieje przypadkowo. Nie ma nieważnych, epizodycznych postaci - ktoś, kto w jednym tekście wydaje się barwnym dodatkiem do drugiego planu, w następnym okazuje się mieć własną, rozbudowaną historię, całkowicie spójną ze wszystkim, co do tej pory o nim przeczytaliście. Możecie też trafić w dwóch różnych tekstach na opis dokładnie tego samego zdarzenia - ale ukazanego z innej perspektywy, w innym kontekście, z naciskiem położonym na inne szczegóły. Czy to nie jest niezwykłe?

Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami wrażeniami po przeczytaniu nie jednej, a dwóch książek. Przyznam też, że jestem wielbicielką talentu Joanny już od pewnego czasu, miałam przyjemność czytać również fragmenty jej niewydanych jeszcze książek, dostępne na fanpage'u autorki oraz na Wattpadzie. Mam swoje ulubione wątki i ulubionych bohaterów, jednym słowem - żużlowersum całkowicie mnie pochłonęło :)

Żużlowersum, czyli żużlowe uniwersum

Akcja obu książek, jak i większości tekstów autorki, toczy się w środowisku związanym ze sportem żużlowym - zawodników, trenerów, mechaników, kibiców. Czy to już czas na wyznanie, jak wiele wspólnego mam z żużlem ja, zafascynowana czytelniczka powieści i opowiadań o żużlowcach? Niewiele :) Nic. Kompletnie się na tym nie znam. Na motorze siedziałam raz w życiu, przez jakieś kilka sekund, i prawie go wtedy zepsułam. Na zawodach nie byłam ani razu. Jedyny (autentyczny) zawodnik, jakiego kojarzę, to Tomasz Gollob. Jeśli wiem o tym sporcie cokolwiek więcej, dowiedziałam się tego z twórczości Joanny.

Magia autorki polega na tym, że nie trzeba wiedzieć nic o żużlu, nie trzeba nawet go lubić (choć po lekturze pewnie go polubicie, słowo daję!), by dać się porwać historii. Bo opisani przez nią żużlowcy to przede wszystkim ludzie, z rozbudowaną psychiką, z motywacjami, z wadami i zaletami, żywi, prawdziwi, warci tego, by ich poznać i pokochać, a czasami powściekać się na nich. Spójni, wyraziści, kryjący w sobie mnóstwo zagadek, nieraz zupełnie inni niż wydają się na pierwszy rzut oka. Jak mówi notka na tylnej stronie okładki "Czarnej książki. Zostać mistrzem": Zdarza się bowiem, że to wcale nie na torze odjeżdżają swój najważniejszy wyścig. 

"Czarna książka. Zostać mistrzem"

To zbiór jedenastu opowiadań. Choć tematyka każdego z nich kręci się wokół żużla, same teksty są bardzo różnorodne. Różnią się narracją, nastrojem, nieraz uzupełniają się, dopowiadają historię rozpoczętą w poprzednim opowiadaniu, ukazują inną perspektywę. Wielką niespodzianką było dla mnie opowiadanie gościnne autorstwa Zuzanny Śliwy, "Święto bajora" - a najbardziej zaskoczyło mnie, jak znakomicie wkomponowało się ono w całość zbioru. Prawdopodobnie nie rozpoznałabym, że napisała je inna osoba, gdybym o tym nie wiedziała.

Wbrew pozorom, wybór ulubionego tekstu spośród jedenastu równie świetnych, nie jest wcale trudny. Jak już wspomniałam, są w twórczości Joanny postacie i wątki, do których przywiązałam się bardziej niż do innych. Dlatego moim ulubionym opowiadaniem jest "Życie po", a zaraz za nim opowiadanie tytułowe "Zostać mistrzem". Oba zawierają najbardziej wzruszające sceny w całym zbiorze i przypominają, że ten piękny sport, o którym czytamy, jest też niezwykle niebezpieczny.

Bardzo lubię też trzymające w napięciu opowiadanie "Kosa albo wszyscy skończymy tak samo", a także opowieść o ambitnej zawodniczce Adelinie, "Cudza wojna". Jeszcze bardziej doceniłam oba, gdy przeczytałam powieść Joanny, "Szkołę wyprzedzania", o której opowiem Wam w dalszej części tego wpisu :)

Ale co sprawia, że opowiadania Joanny czyta się tak znakomicie? Moim zdaniem, dwa kluczowe elementy przesądzają o sukcesie. Po pierwsze, język. Gdybym miała określić go jednym przymiotnikiem, powiedziałabym, ze jest bogaty. Autorka tworzy rozbudowane zdania, za pomocą słów doskonale maluje świat swoich bohaterów, oddaje klimat miejsc, o których czytamy, pozwala nam poznać charakterystyczne cechy zarówno głównych postaci, jak i tych pozornie mniej znaczących (pisałam już, dlaczego uważam, że w żużlowersum nie ma epizodycznych postaci). Zwraca uwagę na detale. 

Po drugie, znajomość psychiki ludzkiej. Panuje pewne przekonanie, że pisarki, zwłaszcza młode, nie potrafią w sposób wiarygodny oddać męskiej perspektywy. Joanna udowadnia, że to bzdury. Tworzeni przez nią bohaterowie są spójni, autentyczni i budzą emocje. Każdy ma swój charakter, narracja zmienia się w zależności od tego, przez czyje oczy patrzymy na opisywane wydarzenia.

Czasem można się pośmiać:

" - Panie Wacławie, mogę prosić o autograf? Uwielbiam pana!

Podnosi wzrok i widzi czerwoną z przejęcia kelnerkę, młodą, zbyt młodą, żeby pamiętała go z toru.

- To ja powinienem brać autograf od pani - mówi z olśniewającym uśmiechem. - Pani przynajmniej wykonuje ważną społecznie pracę, a ja najpierw przez lata jeździłem bez sensu w kółko, a teraz zabijam czas, tłumacząc innym, że jeżdżą w kółko nie tak jak trzeba."

Czasem można się wzruszyć:

" (...) Taksówkarz obrzucił badawczym spojrzeniem jego nieszczęsny nos, krew na koszuli i pokryte tatuażami ciało, po czym pokiwał ze zrozumieniem głową.

- Była chociaż tego warta?

- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo."

Jedno jest pewno - ciężko oderwać się od czytania!

"Szkoła wyprzedzania"

Od tej powieści, podobnie jak od wspomnianych wyżej opowiadań, ciężko się oderwać. Czasem jednak trzeba - to cudo liczy sobie 535 stron. Pomimo takiej objętości, w książce nie ma dłużyzn, niepotrzebnych fragmentów, a historia wciąga od pierwszych scen.

Główny bohater, Dymitr, jest prezesem klubu żużlowego i przybranym ojcem Emila, młodego obiecującego żużlowca. Obu tych panów, szczególnie Emila, mieliśmy już okazję poznać dzięki opowiadaniom zawartych w "Czarnej książce. Zostać mistrzem". To jak spotkanie ze starymi znajomymi, a co więcej, powieść pozwala poznać lepiej ich relację, trudną przeszłość, wspólne doświadczenia. Widzimy pełniejszy, bardziej kompletny obraz.

Emil w "Szkole wyprzedzania" jest jeszcze nastolatkiem, ale nieraz wykazuje się większą dojrzałością niż jego opiekun. Samego Dymitra pokochałam od pierwszych stron, ale też wielokrotnie miałam ochotę bardzo mocno nim potrząsnąć, zwłaszcza wtedy, gdy zachowywał się jak idiota w relacji z Nataszą, dość zagadkową młodą psycholożką pomagającą zawodnikom.

Historia zaczyna się w chwili, gdy umiera ojciec Dymitra, potężny petersburski oligarcha. Dymitr nie opłakuje zmarłego - przez całe życie czuł się odtrącony jako gorszy syn. Nie spodziewa się cennego spadku. Kiedy otrzymuje kluczyk do tajemniczej skrytki, w pierwszej chwili nie zamierza z niego skorzystać. Wkrótce jednak okazuje się, że ktoś śledzi Dymitra i jego bliskich, jego życiu zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo. Najwyraźniej w skrytce znajduje się coś cennego, a bohater miał dotąd bardzo mgliste pojęcie o tym, czym naprawdę zajmował się jego ojciec i jak daleko sięgały jego wpływy.

Wątek kryminalny przeplata się z obyczajowymi, bardzo silnie zarysowana i chwytająca za serce relacja Dymitra z przybranym synem staje się siłą napędową akcji, podobnie jak subtelny wątek romantyczny związany z postacią Nataszy. Klub żużlowy w tej historii jest raczej na drugim planie, niemniej odmalowany barwnie i wyraziście, a wśród zawodników spotykamy więcej znajomych z "Czarnej książki. Zostać mistrzem", w tym mojego ulubieńca Pettera Lindmanna. Ten łobuz pojawia się względnie rzadko i chyba przede wszystkim po to, by na chwilę rozbawić czytelnika. Tak czy inaczej, nie da się go przegapić.

Rozwiązanie głównej zagadki fabularnej zaskoczyło mnie aż dwukrotnie. Nie chcę oceniać wiarygodności zdarzeń. Motywy postępowania rosyjskich miliarderów to nie jest tematyka, w której mogłabym uważać się za znawczynię, a fikcja jest fikcją i nieprzewidywalne zwroty akcji bez wątpienia jej służą. Prawdopodobieństwo psychologiczne głównych bohaterów historii jest, jak zwykle u tej autorki, jednym z największych atutów.

Ostatnia scena książki zdaje się otwierać nowy wątek. To rodzi nadzieję, że może autorka zamierza napisać kontynuację "Szkoły wyprzedzania"... Czy tak jest w istocie? To się okaże :) Sama scena natomiast pojawiła się już wcześniej, choć widziana z zupełnie innej perspektywy - we wspomnianym wcześniej opowiadaniu "Cudza wojna"! Za to przeplatanie się i zazębianie scen i wątków uwielbiam pisarską twórczość Joanny Krystyny Radosz. Mam nadzieję przeczytać jeszcze wiele jej tekstów i nieraz cieszyć się na widok starych znajomych w nowych scenach.


czwartek, 24 grudnia 2020

Wigilia jedyna w swoim rodzaju

To był dla mnie zawsze najbardziej magiczny dzień w roku, wyrwany z baśniowej rzeczywistości. W dzieciństwie kojarzył się zawsze z prezentami, które niespodziewanie pojawiały się pod choinką, z ozdobami, które przygotowywałyśmy wspólnie z mamą i siostrą, z kolędami, które zawsze lubiłam śpiewać. 

Nasze Wigilie nie różniły się zbytnio od siebie. Zawsze spędzaliśmy je w czwórkę, na stole było mnóstwo pysznego jedzenia, panowała świąteczna atmosfera. Czasami przygotowania wiązały się z pewną nerwowością, co teraz rozumiem lepiej ;) 

Pamiętam bieganie po okolicznych sklepikach i szukanie prezentów dla rodziców i siostry. Przypuszczam, że w tym czasie u nas w domu pojawiło się najwięcej niepotrzebnych drobiazgów, figurek porcelanowych i innych kurzołapów ;) Ale pamiętam też radość, gdy udało mi się kupić pluszowego Kubusia Puchatka dla mamy - podobno o nim marzyła :)

Najmilej wspominam te Święta, kiedy po raz pierwszy poszliśmy na Pasterkę. Spadło wtedy mnóstwo śniegu, park otaczający rynek wyglądał magicznie.

Dość specyficzne były pierwsze Święta, które spędzaliśmy z psem. Prezenty nie mogły leżeć pod choinką, bo zwierzątko się nimi interesowało. Musieliśmy też chronić niektóre ze świątecznych przysmaków. I nie zapomnę tego wielkiego psiego zaskoczenia naszym zachowaniem, kiedy zaczęliśmy się modlić!

Spędzone wspólnie Święta to chyba moje najpiękniejsze wspomnienia z rodzinnego domu. W tym roku, choćbym chciała, nie spędzę ich z moimi rodzicami. Będzie nas czworo przy świątecznym stole - ja, mój mąż i nasi dwaj synkowie. 

(Może koty też przyjdą, wtedy będzie sześcioro :P).

Będzie inaczej niż zwykle. Ale to nie znaczy, że będzie źle. Może trochę bardziej na luzie, niezbyt dokładnie, beztrosko. Ze świadomością, że małe łapki chcą pomagać, a z nimi wszystko robi się nieco wolniej... ale i radośniej. Że pod nogami zawsze plącze się jakaś zabawka, a między kolędami śpiewa się "głowa, ramiona, palce nóg".

Na stole wigilijnym oprócz dwóch rodzajów pierogów, sałatki jarzynowej, "romansu z rybką", barszczu i wegańskich krokietów lądują banany, żeby było więcej potraw. Do kolacji zasiadamy o jakieś półtorej godziny później niż cała Polska, bo raz, że drzemka, a dwa, przygotowania trwają dużo, dużo dłużej niż można byłoby przypuszczać.

I dobrze. Przecież nigdzie nam się nie spieszy.

To nie pierwsza nietypowa Wigilia w moim życiu. Najdziwniejsza była ta dwa lata temu, w szpitalu z malutkim Michałkiem. Bez Roberta, z krótką wizytą męża, z przywiezioną przez niego miniaturową choinką, barszczem w termosie i opłatkiem przełamanym z wzruszoną pielęgniarką.

Życzyliśmy sobie wtedy, żeby ta Wigilia była jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. Teraz też tego sobie życzymy. Za rok mamy nadzieję spędzić Święta w większym gronie. 

Ale i teraz jest dobrze.

piątek, 18 grudnia 2020

Zaskakujesz mnie codziennie

Pamiętam, jak to było cztery lata temu. Byliśmy jeszcze z Robertem w szpitalu, ja starałam się opanować szalejące emocje, zażywałam środki na zwiększenie laktacji i powoli godziłam się z tym, że pielęgniarki patrzą na mnie krzywo, bo noszę zbyt kolorowe piżamki. A Robert? Już wtedy był prześliczny, wyróżniał się wśród innych noworodków. Wyglądał na starsze dziecko. Był pogodny, ładnie spał, ufnie wtulał się we mnie przez większość czasu.

Tak wiele się zmieniło od tego czasu. Nadal noszę kolorowe piżamki, a i emocje czasem szaleją ;) Za to on, mój starszy synek, już prawie w ogóle nie przypomina tamtego bezbronnego maleństwa. Widzę, jaki jest duży i pięknie rozwinięty, a mimo to nadal mimowolnie myślę o nim jak o malutkim dziecku. A on zaskakuje mnie każdego dnia.

Zaskoczenie 1. A gdzie czekoladka dla Michałka?

O tym, jakim jest bratem, mogłabym pisać w każdym tekście, bo ta jego troskliwość i czułość nigdy nie przestaje mnie zadziwiać. Nie spodziewałam się tego. Myślałam, że o dwa lata młodszy Michał będzie dla niego w jakimś stopniu intruzem, kimś, kto zabrał mu uwagę rodziców. Pamiętam, jak nieraz walczył o tę uwagę. Pamiętam spory, w których rozstrzyganiu musiałam pośredniczyć. Nie twierdzę, że teraz nie ma ich w ogóle - jasne, że się zdarzają. Jak w każdej rodzinie. 

Ale dla Michałka nigdy nie może zabraknąć czekoladki, buły, banana, ciasteczka, bo Robert prędzej sobie od ust odejmie niż na to pozwoli. To jest jego braciszek i niechby ktoś spróbował potraktować go nieodpowiednio! Od razu miałby z Robertem do czynienia. I powiem Wam, mam wrażenie, że od samego słuchania, z jaką czułością Robert zwraca się do Michała, staję się lepszym człowiekiem.

Zaskoczenie 2. Przepraszam, pomyliłem się

Myślami ciągle jestem jeszcze trochę na tym etapie, kiedy Robert niewiele mówił i każde pełne zdanie, które padło z jego ust, traktowaliśmy jak wyczyn. A tymczasem naszemu małemu synkowi gładko przechodzą przez usta słowa, z którymi znacznie starsi od niego ludzie miewają problem. Czasem myślę, że on nawet za często przeprasza. Na pewno nie wymagamy od niego tych częstych przeprosin.

Zaskoczenie 3. Ja to zrobię!

Jednym z momentów, które uświadomiły mi, jakiego dużego mam już synka, było wspólne krojenie warzyw. Nie sądziłam, że odważę się dać takiemu maluchowi nóż do ręki (oczywiście, niezbyt ostry, a cała rzecz odbywała się z moją pełną asystą!). Najpierw dałam mu łyżkę. Kiedy zobaczyłam, że naprawdę fachowo zabiera się do tego krojenia, a przeszkadza mu tylko fakt, że ciężko ukroić cokolwiek łyżką, zdecydowałam się spróbować. Fantastycznie sobie poradził.

Umie też włączyć kuchenkę, z moją pomocą robi muffinki i naleśniki. Uwielbia czuć się samodzielny i przydatny.

Zaskoczenie 4. Rozmowy telefoniczne

Lubi je bardziej niż ja, o co nietrudno. Kiedyś jego rozmowa z tatą lub babcią wyglądała tak, że zabierał mi telefon, coś tam pokrzyczał do niego po swojemu i się rozłączał. Teraz naprawdę jest w stanie porozmawiać, choć nadal mówi trochę zbyt szybko i czasem muszę tłumaczyć rozmówcy, co powiedział. Nie do końca zdaje też sobie sprawę z tego, że rozmówca nie widzi tego, co on mu pokazuje. Ale wszystko w swoim czasie :)

Zaskoczenie 5. Śpiew

Halo, panie policjancie, zapytać się chcemy,

Jak coś złego zobaczymy, gdzie dzwonić możemy? 

Mam wrażenie, że to się zmieniło z dnia na dzień. Jednego dnia tylko słuchał piosenek i ewentualnie dośpiewywał jakieś proste końcówki, a następnego zaśpiewał mi cały taki długi fragment! Myślę, że to zasługa pań w przedszkolu, które uczą go wielu piosenek. Których później muszę szukać w Internecie, bo Robert prosi, żebym zaśpiewała jak pani Justynka... :)

Ale najbardziej mnie zadziwia, gdy wymyśla piosenki sam. Opiera się na znanych melodiach, ale tekst układa i dopasowuje do okoliczności, np. jeśli bawi się pociągiem, to piosenka będzie o pociągu.

Zaskoczenie 6. Strażak-koparka i strażak-samolot

Odkrycie ostatnich dni to LEGO :) Nie byłam może najbardziej zachwyconą mamą na świecie, gdy zobaczyłam je w paczce od Świętego Mikołaja - tym bardziej, że oprócz czteroletniego Roberta mam przecież w domu również dwuletniego Michałka, dla którego te klocki są jeszcze zdecydowanie za drobne.

Szybko zmieniłam zdanie. Michał praktycznie nie interesuje się LEGO, za to Robert radzi sobie z klockami znakomicie. Kiedy już ułożył wóz strażacki kilkakrotnie, zaczął kombinować i wprowadzać modyfikacje do projektu. Zbudował wóz strażacki-koparkę, a innym razem - samolot. Jego kreatywność jest zachwycająca :)

Zaskoczenie 7. Idziesz do więzienia, mały pająku!

Takie słowa właśnie padły w zabawie :) Robert ma niesamowitą wyobraźnię. Właśnie rysuje ogród, nieco wcześniej był autobusem i używał wycieraczek (a ja byłam deszczem), jedną z jego ulubionych zabawek jest "remiza" - czyli grający stolik. Uwielbiam te jego pomysły!

To tylko niektóre z wielu cudownych, wyjątkowych codziennych zaskoczeń :) Niektóre bawią, inne wzruszają, każde z nich przypomina mi o tym, jak bardzo jestem dumna z naszego czterolatka :)

środa, 2 grudnia 2020

Niespodzianka, mamy dwulatka!

Ostatnio na spacerze zauważyliśmy, że Michał nie chce już siedzieć w wózku, o wiele lepiej czuje się, gdy może swobodnie przemieszczać się na dwóch nóżkach. Idzie przed siebie jak mały czołg, problem pojawia się wtedy, gdy z jakichś względów musimy go zatrzymać :)

Nie lubi, gdy się go karmi łyżeczką. Zdecydowanie woli jeść samodzielnie. To samo z myciem zębów - robi to bez protestów, gdy tylko może sam trzymać szczoteczkę w rączce. Lewej, bo ewidentnie jest leworęczny.

Michał skończył dwa lata

Nasz mały Misio, Braciszek, słodka przytulanka, to już dwuletni chłopiec. Czy jesteśmy zaskoczeni? Przyznam, że trochę tak!

Mam wrażenie, że młodsze dziecko zawsze wydaje się mniejsze, bardziej delikatnie i bezradne, niż wskazuje na to jego wiek. Przecież w porównaniu ze starszakiem to jeszcze taka kruszynka! Michał do tego ma w sobie pewien... powiedziałabym, niemowlęcy urok. Uśmiech niewiniątka prawie nie schodzi z jego pyzatej buzi, małe rączki z absolutnie przepięknymi paluszkami wydają się dość nieporadne, ale to tylko złudzenie - w rzeczywistości są coraz bardziej sprawne, potrafią na przykład kolorować albo tworzyć piękne obrazki! Kiedy zasypia, zwija się w kłębek i naprawdę wygląda jak niemowlak. Śmiejemy się, że będzie długo młody ;)

Niemniej, każdego dnia Michał daje nam odczuć na wiele sposobów, że faktycznie stał się już dwulatkiem. Na przykład, przejawia typowy bunt dwulatka ;) Odkrył, że może mieć swoje zdanie i nieraz obstaje przy nim bardzo uparcie. Skoro postanowił sobie, że będzie właśnie teraz szedł środkiem drogi, to niech nikt nie myśli, że zdoła go powstrzymać!

Mówi coraz więcej, przeważnie słowa typu: mama, tata, dziękuję, halo, pa, nie ma, brawo, miau, kwa-kwa, siku, kupa, autko. Najczęściej dogaduje się z Robertem w ich własnym języku. Często śpiewa, tańczy, czasami próbuje grać na cymbałkach lub różnego rodzaju domowych instrumentach perkusyjnych ;)

Ulubione rzeczy

Ulubiona zabawka? To się zmienia, ale mam wrażenie, że jest w domu jeden przedmiot, któremu Michaś jest wierny od dłuższego czasu. Miotła na kiju. Poważnie, dziecko ma cały pokój pełen grających zabawek, aut i pluszaków, ale mogłoby godzinami kursować między pokojami i zamiatać podłogę.

Ulubiona piosenka? I-ja-i-jajo! Trochę jak w refrenie o Starym MacDonaldzie, jednak melodia jest nieco inna, i pojawia się za każdym razem, gdy Michaś bawi się wozem strażackim lub autkiem policyjnym. 

Ulubiony rodzaj interakcji z otoczeniem? Są dwa. Pierwszy to najsłodsze całusy pod słońcem, zwykle zupełnie spontaniczne - ot, robisz coś w kuchni, a tu przydreptuje do ciebie maleństwo i dostajesz całusa. I od razu dzień piękniejszy :) Drugi rodzaj to łaskotki. Michaś je uwielbia, jak już kiedyś pisałam, jest chyba jedynym człowiekiem na świecie, który potrafi połaskotać się sam i ma z tego radochę. Oczywiście, jeszcze weselej jest wtedy, gdy można połaskotać brata, mamę, tatę, a raz nawet sprawdzał, czy lodówka też ma gili-gili. No cóż, dwa lata to jeszcze malutko :)

Ulubiona postać? Chyba Blippi, bo Michaś nauczył się nawet wymawiać bezbłędnie jego niełatwe przecież imię. Znacie Blippiego? Nagrywa zabawne, edukacyjne filmiki, z których można się sporo dowiedzieć  np. o budowie i zasadach działania pojazdów, o pracy w różnych zawodach. Początkowo odstraszał nas trochę specyficzny sposób poruszania się Blippiego, jak i fakt, że filmiki są w języku angielskim, ale przekonaliśmy się do nich. A Robert i Michał uczą się dzięki nim ciekawych rzeczy i przy okazji szlifują język.

Ukochany brat

Robert jest wspaniałym, kochającym bratem. Potrafi oddać maluchowi swoją bułkę lub banana, a potem sam jest głodny. Dzieli się z nim zabawkami, smakołykami, wszystkim. Pociesza go i rozśmiesza, gdy mały płacze. Kiedy wczoraj usypiałam Michała, Robert nie pozwolił mi zgasić nocnej lampki, bo będzie ciemno i Michałek będzie się bał. Chwilami bardziej troszczy się o potrzeby braciszka niż o własne!

Coraz częściej chłopcy bawią się we dwóch, a my możemy zająć się czymś innym lub z zachwytem obserwować, jak pięknie ze sobą współpracują.

Wydaje się, że te dwa lata zleciały tak szybko. A jednocześnie - każdy dzień miał znaczenie, każdy miesiąc uczył czegoś nowego, tyle zdążyło się wydarzyć. I tylko ten uśmiech na małej buźce nadal tak samo niewinny i dziecięco uroczy :) Pewnie już zawsze będę widziała w Michałku moje maleństwo. Po prostu za kilka lat zacznę się z tym trochę kryć... Żeby dziecku obciachu nie robić! ;)