piątek, 24 lipca 2020

Blogi warte polecenia i ludzie pełni pasji, czyli "BLOGS from HEART" 2020



Plan był nieco inny. Miałam zamiar napisać ten tekst, by zachęcić Was do oddawania głosów na blogi, które moim zdaniem na to zasługują. Brakło mi jednak czasu, by pochylić się nad blogiem, przez co powoli zaczął on tutaj zarastać pajęczynami... Każdą wolną chwilę zajmuje mi praca nad książką. Niedługo opowiem Wam o niej więcej :)

W każdym razie, głosowanie w konkursie "BLOGS from HEART" dobiega dziś końca, jest bardzo możliwe zatem, że gdy traficie na ten tekst, będzie ono już zakończone. Zachęcam jednak do czytania! Zobaczycie zaraz listę linków do świetnych blogów, na które mogliście do tej pory nie trafić, a uwierzcie mi, są warte odwiedzenia. Może któryś z nich zainteresuje Was na tyle, że zaczniecie go regularnie odwiedzać?

Nie jestem w stanie omówić wszystkich blogów konkursowych, jak sugerowała mi kiedyś jedna osoba w komentarzu. Darujcie, to byłoby naprawdę strasznie dużo pisania! Zamierzam jednak omówić ich całkiem sporo :)

Nie przedłużam - i zaczynam od mojej kategorii:

6. Blogi Pamiętniki i Pozostałe.


W tej kategorii polecam oczywiście głosować na blog o nazwie Szczęśliwa Siódemka :) Jego autorka, co prawda, milczała ostatnio w sposób karygodny, ale nie martwcie się, nadrobi to :) Jeśli trafiliście tu po raz pierwszy i nie wiecie jeszcze, co to za jedna, odsyłam Was do tekstu, z którego dowiecie się najważniejszych rzeczy o niej: "Kim jest ta cała Szczęśliwa Siódemka?".

No dobrze, a poza moim blogiem? Nieraz polecałam już Wam blog Mama na wypasie, który również pojawił się w tej kategorii. Jego autorka to jedna z tych blogerek, z którymi jest mi tak zwyczajnie, po ludzku po drodze ;) Poruszamy podobne tematy, zgadzamy się w wielu kwestiach. Na jej blogu poczytacie o blaskach i cieniach macierzyństwa, znajdziecie praktyczne porady, a także m.in. recenzje książek i gier. 

Wśród blogów, których wcześniej nie znałam (lub nie odwiedzałam ich zbyt często), moją uwagę zwrócił blog Pasje Weroniki - może dlatego, że to imię jest w pewien sposób bliskie mojemu sercu, a autorka bloga jest młodziutką dziewczyną pełną pasji, zdecydowanie wartą tego, by przyjrzeć się jej działalności :) Weronika mieszka w Bawarii i jest w niej zakochana, przybliża czytelnikom to piękne miejsce za sprawą swoich tekstów oraz naprawdę znakomitych fotografii. Z jej bloga możecie dowiedzieć się też o niemieckich piosenkach wartych posłuchania, o bawarskich trendach modowych oraz o tym, jak koronawirus wpłynął na życie w Bawarii ;) Weronika ma również bardzo dojrzałe przemyślenia na trudne nieraz tematy!


A w pozostałych kategoriach...

1. Blogi Kulinarne.


Uwielbiam tę kategorię! W końcu jedzenie i gotowanie to jedne z moich największych życiowych namiętności :)
Praktycznie wszystkie blogi z tej kategorii spowodowały, że ślinka mi pociekła, ale jeden spowodował trochę bardziej :D Przede wszystkim za sprawą apetycznych zdjęć! Myślę o blogu Słodko Słodka, który wbrew nazwie, zawiera przepisy nie tylko na desery, ale też m.in. na zachwycające ziemniaczane lilie lub na ogórki w zalewie pomidorowej. Ach, zgłodniałam!

Jeśli już mowa o nazewnictwie, to punkt za najbardziej urzekającą nazwę otrzymuje ode mnie blog Pieprzyć z fantazją :) Ciekawe, ilu czytelników zabłądziło tam i szukało treści innych niż kulinarne? Myślę jednak, że nawet ci, co zabłądzili, zostali na dłużej - choćby ze względu na cudnie wyglądające ciasto Balladyna! Albo na zupę z kurkami i tortellini z serem :)

2. Literatura i sztuka.


Kategoria szczególnie bliska mnie, pisarce :) A jednak mój głos jako pierwsza otrzymuje blogerka, która nie zajmuje się literaturą, a muzyką! Muzyczna Lista otrzymała zresztą mój głos również w tegorocznej edycji #shareweek. Co mnie najbardziej urzeka w tym blogu? Chyba dobór tematów, pomysły na teksty. Muzyka fascynuje mnie od zawsze. Myślę sobie, że gdyby przyszło mi kiedyś do głowy, by prowadzić blog o tematyce muzycznej, chyba robiłabym to w podobnym stylu jak Ola.

Na uwagę zasługuje też przepiękny wizualnie blog Mundus Artis, a w nim głębokie rozważania na temat malarstwa i znanych obrazów.

3. Styl Życia (LifeStyle).


Sporo blogów w tej kategorii, w tym również te, na które zagłosowałam już w innych :) Za serce chwycił mnie blog Myśli Potarganej, głównie za tekst pod tytułem "Czy można zrozumieć nastolatka?" - bo i tematyka, która mnie osobiście interesuje, i zdjęcie z moimi ukochanymi kolorkami... Tak się zdobywa mój głos i moje serce! :) 

4. Podróże i Odkrycia.


Ciężki wybór, choć blogów w tej kategorii mniej niż w innych :) Moim kryterium, gdy przeglądam blogi podróżnicze, jest przeważnie dobór zdjęć. I czy blog zawiera to coś, co sprawia, że mam ochotę przeglądać go przez długi czas, a może i zaglądać regularnie. Z tego względu mój głos otrzymały dwa blogi - Podróże z Kordulą za niesamowite zdjęcia z Indii oraz Od podróży do podróży - za różnorodność, zachwycające miejsca, bardzo przystępny wygląd bloga oraz za pokazywanie piękna nie tylko daleko za granicami naszego kraju, ale również w Polsce.

5. Pasje i Praca.


Ostatnia, choć nie ostatnia kategoria ;) Tu mój głos dożywotnio należy do Passion Piece, bo po prostu ją uwielbiam :) Nie znamy się osobiście, ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie jako wrażliwa, ciepła i zaangażowana osoba. Z wielką przyjemnością wspominam naszą współpracę! Poza tym niezmiennie podziwiam fakt, że Natalia pisze w dwóch językach, po polsku i po angielsku. To rzadko spotykane w blogosferze.


Co tu dużo mówić - zachęcam, zajrzyjcie, warto :) Na listach do głosowania znajdziecie też inne bardzo atrakcyjne adresy. Za każdym z nich kryje się osoba o wielkim sercu, pełna pasji :) Warto poświęcić jej chwilę uwagi!

Kończę, bo chcę jeszcze to wrzucić, póki trwa głosowanie... :D

sobota, 20 czerwca 2020

Moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło #3



Jest pewna rzecz, którą musicie wiedzieć o życiu w siódemkę (przypominam: czworo ludzi, trzy zwierzaki). Nasza codzienność jest jedną wielką przygodą!

Rytuały.


Rytuały poranne to, jak wiadomo, rzecz święta. Nie śmiałabym z tym dyskutować. Wiecie, co Robert musi, ale to musi zrobić każdego ranka? Musi przytulić każdą część garderoby, którą ma założyć. Przytulić spodenki, przytulić bluzę… To nie są zdawkowe uściski, każde przytulenie trwa odpowiednio długo i nieraz kończy się zaśnięciem ze spodenkami w czułych objęciach.

Przez pewien czas nie było mowy o umyciu zębów, jeśli nie poprzedziliśmy tej czynności dopasowaną tematycznie piosenką śpiewaną z podziałem na role :D

Rytuały przed snem są różne, zmieniają się w zależności od potrzeb. Czasem śpiewamy kołysanki. Najbardziej jednak rozczula mnie, gdy Robert wylicza (z moją drobną pomocą) wszystkie znane mu zwierzątka, które razem z nim idą spać. Małpeczka idzie spać, lew idzie spać, misio idzie spać… Czasem oprócz zwierzątek w zestawieniu pojawia się np. samochodzik albo traktor.

Co jest najlepszą zabawą?


Ostatnio atrakcją dnia jest rzucanie i odbijanie piłki, przy czym w zależności od humoru piłkę można odbić rękami, głową albo pupą. Michałek też z radością bierze udział w zabawie :) Robert pięknie dziękuje mu za każdym razem, gdy dostanie od niego piłkę.

Ale tego typu standardowe zabawy to, oczywiście, jeszcze nie wszystko! Co jeszcze lubią robić dzieci w wolnym czasie?

  • Kręcić kluczem. Robert nie umie jeszcze otworzyć ani zamknąć drzwi, ale samo próbowanie sprawia mu ogromną frajdę.
  • Biegać po ogrodzie w tę i z powrotem z okrzykiem: Rakieta Robert! Doszłam już do takiej wprawy, że po ułożeniu rąk rozpoznaję, czy po ogrodzie biega właśnie Rakieta Robert, czy Samolot Robert, czy też może Helikopter Robert (wtedy rączki robią śmigło nad głową).
  • A czasem po łóżku skacze mi Super Szczur. Bywa, że w moim staniku na głowie – wygląda jak wielkie uszy.
  • Czasem bawimy się w spanie. Ho-pśśś, ho-pśśś,,, To jedna z moich ulubionych zabaw.
  • A czasem bawimy się w groźne lwy. Żebyście tylko słyszeli lwi ryk Michałka!
  • Skoro o nim mowa – Michał jest jedyną znaną mi osobą na świecie, która potrafi się sama połaskotać i mieć z tego radochę. Leży na plecach, przebiera paluszkami po brzuszku, powtarza gili-gili i śmieje się serdecznie. Robert próbuje tego samego, ale z użyciem mojej miękkiej szczotki do włosów. Po czym zaraz okazuje się, że większą frajdę stanowi jednak łaskotanie brata.

Mowa jest złotem.


Michał, wbrew przewidywaniom, nie zaczął wcześnie chodzić. Mniej więcej przez pół roku dreptał przy meblach, zanim odważył się na samodzielne kroki. Natomiast rozwój mowy to już inna sprawa :) Jeszcze przed wspomnianymi pierwszymi krokami, z jego ust wydobywały się prawdziwe zdania, między innymi: „Ja chcę to”, „Nie chcę mleko”, „Nie ma halo” (to o sąsiedzie, który miał usta zasłonięte maską), czy też „Ty siku”.
Hm, pozostawię Waszym domysłom, w jakich wielce komfortowych okolicznościach usłyszałam to ostatnie zdanie…

Robert rozkręcił się z mówieniem do tego stopnia, że teraz opowiada bajki. Najczęściej zaczynają się one od słów „Przez cały dzień…”, przeważnie wybuchają w nich pożary i sytuację ratuje Strażak Sam. We wczorajszej bajce pojawił się też konik, który stał się smokiem i był niegrzeczny, a na koniec (już po interwencji Sama) były kwiatki i wszyscy powiedzieli „papa!”. Mówię Wam, dawno żadna bajka mnie tak nie wzruszyła do łez.



Przyznam, że lubię czasem posprzeczać się z Robertem. Podoba mi się, jak stara się postawić na swoim, nawet gdy nie ma w tym zbyt wiele sensu. Tak jak wtedy, gdy umówiłam męża na wizytę u lekarza. Kiedy mówiłam przez telefon, że przyjmie go pani doktor Baranowska, mój starszy synek, który był wtedy ewidentnie w nastroju Doktora No, zaprotestował głośno: „NIE BARANOWSKA, TYLKO OWIECZKA!”. Podobno pani doktor bardzo się ucieszyła z nowego nazwiska :)

Dola małżeńska.


Wiecie, co mówią a propos pandemii? Że u bezdzietnych małżeństw będziemy teraz obserwować falę ciąż, a u małżeństw z dziećmi – falę rozwodów… My, co prawda, nie mamy najmniejszego zamiaru się rozwodzić, rozumiemy jednak bardzo dobrze, dlaczego nikt nie spodziewa się fali ciąż u małżeństw, które już mają dzieci. 

Oczywiście, moje stanowisko jest niezmienne, żadnych kolejnych ciąż nie planujemy tak czy inaczej, niemniej pewne czynności, które niekoniecznie muszą prowadzić do ciąży, nadal są dla nas wielce atrakcyjną formą spędzania czasu. O ile nikt nam w nich nie przeszkodzi…

Sytuacja 1. Dzieci śpią, ja gaszę światło i dyskretnie czmycham po schodach piętro wyżej, gdzie już czeka mąż. Robi się coraz milej, aż w kluczowym momencie słyszę nagle „Mamo, gdzie jesteś?”, a potem dwa głosiki płaczą rozpaczliwie unisono.

Sytuacja 2. Mąż dość zamaszystym gestem chwyta mnie nieco poniżej pleców. Całkiem to przyjemne, jednak Robert ma inne zdanie. Stanowczo odsuwa rękę męża i mówi: „Tato! Jesteś niegrzeczny! Bijesz mamę? Idziesz na karę!”.

Sytuacja 3, moja ulubiona. Mąż tańczy, wdzięczy się w ruchach godnych egzotycznego tancerza. Po chwili za jego plecami pojawia się Robert, wymachuje rączkami i nóżkami na wszystkie strony i woła: „Mama! Ja też chcę ta-ta-ra-ta!”. Koniec, kurtyna, nastrój ulega zmianie, to znaczy nadal jest świetny, ale trochę w inny sposób. No i możecie sobie wyobrazić, jak często i w jakich sytuacjach przypomina mi się teraz to ta-ta-ra-ta… :D

Jedno jest pewne: nudno to z nimi nigdy nie będzie!
Poprzednie anegdotki z naszego życia codziennego znajdziecie tutaj i tutaj.

czwartek, 4 czerwca 2020

Pamiętam.



Pamiętam nasz taniec.

Królowa parkietu była ze mnie wówczas żadna, jak i przez większość mojego życia, więc nic dziwnego, że zapamiętałam taniec z chłopakiem. To nie zdarzało się często. A Ty miałeś w sobie coś, co intrygowało mnie od samego początku naszej znajomości.

I odprowadziłeś mnie na autobus. Prawdopodobnie nie było to dla Ciebie nic szczególnego, po prostu zadbałeś o bezpieczeństwo szurniętej małolaty. Nie miałeś pojęcia, że dałeś mi w tamtej chwili prezent na całe życie. Dałeś mi wspomnienie. To był mój bal Kopciuszka, moja pierwsza wielka impreza, na której poczułam prawdziwy smak bycia nastolatką. Bez alkoholu, ale i tak zaszumiało mi w głowie.

Nie mogę powiedzieć, żeby połączyła nas wybitnie bliska relacja, niemniej szczerze Cię lubiłam, o czym raczej wiedziałeś. Miałam też wrażenie, że widzisz mnie nieco inaczej niż wszyscy, widziałeś prawdziwą osobę pod nastolatką, która miotała się i gubiła w tym, kim jest i kim chciałaby być. W każdym razie zawsze byłeś dla mnie miły.

Potem nie widziałam Cię przez lata. Nie mam pojęcia, co się stało. Jedyna osoba, która próbowała porozmawiać ze mną o Tobie, przedstawiła sprawę w taki sposób, że właściwie to nie ma czego żałować, i tak nie byłoby z Ciebie nic dobrego. W sumie mam do niej o to żal.

***

Pamiętam Twój śmiech.

Często się razem śmiałyśmy, choć zdarzały się nam również poważne rozmowy. Chyba nie pamiętam Ciebie smutnej.

Byłaś genialna, i szokująco przy tym skromna. Gigantyczny mózg w delikatnej, dziewczęcej głowie. I kompletnie nie umiałaś śpiewać. Daruj, że pamiętam taką rzecz, ale byłaś jedną z zaledwie trzech znanych mi osób, które nie potrafiły powtórzyć najprostszej melodii. To też swego rodzaju wyjątkowość i tylko w ten sposób na to patrzyłam.

Pamiętam, jak mocno się zaangażowałaś, by pogodzić mnie z jednym naszym wspólnym znajomym. 

Kazanie na temat niejedzenia obiadów, które od Ciebie usłyszałam, też oczywiście pamiętam. Bardzo chciałabym Ci powiedzieć, że już dotarło do mnie to, co chciałaś mi przekazać... Ale niektórym ludziom naprawdę ciężko przyznać się do błędu, nawet po latach. Przyjmij po prostu, że doceniam troskę.

Byłaś chyba najbardziej delikatną osobą, jaką znałam. Dziewczyną-dzieckiem. Jasne, że wszyscy byliśmy wtedy bardzo młodzi, ale Twoja dziecięcość szczególnie rzucała się w oczy. Przypuszczam, że zachowałaś ją do końca.

***

Pamiętam Twój entuzjazm.

Wszystko w Tobie krzyczało: kocham to, co robię! Nic dziwnego, że mnie przekonałeś. Chciałam nauczyć się tego, co wychodziło Ci tak świetnie, chciałam iść po Twoich śladach.

Nadal czerpię z niektórych rzeczy, których mnie nauczyłeś. Gdy coś mi się nie udaje, pamiętam, jak patrzyłeś na mnie z podziwem i gratulowałeś mi, że się nie poddałam. Wytłumaczyłeś mi wtedy, że niepowodzenia często nie są naszą winą, że najlepsze, co można zrobić, to próbować dalej, do skutku.

Chciałabym Ci powiedzieć, że to właśnie robię: próbuję do skutku. Choć już w innych barwach, w sumie w moich własnych. Nie wyszło mi tam, gdzie się spotkaliśmy. Potwornie mi nie wyszło. Ale dalej tu jestem. Ty nie.

***

Nie myślę o Was często, darujcie, rzadko spoglądam tam, gdzie zostaliście. Życie zmusza do patrzenia przed siebie. Ale kiedy przypominacie mi się, tak jak dzisiaj, zawsze zadziwia mnie świadomość, że już Was nie ma. Jak to? Przecież byliście. 

Was nie ma, a ja nadal jestem. Niesamowite, nie? Słuchajcie, nadal tu jestem! Mam trzydzieści trzy lata, nieźle, co? Kiedyś nie spodziewałam się, że starczy mi paliwa na taką długą trasę. 

Wiem, że nie mogłam pomóc nikomu z Was. Nie było mnie w pobliżu. Nawet gdybym chciała ratować życia, nie da się bezustannie czuwać nad wszystkimi poznanymi przez siebie ludźmi. Skąd mogłabym wiedzieć, że to o Was trzeba się zatroszczyć bardziej niż o innych? Po czym miałam to poznać? Po łobuzerskim uśmiechu? Zaangażowaniu? Pasji w oczach?

Może ktoś mógł coś zrobić. A może nie, w końcu nikt nie pomógł.


Nigdy nie jest tak, że nie obchodzisz nikogo. Na zawsze zapamiętam tych ludzi, choć pojawili się w moim życiu na chwilę. I z całą pewnością nie tylko ja o nich pamiętam.

środa, 27 maja 2020

Kim jest ta cała Szczęśliwa Siódemka?


Fot. Andrzej Abaj

Obiecałam sobie, że napiszę taki tekst, jeśli uda mi się osiągnąć jakiś znaczący wynik w tegorocznej edycji #shareweek. Drugie miejsce, wraz z trójką innych blogerów ze srebrnej grupy, to naprawdę dużo jak na moje możliwości. Gdzieś tam brzęczy mi z tyłu głowy marudzący głos, który twierdzi, że udało mi się tylko dlatego, że wyjątkowo mało osób wzięło udział w tej edycji. Nie daję się i tłumaczę mu, że to jest właśnie sukces: wśród tej garstki znalazło się kilkoro chętnych, by zagłosować na mnie.

Właśnie, czyli na kogo? Kim jest ta cała Szczęśliwa Siódemka, jakim cudem te osoby trafiły na mój blog i co sprawiło, że uznały go za wartościowy?

Na imię mi Martyna, w tym roku osiągnęłam wiek chrystusowy, mentalnie nadal czuję się nastolatką. Choć czasem mam też wrażenie, że straszny dinozaur ze mnie :) Żyję sobie na podkrakowskiej wsi w domku z ogrodem, a razem ze mną mąż, dwóch małych synków, dwie kotki i pies. Nazwę Szczęśliwa Siódemka przyjęłam trochę bez przemyślenia i z dziwnych powodów, w ogóle nie wzięłam pod uwagę, jak wpłynie na moją rozpoznawalność w blogosferze. Ale przywiązałam się już do niej ;) Pasuje do mnie, bo jak dobrze policzycie, razem z mężem, dziećmi i zwierzakami jest nas w sumie siedmioro - i jesteśmy bardzo szczęśliwi :)

Bloguję od trzech lat, czyli odkąd zyskałam trochę czasu wolnego jako mama trzymiesięcznego wówczas Roberta. Zadebiutowałam w marcu 2017 tekstem O tym, kim nie jestem. Zdecydowałam się na tak przekorną formę autoprezentacji głównie dlatego, że wówczas ważniejsze wydawało mi się poinformowanie czytelników o tym, czego mają się po mnie nie spodziewać (np. porad eksperckich).

Po trzech latach przyszła pora na nową autoprezentację :)

Kim jestem?


Jestem dziewczyną od Festiwalu Kolorów. Należę do kolorowej ekipy również od roku 2017, mam nadzieję, że zostanę w niej już na zawsze :) Choć obecny rok okazał się dla nas trochę mało kolorowy, nie poddajemy się i patrzymy z nadzieją w przyszłość! Moja praca wiąże się między innymi z tym, że czasem mogę trochę poopowiadać o Festiwalu Kolorów, a czasem coś o nim napisać :)



Jestem autorką tekstu "Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?". Liczba jego wyświetleń świadczy o tym, że jest wysoce prawdopodobne, że trafiliście na mój blog dzięki niemu. To z pewnością najdłuższy tekst na tym blogu, jeden z najpoważniejszych, wywołał wspaniały, emocjonalny odzew. Nadal lubię wracać do komentarzy i wiadomości, które wówczas dostałam.



Jestem pomysłodawczynią i organizatorką akcji "Brzuszkowy Mikołaj". To taka moja prywatna walka z wiatrakami. Niewątpliwie chciałabym, żeby ta akcja zdobyła większą popularność i docierała do wielu potrzebujących mam. Ale nawet jeśli tak się nie stanie - nie przestanę wysyłać moich paczek co roku :)



Jestem pisarką, która aktywnie działa w grupach dla pisarzy. W roku 2019 stanęłam przed ważną decyzją: wpakować oszczędności życia w debiut literacki z pomocą wydawnictwa usługowego typu vanity, czy jednak poszukać innego rozwiązania? Postanowiłam rozejrzeć się trochę w Internecie i uzyskać odpowiedź od ludzi, którzy znają się na kwestii wydawania książek lepiej niż ja. Od tego momentu moje życie zmieniło się w niesamowitym stopniu, jest teraz o wiele bardziej skoncentrowane wokół pisania. Razem ze wspaniałą pisarką, Kasią Jankowską-Nelup prowadzę grupę "Od czeladnika do rzemieślnika", działam również aktywnie w ramach grupy "Pisarskie olśnienia", gdzie wraz z kilkoma innymi osobami prowadzę wydarzenie "Piszę codziennie w roku 2020!". Pojawiam się też w innych miejscach, wydaje mi się, że stałam się dość widoczna w środowisku pisarskim.



Jestem autorką bajki "O dobrej wróżce i o domku dla zwierząt". Można było jej posłuchać na stronie Olgi Kokot w cyklu #Bajkisłuchajki. To jedna z bajek, z których jestem najbardziej dumna. Okazała się znacznie bardziej uniwersalna i bogata w znaczenia, niż początkowo sądziłam. Jeśli jeszcze jej nie znacie - serdecznie zapraszam do posłuchania :)



Jestem uśmiechniętą mamą, która nie publikuje zdjęć buziek swoich dzieci. Całkiem niemałe grono odbiorców trafiło do mnie dzięki zdjęciom. Moi synkowie są na nich widoczni, ale przeważnie od tyłu. Gdy jeszcze byłam w pierwszej ciąży, podjęliśmy z mężem decyzję, że nie będziemy pokazywać ich buziek. Pewnego dnia sami zdecydują o tym, czy chcą być widoczni w sieci. Więcej o powodach takiej decyzji możecie przeczytać tutaj :)



Jestem blogerką, która chętnie angażuje się w różne akcje. Mogliście przeczytać moje teksty w ramach akcji #ADAtoWYPADA, Blogrudzień, #niepełnoSPRAWNI, Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa, Wyciśnij LATO jak cytrynkę, Wyzwanie międzykulturowe. Ostatnio wzięłam też udział w #blog16challenge!

Poza tym...



Czasami śpiewam :) Miałam w tym roku znaleźć się na scenie z mikrofonem, po raz pierwszy po chyba dwuletniej przerwie, ale przeszkodziła nam pandemia. 

Fot. Andrzej Abaj
Czasami pozuję do zdjęć :) Czy raczej: pozowałam. Choć w planach jeszcze co najmniej jedna sesja!


Powiem Wam, że naprawdę przyjemnie się pisze takie podsumowania. Czytam je po raz kolejny i widzę, jak dużo fajnych rzeczy wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech lat - czyli w czasie, kiedy tak naprawdę głównie siedziałam w domu i zajmowałam się maleństwami  :) A kto wie, co jeszcze się wydarzy! 

Zatem - oto ja, Szczęśliwa Siódemka, blogerka, którą niektórzy polecają :) Mam nadzieję, że spodobało Ci się tu u mnie i zostaniesz dłużej! Tymczasem życzę Ci miłego dnia :) 

piątek, 22 maja 2020

Okres.




Dziś nie będzie o dzieciach, przynajmniej nie o małych. Będzie o dziewczynie, nastoletniej. A także o dorosłej kobiecie. I o wielu kobietach, które znacie. Możliwe, że nawet nie wiecie, że ten problem ich dotyczy.

Wyobraźcie sobie tę sytuację:
Środek dnia, może wczesne popołudnie. Zima, wszędzie dużo śniegu. Na cmentarzu na jednej z ławek leży dziewczyna, zupełnie sama. Trudno powiedzieć, jak długo tam leży, w końcu wstaje, zakłada plecak i idzie dalej. Nikt do niej nie podszedł, co w sumie do tej pory ciężko mi zrozumieć. Może nikt nie zauważył?

Inna sytuacja, dziewczyna nieco starsza, mniej więcej dwudziestoletnia, leży na przystanku tramwajowym niedaleko biblioteki uniwersyteckiej. Wczesna godzina, a od dziewczyny nie czuć alkoholu, ludzie wolą jednak nie ryzykować. Wsiadają, wysiadają, sprawdzają rozkład jazdy, udają, że jej nie widzą. Wreszcie jedna osoba decyduje się podejść i zapytać, co się dzieje. Jakiś czas później przyjeżdża karetka, zabiera dziewczynę na SOR.

Po latach prawie nie wierzę w opisane tu historie, byłabym skłonna przyjąć, że to mi się przyśniło. O młodzieży gimnazjalnej mówiło się w tym czasie różne rzeczy, mniej dziwi mnie zatem gimnazjalistka z plecakiem, której nikt nie pomógł, niż dwudziestolatka, którą bezrefleksyjnie minęło mnóstwo osób, zanim ktoś zdecydował się zareagować. Pamiętam chłopaka mniej więcej w tym samym wieku, co ja wówczas. Przez dobrych kilka minut siedział na tej samej ławce tuż obok mnie.
Moja własna bierność w tej sytuacji też mnie po latach trochę dziwi, ale myślę, że połączenie słabości, obezwładniającego bólu i zawstydzenia zrobiło swoje. Gdybym jeszcze miała jakąś ciężką chorobę, która wymagałaby poważnego traktowania, pewnie głośno domagałabym się uwagi. Ale wzywać pomocy dlatego, że mam okres?...

Okres.


U niektórych kobiet trwa nie dłużej niż trzy dni.
U innych nawet półtora tygodnia.
Czasem boli tylko przez jeden dzień.
Czasem początek okresu oznacza niemal tydzień bólu, który mogą ukoić tylko silne środki przeciwbólowe.
Krwawienie bywa nieduże, mało kłopotliwe, a bywa i tak, że żadna ilość superchłonnych podpasek nie uchroni cię przed plamą na pościeli.
Dla niektórych kobiet PMS jest gorszy niż sam okres.
Bywamy rozdrażnione, nerwowe, przygnębione, senne, zmienia nam się apetyt.
Czasem nie da się nic przełknąć, bo zbiera na wymioty.
Niektórym z nas bardziej dokucza ból głowy niż ból brzucha.
Jedna kobieta ma miesiączki regularne jak w zegarku, potrafi przewidzieć co do dnia, kiedy dostanie okres. Inna pomimo konsultacji z różnymi specjalistami nie jest w stanie uregulować swojego cyklu. 
Zdarza się, że dolegliwości związane z menstruacją mijają po urodzeniu pierwszego dziecka. Ale nie zawsze tak jest.

Każda z nas miesiączkuje inaczej. Mało tego, nawet ta sama kobieta w jednym miesiącu będzie przechodzić okres bezboleśnie, a w następnym nie da rady podnieść się z łóżka bez solidnej dawki leków przeciwbólowych. Kiedy jeszcze zmagałam się z bolesnymi miesiączkami, nigdy nie wiedziałam, czy w danym miesiącu przydarzy mi sytuacja podobna do tych, które opisałam na początku tekstu.

Pewien ginekolog doradził mi, żebym zaczęła zażywać nospę kilka dni przed spodziewanym okresem. Zrobiłam tak tylko raz. To, co nastąpiło później, wspominam jako najbardziej bolesną miesiączkę w życiu. Nospa nie działała w ogóle, miałam wrażenie, że się na nią uodporniłam.

Inny lekarz polecał mi, żebym w dniu spodziewanej miesiączki na wszelki wypadek nie wychodziła z domu. Nierealne! Uczyłam się, pracowałam, miałabym co miesiąc brać dzień wolnego? Zresztą, po około dwudziestu latach miesiączkowania (wcześnie zaczęłam) nadal nie umiem przewidzieć co do dnia, kiedy pojawi się okres. Mam regularny cykl, ale to zawsze jest plus-minus jeden dzień. Nie wiem, macie podobnie? Kilka osób zdziwiło się, kiedy im o tym powiedziałam, ktoś nawet straszył mnie okropnymi konsekwencjami takiego nieregularnego cyklu dla mojego zdrowia i płodności...

Obecnie nie mam problemu z bólem menstruacyjnym, należę do tych szczęśliwych kobiet, którym przeszło po urodzeniu dziecka. Wiem, że nie zawsze tak jest. Natomiast ciągle zdarzają mi się bardzo obfite krwawienia. Trzydzieści trzy lata, matka, żona i porządna obywatelka, i nadal czasem mam czerwone plamy na prześcieradle. Albo na ubraniu. Walczę z tym, ale nie zawsze mi się udaje.

Wstyd.


No właśnie, czy już Was oburzyłam? Piszę tak otwarcie o czymś, co przecież jest wielkim tabu. Odkąd pamiętam, o miesiączkach nie mówi się głośno ani wprost. Nawet w kobiecym gronie bywa to krępujące, a co dopiero, gdy w towarzystwie jest mężczyzna!

Nie jestem zwolenniczką happeningów z malowaniem obrazów krwią menstruacyjną, nie przeszkadza mi błękitna krew w reklamach podpasek (choć wiem, że niektórych bardzo to irytuje), jednak dziwi mnie, że w dwudziestym pierwszym wieku ten temat nie jest już trochę bardziej oswojony. Przecież dotyczy praktycznie każdej kobiety, każdej nastolatki. Pomyśl, spotykasz dowolną kobietę w wieku rozrodczym i wiesz, że na 90% ona miesiączkuje. Czemu o tym nie rozmawiamy?

Od zawsze byłam uczona, że miesiączka to wstydliwy temat. Używałyśmy z koleżankami setek eufemizmów, przyjeżdżała do nas ciocia czerwonym autobusem, bolał nas brzuch, nie żołądek!, wszystko po to, by nie powiedzieć wprost, że chodzi o okres. W związku z bolesnym miesiączkowaniem bardzo często musiałam się tłumaczyć - czemu nie było mnie w szkole, dlaczego odwołałam spotkanie, czemu przyjechałam później niż się umówiliśmy? Trochę trwało, zanim nauczyłam się mówić, że to przez okres. Przyznam, że w niektórych sytuacjach wolałam, gdy moi rozmówcy pomyśleli, że cierpiałam z powodu kaca, nie z powodu miesiączki!

Teraz nie wyobrażam sobie, żebym miała się tego wstydzić. Jestem kobietą, mam dwóch małych synków, nie jestem w kolejnej ciąży, zatem to dość logiczne, że miesiączkuję. Oczywiście, nie będę obnosić się z krwawymi plamami na odzieży, bo to zwyczajnie nieestetyczne. Ale jeśli otwieram torebkę i wystaje z niej paczka podpasek - to żaden powód do wstydu :)

Kiedyś moi synowie będą spotykać się z dziewczynami. Wierzę, że temat miesiączki nie będzie wprawiał ich w zażenowanie, będą z nim od dawna oswojeni. Już ja się o to postaram :)


Jestem ciekawa, jakie macie przemyślenia w tym temacie?

środa, 13 maja 2020

Praca nad książką w czasach zarazy.



Jeśli zdarza się Wam odwiedzać ten adres, to wiecie, że tematyka pisania książki pojawia się tutaj od czasu do czasu, ale nie jest dominująca na moim blogu. Właściwie to od pewnego czasu należy Wam się aktualizacja informacji: co z moją książką, jak postępy w pracy, czemu to trwa tak długo i nad czym ja właściwie pracuję, skoro jeszcze w zeszłym roku pękałam z dumy, że udało mi się ją skończyć?

Zapraszam Was dzisiaj do mojego pisarskiego światka.

Co się stało?


No właśnie, czemu zaczynam od nowa? Dlaczego pochylam się po raz kolejny nad fragmentami, które napisałam już ponad rok temu?

Wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. Do tego stopnia zbiegły się w czasie, że gdybym była bardziej przesądna, musiałabym je traktować jako znak :)

Powoli szykowałam się do wysyłania książki do wydawnictw. Wcześniej jednak zdecydowałam się skorzystać z pomocy jeszcze jednej beta-czytelniczki. Spotkałam się z bardzo ostrą i zdecydowaną krytyką. Pojedyncza negatywna opinia - przy kilku pozytywnych - nie wpłynęłaby może tak silnie na moje dalsze działania, postanowiłam ją jednak skonsultować z innymi osobami. Wnioski nie były szczególnie pocieszające. Nawet osoby, które wcześniej wydawały się entuzjastyczne, przyznawały teraz, że książka wymaga co najmniej gruntownej przebudowy.

W tym samym czasie stopniowo zaczynało do mnie docierać, że 380 stron maszynopisu (17 arkuszy wydawniczych, jak kto woli) to jednak trochę za dużo i książka będzie odstraszać objętością. A beta-czytelnicy doradzali: rozbuduj, wzbogać, dodaj... Praktycznie nikt nie sugerował, żebym coś obcięła czy skróciła. Chociaż początkowo podział pierwszego tomu na dwie jeszcze mniejsze części wydawał mi się niemożliwy, w końcu się na to zdecydowałam.

Na czym polegała trudność? Miałam w głowie obmyśloną historię, która rozkręca się powoli aż do mocnego punktu kulminacyjnego. Musiałam dodać sporo mocnych akcentów w pierwszej części, żeby stała się czymś więcej niż tylko zapowiedzią kontynuacji. Kiedy wzięłam się do dzielenia, miałam w efekcie wrażenie, że w pierwszym tomie nie dzieje się dosłownie nic.

Jednocześnie napływały do mnie kolejne inspiracje i pomysły, i nowe postacie, które szukały swojego miejsca w opowiadanej przeze mnie historii. Chwilę trwało, zanim poukładałam sobie to wszystko w głowie, ale pewnego dnia po prostu wiedziałam, co zrobić.


Pierwszy tom.


Musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie: co ważnego wydarzyło się w ciągu tych dwóch miesięcy, które obejmowała akcja nowego pierwszego tomu? Czy któryś z wątków napotkał na przełomowy punkt? Czy pojawia się tam jakiś ciąg wydarzeń, który mogę uznać za zamknięty? A jeśli nie, czy mogę przerobić któryś z wątków, żeby tak się zdarzyło?

Znalazłam dwa główne, rozbudowane wątki, które pasowały do tych rozważań. Jeden miłosny-uczuciowy, drugi związany ze szkolnym konkursem muzycznym. Oba wymagały ogromnego dopracowania, musiałam wzmocnić ich znaczenie, uzasadnić postępowanie uczestniczących w nich postaci, dopisać nowe sceny. Szczególnie dotyczyło to wątku muzycznego, który w pierwotnej wersji tekstu nakreśliłam bardzo pobieżnie, rozgrywał się trochę poza głównym centrum wydarzeń. 

Pierwsza scena pierwotnej wersji spotkała się z dużą krytyką, zastąpiłam ją więc nową sceną, z udziałem dwóch głównych postaci. W ten sposób odkryłam, co sprawi mi największy problem przy konstruowaniu nowej wersji pierwszego tomu. Jak zdołam ukryć fakt, że między nimi aż trzaskają iskry? :) Musiałam trochę ich od siebie oddalić, żeby dalsze wydarzenia miały sens. Chyba znalazłam dobry sposób.

Redakcja.


Oprócz tego, że nową wersję pierwszego tomu czyta czworo beta-czytelników (w tym jedna osoba, która nie widziała poprzedniej wersji), moja serdeczna przyjaciółka po piórze, Kasia, zaoferowała, że zrobi mi tzw. harcik. Przyznam, nie spodziewałam się, że podejdzie do tego zadania aż tak poważnie. Pewnego dnia wysłała mi moją śliczną, wypieszczoną nową pierwszą scenę pokrytą gąszczem redakcyjnych uwag. W sumie było ich prawie 70. Siedemdziesiąt uwag do jednej sceny.

Gdzieś przy sześćdziesiątej czwartej zaczęły mnie piec oczy.

Miałam dobre nastawienie, ale ta ilość była przerażająca. Przecież wysłałam jej coś, co uważałam za wartościowe. Cięty dowcip na początku - redaktorka nie do końca rozumie. Dialog między dwoma nastoletnimi chłopakami - niewiarygodne słownictwo...

Kiedy starałam się na to odpowiedzieć, miałam wrażenie, że moja reakcja spotyka się z pewną pobłażliwością - początkująca autorka nie może przeboleć krytyki! Szybko dotarło do mnie, że nie chodzi o to, bym wytłumaczyła się z każdego uchybienia, ale o to, bym przemyślała uwagi, jedną po drugiej, i na spokojnie zdecydowała, do których chcę się zastosować. Bo wcale nie muszę stosować się do każdej!

Jedna z moich scen zawierała krótki opis snu. Redaktorka usiała ją uwagami - dodaj, wzbogać, pokaż! Natychmiast uświadomiłam sobie, że nie chcę tego robić. To miał być sen, nierealny, nielogiczny, ledwie muśnięty, wprowadzający do właściwej sceny. Nie widziałam sensu w rozbudowywaniu tego fragmentu. Dotarło do mnie, że mogę się nie zgodzić i to nie świadczy wyłącznie o moim braku doświadczenia i zadufaniu w sobie.

Z większością uwag jednak się zgodziłam, i większość przyjęłam dobrze :) Lubię poprawiać, lubię wprowadzać zmiany. Lubię to odkrycie, że wow, mogę wykreślić to zdanie, a tu zamiast trzech zdań napisać jedno i fragment wcale nie straci na wymowie, a będzie bardziej zwięzły i lepiej napisany! Przypomina mi to wyrywanie chwastów z grządki. I ogromnie, ogromnie doceniam pracę, jaką Kasia wkłada w analizowanie mojej pisaniny scena po scenie.

Czemu to wszystko trwa tak długo?


No własnie, jak w tytule - zaraza...  Gdybym mogła wybierać, wolałabym, żeby obecna sytuacja zastała mnie przy pisaniu pierwszej wersji, nie przy poprawianiu i redakcji. Z prostej przyczyny: piszę ręcznie w zeszycie, a poprawiam przy użyciu komputera. Tymczasem dopchanie się do komputera przy dwójce małych dzieci to naprawdę wyzwanie... Ledwie go włączę, Robert przerywa zabawę i biegnie do mnie, bo on chce oglądać bajki. I wcale nie chodzi o to, że ogląda jakoś strasznie dużo tych bajek (choć na pewno więcej niż przed zarazą :p). Chodzi o sam fakt, że ja usiadłam przy komputerze! A gdy komputer jest wyłączony, też przecież jestem potrzebna - żeby się bawić, przygotować jedzenie, wyjść z nimi do ogrodu...

Każdego dnia kradnę chwile na prace nad książką. Czasami są to dwie godziny, czasem mniej, zdarzają się dni, gdy zdołam poprawić zaledwie kilka akapitów. Albo w ogóle nic :)

Co jest zabawne, prawdopodobnie uda mi się skończyć przebudowę pierwszej części, zanim znowu będę sama w domu :) Czym ja się wtedy zajmę? Bez obaw, na pewno znajdę sobie zajęcie!



Co dalej?


No właśnie, co dalej, gdy już skończę poprawianie pierwszego tomu? Zamierzam potem przeczytać go jeszcze raz, właściwie wiele razy, by móc pochylić się nad poszczególnymi wątkami i postaciami. Może też trochę skrócić i przyciąć tu i tam - bo po dopisaniu nowych scen objętość książki znowu zaczyna lekko niepokoić...

Oprócz sprawdzonych beta-czytelników - niektórzy towarzyszą mi praktycznie od początku pisania! - będę szukać również nowych, którzy nie mieli dotąd okazji zetknąć się z moją książką. Potrzebuję opinii osób, dla których pierwotna wersja nie będzie punktem odniesienia. Wiem już, do kogo chcę się zwrócić w pierwszej kolejności.

Wiem, że pandemia mocno wpłynęła na rynek wydawniczy. Jeśli dotychczas nie było łatwo przebić się do wydawców, to teraz stanie się to jeszcze trudniejsze :D Muszę zatem dopracować moją książkę najlepiej, jak tylko potrafię. To spore wyzwanie - ale w końcu nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! :)

Trzymajcie za mnie kciuki :)

niedziela, 26 kwietnia 2020

Odcienie płaczu trzylatka.





Tak pisałam dwa lata temu.
I wówczas, i wcześniej dałabym się pokroić za przekonanie, że płacz dziecka jest zawsze szczery, że tak młody człowieczek nie jest jeszcze zdolny do grania na emocjach i wykorzystywania płaczu wtedy, gdy to dla niego wygodne.

Chodziłabym pokrojona ;) Robert ma trzy lata, już niedługo trzy i pół. Od pewnego czasu z wiadomych przyczyn spędzamy ze sobą jeszcze więcej czasu niż zwykle. Dosłownie całe dnie. W tym czasie zdążyłam poznać różne przyczyny płaczu trzylatka, z których wcześniej niekoniecznie zdawałam sobie sprawę.

Umówmy się, od dawna nie jest dla mnie tajemnicą, że można przeżyć prawdziwy dramat, gdy się czegoś bardzo chce, na przykład zjeść surowego ziemniaka, albo zeskoczyć z łóżka na ulubionym koniku-zabawce, a mama nie pozwala. Rozumiem, jakie to przykre i nie umniejszam prawdziwości tego smutku. Ale to jeszcze nie wszystko...

Dlaczego trzylatek płacze?


Odtwarza zasłyszane dźwięki.

Dziecko uczy się przez obserwację i naśladownictwo. Jeśli widziało płaczącą osobę, może próbować odtworzyć ten płacz. Mniej lub bardziej świadomie uczy się reakcji.

Zauważyłam, że w niektórych bajkach postacie reagują szczególnie ekspresyjnie na smutną lub przykrą sytuację. Nie twierdzę, że to złe, wręcz przeciwnie - dziecko uczy się wtedy, jak wpływają na nas emocje i dlaczego czasami ktoś reaguje w taki, a nie inny sposób. Natomiast formą nauki jest również zastosowanie zdobytej wiedzy w praktyce ;)

Pewnie zgodzicie się ze mną, że warto oglądać razem z dzieckiem jego ulubione bajki i obserwować, czy któraś scena płaczu nie wygląda dziwnie znajomo :)

Bawi się.

To też wynika z obserwowania i naśladownictwa. Dziecko przenosi zasłyszane reakcje do swoich zabaw. Czasem, gdy usłyszysz, że w trakcie zabawy dziecko rozpłakało się bez widocznego powodu - warto się upewnić, czy nie jest to płacz pluszowego misia lub autka :)



Płacze, bo poprzednio to zadziałało.

Nie nazwałabym tego manipulacją, raczej kolejnym przykładem na to, że dziecko obserwuje, wyciąga wnioski i uczy się konsekwencji.

Może poprzednio, gdy się rozpłakał, przytuliłaś go w szczególnie miły sposób? Może powiedziałaś coś, co chciałby teraz usłyszeć?

Nawet jeśli dziecko płacze, bo próbuje coś uzyskać, nie demonizowałabym tego. To nie świadczy o podstępnym charakterze. Na tym etapie dziecko dopiero uczy się relacji międzyludzkich, bada, sprawdza. Ważne, byśmy mu w tym pomogli z cierpliwością i konsekwencją.

Płacze dla towarzystwa lub ze współczucia.

To zdarza się Robertowi bardzo często. Kiedy jego mały braciszek wybucha płaczem, Robert często próbuje go pocieszyć, ale nie zawsze się mu się to udaje. Wówczas siada obok i płacze równie żałośnie. Jest w tym coś poruszającego.


Co ciekawe, kiedy Robert ma prawdziwy powód do płaczu, często wybiera inną reakcję. Czasem krzyczy, czasem zamyka się w sobie albo robi się w jednej chwili bardzo śpiący. Nauczyłam się wyłapywać te reakcje. Gdy widzę, że zachowuje się w taki sposób, od razu sprawdzam, czy np. nie uderzył się gdzieś albo nie skaleczył.


Jak to wygląda u Was? Macie podobne obserwacje do moich? :)