środa, 10 października 2018

Nikt nie zasługuje na przemoc.


Dziś będzie krótko. Chyba.
Pod wpływem różnych ostatnich dyskusji przypomniał mi się niespodziewanie jeden z odcinków oglądanego dawno temu serialu "Doktor Quinn". Pamiętacie? Na pewno pamiętacie :) W tym odcinku pojawiła się postać nowej nauczycielki - młodej, z pozoru bardzo sympatycznej. Wkrótce okazało się jednak, że nauczycielka traktuje swoich podopiecznych dość brutalnie. Jedną z jej ofiar stał się najmłodszy z adoptowanych dzieci Doktor Quinn - Brian. Kiedy przyjaciel Briana zobaczył na jego nogach ślady po biciu, obiecał, że go pomści, jeśli nauczycielka jeszcze raz podniesie na niego rękę. Tak też się stało.

Ciężko pobita, poraniona kobieta trafiła pod opiekę Doktor Quinn. Zapłakana wykrztusiła, że to jej wina i że zasłużyła sobie na to. Lekarka i zarazem matka pokrzywdzonego chłopca odpowiedziała wtedy stanowczo, bez wahania: "Nikt nie zasługuje na bicie".

Jestem pod wrażeniem, że twórcom serialu sprzed ponad 20 lat udało się zamieścić w nim tak mądrą, współczesną myśl. 

Tak łatwo było przecież powiedzieć: "Tak, zasłużyła Pani. Biła Pani dzieci i dostała Pani od nich to samo". Przecież niejeden z nas, widzów oglądających ten odcinek, tak właśnie pomyślał. Może nawet życzyliśmy okrutnej nauczycielce tego pobicia, może odczuliśmy jakąś satysfakcję, kiedy spotkała ją taka kara. A jednak morał tej historii jest inny. "Nikt nie zasługuje na bicie".

Sprawiedliwość?


Wydaje mi się, że w naszym społeczeństwie mocno zakorzeniona jest swego rodzaju wiara w sprawiedliwość. Jeśli jesteś grzeczny, porządny, poprawny, to nic złego Cię nie spotka. Złe rzeczy spotykają tylko tych, którzy nie uważali. Przemoc, zło, krzywdy to w tym rozumieniu swego rodzaju kara za złe zachowanie, za niespełnianie jakichś norm społecznych. Zamiast współczucia pojawia się podejrzliwość: co on zrobił, co ona zrobiła, że zasłużyła na taki los? 

Skąd bierze się taka - pardon - bezduszna postawa? Myślę, że wytłumaczenie jest bardzo proste. Wiara w sprawiedliwość pozwala na pozorne poczucie bezpieczeństwa. Osoba, która tak myśli, w swoim mniemaniu zapewniła sobie spokojne życie bez żadnych dramatów. Wystarczy, że żyje skromnie i porządnie, nikogo nie prowokuje, nikomu się nie naraża. Chce wierzyć, że ma wpływ na wszystko, co ją spotyka.

Pisałam kiedyś, że nie wystarczy być dobrym kierowcą, by uniknąć wypadku. Tak samo - nie wystarczy być dobrym człowiekiem, by uniknąć zła. Niestety.

Ja też wierzę w sprawiedliwość, ale w inny rodzaj sprawiedliwości. Wierzę, że ludzie, którzy ciężko pracują, by spełnić swoje marzenia, prędzej czy później osiągną sukces. Chcę w to wierzyć i cieszę się, ilekroć widzę, że to faktycznie działa. Ale nie wierzę w taką sprawiedliwość, która zakłada, że doświadczane nieszczęścia są karą za grzechy.

Nikt nie zasługuje na bicie. Nikt nie zasługuje na przemoc. Nikt nie zasługuje na krzywdę.

Czy w takim razie coś w ogóle zależy ode mnie?


Czy w takim razie jesteśmy zupełnie bezradni wobec tego, co nam zsyła los? Myślę, że jest zupełnie inaczej. Nawet jeśli niewiele możemy zrobić w chwili, kiedy doświadczamy czegoś złego - później już wszystko zależy od nas. To, co z tym zrobimy. To, co będziemy o tym myśleć. To, jak sobie poradzimy. To, jakie kroki podejmiemy. To, co przekażemy innym.

Od nas zależy to, jaki świat pokażemy naszym dzieciom. Czy będzie to świat pełen nieufności, podejrzliwości, obaw i pogardy dla inności, czy świat wsparcia, zaufania, otwartości i bliskości. Zmarnowanie takiej szansy - to dopiero byłoby zło!


PS. Na końcu wspomnianego przeze mnie odcinka "Doktor Quinn", pastor opowiada wiernym przypowieść o mieście, w którym wszyscy byli nieszczęśliwi. Pewnego dnia w tym mieście pojawił się król i oświadczył mieszkańcom, że jedno spośród miejscowych dzieci jest jego dzieckiem. Od tej pory wszystkie dzieci w mieście były traktowane ze szczególną miłością, czułością i szacunkiem - nikt nie wiedział, które dokładnie dziecko jest królewiczem lub królewną. Minęło wiele lat. Dzieci dorosły, miały swoje dzieci. Miasto było pełne szczęśliwych, radosnych, życzliwych sobie nawzajem ludzi.

czwartek, 4 października 2018

Kiedy wół był cielęciem.


Dość długo nosiłam się z zamiarem napisania tego tekstu. Były inne, pilniejsze tematy. Ale wreszcie przyszedł jego czas :)

W szufladzie na strychu przechowuję zdjęcia z mojej pierwszej, nazwijmy to, sesji zdjęciowej. Zrobiłyśmy je pewnego dnia z koleżanką. Miałam wtedy 14 lat. 

Wiecie, rumienię się na widok niektórych z tych zdjęć. Nawet nie dlatego, że jestem na nich w sportowym staniku. W upalne dni zdarzało mi się tak po prostu w nim chodzić, normalnie, do sklepu i na spacer. Albo w górze od bikini. Większe zakłopotanie wywołują we mnie niektóre spojrzenia uchwycone na zdjęciach, jak również nieodparte wrażenie, że patrzę na młodą kobietę świadomą swojego... swojej kobiecości.

Pamiętacie, jak to było, kiedy mieliście czternaście lat?


Ja pamiętam to dobrze. Wspominałam Wam już, że moja pamięć działa w specyficzny sposób :) Ma to swoje zalety i wady. Jedną z zalet jest właśnie to, że pamiętam, jak to jest być dzieckiem, nastolatką, dorastającą osobą. Staram się podtrzymywać w sobie tę pamięć, choć nie jest to łatwe. Łapię się czasem na tym, że zaczynam narzekać na dzisiejszą młodzież, że patrzę na dzieci jak na istoty zdecydowanie mniej rozumne i dojrzałe niż w rzeczywistości. 

Kiedy miałam czternaście lat, uważałam się oczywiście za bardzo mądrą i dojrzałą. To, że ja tak uważałam, chyba nikogo nie dziwi :) Bardziej zastanawiające jest to, że inni też zdawali się tak o mnie myśleć. Choć śmiać mi się chce, kiedy pomyślę o niektórych wygłoszonych przeze mnie wówczas mądrościach, to jednak byli ludzie, którzy słuchali tych mądrości z zupełną powagą i nawet powtarzali je dalej.

Jako czternastolatka byłam prawie tego wzrostu co teraz. Myślałam wówczas, że pewnie już więcej nie urosnę, jednak w liceum przydarzył mi się dość niespodziewany przypływ centymetrów, i to w linii pionowej :) Moja sylwetka zmieniała się wielokrotnie, mam wrażenie, że nieustannie lawirowałam między chudością a pewną pulchnością, choć prawdziwej nadwagi nie miałam chyba nigdy. Co ciekawe, niektóre ubrania z tamtego okresu mam nadal w szafie i nawet zdarza mi się w nich chodzić od czasu do czasu :) Wielokrotnie brano mnie za osobę starszą niż w rzeczywistości. Pamiętam dobrze, że miałam 12 lat, kiedy pierwszy raz zostałam zapytana o to, gdzie studiuję. Dwanaście lat! Teraz, kiedy patrzę na dwunastolatki, widzę w nich małe dziewczynki. I wiecie, bardzo się staram, żeby jednak popatrzeć na nie inaczej.

W wieku czternastu lat byłam o wiele większym niewiniątkiem, niż na to wyglądałam. W mojej ówczesnej świadomości sex appeal nie miał zbyt wiele wspólnego z erotyzmem czy z chęcią uprawiania seksu. Ja chciałam po prostu być ładna i podobać się chłopakom. Zamierzałam pozostać dziewicą do ślubu. Jednak pierwsze pocałunki miałam już za sobą.

Ta dzisiejsza młodzież! Te dzisiejsze dzieci!


Obecnie często mam kontakt z nastolatkami. Nieraz mnie zadziwiają. Szczególnie tym, jacy są bezpośredni w komunikacji z obcymi osobami. Myślę, że mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że ja taka nie byłam, a miałam opinię pyskatej. Nasze pokolenie czuło jednak większy respekt przed dorosłymi. Poza tym szczegółem, nie różnią się jednak od nas za bardzo. Traktują bardzo emocjonalnie sprawy, które dla nas, dorosłych, są błahe. Źle znoszą porażkę, przegrywanie. Popisują się przed rówieśnikami. Używają brzydkich słów. Mają dziwne fryzury i styl ubierania się. Słuchają innej muzyki niż ich rodzice, mają inne sposoby na spędzanie wolnego czasu. Zupełnie jak my w ich wieku.

Łapię się na tym, że patrzę na tych ludzi, ponad dwukrotnie ode mnie młodszych, jak na małe dzieci. Niestety, nie są nimi :) Oni są tacy jak ta młoda kobieta ze zdjęć, które trzymam w szufladzie na strychu. To jakaś cząstka mnie nie może pogodzić się z faktem, że minęło już tyle lat :) Oni właśnie przeżywają swój czas. Pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, pierwsze eksperymenty z alkoholem, pierwsze próby stania się atrakcyjniejszym dla płci przeciwnej. Nie, to nie jest za wcześnie. To jest ten moment.

Każda dzisiejsza młodzież jest taka sama. Zmieniają się tylko trendy, style, powody buntu, sposoby szokowania dorosłych swoim zachowaniem. U źródła jest zawsze to samo: młody dorastający człowiek, który czuje się już dorosły i wierzy, że może żyć po swojemu.

Kiedyś dowiem się, że Robert ma swoją dziewczynę. Prawdziwą, nie koleżankę z przedszkola, której da laurkę na Dzień Kobiet. Dziewczynę, z którą będzie się całował. Pewnie pomyślę wtedy, że to za wcześnie, że przecież to jeszcze mój mały chłopczyk. Potem zrozumiem, że wcale nie jest za wcześnie, że po prostu przyszedł już ten czas.

Matko, pilnuj swoich dzieci!


Skąd w ogóle pomysł, by napisać ten tekst? W czasie, kiedy zaczęłam nad nim pracować, wielu ludzi oskarżało jedną matkę, że nie zdołała upilnować czternastolatka, przez co wydarzyła się tragedia.

Weź tu i upilnuj czternastoletniego faceta.

Przecież taki czternastolatek może już mieć z metr osiemdziesiąt wzrostu, pojawia się u niego zarost. Jak usłyszysz go przez telefon, możesz go pomylić z jego tatą. Ba, w bezpośrednim kontakcie też możesz się pomylić. Pewnie nieraz już został wzięty za dorosłego mężczyznę. Pewnie i nieraz z tego skorzystał.

Dlaczego upieramy się, by widzieć w nim małe dziecko?

Warto rozmawiać z młodymi ludźmi. Uczyć ich ostrożności, rozważnego postępowania. Uczulać na różne niebezpieczeństwa. Ale też trzeba zdać sobie sprawę z tego, że nasze możliwości jako rodziców są już mocno ograniczone. To nie są niemowlęta, które w razie niebezpieczeństwa weźmiemy na ręce i wsadzimy do wózka. To młode kobiety i młodzi mężczyźni, którym nieraz musimy zaufać i wierzyć w ich rozsądek. 

poniedziałek, 24 września 2018

Złote myśli, pele-mele, czyli 10 x NAJ...


Ostatnie dni nie były dla mnie najłatwiejsze. Na szczęście mam niezawodny sposób na poprawę humoru. Od dawna miałam ochotę napisać ten tekst, czekałam tylko na odpowiedni moment. Nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy piszesz o swoich ulubionych rzeczach :)

Czy Wy też mieliście w dzieciństwie zeszyt z pytaniami - o ulubiony kolor, ulubiony zespół, ulubioną koleżankę itd.? Ja miałam dwa albo nawet trzy. Starałam się wymyślać oryginalne pytania, inne niż w większości takich zeszytów. Skłaniające do myślenia.

U nas nazywało się to "Złote myśli". Kiedy przeprowadziłam się do Krakowa, poznałam nazwę "Pele-mele". Niezbyt przypadła mi do gustu, ale doceniam ją teraz - pozwala potraktować wpisywanie się do takich zeszytów jako lekką, nieskomplikowaną rozrywkę, którą ono w istocie jest :) "Złote myśli", to brzmi tak pompatycznie! Sądzę jednak, że każda nazwa jest dobra, o ile pozwala jednoznacznie zidentyfikować, o jakie zjawisko chodzi.

Zastanawiam się, czy tzw. dzisiejsza młodzież też bawi się w ten sposób. Czy quizy i łańcuszki na Facebooku wyparły całkowicie papierowe zeszyty z pytaniami? Dla mnie właśnie łańcuszki są takim wirtualnym "przedłużeniem" zabawy z dzieciństwa. Może dlatego tak lubię brać w nich udział. 

To, co przygotowałam dzisiaj, to łańcuszek wszystkich łańcuszków :D Dziesięć numerów jeden, dziesięć pierwszych miejsc. Wiecie, bardzo się ucieszę, jeśli postaracie się również odpowiedzieć na te pytania!

Moje ulubione/najważniejsze dla mnie/mające na mnie największy wpływ...?


1. Książka


Ken Kesey, "Lot nad kukułczym gniazdem", niezmiennie od osiemnastu lat (naprawdę tak długo?!). A oto i okładka. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak wyglądała okładka tego zaczytanego przeze mnie na amen egzemplarza. Chyba była w ogóle jednokolorowa, brązowa.


2. Film


"Efekt motyla". Może i kontrowersyjny, jednak bardzo ważny dla mnie. Wątek szpitala psychiatrycznego pojawia się i tutaj, widocznie mam jakąś słabość do tego motywu.

3. Książka dla dzieci


O książkach dla dzieci napisałam cały tekst - "Książki dzieciństwa". Wybranie tylko jednej z nich wydaje mi się niemożliwe. Pewnie jednak nieprzypadkowo wspomniałam w pierwszej kolejności o "Bajeczkach z obrazkami" Wladimira Sutiejewa.

4. Bohater literacki


Pułkownik Jerzy Michał Wołodyjowski :) Choć konkurencję miał silną!


5. Najbardziej nielubiany bohater literacki


Józef Pałys, zwany Józinkiem.


6. Płyta


Tekst o płytach ukazał się niedawno, można go przeczytać tutaj: "10 najważniejszych dla mnie płyt - i dlaczego własnie te". Na pierwsze miejsce trafiła płyta zespołu Evanescence "Fallen", jednak pozostałe również odegrały dużą rolę w moim życiu.

7. Kadr z filmu


Tropienie pięknych, artystycznych kadrów w filmach to jedna z moich pasji. Wybrałam tę scenę z filmu bollywoodzkiego "Kabhi Alvida Naa Kehna" ("Nigdy nie mów żegnaj").



Tak naprawdę praktycznie każdy kadr ilustrujący piosenkę "Tumhi dekho naa" zasługiwałby na to pierwsze miejsce. W kinie bollywoodzkim piosenki i towarzyszące im sekwencje taneczne zwykle zastępują sceny miłosne. "Tumhi dekho naa" opowiada o miłości w wyjątkowo kolorowy sposób.

Nie, nie będzie tak, że stwierdzicie teraz "a, nie lubię Bollywood" i pójdziecie dalej. Musicie to zobaczyć! To jest naprawdę przepiękne, niezależnie od upodobań filmowych czy muzycznych.

8. Gra komputerowa


Właściwie na wyróżnienie zasługują wszystkie gry wspomniane przeze mnie w tym tekście: "Cztery lekcje życiowe zaczerpnięte z gier komputerowych". Jest jednak coś jeszcze. Nie jestem pewna, czy można to nazwać grą, ale właściwie - jak to inaczej określić? Chodzi o Kisekae, zwane popularnie KiSS. Jest to wywodząca się z Japonii forma aktywności polegająca na ubieraniu narysowanych postaci w różne stroje. Nieraz można też zmieniać im fryzurę, makijaż, wyraz twarzy. Bardziej zaawansowane pliki pozwalają nawet na zastosowanie dźwięku lub krótkiej animacji. 

"Lalki" najczęściej pochodzą z mangi i anime, ale też ze znanych animacji disneyowskich i innych, często też jest to postać wymyślona przez autora danego pliku.

Grafika ze strony DeviantArt, autorką jest artystka o pseudonimie Hazel/LadyHazy

Nie potrafię zliczyć, ile czasu spędziłam, dobierając setkom postaci najpiękniejsze stroje i fryzury. Myślę, że odpowiednią jednostką czasową byłyby tutaj lata :) Po pewnym czasie zaczęłam też rysować własne postacie i projektować im ubrania. Z chęcią pokażę je Wam, jeśli uda mi się odnaleźć pliki :)

9. Widok


Tak, trafiłam kiedyś na pytanie o ulubiony/najważniejszy widok :) W odpowiedziach pojawiały się m.in. sceny z filmów, zdjęcia, krajobrazy. 

Moja odpowiedź na to pytanie z pewnością zmieniła się po urodzeniu Roberta. Bardzo lubię jednak moją poprzednią odpowiedź i zaskoczenie, jakie nieraz wywołuje, nie oprę się więc pokusie umieszczenia jej tutaj. Numer jeden to... Angelina Jolie.


(Nawet teraz, podczas przeglądania tych ujęć, serce zaczęło mi bić jakoś szybciej!)

Ponieważ gdzieś na drugim czy trzecim miejscu mojej listy widoków pojawiłaby się odpowiedź czerwona sukienka (pisałam Wam, ile ich mam w szafie!), wygląda na to, że widokiem idealnym byłaby Angelina Jolie w czerwonej sukience. Czyli na przykład taka:



A może Angelina Jolie w morzu?


Dobra, już przestaję...

10. Wymarzona sesja zdjęciowa


Tu odpowiedź jest o tyle trudna, że spośród moich pomysłów na zdjęcia ciężko wybrać jeden najbardziej wymarzony, taki, na którym zależy mi bardziej niż na innych. Ale chyba tym najbardziej nieodżałowanym pomysłem, który już, już miał być realizowany, a jednak się nie udało - jest pomysł na sesję portretową w gęstwinie... ludzkich rąk. Dłoni. Byłam już dogadana z fotografem, był termin, miejsce, były nawet dłonie, jednak wskutek zbiegu okoliczności sesja została odwołana w ostatniej chwili (nie przeze mnie). Może kiedyś jeszcze się uda :)


Mam nadzieję, że mieliście choć trochę przyjemności z czytania tego tekstu :) Liczę na to, że uda mi się zachęcić Was do napisania własnych odpowiedzi! A może jest jeszcze coś, o co chcielibyście mnie zapytać?

czwartek, 20 września 2018

Imię dla chłopca!


Za inspirację do napisania tego tekstu serdecznie dziękuję Mamie Pod Prąd :) Zobaczcie, jak wyglądało wybieranie imienia dla jej synka! "Najtrudniejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia". 

Niedawno, najwyżej dwa tygodnie temu maż spojrzał na mój duży ciążowy brzuch i pytającym tonem wypowiedział to jedno męskie imię. A ja po raz pierwszy nie odpowiedziałam wymijająco, tylko spojrzałam mu w oczy i powtórzyłam to samo imię, ale już z pewnością w głosie. 

Wybór imienia dla młodszego synka sprawił nam dużo więcej trudności niż się tego spodziewaliśmy. Zdecydowanie więcej niż w przypadku Roberta.

A właśnie, skąd imię Robert?


Często jestem o to pytana. Zazwyczaj odpowiadam, że jest to jedyne imię męskie, które podobało się nam obojgu. Jak już pisałam, od początku byliśmy przekonani, że nasze pierwsze dziecko będzie dziewczynką. W związku z tym z łatwością znajdowaliśmy kolejne imiona dla dziewczynki. Okazało się jednak, że jesteśmy rodzicami chłopca.

Nasze kryteria nie były szczególnie wygórowane. Imię miało być ładne, nie kojarzyć się głupio, łatwo się zdrabniać, nie sprawiać większych problemów obcokrajowcom i nie tworzyć komicznego połączenia z nazwiskiem. Nazwisko mamy z tych problematycznych. Jak kogoś ciekawi, to zerknijcie na fanpage Szczęśliwa Siódemka i zobaczcie, kto go prowadzi :) Powiedzmy, że np. imię Tymoteusz nie było brane pod uwagę nawet przez chwilę...

Ciekawostką jest, że jeszcze jako mała dziewczynka chciałam nadać swojemu ewentualnemu przyszłemu synkowi imię Robert (choć i tak byłam przekonana, że będę mieć córeczkę). Po pierwsze, podobało mi się to imię. Po drugie i ważniejsze, kojarzyło mi się z muzyką.

Źródło: Youtube
Na polskiej scenie muzycznej było wówczas chyba z pięciu bardzo znanych Robertów, wśród nich wokaliści, instrumentaliści, kompozytorzy. Żadne inne imię męskie nie mogło się pochwalić tak liczną reprezentacją w tej branży.

Robert to także... imię mojej pierwszej miłości :) Mężczyzna noszący to imię jest bardzo porządnym człowiekiem, rozstaliśmy się w zgodzie i nadal utrzymujemy serdeczny, choć bardzo sporadyczny kontakt. Nie tyle nadałam dziecku jego imię, co raczej nie widziałam przeszkód, by moje dziecko nosiło imię takiej osoby.

Imię "Robert" oznacza w wolnym tłumaczeniu "ten, który żyje w chwale" lub "ten, który jaśnieje w ciemności". Przyznam, że znaczenie imienia jest dla mnie bardzo ważne. Kilka lat temu duże wrażenie zrobiła na mnie konferencja o. Adama Szustaka OP, w której mówił on o znaczeniu swojego imienia i o tym, jak wpłynęło ono na jego życie. Zapragnęłam wtedy nadać mojemu dziecku (którego wówczas jeszcze się nawet nie spodziewałam) imię, które będzie miało piękne i wartościowe znaczenie.

No i na koniec... muszę się przyznać, że tak ostatecznie zainspirowała mnie Lady Gaga i piosenka "Alejandro" :) Choć moje uczucia w stosunku do tego utworu są co najmniej mieszane (wolę "Don't turn around" w wykonaniu Ace of Base!), a teledysku nawet za bardzo nie jestem w stanie obejrzeć w całości, jednak motyw wykorzystanych w tej piosence imion ogromnie mi się podoba. Imię Alejandro, czyli Alexander odpadało na dzień dobry - to imię nosi chłopczyk w najbliższej rodzinie :) Dwóch Alexów przy jednym stole - no nie, tak się nie robi. Imię Fernando, czyli Ferdynand też nie było brane pod uwagę - dla mnie Ferdynand to albo Wspaniały, albo Kiepski, i żadne z tych skojarzeń mi nie odpowiada :) Zostawało Roberto, czyli właśnie Robert :)

Źródło: Youtube
Po pierwszym zaskoczeniu, że jednak nie dziewczynka i po odrzuceniu kilku opcji, które nie podobały się przynajmniej jednemu z nas, decyzja o wyborze imienia Robert zapadła względnie szybko :)

Za drugim razem było trudniej.


O matko, już widzę, że ten tekst będzie długi... 

Początkowo wydawało się, że wybór imienia jest dla nas oczywisty. Imię dla dziewczynki wybraliśmy jednogłośnie i bez wahania - miała być Magdalena. Powiedzmy, że dość analogicznie do Roberta :) Magda to po prostu imię pierwszej dziewczyny mojego męża. Przy okazji, jest to bardzo ładne imię, łatwo się zdrabnia, brzmi dobrze z nazwiskiem, raczej nie sprawia problemów obcokrajowcom - czyli dokładnie to, o co nam chodziło.

Imię dla chłopca? Mieliśmy wstępnie wybrane. Na zasadzie: "to będzie dziewczynka i będzie miała na imię Magdalena, a gdyby jednak jakimś cudem okazało się, że będzie chłopiec, to będzie miał na imię... " :)

Po czym okazało się, że mimo zupełnie innych objawów w ciąży i mimo tego, że na USG I trymestru dziecko wyglądało na dziewczynkę, z całą pewnością jest jednak chłopcem :) I dopiero wtedy - gdy już wiedzieliśmy, że Magdalena odpada - ogarnęły nas wątpliwości odnośnie imienia. Czy na pewno takie, o jakim myśleliśmy? Może jednak inne? Wybór imienia Roberta był w końcu tak dobrze przemyślany i przemawiało za nim tyle różnych argumentów, a teraz mieliśmy w zasadzie tylko jeden mocny argument: "bo ładne".

Zaczęliśmy więc się wahać, szukać, myśleć, kombinować... I odrzucać kolejne opcje.

"A jest jakieś imię, które Ci się podoba?".


Muszę się teraz przyznać do małego niedopowiedzenia. Tak jak pisałam, zazwyczaj tłumaczę wszystkim, że wybrane przez nas imię to jedyne, które podobało się nam obojgu. Jest to prawda, ale niepełna. W rzeczywistości wygląda to tak, że wybieramy jedno z bardzo, bardzo wąskiej listy imion, które jest w stanie zaakceptować mój mąż :)

Dwukrotnie przerobiliśmy wszystkie typowe i mniej typowe pułapki czyhające na osoby, które szukają imienia dla dziecka. Skojarzenia, przekręcanie imion, wymyślanie hipotetycznych przezwisk i powodów, dla których dziecko znienawidzi nas za nadanie takiego imienia... Starą prawdę, że "nie masz pojęcia, ilu osób nie lubisz, dopóki nie przyjdzie Ci szukać imienia dla dziecka"... Generalnie wyglądało to tak, że ja wychodziłam z kolejnymi propozycjami, a mój mąż znajdował powód, dlaczego to imię odpada.


Jeśli odnieśliście wrażenie, że w wyborze imienia dla Roberta skupiłam się głównie na moich skojarzeniach i na tym, co mnie się podoba, bądźcie łaskawi to teraz zrozumieć :)

"- Mateusz?
- Wajchę przełóż! Adam, już przekładam!
- Łukasz?
- Czego szukasz?
- Krystian?
- Krystian Andersen? Ten od smutnych baśni, w których zawsze ktoś umiera? Źle mi się kojarzy.
- Przemysław?
- Nie, żadnych -sławów!
- Mariusz?
- Nie... Nie podoba mi się."

I tak w nieskończoność! Wreszcie faktycznie zapytałam, czy jest w stanie zaproponować jakieś imię, które mu się podoba. Nie był w stanie :)

Jakie imiona odrzucaliśmy?


Imiona rymujące się z nazwiskiem. 

Wiadomo, te odrzucaliśmy w ciemno. Przy czym okazało się, że dla mojego męża problematyczne są nie tylko imiona takie jak Tymoteusz czy Szymon, ale też Jacek, Marek i w ogóle imiona, które zdrabnia się za pomocą końcówki -ek.

Imiona bardzo popularne oraz "obciachowe".

Tu chyba nie muszę nic tłumaczyć. Odpadły zarówno spolszczone wersje angielskich imion, jak i wracające ostatnio z wielką mocą imiona staropolskie. Co do imion "obciachowych" - uważam to za głupotę, że zupełnie normalne imię z jakichś powodów staje się nagle synonimem obciachu, jednak wolę nie musieć tłumaczyć nikomu, dlaczego nadałam takie imię dziecku.


Imiona bardzo rzadkie, oryginalne, egzotyczne.

Jedno słowo - nazwisko. Od początku było dla nas jasne, że nasze dziecko nie może mieć bardzo nietypowego imienia, bo w połączeniu z nazwiskiem stworzy ono ryzykowny zestaw.

Imiona osób, których nie lubimy.

My raczej lubimy ludzi :) Ale takie na przykład imię mojego byłego partnera odpadło bez dyskusji, choć obiektywnie jest to bardzo piękne imię męskie.  

Imiona, które wywołują silne i w związku z tym kłopotliwe skojarzenia.

Czyli na przykład wspomniany Ferdynand. Albo Mikołaj. Kilka osób sugerowało mi, że to bardzo ładne imię, na co ja zawsze odpowiadałam niezmiennie - dla mnie Mikołaj to w ogóle nie jest imię, tylko taki Święty z brodą :) Pozdrawiam wszystkich Mikołajów i wszystkich rodziców Mikołajów, nie gniewajcie się, proszę, to tylko moje odczucia!


Imiona, których znaczenie do mnie nie przemówiło.

Przyznaję, tu raczej ja podeszłam bardziej krytycznie. Odrzuciłam np. imię Filip. Konie to bardzo zacne zwierzęta i dobrze jest je kochać, jednak niekoniecznie chciałam, by właśnie taka wiadomość była zapisana w imieniu mojego synka.


Odpadło też imię Emil - to znaczy "ten, który rywalizuje". Nasz syn z pewnością będzie z kimś rywalizował, pewnie nawet ze starszym bratem, ale niekoniecznie musi mieć do tego dodatkową motywację w postaci imienia :)

"Miłosz, czekaj!"

Imię Miłosz było jednym z mocniejszych kandydatów nawet za pierwszym razem. To znaczy, było takie dla mnie - mój mąż oczywiście nie był do niego przekonany. Ta opcja odpadła jednak natychmiast, gdy pewnego dnia usłyszeliśmy na parkingu, jak jedna mama woła swojego synka: "Miłosz, czekaj" - co brzmiało zupełnie jak "Miło szczekaj!"...
Wizja kulturalnego, uprzejmie szczekającego psa już nas nie opuściła :)


Imiona osób, które lubimy.

To było najtrudniejsze.
Jednym z kilku imion, które najdłużej braliśmy pod uwagę, było imię Marcin. Wydaje mi się, że to była opcja, do której mój mąż był najbardziej przekonany. Ładne imię. Niezbyt częste i zarazem niezbyt oryginalne. Nie rymuje się ani nie kojarzy z niczym. Da się je zdrobnić. Obcokrajowcy sobie z nim poradzą, pewnie będą mówić "Martin". Jak na razie same zalety. Mało tego! Marcin to imię jednej z najbliższych nam osób, naszego najlepszego przyjaciela, w zasadzie już członka rodziny.

I właśnie dlatego jednak się nie zdecydowaliśmy.
Wydaje mi się, że to zawsze byłby problem. "Marcin! Ale który?"... "Nie mówię o Tobie, tylko o wujku Marcinie"... Wiem, że można sobie z tym poradzić. Nadawać pseudonimy, różne zdrobnienia... Ale po co sobie radzić, skoro można po prostu nie doprowadzać do tego, by problem się pojawił? 
Poza tym wyobraziłam sobie, że Robertowi mogłoby być przykro, że to jego brat dostał imię po wujku, a nie on. Długo się wahaliśmy, ale ostatecznie imię Marcin odpadło.

Innym mocnym typem było imię Artur. Robert i Artur, jakie to piękne połączenie! Tak mnie zachwyciło, że byłam nawet gotowa machnąć ręką na niezbyt ambitne znaczenie imienia Artur - mniej więcej "piękny niedźwiedź". 


O odrzuceniu tej opcji przesądził jednak fakt, że mamy kolegę Artura. I w sumie mamy z tym kolegą dość skomplikowaną relację. Wydaje mi się, że dziwnie odebrałby fakt, że nasz synek miałby nosić jego imię. Może uznałby, że mam jakąś obsesję na jego punkcie czy coś w tym stylu... Może to głupie, ale naprawdę nie chciałam doprowadzać do takiej sytuacji. 


Po przemyśleniu tych wszystkich opcji i odrzuceniu szeregu innych imion, które po prostu, najzwyczajniej w świecie jakoś nam nie brzmiały - okazało się, że nasz pierwszy wybór jest jednak tym najlepszym i najwyraźniej jedynym. Może dało się myśleć nad tym dłużej... W końcu rodzę dopiero za dwa miesiące. Chcieliśmy jednak móc już mówić do naszego młodszego synka po imieniu.

Michał.


To zawsze było w moim odczuciu jedno z ładniejszych imion męskich. Gdybym miała wymienić kilka takich najładniejszych, byłoby pewnie w pierwszej piątce - razem z imionami Robert i Andrzej :) 

Imię Michał nie wywołuje żadnych złych skojarzeń (no dobra, wiem, że Michał popychał i się skichał... Ale to nas nie zniechęciło!), daje się łatwo zdrobnić. Dla obcokrajowców może być nieco trudniejsze niż imię Robert, ale też można sobie z tym poradzić - mówić np. Michael, Michel, od biedy nawet Mike czy Mick :)

Dodatkowy argument za imieniem Michał - podobnie jak Robert, jest to imię znakomitego polskiego piłkarza. W czasie, gdy nadawaliśmy imię starszemu synkowi, nasza drużyna narodowa cieszyła się nieco lepszą opinią niż obecnie. Dużo osób się wtedy zachwycało, że mały będzie miał takie samo imię jak Lewandowski :) Będziemy mieć zatem małego "Lewego" i małego Pazdana. Wiadomo, że to nie jest najważniejszy argument - ale chłopcy pewnie się ucieszą, jak będą starsi i odkryją to powiązanie.

A drugie imię?


Andrzej. Tak samo, jak ma Robert - po tacie.

Byłoby inaczej, gdybyśmy od początku wiedzieli, że będzie dwóch chłopców. Ale kto to przewidzi? My na pewno nie przewidywaliśmy. Robert miał początkowo odziedziczyć drugie imię po jednym z dziadków. I właściwie w ostatniej chwili pojawiła się wątpliwość: a czy drugiemu dziadkowi nie będzie przykro?

Skoro już jeden z chłopców otrzymał drugie imię po ojcu, nie wyobrażam sobie, żeby młodszy miał dostać inne. Czy na pewno zdołalibyśmy mu to wytłumaczyć? Czy nie czułby się przez to gorszy, mniej kochany? Bardzo przemówił mi do wyobraźni motyw z filmu "Gattaca" - słabszy z synów, któremu wróżono krótkie życie, nie zasłużył na imię po ojcu. Otrzymał je młodszy, silniejszy syn.

Źródło: Youtube

Jeśli jakimś cudem zdarzy nam się, że będziemy mieć jeszcze jednego, trzeciego synka, on również otrzyma drugie imię po tacie :) Nad pierwszym nawet nie mam siły się zastanawiać...

I tak nigdy nie wiadomo, czy dziecko polubi swoje imię.


Ja sama długo nie lubiłam mojego imienia. Oznajmiałam rodzicom na przykład: "Od dzisiaj mówcie na mnie Asia!" :) Planowałam, że zmienię imię, jak będę dorosła. Potem mi przeszło, uczyłam się lubić moje imię, szukałam znośnych zdrobnień, próbowałam znaleźć w nim jakieś zalety. Bywa i tak.

Może się okazać, że tak starannie wybierane przez nas imiona nie spodobają się naszym synkom. Liczę się z tym. Myślę jednak, że sobie z tym poradzą - może wymyślą sobie jakieś pseudonimy? Będziemy wtedy używać pseudonimów, a co! :)

poniedziałek, 17 września 2018

A może to nam się uda?


Coraz częściej pozwalam sobie na tę zuchwałą myśl. Choć boję się rozczarowania, którego doznam, kiedy okaże się, że jednak wyobrażałam sobie zbyt wiele.

Wiecie, często słyszę od różnych osób, że Robert jest wyjątkowo grzecznym dzieckiem. Ostatnio usłyszałam od pani ze żłobka, że jest "najgrzeczniejszy w grupie". Przyjmuję te słowa bez wielkiej ekscytacji - bo jak można w ogóle mówić o grzeczności w przypadku niespełna dwuletniego dziecka? - ale jednak z przyjemnością. Jest mi zwyczajnie, po ludzku miło, że mój synek jest pogodny i kontaktowy - bo o to właśnie chodzi z tą jego grzecznością. Przeważnie nie doszukuję się w tym jakichś wielkich moich zasług jako matki, ale przyznam, coraz częściej zdarza mi się tak myśleć. Że to bliskość i czułość, którą dawałam mu od pierwszych dni, tak pięknie teraz procentuje. Że jego pogodne usposobienie kształtowało się dzięki mojemu spokojowi i pozytywnemu nastawieniu.

Może życie zweryfikuje moje naiwne myślenie. Może moje drugie dziecko będzie zupełnie inne niż Robert i żadna porcja czułości i uśmiechów nie zmieni go w pogodnego aniołka. Mimo to pozwalam sobie coraz częściej na zuchwałą myśl: a może faktycznie robię to dobrze?

Wychowuję moje dziecko bezstresowo.


Heh, w sumie mogę tak powiedzieć :) Choć moje skojarzenia z pojęciem wychowania bezstresowego są pewnie podobne do Waszych... Ale po pierwsze, stres nie należy do uczuć, które chciałabym wzbudzać w moim dziecku. Po drugie, do tej pory nie widzę powodów, za co miałabym zacząć go stresować. Za jego ciekawość świata? Za to, że jeszcze wielu rzeczy nie wie i nie potrafi? Za to, że czasem nie radzi sobie jeszcze z emocjami? Za to, że tak bardzo mnie potrzebuje?

Wiadomo, nie jestem superbohaterką i nie mam nerwów we stali. Zdarza mi się tracić cierpliwość i podnosić głos. Ale to nie znaczy, że moje dziecko na to zasługuje. To świadczy o mnie, nie o nim.

Uczę go, żeby szanował innych ludzi i że jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjaś krzywda. Jak go uczę? Mówię do niego, tłumaczę mu. Wiem, że jeszcze wiele razy będę musiała mu to powtórzyć. Powtarzam zatem. Cierpliwie. Bezstresowo.

Jesteśmy pokoleniem poranionych dorosłych.


Wielokrotnie słyszy się zdanie "mnie też rodzice bili i wyrosłem na człowieka". Coraz częściej jednak pojawiają się też mniej lub bardziej ostrożne riposty, że może niekoniecznie wyrosłeś na człowieka, skoro chcesz bić dziecko... 

Ja jestem daleka temu, by komukolwiek odmawiać człowieczeństwa, ale w takiej sytuacji zapytałabym raczej: a czy zastanawiałeś się, jakim człowiekiem mógłbyś być, gdyby jednak rodzice Cię nie bili?

Naprawdę, czy z naszym pokoleniem jest na pewno wszystko w porządku? Jeśli tak, to skąd te wszystkie depresje, nerwice, lęki? Skąd tak duży odsetek samobójstw i prób samobójczych? Dlaczego tylu ludzi, którzy wyrośli na człowieka, potrzebuje lekarzy i środków chemicznych, żeby poradzić sobie z codziennością?

Nie zamierzam tutaj rozliczać moich rodziców z ich metod wychowawczych. Wiem, że starali się najlepiej jak potrafili. Tyle, że priorytety mieli trochę inne niż te, do których dąży się dzisiaj. Miałam być przede wszystkim grzeczna, porządna i dobrze się uczyć. I w sumie mogę powiedzieć, że to się udało. Jestem osobą grzeczną i uprzejmą, choć moja niepokorna natura wiecznie skłania mnie do zapominania o tej grzeczności. Uczyłam się dobrze, może nie tak dobrze, jak oczekiwali moi rodzice, ale: świadectwo z paskiem przez niemal wszystkie lata mojej edukacji, ani jednej poprawki na studiach, duże zaangażowanie w zajęciach pozalekcyjnych, liczne konkursy itd. ... Porządna może nie jest pierwszym słowem, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o sobie - ale w sumie jakiś poziom życiowego ogarnięcia osiągnęłam.

Nie nauczyłam się asertywności, pewności siebie, poczucia własnej wartości, konsekwencji w dążeniu do spełnienia swoich marzeń. Stale o to walczę. Jeśli sprawiam wrażenie osoby, która nie ma z tym problemu, to widocznie walczę całkiem nieźle. 

Przeważnie ustępuję innym, nawet jeśli jestem przekonana, że mam rację. Rzadko potrafię postawić na swoim. Zazwyczaj zauważam jako ostatnia, że ktoś jest wobec mnie nie w porządku. Niemal zawsze wolę się wycofać niż doprowadzić do tego, że ktoś będzie na mnie zły.

Nie twierdzę, że moi rodzice nie chcieli, żebym wyrosła na osobę pewną siebie i mającą własne zdanie. Na pewno chcieli. Po prostu... powiedzmy, że tego nie było w programie. Słowo asertywność w ogóle nie było wówczas zbyt modne. Pamiętam, że jako nastolatka sprawdzałam jego znaczenie w słowniku.

Może to nam się uda?


Kiedyś nie chciałam być matką, bo obawiałam się, że na pewno w jakiś sposób, w mniejszym lub większym stopniu skrzywdzę moje dziecko. Potem uznałam, że nie ma sensu bać się na zapas, no i w końcu złe matki też mają fajne dzieci. Liczyłam się z tym, że kiedyś moje dziecko będzie przeze mnie nieszczęśliwe, że będzie między nami konflikt, że nie będziemy umieli się dogadać. Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na myślenie, że może wcale tak nie będzie?

Przecież te wszystkie zmiany, które obserwujemy w podejściu do wychowywania dzieci, muszą do czegoś prowadzić. To niemożliwe, żeby przeprowadzono tyle badań, napisano tyle mądrych słów... tylko po to, żeby kolejne pokolenie za kilkanaście-kilkadziesiąt lat lizało rany z dzieciństwa.

Może to właśnie my jesteśmy tymi rodzicami, którzy wychowają dzieci na szczęśliwych, świadomych swej wartości ludzi. O ile nie zarazimy ich przy tym własnymi lękami i ograniczeniami - istnieje duża szansa, że nam się to uda.



poniedziałek, 10 września 2018

10 najważniejszych dla mnie płyt - i dlaczego właśnie te.

Wydawałoby się, że ktoś, dla kogo muzyka jest tak ważną częścią życia, będzie częściej o niej pisać na blogu. Tymczasem to właściwie drugi mój tekst o tej tematyce. Jeśli nie widzieliście pierwszego, to serdecznie zapraszam :) "Posłuchaj ze mną muzyki".

Pisałam Wam już kiedyś, że uwielbiam tworzyć listy, zestawienia :) Nie jestem pewna, skąd mi się to wzięło - może stąd, że od dzieciństwa z wielką przyjemnością oglądałam muzyczne listy przebojów. Tak czy inaczej, kiedy kilka lat temu moi znajomi na Facebooku zaczęli bawić się w łańcuszki typu "wymień 10 książek, które wpłynęły na Twoje życie", "wymień 10 filmów..." itd., zawsze z największą przyjemnością przyjmowałam zaproszenie do takiej zabawy. Mało tego, nawet jeśli nie zostałam przez nikogo zaproszona, sporządzałam takie zestawienia sama dla siebie.

Niedawno zostałam zaproszona do wytypowania dziesięciu płyt, które miały największy wpływ na moje życie. Choć zawsze byłam raczej miłośniczką poszczególnych utworów niż całych płyt, podjęłam wyzwanie. Chciałabym teraz napisać Wam kilka słów o tych płytach. No, może trochę więcej niż kilka ;)

Jak płyta może wpłynąć na życie?


Oto jest pytanie. Pewnie łatwiej byłoby po prostu wytypować 10 ulubionych. Ale 10 najbardziej znaczących, najważniejszych?

Wydawałoby się, że dla osoby w jakiś sposób związanej z muzyką odpowiedź na to pytanie nie będzie trudna. Poszczególne płyty mogły mnie inspirować, rozwijać muzycznie, skłaniać w kierunku danego gatunku muzycznego lub techniki śpiewania. Tyle tylko, że tak nie było ;) Łatwiej mi wymienić poszczególnych artystów lub utwory, które naprawdę na mnie wpłynęły. Dla przykładu, jednym z zespołów, które zdecydowanie najmocniej wpłynęły na moje życie, jest Queen - ale nie potrafię wskazać, która z ich płyt była tą jedyną. Wszystkie najważniejsze dla mnie utwory tego zespołu znam ze składanki zawierającej ich największe przeboje.

Właśnie, składanki. Jeśli naprawdę miałabym wskazać 10 płyt, które wpłynęły na moje życie, kształtowały mój gust i których słuchałam najczęściej, całkiem możliwe, że byłoby to 10 składanek. No, może przesadziłam - ale swego czasu moja półka z płytami była wypełniona tytułami w stylu "Greatest Hits", "Golden Ballads", "Rock Ballads" itd., i to z nich czerpałam wiedzę o muzycznym świecie.

Spośród wymienionych poniżej płyt może trzy tak naprawdę wpłynęły na kształtowanie mojego gustu muzycznego, dwie albo trzy miały wpływ na moje śpiewanie. Reszta to przede wszystkim płyty, których słuchałam, które miałam w domu, płyty na swój sposób ważne w moim życiu. Już nie przedłużam, zapraszam do zapoznania się z moją listą! 

1. Evanescence "Fallen".


Tak naprawdę zastanawiałam się nad tym pierwszym miejscem już dawno, dobrych kilka lat temu. Chciałam tu umieścić którąś z płyt z miejsc 2, 3 lub 4. Coś bardziej klasycznego, mocniejszego, bardziej określającego mnie jako fankę mocnych brzmień. Kiedy jednak zrobiłam solidny muzyczny rachunek sumienia, wyszło mi, że to jednak "Fallen" jest płytą, której słuchałam najczęściej i którą znam najlepiej. Nie tylko potrafię zanucić wszystkie utwory z tej płyty, ale też dużą część z nich potrafię zaśpiewać na tyle poprawnie, że nadaje się to do zaprezentowania publiczności :) I nawet zdarzyło mi się dostać za to jakąś nagrodę :)

Fascynacja muzyką Evanescence wiąże się też z fascynacją osobą wokalistki Amy Lee - jak dla mnie, jednej z najpiękniejszych i najbardziej utalentowanych istot na świecie. Myślę, że wpłynęła  nie tylko na moje śpiewanie, ale też na... niektóre moje pozy na zdjęciach :)

Evanescence "My immortal"


2. Metallica "Master of Puppets".


Metallica to też jeden z najważniejszych zespołów mojego życia. Tak trochę... mało oryginalnie, co? ;) Ale wyrywkową znajomość płyt i utworów Metalliki* zawdzięczam mojemu kuzynowi Wojtkowi. Przy czym pamiętam czasy, kiedy ja nienawidziłam puszczanej przez niego muzyki, a on wyśmiewał popowe hity, których ja słuchałam :) Na szczęście w którymś momencie dotarło do mnie, że ta Metallica ma naprawdę świetne utwory. A kiedy zapoznałam się z tekstami pisanymi przez Jamesa Hetfielda, przepadłam na dobre. Szczególnie pokochałam utwór "Welcome Home (Sanitarium)", a co za tym idzie, całą płytę "Master of Puppets".

Metalliki nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu. A jeśli chodzi o samą płytę - nie zapomnę nigdy, jak jeden starszy ode mnie kolega z wzrokiem pełnym politowania pytał mnie: "A, mówisz, że lubisz Metallicę? A którą płytę najbardziej?" - po czym, kiedy dowiedział się, że umiem podać tytuł płyty i wymienić znajdujące się na niej utwory, jego mina dość znacząco się zmieniła :D

* proszę się nie irytować, tak wygląda prawidłowa odmiana słowa Metallica w języku polskim.

Metallica "Welcome Home (Sanitarium)"


3. King Crimson "In the Court of the Crimson King".


Z tej płyty pochodzi mój ulubiony utwór z mojej ulubionej płyty :) Skomplikowane? Pisałam wyżej, że słuchałam wielu składanek... Chodzi o utwór "Epitaph". Kiedy udało mi się wejść w posiadanie całej płyty, byłam zaskoczona, że jest na niej tak mało utworów - ale wszystkie są cudowne. Poza "Epitaph", moje serce podbiło także "Moonchild". Nie znam chyba bardziej klimatycznego utworu. To jest jak malowanie dźwiękiem przepięknego obrazu.

Widok okładki płyty przestraszył ostatnio Roberta, a i mnie zrobiło się trochę nieswojo :)

King Crimson "Epitaph"


King Crimson "Moonchild"



4. Hey "Ho!".


Pierwsza polska płyta w zestawieniu. Wiedziałam, że Hey musi się w nim pojawić, miałam tylko wątpliwości, z którym tytułem -  bo zasłuchiwałam się również w późniejszej "Karmie", pełnej niesamowitych poetyckich tekstów, a także w debiutanckiej "Fire", z której pochodzą chyba największe przeboje zespołu. Ale jednak "Ho!" było moim pierwszym zetknięciem z twórczością grupy Hey. Ta płyta odegrała w moim życiu jeszcze jedną ważną rolę - śmiejcie się, ale to dzięki niej po raz pierwszy zetknęłam się z takim zjawiskiem, jak... książeczka z tekstami piosenek! 

Jeśli chodzi o wokal - Kasia Nosowska była pierwszą zachrypniętą wokalistką w moim życiu. Przez wiele lat marzyłam o tym, żeby umieć tak pięknie chrypieć - a kiedy się już nauczyłam, trochę nie mogłam przestać ;)

Hey "Ja sowa"


5. Pink Floyd "Dark Side of the Moon".


Pink Floyd byłoby pewnie wyżej na liście, gdyby wybór pomiędzy "Dark Side of the Moon" a "The Wall" sprawił mi mniej trudności :) Obie te płyty były dla mnie ogromnie ważne i przywodzą na myśl wyjątkowe wspomnienia z okresu dorastania. "Dark Side of the Moon" wygrało nieznaczną przewagą, i to chyba za sprawą... okładki. Zawsze robiła na mnie duże wrażenie, podczas gdy okładki "The Wall" za bardzo nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć.  

Najpierw dość długo słuchałam tej płyty pożyczonej od kolegi. Potem mama znalazła ją w sklepie :) Pamiętam moją radość i lekką konsternację koleżanek, dla których wówczas hitem numer jeden było "Angel" Shaggy'ego :) Nie przeszkadzało mi to szczególnie. Do słuchania utworów takich jak "Breathe/Time", "The Great Gig in the Sky" czy "Us and Them" nie potrzebowałam towarzystwa...

Pink Floyd "Breathe/Time"

6. Edyta Górniak "Dotyk".


Trochę inny klimat... Ale gdyby tej płyty zabrakło w moim zestawieniu, musiałabym przyznać, że oszukiwałam. Nawet jeśli po latach stwierdzam, że nie jest to najlepsza płyta. Poza trzema-czterema utworami, które naprawdę są tam na swoim miejscu, reszta to taka trochę zbieranina wszystkiego, co Edyta Górniak zdążyła zaśpiewać publicznie w tamtym okresie. 

Ale wtedy tego nie wiedziałam. Edytka była wówczas taką moją żywą lalką Barbie, ukochaną idolką kilkuletniej dziewczynki, którą byłam. Marzyłam o tym, by ją poznać. Szczerze przeżywałam różne sytuacje z nią związane (np. rozdanie Fryderyków z 1994 roku, kiedy mimo pięciu nominacji nie dostała żadnej nagrody - do tej pory uważam, że to jakieś nieporozumienie!). Wszystkie piosenki oczywiście znałam na pamięć, znam je zresztą do dzisiaj.

Jeśli chodzi o śpiew - oczywiście nie mam głosu Edyty Górniak ani jej techniki śpiewania, ani też jej niezwykłej umiejętności improwizacji. Myślę jednak, że fakt, iż w tak młodym wieku potrafiłam dość dobrze odtworzyć trudne i wymagające utwory jak choćby "Jestem kobietą" czy "To nie ja", musiał wpłynąć na mój rozwój muzyczny.

 Edyta Górniak "Jestem kobietą"


7. HIM "Razorblade Romance".


Co jak co, ale ta płyta naprawdę zmieniła moje życie :) Pamiętam jak dziś: trzynastoletnia ja, o dość jeszcze niesprecyzowanym guście muzycznym, jedna z pierwszych wizyt w Krakowie, jeden z pierwszych odwiedzonych przeze mnie sklepów z płytami. Dwie płyty do wyboru: debiutancki album Britney Spears (którą zachwycałam się jak inne dziewczynki w moim wieku) oraz właśnie HIM. Zwróciłam na niego uwagę nie dzięki hitowi "Join me" , ale nieco wcześniej, za sprawą utworu "When love and death embrace". Spodobał mi się - i utwór, i długowłosy przystojniak Ville Hermanni Valo. 

Nie wiem, co ostatecznie przeważyło - chyba to, że płytę Spears znałam już dość dobrze dzięki koledze. W każdym razie, zdecydowałam się na płytę HIMa. I to był dla mnie przełomowy moment, jakieś takie symboliczne opowiedzenie się po stronie rocka i mocniejszych brzmień. Potem szłam w tę stronę coraz bardziej zdecydowanie, zostawiając słodki jasnowłosy pop gdzieś w krainie wspomnień. Za to teraz czasem do niego wracam :)

HIM "Join me"


8.  Red Hot Chili Peppers "Californication".


Tu już wybór zaczynał się robić trudny. Zdecydowałam się na płytę, której naprawdę słuchałam na okrągło i dzięki której pokochałam co najmniej kilka wspaniałych utworów, na czele z "Otherside" i tytułowym "Californication", ale też "Savior" i "Road Trippin'" - ach, harmonie w tym utworze! Chyba jest trochę niedoceniany, bo dość nietypowy dla zespołu, a przecież to muzyczna perełka.

Tak naprawdę nie mogę powiedzieć, żebym była fanką zespołu Red Hot Chili Peppers. Jestem fanką płyty "Californication". Późniejsze płyty wydają mi się trochę wtórne, na wcześniejszych nie znalazłam nic szczególnie mnie interesującego, oczywiście poza kilkoma znakomitymi hitami z  "Blood Sugar Sex Magik". Jednak to "Californication" naprawdę zdobyło moje serce.

Red Hot Chili Peppers "Savior"

Red Hot Chili Peppers "Road Trippin'"


9. Aerosmith "Get Your Wings".


Zanim przekonałam się do Metalliki, pierwszym hard rockowym zespołem w moim życiu było Aerosmith. To była miłość od pierwszego usłyszenia: świetny, melodyjny refren "Falling in Love", przystojny gitarzysta Joe Perry i oczywiście charyzmatyczny wokalista Steven Tyler. Każdy następny utwór tego zespołu utwierdzał mnie w przekonaniu, że kocham ich miłością wieczną i niezniszczalną.

OK, spójrzcie na listę utworów na płycie "Get Your Wings". Znacie któryś z nich? Ja nie znałam :) W momencie kupowania płyty wiedziałam tyle, że jest to moje ukochane Aerosmith i że wszystkie utwory z tej płyty zostały nagrane przed 1975 rokiem, czyli ponad 20 lat przed choćby wspomnianym "Falling in Love" i innymi przebojami, które najbardziej kojarzą się z Aerosmith.

Słuchajcie, poświęćcie chwilę na zapoznanie się z tą starą płytą. Usłyszycie Aerosmith, jakiego nie znacie. Charakterystyczny, drapieżny wokal Stevena Tylera w utworach zdecydowanie spod znaku rock and rolla początku lat 70., z długimi gitarowymi solówkami i wrażeniem pewnego muzycznego bałaganu - ale bardzo przy tym smakowitego. Dwa utwory szczególnie skradły moje serce - rytmiczne, pełne niezwykłego klimatu "Spaced" oraz jedyna ballada na płycie "Season of Wither", melodyjna i nostalgiczna, moim zdaniem zwiastująca już przyszły sukces Aerosmith zbudowany na wspaniałych balladach rockowych.

Aerosmith "Spaced"

Aerosmith "Season of Wither"


10. Varius Manx "Elf".


Czy Wy też tak macie, że najtrudniej jest wybrać ten dziesiąty numer z dziesięciu? Nagle okazuje się, że jest tyle płyt, które równie mocno zasługują na miejsce dziesiąte! - a żadna z nich nie wydaje się zasługiwać na nie bardziej niż pozostałe.

Najwięcej płyt, a właściwie kaset słuchałam w dzieciństwie. Przeważnie był to polski pop-rock, tak popularny w latach dziewięćdziesiątych. Varius Manx, De Su, wielki powrót Bajmu z płytą "Etna"... Która z tych płyt była ważniejsza niż inne?

Zdecydowałam się na tę jedną, która miała wpływ na moje występy publiczne. Co więcej, na przesłuchaniu do Szkoły Wokalno-Aktorskiej śpiewałam utwór właśnie z tej płyty, który w dodatku nie był wydany na singlu - zatem nie poznałabym go w ogóle, gdyby nie płyta!

"Elf" - chyba najlepsza płyta zespołu Varius Manx, zgodzicie się? Rewelacyjne piosenki ze ścieżki dźwiękowej do filmu "Młode wilki", do tego perełki jak mój ukochany "Bez" oraz łamiący serce "Wstyd". Nawet okładka tej płyty jest na swój sposób cudowna i magiczna. Nawet tytuł :)

Varius Manx "Bez" 

Varius Manx "Wstyd"

Już po sporządzeniu tej listy śniło mi się, że odwiedzili mnie chłopcy z zespołu Kelly Family. Mieli żal, że nie uwzględniłam żadnej z ich płyt :) Pewnie załapaliby się na miejsce 11!

Podzielicie się ze mną wspomnieniami związanymi z płytami, które były dla Was najważniejsze?

czwartek, 6 września 2018

Misja: adaptacja! Pierwsze dni w żłobku.


"- Kochanie, kiedy mamy te dni próbne w żłobku? - zapytałam męża jakiś czas temu.
- 30-31 sierpnia. Nie próbne, a zapoznawcze - poprawił mnie. - Trzeba myśleć pozytywnie :)"

No właśnie... W obliczu wielkiej rewolucji w życiu całej rodziny pozytywne myślenie to klucz do sukcesu. Kiedy dziecko widzi nasze uśmiechnięte twarze i entuzjazm, nie czuje się zagrożone. Przygotowujemy go przecież na wspaniałą przygodę :) 

A co z nami, rodzicami? Dla nas to też ogromna zmiana. Wydaje się, że głównie dla mam, które do tej pory spędzały całe dnie z dziećmi. Ale widzę nawet po moim mężu, że dla ojców to też jest silne przeżycie. Kilka nowych trosk każdego dnia, zastanawianie się, jak dziecko radzi sobie w nowym miejscu... Nie tylko dziecko potrzebuje adaptacji. My też.

Jestem nietypową matką


Piszę to bez kokieterii, raczej z myślą o tym, że sama czasem dziwię się swojemu podejściu. Nie do końca tego się spodziewałam. A może jestem właśnie bardzo typową matką, tylko żadna z nas nie chce się przyznać do tego, że wszystkie mamy tak samo? W każdym razie, kocham moje dziecko do szaleństwa i uwielbiam spędzać z nim czas... ale bardzo lubię też kochać je na odległość i spędzać czas bez niego. Owszem, pierwsze wyjście z domu bez dziecka było dla mnie stresujące, ale chyba tak naprawdę martwiłam się głównie o to, jak sobie poradzi osoba, która zostaje z dzieckiem i czy ewentualne trudności nie zniechęcą jej na przyszłość...

Moje oczekiwanie na początek września nie było pozbawione stresu, ale też radości. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że naprawdę uważam, że mojemu synkowi będzie w żłobku dobrze, pod pewnymi względami nawet lepiej niż w domu. O tym, dlaczego tak uważam, pisałam w poprzednim tekście: "Dlaczego posłałam dziecko do żłobka?".

Oczekiwania a rzeczywistość


Kiedy w głowie układałam już beztroski plan na pierwszy tydzień września, kiedy to będę mieć tak bardzo dużo czasu dla siebie, pani ze żłobka delikatnie ściągnęła mnie na ziemię. Zasugerowała nam, tak jak i innym rodzicom, żeby na początku przywozić synka do żłobka tylko na kilka godzin i stopniowo wydłużać ten czas, aż dziecko będzie gotowe na ośmiogodzinny pobyt. 

"Rodzice, którzy od początku przywozili do nas dzieci na osiem godzin, po tygodniu zabierali dzieci, bo sobie nie radziły", tłumaczyła.

Nie dyskutowałam z tym. Przecież nawet z babcią Robert nie zostawał od razu na cały dzień, tylko najpierw na maksymalnie 15 minut, potem godzinę, potem kilka godzin... Może faktycznie nie ma sensu się śpieszyć. Tyle tylko, że nasz tygodniowy plan wymagał natychmiastowych i bardzo znaczących modyfikacji. Mąż miał odbierać synka codziennie po pracy, teraz okazało się to niemożliwe - przecież nie będzie urywał się z pracy każdego dnia kilka godzin przed końcem, przez tydzień albo i dłużej! 

Wygląda to więc tak, że każdego dnia wsiadam w busa, odbieram Roberta i idę z nim na przystanek, razem czekamy na busa powrotnego i jedziemy do domu. Zajmuje nam to sporo czasu i wcale nie jest łatwe. Mój wyczekany tydzień stanął na głowie. Ciężko mi cokolwiek zaplanować, mam wrażenie, że ciągle się śpieszę i z niczym nie mogę zdążyć. Wiem jednak, że to wszystko dzieje się nie bez przyczyny i ma pomóc mojemu dziecku w przyzwyczajeniu się do nowego miejsca.

30 sierpnia, dzień pierwszy: zapoznawczy


Pojechaliśmy do żłobka w trójkę. Dosyć zestresowani, że się spóźnimy. Okazało się, że niepotrzebnie się przejmowaliśmy; nikt nie trzymał się sztywno godzin wyznaczonych na adaptację, niektórzy rodzice przyprowadzali swoje dzieci znacznie później niż my.

Na miejscu zobaczyliśmy dwie sale: jedną nieco większą (a przynajmniej robiła takie wrażenie) i drugą mniejszą, nieco zatłoczoną. Ta większa jest przeznaczona dla starszych dzieci. Robert z racji swojego wieku jest w grupie maluszków. Trochę żałowałam, że tak jest - bo i nas, i Roberta od początku jakoś tak ciągnęło do tej większej, bardziej przestronnej sali. Było tam więcej zabawek, a jednocześnie było też ciszej i spokojniej. Nawet te panie opiekunki, które od początku wzbudziły w nas największą sympatię, okazały się być przypisane do grupy starszych dzieci. Na szczęście nasze opiekunki też są przesympatyczne :) 

Robert chętnie poznawał nowe miejsce. Ponieważ uwielbia autka, był tam w swoim żywiole - w żłobku znalazł ich bardzo dużo :) Jeździł radośnie pomiędzy obiema salami i po całym podwórku. Na nas prawie nie zwracał uwagi. Kiedy musieliśmy już zbierać się do domu, wcale nie był zachwycony. Chciał zostać dłużej.

Przy wyjściu podsłuchałam rozmowę rodziców jednego dziecka z panią opiekunką. Pani poleciła im, żeby następnego dnia tylko tata przyjechał z dzieckiem, skoro to tata będzie codziennie zawoził dziecko do żłobka. Pomyślałam, że i my powinniśmy się do tego zastosować.

31 sierpnia, dzień drugi: zapoznawczy


Następny dzień wyglądał więc tak, że Robert pojechał z tatą do żłobka, a ja miałam w domu chwilę dla siebie :) Wykorzystałam ją między innymi na sporządzenie notatki o tym, co Robert lubi, co umie, jak sobie radzi z jedzeniem i z innymi czynnościami. Panie prosiły mnie, bym dostarczyła im taką kartkę. Rozpisałam się na jedną stronę A4, a i tak miałam wrażenie, że nie napisałam wszystkiego. Potem bez pośpiechu ubrałam się i poszłam na przystanek, żeby złapać busa i dołączyć do moich chłopaków.

Ten dzień był bardziej pochmurny, dlatego nie było już zabawy na podwórku. Ale w środku zabawa trwała w najlepsze. Robert nie od razu mnie zauważył. Mąż również starał się nie przykuwać jego uwagi. Siedział spokojnie w kącie i obserwował, jak nasz synek sobie radzi.

Kiedy w końcu mały zdał sobie sprawę z mojej obecności, ogromnie się ucieszył i zaraz zaczął mi się gramolić na kolana. Pomyślałam, że samodzielna zabawa chyba już się skończyła. Nie miałam jednak racji. Po pewnym czasie Robert znowu zaczął zwiedzać obie sale, układać klocki, bawić się "kuchenką", jeździć autkami... My z mężem trochę się nudziliśmy ;) Patrzyliśmy na inne dzieci, które płakały i kurczowo trzymały się rodziców, i pytaliśmy retorycznie: "a gdzie jest Robert?".

Pod koniec był zmęczony i trochę marudził. Pojechaliśmy do domu. Tam czekała nas niemiła niespodzianka. Robert zaczął wymiotować. Obficie, z rozdzierającym płaczem po każdej serii wymiotów. Nie miał gorączki ani żadnych innych objawów choroby. Diagnoza: odreagowanie stresu. Jakiego stresu? Czy zestresowane dziecko bawi się w najlepsze przez dwie godziny? Zresztą, czy ta sytuacja naprawdę była dla niego aż tak stresująca? Dla dziecka, które jeszcze przed skończeniem pierwszego miesiąca poznało mnóstwo nowych ludzi? Które regularnie bywa na placach zabaw i w różnych miejscach, gdzie ma styczność z innymi dziećmi? Które średnio raz na dwa tygodnie zostaje u babci na cały dzień? Czy naprawdę dwie godziny spędzone w miejscu pełnym zabawek mogły wywołać taką reakcję?

Może jednak coś mu zaszkodziło...

3 września, dzień trzeci: Robert sam w żłobku.


Możecie sobie wyobrazić, jak obawiałam się tego pierwszego dnia. Już nie mogłam się pocieszać, że przecież na pewno będzie się tam dobrze bawił. Wiedziałam, że dopiero po powrocie będę mogła ocenić, czy wszystko jest w porządku. Kilka razy przeszło mi przez myśl, czy może nie zrezygnować z tego żłobka? Może jeszcze chociaż przez jeden dzień zatrzymać go w domu?

Pojechali z samego rana, Robercik jeszcze bardzo zaspany. Zwykle spał dłużej. Zostałam sama, w perspektywie miałam kilka godzin dla siebie. Nie mogłam się za nic zabrać. Kilka godzin to trochę za mało, żeby spokojnie rozsiąść się i pracować... A jeśli bus mi ucieknie? One nie jeżdżą tak często.

Łapałam się na tym, że z chęcią przytuliłabym moje śpiące dzieciątko... ale przecież jego nie ma w domu. Co to, czyżbym jednak nie była tak bardzo wyluzowana? Czyżbym przejmowała się, zupełnie jak inne mamy?

Kiedy dojechałam na miejsce, od razu pośpiesznym krokiem udałam się w kierunku żłobka. Płacz dzieci było słychać, zanim jeszcze zobaczyłam budynek. Czy i mój synek płacze razem z nimi? No pewnie płacze, co ma robić, jak wszyscy wokół płaczą...

Zadzwoniłam do drzwi i powiedziałam, że przyszłam po Roberta. Chwilę później jedna z pań przyprowadziła go za rączkę. Pociągał noskiem, tak jak po długim płaczu. Na mój widok rozkleił się po raz kolejny, ale szybko się uspokoił. Pani wytłumaczyła mi, że bardzo ładnie się bawił, ale zaczął płakać wtedy, kiedy usłyszał płacz innych dzieci. Cóż, pewnie większym powodem do niepokoju byłoby, gdyby nadal bawił się radośnie wśród tych wszystkich żałosnych krzyków.

Powrót do domu był trudny, choć robiłam co w mojej mocy, by go uatrakcyjnić. Byliśmy jednak trochę za wcześnie na przystanku, a autobus mocno się spóźnił. Długie czekanie na przystanku z małym dzieckiem to naprawdę wątpliwa przyjemność. Do tego to był początek roku szkolnego, mnóstwo ludzi, duży ruch... Tłumaczyłam sobie: "Nie jest łatwo, ale dajesz radę. Trudniej nie będzie".

W autobusie Robert szybko się uspokoił, w końcu zaczął przysypiać. Po powrocie do domu spał bardzo długo. Pocieszające było to, że już do końca dnia nie zdradzał żadnych objawów złego samopoczucia czy stresu. A co jest najdziwniejsze? Pomimo szalonego dnia i trudnego powrotu do domu, czułam się wypoczęta, wręcz zrelaksowana. Może to dlatego, że mój dzień był tak urozmaicony, pozbawiony codziennej rutyny.

4 września, dzień czwarty: trochę dłużej, znacznie lepiej.


Następnego dnia nie śpieszyłam się tak bardzo. Chciałam uniknąć długiego oczekiwania na autobus. Poza tym miałam w pamięci słowa o stopniowym wydłużaniu czasu spędzonego przez dziecko w żłobku. Wydłużyłam go więc nieznacznie, bo o jakieś 20 minut. 

Tym razem Robert przywitał mnie w zupełnie innym nastroju. Uśmiechał się od ucha do ucha. Dowiedziałam się, że praktycznie przez cały czas był radosny i świetnie się bawił. Pani zaproponowała, żebym następnym razem przyjechała godzinę później. Czyli - postęp! :)

Robert pomachał pani rączką na pożegnanie. Przez cały czas był bardzo radosny. Tym razem oczekiwanie na busa było łatwiejsze, choć również się przedłużyło. Była ładna pogoda, więc poszliśmy jeszcze na krótki spacer. W domu Robert, tak jak poprzednio, mocno zasnął.

5 września, dzień piąty: obiadek i drzemka! 


To właściwie było do przewidzenia. Kiedy następnego dnia przyjechałam o godzinę później, okazało się, że Robert w najlepsze śpi :) Zresztą większość dzieci spała o tej porze. Żłobek był teraz zupełnie innym miejscem - było w nim cicho i sennie.

Usiadłam na korytarzu. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Adaptacja przebiegała dobrze! Zdążyłam już usłyszeć relację, że Robert był przez cały czas w dobrym nastroju, bawił się i zjadł cały obiad. 

Obudził się bez płaczu, szczęśliwy i wypoczęty. Nie śpieszyliśmy się z wyjściem. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, poszliśmy na plac zabaw i tam bawiliśmy się tak długo, aż dołączył do nas tata :)

Mimo tak długiej drzemki, Robert był zmęczony. Zasnął w samochodzie. 

6 września, dzień szósty: co to będzie?


Dzień szósty jest dzisiaj :) Mam odebrać Roberta około godziny 14:00, czyli prawie przed końcem dnia! Podobnie jak wczoraj, nie będziemy jechać busem do domu, tylko poczekamy, aż mąż skończy pracę.

Od początku wierzyłam, że mój synek bez większego trudu przyzwyczai się do żłobka. W międzyczasie pojawiły się obawy i wątpliwości, okazały się jednak niepotrzebne. Chyba mogę już robić plany na następny tydzień ;)

Każde dziecko jest inne.


Dużo się teraz pisze o adaptacji. W jednych placówkach wygląda to lepiej, w innych gorzej. Czytam między innymi o przedszkolankach, które dosłownie wyrywają rodzicom dzieci z rąk. Jednocześnie słyszę z wielu stron, że najlepsza metoda to: pożegnać się jak najszybciej i wyjść, nie przedłużać i nie opóźniać momentu rozstania.

U nas w żłobku wygląda to właśnie tak: pani otwiera drzwi i zaprasza dziecko do środka, pożegnanie trwa dosłownie chwilę. Czy to jest dobre? Dla mojego synka - tak. Robert jest dzieckiem, które łatwo czymś zainteresować, zabawić. Nie trzyma się kurczowo rodziców. Myślę też, że metoda małych kroczków, którą zastosowaliśmy, znakomicie się sprawdziła w naszym wypadku.

Jeśli czujesz, że Twoje dziecko może potrzebować innego podejścia, najlepiej będzie, jeśli porozmawiasz o tym z opiekunkami. Im też zależy na tym, żeby Twoje dziecko czuło się w żłobku jak najlepiej. To jest ich praca, ich powołanie, jak to określiła jedna pani z naszego żłobka. Dobrze wiedzą o tym, że od ich podejścia zależy, czy dziecko będzie zadowolone i spokojne i przede wszystkim, czy będzie chciało przychodzić tam codziennie. Warto dać im szansę :)