poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Plac zabaw i życie w społeczeństwie.



Plac zabaw w sobotnie popołudnie świeci pustkami. Ludzie boją się deszczu, który może lunąć z lekko zachmurzonego nieba w każdej chwili. Rozsyłane w piątek ostrzeżenia o możliwych gwałtownych burzach zrobiły swoje.

Robert nic nie wie o deszczu ani o burzach. Śmiałym krokiem idzie razem ze mną w stronę swojego ulubionego autka. Wsiadamy do niego razem, Robert za kierownicę. Taka zabawa nie może jednak trwać zbyt długo, przenosimy się więc na karuzelę. Potem idziemy do piaskownicy. 

Na placu zabaw pojawia się wyraźnie zmęczona młoda mama z dwojgiem dzieci. Jest też w towarzystwie mężczyzny, najwyraźniej znajomego niewidzianego od dłuższego czasu. Zaczepiana przez dzieci i zachęcana do wspólnej zabawy, odpowiada im burkliwie, niezadowolona. "Bawcie się, mama teraz rozmawia!". "Jestem wykończona",  zwierza się znajomemu. Nietrudno w to uwierzyć.

Zastanawiam się, kiedy przyjdzie czas i na mnie. Kiedy to ja będę wykończona? Nie wątpię, że taki czas nadejdzie. Nie jestem żadną Supermamą obdarzoną magicznymi mocami. Jestem tylko człowiekiem, tak jak i ona. Uwielbiam, kiedy jesteśmy z Robertem w gronie rodziny lub znajomych i ktoś może się nim zająć przez pewien czas, a ja wtedy odpoczywam. Teraz jesteśmy tylko we dwoje i bawimy się. Choć jestem daleka od oceniania i tłumaczę sobie jak zawsze, że nie znam pełnego obrazu sytuacji - mam jednak tę głupią satysfakcję, kiedy śmieję się radośnie do mojego synka, wsiadam z nim na kolejne koniki i motocykle, śpiewam mu, chowam się za drabinką i wołam "a kuku!". Jestem fajną mamą, wesołą mamą, zadowoloną mamą! Przyszłam tu z dzieckiem i tylko dla dziecka. I nie ma znaczenia moja zaawansowana ciąża ani fakt, że mój synek jakoś tak nagle przestał potrzebować drzemki w środku dnia. Kiedyś pewnie będę wykończona. Teraz bawimy się razem.

Wracamy do piaskownicy, gdzie bawi się dwoje dzieci zmęczonej mamy. Każde z nich kopie swoją dziurę w piasku. Chłopczyk zwraca uwagę mojemu synkowi, że koparka, którą Robert zaczął się właśnie bawić, chyba nie należy do niego.

Po raz pierwszy - nie ostatni tego dnia - nie bardzo wiem, jak zareagować. Zaskakuje mnie ten niecodzienny zarzut. Co innego, gdyby chłopczyk powiedział "to jest moje" - wtedy wiadoma rzecz, trzeba mu oddać koparkę. Ale "to chyba nie jest Twoje"?

"Chyba nie jest", odpowiadam po kolejnym pytaniu. Robert przecież sam nie odpowie. "To już tutaj było".

Z pomocą przychodzi mi wyraźnie zaprawiona w bojach mama dwójki. "O co Ci chodzi, przecież Twoje też te rzeczy nie są", wraca uwagę chłopczykowi. "Każde dziecko może się nimi bawić".

Chłopczykowi to wyjaśnienie wystarczy, bawi się więc dalej. Jakiś czas później Robert zaczyna się interesować wykopaną przez niego dziurą.

"Nie możesz się tu bawić, zakopiesz mi dziurę!", zmartwił się chłopczyk. "Powiedz mu, że nie może się tutaj bawić", zwraca się bezpośrednio do mnie.

Uśmiecham się sama do siebie, rozbrojona wiarą nieznajomego chłopczyka w moją moc perswazji. Mimo wszystko wiem, że nie powinnam pozwalać Robertowi na psucie zabawy innemu dziecku. Delikatnie, ale stanowczo przenoszę go w inną część piaskownicy i staram się zainteresować go foremkami.
"Zobacz, mamusia narysowała dla Ciebie serduszko!", pokazuję mu.

Robert interesuje się przez chwilę foremkami. Nieznajomy chłopczyk może w spokoju kopać dalej swoją dziurę. Potem Robert postanawia uszczęśliwić chłopczyka prezentem w postaci foremki.

"O, jak ładnie, dałeś chłopczykowi foremkę!", chwalę synka. Chłopczyk nie wyraża zainteresowania ani foremka, ani zabawą z Robertem. Cóż, ma do tego prawo.

"On jest jeszcze malutki, wiesz?", tłumaczę chłopczykowi, po raz kolejny przenosząc Roberta. "Nie rozumie, że nie chcesz się z nim bawić. Ma dopiero półtora roku, wiesz?"

Robert bawi się spokojnie foremką w bezpiecznym kącie piaskownicy.

"A ty ile masz lat?", zagaduję dalej chłopczyka.
"Trzy".
" O, to widzisz. On jest dwa razy młodszy od Ciebie", powiedziałam, po czym zdałam sobie sprawę z tego, że chłopczyk raczej jeszcze nie zna tabliczki mnożenia. "Kiedy byłeś taki malutki jak on, to on się dopiero urodził", próbuję jeszcze raz.
"A jak się urodził?", zaciekawił się chłopczyk.

O masz ci los! To się wpakowałam. Skąd mogę wiedzieć, co mówiła mu na ten temat jego mama i czy moje wyjaśnienia nie zburzą jego dziecięcych wyobrażeń?

Nie daję po sobie poznać zakłopotania i tłumaczę spokojnie: "Wyszedł z mojego brzucha. Tak jak teraz, widzisz, będę mieć jeszcze jednego małego chłopczyka. On też wyjdzie z mojego brzucha".
"A jaki on będzie?"
Uśmiecham się. "Bardzo, bardzo malutki. Jeszcze mniejszy niż on. O taki", pokazuję dłońmi.

Opowieść o bardzo malutkim chłopczyku wzbudza zaciekawienie mojego rozmówcy, ale nie aż tak duże, by przyćmić fakt, że Robert znowu zmierza w kierunku wykopanej w piasku dziury. Biorę go na ręce i kieruję się w stronę innych miejscowych atrakcji. Nie jest zachwycony, ale liczę na to, że odwrócę jego uwagę.

"Kochanie, chłopczyk nie chce się z Tobą bawić", tłumaczę mu. "Czasem tak jest. Jest starszy od Ciebie, nie zna Cię, może nie chcieć się z Tobą bawić".

Idziemy na krótki spacer. W międzyczasie plac zapełnia się dziećmi w różnym wieku. Praktycznie każde z nich jest jednak starsze od Roberta.

Mój synek biegnie w kierunku swojego ulubionego autka, jest ono jednak oblegane przez grupę dzieci. Robert próbuje dosiąść się do nich, jednak nie jest to możliwe.
"To siądziemy z tyłu!", proponuję mu.
"Ale tam jest rower!", protestuje kilkuletni kierowca autka.
Rzeczywiście, tylne siedzenia również są szczelnie zapełnione.
"To pojedziemy na gapę!", chwytam za koło zapasowe.

Robert kręci kołem razem ze mną, ale po chwili przestaje mu to wystarczać. Chce dołączyć do dzieci siedzących z przodu.
"Nie zmieścisz się tutaj", tłumaczę mu. "Gdyby pan policjant zobaczył, że tyle osób jedzie z przodu, dostałbyś mandat".

Mój synek jeszcze chyba nie wie, kto to jest pan policjant i czym jest mandat, jednak to abstrakcyjne wyjaśnienie póki co mu wystarcza. W międzyczasie jedna z pasażerek autka upuszcza paczkę gum do żucia. Mam bliżej do ziemi - w końcu kucam przy moim maleńkim synku - decyduję się więc jej pomóc. Jednak podnoszę zgubę na tyle niefortunnie, że większość gum wysypuje się na piasek.

Jest mi okropnie głupio. To chyba pierwsza taka sytuacja w moim życiu, kiedy jako dorosła osoba zepsułam coś, co należało do dziecka, i to jeszcze do obcego dziecka.
"Przepraszam", mówię zawstydzona, razem z dziewczynką zbierając wysypane gumy. "Odkupię!", zapewniam, po czym przypominam sobie, że nie wzięłam żadnych pieniędzy i czuję się przez to jeszcze gorzej.

"Ależ skąd, nie trzeba!", zapewniają mnie rodzice dziewczynki, którzy już biegną na ratunek. Muszą m.in. wytłumaczyć córeczce, że nie może już jeść tych gum, skoro wysypały się na piasek.
"To ja je wysypałam", uzupełniam. Broń Boże nie zamierzam udawać niewinnej. "Jest mi z tego powodu bardzo przykro i przepraszam".

Być może już nigdy nie spotkam tej dziewczynki, ale chciałabym, żeby zapamiętała z tej sytuacji, że dorosła osoba, która sprawiła jej przykrość, poczuwała się do odpowiedzialności i przeprosiła ją. Fakt bycia dorosłą nie czyni mnie nietykalną. Prawdę mówiąc uważam, że powinnam była odkupić te gumy, ale cieszę się, że nie musiałam tego robić. Byłoby to bardzo kłopotliwe.

W międzyczasie Robert po raz kolejny próbuje dosiąść się do dzieci siedzących w autku. Wygląda na to, że musimy się oddalić. Tłumaczę Robertowi, że autko nie jest tylko jego, że inne dzieci też mają prawo się nim bawić. Idziemy w stronę huśtawek. Po drodze spotykamy chłopczyka na hulajnodze. Robert jest bardzo zainteresowany kolorowym pojazdem, chwyta za rączkę.
"Zostaw, to nie Twoje", powtarzam jak mantrę. "To hulajnoga chłopczyka".

Tymczasem tuż koło huśtawki mała dziewczynka żali się:
"Mamo, on mi zabrał hulajnogę!" i wskazuje na chłopczyka, którego właśnie minęliśmy.
"Nie martw się, odda Ci", spokojnie tłumaczy jej mama.

Zastanawiam się przelotnie, która z nas popełnia błąd: ja, ucząca półtorarocznego synka, że trzeba szanować własność innych dzieci czy ona, lekko pozwalająca na fakt, by inne dziecko zabierało własność jej córeczki? A może obie mamy rację? Tak czy inaczej, obie z różnych powodów pozwalamy, by nasze dzieci były w jakimś stopniu pokrzywdzone w tym mikro-społeczeństwie placu zabaw. Czy to dlatego, że właśnie wychowujemy, czy dlatego, że same zostałyśmy tak wychowane?

Robert huśta się przez chwilę na huśtawce, jednak nadal zerka w stronę autka. Zauważam, że jest już wolne. Opuszczamy huśtawkę i zajmujemy autko. Niemal natychmiast zjawia się chłopczyk, który wcześniej siedział za kierownicą.
"Zeszliście z autka, to teraz my się chwilę pobawimy", tłumaczę mu.

Chłopczyk dosiada się do Roberta, co nie przeszkadza nam ani trochę - w końcu miejsca jest sporo. Szybko jednak staje się jasne, że chce on być jedynym pasażerem.
"Daj chłopczykowi się pobawić, zobacz, jest młodszy od Ciebie", przychodzą nam z pomocą jego rodzice.
Nie uważam, że fakt bycia młodszym automatycznie oznacza, że mojemu synkowi trzeba ustępować. Nie zamierzam jednak zgadzać się na to, by był przeganiany z miejsca, które sobie wybrał.
Po raz kolejny zwracam się do nieznajomego kilkulatka: "Widzisz, on bardzo długo czekał, aż skończycie się tutaj bawić. Zeszliście z autka, więc teraz jest jego kolej".

Kilkulatek odchodzi smutny, siada w pobliżu i obserwuje nas. Robert bawi się autkiem, kręci kierownicą, śmieje się radośnie. Po pewnym czasie opuszcza autko, idzie przed siebie. Rzecz jasna, chłopczyk, który mu wcześniej "ustąpił", natychmiast zajmuje jego miejsce.

I oczywiście Robert przypomina sobie w tym momencie, że chyba jednak nie skończył się jeszcze bawić autkiem...

Biorę go na ręce, staram się go uspokoić. Powoli staje się jasne, że zabawa na placu chyba już się skończyła. Mały jest zmęczony i rozżalony.

"Musisz być konsekwentny, Kochanie", tłumaczę mu. Wiem, że to jeszcze trochę za trudne słowo dla niego, ale kiedyś mu się przyda. "Skończyłeś się bawić autkiem, to teraz chłopczyk się nim bawi. Tak jak wcześniej on musiał czekać, bo Ty się bawiłeś. Jemu też pewnie było smutno, ale musiał poczekać".

Upewniam się kilkukrotnie, czy może jednak nie pobawimy się w innym miejscu. Robert pozostaje niepocieszony. Opuszczamy zatem plac, oboje zmęczeni, jedno z nas we łzach. Tłumaczę mu, że go kocham i że rozumiem, dlaczego jest mu przykro.

Głupio mi kończyć zabawę w ten sposób, ale w tym momencie nie widzę innego wyjścia. Nie zamierzam zmuszać wszystkich dzieci na placu, by ustępowały mojemu synkowi, bo jest młodszy i jeszcze się nie nauczył, że nie zawsze jest jego kolej i że nie może mieć wszystkiego, czego w danym momencie sobie zażyczy, bo musi się też liczyć z potrzebami innych dzieci.

Uświadamiam sobie, że to się właśnie zaczyna. Ten wyższy poziom rodzicielskiego wtajemniczenia. Mój synek będzie się uczyć, jak funkcjonować w grupie. A mnie czeka milion trudnych decyzji. Kiedy reagować, a kiedy pozwolić, by dzieci rozstrzygnęły konflikt między sobą? Na ile pozwalać Robertowi na ingerowanie w zabawy innych dzieci? Jak nauczyć go zdrowego balansu między szanowaniem praw innych dzieci a uważaniem, by jego prawa też były szanowane?

To była dopiero jedna z pierwszych lekcji. Przed nami cała szkoła życia.


czwartek, 2 sierpnia 2018

Cztery lekcje życiowe zaczerpnięte z gier komputerowych.


O grach tu jeszcze nie było :)

Nie jestem typem gracza. Większość moich doświadczeń z grami komputerowymi to tak naprawdę wspomnienia z dzieciństwa. Obecnie brakuje mi na to czasu, nieczęsto też miewam ochotę na tego typu rozrywkę. Czasem, naprawdę bardzo rzadko ogarnia mnie nostalgia i szukam, czy gdzieś w Internecie są dostępne gry, w które grywałam jako dziecko... Przeważnie jednak spędzam czas w inny sposób.

Wielokrotnie spotkałam się z tym, że rodzice, nauczyciele i ogólnie - dorosłe osoby - mają tendencję do demonizowania gier komputerowych jako takich. Uważają, że siedzenie przed komputerem i granie w gry jest bezproduktywne, niczego nie uczy i tylko niszczy wzrok. Zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją zdrowsze i bardziej produktywne rozrywki, np. zabawy na świeżym powietrzu. Myślę jednak, że nawet najprostsza gra może pomóc dziecku w nauczeniu się i rozwijaniu wielu praktycznych umiejętności.


Czego uczą gry komputerowe?

  • cierpliwości i konsekwencji w dążeniu do celu. Dobrze wiem, że malutkich dzieci nie trzeba tego uczyć - podczas np. nauki chodzenia wielokrotnie przewracają się, a i tak próbują do skutku :) Jednak u starszych dzieci w którymś momencie pojawia się zniechęcenie, zwątpienie, niecierpliwość i "ja nie umiem, to nie dla mnie". Gry komputerowe pokazują, że warto nie zniechęcać się porażką i próbować kolejny raz, aż zostaniemy nagrodzeni - przejściem do następnego etapu, bonusowymi punktami, ciekawymi niespodziankami.
  • dokładności, umiejętności manualnych, spostrzegawczości. W wielu grach sukces zależy od precyzji. Czasem trzeba zrobić coś tylko odrobinę dokładniej, żeby rezultat był o wiele bardziej zadowalający. Dziecko uczy się staranności, ćwiczy oko i rękę.
  • logicznego myślenia. Gry logiczne to nie jest rozrywka wyłącznie dla myślicieli. Tak naprawdę większość gier opiera się na logicznym myśleniu. Musisz wykonać daną akcję, by uzyskać oczekiwany efekt. W Internecie pod hasłem "gry logiczne" znajdziesz nie tylko puzzle i łamigłówki, ale też słynne kulki, gry w znajdowanie ukrytych obiektów, gry escape polegające na tym, że musisz wydostać się z zamkniętego pomieszczenia... I wiele, wiele innych bardzo atrakcyjnych propozycji.
  • wyobraźni przestrzennej. Często to w grach dzieci po raz pierwszy widzą obraz trójwymiarowy. Świetnie sprawdzają się tutaj przede wszystkim gry strategiczne polegające na budowaniu jakiegoś miejsca, zagospodarowaniu danego obszaru. Dziecko uczy się, że nie każdy obiekt da się umieścić na danej przestrzeni.
  • planowania. Nieraz, żeby ukończyć dany etap w grze, trzeba dokładnie przemyśleć wszystkie poszczególne kroki. Czasem trzeba z czegoś zrezygnować, by w efekcie zdobyć coś jeszcze lepszego. Na przykład: nie zbierzesz wszystkich elementów, które mogłyby dać Ci dodatkowe punkty, ale za to zmieścisz się bez trudu w przewidzianym na rozgrywkę czasie.
  • języka. Przede wszystkim angielskiego, jeśli gra jest właśnie w tym języku. Gracz chce rozumieć, co oznaczają poszczególne zadania lub ostrzeżenia, i nawet mimowolnie poznaje nowe słowa. Jeśli komunikaty wyświetlane w grze są jednocześnie odczytywane głośno, dziecko uczy się nie tylko, jak napisać dane słowo, ale też, jak prawidłowo je wymówić. Gry po polsku również mogą rozwijać kompetencje językowe - posługiwanie się językiem ojczystym, budowanie poprawnych zdań, znajomość słów i ich pisowni. Oczywiście, książki są w tym zakresie o wiele lepszym źródłem wiedzy i umiejętności - ale jeśli dziecko nie bardzo lubi czytać, za to ciężko odkleić je od ekranu komputera, może warto podsunąć mu gry napisane ładnym językiem? 
  • wrażliwości estetycznej. Co tu dużo mówić, niektóre gry są naprawdę przepięknie zrealizowane, mają wspaniałą, bogatą w szczegóły grafikę.
  • no i oczywiście, gry uczą biegłości w posługiwaniu się komputerem. To bardzo przydatna umiejętność w dzisiejszych czasach. Czy nam się to podoba, czy nie, nasz świat staje się coraz bardziej skomputeryzowany. Osoby, które już w dzieciństwie oswoją się z komputerem i bez trudu będą potrafiły z niego korzystać, łatwo odnajdą się w tej cyfrowej rzeczywistości.
Myślę też, że gry komputerowe pozwalają rozwijać wyobraźnię i kreatywność. Wystarczy spojrzeć na całą twórczość fanów gier, na rysunki, opowiadania, zdjęcia powstające na podstawie gier komputerowych. Nieraz widzimy też, jak dzieci bawią się w postaci z gier, nadają im imiona i cechy charakteru.

Jako dorosła osoba widzę, że gry komputerowe nauczyły mnie sporo. Na przykład tego, że czasem warto próbować aż do skutku, a czasem lepiej odpuścić i poszukać innego rozwiązania. Albo tego, że każdy ma swój unikalny talent, swoje atuty, które mogą się przydać w danej sytuacji - nie jest więc tak, że ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy. Nieraz zorientowałam się też, że oszustwo nie popłaca i lepiej się bardziej postarać i być może ponieść po drodze więcej porażek, niż próbować pójść na łatwiznę używając kodów. 

Kiedy zastanawiałam się nad tymi najważniejszymi lekcjami, które zachowałam w pamięci na zawsze - dotarło do mnie, że niektóre z moich ulubionych gier niekoniecznie nadają się do tego, by polecać je na blogu o tematyce dziecięcej :) Postanowiłam więc skupić się nie tyle na opisie gry, co na wyciągniętej z niej lekcji.

Zatem, czego nauczyły mnie gry komputerowe? :)

1. "Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo! Czym zajmiemy się teraz?"


To ostatnie zdanie z mojej ulubionej gry Dungeon Keeper. Niekoniecznie polecałabym ją dzieciom, szczególnie młodszym. Ja sama trafiłam na nią w wieku, o ile dobrze pamiętam, jedenastu lat - byłam już na tyle dojrzała, by mieć zdrowy dystans wobec faktu, że w grze wcielam się w złą postać i walczę z dobrymi.

Przytoczone przeze mnie zdanie wywołuje uśmiech, ale też refleksję. Kojarzy mi się z takim momentem w życiu, gdy ukończysz jakiś projekt, który kosztował Cię sporo pracy lub spełni się Twoje wielkie marzenie - i co dalej? Czym zajmiesz się teraz? Jaki jest Twój następny plan? Czy masz pomysł na następne zadanie, kolejne marzenie, jeszcze jeden plan do zrealizowania? Czy po prostu staniesz w miejscu?

Często przypominam sobie o tym zdaniu właśnie wtedy, gdy coś mi się uda. Pomaga mi ono szukać ciągle nowych wyzwań.

2. "Przyjaźń jest jak kwiat, trzeba ją pielęgnować, by nie zwiędła"


To oczywiście (niedokładny) cytat z Simsów :) Grałam tylko w pierwszą część, ale mam do niej ogromny sentyment. Prawdę mówiąc, widzę tylko jedną wadę tej gry - to koszmarny pożeracz czasu! Nawet nie wyobrażam sobie, jak dalece musiałoby się zmienić moje życie, żebym była w stanie znaleźć czas na grę w The Sims.

Z pewnością nie da się stworzyć idealnego symulatora życia codziennego w grze komputerowej. Twórcy Simsów jednak zdołali trafić w sedno co najmniej w kilku punktach. Najbardziej przemówiła do mnie właśnie ich wizja relacji międzyludzkich. Pięknie zobrazowano, jak ludzie stopniowo poznają się, zaczynają się coraz bardziej lubić, jedne zachowania im się podobają, inne nie, czasem znajdują wspólne tematy, a czasem nie - aż wreszcie zaprzyjaźniają się ze sobą, a czasem się w sobie zakochują. Ale każdą relację trzeba podsycać, pielęgnować! Bo inaczej punktów przyjaźni zaczyna stopniowo ubywać i jeśli nic z tym nie zrobisz, to przyjaźń zwiędnie... Niczym kwiat, którego się nie podlewa.

Jakie to niepokojąco podobne do prawdziwego życia! Szczególnie obserwuję to podobieństwo właśnie teraz, kiedy moi przyjaciele z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów są jakoś tak daleko... A ja widzę, jak licznik punktów maleje i maleje, i jeśli nic się nie wydarzy, to te uśmiechnięte buźki zaczną znikać... A może już poznikały? W grze komputerowej jest to jednak prostsze.

3. Jeśli coś przychodzi Ci zbyt łatwo, prędzej czy później napotkasz niespodziewane trudności.


To taki dziwny rodzaj życiowej sprawiedliwości. Już nieraz przekonałam się o prawdziwości tej teorii.

Najpierw jednak nauczyła mnie tego gra komputerowa. Również nie polecałabym jej dzieciom, jednak jest to dość typowa gra RPG, w której rozwijasz swoją postać, uczysz ją nowych umiejętności, wyposażasz w broń oraz zbroję i wysyłasz na niebezpieczne misje. Ja zainwestowałam niemal wszystkie dostępne mi punkty, by wyposażyć moją postać we wspaniały czar - miotanie błyskawicami. Dzięki temu była niepokonana. Misje, które innym graczom pochłaniały wiele dni, moja postać kończyła nomen omen błyskawicznie, nikt nie był w stanie jej zatrzymać.

Na czym polegał błąd? Kluczowe w tego typu grach jest gromadzenie punktów doświadczenia, które pozwalają postaci awansować na wyższy poziom i zdobywać nowe umiejętności. Ponieważ przechodziłam przez kolejne etapy tak szybko, o wiele szybciej niż inni gracze, w efekcie zdobywałam tych punktów znacznie mniej. Choć moja postać wydawała się być najsilniejszą ze wszystkich, tak naprawdę była słaba, mało rozwinięta. Przekonałam się o tym dopiero wtedy, kiedy przyszło mi walczyć z końcowym przeciwnikiem, który okazał się... odporny na błyskawice. Mój czar, który umożliwił mi łatwe i przyjemne dojście aż do tego etapu, nie robił na nim żadnego wrażenia. Byłam bezradna, nie miałam planu B. Ostatecznie ukończyłam grę, kosztowało mnie to jednak sporo wysiłku i zajęło dużo czasu.

Tak jak wspomniałam wcześniej, nieraz obserwuję podobny mechanizm w życiu codziennym. Nauczyłam się, że nawet wtedy, gdy wszystko idzie jak po maśle, trzeba być przygotowanym na to, że w którymś momencie mogą pojawić się trudności. Zawsze trzeba mieć w zanadrzu jedno, a najlepiej kilka rozwiązań awaryjnych. Szczególnie sprawdza się to w różnych sytuacjach związanych z opieką nad dzieckiem. Coś, co działało i było skuteczne, w którymś momencie przestaje działać - wtedy musisz improwizować. Warto przygotować się zawczasu :)

4. Jeśli coś udało Ci się raz, z pewnością jesteś w stanie to powtórzyć.


To najpóźniejsza lekcja, właściwie nawet całkiem niedawna. Chociaż brakuje mi czasu na gry komputerowe, jeszcze jakieś dwa lata temu grywałam chętnie w proste gry logiczne na moim tablecie. Najczęściej umilały mi czas przejazdu busem do pracy i z powrotem, a także np. oczekiwanie w kolejce u lekarza. 

Najpierw dość długo grałam w grę typu bubble shooter, czyli popularne kulki :) Potem w grę polegającą na odnajdywaniu przedmiotów ukrytych na obrazku. Banalne, łatwe gierki? Może na pierwszych etapach. Byłam wytrwałym graczem, dotarłam więc do bardzo zaawansowanych etapów, które wymagały naprawdę dużej precyzji i logicznego myślenia.

Niestety, twórcy tych gier chyba nie do końca przygotowali się na to, że ktoś może w nie grać aż tak długo. Im wyższy etap, tym częściej gra się przycinała, wieszała, co było oczywiście dodatkową trudnością. Zaczęło dochodzić do sytuacji, jakich nie lubi chyba żaden gracz: kiedy po niemałym wysiłku ukończyłam szczególnie trudną planszę, ale gra zawiesiła się dokładnie w tym momencie i mój wynik nie został zapisany.

Oczywiście, pierwszy odruch w takiej sytuacji = rzucić tę durną grę! Ale może jednak chcesz grać dalej? W takim momencie dotarło do mnie, że skoro poradziłam sobie z pechową planszą raz, to z niewątpliwie ukończenie jej leży w zakresie moich możliwości. Może będzie to wymagało ode mnie kilku dodatkowych prób, ale z pewnością dam radę.

Moje ulubione gry logiczne nieźle wytrenowały mnie w cierpliwości i w spokojnym powtarzaniu tych samych czynności. Chyba nietrudno się domyślić, jak bardzo przydały mi się te umiejętności w wychowywaniu dziecka.

Zabawne?


Może to wszystko, o czym piszę, wydaje się niezbyt poważne.i po prostu śmieszne. Myślę jednak, że dla wielu osób z mojego pokolenia gry komputerowe były istotnym elementem codziennej rzeczywistości. Jeśli kształtowało nas otoczenie, przeczytane książki, obejrzane filmy, to i gry, w które graliśmy, na pewno miały w tym swój niemały udział. Jestem o tym przekonana!

Może podzielicie się wspomnieniami dotyczącymi Waszych ulubionych gier? :)

wtorek, 24 lipca 2018

Podróż sentymentalno-próżna, czyli: o moim wyglądzie.

Fot. Joanna Schönborn-Tomczak
Kiedy zaczynam pisać ten tekst, zainspirowana publikacjami nieco młodszych koleżanek po fachu, czuję się trochę tak, jakbym znowu była nastolatką. To wówczas wygląd miał dla mnie tak wielkie znaczenie. W pewnym okresie był dla mnie chyba nawet najważniejszy. Szukałam w nim winy za wszystkie moje niepowodzenia. W trudnych chwilach był dla mnie gwoździem do trumny; wydawało mi się, że różne przykrości i nieciekawe sytuacje byłoby łatwiej znieść, gdybym doświadczała ich będąc piękną. 

Nie obwiniam za ten stan rzeczy nikogo, a już na pewno nie moich rodziców, którzy zdecydowanie nie tego dla mnie chcieli. Myślę, że to był po prostu etap w moim życiu, przez który musiałam przejść i bez którego nie byłabym tą osobą, którą jestem teraz.

Ale zacznijmy od początku.

Dawno, dawno temu...


... był taki magiczny czas zwany dzieciństwem, kiedy mój wygląd był dla mnie zupełnie nieistotny. Trwało to nawet całkiem długo, gdzieś do dziesiątego roku życia. Jak wnioskuję ze zdjęć i z zapamiętanych komplementów od różnych osób, byłam raczej ładnym dzieckiem. Sama natomiast nie uważałam się za ładną. W porównaniu z moimi ulubionymi postaciami z bajek i filmów, z piosenkarkami i aktorkami, wydawałam się sobie nijaka i bezbarwna. Ale nie przeszkadzało mi to. Wystarczało mi w zupełności, że potrafiłam sobie wyobrazić, że jestem piękna. Albo, że kiedyś będę. W moich zabawach mogłam być nawet najpiękniejszą osobą na świecie. Więcej nie potrzebowałam.

Nie przeszkadzało mi ani trochę, że moje koleżanki z klasy są ładniejsze ode mnie. Wręcz przeciwnie, bardzo się cieszyłam, że mam w swoim otoczeniu takie śliczne dziewczynki. One były ładniejsze, za to ja dużo łatwiej przyswajałam wiedzę. I ładnie śpiewałam.

Żałuję, że nie byłam w stanie zachować dłużej takiego fajnego podejścia. Niestety, okres dorastania był dla mnie bezlitosny. Zaczęłam czuć się okropnie brzydka, wstrętna, niezgrabna i szarobura. Już nie wystarczała mi wyobraźnia ani pocieszające wizje mojej przyszłej urody. Czułam się złapana w pułapkę bez wyjścia, w potworną pułapkę brzydoty.

Metamorfoza


To było moje wielkie marzenie. Z zapałem śledziłam w książkach i młodzieżowych filmach wątek przemiany brzydkiego kaczątka w śliczną, przebojową łabędzicę. Nawet jeśli w tych historiach było jakieś drugie dno, jakiś głębszy sens, to ja dostrzegałam tylko tyle: nieatrakcyjna dziewczyna staje się ładna (najczęściej dzięki pomocy jakiejś dobrej wróżki), zyskuje popularność, zdobywa chłopaka. Wierzyłam, że gdy będę atrakcyjna, wszystkie moje problemy przestaną istnieć.

W rzeczywistości ta prawdziwa metamorfoza przyszła niepostrzeżenie, jakoś pomiędzy jednym a drugim rokiem w szkolnej ławie, gdzieś na etapie liceum. Wtedy niemal wszystkie niepozorne dotąd dziewczyny niespodziewanie rozkwitały i piękniały, odkrywały, że i one mogą się komuś podobać. Mnie też to nie ominęło. 

Wcześniej jednak miałam również swoje wielkie momenty, chwile i zdarzenia z perspektywy czasu nieistotne, ale bardzo ważne dla nastolatki, którą byłam. Chwile, w których czułam się piękna. Najczęściej były związane ze zmianą fryzury. Na przykład wtedy, kiedy zaczęłam przychodzić do szkoły w rozpuszczonych włosach. Nigdy nie zapomnę, jak na wycieczce szkolnej fotograf, który robił nam pamiątkowe zdjęcie żartował, że za parę lat będą u nas w mieście wybory miss i będzie problem, kogo wybrać. Po czym jako jedną z "kandydatek" wskazał mnie! Mnie, brzydkie kaczątko! To był jeden z takich momentów w życiu dorastającej dziewczynki, który zostaje na zawsze zachowany w pamięci kobiety. Moje śliczne koleżanki pewnie słyszały podobne słowa wielokrotnie. Dla mnie to było nowe, cudowne, niespodziewane przeżycie.

Pamiętam też, jak fryzjerka-cudotwórczyni dokonała na mojej nieujarzmionej grzywie prostego zabiegu cieniowania i wydobyła stamtąd śliczne loczki, o jakich marzyłam. Zmiana była na tyle ogromna, że - jak się dowiedziałam później - jedna osoba z naprawdę bliskiego otoczenia była przez lata przekonana, że zrobiono mi wówczas trwałą ondulację. 


Wiele osób z mojego otoczenia odbierało moje próby stania się atrakcyjniejszą bardzo negatywnie. Byli przyzwyczajeni do nieśmiałej, niepozornej dziewczyny, jaką byłam. Podejmowane przeze mnie zmiany postrzegali jako sztuczne, wymuszone, jako udawanie kogoś, kim nie jestem, jako desperackie próby zwrócenia na siebie uwagi. Jeśli jednak mogłabym poradzić coś młodej, dorastającej dziewczynie, która chciałaby zmienić coś w sobie i obawia się reakcji otoczenia, moja rada brzmi: zrób to! Ci ludzie nie są przypisani Tobie na zawsze. Prędzej czy później trafisz w nowe środowisko i oni zobaczą Ciebie już taką, jaką chcesz im pokazać. 

Inspiracja, role model?


Tak, był ktoś taki w moim życiu. Nie, nie podam nazwiska - jest zbyt mało znane, by mieć dla Was znaczenie, a dla mnie mówienie o tym jest mimo wszystko nadal dość krępujące.

Przez lata przyzwyczaiłam się do myślenia, że to dziwne, szalone, nienormalne i nie świadczy za dobrze o moim zdrowiu psychicznym: tak bardzo fascynować się kimś i wszystkim, co dotyczy tej osoby. Marzyć o tym, by być kimś innym. Szkoda, że nie usłyszałam wówczas w porę, że to jest zupełnie normalne i bardzo częste u młodych ludzi.

Trochę żałuję, że mój czas fascynowania się i inspirowania kimś innym nie przypadł na późniejsze lata, kiedy poznałam różne osoby, które znalazły w takim podejściu swój pomysł na siebie. Na przykład:
- koleżanka, która nigdy nie kryła fascynacji jedną z legend kina, ma wiele gadżetów z jej wizerunkiem, nieraz pozowała do sesji zdjęciowych inspirowanych tą postacią;
- kolega, który odtwarza repertuar i styl wybitnego polskiego wokalisty i robi to po mistrzowsku;
- kolega, który stylizuje się na postać ze znanej gry;
- koleżanka, która nie kryje się ze swoją miłością do postaci z filmów animowanych, które pamiętam z dzieciństwa, sama szyje sobie wspaniałe stroje i regularnie uczestniczy w imprezach dla cosplayerów.

Bardzo podziwiam to, co robią i trochę im zazdroszczę. Dlaczego sama nie pójdę w ich ślady? Bo już od dawna mi nie zależy.
Zrobiłam sobie jakiś czas temu kilka zdjęć, na których wyglądam podobnie do tej osoby, która tak mnie inspirowała przez lata. Nie dlatego, że to było dla mnie ważne, zrobiłam je, bo mogłam. Popatrzyłam później na nie z uśmiechem: jak łatwo spełnia się wielkie marzenia z dzieciństwa i jak błahe się wówczas wydają! Miło było popatrzeć na te zdjęcia, ale nie zmieniły one nic w moim życiu, nie pomogły mi znaleźć fajnej pracy czy pozbyć się problemów, z którymi się wówczas borykałam.

Fot. Sylwia Łęcka
Nawet jeśli w którymś momencie, w międzyczasie niepostrzeżenie stałam się piękna, tak jak zawsze tego chciałam, nie zmieniło to w moim życiu zbyt wiele. Ta piękniejsza wersja mnie też miewa nieraz w życiu pod górkę, też bywa sfrustrowana i smutna, też czasami czuje, że sobie nie radzi. A kiedy coś mi się udaje, kiedy czuję się szczęśliwa, kochana i spełniona, nawet nie przejdzie mi przez myśl: to dlatego, że tak dobrze wyglądam! :)

Obecnie


Może ciężko Wam będzie w to uwierzyć, ale: zupełnie nie ma dla mnie znaczenia, czy jestem uważana za osobę atrakcyjną.

Oczywiście, i ja mam swoje momenty słabości, kiedy czuję się brzydka i jest mi z tego powodu smutno. Jednak na ogół jest mi to zupełnie obojętne.

Dlaczego? Powody są dwa. Po pierwsze, nie ma nic bardziej subiektywnego niż kryteria oceny ludzkiej urody. Oglądałam niedawno pewien konkurs piękności. Uwielbiam je oglądać, lubiłam to nawet w czasach, gdy miałam potworne kompleksy - zawsze sobie tłumaczyłam, że i tak jestem za niska na miss, więc nie ma sensu się porównywać z tymi wysokimi pięknościami ;) No i w tym niedawno oglądanym konkursie nagrodzona została dziewczyna, której nigdy w życiu bym nie wybrała. 

Pomyślałam wówczas, że skoro kryteria jury są dla mnie tak niejasne, to nie mam pojęcia, jak to samo jury oceniłoby moją urodę. Może to, co wydaje mi się niedoskonałe i dyskwalifikujące, byłoby w ich oczach piękne i godne nagrody?

Niby istnieje jakiś w miarę uniwersalny kanon urody: duże oczy, mały nos, usta wąskie, ale pełne, łagodna linia żuchwy. Ale popatrzcie chociażby na Julię Roberts. Nie posiada tych cech, a jednak wielokrotnie zdobywała tytuł Najpiękniejszej Kobiety Świata.

Po drugie - dlaczego nie zależy mi na tym, by być atrakcyjną? Bo uważam, że to byłoby... niesprawiedliwe.

Znacie takie sytuacje, gdy bardzo staracie się, by coś osiągnąć, inwestujecie w to swój czas i pieniądze, a komuś innemu to samo spada z nieba, bez żadnego wysiłku? Dajecie z siebie wszystko, mozolnie pniecie się po kolejnych szczeblach, a ktoś inny wchodzi tylnymi drzwiami i dostaje to samo, a nawet coś lepszego? Ja spotkałam się z tym nieraz, byłam zarówno osobą, która musiała długo na coś pracować, jak i osobą, której coś przychodzi z łatwością - w moim przypadku jest to np. przyswajanie wiedzy. Wiem, że takie sytuacje są trudne i można się wówczas poczuć niesprawiedliwe potraktowanym przez los.

Wiem, jak bardzo niektóre kobiety dbają o swój wygląd. Chodzą regularnie do fryzjera, kosmetyczki, na siłownię, na różne zabiegi. Odmawiają sobie przysmaków, by dbać o linię i o cerę. Inwestują w kosztowne kosmetyki.i w ubrania odpowiednie dla ich typu sylwetki. Codziennie malują się starannie przed wyjściem z domu, dbają o fryzurę. Wieczorem stosują całe rytuały, by jak najlepiej zadbać o skórę. Pielęgnacja urody to jeden z ważnych elementów ich życia codziennego.

A ja? Praktycznie w ogóle się nie maluję. U fryzjera byłam ostatnio jeszcze przed urodzeniem Roberta, u kosmetyczki... chyba przed ślubem kościelnym. Słowo "dieta" najchętniej wykreśliłabym ze słownika, nie odmawiam sobie absolutnie niczego poza alkoholem i kawą. Ubrania noszę te same, co kilka lat temu, przecież nadal pasują i jeszcze się nie zużyły. Za bardzo. Moja pielęgnacja skóry polega na tym, że ją myję :) Czasem jeszcze jakiś krem wklepię.

Gdy pozuję do zdjęć, to co innego.

Fot. Marta Droździak
Czuję wówczas odpowiedzialność, by wraz z fotografem stworzyć możliwie najlepszy obraz. Mam świadomość, że mój niekorzystny wygląd mógłby płynąć bardzo negatywnie na efekt końcowy. Dlatego robię co mogę, by wyglądać jak najlepiej na zdjęciu. Maluję się najlepiej jak potrafię, często też korzystam z pomocy wizażystek, które robią to o wiele lepiej niż ja. Starannie dobieram stylizację. 

Za to na co dzień - włosy spięte lub "na bezdomną", makijaż robiony w samochodzie albo w ogóle, ubranie wygodne i w miarę dostosowane do warunków pogodowych. Oto ja!

Dlatego nie zależy mi na tytule najpiękniejszej i bez żalu oddaję palmę pierwszeństwa osobom, którym się ona bardziej należy.

Ja i tak zawsze będę Królową Piękności - w oczach moich najukochańszych chłopaków! :)

Fot. Joanna Schönborn-Tomczak

Zachęcam gorąco do odwiedzenia stron, na których autorzy zamieszczonych w tym tekście zdjęć prezentują swoje dokonania:

Joanna Schönborn-Tomczak: Przerwa w dostawie deszczu
Marta Droździak: "Serce w obiektywie"
Sylwia Łęcka: Sylwia Łęcka Photography



piątek, 20 lipca 2018

W szpitalu z małym dzieckiem.


To nie jest artykuł poradnikowy. Kto wie, może wyłuskacie z niego jakieś przydatne wskazówki dla siebie. Ja chcę przede wszystkim podzielić się z Wami moimi własnymi odczuciami.

Pragnę zacząć od wyrazów najszczerszego uznania i podziwu dla rodziców, których dzieci chorują często lub przewlekle i w związku z tym szpital jest dla nich drugim domem. Jesteście wielcy. Ja po tych trzech dniach czuję się, jakbym wróciła z obozu przetrwania.

W szpitalach zawsze czuję się strasznie nieporadna, jak słoń w składzie porcelany. Nie wiem, gdzie iść, kogo pytać, co mi wolno... Zdaję sobie sprawę z tego, że moje zagubienie wynika z faktu, że nie jestem przyzwyczajona do szpitalnych warunków. I że to oznacza, że jestem szczęściarą. Te wszystkie mamy, które doskonale orientują się w środowisku szpitalnym, z pewnością musiały spędzić tam mnóstwo czasu. Pewnie nieraz czuły się o wiele bardziej bezradne niż ja.

Zabieg chirurgiczny u półtorarocznego dziecka.


Robert miał we wtorek prosty zabieg polegający na usunięciu wady wrodzonej. Takie operacje przeprowadza się zwykle u dzieci, które skończyły rok, jednak nie starszych niż 20 miesięcy. Wówczas - zgodnie ze stanowiskiem lekarzy - dziecko wkracza w najtrudniejszy wiek, kiedy jest ruchliwe i łatwo może sobie zrobić krzywdę, a niewiele można mu jeszcze wytłumaczyć. Gdybym wiedziała wcześniej, że to ruchliwość i "trudność" dziecka jest głównym przeciwwskazaniem, nie zdecydowałabym się na zabieg w tym terminie. Można go przeprowadzić również później, po ukończeniu przez dziecko czwartego roku życia. Robert jest ruchliwy już teraz, już od dobrych kilku miesięcy, a w zasadzie od zawsze.

Mądrzejsza o nową wiedzę i o doświadczenie szpitalne, pragnę odradzić Wam, drogie mamy, planowanie zabiegów u dziecka około półtorarocznego, dwuletniego, w tym "trudnym wieku" - same wiecie najlepiej, kiedy przypada ten czas u Waszego dziecka. Wiadomo, pewnych rzeczy nie da się zaplanować ani przełożyć na inny termin. Jeśli jednak się da - polecam dobrze to przemyśleć.

Półtoraroczne dziecko płacze nie dlatego, że jest niegrzeczne.


Samo zestawienie słów "półtoraroczne" i "niegrzeczne" brzmi dla mnie abstrakcyjnie. Niegrzeczna to mogłam być ja po nieprzespanej nocy, kiedy kolejna pielęgniarka próbowała przemówić do rozsądku mojemu zapłakanemu synkowi - wydaje mi się jednak, że zachowałam mimo wszystko elementarne zasady kultury.

Półtoraroczne dziecko płacze, bo ma wbity w rączkę jakiś dziwny przedmiot, którym nie może się nawet bawić i który prawdopodobnie powoduje u niego jakiś dyskomfort.

Płacze, bo do tego przedmiotu została przypięta jakaś rurka, która mu przeszkadza i nie można jej stamtąd zabrać. Mama tłumaczy mu, że ta rurka ma mu pomóc, ale on jeszcze nie czuje, żeby to mu jakoś pomagało.

Płacze, bo jest zmęczony i śpiący, ale nie może zasnąć w pokoju pełnym światła. W domu zawsze zasypiał po ciemku. Do tego łóżeczko, w którym ma spać, jest inne niż jego domowe łóżeczko, może w jego odczuciu niewygodne? 

Płacze, bo chce mu się jeść i pić i nie rozumie, dlaczego mama nie może mu nic dać. Przecież zawsze mogła.

Nie rozumie, że nie powinien płakać, bo pobudzi inne dzieci. Dla niego to abstrakcja. Po pierwsze, on wcale nie musi wiedzieć, że te inne dzieci są gdzieś na oddziale. Pierwszej nocy mieliśmy salę tylko dla siebie, do innych sal nie zaglądaliśmy, Robert mógł nie być świadom obecności tych dzieci. Po drugie, on jeszcze nie wie, że obudzenie kogoś może być uznane za przejaw złego zachowania. Nigdy nie spotkał się z negatywną reakcją, kiedy kogoś obudził. Zawsze spotykała go wówczas miłość, czułość i ukojenie. Teraz mógł liczyć tylko na miłość i czułość, o ukojenie było ciężko.

Półtoraroczne dzieci potrafią płakać z powodów, które w naszych dorosłych oczach są jeszcze bardziej błahe. Każdy rodzic to zna, prawda? Płacz, bo nie dostał tego, co chciał, bo nie radzi sobie jeszcze z emocjami... Zrozumiałe więc, że kiedy dziecko ma prawdziwy powód do płaczu, prawdopodobnie będzie płakać. A w jego sytuacji niejeden dorosły również odczuwałby dyskomfort. Daleko nie szukając, ja sama płakałam w innym szpitalu półtora roku wcześniej, tylko mój płacz nikogo nie alarmował. Dorosły człowiek już wie, że czasem musi zapanować nad sobą i nie okazać, że jest mu źle. Malutkie dziecko jeszcze tego nie wie.

Trafiliśmy na oddział...


... znacznie później niż to było planowane, z powodu pewnego nieporozumienia. W oczach pani z sekretariatu pewnie zawsze już będę tą matką, która nie wie/nie pamięta, w jakiej poradni była z dzieckiem kilka miesięcy wcześniej. Bo raczej nie uwierzyła w fakt, że Robert został skierowany na zabieg przez poradnię, w której nigdy w życiu nie był. Ot, szpitalna magia :)

Pewnie nie powinnam tego pisać, ale... cieszę się, że doszło do tego spóźnienia. Dzięki niemu spędziliśmy z Robertem kilka godzin mniej w zamkniętym pomieszczeniu, w którym nawet nie mógł dobrze się pobawić, bo musiał uważać na wbity w rączkę wenflon. Sala z zabawkami była, owszem, dostępna, ale tylko do godziny 12:00.

Robert bawił się jednak świetne. Chował się w szafie, wchodził pod łóżka, wspinał się na stół, a nawet na parapet. Podobał mu się ten nowy pokój pełen dziwnych sprzętów. 

Problem zaczął się w nocy, gdy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jesteśmy w miejscu, które nigdy nie zasypia. Robert potrafi się zdrzemnąć w każdych warunkach (choć im jest starszy, tym trudniej o to), jednak kiedy już ma spać w nocy, przeważnie potrzebuje ciszy i ciemnego pokoju. Nie mogłam mu zapewnić ani jednego, ani drugiego. Mimo zgaszonego światła i opuszczonych żaluzji w pokoju było jasno jak w dzień. W akcie desperacji odważyłam się na dość niekonwencjonalny krok - zamknęłam się z malutkim w łazience i tam go wreszcie uśpiłam. Nie na długo. Zaledwie dwie godziny później przyszła pielęgniarka z kroplówką. Wystraszony, rozżalony, zmęczony, głodny i spragniony Robert nie zasnął aż do rana.

Potem było już lepiej. Wyczerpane dzieciątko przez większość dnia spało lub siedziało spokojnie na kolanach moich lub męża. Choć według jednej z pielęgniarek Robert płakał cały dzień. Ciekawe, skąd miała takie rewelacje, bo ja jej na naszej sali nie widziałam.

Na zabieg poszedł późno, bo po 14:00, ufnie wtulony w ramiona pielęgniarki. Obdarzał wszystkich ogromnym zaufaniem i ze spokojem reagował na wszystko, co mu robiono. Był ponoć jedynym dzieckiem, które nie płakało przy pobieraniu krwi ani przy usuwaniu cewnika. Po zabiegu wrócił do nas dopiero po 18:00, bo długo spał. 

Następna noc była o tyle łatwiejsza, że oboje spaliśmy, choć z częstymi przerwami. Ostatniego dnia Robert, uwolniony od kroplówki i cewnika, był już radosny i pełen energii jak zawsze.

Matka też człowiek?


Kiedy porównuję obecne standardy opieki szpitalnej nad dziećmi z tym, co pamiętam z własnego dzieciństwa i z opowiadań innych osób, widzę ogromną zmianę. Kiedyś nie było mowy o tym, żeby mama przebywała z dzieckiem 24 godziny na dobę. Pamiętam, że kiedy ja byłam w szpitalu jako dziecko, mama przyjeżdżała do mnie tylko na niezbyt długie odwiedziny. Cały pobyt był dla mnie jak takie trochę inne kolonie, choć ból i inne dolegliwości nie pozwalały nacieszyć się w pełni tymi "koloniami".

Znam też dosyć przerażające historie o przywiązywaniu dzieci do łóżek. I jeszcze gorsze, choć w te akurat nie do końca wierzę.

Cieszę się, że obecnie ta opieka szpitalna jest o wiele bardziej przyjazna dla dzieci. Myślę jednak, że mogłaby być przy tym nieco bardziej przyjazna dla rodziców przebywających z dziećmi.

W szpitalu, w którym byliśmy - a jest to jeden z najbardziej renomowanych szpitali dziecięcych w Polsce - rodzic ma całą listę praw i zakazów. Zacznę od zakazów. Nie wolno jeść na sali, na której leży dziecko. Nie wolno wnosić tam gorących napojów. Nie wolno korzystać z toalety znajdującej się w obrębie sali - toaleta dla rodziców jest w zupełnie innym miejscu, dość oddalonym od dziecięcego łóżeczka. Nie wolno wyrzucać zużytych pieluch do kosza znajdującego się na sali - kosz na pieluchy znajduje się... obok toalety dla rodziców. Nie wolno przynieść ze sobą składanego łóżka ani materaca, na którym rodzic mógłby spać.

Wszystkie te obostrzenia mają oczywiście mniej lub bardziej logiczne uzasadnienie i chodzi w nich przede wszystkim o to, żeby zapewnić hospitalizowanemu dziecku sterylne i bezpieczne warunki. Dla rodzica przebywanie w takich warunkach przez kilka dni wiąże się jednak ze sporym dyskomfortem. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie wszystkie z tych zakazów są przestrzegane i nawet personel medyczny mocno przymyka na nie oko, ja jednak założyłam z góry, że w miarę możliwości będę starała się przestrzegać każdego z nich.

Jeśli chodzi o prawa - to oczywiście, prawo do przebywania z dzieckiem 24 godziny na dobę, możliwość skorzystania z łazienki z prysznicem, z bufetu, z jadalni. Tylko te wszystkie możliwości niewiele znaczą w sytuacji, gdy opiekujesz się półtorarocznym dzieckiem i nie możesz zostawić go samego nawet na krótką chwilę, bo nie masz pewności, czy ono w tym czasie nie wyrwie sobie kroplówki. Ja miałam o tyle dobrze, że mąż był przy nas niemal przez cały czas i dzięki temu mogliśmy się zmieniać. Nie każda kobieta może liczyć na podobne wsparcie. Jednak na noc mąż musiał jechać do domu - szpital pozwala tylko jednemu z rodziców na siedzenie przy dziecku w nocy. Przez całą noc byłam więc zdana na siebie, z płaczącym dzieckiem, łapiąc chwile na sen w fotelu, który był wygodny najwyżej przez pierwszą godzinę.

To pewne, że każda kochająca matka zniesie liczne trudy i wyrzeczenia dla swojego dziecka, które jej potrzebuje. Ale każda matka to też tylko człowiek, organizm ludzki, który bywa słaby i zawodny. Ja jestem w ciąży. Dzięki Bogu, przechodzę ją bardzo lekko, nie muszę co chwilę biegać do łazienki, nie mdleję, nie słabnę, mam dużą wytrzymałość fizyczną i psychiczną. Mogło być dużo gorzej. Boję się myśleć, na ile wówczas mogłabym liczyć na wsparcie i pomoc ze strony personelu. Teraz nie mogłam.

Tej pierwszej nocy, kiedy Robert tak bardzo płakał, wielokrotnie przychodziły do nas cztery różne pielęgniarki. Żadna z nich nie zapytała ani razu o moje samopoczucie. Wiem, to nie ja byłam ich pacjentką. Nie liczyłam na ich pomoc, jedynie na gest życzliwości, kurtuazji. Przecież gdyby nie było mnie przy łóżku dziecka, to one musiałyby tam siedzieć, kołysać go w ramionach, śpiewać mu o szaroburych kotkach i pilnować, żeby nie ciągnął rurki od kroplówki.

Chciałabym w tym miejscu wyrazić ogromną wdzięczność cudownej pielęgniarce, która okazała mi wsparcie następnej nocy. Nawet jeśli jej troska dotyczyła głównie tego, żebym zmęczona nie upuściła dziecka, to jednak ona pierwsza zobaczyła we mnie żywą osobę. Dziękuję też z całego serca wspaniałemu chirurgowi, który nie tylko bardzo sprawnie przeprowadził zabieg, ale też był przez cały czas niezwykle uprzejmy i troskliwy. Idealny lekarz. Naprawdę, mam łzy w oczach, kiedy o nim piszę.

Dziękuję wszystkim, którzy okazali nam pomoc i serdeczność. Również pani pielęgniarce z sali zabaw, której gorliwość i próby ingerencji w zabawy dzieci dosyć działały mi na nerwy, ale po chwili doceniłam ogrom jej dobrych chęci.

Robert wrócił do domu zdrowy, silny i radosny. I to jest dla nas najważniejsze. Ja? Wyspałam się, odpoczęłam. Wczoraj miałam dość silny kryzys związany z bólem pleców, chwilami dosłownie nie mogłam się ruszyć. Musiałam odchorować noce spędzone w fotelu. Ale już czuję się dobrze. Powoli wracamy do normalności :)

czwartek, 12 lipca 2018

A jednak to chłopiec!


Słuchajcie, ostatnie badanie USG nie pozostawiło już żadnych wątpliwości: Robert będzie miał młodszego brata :)

"Królowa jest tylko jedna", powiedział mi lekarz. Czy się ucieszyłam? W zasadzie od początku mówiłam, że każda opcja będzie mieć swoje zalety. Lubię być matką syna, bycie matką dwóch synów będzie z pewnością jeszcze wspanialsze. Trochę mi było tylko żal pięknego imienia, które wybraliśmy z mężem dla spodziewanej córki. Jakoś zawsze łatwiej było nam wybrać imię dla dziewczynki.

Zaskoczenie


Z niezbyt racjonalnych powodów zawsze byłam przekonana, że będę mieć córkę. Moja mama ma dwie córki. Większość moich koleżanek z dzieciństwa miało siostry, nie braci. Moim światem rządziły dziewczynki. Kolegów oczywiście też miałam, jednak ta płeć żeńska zdecydowanie dominowała w moim otoczeniu. Moje ulubione bohaterki literackie dorastały i rodziły córki. Nawet jeśli miały również synów, to jednak w książkach zdecydowanie więcej uwagi poświęcono córkom. Oczywiście, wymyślane przeze mnie postaci również miały córki, żebym mogła o nich wymyślać kolejne opowieści, a potem te córki też miały córki... :) Potem dorosłam, przez jakiś czas pracowałam jako opiekunka do dzieci. Tak się złożyło, że miałam same podopieczne. W sumie cztery dziewczynki w wieku od 5 miesięcy do 6 lat. Chłopcami zajmowałam się dosłownie kilka razy, w wyjątkowych sytuacjach, i byli to już duzi, w miarę samodzielni chłopcy. Można powiedzieć, że miałam doświadczenie w opiece nad małymi dziewczynkami, za to nie miałam doświadczenia w opiece nad małymi chłopcami.

W mojej wyobraźni dziecko, które miałam kiedyś urodzić, zawsze było dziewczynką. Patrzyłam na mojego męża i myślałam sobie, jaka piękna będzie nasza córka z jego niebieskimi oczami i dołeczkami w policzkach. Widziałam w sklepie sukieneczki i obiecywałam sobie, że nasza córka będzie takie nosiła. Kiedy zaszłam w ciążę, byłam przekonana, że urodzę dziewczynkę. Wybraliśmy dla niej trzy różne imiona i długo debatowaliśmy nad tym, które z tych trzech będzie najlepsze, które najłatwiej zdrobnić, które pozwoli na obchodzenie imienin w jakimś sensownym dniu... Jednak już na USG I trymestru okazało się, że nasza dziewczynka trojga imion posiada wybitnie męskie cechy anatomiczne :)

Urodził się więc mały Robert. W jednej chwili oszaleliśmy na jego punkcie i już nikt nie myślał o tym, że kiedyś wyobrażaliśmy sobie jakąś dziewczynkę zamiast niego :) Przekonałam się, że opieka nad chłopcem nie jest wcale trudniejsza niż opieka nad dziewczynką, trzeba tylko trochę bardziej uważać przy zakładaniu pieluchy, żeby siusiak nie był zadarty do góry - inaczej całe ubranko mokre! Zobaczyłam też, jak wiele wdzięku ma w sobie malutki chłopiec, kiedy uśmiecha się rozbrajająco lub wtula się słodko w ramiona rodziców.

Ale kiedy zaszłam w drugą ciążę, to byłam już przekonana, że tym razem spodziewam się córki! Z początku nie ufałam przeczuciom - w końcu już raz mnie zawiodły. Jednak na USG I trymestru maleństwo wyglądało na dziewczynkę. Lekarz mówił nam co prawda, że nie należy się tym sugerować, bo jeszcze jest trochę za wcześnie na rozpoznanie płci. Ale my "wiedzieliśmy" swoje. Przecież Robert na tym etapie już pokazał, że jest chłopcem. Poza tym przebieg mojej drugiej ciąży różni się wyraźnie od tej pierwszej. Inne objawy, inne smaki. Mój wygląd też jest inny. Poprzednio nawet w piątym miesiącu zdarzało się, że ktoś nie zauważył brzuszka. Teraz moja ciąża była ewidentna i widoczna już w drugim miesiącu.

A jednak. Chłopiec.

Obawa


Moje obawy są tak irracjonalne, że nie wiem, czy uda mi się je opisać tak, byście na pewno mnie zrozumieli. Postaram się jednak. 

Najbardziej obawiam się, że nie będę umiała zobaczyć różnicy między moimi dwoma synami. Nie, nie boję się, że nie będę umiała ich rozróżnić :) To akurat będzie łatwe: rezolutny, biegający  i wygadany blondynek to Robert, a łysy, bezzębny noworodek to jego młodszy brat. Chodzi mi o to, że dla mnie to będzie jak deja vu: drugi raz to samo, tak jakbym miała jeszcze jednego Roberta. Raczej na pewno będą do siebie bardzo podobni fizycznie. Czy będą mieć różne charaktery? Robert też jest jeszcze bardzo malutki. My uważamy, że ma fantastyczny charakter, ale tak naprawdę wiemy, że jego osobowość będzie się jeszcze dopiero kształtować. A większość jego cech, takich jak upór, niezłomność, ciekawość świata, przejawia tak naprawdę wiele dzieci w jego wieku. Bardzo możliwe, że jego braciszek będzie taki sam - zupełnie taki sam.

A może właśnie będę na siłę szukała w nich różnic, wpychała ich w szufladki zupełnie niezasłużenie? Będę twierdzić, że jeden jest pracowity, a drugi leniwy, jeden grzeczny, a drugi trudny, jeden wrażliwy, a drugi ma wszystko gdzieś, jeden odważny, a drugi się wszystkiego boi? Mniej lub bardziej świadomie wepchnę ich w te role, zamiast pozwolić im się rozwijać i kształtować po swojemu?

Wiem, że to mogą być bezsensowne obawy. W końcu tyle kobiet ma dwoje dzieci tej samej płci. Nie są identyczne. Ba, przecież nawet rodzice jednojajowych bliźniaków jakoś sobie radzą! Mimo wszystko, kiedy myślałam, że drugie z moich dzieci będzie dziewczynką, czułam się jakoś bardziej... gotowa.

Radość


Boże, to wszystko brzmi chyba, jakbym w ogóle się nie cieszyła? To nieprawda, cieszę się ogromnie! :) Będę mieć dwóch synków, dwóch braci. Na pewno będą ze sobą rywalizować, ale będą też się wspierać, wzajemnie mobilizować, uczyć się od siebie nawzajem. Będą się razem bawić w piratów, w policjantów, w strażaków, w kosmicznych wojowników, w co tylko zechcą. Będą grać razem w piłkę, ścigać się, walczyć na niby - na serio pewnie też, czasami... :) Czeka ich mnóstwo wspaniałych chwil spędzonych razem. No i zawsze każdy z moich synów będzie mógł powiedzieć "mam brata!".

A ja - nigdy (prawdopodobnie) nie będę musiała mierzyć się z wyzwaniem, jakim jest wychowanie dziewczynki.
Mimo wszystko świat nadal patrzy bardziej pobłażliwie na chłopców. Chłopcom więcej wolno. Od dziewczynki oczekuje się, że będzie grzeczna, ułożona, staranna. Jak miałabym tego dokonać? Wychować młodą damę, gdy sama jestem wszystkim, tylko nie damą? Nauczyć się zaplatać warkoczyki, dbać o to, by sukieneczka i rajstopki zawsze były w idealnym stanie? Natura wiedziała, co robi, obdarzając mnie chłopcami...

Nie będę nigdy musiała uczyć mojej córki tej przedziwnej równowagi między asertywnością a ostrożnością. Nie będę musiała tłumaczyć jej, że jeśli coś jej się stanie, to nie jest jej wina, ale mimo wszystko chciałabym, żeby uważała... Nie będę musiała uczyć jej, że jej ciało jest wspaniałe i nie jest powodem do wstydu, ale wolałabym jednak, żeby nim zbytnio nie epatowała, zwłaszcza w pewnych sytuacjach. Nie będę musiała szukać rozwiązań, jak jej to wszystko przekazać i nie dać się zapędzić w kozi róg przez jej pytania "ale dlaczego?", "ale przecież mówiłaś, że...?".

Nie będę musiała patrzeć, jak zmaga się z kompleksami, szukać sposobu, by jej w tym ulżyć i jednocześnie uspokajać samą siebie, że ona kiedyś zrozumie, że uroda nie jest najważniejsza na świecie.

Cieszę się, naprawdę. Nie spodziewałam się tego, wyobrażałam sobie, że będzie inaczej, ale teraz myślę, że moi trzej wspaniali mężczyźni - dwaj synowie i ich tata - to najlepsze, co mnie w życiu spotkało.

A dziewczynka... Może kiedyś będę miała wnuczkę? ;)



poniedziałek, 9 lipca 2018

Festiwal Kolorów - najczęstsze mity kontra fakty.


O Festiwalu Kolorów pisałam tutaj już raz, nieco ponad rok temu. Przez cały ten rok kolory stanowiły - i nadal stanowią - ogromnie ważną część mojego życia. To dla mnie nie tylko praca. To praca, którą uwielbiam, wykonywana wspólnie z fantastycznymi ludźmi, praca, w efekcie której powstają rewelacyjne, kolorowe, radosne, roztańczone imprezy, na które przychodzą tłumy pozytywnie zakręconych osób. Dobrze jest być częścią czegoś tak wspaniałego.

Mój entuzjastyczny stosunek do Festiwalu Kolorów sprawił, że nie do końca zdawałam sobie sprawę z różnych błędnych przekonań, które tu i ówdzie krążą na temat tych imprez. Teraz, kiedy już o nich wiem, chciałabym się odnieść do niektórych z nich.

Czy na Festiwalu Kolorów czci się hinduistyczne bóstwa?

NIEPRAWDA! Faktem jest, że korzenie kolorowych imprez sięgają do Indii i tamtejszego święta Holi, obchodzonego w pierwszy dzień Wiosny. Jednak do Polski ta tradycja przywędrowała nie z Indii, a z zachodniej Europy. Jest to festiwal muzyczny, wolny od ideologii, otwarty dla każdego. Jego najważniejszą ideą jest radość i wspólna zabawa :)

Czy proszki Holi są aby na pewno bezpieczne?

TAK!
 Ich skład to: talk, mąka kukurydziana oraz naturalne barwniki (ok. 5%). Są regularnie i dokładnie badane, posiadają wszystkie potrzebne unijne certyfikaty świadczące o ich nietoksyczności i bezpieczeństwie dla zdrowia. Reagują dobrze ze skórą. Nie są palne.

Pojawiają się nieraz pytania, czy Kolory Holi są bezpieczne dla osoby na diecie bezglutenowej. Talk jest bezpieczny. Mąka kukurydziana jest natomiast zalecana jako zamiennik mąki zawierającej gluten dla osób z celiakią, jednak jak wiadomo kukurydza także zawiera białka należące do grupy glutenu i są sytuacje, w których ona także może uczulać. Naturalne barwniki pozyskiwane są z roślin, dlatego nie możemy zagwarantować, że te nie mają w sobie glutenu. Barwniki jednak stanowią tylko ok 5% kolorku, więc nie powinny sprawić większego problemu. Podsumowując, kolory powinny być bezpieczne dla osób na diecie bezglutenowej, ale zalecamy ostrożność i konsultację z lekarzem jeśli wystąpiłyby jakiekolwiek objawy nietolerancji glutenu.

Czy jak pójdę na Festiwal Kolorów, to wrócę umorusany/a od stóp do głów?

TAK i NIE. Ja osobiście bardzo lubię się kolorowo wybrudzić na Festiwalu Kolorów, mam jednak świadomość, że nie każdemu to odpowiada. Niektórzy przychodzą, by się dobrze bawić, ale po wszystkim nie chcieliby robić sensacji na ulicy. Wystarczy stanąć nieco z boku, nie mieszać się w skaczący pod sceną tłum - i jesteśmy nietknięci!
Tak naprawdę trzeba się nieźle postarać, żeby wybrudzić się tak jak te osoby na zdjęciu:

Na zdjęciu my z prowadzącą Pytanie na Śniadanie, Marceliną Zawadzką

Czy moje ubrania będą się nadawały tylko do wyrzucenia? :)

NIEPRAWDA! To nie jest farba ;) Kolory Holi mają konsystencję pudru, który można nawet dość łatwo strzepać z materiału, jeśli jest w niewielkiej ilości. Z łatwością schodzą z ubrań i z ciała. Przetestowane na własnej skórze, i to nieraz!

Czy jest możliwość, że zdjęcie zrobione mi na Festiwalu Kolorów zostanie opublikowane w sieci?

TAK. Kiedy bierzesz udział w imprezie masowej, możesz pojawić się w relacji zdjęciowej z tej imprezy jako część publiczności. Jednak w sytuacjach, gdy zdjęcie przedstawia tylko jedną osobę, a ta osoba nie życzy sobie, by jej twarz widniała w galerii, bez wahania (choć nieraz z żalem) usuwamy takie zdjęcie.

Czy Festiwal Kolorów to impreza tylko dla dzieciaków?

A SKĄD! Ze mnie na przykład żaden dzieciak ;) Festiwal Kolorów to impreza bez ograniczeń wiekowych, mile widziani są i najmłodsi, i najstarsi, wszyscy w wieku od 0 do 100 i jeszcze starsi :) Prawdą jest, że średnia wieku bawiących się osób jest z reguły dość niska, ale zawsze znajdą się również nieco starsi amatorzy kolorowej zabawy :)


A teraz poważniej - czy na Festiwalu Kolorów grozi mi jakieś niebezpieczeństwo?

Niech to będzie jasne: żaden organizator masowej imprezy nie da Ci stuprocentowej gwarancji, że nic złego nie ma prawa Ci się przydarzyć. W końcu nawet na prostej drodze można się potknąć i złamać nogę - tak, to również sprawdziłam na własnym ciele ;)

Organizatorzy Festiwalu Kolorów robią wszystko, co w ich mocy, by uczestnicy imprezy mogli czuć się bezpiecznie. Teren imprezy jest monitorowany przez ochronę, na miejscu jest straż pożarna i służby medyczne. Zależy nam na tym, żebyście bezpiecznie wrócili do domu :)

Czy każda kolorowa impreza to Festiwal Kolorów?

Oj, NIEPRAWDA. Choć może byśmy tego chcieli ;) Każda dobra inicjatywa szybko znajduje naśladowców, tak też było i w tym przypadku. Nieraz słyszymy o kolorowych imprezach, z którymi nie mamy nic wspólnego. Bywa to kłopotliwe, bo nie możemy ręczyć za jakość tych imprez ani stosowanych podczas nich proszków Holi. W razie jakichkolwiek wątpliwości: jedyny prawdziwy Festiwal Kolorów to Festiwal Kolorów! :)

Pełny wykaz imprez dostępny jest zawsze na stronie www.festiwalkolorow.pl. W tym roku będzie kolorowo jeszcze w następujących miastach:

14.07 Cieszyn
21.07 Rzeszów

15.08 Gorlice
19.08 Szczecin
25.08 Giżycko
26.08 Częstochowa

08.09 Opole

Na deser mam dla Was ciekawostkę: nagranie z odcinka programu Pytanie na Śniadanie, w którym opowiadamy o naszych imprezach :) Zobaczcie, jak świetnie się bawiliśmy!

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/37575808/wielki-pojedynek-na-kolory-indyjskie-swieto-holi
http://pytanienasniadanie.tvp.pl/37575841/wielki-pojedynek-na-kolory-indyjskie-swieto-holi-final



czwartek, 5 lipca 2018

"Żółte oczy krokodyla" i inne książki Katherine Pancol.


"Niech pani mnie dobrze posłucha... Jeżeli ja nie uwierzę w siebie, to kto we mnie uwierzy? Jeżeli ja nie jestem w stu procentach pewna siebie, to kto będzie? Trzeba pokazać ludziom, że jesteśmy wspaniałe, bo w przeciwnym razie nie będą o tym wiedzieć."

To cytat z trzeciej części trylogii Katherine Pancol, z książki zatytułowanej "Wiewiórki z Central Parku są smutne w poniedziałki". Doskonale oddaje on jednak charakter i przesłanie całej serii. 

Jakiś czas temu przyszło mi do głowy, że chętnie porozmawiałabym z kimś o książkach Katherine Pancol, zwłaszcza o pierwszej części trylogii - "Żółte oczy krokodyla". Jednak niewiele osób spośród moich znajomych czytało te książki. A szkoda, bo mimo pewnych wad, o których wspomnę później, są to świetnie napisane książki, które czyta się dosłownie jednym tchem.

"Żółte oczy krokodyla"


To historia dwóch sióstr, mieszkanek Paryża. Josephine, niepozorną pracownicę naukową, matkę dwóch dorastających córek poznajemy w bolesnym momencie, gdy niespodziewanie opuszcza ją mąż. Dla kobiety, zupełnie nieświadomej kryzysu w ich małżeństwie, jest to cios w samo serce. Na domiar złego okazuje się, że nie wiedziała o czymś jeszcze: o potężnym długu zaciągniętym przez męża. Josephine musi szybko znaleźć dodatkowe źródło dochodu, aby utrzymać siebie i swoje córki.

Jej starsza siostra, Iris, ma z kolei wszystko. A przynajmniej tak się wydaje. Jest piękna, bogata, obraca się wśród elit, nie brakuje jej pewności siebie. Doskwiera jej jednak nuda. Jej małżeństwo coraz bardziej przypomina sztuczny, papierowy układ niż prawdziwą relację dwojga ludzi - Iris zaczyna nawet podejrzewać męża o homoseksualizm. Brakuje jej zajęcia, czegoś, co doda jej życiu treści i sprawi, że ludzie zaczną traktować ją poważniej i zobaczą w niej coś więcej niż tylko znudzoną bogaczkę. 

Pewnego dnia Iris wpada na pomysł, którego realizacja może pogodzić potrzeby obu sióstr. Bez wahania składa Josephine przedziwną propozycję współpracy. Josephine napisze powieść, ale cały świat będzie myślał, że autorką jest Iris. Josephine otrzyma wszelkie finansowe korzyści wynikające z faktu wydania książki. Iris zyska sławę i zaszczyty przynależne autorce bestsellera. Bo to, że jej siostra napisze bestseller, jest dla Iris oczywiste.

Sama Josephine, która do tej pory pisała jedynie prace naukowe, jest nastawiona o wiele bardziej sceptycznie do tego pomysłu. Nie wierzy w swoje możliwości, nie chce też popełniać oszustwa, dlatego w pierwszej chwili odmawia. Jednak perspektywa wyjścia z finansowej katastrofy, a także wewnętrzny impuls pchający ją do pisania sprawia, że Josephine zgadza się na układ. Niespodziewanie dla samej siebie odkrywa, że pisanie jest jej prawdziwą pasją, a powieść, pisana początkowo tylko i wyłącznie dla pieniędzy, staje się wyjątkowo bliska jej sercu.

Jak rodzi się talent


"Żółte oczy krokodyla" to tak naprawdę jedna z wielu opowieści o tym, jak zahukana, nieświadoma swoich zalet kobieta, która nagle musi walczyć o przetrwanie, w efekcie rozwija skrzydła i przekonuje samą siebie o tym, ile tak naprawdę jest warta. Jest to przy tym wyjątkowo przyjemna lektura, w której każda postać jest żywa, każdą łatwo sobie wyobrazić i polubić lub chociaż zrozumieć motywy jej postępowania. Wyjątkowo pięknie opisana jest trudna relacja Josephine z jej starszą córką, Hortense, która obwinia matkę o odejście ojca i w ogóle uważa ją za życiową niedorajdę. Jednak, gdy sytuacja tego wymaga, Hortense staje po stronie matki.

Jeśli lubicie książki naszpikowane życiowymi mądrościami i pięknymi zdaniami, które warto sobie wynotować i zapamiętać - znajdziecie coś dla siebie w każdej części tej trylogii. Zdanie cytowane przeze mnie na początku tego tekstu jest jednym z wielu równie mądrych kwestii wypowiadanych przez bohaterów książki lub też rzucanych mimochodem przez narratora. 

Dla mnie, jako osoby zainteresowanej pisaniem, wyjątkowo przyjemnym wątkiem było stopniowe odkrywanie talentu Josephine i radości, jaką daje jej tworzenie. 

Żywot świętej Josephine


Jaki jest problem z książkami Katherine Pancol? Myślę, że taki sam, jak z większością książek autorów decydujących się na pisanie cyklu, sagi. To, co drażniło w pierwszej książce, drobny błąd lub zabieg literacki autora, w następnej książce irytuje już mocno, a pod koniec cyklu wpływa już znacząco na naszą całościową ocenę.

Co drażniło mnie? Bez wątpienia najbardziej - sztywny, rysowany grubą krechą podział postaci na dobre i złe, czarne i białe, bez odcieni szarości. Jak w bajkach. Właściwie to gorzej niż w bajkach - bo kryteria stosowane przez Pancol wydają mi się niekiedy mocno niesprawiedliwe.

Dobrą jest oczywiście Josephine. Przedstawieniu jej jako nienagannie moralnej i niemal świętej nie szkodzi nawet fakt, że stopniowo zaczyna ona pałać uczuciem do męża siostry. To nic, przecież to małżeństwo było i tak nieudane, poza tym Iris jest zła, a w każdej bajce złe siostry muszą ponieść porażkę i stracić wszystko.

Iris jest zła, autorka właściwie nie pozostawia czytelnikowi wyboru w kwestii oceny postępowania Iris. Zostaje ona jednoznacznie uznana za oszustkę i manipulatorkę, która dosłownie ukradła siostrze jej dzieło. Nie ma znaczenia, że obie siostry zgodziły się na ten układ i że zakładał on korzyści dla każdej z nich, a Josephine zyskała w efekcie nawet więcej, niż się spodziewała - odkryła swój talent i pasję, wzrosło jej poczucie własnej wartości. Iris jest zła, egoistyczna i musi ponieść karę.

Złą postacią jest również Henriette, matka Iris i Josephine. To prawdziwy diabeł w spódnicy. Bezduszna, nieuczciwa, kochająca tak naprawdę tylko jedną córkę, oczywiście tę piękną i odnoszącą sukcesy. Josephine boryka się z traumą z dzieciństwa, kiedy to w obliczu zagrożenia życia jej i Iris, matka bez wahania zdecydowała się ratować Iris. Cudem uratowano je obie.

Bardzo żałuję, że autorka poszła tutaj - tak uważam - na łatwiznę i kazała stanąć przed tym dramatycznym wyborem złej matce, która i tak kochała tylko jedną ze swoich córek. Szkoda, że Pancol nie zdecydowała się na odważniejszy zabieg literacki - na postawienie w takiej sytuacji matki, która jest dobra, troskliwa i kocha obie córki tak samo. Czyli, nie szukając daleko, Josephine. Gdyby to ona musiała zdecydować w jednej chwili: ratować życie Hortense czy młodszej Zoe? Bo jeśli nie dokona wyboru, to straci je obie? Potem zaś musiałaby już zawsze żyć z tym wyborem. Być może musiałaby kiedyś wytłumaczyć się z niego córce, może obu córkom, jeśli również udałoby się uratować je obie. Dlaczego ratowałam twoją siostrę, nie ciebie? 

Podobne uproszczenia i rozwiązania niczym z bajek sprawiają, że historia wydaje się dość naiwna i nierealna, a święta Josephine traci nieco sympatii, którą zaskarbiła sobie u czytelnika na samym początku. Przynajmniej tak to działa w przypadku takiego przekornego czytelnika jak ja ;)

Czy polecam tę książkę?


Bardzo, bardzo, bardzo. Polecam zresztą cały cykl. Mimo naiwności, bajkowości i uproszczeń, jest to kawałek naprawdę dobrze napisanej i krzepiącej literatury.