piątek, 16 października 2020

Porady kiepskiej matki


Te wszystkie blogerki parentingowe są takie idealne i niezawodne, prawda? Zawsze wiedzą, co zrobić! Ja też myślałam, że taka będę, dlatego zaczęłam blogować. A potem rzeczywistość kopnęła mnie w cztery litery ;)

Żarty żartami, ale poważnie, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czym zaskoczy nas rodzicielstwo. Wcześniejsze doświadczenie z młodszym rodzeństwem czy opiekowanie się dziećmi znajomych może dać Ci jakiś pogląd - zobaczysz, jak czujesz się w towarzystwie małego człowieczka. Ale to i tak nie to samo, co bycie rodzicem. 

Dobra wiadomość jest taka, że wcale nie musisz być idealną matką. Powiem więcej, Twoja nieidealność może Ci się przydać bardziej niż myślisz. Jako matka, której bardzo daleko ideału, opowiem Ci teraz, jak to działa u mnie.

1. A niech je, kiedy chce!


Oszalałabym chyba, gdybym miała karmić noworodka co trzy godziny, jak zalecali w szpitalu. Moje dzieci czasami potrzebowały jeść częściej, czasem rzadziej. Teraz, gdy obaj są starsi, mają stały rytm posiłków. Ale nie trzymamy się go obsesyjnie. Obiad mu nie smakuje? Przecież na siłę do buzi nie wcisnę. Mówi, że chce płatki? Niech je płatki! Może niekoniecznie codziennie :)
Trzeci dzień z rzędu chce jeść naleśniki i nie przyjmie nic innego? No i bosko, nie muszę się zastanawiać, co zrobić na obiad.

Nie wezmę odpowiedzialności za stwierdzenie, że żadne dziecko się nie zagłodzi, bo wiem, że istnieją przypadki drastycznych zaburzeń apetytu. Jednak zdecydowana większość zdrowych dzieci naprawdę zje, kiedy zgłodnieje. Szkoda czasu i nerwów, by się tym przejmować!

2. Nie chce Ci się robić wszystkiego za niego? Niech uczy się samodzielności!


Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że dzieci chcą być samodzielne. To my często hamujemy ich samodzielność, bo przecież zrobimy szybciej, lepiej, dokładniej, bezpieczniej.

Nie chce być karmiony łyżeczką, niech zje sam. Owszem, wybrudzi się.
Chce się umyć sam, niech się myje sam. Ty bądź w pobliżu i patrz, czy się nie topi. Owszem, podłoga w łazience będzie mokra.
Nie chce Ci się sprzątać jego zabawek? Popatrz, jak pięknie sprząta sam :)

Moje dzieci nie traktują obowiązków domowych jak obowiązki. Dla nich to są te fajne rzeczy, które robią rodzice. Zmywanie naczyń jest atrakcją. Przygotowywanie obiadu jest atrakcją. Choć czasem mam poczucie, że sama zrobiłabym coś sto razy szybciej niż małe pomocne łapki, to jednak korzystam z ich pomocy. A oni się uczą :)

3. Nie masz pomysłu na zabawy? Poczekaj, może wymyśli coś sam!


Siądź obok i popatrz, jakie wspaniałe, kreatywne pomysły kryją się w tym małym umyśle. Reaguj, gdy próbuje skakać z łóżka, siedząc na koniku, ale póki nie dzieje się nic groźnego, po prostu pozwól mu szukać, odkrywać, doświadczać.

Opowiadałam Wam ostatnio o zabawie w "Co mama powiedziała?". To był pomysł Roberta. Podobnie jak zabawa w naśladowanie pojazdów czy w odgadywanie, jaka rzecz jest danego koloru.

4. Nie chce Ci się z nim bawić? A kto powiedział, że musi Ci się chcieć?


Jesteśmy dorosłymi ludźmi, mamy dorosłe rozrywki. A on chce układać klocki, przesuwać autka po torze, czytać w nieskończoność tę samą, słabo napisaną bajkę... Przez jakiś czas możesz to wytrzymać, ale do wieczora? Codziennie?

Czasem wystarczy, gdy po prostu będziesz w pobliżu. Możesz być pacjentem małego lekarza, to naprawdę wdzięczna rola: leżysz, a on Ci mierzy temperaturę klockiem, osłuchuje płuca słuchawkami (takimi do telefonu), przyklei plasterek, czasem jeszcze da całusa.
Stań w drzwiach w rozkroku i bądź tunelem, a on pociągiem. I tyle, stoisz sobie, a pociąg jeździ.
Zrób zjeżdżalnię z kołdry. Sprawdź, czy lądowanie jest bezpieczne, a potem tylko słuchaj radosnych śmiechów :)
Możecie też pobawić się w chowanego. Wiesz, dzieci potrafią się czasem schować tak skutecznie, że mama musi ich szukać, i szukać, i szukać... Rozumiemy się, prawda?

5. Nie masz siły, by rozstrzygać kolejny spór między rodzeństwem? Czekaj... Może się dogadają?


Jeden ma niespełna cztery lata, drugi niespełna dwa, obaj chcą się bawić tą samą zabawką. A Ty nie jesteś królem Salomonem, zresztą nawet gdybyś była, to nie będziesz przy dzieciach machać mieczem.

Łatwo zabrać zabawkę maluchowi i dać starszakowi. Albo, łagodniejsza wersja: spróbować zainteresować malucha inną zabawką. Ale czy ten maluch musi być wiecznie pokrzywdzony? A czy starszak musi wiecznie ustępować? Czy mamy prowadzić rejestr: ostatnio Robert ustąpił Michałowi, więc teraz czas, by Michał ustąpił, i tak na zmianę?
Ja najchętniej w takich sytuacjach czekam i obserwuję, jak poradzą sobie sami. I przeważnie kończy się tak, że jestem wzruszona - bo oni naprawdę potrafią rozstrzygnąć spór samodzielnie. Nieraz lepiej niż dorośli.

6. Jeszcze chwila i coś mu powiesz? A powiedz!


Nie, nie namawiam Cię do agresji słownej ani, broń Boże, żadnej innej. Ale powiedz, co czujesz. Nazwij emocje. Choć w trudnej chwili, gdy prawie puszczają Ci nerwy, zapewne o tym nie myślisz - on teraz też się uczy. Uczy się prawdy o ludziach, o sobie. Uczy się, że jego zachowanie może spowodować czyjś gniew lub smutek. Uczy się, że wyrazem trudnych emocji może być podniesiony głos i mina pełna frustracji. Nie trzeba go za wszelką cenę chronić przed tą wiedzą. 

7. Kochaj :)


No dobrze, to nie jest rada kiepskiej matki. Właściwie to w ogóle nie jest rada, bo jak można radzić komuś, żeby kochał? 
Chcę Ci tylko powiedzieć, że to wystarczy. Twoja miłość jest tym, czego dziecko potrzebuje od Ciebie najbardziej. Nie musisz gotować jak mistrzyni, tryskać pomysłami, być zawsze w świetnym humorze.
Kochaj, przytulaj, całuj, uśmiechaj się do niego, mów mu o tym, jak bardzo jesteś z niego dumna. To jest prezent, który dajesz mu na zawsze, cenniejszy niż wszystkie zabawki. 

Co myślisz o tej liście? Może chcesz dodać coś od siebie? :)




piątek, 9 października 2020

Ciasto miodowe z jabłkami (bez cukru!)



Od początku sierpnia nie słodzę, unikam białego cukru. Za to miodu używam całkiem sporo, nauczyłam się nawet pić kawę z miodem.

Z pewnością wspominałam Wam już nieraz o tym, że kocham słodycze. Odstawienie ich stanowi dla mnie zawsze ogromne wyzwanie i przeważnie nie jestem w stanie tego zrobić bez określonego horyzontu czasowego. Miesiąc bez słodyczy - nie ma sprawy. Ale już trzeci miesiąc? I końca nie widać? To się dotąd nie zdarzało!

Nie robię tego z powodów zdrowotnych ani po to, by schudnąć - choć przyznam, że ucieszyłby mnie mały efekt uboczny w postaci zejścia poniżej 60 kilogramów :) Jednak rezygnacja ze słodyczy to dla mnie przede wszystkim próba charakteru. Czasem, jako osoba o wysoko rozwiniętej empatii, podejmuję się takiego wyzwania w ramach wsparcia dla kogoś. Teraz też wspieram, a osobą, która poprosiła o wsparcie, jest mój własny ukochany mąż. Oboje w tym samym dniu odstawiliśmy biały cukier.

Nie zrezygnowaliśmy jednak z miodu ani ze słodkich miodowych przyjemności :) Wypieki z miodem i owocami zamiast cukru pojawiają się na naszym stole od czasu do czasu. Nie za często, bo wówczas na efekt uboczny w postaci utraty kilogramów nie mielibyśmy co liczyć :) Ale uwierzcie, warto się skusić na takie miodowe ciasto z jabłkami!

Jabłka są nasze, z ogrodowej jabłoni, która w tym roku obrodziła wyjątkowo pięknie.


Składniki:

3 szklanki mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżeczka soli

cynamon i imbir do smaku

1 szklanka miodu

3 jaja

1 szklanka oleju

JABŁKA - ok. 1,5 kg.

Postępujemy praktycznie tak samo, jak w przypadku ciasta na muffinki. Suche składniki mieszamy w jednej misce, mokre - czyli jaja, miód i olej - w drugiej misce. Potem wlewamy płynne składniki do suchych, mieszamy je ze sobą. Drobno pokrojone jabłka dodajemy na samym końcu. 

Co do jabłek, to nie umiem określić dokładnie, ile ich było - bo do upieczenia ciasta użyłam tych najbardziej poobijanych, którym groziło wyrzucenie. Taki jabłkowy recycling. Musiałam je mocno okroić, trudno zatem stwierdzić, ile dokładnie ich było. Może mniej, może więcej niż 1,5 kg. Nie żałujcie jabłek, jeśli się mieszczą, to znaczy, że nie jest ich za dużo :D

Ciasto wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy ok. 40 minut w temperaturze 180 stopni. Przed wyjęciem sprawdzamy patyczkiem, czy nie jest jeszcze surowe.

Ciasto okazało się przepyszne, prezentowało się pięknie i znikało w takim tempie, że ledwie zdążyłam zrobić zdjęcie :D Brak cukru nie przeszkadzał w niczym!


czwartek, 24 września 2020

Zabawa w "Co mama powiedziała?"

Niewykluczone, że przydadzą się Wam chusteczki, jeśli wzruszycie się tak, jak ja. A może po prostu uśmiechniecie się razem ze mną :)

Wiecie, często czuję, że nie jestem dobrą mamą. Podobno takie wątpliwości świadczą o tym, że jest wręcz odwrotnie ;) Ale jak być zadowoloną z siebie, gdy starszy synek odjeżdża do przedszkola z płaczem, bo chciał zapiąć pasy w foteliku sam, a rodzice mu nie pozwolili? Jak wierzyć, że ma się wszystko pod kontrolą, gdy zbliża się północ, a młodszy synek, zamiast spać, idzie do kuchni połaskotać lodówkę? (Dosłownie, stoi przed lodówką i robi gili-gili). Regularnie mam poczucie, że nie do końca sobie radzę z tymi dwoma wulkanami energii.

Ale każdego dnia zdarzają nam się też cudowne chwile :)

Im starszy jest Robert, tym większego zaangażowania wymagają ode mnie zabawy z nim. Stanowi to dla mnie pewne wyzwanie, bo przeważnie dostrzegam w tych zabawach monotonię, której on nie widzi. Wyścigi autek są dla niego równie fascynujące za każdym razem, mimo identycznego przebiegu i finału.

Jednak cieszę się, że mogę w tym uczestniczyć. Uwielbiam patrzeć na jego radość, gdy bawimy się razem, słyszeć jego śmiech i zachwycać się tym, jak bardzo rozwinęła się jego mowa.

Wczoraj zabawa przybrała zaskakujący obrót. Gdy autko-policjant dogoniło drugie autko, Robert wyprostował się, spojrzał na mnie i zapytał: "Co mama powiedziała?".

Jako że znałam scenariusz zabawy, odpowiedziałam spokojnie, że "należy jechać powolutku", bo tak właśnie policjant pouczał do tej pory kierowcę drugiego autka.

Tym razem jednak, zamiast kontynuować zabawę, Robert nadal patrzył na mnie wyczekująco i pytał: "Co jeszcze mama powiedziała?". 

"Że trzeba być ostrożnym", wymyśliłam.

"Bardzo dobrze, trzeba być ostrożnym i nie biegać! Co jeszcze?".

Przed moimi oczami pojawiła się mała rączka, przygotowana do tego, by zacząć wyliczanie na paluszkach. Wyglądało na to, że miałam pięć szans. Pięć zdań, które mój trzylatek powtórzy po mnie.

"Stół z powyłamywanymi nogami!", palnęłam chyba z ciekawości.

Nie wprawiłam Roberta w zakłopotanie.

"Tak, masz rację", podjął rzeczowo. "Stół z połamanymi nogami, dlatego trzeba uważać, żeby się nie uderzyć. Co jeszcze mama powiedziała?".

Coraz bardziej zafascynowana, świadoma też, że mąż w drugim pokoju przysłuchuje się zabawie równie rozbawiony i dumny jak ja, brnęłam dalej:

"Czarna krowa w kropki bordo!".

"Tak, masz rację!", ucieszył się znowu Robert. "Czarna krowa też może tu przechodzić, dlatego trzeba jechać powolutku. Co jeszcze mama powiedziała?".

Kolejny paluszek. Zaczął ogarniać mnie niepokój. Rozumiecie, taka okazja, wszystko, czego chciał ode mnie synek w tym momencie, to żebym dalej mówiła do niego, a ja... nie wiedziałam, co powiedzieć! Nie miałam pomysłu, jak wykorzystać te dwa zdania, które jeszcze mi zostały. Próbowałam dalej z rymowankami, przypomniałam wierszyk, którego uczyli się w przedszkolu. Robert powtórzył oba zdania, za każdym razem dodając cos od siebie. Potem zadowolony wrócił do zabawy autkami.

Patrzyłam na niego i czułam, że zmarnowałam szansę.

Tyle jest rzeczy, które chcemy przekazać naszym dzieciom. Tylu z nich nie wypowiadamy, bo wydają się pewne, oczywiste, nie zastanawiamy się nad nimi. Tyle słów umyka w codziennym szumie, w rozproszeniu, zagłusza je nadmiar bodźców. Często tak bardzo liczymy na to, że zostaniemy uważnie wysłuchani.

Zabawa mojego synka polegała na tym, że chciał słuchać, co jego mama ma do powiedzenia. A o czym ja mówiłam? O krowach w kropki bordo?

"Robert...", odezwałam się znowu. "Mama chce Ci jeszcze coś powiedzieć".

Zatrzymał się, zaciekawiony. Śliczne, błyszczące niebieskie oczka patrzyły na mnie z wyczekiwaniem.

"Mama powiedziała, że bardzo kocha Roberta".

"Tak, masz rację!"

"Mama i tata bardzo kochają Roberta i Michałka", uzupełniłam. Robert z radością powtórzył.

"Mama powiedziała, że Robert i Michałek są kochanymi, mądrymi, wspaniałymi chłopcami i jesteśmy z nich z tatą bardzo dumni".

"Mama powiedziała, że uwielbia spędzać czas z Robertem i Michałkiem".

"Mama powiedziała, że Robert i Michałek maja prawo marzyć, o czym tylko chcą i pewnego dnia będą mogli spełnić te marzenia".

"Mama powiedziała, że Robert i Michałek mają jeść codziennie dużo pysznych rzeczy, a potem starannie myć zęby!".

Wymieniałam długo, co jeszcze chciałam mu przekazać. Tym razem nie było odliczania. Mówiłam i mówiłam o tym, co najważniejsze, a Robert powtarzał po mnie i cieszył się przepięknie z każdego zdania.

Mam nadzieję, że ta zabawa stanie się częścią naszej rutyny na równi z wyścigami autek. Wiem, że następnym razem nie zabraknie mi już słów.



piątek, 18 września 2020

Krzyk


Wiedzcie, że planowałam na dzisiaj tekst o innej tematyce. Dużo lżejszy, sympatyczniejszy.

Kiedy jednak poznałam skandaliczny wyrok sądu wrocławskiego w sprawie czternastoletniej dziewczynki zgwałconej przez dorosłego kuzyna, uznałam, że nie mogę zostawić tego tematu bez komentarza. Dlaczego nie mogę? Bo od lat staram się żyć w myśl zasady, że kto milczy, ten się zgadza. Co za ironia! Gdy chodzi o reakcję na czyjąś krzywdę, te słowa wydają mi się nieskończenie prawdziwe i adekwatne. Ale gdy to nam dzieje się krzywda… To już nie jest takie proste.

Kto milczy, ten się zgadza

Świat wysyła nam sprzeczne sygnały. Świat – a ściślej mówiąc, władza, media, społeczeństwo, politycy, wymiar sprawiedliwości. Z jednej strony oczekuje się od nas krzyku, jednoznacznej walki o swoje prawa, bo jeśli nie walczymy, to widocznie się zgadzamy. Z drugiej strony – mamy być grzeczni, uprzejmi, nie urazić nikogo, nie obrazić żadnego symbolu ani instytucji. Owszem, pisząc „my” mam na myśli nie tylko czternastoletnie dziewczynki, nie tylko kobiety, ale też inne grupy społeczne i mniejszości, którym zagraża przemoc.

Ale skupmy się na razie na dziewczynce. Czternastolatka, dorastająca dziewczyna w wieku, w którym zgodnie z obowiązującym prawem nie jest jeszcze w stanie świadomie wyrazić zgody na stosunek seksualny. Spędzała święta u rodziny, spała sama w łóżku kuzyna, którego nie było wówczas w domu. Wrócił nad ranem, pijany. Zgwałcił ją. Dlaczego nie krzyczała? Powody mogły być różne. Może znieruchomiała w szoku, w reakcji obronnej podyktowanej przez instynkt lub wyuczonej – wielokrotnie spotkałam się z radą, że w obliczu zagrożenia przemocą należy zachowywać się spokojnie, by nie rozjuszyć napastnika. Może kuzyn zastraszył ją lub zawstydził. Może nie chciała obudzić pozostałych członków rodziny, bo bała się ich gniewu.

Zdarzyło się Wam kiedyś znieruchomieć, nie umieć zareagować w obliczu zagrożenia? Koleżanka opowiedziała mi raz o pewnej sytuacji, która jej się przydarzyła. Szła ruchliwą ulicą i zobaczyła nagle małe dziecko, które biegło wprost na nią, a za nim kobietę próbującą je dogonić. Koleżanka zastygła w bezruchu, dziecko ją ominęło. Jak mówiła później, żałowała, że nie pomogła go zatrzymać, ale nie była w stanie nic zrobić, czuła się sparaliżowana. Na szczęście nie stało się nic złego.

A może zdarzyło się, że nie umieliście przeciwstawić się komuś z obawy przed gniewem, upokorzeniem lub bólem fizycznym?

Błędem jest ocenianie sytuacji w oparciu o reakcję osoby zagrożonej. Takie reakcje nie muszą być racjonalne. Przestępstwo pozostaje przestępstwem.

Krzyk

Czasem krzyczałam, gdy czułam się zagrożona. Krzyk, ekspresja to dla mnie naturalna reakcja, gdy nie mogę sobie poradzić z niebezpieczną sytuacją.

Pamiętam, jak głośno wrzeszczałam, gdy podczas spaceru mój mały psiak (nie Fortis, mowa o zdarzeniu sprzed lat i o innym psie) został zaatakowany przez wielkiego wilczura. Krzyk to jedyne, co mogłam wówczas zrobić, okazał się zresztą dość skuteczny – zaalarmował ludzi, którzy nam pomogli.

Znacznie więcej było jednak takich sytuacji, w których nie krzyczałam. W końcu tego się nas uczy: bądź cicho, bądź grzeczna, nie rób hałasu. Z reguły mój krzyk, o ile nie przydawał się do ratowania życia psa, był bardzo źle odbierany. Spotykałam się z jego powodu z karaniem, pouczaniem lub też z zawstydzaniem. Aby moje zachowanie uznano za akceptowalne, musiałam się nauczyć bierności i milczenia.

Nie zwracaj na niego uwagi, to się odczepi.

Udawaj, że nie słyszysz. Udawaj, że cię to nie rusza.

Nie śmiałabym porównywać moich doświadczeń do horroru, jaki przeżyła dziewczynka zgwałcona przez niemal dwukrotnie starszego, pijanego kuzyna… Ale wielokrotnie zetknęłam się z przemocą. Głównie werbalną i psychiczną, znacznie rzadziej fizyczną. Darujcie, że nie będę się rozpisywać na ten temat, jeszcze wczoraj nie spodziewałam się, że w ogóle do niego nawiążę.

Nie krzyczałam. Udawałam obojętność. To czasem przynosiło rezultaty. Czasem nie.

Moja bierność trochę psuła zabawę agresorom, ale też zapewniała im bezkarność. Może gdybym reagowała, stałabym się w końcu zbyt kłopotliwa. Może narobiłabym im problemów. Może trzeba było krzyczeć. Zachować się niegrzecznie, urazić, obnosić się ze swoją niezgodą na przemoc.

Mogę tylko zgadywać, ile osób każdego dnia mierzy się z tym samym. Ile dziewcząt, ilu chłopców. Ile kobiet, zbyt atrakcyjnych, by przejść spokojnie przez ulicę, lub przeciwnie, uznanych za nieatrakcyjne i odbiegające od normy, wyśmianych, zawstydzonych. Ilu mężczyzn, których inni uznali za mało męskich. Ilu przedstawicieli mniejszości, którzy przez całe życie uczą się przystosowywać do niesprzyjającego im otoczenia. Ile osób każdego dnia spotyka się z zagrożeniem, z naruszeniem ich intymności, z przemocą.

Mam ten przywilej, że czuję się bezpieczna – tu gdzie jestem, z rodziną, którą kocham, w domu, w którym mi dobrze. Nic mi nie zagraża. Nie muszę się bać. I nie będę obojętna. Nie pominę tematu, nie przemilczę, nie uznam, że krzywda nieznanej mi dziewczynki i setek nieznanych mi osób to nie moja sprawa.

Będę krzyczeć.




poniedziałek, 7 września 2020

Było sobie lato

Wrzesień miał w tym roku mocne wejście. Wraz ze zmianą kartki w kalendarzu obudziliśmy się w nowej rzeczywistości, w której wieje chłodny wiatr, niebo zasnuły szare chmury, a dni wydają się nagle o wiele krótsze.

Kiedy byłam mała, początek września wyznaczał dla mnie koniec lata. Teraz czuję się podobnie i trochę nie dowierzam w te kilkanaście dni astronomicznego lata, które są jeszcze przed nami. Za oknem widzę jesień.

Lato 2020 było specyficzne chyba dla nas wszystkich.

Tegoroczne lato


Bardzo dobrze pamiętam, co robiłam przez cały lipiec i sierpień, i choć lato przeminęło trochę obok mnie, nie mam poczucia zmarnowanego czasu.

Pisałam. Najpierw powieść, później opowiadanie, dwa zupełnie nowe teksty, niezwiązane z moimi wcześniejszymi projektami. Oba dopracowywane pod pewną presją czasu, by zdążyć przed upływem terminu. Powieść wysłałam na konkurs, opowiadanie - do antologii.

Rozpoczęcie i doprowadzenie do końca dwóch nowych projektów literackich pozwoliło mi odczuć, że nie jestem przywiązana do jednej historii i jednego pomysłu. Wręcz przeciwnie, pomysłów mi nie brakuje. Codzienna, intensywna praca nad tekstem literackim była cennym treningiem i zarazem sprawdzianem: czy to jest właśnie to, co chcę robić? Tak, zdecydowanie odpowiedź brzmi: tak.



Nie pojechaliśmy nigdzie na wakacje. Rzadko spotykaliśmy się z przyjaciółmi i z rodziną. Czas umilały nam spacery, jednodniowe wypady w ciekawe miejsca, i przede wszystkim - szaleństwo w ogrodzie. 

Nie odbył się ani jeden Festiwal Kolorów. Niektóre ważne rodzinne uroczystości musiały zostać odwołane. Nie zrobiliśmy, jak co roku, imprezy dla znajomych z grillem i basenem. Niemal pod każdym względem te wakacyjne miesiące wyglądały inaczej niż zawsze.

Marzy mi się...


... świat bez COVIDa, naturalnie. Nie jestem w tym odosobniona. Marzy mi się, że spotykamy się w dużym gronie i nikt nie musi się zastanawiać, czy zachowane zostały normy bezpieczeństwa. Marzę o beztroskim wymienianiu uścisków na powitanie i jedzeniu chrupek z jednej paczki, bez obawy, czy to higieniczne. Czy taki świat wróci? Nie mam pewności. Może ten poziom beztroski opuścił nas na dobre. Może z czasem przyzwyczaimy się do nowych reguł gry i przestaniemy za tym tęsknić.

Marzą mi się podróże, te wszystkie miejsca, o których rozmawiamy co roku z mężem i za każdym razem coś nam wypada, że nie możemy jechać. Jak żartują niektórzy - w tym roku po raz pierwszy nie polecieliśmy na Malediwy z powodu pandemii. Wcześniej to było z braku kasy :D Wiem, że wiele osób podróżuje nawet teraz, i że dla chcącego nic trudnego... Przyznaję zatem, że nasza chęć podróżowania to raczej fantazja niż konkretny plan. Nie ukrywam też, że trochę obawiam się podróżowania z dwójką małych dzieci. Może poczekamy, aż podrosną ;)

Marzę o spontaniczności, braku planowania, o tym, że pewnego dnia wsiadamy w auto i jedziemy na drugi koniec Polski, bo tak się nam właśnie umyśliło. Marzę o znalezieniu śmiesznej nazwy na mapie i podjęciu w pięć minut decyzji, że jedziemy tam. To byłoby w naszym stylu. Wierzę, że kiedyś tak zrobimy.


Wrzesień


Jak dotąd, wrzesień okazał się dla nas łaskawy. Wiem, że to niemądre chwalić go teraz, gdy minął zaledwie tydzień i jeszcze wiele może nas zaskoczyć. Ale patrzę, co dzieje się wokół, i nie mogę nie docenić faktu, że moje dzieci chodzą do sprawdzonego, dobrego przedszkola, nie przeżyły z początkiem września żadnego szoku, nie muszą się na szybko przystosowywać do nieznanej sytuacji. Widzę, z czym musicie się borykać, rodzice dzieci chodzących do szkoły. Trzymam mocno kciuki za Was i za Wasze pociechy. Będzie lepiej, zobaczycie. Najtrudniejsze zawsze są początki.

Jesteśmy zdrowi, bezpieczni, czasem trochę zmęczeni, czasem dopada nas zniechęcenie, Ale omijają nas wielkie wstrząsy. Staramy się doceniać to, co mamy.

Żegnaj, lato, na rok!


Powtarzalność pór roku to jedna z największych zalet upływającego czasu. Rok temu w kalendarzu widniała ta sama data. Jak wiele od tego czasu zdążyło się wydarzyć, prawda?

Jeśli lato 2020 nie do końca Cię zadowoliło, poczekaj na to następne, 2021. Ono ma szansę nadrobić to, w czym poprzednie zawiodło. A po nim przyjdą jeszcze inne. Może nie warto oglądać się wstecz, skoro tyle jeszcze przed nami.

Kiedyś bardzo zależało mi na tym, by wykorzystać do ostatka każdy dany mi dzień. Wakacje, świąteczne dni, szczególne okazje. Teraz, choć jestem starsza, podchodzę do tego z większym spokojem. Nie marnuję czasu, ale też nie martwi mnie jego upływ. Przecież nigdzie się jeszcze nie wybieram.





piątek, 14 sierpnia 2020

Siedem lat szczęścia.

Fot. Sylwia Łęcka


Tak kiedyś miał się nazywać ten blog. Siedem lat liczyłam wówczas od - dajmy na to - dnia, w którym zrozumiałam, że jeśli chcę być szczęśliwa, to muszę zacząć szukać tego szczęścia gdzie indziej niż szukałam do tej pory. I znalazłam je!:)

Dziś myślę jednak o innej rocznicy, która miała miejsce kilka dni temu. O siódmej rocznicy naszego ślubu kościelnego :)

Co zmienił ślub kościelny?

Pisałam kiedyś już o tym, co zmienił w moim życiu ślub cywilny, który odbył się rok wcześniej. Jeśli miałabym porównać, które z tych wydarzeń stanowiło większą zmianę w naszym życiu - przyznam, że nie do końca potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie. Oba śluby były ważne. Kiedy ktoś pyta nas, od jak dawna jesteśmy małżeństwem, przeważnie odpowiadamy, że od ośmiu lat. Jednak gdy wracamy myślami do dnia naszego ślubu, częściej wspominamy jednak ten kościelny.

Oboje jesteśmy wierzącymi osobami. Zawarcie małżeństwa jako sakramentu miało dla nas wielkie znaczenie i wbrew temu, co niektórzy sądzili, było naszym celem od samego początku, to znaczy od dnia zaręczyn.

Choć duchowy aspekt był dla nas najważniejszy, zależało nam również na ładnej oprawie, pięknej muzyce, strojach, kwiatach, weselu - trochę tradycyjnym, ale jednak w "naszych" klimatach, na dobrej zabawie w gronie bliskich nam osób... No i zależało nam też na pięknych strojach :)

Fot. Sylwia Łęcka

Nie jest to rzecz, z której byłabym wybitnie dumna, ale - jeszcze jako mała dziewczynka wymarzyłam sobie wygląd mojej sukni ślubnej. To znaczy, zmodyfikowałam trochę ten dziecięcy projekt w oparciu o sugestie mojego męża. Tak powstał projekt sukni idealnej :) 

Całości stroju dopełniły buty, których historię opowiadałam Wam już kiedyś. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jesteśmy typową parą młodą.

Zrobiliśmy wiele, żeby ten dzień miał nasz własny, indywidualny charakter. Zamiast typowej weselnej kapeli, grał nam zespół rockowy. Było też karaoke. Zatańczyliśmy do ulubionej romantycznej piosenki, ale wpletliśmy w nią również zaskakującą, szybką wstawkę. W podziękowaniach dla rodziców pomogły nam muppety :) 

Fot. Marcin Tytko

Nawet figurki na torcie weselnym były jedyne w swoim rodzaju!

Fot. Sylwia Łęcka


Siedem lat małżeństwa - siedem chudych lat?

Po szalonym, nietypowym, nieszablonowym weselu zaczęło się małżeńskie życie codzienne. W nowym domu, bo nasza przeprowadzka ostatecznie niemal zbiegła się w czasie ze ślubem. W tym samym tygodniu przewoziliśmy meble i szliśmy do ołtarza :D

Jesteśmy dobrym, szczęśliwym małżeństwem. Nieraz jednak myślę o tych pierwszych siedmiu latach jako tych najtrudniejszych, "chudych", po których nadejdą następne, lepsze, spokojniejsze. Można to ująć tak, że patrzę z nadzieją w przyszłość :)

Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam tuż po ślubie, było podpisanie dużej, znaczącej umowy z ważnym klientem. Za to następną rzeczą było potknięcie się na dziurze w asfalcie – nie, to nie jest przenośnia :) Nie chodziłam i nie pracowałam przez następne dwa miesiące. Strach pomyśleć, jak wpłynąłby na moje życie jakiś poważniejszy wypadek, skoro skutki drobnego, niegroźnego złamania odczuwałam jeszcze przez lata, a właściwie gdzieś tam pośrednio nadal je odczuwam.

W ciągu pierwszych dwóch lat naszego małżeństwa odebraliśmy dwie bardzo gorzkie lekcje od losu. Pierwsza brzmiała tak: to, że chcecie mieć dziecko, wcale jeszcze nie znaczy, że będziecie mieć dziecko. Druga: szybki i niespodziewany sukces zawodowy może skutkować bolesnym, bolesnym upadkiem. Gorszym niż potknięcie na asfalcie, choć fizycznie bezbolesnym.

Rok 2014 był katastrofą. Rok 2015 był rokiem lizania ran, składania siebie na nowo do, pardon my French, kupy, i przede wszystkim rokiem próbowania, próbowania, próbowania. Jedyne, co było w tym piękne to, że byliśmy w tym razem. 

Kolejny rok przyniósł cud - Roberta :) Na pewno pisałam Wam już, że pierwsza ciąża była dla mnie cudownym doświadczeniem, był to jednak również trudny, stresujący czas. Miałam w pamięci to, co zawsze słyszałam o kobietach w ciąży, że nie wolno im się denerwować... I drżałam o nasze dziecko.

Rodzicielstwo wynagrodziło nam te trudne początki, a druga ciąża pokazała mi, jak bardzo relaksujące, piękne i radosne może być oczekiwanie na dziecko. Przynajmniej do momentu, kiedy nie wysiadło mi zdrowie :D

Mam wrażenie, że minione siedem lat, choć cudowne i pełne miłości, przeciągnęło nas jednak przez spore koleiny. Z chęcią przyjmiemy teraz siedem tłustych lat! To znaczy, mam nadzieję, że ta tłustość nie będzie dotyczyła naszych gabarytów, a przynajmniej nie tylko ich!

Siedem lat szczęścia.

Bez względu na różne trudności, jakie napotkaliśmy – nie miejcie wątpliwości, że to był czas pełen pięknych chwil. Dobrych wspomnień jest o wiele więcej niż tych złych. To były lata pełne radości, śmiechu, wspaniałych imprez, śpiewu, spotkań z przyjaciółmi, wycieczek w piękne miejsca… Nawet z trudniejszych dni staraliśmy się zawsze wyłuskać to, co było w nich najlepsze. Każde wyzwanie traktowaliśmy jak ciekawą przygodę, urozmaicenie, szansę na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wracamy do tych wspomnień z przyjemnością.

Fot. Janusz Bilski

Fot. Agata Łudzik

 
Fot. Andrzej Dymek


Szanowne życie, losie, przeznaczenie, szczęśliwa gwiazdo – dziękujemy za te siedem lat :) i prosimy o więcej!



piątek, 24 lipca 2020

Blogi warte polecenia i ludzie pełni pasji, czyli "BLOGS from HEART" 2020



Plan był nieco inny. Miałam zamiar napisać ten tekst, by zachęcić Was do oddawania głosów na blogi, które moim zdaniem na to zasługują. Brakło mi jednak czasu, by pochylić się nad blogiem, przez co powoli zaczął on tutaj zarastać pajęczynami... Każdą wolną chwilę zajmuje mi praca nad książką. Niedługo opowiem Wam o niej więcej :)

W każdym razie, głosowanie w konkursie "BLOGS from HEART" dobiega dziś końca, jest bardzo możliwe zatem, że gdy traficie na ten tekst, będzie ono już zakończone. Zachęcam jednak do czytania! Zobaczycie zaraz listę linków do świetnych blogów, na które mogliście do tej pory nie trafić, a uwierzcie mi, są warte odwiedzenia. Może któryś z nich zainteresuje Was na tyle, że zaczniecie go regularnie odwiedzać?

Nie jestem w stanie omówić wszystkich blogów konkursowych, jak sugerowała mi kiedyś jedna osoba w komentarzu. Darujcie, to byłoby naprawdę strasznie dużo pisania! Zamierzam jednak omówić ich całkiem sporo :)

Nie przedłużam - i zaczynam od mojej kategorii:

6. Blogi Pamiętniki i Pozostałe.


W tej kategorii polecam oczywiście głosować na blog o nazwie Szczęśliwa Siódemka :) Jego autorka, co prawda, milczała ostatnio w sposób karygodny, ale nie martwcie się, nadrobi to :) Jeśli trafiliście tu po raz pierwszy i nie wiecie jeszcze, co to za jedna, odsyłam Was do tekstu, z którego dowiecie się najważniejszych rzeczy o niej: "Kim jest ta cała Szczęśliwa Siódemka?".

No dobrze, a poza moim blogiem? Nieraz polecałam już Wam blog Mama na wypasie, który również pojawił się w tej kategorii. Jego autorka to jedna z tych blogerek, z którymi jest mi tak zwyczajnie, po ludzku po drodze ;) Poruszamy podobne tematy, zgadzamy się w wielu kwestiach. Na jej blogu poczytacie o blaskach i cieniach macierzyństwa, znajdziecie praktyczne porady, a także m.in. recenzje książek i gier. 

Wśród blogów, których wcześniej nie znałam (lub nie odwiedzałam ich zbyt często), moją uwagę zwrócił blog Pasje Weroniki - może dlatego, że to imię jest w pewien sposób bliskie mojemu sercu, a autorka bloga jest młodziutką dziewczyną pełną pasji, zdecydowanie wartą tego, by przyjrzeć się jej działalności :) Weronika mieszka w Bawarii i jest w niej zakochana, przybliża czytelnikom to piękne miejsce za sprawą swoich tekstów oraz naprawdę znakomitych fotografii. Z jej bloga możecie dowiedzieć się też o niemieckich piosenkach wartych posłuchania, o bawarskich trendach modowych oraz o tym, jak koronawirus wpłynął na życie w Bawarii ;) Weronika ma również bardzo dojrzałe przemyślenia na trudne nieraz tematy!


A w pozostałych kategoriach...

1. Blogi Kulinarne.


Uwielbiam tę kategorię! W końcu jedzenie i gotowanie to jedne z moich największych życiowych namiętności :)
Praktycznie wszystkie blogi z tej kategorii spowodowały, że ślinka mi pociekła, ale jeden spowodował trochę bardziej :D Przede wszystkim za sprawą apetycznych zdjęć! Myślę o blogu Słodko Słodka, który wbrew nazwie, zawiera przepisy nie tylko na desery, ale też m.in. na zachwycające ziemniaczane lilie lub na ogórki w zalewie pomidorowej. Ach, zgłodniałam!

Jeśli już mowa o nazewnictwie, to punkt za najbardziej urzekającą nazwę otrzymuje ode mnie blog Pieprzyć z fantazją :) Ciekawe, ilu czytelników zabłądziło tam i szukało treści innych niż kulinarne? Myślę jednak, że nawet ci, co zabłądzili, zostali na dłużej - choćby ze względu na cudnie wyglądające ciasto Balladyna! Albo na zupę z kurkami i tortellini z serem :)

2. Literatura i sztuka.


Kategoria szczególnie bliska mnie, pisarce :) A jednak mój głos jako pierwsza otrzymuje blogerka, która nie zajmuje się literaturą, a muzyką! Muzyczna Lista otrzymała zresztą mój głos również w tegorocznej edycji #shareweek. Co mnie najbardziej urzeka w tym blogu? Chyba dobór tematów, pomysły na teksty. Muzyka fascynuje mnie od zawsze. Myślę sobie, że gdyby przyszło mi kiedyś do głowy, by prowadzić blog o tematyce muzycznej, chyba robiłabym to w podobnym stylu jak Ola.

Na uwagę zasługuje też przepiękny wizualnie blog Mundus Artis, a w nim głębokie rozważania na temat malarstwa i znanych obrazów.

3. Styl Życia (LifeStyle).


Sporo blogów w tej kategorii, w tym również te, na które zagłosowałam już w innych :) Za serce chwycił mnie blog Myśli Potarganej, głównie za tekst pod tytułem "Czy można zrozumieć nastolatka?" - bo i tematyka, która mnie osobiście interesuje, i zdjęcie z moimi ukochanymi kolorkami... Tak się zdobywa mój głos i moje serce! :) 

4. Podróże i Odkrycia.


Ciężki wybór, choć blogów w tej kategorii mniej niż w innych :) Moim kryterium, gdy przeglądam blogi podróżnicze, jest przeważnie dobór zdjęć. I czy blog zawiera to coś, co sprawia, że mam ochotę przeglądać go przez długi czas, a może i zaglądać regularnie. Z tego względu mój głos otrzymały dwa blogi - Podróże z Kordulą za niesamowite zdjęcia z Indii oraz Od podróży do podróży - za różnorodność, zachwycające miejsca, bardzo przystępny wygląd bloga oraz za pokazywanie piękna nie tylko daleko za granicami naszego kraju, ale również w Polsce.

5. Pasje i Praca.


Ostatnia, choć nie ostatnia kategoria ;) Tu mój głos dożywotnio należy do Passion Piece, bo po prostu ją uwielbiam :) Nie znamy się osobiście, ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie jako wrażliwa, ciepła i zaangażowana osoba. Z wielką przyjemnością wspominam naszą współpracę! Poza tym niezmiennie podziwiam fakt, że Natalia pisze w dwóch językach, po polsku i po angielsku. To rzadko spotykane w blogosferze.


Co tu dużo mówić - zachęcam, zajrzyjcie, warto :) Na listach do głosowania znajdziecie też inne bardzo atrakcyjne adresy. Za każdym z nich kryje się osoba o wielkim sercu, pełna pasji :) Warto poświęcić jej chwilę uwagi!

Kończę, bo chcę jeszcze to wrzucić, póki trwa głosowanie... :D