piątek, 11 czerwca 2021

Brzydka ona, brzydki on... Czyli: dlaczego w filmach brzydcy ludzie są piękni?

Kadr z filmu "Klub brzydkich dzieci"

Nie milknie dyskusja o modzie na brzydotę, a ja trafiłam dziś na opis filmu, który w ciekawy sposób odnosi się do podobnych kwestii. Nosi tytuł "Klub brzydkich dzieci". Pokazuje rzeczywistość, w której najmniej atrakcyjne fizycznie dzieci są przewożone do specjalnego portu, by "oczyścić" społeczeństwo z brzydoty.

Sam pomysł na scenariusz wydaje mi się urzekający, widzę w nim próbę podjęcia rozważań o kondycji ludzkości, o źródłach nietolerancji i rasizmu, i o presji pokazywania pięknych, idealnych ludzi, słowem, duże ambicje i mocny przekaz ubrany w konwencję filmu familijnego. Jednak, gdy tylko przeczytałam opis, w mojej głowie pojawiła się myśl: to powinna być kreskówka.

Dlaczego? Moim zdaniem, tylko w kreskówce da się pokazać z czystym sumieniem: ta osoba jest brzydka. Łatka brzydala nie wyrządzi żadnej krzywdy narysowanej postaci - choć oczywiście nie znaczy to, że w kreskówce wszystko wolno. Wolno jednak, w moim odczuciu, odrobinę więcej :)

Bo wyobraźcie sobie taką sytuację: aktor odgrywający rolę brzydala (ale brzydala-brzydala, nie osobę o charakterystycznej urodzie albo zaniedbaną, po prostu brzydkiego człowieka) okaże się uderzająco podobny do małoletniego, wrażliwego, może zakompleksionego chłopaka, który film obejrzy. I jaką wiadomość otrzymuje od twórców filmu taki widz, jego rodzina i znajomi? Że jego wygląd, jego uszy/piegi/nos/okulary/włosy/sylwetka są nieakceptowalne, z ich powodu mogą go spotkać przykrości, szykany, a nawet wykluczenie.

Spojrzałam na zdjęcia obsady "Klubu brzydkich dzieci". Odtwórca głównej roli, Sem Hulsmann, jest naprawdę prześlicznym chłopcem z doklejonymi gigantycznymi uszami. Czyli: ładny aktor w roli brzydkiego, zjawisko, które obserwujemy na ekranach od lat. Wiecie, co myślę? Że to ma swoje dobre i złe strony.

Kadr z filmu "Króliczek"

Przypomina mi się dyskusja, którą toczyłam z jedną znaną blogerką przy okazji premiery filmu "The DUFF": dlaczego w rolach kopciuszków, które mają przejść metamorfozę, obsadza się zawsze piękne aktorki? Nawiasem mówiąc, zostałam wtedy uznana za hejtera, bo niewystarczająco zachwycałam się urodą Emmy Stone w "Króliczku" (nie mam nic do Emmy, po prostu jej kreacja aktorska do mnie trafiła) :D Ale tak, wspomniana Emma, Mae Whitman z "The DUFF", Rachael Leigh Cook z filmu "Cała ona", którą oszpecić miały okulary, Anne Hathaway, która w "Pamiętniku księżniczki" straszyła gęstymi brwiami i nieułożonymi włosami, Sandra Bullock w "Miss Agent" - to wszystko bardzo atrakcyjne kobiety o mało kontrowersyjnej urodzie, łatwej dla oka. Regularne rysy twarzy, duże oczy, zgrabna sylwetka. Nieraz pojawiały się w zestawieniach najpiękniejszych aktorek, najpiękniejszych ludzi świata.

Wiecie, widzę sens w takich decyzjach obsadowych. Moim zdaniem, to jest wiadomość dla odbiorców: ej, serio, my się tu tylko bawimy, udajemy, ona wcale nie jest brzydka, co za brzydota w ogóle, każda kobieta jest piękna i koniec. Duże okulary, niemodny ciuch - to tylko rekwizyty, symbole mające nakreślić tematykę filmu. Wcale nie mam przekonania, czy byłoby lepiej, gdyby zahukana Laney Boggs miała rozbieżnego zeza, a agentka Grace Hart sporą nadwagę - czy wówczas młodzi widzowie nie dostaliby przekazu, że choroby oczu i dodatkowe kilogramy są złe i świadczą o brzydocie?

Jaka jest zła strona? Taka, że wciąż mało widzimy na ekranie przeciętności, zwykłego wyglądu niepozbawionego mankamentów, odbiegającego od standardów. Szkoda mi utalentowanych aktorów, którym nieidealny wygląd zamyka drzwi do wielu ról - choć wszyscy znamy mnóstwo wyjątków od tej reguły :)

Ja podtrzymuję moje zdanie: wolę, gdy temat brzydoty i wykluczenia z powodu wyglądu podejmują filmy animowane. Jak choćby mój ulubiony "Shrek". Łatwo się z nim utożsamić, bo chyba każdy czuł się kiedyś niezrozumiany, niechciany, oceniany po pozorach - a jednocześnie, nikt z nas nie wygląda jak on ;) 

Kadr z filmu "Shrek"


Wiecie, co Wam powiem? Jestem estetką i lubię patrzeć na pięknych ludzi. I mam to szczęście, że widzę ich wszędzie! Nie tylko na ekranie, ale też na ulicy, na moim osiedlu, w autobusie, w mieście, wśród znajomych. Świat jest pełen pięknych ludzi, różnych ludzi, oryginalnych ludzi, interesujących ludzi. Co oni z tą brzydotą w ogóle... :)

środa, 2 czerwca 2021

Prezenty, zabawy i okazywanie miłości, czyli: moje dziecko powiedziało, moje dziecko zrobiło

Przyszedł czas na kolejne zestawienie anegdotek z życia moich synków! Tym razem związane tematycznie z Dniem Dziecka, ale nie tylko. Zapraszam - będzie zabawnie, będzie i wzruszająco! 

***

Z okazji Dnia Dziecka chłopcy dostali w prezencie pudełko, co już samo z siebie ucieszyło ich ogromnie. Nic dziwnego, znam ich nie od wczoraj. Do tej pory pamiętam szczęście Roberta, który pod choinką znalazł kilkanaście autek oraz garaż (czyli opakowanie). Pamiętam też, jak podekscytowany otwierał wielkanocne czekoladowe jajka w poszukiwaniu niespodzianki i cieszył się, że w środku jest czekolada! W takich chwilach modlę się tylko, żeby zachowali to ufne, pozytywne spojrzenie na świat jak najdłużej, zanim czyjeś drwiące pytania - i z czego się cieszysz? - każą im myśleć, że naiwnością jest oczekiwać tak niewiele.

Niemniej, pudełko otrzymane przez nich wczoraj miało zawartość, i to nie byle jaką. Znajdowała się w nim między innymi kosiarka, taczka, konewka i mnóstwo foremek do piasku. Zachwycony Robert dopytywał raz po raz, czy dzisiaj są urodziny jego i Michała? Wielką radość zmąciło jednak odkrycie, że obaj z braciszkiem chcą się bawić czerwoną kosiarką w tym samym czasie.

- Czemu ja myślałam, że jak dostaną pudło zabawek, to się nimi podzielą? - pytałam retorycznie, próbując jednocześnie doprowadzić do pokojowego rozstrzygnięcia Bitwy o Kosiarkę.

- Trzeba kupować dwa pudła - skwitował mąż.

Wkrótce jednak Robert odkrył, że pozostałe skarby znalezione w pudełku są równie atrakcyjne. Jego entuzjazm wzbudziła szczególnie konewka, bo mógł z jej pomocą podlewać kwiatki! Trochę się tylko rozczarował, gdy po podlaniu nie urosły.


Wbrew temu, co moglibyście wywnioskować z powyższego opisu, chłopcy potrafią się bawić ze sobą jedną zabawką. Tu możecie zobaczyć, jak wspaniale Michał woził Roberta na jeżdżącym lewku! Myślę, że mógł wtedy przez chwilę poczuć, jak to jest być tym większym bratem :)

Czasami chłopcy oglądają też razem śmieszne filmiki, jak ten z pieskami kręcącymi się wokół miski z jedzeniem :) Obaj reagowali na nagranie równie entuzjastycznie, przy czym Robert wyrażał tę radość, śpiewając głośno i wyraźnie: pieski kręcą się na kole, pieski kręcą się na kole, tymczasem Michał zawarł ten sam przekaz w znacznie krótszym komunikacie: hau hau hau!

Robert wyraził też w bardzo piękny sposób swoją miłość do braciszka, gdy po raz pierwszy napisał jego imię. Powiem Wam, że choć nadal uwielbiam imię Michał i cieszę się, że wybraliśmy je dla młodszego synka, muszę przyznać, że nie przemyślałam tego, jak ciężko będzie je zapisać kilkuletniemu dziecku. CH i Ł w jednym imieniu! Z literką Ł musiałam pomóc ;) Najbardziej wzruszyło mnie jednak, gdy po napisaniu ostatniej literki Robert z radością odczytał imię, po czym oświadczył poważnie:

- To jest nasz Michał. Wiesz, mama? To jest nasz Michał.

Na potwierdzenie swoich słów, napisał pod spodem nieczytelny gryzmoł, mający oznaczać, że Michał jest nasz. Cóż, nauka pisania słowa "nasz" jeszcze przed nami. Nauka, jak być kochającym starszym bratem, powiodła się bez wątpienia znakomicie.

***

Michał też znakomicie sobie radzi z okazywaniem miłości. Obsypuje nas całusami, przytula się, wita nas z czułością, biegnie do nas z wyciągniętymi rączkami. Pamiętam, jak niedawno oglądaliśmy scenę w serialu Glee (tak, nigdy nie jest za późno na nadrabianie seriali sprzed ponad dekady), gdy Idina Menzel śpiewa "I dreamed a dream" dla odnalezionej po latach córki, a Michaś przez całą piosenkę klaskał w moje dłonie i obdarzał mnie uroczymi uśmiechami. Pomyślałam sobie wtedy, że może Idiną nie jestem i nie zaśpiewam nigdy tak, jak ona, ale mam najcudowniejszy skarb, jaki tylko mogę sobie wyobrazić, a moje marzenie już zawsze będzie spełnione.

Michaś okazuje czułość nie tylko mamie, tacie i bratu, ale też kotom, babci i dziadkowi, sąsiadowi, a także pani agentce ubezpieczeniowej, którą widział po raz pierwszy w życiu. Na razie nie widzę powodów, by go przestrzegać czy zniechęcać do tego. Nie chodzi nigdzie sam, zawsze jest pod opieką osób godnych zaufania. A każdemu przyda się od czasu do czasu uścisk małych łapek, nieprawdaż?

Ostatnio obiektem czułości Michasia stał się również jego największy przyjaciel i pocieszyciel od najmłodszych lat, czyli chłopczyk w lustrze. Michaś postanowił sprawdzić, czy chłopczyk w lustrze ma łaskotki. Chyba miał, bo się śmiał :D Nie byłam zaskoczona, w końcu Michał jest dzieckiem, które próbowało kiedyś połaskotać lodówkę.

***

Robert, oprócz całusów, uścisków i często wyrażanej prośby "usiądź mi na kolankach" - co oznacza, wbrew pozorom, że to on chce usiąść na moich kolanach, zna jeszcze inne wyjątkowe sposoby okazywania miłości. Robert troszczy się o nas.

- Mama, ty kaszlesz, musisz sobie zrobić inhalację - słyszę na przykład ostatnio dość często, bo jestem przeziębiona. 

Albo, gdy mąż uderzył się w głowę:

- Co się stało tatusiowi? Ojej! Biedny tatuś!

Bywa i tak, że wzruszenie walczy z rozbawieniem, gdy kochany synek widzi, jak smaruję sobie twarz kremem, i przestrzega mnie poważnie:

- Dobrze, mama, tylko nie za dużo, bo będziesz cała biała!

Albo protestuje stanowczo, gdy zamierzam zjeść wafelek z czekoladą:

- Mama! Nie możesz! Bo będziesz miała czekoladową kupę!

Dostrzegam w tym echa różnych uwag, które Robert słyszy nieraz ode mnie i taty. I choć czasami naprawdę ciężko powstrzymać śmiech, to jednak wiem, że mówi to z miłości, i uwielbiam te jego mądre rady.

Na zakończenie dzisiejszego zestawienia chciałabym Wam opowiedzieć o grze w zagadki :) To jedna z ulubionych zabaw Roberta. Czasami pytamy o zwierzątka, innym razem o pojazdy, zdarza się, że o postacie z bajek. Robert przeważnie zgaduje bardzo ładnie, czasem jednak ma problem z odpowiedzią, ale i tak się nie poddaje i nadrabia sprytem:

- Co to jest? - pytam. - Małe, brązowe, ma długie zęby i gryzie drzewo?

Robert zastanawia się przez chwilę.

- Takie czerwone? 

- Nie, brązowe, z długimi zębami.

- Takie czerwono-czarne, i robi: ihaaa? To konik! Konik!

Cóż :) Z podobnym zgadywaniem spotkałam się wiele razy u dorosłych ludzi, nie dziwi mnie więc ono u czteroletniego Roberta :)

Poprzednie zestawienia znajdziecie tutajtutajtutaj tutaj.


środa, 26 maja 2021

Mama - oczami moich dzieci

Mama widziana oczami Michałka ma czarne włosy, choć przypuszczam, że młody portrecista użył czerni w ramach kompromisu, bo nie mógł znaleźć flamastra o kolorze ciemnoblond. Z kolei na jednym z niedawnych rysunków Roberta włosy mamy są różowe, ale to może wynikać z tego, że cały portret został narysowany różową kredką.

Niezależnie jednak od koloru, długie włosy mamy muszą być rozczesane, dlatego Michaś wziął dziś rano szczotkę i starannie mamę czesał, miał z tego dużo radości. A potem mama czesała jego jasne, jedwabiste włoski.

Mama to pierwsze słowo wypowiedziane przez każdego z nich, pierwsze słowo, które Robert nauczył się pisać i czytać, a nawet pierwsze na swój sposób "przeczytane" przez Michałka, choć więcej było w tym przypadku niż świadomego czytania.

Usłyszane po raz pierwszy, to słowo wywołało we mnie wielkie wzruszenie. Teraz, gdy słyszę je kilkadziesiąt razy w ciągu dnia, budzi we mnie czasem zniecierpliwienie. Wiem jednak, że to pokazuje, jak ważną osobą jest mama w życiu moich synków.

Mama

To trochę osoba, a trochę zjawisko. Rozpoznawana przez dzieci na każdym zdjęciu, nawet w peruce i charakteryzacji. A jednocześnie mylona czasami ze Stevie Nicks z Fleetwood Mac, z królową Lilian ze "Shreka" i z innymi blondynkami o długich, bujnych włosach, nieraz bardzo atrakcyjnymi. Pochlebiają mi te pomyłki :)

Ale mama to przede wszystkim osoba, która przytula dziecko, gdy obudzi się w nocy w ciemnym pokoju. To osoba, która karmi, nosi na rękach, rozśmiesza i ociera łzy, i daje całusa na pożegnanie, potrafi się bawić w policjanta i złodziejaszka, przybija piątkę, smaży pyszne naleśniki i śmieje się głośno ze wspólnych żartów, wygłupów i łaskotek.

Mama śpiewa piosenki, przeważnie wtedy, gdy tekst na ekranie podświetla się na różowo - tak jak tutaj. Mama czyta książki, najczęściej o Elfie, o strażaku albo o zwierzątkach. Mama często też pisze na komputerze, to jest jej praca. 

Ja jestem mamą, a ty Robertem

Ostatnio w naszych zabawach z Robertem pojawiają się tego typu akcenty - zamiana ról. Obserwuję jego pomysły z ciekawością, bo mam wrażenie, że mogę w ten sposób dowiedzieć się sporo na temat naszej relacji widzianej jego oczami.

Rzecz jasna, nie zawsze to działa :) Czasami Robert chce wcielić się w rolę mamy, bo liczy na to, że uda mu się wtedy wymigać od robienia czegoś, na co nie ma ochoty. Raz chciał na przykład, żebym była Robertem i umyła się za niego ;) Oczywiście się nie zgodziłam.

Innym razem prosiłam go, żeby posprzątał po sobie zabawki. Stwierdził: może ja będę mamą, a ty Robertem. Robert posprząta, a mama będzie oglądać bajkę. No co za spryciarz! Odpowiedziałam, że o nie, mama w tej sytuacji na pewno nie włączałaby bajki, tylko puściłaby sobie dobrą muzykę. Poszedł za moją sugestią, a że radzi sobie całkiem dobrze z obsługą komputera, niebawem słuchałam razem z nim świetnej muzyki wybranej specjalnie dla mamy. Trzeba przyznać, że mama ma dobry gust ;)

Jednak najmilej jest wtedy, gdy jestem Robertem i np. układam klocki, a malutka mama serdecznie mnie dopinguje: świetnie sobie radzisz, Robert. Bardzo ładnie, Robert. Dasz radę, Robert. Tak sobie myślę, że jeśli pierwszym skojarzeniem z rolą mamy, jakie pojawia się w główce mojego czteroletniego synka, są te wspierające i serdeczne słowa - to chyba coś mi jednak wyszło w tym macierzyństwie. 

Nigdy nie twierdziłam, że jestem idealną mamą. Ale podoba mi się bycie mamą widzianą ich oczami.

czwartek, 20 maja 2021

Czas na spacery!


Wychodzisz z domu i czujesz, jak z każdej strony atakują Cię zapachy. Dobre zapachy: kwitnąca jabłoń, bez, trawy i zioła, polne kwiaty. Już nie musisz ograniczać się do woni własnego oddechu uwięzionego w kawałku materiału. Nie wiem, czy Wy odczuwaliście to tak samo, ale mnie osobiście przeszkadzała ta zapachowa monotonia, gdy musiałam spędzić godzinę czy więcej czasu w maseczce. Nie dyskutowałam z tym, bo aż taki buntownik ze mnie nie jest, żeby ostentacyjnie paradować z odsłoniętą twarzą, odetchnęłam jednak z ulgą, gdy zniesiono nakaz noszenia masek, i słowo odetchnęłam jest tutaj bardzo na miejscu.

Przyznam, że gdy zapuszczaliśmy się w głąb Puszczy Niepołomickiej, beztrosko korzystaliśmy z możliwości zdjęcia maseczek i swobodnego oddychania. W lesie było to możliwe. Po raz kolejny doceniliśmy, jak dobrze udało nam się kilka lat temu wybrać miejsce do zamieszkania. Kryteria mieliśmy proste: mały domek na wsi z dobrym dojazdem do Krakowa oraz do miejsca pracy męża. Chyba nawet nie rozglądaliśmy się wówczas zbytnio po okolicy i nie szukaliśmy dobrych miejsc na spacer, zresztą gdy przyjechaliśmy tu po raz pierwszy, panowała ostra zima, co też zniechęcało do zwiedzania. Ale wiedzieliśmy już, że to zielone i kwitnące tereny.

Skoro sezon spacerowy rozpoczął się w najlepsze, z przyjemnością pokażę Wam nasze ulubione miejsca na spacer :)

Puszcza Niepołomicka



Co ciekawe, przez pierwsze lata naszego pobytu tutaj odwiedzaliśmy puszczę bardzo rzadko. Była dla nas jednocześnie za blisko i za daleko. Za daleko, by wyskoczyć na chwilę, na piechotę, a jak już wsiadaliśmy w auto, to woleliśmy dalsze wycieczki. Poza tym odstraszały nas komary ;) Naprawdę doceniliśmy ten ogromny, spokojny las wtedy, gdy pojawiły się dzieci. Mogą się tutaj wybiegać do woli, pozachwycać każdym drzewem i liściem, a gdy od czasu do czasu po torach przejedzie pociąg, wtedy radość dziecięca nie zna granic.


Najczęściej wchodzimy do puszczy od strony Szarowa, czasem parkujemy pod zajazdem, czasem w pobliżu stacji PKP Szarów. Ale jeszcze piękniej i ciszej jest chyba od strony Stanisławic, tam, gdzie zaczyna się zielony szlak turystyczny prowadzący do Niepołomic. 

Kochamy puszczę o każdej porze roku. Pięknie wygląda zimą, pokryta śniegiem, a także wiosną i latem, zielona i tętniąca życiem. Mam jednak wrażenie, że najczęściej panuje tam jesień :)






Przylasek Rusiecki



To już dla nas nieco dalsza wyprawa, w zasadzie obrzeża Krakowa, jednak trasa przejazdu jest bardzo dogodna, a przy tym urokliwa. Sama okolica zmienia się dynamicznie, właśnie powstaje tam nowe kąpielisko. Mieliśmy okazję odwiedzić to miejsce na początku wiosny, kiedy jeszcze dało się tam bez przeszkód wejść. W chwili obecnej nie jest to możliwe, ale otwarcie kąpieliska planowane jest na czerwiec, czyli całkiem niedługo :)


Wielbiciele tego miejsca mówią, że klimatem przypomina Mazury - i myślę, że rzeczywiście coś w tym jest. A skąd wziął się pomysł, by tam pojechać? Robert stwierdził pewnego dnia, że chce się wybrać na plażę :) Z radością spełniliśmy jego marzenie!

Obaj chłopcy bardzo dzielnie i z wielką radością przemierzali długie, kilometrowe pomosty i wypatrywali kaczek ukrytych w sitowiu. I oczywiście, reagowali wielkim ożywieniem, gdy w pobliżu przejeżdżał pociąg! Zdaje się, że podświadomie wybieramy na nasze spacery najczęściej trasy w pobliżu torów kolejowych :)






Polna droga wzdłuż autostrady



Wydawałoby się, że to miejsce, w którym ciężko się spodziewać ciszy i spokoju. Wzdłuż autostrady rozciąga się jednak wspaniała, zielona przestrzeń, gdzie spotkać można co najwyżej innych spacerowiczów. Kiedy Fortis żył, nieraz był tu przyprowadzany, by porządnie się wybiegać. Dzieci też lubią tę drogę, gdzie mogą bez przeszkód pobawić się w rakiety :) Potrafią też w nieskończoność zachwycać się kamykami, które można znaleźć przy drodze. To jest ten cudowny wiek, kiedy wszystko wydaje się fascynujące i takie wielkie! Czasami tylko musimy pilnować, żeby nie oddalali się zbytnio... albo żeby wiatr nie porwał im czapek! Bywa, że dość mocno tam wieje. Choć na zdjęciach tego nie widać, ten dzień był naprawdę wietrzny.





Opowiecie mi o swoich ulubionych trasach na spacery? Może kiedyś będziemy w okolicy i wybierzemy się właśnie tam! :)

czwartek, 6 maja 2021

Mali ludzie, małe zdrady. Więksi ludzie, większe zdrady


Nie mam szczęścia do ludzi. Czy może raczej: ludzie nie mają szczęścia do mnie.

Jestem raczej daleka od szukania powodów takiego stanu rzeczy w kimś innym, nie w sobie. Nie jestem tym wariatem, który jedzie autostradą pod prąd i złorzeczy na wszystkich mijanych kierowców, że są w błędzie. Jeśli odkąd pamiętam, mam problemy z relacjami, to przyczyna musi chyba leżeć we mnie? Przecież nikt nie ma aż takiego pecha.

To jedna z najbardziej zdumiewających rzeczy w życiu: masz dobre intencje i życzysz ludziom, z którymi spędzasz czas, wyłącznie tego, co najlepsze, a jednocześnie gdzieś tam nieświadomie ich krzywdzisz. Bo wydaje ci się, że każdy zrozumie twoją ironię. Bo nie zauważyłaś, że oczekiwałaś za dużo, zbyt często, zbyt intensywnie. Chciałaś tylko dobrze się z kimś bawić, a nie wiedząc o tym, wyciskałaś z tej osoby ostatnie soki, jak z cytryny. Bo nie spełniałaś oczekiwań, których ktoś nie wyartykułował, bo powinny być dla ciebie oczywiste, jak dla każdego zdrowego człowieka. Może mam jakąś niezdiagnozowaną chorobę, która to powoduje? Jakieś uszkodzenie mózgu, zaburzenia empatii? Trzeba będzie to kiedyś sprawdzić.

Na przestrzeni lat nauczyłam się przyjmować kolejne rozczarowania i rozstania z coraz większą obojętnością, wręcz ze stoicyzmem. Przyzwyczaiłam się, że to swego rodzaju norma - przyjaciele przychodzą i odchodzą, każda relacja ma swój czas i zdarza się, że ten czas jest bardzo krótki.

Tym razem jednak przyjęłam cios między oczy. Osoby, z którymi moje drogi się rozeszły, traktowałam od ponad roku jak drugą rodzinę, kontaktowałyśmy się codziennie i tworzyłyśmy wspólny projekt, któremu oddałam serce. Nasze spotkania były wyłącznie internetowe, ale to przecież nic nietypowego w dzisiejszych czasach, gdy większość działalności i kontaktów międzyludzkich przeniosła się do sieci. Opierałyśmy naszą współpracę na bardzo głębokim zaufaniu, tym boleśniejsza jest świadomość, że to zaufanie zostało zdradzone.

Jak już mówiłam, szukam winy przede wszystkim w sobie. Widocznie poczułam się tak bezpiecznie w tym bliskim mi gronie, że pozwoliłam sobie na zbytnią swobodę. Pokazałam twarz, która mnie samej wydawała się zabawna i bezpośrednia, a dla drugiej strony okazała się raniąca. Jeśli ktoś poczuł się skrzywdzony przeze mnie, daleka jestem od twierdzenia, że krzywda nie zaistniała. Nie mogę tylko zrozumieć, dlaczego żadna z tych osób nie zakomunikowała ani razu (a jak wspomniałam, kontaktowałyśmy się codziennie), że moje zachowanie jej nie odpowiada. Dlaczego zamiast porozmawiać ze mną, w pierwszej kolejności zdecydowały się szukać pomocy poza naszym gronem. 

Jesteśmy oboje zbyt naiwni, powiedział mi dzisiaj mąż, mój najwytrwalszy kibic, osoba, której jestem pewna najbardziej na świecie. Zgadzam się z nim. Zna ktoś może sposób, jak się tej naiwności pozbyć? Jak w serdecznej, sympatycznej rozmowie wyłapać sygnały świadczące o tym, że druga strona czeka tylko na okazję, by cię zniszczyć? Wydawało mi się, że jestem wyczulona na pewne zachowania i już nie tak łatwo mnie oszukać. Dałam się jednak zaskoczyć po raz kolejny.

Co dalej? Na ten moment staram się zniknąć, schować przed światem, wycofałam się z większości internetowych projektów, które współtworzyłam. Nie mam też pewności, jaka będzie przyszłość tego bloga, bo nawet jeśli zdołam napisać coś nowego, to raczej nie starczy mi energii, by promować wpis w różnych miejscach, jak robiłam to do tej pory. Pewnie stanę się mniej widoczna, jeśli nie zniknę w ogóle. Przyjaciele namawiają mnie do podejmowania różnych kroków, ale to musi poczekać na czas, kiedy będę wystarczająco silna. Nie gwarantuję, że taki czas nadejdzie.

Mamo, nie bój się. Za chwile będziesz miała serduszko i będziesz szczęśliwa - tak mnie wczoraj pocieszał Robert :) Choćbym bardzo chciała, nie umiałam ukryć przed chłopcami, że jest mi smutno, a oni starali się jak mogli, by poprawić mi humor. Jak tylko mnie zobaczyli po powrocie z przedszkola, obaj mocno się we mnie wtulili. To cudowne, że mam takich małych-dorosłych pocieszycieli, ale też trochę mnie to krępuje. To ja powinnam być pocieszeniem dla nich, a moje problemy nie powinny się na nich odbijać. Mają jeszcze czas, by się nauczyć, jaki okrutny bywa świat dorosłych ludzi.

Będzie lepiej. Musi być. Upłynie czas, przyjdą nowi ludzie, nowe rozczarowania. Zakładam, że te następne już w ogóle mnie nie ruszą ;)

czwartek, 22 kwietnia 2021

Powrót do przedszkola - tym razem inaczej


W poniedziałek chłopcy wrócili do przedszkola, a ja do pracy. Przyznam szczerze, początkowo nie wierzyłam, że ten scenariusz się sprawdzi. Wspomnienia z poprzedniego zamknięcia, które miało trwać dwa tygodnie, a rozrosło się do dwóch miesięcy, nadal są bardzo świeże. Spodziewałam się, że teraz będzie identycznie. Na początku zdawało się zresztą, że się nie mylę - bo dwutygodniową przerwę wkrótce wydłużono o kolejny tydzień. Na tym jednak się skończyło. 
Gdy porównuję to ubiegłoroczne przymusowe siedzenie w domu do obecnego, widzę same różnice. Przede wszystkim...

Pogoda nie dopisała


Dawno tak nie było, żebyśmy mieli wszystkie cztery pory roku w jednym tygodniu, a czasem nawet w ciągu jednego dnia, prawda? Gdy wracają wspomnienia z tamtego poprzedniego kwietnia, widzę słoneczne dni, koc rozłożony w ogrodzie, dużo radości i ruchu na świeżym powietrzu. W tym roku kwiecień uraczył nas śniegiem, gradem, deszczem i nieprzewidywalnością. Pamiętam dwa, może trzy popołudnia, które spędziliśmy w ogrodzie, a i tak co chwilę zerkaliśmy z niepokojem na nadciągające chmury. 

Chłopcy podrośli


Największą zmianę widzę w Michale. O ile dobrze pamiętam, rok temu on dopiero zaczynał chodzić. Teraz biega tak, że czasem ciężko go zatrzymać. Robert mówi zdaniami wielokrotnie złożonymi, uwielbia pomagać w kuchni, dużą frajdę sprawia mu pisanie (w dwóch językach!) i rysowanie (abstrakcjonizm). Właśnie śpiewa wymyśloną przez siebie piosenkę. Obaj są znacznie bardziej samodzielni, ale też na swój sposób bardziej angażujący. Plan minimum już nie wystarczy, chcą eksperymentować, uczyć się nowych rzeczy, oczekują aktywnego uczestnictwa w ich zabawach. Nie czuję się może tak wymęczona jak rok temu, raczej przestymulowana, przytłoczona. Ale każdego dnia zachwycam się nimi i pękam z dumy. A te chwile, gdy spontanicznie przybiegają do mnie, by się przytulić - to najlepszy punkt każdego dnia!


Odpoczynek, czas wolny? Niekoniecznie...


Rok temu, gdy chłopcy wracali do przedszkola (wówczas to było w połowie maja, nie w kwietniu), ja wracałam do pewnej beztroski i czasu, który organizowałam sobie w pełni samodzielnie. Zrobiłam z tego małe święto. Pojechałam do fryzjera, nadrobiłam zaległości czytelnicze, wzięłam długą, aromatyczną kąpiel, spotkałam się z przyjaciółką. Przez kilka dni nagradzałam się za to, że przetrwałam dwa miesiące zamknięcia, co wówczas wydawało się wielkim osiągnięciem - po roku ta liczba nie robi już chyba takiego wrażenia. Pewnie wielu spośród Was musiało zostać w domu znacznie dłużej z powodu zakażeń i kwarantanny.

Nie mogłam wówczas wrócić do pracy, bo odwołanie imprez masowych w całym kraju stało się wielkim ciosem dla naszej branży. Tym razem było inaczej. Od początku wiedziałam, że gdy tylko rząd poluzuje obostrzenia, wracam do pracy w dotychczasowym wymiarze. I choć lubię moją pracę, ten powrót po przerwie napawał mnie niemałym stresem. Nie wiedziałam, czy będzie mi łatwo od nowa wejść w rytm, czy nie zapomnę zbyt wielu rzeczy, czy łatwo mi będzie nadrobić to, co przegapiłam. Powrót okazał się dość łagodny, pod wieloma względami czuję jednak, że wyszłam z wprawy. A odpoczynek, czas wolny? Cóż, nie mam go za dużo. Przeważnie wydaje mi się, że ledwie skończę pracę, chłopcy wracają do domu :)

Więcej obaw, więcej oczekiwań względem siebie


Choroby nie do końca nas oszczędziły - Michał niemal przez dwa tygodnie zmagał się z dolegliwościami trawiennymi. Musieliśmy w końcu odwiedzić lekarza, na szczęście okazało się, ze to nic poważnego. Możliwe, że nagła zmiana sytuacji tak na niego wpłynęła. Czas zamknięcia w dużym stopniu wiązał się z obawami o jego zdrowie i obserwowaniem, czy już się poprawiło.


Rok temu wymagałam od siebie i od nich bardzo niewiele, dosłownie minimum. Udało nam się jednak osiągnąć razem całkiem sporo. To był czas, kiedy Robert ostatecznie pożegnał się z pieluchą, a Michał zaczął chodzić. Trochę liczyłam na podobne kroki milowe przy okazji tegorocznego lockdownu. Ćwiczyłam z Robertem litery, a z Michałem mowę. Starałam się, żeby oglądali wartościowe, edukacyjne bajki i programy, urozmaicałam ich zabawy. Efekty nie są tak spektakularne jak rok temu, może dlatego, ze mieliśmy mniej czasu. Robert pisze i czyta coraz więcej, Michał nadal mówi niewiele, choć niewątpliwie robi postępy. Dziś rano poinformował mnie na przykład o tym, że "budzik dzwoni", a gdy próbowałam mu ten budzik zabrać, usłyszałam w odpowiedzi stanowcze: "nie, nie możesz!" ;)

Rodzinna Wielkanoc


Tu nie spodziewałam się zmian, a jednak się pojawiły :) Odwiedziła nas przyjaciółka, matka chrzestna Roberta. Spędziliśmy razem fantastyczny dzień pełen wspólnych rozmów przy stole z pysznościami, a gdy już porządnie się objedliśmy, poszliśmy na spacer po okolicy :)


Powrót do normalności


W pracy czekała mnie niespodzianka - szkolenie :) Dopiero dziś w zasadzie wróciłam do codziennych obowiązków. Jak już pisałam, czasu wolnego mam trochę mniej, niż się spodziewałam - dlatego dopiero dzisiaj udało mi się dokończyć ten tekst dla Was. Dzieci, mam wrażenie, bez trudu zaadaptowały się z powrotem do przedszkola, niewątpliwie za nim tęskniły. Na zdjęciach przysyłanych przez panie nauczycielki widzę radośnie uśmiechnięte twarze, najlepszy dowód na to, że jest im tam dobrze :)

Jak będziemy wspominać te trzy tygodnie? Myślę, że bardziej jak przerwę-ferie niż jak autentycznie kryzysową sytuację. Chrzest bojowy mamy za sobą, wiemy, że umiemy sobie poradzić w takich warunkach. Niemniej - liczymy na to, że powtórki już nie będzie! :)


czwartek, 1 kwietnia 2021

"Hurra, jestem w ciąży!" - czyli: o nietrafionych żartach


Hurra, jestem w ciąży


Niektórzy czytają tylko nagłówki, prawda? Błagam, nie gratulujcie :) Nie jestem. Nie śmiałabym nabierać Was w ten sposób.

Tak się złożyło, że dwukrotnie właśnie pierwszego kwietnia - raz w 2016, drugi raz w 2018 roku - rzeczywiście dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Gdybym wówczas opublikowała taką informację - czy ktoś by uwierzył? ;) Niektórzy pewnie tak, zwłaszcza ci, którzy wiedzą, jak poważnie traktuję ten temat. 

Przyznam, że co roku mam problem z primaaprilisowymi żartami. Macie może podobnie? Kiedyś to było jakieś łatwiejsze. Patrzyło się z przerażeniem na czyjeś spodnie i wykrzykiwało się: "O nie, jaką masz wielką plamę!". Albo na buty: "Uważaj, sznurówka ci się rozwiązała!". A potem śmiały się obie osoby, ta żartująca i ta nabrana.

No właśnie, bo tak to chyba powinno wyglądać - nabierasz kogoś, by się pośmiał razem z tobą? To zdecydowanie najlepszy rodzaj primaaprilisowych żartów. Ostatnio mam wrażenie, że najtrudniejszy.

Chyba nieczęsto występuję tutaj w roli marudy (przynajmniej mam nadzieję, że nie odbieracie mnie w ten sposób!), ale dzisiaj będę marudzić - na żarty, które są moim zdaniem nietrafione.

Żarty, w które większość nie uwierzy, ale ktoś jednak uwierzy


Wspomniane: "Jestem w ciąży". Fałszywe ciąże to chyba najczęściej spotykany żart, jaki pojawia się na Prima Aprilis od początku istnienia Facebooka, przynajmniej takie mam wrażenie. Nadal jednak widzę pod takimi postami sporo szczerych komentarzy z gratulacjami. Nie wiem... Mnie by było zwyczajnie głupio :) Pamiętam, jak wiele bliskich mi osób czekało razem ze mną na moją pierwszą ciąże, wiem, ile radości i szczerych wzruszeń wywołała informacja, że w końcu się udało. Nie chciałabym wywoływać w ludziach takich uczuć dla żartu, na niby, po to, by się pośmiać z ich serdecznych reakcji.

To samo myślę o żartach na temat ślubu, zaręczyn, znaczących zmian w życiu, słowem: wszystkiego, co może wywołać u odbiorcy autentyczne emocje. Nie potrafiłabym z tego żartować. Za bardzo byłoby mi szkoda kogoś, kto by dał się nabrać. Czy na pewno jego śmiech byłby równie szczery jak wcześniejsza radość?

Żarty, które przerażają


Jasne, kiedy wołało się: "Masz plamę na bluzce!", obiekt żartu miał się na chwilę wystraszyć, a potem z ulgą zaśmiać. Czym innym są dowcipy, w których przedmiotem śmiechu jest czyjaś autentyczna panika. Wzbudzanie poczucia zagrożenia. Zamykanie w ciasnym pomieszczeniu, robienie głupich pranków telefonicznych, "napad" na niby... Albo udawanie, że to nam zdarzyło się coś strasznego... Co tu dużo mówić, takie żarty są po prostu idiotyczne i niebezpieczne.

Żarty, które ranią


Żarty z czyichś uczuć. Żarty, które kogoś wyśmiewają. Żaden Prima Aprilis nie powinien być przyczyną czyjegoś smutku lub bólu i żadna chęć zrobienia dowcipu nie usprawiedliwia tego, że się kogoś skrzywdziło. Zetknęłam się z tego typu żartami i do tej pory nie pojmuję, co kierowało osobą, która sądziła, że pierwszego kwietnia wszystko jej wolno.

Żarty, które nikogo nie obchodzą


OK, to może najlżejszy kaliber. Po prostu odczuwam czasami coś na kształt second hand embarrasment (w luźnym tłumaczeniu: współzażenowanie), gdy widzę, że ktoś naprawdę się napracował, starannie przygotował grafikę, sklecił porządny tekst, a dowcip okazał się... mało interesujący. Czyjś ulubiony autor wydał nową książkę? No dobrze... Pewnie i tak prędzej czy później jakąś wyda. Znany artysta przyjeżdża do Polski? No, jak nie w tym terminie, to kiedyś pewnie przyjedzie. Chyba że fake news mówi o tym, że artysta ma zagrać jutro darmowy koncert w sąsiedniej miejscowości - to już brzmi ciekawiej, choć zarazem mniej wiarygodnie :)

Rozumiecie, o co mi chodzi? Taki dowcip sprawi, że jedni uwierzą, inni nie, ale zdecydowanej większości odbiorców będzie po prosu wszystko jedno.

Żarty, które zabolą...  żartującego


Nieprawdopodobne? Może. Ale na wszelki wypadek odradzam żartowanie z własnych marzeń, pragnień, celów, udawanie, że się je osiągnęło. Kwitowanie gratulacji słowami "Prima Aprilis!" może smakować wyjątkowo gorzko. I z kogo wtedy tak naprawdę robimy kwietniowego głupka? Z siebie.

No dobra... To istnieją jakieś żarty, które mnie bawią?


Jasne, że tak! Osobiście mam słabość do reklamowych grafik prezentujących np. nowy, limitowany smak czekolady - cebulowy! Albo to, co widziałam dzisiaj - balsam do ciała o zapachu sałatki jarzynowej :) Coś, co na pierwszy rzut oka musi być żartem i nie wywołuje żadnych skomplikowanych uczuć poza rozbawieniem.


A jeśli chodzi o tegoroczny Prima Aprilis - żaden żart nie pobije tego, co wydarzyło się dzisiaj z systemem rejestracji na szczepienia. Zastanawiam się, do której kategorii mogłabym go wrzucić, ale on chyba nie mieści się w żadnej :) W każdym razie - nie róbcie tak!