Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2020

Okres




Dziś nie będzie o dzieciach, przynajmniej nie o małych. Będzie o dziewczynie, nastoletniej. A także o dorosłej kobiecie. I o wielu kobietach, które znacie. Możliwe, że nawet nie wiecie, że ten problem ich dotyczy.

Wyobraźcie sobie tę sytuację:
Środek dnia, może wczesne popołudnie. Zima, wszędzie dużo śniegu. Na cmentarzu na jednej z ławek leży dziewczyna, zupełnie sama. Trudno powiedzieć, jak długo tam leży, w końcu wstaje, zakłada plecak i idzie dalej. Nikt do niej nie podszedł, co w sumie do tej pory ciężko mi zrozumieć. Może nikt nie zauważył?

Inna sytuacja, dziewczyna nieco starsza, mniej więcej dwudziestoletnia, leży na przystanku tramwajowym niedaleko biblioteki uniwersyteckiej. Wczesna godzina, a od dziewczyny nie czuć alkoholu, ludzie wolą jednak nie ryzykować. Wsiadają, wysiadają, sprawdzają rozkład jazdy, udają, że jej nie widzą. Wreszcie jedna osoba decyduje się podejść i zapytać, co się dzieje. Jakiś czas później przyjeżdża karetka, zabiera dziewczynę na SOR.

Po latach prawie nie wierzę w opisane tu historie, byłabym skłonna przyjąć, że to mi się przyśniło. O młodzieży gimnazjalnej mówiło się w tym czasie różne rzeczy, mniej dziwi mnie zatem gimnazjalistka z plecakiem, której nikt nie pomógł, niż dwudziestolatka, którą bezrefleksyjnie minęło mnóstwo osób, zanim ktoś zdecydował się zareagować. Pamiętam chłopaka mniej więcej w tym samym wieku, co ja wówczas. Przez dobrych kilka minut siedział na tej samej ławce tuż obok mnie.
Moja własna bierność w tej sytuacji też mnie po latach trochę dziwi, ale myślę, że połączenie słabości, obezwładniającego bólu i zawstydzenia zrobiło swoje. Gdybym jeszcze miała jakąś ciężką chorobę, która wymagałaby poważnego traktowania, pewnie głośno domagałabym się uwagi. Ale wzywać pomocy dlatego, że mam okres?...

Okres.


U niektórych kobiet trwa nie dłużej niż trzy dni.
U innych nawet półtora tygodnia.
Czasem boli tylko przez jeden dzień.
Czasem początek okresu oznacza niemal tydzień bólu, który mogą ukoić tylko silne środki przeciwbólowe.
Krwawienie bywa nieduże, mało kłopotliwe, a bywa i tak, że żadna ilość superchłonnych podpasek nie uchroni cię przed plamą na pościeli.
Dla niektórych kobiet PMS jest gorszy niż sam okres.
Bywamy rozdrażnione, nerwowe, przygnębione, senne, zmienia nam się apetyt.
Czasem nie da się nic przełknąć, bo zbiera na wymioty.
Niektórym z nas bardziej dokucza ból głowy niż ból brzucha.
Jedna kobieta ma miesiączki regularne jak w zegarku, potrafi przewidzieć co do dnia, kiedy dostanie okres. Inna pomimo konsultacji z różnymi specjalistami nie jest w stanie uregulować swojego cyklu. 
Zdarza się, że dolegliwości związane z menstruacją mijają po urodzeniu pierwszego dziecka. Ale nie zawsze tak jest.

Każda z nas miesiączkuje inaczej. Mało tego, nawet ta sama kobieta w jednym miesiącu będzie przechodzić okres bezboleśnie, a w następnym nie da rady podnieść się z łóżka bez solidnej dawki leków przeciwbólowych. Kiedy jeszcze zmagałam się z bolesnymi miesiączkami, nigdy nie wiedziałam, czy w danym miesiącu przydarzy mi sytuacja podobna do tych, które opisałam na początku tekstu.

Pewien ginekolog doradził mi, żebym zaczęła zażywać nospę kilka dni przed spodziewanym okresem. Zrobiłam tak tylko raz. To, co nastąpiło później, wspominam jako najbardziej bolesną miesiączkę w życiu. Nospa nie działała w ogóle, miałam wrażenie, że się na nią uodporniłam.

Inny lekarz polecał mi, żebym w dniu spodziewanej miesiączki na wszelki wypadek nie wychodziła z domu. Nierealne! Uczyłam się, pracowałam, miałabym co miesiąc brać dzień wolnego? Zresztą, po około dwudziestu latach miesiączkowania (wcześnie zaczęłam) nadal nie umiem przewidzieć co do dnia, kiedy pojawi się okres. Mam regularny cykl, ale to zawsze jest plus-minus jeden dzień. Nie wiem, macie podobnie? Kilka osób zdziwiło się, kiedy im o tym powiedziałam, ktoś nawet straszył mnie okropnymi konsekwencjami takiego nieregularnego cyklu dla mojego zdrowia i płodności...

Obecnie nie mam problemu z bólem menstruacyjnym, należę do tych szczęśliwych kobiet, którym przeszło po urodzeniu dziecka. Wiem, że nie zawsze tak jest. Natomiast ciągle zdarzają mi się bardzo obfite krwawienia. Trzydzieści trzy lata, matka, żona i porządna obywatelka, i nadal czasem mam czerwone plamy na prześcieradle. Albo na ubraniu. Walczę z tym, ale nie zawsze mi się udaje.

Wstyd.


No właśnie, czy już Was oburzyłam? Piszę tak otwarcie o czymś, co przecież jest wielkim tabu. Odkąd pamiętam, o miesiączkach nie mówi się głośno ani wprost. Nawet w kobiecym gronie bywa to krępujące, a co dopiero, gdy w towarzystwie jest mężczyzna!

Nie jestem zwolenniczką happeningów z malowaniem obrazów krwią menstruacyjną, nie przeszkadza mi błękitna krew w reklamach podpasek (choć wiem, że niektórych bardzo to irytuje), jednak dziwi mnie, że w dwudziestym pierwszym wieku ten temat nie jest już trochę bardziej oswojony. Przecież dotyczy praktycznie każdej kobiety, każdej nastolatki. Pomyśl, spotykasz dowolną kobietę w wieku rozrodczym i wiesz, że na 90% ona miesiączkuje. Czemu o tym nie rozmawiamy?

Od zawsze byłam uczona, że miesiączka to wstydliwy temat. Używałyśmy z koleżankami setek eufemizmów, przyjeżdżała do nas ciocia czerwonym autobusem, bolał nas brzuch, nie żołądek!, wszystko po to, by nie powiedzieć wprost, że chodzi o okres. W związku z bolesnym miesiączkowaniem bardzo często musiałam się tłumaczyć - czemu nie było mnie w szkole, dlaczego odwołałam spotkanie, czemu przyjechałam później niż się umówiliśmy? Trochę trwało, zanim nauczyłam się mówić, że to przez okres. Przyznam, że w niektórych sytuacjach wolałam, gdy moi rozmówcy pomyśleli, że cierpiałam z powodu kaca, nie z powodu miesiączki!

Teraz nie wyobrażam sobie, żebym miała się tego wstydzić. Jestem kobietą, mam dwóch małych synków, nie jestem w kolejnej ciąży, zatem to dość logiczne, że miesiączkuję. Oczywiście, nie będę obnosić się z krwawymi plamami na odzieży, bo to zwyczajnie nieestetyczne. Ale jeśli otwieram torebkę i wystaje z niej paczka podpasek - to żaden powód do wstydu :)

Kiedyś moi synowie będą spotykać się z dziewczynami. Wierzę, że temat miesiączki nie będzie wprawiał ich w zażenowanie, będą z nim od dawna oswojeni. Już ja się o to postaram :)


Jestem ciekawa, jakie macie przemyślenia w tym temacie?

czwartek, 16 maja 2019

STRASZNY tekst o porodzie! Czyli: nikt nie powiedział, chociaż każdy wiedział.


Kiedy zostajesz blogerką piszącą o macierzyństwie, na starcie pojawia się dylemat: jak pisać? Pokazywać piękno macierzyństwa czy wręcz przeciwnie, jego gorsze strony? Kreować się na wspaniałą mamę, która zna się na rzeczy, czy śmiało przyznawać się do swoich porażek? Raczej zachęcać, czy raczej przestrzegać?

Myślę, że taki dylemat dotyczy nie tylko blogujących mam, ale w ogóle wszystkich mam, które mają w swoim otoczeniu kobiety dopiero przygotowujące się do macierzyństwa. Co im powiedzieć? Przecież one i tak mogą sobie tylko wyobrażać, jak to jest. I wcale nie wiadomo, czy będą miały tak samo jak Ty. W moim przypadku wiele obaw nigdy się nie sprawdziło, często byłam straszona na wyrost. Te wszystkie legendy o nieprzespanych nocach! Kurczę, ja śpię. Każdej nocy. Czasem zdarzy się pobudka, ostatnio nawet często, ale potem po prostu śpimy dalej. Nauczyłam się w ogóle nie traktować tych pobudek w kategorii zakłócenia snu.

Albo teksty o zimnej kawie. Nie wiem, jak to się dzieje, ale ja zawsze piję ciepłą.

Jednak nie wszystkie strachy były na wyrost. Zdarzyło się i tak, że było wręcz przeciwnie: zapewniano mnie, że nie ma się czego obawiać, a w moim przypadku okazało się, że jednak było. To dotyczy przede wszystkim obu moich porodów.

Nikt nie powiedział...


"Nie chciałam Cię straszyć", napisała mi przyjaciółka po moim pierwszym porodzie. "Uważam, że dobre nastawienie ma też znaczenie".

Oczywiście, że to rozumiem. Co więcej, sama tak robię. Po co mam straszyć młodą mamę, że może być tak, że będzie rodziła całą noc w bólu, a potem i tak ją potną? Przecież znam całe mnóstwo kobiet, którym oszczędzono takich przeżyć. Znam dziewczyny, które nawet się nie zorientowały, że już rodzą, bo nic nie bolało. Znam dziewczyny, dla których skurcze porodowe były bardziej drażniące niż bolesne. Skoro to się zdarza, to po co od razu nastawiać się, że będzie strasznie?

Ja miałam dobre nastawienie. W końcu zawsze byłam odporna na ból. Próg wytrzymałości mam duży. Dlaczego żałuję, że jednak nikt mnie nie ostrzegł? Bo po porodzie, jednym i drugim czułam, że zawaliłam (po drugim czułam to trochę krócej). Bo skoro miało być łatwo, miało być dobrze, a nie było, to chyba musiałam zrobić coś nie tak. Jak to ja. I od razu w myślach wyświetlała mi się cała lista innych rzeczy, z którymi ludzie na ogół nie mają problemu, a ja jakoś mam.

W każdym razie, po tym pierwszym porodzie wiedziałam już, że rodzenie siłami natury to niekoniecznie moja specjalność, byłam za to dość entuzjastycznie, a na pewno spokojnie nastawiona do cięcia cesarskiego. Już wiedziałam, że czasem trzeba, że to też poród równie dobry jak naturalny, że czasem ratuje życie. Już wiedziałam, że nie boli...

Z historią podobną do mojej spotkałam się raz, to znaczy raz, zanim to przydarzyło się mnie. Wyczytałam ją jeszcze jako dziecko w którejś gazetce u babci lub cioci, wiecie, w tych kolorowych czasopismach. Było to opisane jako sensacja, coś nieprawdopodobnego, sytuacja jedna na milion. Oczywiście opis zrobił na mnie wielkie wrażenie. Po porodzie wracał do mnie jak bumerang.

Już wiecie, prawda?

Znieczulenie nie zadziałało.


Tak, poczułam, jak rozcina mnie skalpel.
Nawet pisanie o tym boli.
Wiedziałam, że może być różnie już w chwili, gdy anestezjolog miał jakieś przedziwne kłopoty ze zrobieniem mi zastrzyku. Naprawdę, za pierwszym razem poszło za jednym wkłuciem, a przecież nie było dużo czasu, bo już rodziłam od dawna. Teraz - niby na spokojnie, proszę usiąść, wypiąć plecy - a próbował się wkłuć chyba ze cztery razy. Podobno mogło być tak, że po pierwszym zastrzyku zrobił mi się jakiś zrost i znieczulenie poszło bokiem... Wytłumaczenie dobre jak każde.

Zaczęłam wpadać w panikę, kiedy usłyszałam pytanie "Czy nogi robią się ciepłe?", pytanie rzucone od niechcenia, z pełnym przekonaniem, że musi być dobrze - a moja odpowiedź brzmiała "nie". Potem przez dłuższy czas trwało ustalanie, czy ja jeszcze czuję, czy już nie czuję, aż wreszcie z jakiegoś powodu lekarz uznał, że chyba jednak już nie czuję.

Powiem Wam, że nie od razu się zorientowałam. Pewnie trudno w to uwierzyć, bo jak można się nie zorientować, że jest się rozcinanym bez znieczulenia? Jednak jest coś takiego jak szok. Poza tym wmawiałam sobie, że musi być dobrze. To, co czułam, brałam za zwykły dyskomfort, ale w którymś momencie poczułam, że więcej nie jestem w stanie wytrzymać... Zaczęłam machać nogami, które podobno miały być już nieruchome. Wtedy wszyscy się zorientowali, co się dzieje. Dostałam narkozę.

Generalnie operacji pod narkozą nie polecam, bo rurka do oddychania bardzo podrażniła mi gardło i ciągle chciało mi się kasłać, a na brzuchu miałam świeżą bliznę. Ale to nie było najgorsze. W gorszym stanie była moja psychika. Zanim jakoś to poukładałam w głowie, na zmianę wyrzucałam sobie, że nie wytrzymałam zwykłego cięcia cesarskiego - a w innych chwilach przeżywałam strasznie fakt, że zostałam rozcięta żywcem, rozcięta żywcem, jak ta kobieta z artykułu! Naprawdę nie było łatwo sobie z tym poradzić. Po kilku dniach pogodziłam się z tym, co się stało. Ale nigdy, już nigdy nie chcę rodzić. 

...a każdy wiedział.


Przed wyjściem ze szpitala zdążyłam usłyszeć cztery historie podobne do mojej. Nie, nie byłam wcale długo w tym szpitalu. Nagle się okazało, że każdy zna jakąś kobietę, którą operowano na żywca, albo przynajmniej każdy zna kogoś, kto zna kobietę, którą operowano na żywca.

Serio, jak tu nie przestrzegać, jak nie straszyć, skoro wychodzi na to, że to całe znieczulenie to jakaś loteria - raz działa, a raz nie? Zrobił mi się zrost, jak często po takim zastrzyku robi się zrost? Nie brzmi to jak coś bardzo nietypowego.

Nie dziwi mnie to, że takie historie wychodzą na jaw dopiero po fakcie. Bo przecież kto miałby z czystym sumieniem opowiadać takie straszne rzeczy kobiecie w ciąży? Codziennie przeprowadza się setki cesarek, z pewnością zdecydowana większość z nich przebiega bez zarzutu. Kto mógł przewidzieć, że będzie tak źle? Nikt.

Wiem, że straszę Was teraz.
Wiem, że może mnie czytać kobieta w ciąży.
Ale może mnie też czytać kobieta, która potrzebuje zrozumieć, że naprawdę, czasami coś przebiega niezgodnie z planem i nie dzieje się tak dlatego, że to z nią jest jakiś problem.

Czasami porody nie są dobre.
Czasami cesarka nie przebiega zgodnie z planem.
Czasem nie nakarmisz swojego dziecka piersią. Choć wiele problemów z laktacją da się rozwiązać, to jednak nie wszystkie.
Czasem Twoje dziecko nie da Ci przespać nocy przez dobre kilka lat.
Może być tak, że Twoje dziecko nie będzie zdrowe.
Może się zdarzyć, że nie przed wszystkim je uchronisz.
Możesz mieć depresję. Możesz nie poczuć instynktu macierzyńskiego. Możesz złościć się na swoje dzieci.

Nie jesteś jedyna. Nie jesteś sama. Wszystko jest z Tobą w porządku. Twoje macierzyństwo nadal może być piękne.

Historia pierwszego porodu jest tutaj:
https://szczesliwavii.blogspot.com/2017/03/nie-ty-jedna-miaas-taki-porod.html

poniedziałek, 13 maja 2019

Mt 25,40 - czyli o atakach na Kościół i o edukacji seksualnej.


Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). 


Słowa z Ewangelii św. Mateusza powinny zamykać usta wszystkim tym, którzy chyba jeszcze nie rozumieją, na czym tak naprawdę polega aktualny dramat w Kościele. Dziwię się, że to tak nie działa. Chyba mam w sobie jeszcze sporo naiwności.

To dla mnie bardzo specyficzny moment, by pisać o Kościele. Wczoraj odbył się chrzest Michasia. Wiele osób z oburzeniem i rozczarowaniem odchodzi od Kościoła, a ja właśnie wprowadzam do niego mojego synka. Bo wierzę w Boga, wierzę w człowieka, wierzę w zmiany i kolejne szanse. Wierzę w wyciąganie wniosków. Wierzę, że Kościół moich dzieci będzie inny niż ten, którego obraz wyłania się z dokumentu "Tylko nie mów nikomu". 

Księża i zepsute telefony.


Często dzielę się z Wami osobistymi historiami. Tym razem tak nie będzie. Problem pedofilii w Kościele zawsze istniał, myślę, że nawet niedaleko mnie. Pewne zjawiska, które dwadzieścia kilka lat temu nie budziły niepokoju, teraz obudziłyby go na pewno. Nie chcę pisać więcej, bo pisałabym o konkretnych ludziach, z imionami, nazwiskami, twarzami. To są ich historie, nie moje.

Nieraz zawiodłam się na ludziach reprezentujących Kościół. Pierwsze takie duże rozczarowanie, kiedy miałam kilkanaście lat, praktycznie zrobiło ze mnie nastoletnią ateistkę. Jak wiecie, nie na długo.

Pamiętam, co wtedy powiedziała mi moja również nastoletnia siostra. To brzmiało mniej więcej tak: "Pomyśl o księdzu jak o telefonie. Może być zepsuty, źle działać, źle łączyć. Ale nie zrywasz kontaktu z rozmówcą dlatego, że popsuł się telefon". 

Niezłe, nie? Do tej pory korzystam z tych słów. W tej chwili są mi potrzebne równie mocno jak wtedy. Bo tych popsutych telefonów jest naprawdę dużo.

Atak na Kościół?


Nie ja jestem autorką tej myśli - ale jakoś dzisiaj wyjątkowo dobrze się czuję z tym, że mogę trochę się schować za słowami innych osób. Teraz chcę powtórzyć za Szymonem Hołownią, że tak, atak na Kościół faktycznie nastąpił, i następował wiele razy, niezliczoną ilość razy, za każdym razem, kiedy krzywdzone było dziecko. Nikt tak bardzo nie zaatakował Kościoła jak jego "pasterze", przedstawiciele, reprezentanci, którzy chyba nie czytali Pisma Świętego, choć niby mają z nim do czynienia na każdej mszy. 

Ja nawet nie sprawdzam, czy mieści mi się w głowie, bo jednak tę moją głowę trochę cenię - jak w ogóle można spojrzeć na dziecko jak na obiekt seksualny, jak można pożądać, dotykać, gwałcić. No k!@#$% mać p^&*()_+!@#, nie można. Ale żyjemy w czasach, że się tak odważę to nazwać, w czasach wielkiej wyrozumiałości. Wiele rzeczy usprawiedliwia się chorobą, skłonnością. Nie brakuje gotowych do tego, by tłumaczyć pedofilię. 

Skłonności to jedno, ale - ci, co zamiatali pod dywan, co przenosili na inną parafię, co pomagali ukryć, ci, co mówili o zbłądzeniu, o jednostkowych przypadkach, co szukali winy w dzieciach, w edukacji seksualnej (?!?), w Unii Europejskiej, w polityce, w tęczy, a nie tam, gdzie wina była naprawdę - oni są równie winni. Może nawet bardziej. Bo ich obłudy nie usprawiedliwia już nic.

Jako matka...


... nie mogę przestać myśleć o tych dzieciach. Pozbawionych wsparcia, potraktowanych przedmiotowo, wykorzystanych w miejscu, gdzie miały otrzymać wsparcie, pomoc. Zniszczonych przez kogoś, kto miał być autorytetem. Przerażająco samotnych. Ich oprawcy wiedzieli, że mogą czuć sie bezkarni.

Ludzie, jak ważna jest edukacja seksualna, to po prostu szok. Nie mogę uwierzyć, że kiedyś to sformułowanie kojarzyło się mnie samej z czymś niewłaściwym - że ktoś mnie chce uczyć seksu? Ale spokojnie, to było bardzo dawno temu, kiedy tak to odbierałam. Dziecko musi wiedzieć, czego dorośli nie mają prawa mu robić. Musi wiedzieć, że istnieją tacy ludzie, którzy mogą chcieć użyć jego ciała w sposób niedozwolony. Musi wiedzieć, że kiedy to się zdarzy, powinno szukać pomocy i może o tym porozmawiać z mamą, z rodzicami, z bliską osobą.

Edukacja seksualna może nie uchronić Twojego dziecka przed krzywdą. Ale dzięki niej, jeśli już coś by się stało, jest szansa, że dziecko przyjdzie i Ci o tym powie.

Wiesz, co jest straszniejsze od wiadomości, że skrzywdzono Twoje dziecko? To, że możesz się o tym nigdy nie dowiedzieć, a Twoje dziecko może zostać z tym samo, bez ratunku, bez pomocy, bez wsparcia, bez Ciebie.

Rozmawiajcie o tym.

Na koniec, skoro tak dobrze mi dzisiaj z cytowaniem innych osób - mam dla Was dwa supermądre teksty, które dzisiaj przeczytałam.

Pozytywny Dom - "Tylko nie mów nikomu": 
Mama na wypasie - "Tylko powiedz... MNIE": 


środa, 12 grudnia 2018

Mama po raz drugi, czyli: to samo, a jednak inaczej.


Pamiętam, że gdy - już prawie dwa lata temu - pisałam tekst podsumowujący pierwsze trzy miesiące życia Roberta, czułam się jeszcze bardzo niedoświadczona i prawdę mówiąc, niezbyt przekonana:  czy jestem właściwą osobą, wystarczająco kompetentną, by pisać o macierzyństwie?

Słuchajcie, bardzo się cieszę, że napisałam wtedy ten tekst. To prawda, co w nim pisałam - pamięć jest ulotna. Nie jestem już tą samą osobą i nie do końca umiem odnaleźć się w odczuciach, które wtedy opisałam. Naprawdę, to było dla mnie takie trudne? Takie nowe? Naprawdę tak wykończyła mnie nieprzespana noc? Naprawdę byłam tak niepewna siebie?

Dwa lata macierzyństwa nie zmieniły mnie w genialną ekspertkę, która na wszystko zna odpowiedź, ale dały mi luksus bycia osobą doświadczoną na oddziale położniczym. Korzystałam z tego luksusu na wszystkie możliwe sposoby: doradzając młodziutkim mamom, z którymi dzieliłam salę, umiejętnie podając mojemu dziecku pierś i nie przejmując się wcale, że pokarm jeszcze nie ruszył, radząc sobie z własnymi emocjami... Wiem, to brzmi trochę jak przechwałki, ale chodzi mi wyłącznie o podkreślenie, jak wiele się zmieniło. Mama drugiego dziecka to już zupełnie inna pacjentka niż pierworódka. 

Choć ostatnio brakuje mi czasu na wszystko, a już zwłaszcza na pisanie, chciałabym podzielić się z Wami emocjami związanymi z pojawieniem się Michała w naszym życiu.

Jaki on jest maleńki!


Z jednej strony nabyłam doświadczenia, z drugiej strony... Odzwyczaiłam się od tego, że dziecko może być aż takie malutkie i delikatne! Mam wrażenie, że dopiero teraz dopadły mnie pewne obawy, których jakimś cudem uniknęłam za pierwszym razem. Jestem ostrożniejsza, bardziej się boję, że przypadkiem zrobię tej małej istotce krzywdę. Przez dwa lata jako mama rozwijałam się razem z Robertem, razem z nim uczyłam się jego coraz większej samodzielności, współpracy... Teraz muszę zrobić duży krok do tyłu. Znów mam w ramionach bezbronnego noworodka. Widzę, że moje obawy, że tym razem będę już za bardzo niefrasobliwa, nie miały większych podstaw. 

Jacy oni są różni!


Pamiętacie, jak obawiałam się, że moi synowie będą identyczni? Cóż, to kolejna obawa, która się nie sprawdziła :) Chłopcy różnią się od siebie tak bardzo, jak bardzo mogą się od siebie różnić dwaj bracia mający tych samych rodziców. 

Przyznam, że na początku to było dość zaskakujące, tym bardziej, że nie potrafiłam nawet za bardzo określić, do kogo z nas Michał jest podobny. (Ponoć cała mama, ale dla mnie to podobieństwo nie jest aż tak ewidentne). Ale cieszę się, że są różni, każdy z nich jest jedyny i niepowtarzalny, i każdy na swój indywidualny sposób jest przepiękny :)

Robert jest wspaniałym starszym bratem. Jest ciekawy maluszka, chętnie go głaszcze i przytula, najchętniej nosiłby go na rękach, gdybyśmy mu na to pozwolili. Próbuje też częstować go swoim jedzeniem. Zazdrość? Na pewno jest, choć nie tak ewidentna, jak się obawialiśmy. Objawia się raczej w drobnostkach, między innymi w szukaniu mojej uwagi wtedy, gdy zajmuję się maluchem. Ale radzimy sobie z tym. Na pewno nie może narzekać na brak czułości - nadal jest moim ukochanym małym synkiem!

Jaki inny szpital!


Po raz kolejny rodziłam w Bochni. Mam wrażenie, że przez te dwa lata strasznie dużo się tam zmieniło, choć personel jest w dużym stopniu ten sam. Pozytywna zmiana jest taka, że zrobiło się tam - mam wrażenie - o wiele sympatyczniej. Z mojego pierwszego pobytu na oddziale położniczym zapamiętałam przede wszystkim to, że niemal co chwilę ktoś miał mi coś do zarzucenia. Bo źle karmiłam, źle leżałam, źle trzymałam dziecko, źle się ubierałam, nawet dostało mi się za to, że byłam za gruba. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. Wszyscy byli nieopisanie mili i wspierający. Obserwowałam też, jak pomagają mojej koleżance z sali poradzić sobie z początkami karmienia piersią. Widziałam życzliwość i wsparcie, żadnych pouczeń czy pretensji.

Zmieniło się jednak coś jeszcze. Mam wrażenie, że dwa lata temu co chwilę ktoś do nas przychodził, coś sprawdzano, coś badano, dzieci były codziennie badane... Teraz tak nie było. Poza stałymi godzinami porannych i wieczornych obchodów personel był prawie niewidoczny. Po tym pobycie zostało mi wrażenie, że wszyscy jakoś tak... trochę mniej się starali. Cóż, może powinnam powiedzieć - coś za coś.

Ja po porodzie.


Doszłam do siebie znacznie szybciej niż dwa lata temu po urodzeniu Roberta. Kiedy wstawałam z łóżka po raz pierwszy po operacji, zrobiłam to tak szybko, że aż położna była zaskoczona. Oczywiście byłam obolała - nadal trochę jestem - ale nie byłam ani tak osłabiona, ani tak niewyspana jak za pierwszym razem, nie miałam też takiej huśtawki nastrojów.

Niepokoiłam się trochę, że przez to, co zdarzyło się przy moim porodzie, ciężko mi będzie wrócić do równowagi psychicznej. Nie było jednak tak źle. Paradoksalnie, fakt, że miałam powody, by czuć się źle, pomógł mi jakoś uporządkować tę masę emocji. Wszystkie negatywne myśli i odczucia wepchnęłam do jednego worka o nazwie "poród". I już mogłam się skupić na tych pozytywnych :)

Jeśli jesteś młodą mamą i zastanawiasz się nad drugim dzieckiem, jedno mogę powiedzieć Ci z pełnym przekonaniem: za drugim razem będziesz bardziej świadoma, bardziej gotowa. To, co sprawiało Ci trudności na początku przygody z macierzyństwem, za drugim razem będzie po prostu jeszcze jednym elementem Twojej codzienności. Na pewno sobie poradzisz :)



wtorek, 20 listopada 2018

Dziewiąty miesiąc.


Kiedy kilka dni temu zaczynałam pisać ten tekst, czułam się naprawdę wybornie. Następnego dnia... powiedzmy oględnie, że sporo się zmieniło. Sama śmieję się z tej złośliwości losu. Nie ma co, udała mu się ta kpina :) Najważniejsze jednak, że dziecko jest zdrowe, a i ze mną nie dzieje się nic nietypowego.

Mogłam w sumie przewidzieć, że po ostatnich informacjach na temat mojego zdrowia spadnie na mnie lawina pytań. To bardzo miłe, że się martwicie. Trochę mnie to może krępuje, bo nie jestem typem osoby, która lubi być powodem czyjejś troski. Ale wiem dobrze, że ten dziewiąty miesiąc to taki szczególny czas, pełen oczekiwania i nieraz niepokoju :) Postaram się opowiedzieć Wam, jak to w tej chwili wygląda u mnie.

Jest lepiej niż myślałam!


Prawdę mówiąc, czekałam na ten listopad z pewnymi obawami, choć generalnie jestem spokojna i wiem, że co by nie było, na pewno sobie poradzimy. Ale niepokoiło mnie, gdy już na początku drugiego trymestru zaczęłam odczuwać od czasu do czasu problemy z poruszaniem się, które pamiętam dobrze z ostatnich tygodni mojej pierwszej ciąży. Liczyłam się z tym, że na tym etapie mogę być już uziemiona w domu. Albo w szpitalu. Niepokoiła mnie też moja waga - już w ósmym miesiącu ważyłam 75 kg, czyli tyle, co przy pierwszym porodzie (czyli w połowie dziesiątego miesiąca). Kiedy powiedziałam o tym położnej, uśmiechnęła się tylko i bardzo pocieszająco stwierdziła: "No to teraz będzie więcej" :)

Obawy się nie sprawdziły. Moja waga już nie wzrosła, a nawet zmalała. Chodzę jak kaczka, ale właściwie nie odczuwam w związku z tym jakichś szczególnych dolegliwości. Mogę (mogłam) iść nawet na długi spacer. Czuję się dużo lepiej niż się tego spodziewałam.

Niech to będzie jasne: przejmowałam się wagą nie z próżności (a niechbym i sto kilo ważyła, ciąża to ciąża), ale dlatego, że mój organizm nie jest przyzwyczajony do takiego ciężaru i nie znosi go zbyt dobrze. Przed ciążą nie ważyłam dużo. W krótkim czasie moje biodra musiały się przyzwyczaić do dźwigania dodatkowych dwudziestu kilogramów. Nie były mi za to wdzięczne :)

Jestem bardzo duża, co zresztą widać na zdjęciach. Łatwiej mnie przeskoczyć niż obejść! :) Mimo wszystko nie czuję się aż tak wielka. Kiedy czasem patrzę na odbicie swojej sylwetki w lustrze, moją pierwszą reakcją jest zaskoczenie: naprawdę tak teraz wyglądam? Przypuszczam, że zanim się do tego przyzwyczaję, sprawa będzie już nieaktualna ;)


Ból.


No, boli mnie. Z przodu, z tyłu, przy siedzeniu, przy leżeniu, przy chodzeniu, a najbardziej przy schylaniu. Wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? Ja doświadczyłam tego uczucia niedawno.  Pokochałam od pierwszego wejrzenia nieznajomą kobietę, która podniosła z ziemi upuszczoną przeze mnie receptę. Dzięki niej nie musiałam się schylać! 

Ciało już dość intensywnie przygotowuje się do porodu. Nawet jeśli wiem, że będę mieć cesarkę, to moja macica i lędźwie niekoniecznie są tego świadome. Wydaje mi się, że w pierwszej ciąży nie odczuwałam tak silnego bólu. Pamiętam problemy z chodzeniem, pojawiło się nawet podejrzenie rozejścia spojenia łonowego. Ale teraz odczuwam ból nawet wtedy, gdy się kładę.

To nie znaczy, że moje życie zmieniło się w jakieś okropne pasmo cierpienia :) Powiedziałabym raczej, że to pewne nowe doświadczenie w moim życiu, wcale nie takie złe. Czasem nawet mnie bawi :) Zaczęłam się np. zastanawiać, czy istnieje taka specjalizacja: masażysta kobiet w ciąży. I czy jest to zajęcie satysfakcjonujące, czy wręcz przeciwnie...

Choroba.


To też jest nowe doświadczenie. Zawsze byłam zdrową osobą, więc w ogóle doświadczenie choroby jest dla mnie czymś nowym. A już bycie chorą i w ciąży, to zupełnie nowa rzeczywistość.

Poprzednia ciąża była pod tym względem łatwiejsza. Poza jednym, niezbyt poważnym przeziębieniem pod sam koniec - nic niepokojącego. Teraz zaczynam dzień od euthyroxu, muszę pamiętać o żelazie i o magnezie, czasem czuję się jak apteka na dwóch nogach ;) Dowiedziałam się też, jak to jest mieć gorączkę powyżej 40 stopni i nie móc zażyć ibuprofenu. A od niedawna wiem też, co to znaczy mieć żylaki. Ciąża uczy, nie ma co.

Nie próbuję udawać dzielnej, choć świadomość, że mogę być tak odbierana, nie jest dla mnie nieprzyjemna ;) Prawda jest taka, że ja faktycznie czuję się dobrze lepiej, niż można by było przypuszczać. Właściwie pierwsze dolegliwości związane z tarczycą zaczęłam odczuwać bardzo niedawno, kiedy wskutek leków moja niedoczynność przeszła w lekką nadczynność. Po zmianie dawki jest już lepiej. Osłabienie wywołane infekcją też już minęło. Przypuszczam, że czuję się lepiej niż niejedna zdrowa osoba.

Relaks.


Ta ciąża jest na swój sposób spełnieniem moich marzeń. W pierwszej ciąży miałam dużo stresu i zmartwień. Niepokoiłam się, czy nie odbije się to niekorzystnie na dziecku. Żałowałam, że nie zrezygnowałam wcześniej z pracy, że nie pozwoliłam sobie nacieszyć się w pełni moją pierwszą ciążą. Marzyłam o tym, by móc przeżyć ją jeszcze raz, bez tego całego stresu i niepotrzebnych złych emocji.

Teraz również pracuję, ale jest to praca zdalna w domu, do tego najmilsza pod słońcem. Sama decyduję o tym, jak spędzam czas i ile pracuję w ciągu dnia. Nie mam większych zmartwień - co też nie zawsze jest dobre, bo zdarza się, że drobne problemy urastają do rangi tych najpoważniejszych ;) Tak czy inaczej, to jest dobry rok. Nawet pomimo moich dolegliwości, jestem teraz bardzo, bardzo szczęśliwą osobą.



...

Chciałam, żeby ten wpis był kojący, pocieszający dla przyszłych mam, które obawiają się ciąży i różnych uroków tego stanu. Domyślam się, że niekoniecznie mi się to udało. Cóż - nie mogę i nie chcę kłamać, przedstawiam rzeczywistość taką, jaka jest. Ale jedno mogę Wam powiedzieć na pewno:

Każda ciąża jest inna.


W pierwszej ciąży nie miałam nawet połowy z aktualnych dolegliwości. W dziesiątym miesiącu chodziłam na imprezy, występowałam na scenie, prowadziłam bardzo aktywny tryb życia. W dniu, w którym przyjęto mnie do szpitala, byłam umówiona z koleżankami na mieście. Bardzo ubolewałam nad tym, że muszę odwołać spotkanie.

Znam kobiety, które w czasie ciąży spędziły więcej czasu w szpitalu niż we własnym łóżku - i kobiety, które w czasie ciąży jeździły na obozy żeglarskie i chodziły po górach (tego ostatniego jednak nie polecam, różnica ciśnień może spowodować przedwczesny poród). To, że w chwili obecnej nie czuję się zbyt dobrze nie znaczy wcale, że każda kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży jest na to skazana.

Co by nie było, ważne, że to nie będzie trwało wiecznie :) Wkrótce pojawi się w moim życiu mały, bezbronny człowieczek, a ja będę miała wystarczająco dużo sił, by się nim zaopiekować!

poniedziałek, 14 maja 2018

To nie pierwszy krok jest najtrudniejszy.

Pamiętam tę chwilę, jakby to było wczoraj.


Siedziałam w pobliżu kamieniołomu przy kościele św. Józefa i czekałam, aż zacznie się Msza św., a po niej ruszymy w drogę. To był ciepły, spokojny wieczór. Choć spodziewałam się tłumu ludzi, w tamtej chwili byłam sama, sama ze swoimi myślami i z obawami, których tym razem miałam naprawdę sporo.

W jakimś przebłysku geniuszu zdjęłam z nóg nowe, śliczne, zdobyte specjalnie na tę okazję buty i założyłam moje stare, wysłużone trapery, które miałam przy sobie tak na wszelki wypadek. To była chyba moja najlepsza decyzja. Zimno mi się robi na samą myśl o tym, że miałabym wyruszyć w długą i niełatwą trasę w nowych, niewypróbowanych butach. Najpewniej po prostu nie ukończyłabym trasy, nie przeszłabym nawet połowy.


Bałam się bardziej niż za pierwszym razem. Kiedy rok wcześniej wyruszałam po raz pierwszy w Ekstremalną Drogę Krzyżową, wiedziałam, że porywam się na coś odważnego i nie do końca rozsądnego, nie wiedziałam jednak dokładnie, jak będzie i co mnie czeka. Za drugim razem wiedziałam bardzo dobrze. Wiedziałam, że jeszcze tej nocy będę bardzo zmęczona i będą mnie bolały nogi, a droga będzie dłużyć się w nieskończoność. Wiedziałam, że dotrę do celu już w pełnym słońcu dnia, że będę leczyć obtarcia i skaleczenia, że będę zasypiać na siedząco, a moje ciało jeszcze przez kilka dni będzie odreagowywać trudy tej nocy.  

Pamiętam też tę pierwszą drogę.


To był ten specyficzny czas w moim życiu. Z jednej strony byłam świeżo i intensywnie zakochana, z drugiej strony ciągle jeszcze leczyłam rany po wyjątkowo bolesnym rozstaniu (dla przypomnienia: "Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?"). Nasz początkujący związek napotykał na tym etapie na same trudności i przeszkody. Byłam bardzo krucha i niepewna, ale też  - niemal instynktownie - moja gorliwość religijna tylko wzrosła. Kiedy dowiedzieliśmy się, że w nocy z 3 na 4 kwietnia 2009 wyrusza pierwsza Ekstremalna Droga Krzyżowa z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie zastanawialiśmy się długo. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy. Ofiarujemy te wszystkie trudności, których doświadczamy.

Dużo osób odradzało mi tę trasę. Mówili, że to jest droga dla sportowców, dla osób, które regularnie trenują. Sama wiedziałam dobrze, że nigdy wcześniej nie przeszłam tak długiej trasy w ciągu jednej doby. Mój dotychczasowy rekord to było zaledwie dwadzieścia kilka kilometrów i to z licznymi przerwami i postojami. Teraz miałam do przejścia 45 kilometrów. Wiedziałam, że będzie ciężko, ale czułam też, że to jest wykonalne. Wystarczy przecież stawiać jedną nogę przed drugą. I tak do końca...


Pamiętam księżyc, który był tej nocy niesamowity - wielki i czerwony, towarzyszył nam przez większość trasy. Pamiętam też niezwykłe, głębokie rozważania poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej. Między jedną stacją a drugą było kilka kilometrów do przejścia, i cały ten czas wypełniony był rozmyślaniami. Pamiętam też, że choć z założenia droga miała być indywidualnym przeżyciem, to jednak tak ważne było, że przeszliśmy ją we dwoje, ja i mój nowy chłopak, który dziś jest moim mężem. Pamiętam podziw, szacunek i wzajemne wsparcie. Byliśmy w tym razem - i jesteśmy nadal.

Za drugim razem jest trudniej.


Za drugim razem już wiesz. To, co wcześniej tylko sobie wyobrażałaś, jest teraz dla Ciebie zupełnie rzeczywiste. Każdy kilometr na Twojej drodze niesie ze sobą pamięć o tych wszystkich kilometrach, które już przeszłaś i które jeszcze masz do przejścia. Już nie słuchasz opowieści o bólu, zastanawiając się, czy dasz radę go wytrzymać. Teraz sama znasz ten ból, przeżyłaś go na własnej skórze.

Za drugim razem będą Cię oceniać. Pierwsza droga mogła być jeszcze błędem, zbyt pochopnym oszacowaniem własnych sił i możliwości. Nikt nie może Ci zarzucić, że próbowałaś. Jednak, gdy decydujesz się wyruszyć w tę samą drogę jeszcze raz, to tak naprawdę jest to też Twoja deklaracja: wiem, że zrobiłam dobrze! Wiem, że potrafię! Nikt nie zdecydowałby się na to samo doświadczenie jeszcze raz, jeśli nie uważałby, że sobie poradzi.

Będą zatem tłumaczyć Ci, co zrobiłaś źle za pierwszym razem. Będą poddawać w wątpliwość, czy naprawdę bycie piechurem to w Twoim przypadku dobry pomysł. Będą starali się pomóc Ci wyeliminować błędy, które popełniłaś za pierwszym razem. Dopiero teraz dowiesz się, że popełniłaś ich aż tyle. Wcześniej nie widzieli sensu, by Ci o tym mówić. Przecież już przeszłaś drogę, już masz to za sobą. A Ty nagle decydujesz, że wpakujesz się w to samo jeszcze raz!

Będą oczekiwać od Ciebie, że wyciągniesz wnioski z doświadczeń pierwszej drogi i za drugim razem poradzisz sobie lepiej. I będą się dziwić, że jednak nadal nie wszystko jest idealnie. To nie postarałaś się o lepsze buty? Nie pamiętałaś, że trzeba równomiernie rozłożyć siły?

Będziesz mierzyć się z własnymi obawami i z obawami innych osób. I sama wiesz najlepiej, z czym jeszcze. Ale wiesz też dobrze, że...

Ból i obawa to nie wszystko.



Pamiętasz też cudowne, głębokie przeżycie, którego warto jeszcze raz doświadczyć. Pamiętasz satysfakcję, radość, piękno. Pamiętasz to niezwykłe szczęście, gdy wiesz już, że wszystko się udało. Pamiętasz bliskość i miłość. Jesteś pełna obaw, ale też podekscytowana, nie możesz się doczekać tego niezwykłego wachlarza cudownych i męczących przeżyć, które pamiętasz tak dobrze, a mimo to jesteś gotowa na więcej.

Mówiono mi nieraz, że o bólu zapomina się łatwo i szybko. Czy ja wiem?  Ja nie zapominam. Może to taka moja specyfika, że po prostu pamiętam o wszystkim. Ale ból to tylko część tej niezwykłej drogi, to tylko jeden z jej aspektów, istotny, ale nie najistotniejszy.

Najważniejsza jest miłość. I czekanie. I to, co najpiękniejsze i najważniejsze przyjdzie na samym końcu, po wielkim, ale satysfakcjonującym wysiłku.

Dlatego pełna obaw, ale przede wszystkim szczęśliwa i podekscytowana wyruszam po raz drugi w najbardziej niezwykłą drogę mojego życia, jeszcze bardziej wyjątkową niż te nocne wyprawy sprzed lat.

Jestem w drugiej ciąży.  

wtorek, 27 lutego 2018

Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?

Mam prośbę. Nie komentujcie tego tekstu bez przeczytania go. To bardzo ważny dla mnie wpis i na pewno będę robiła dużo, by dotarł do jak największego grona odbiorców. Ale nawet jeśli trafiliście tu przypadkiem, poświęćcie chwilę na jego przeczytanie. Nie jest aż tak długi ;)

Mam na imię Martyna. Od dziewięciu lat jestem szczęśliwa.

Chociaż bliższa prawdy będę pewnie, gdy napiszę, że już nigdy nie byłam tak nieszczęśliwa jak dziewięć lat temu, równo dziewięć lat temu. Każdy następny dzień był lepszy. Nawet dzień, kiedy byłam oskarżana publicznie o przerażające rzeczy. Nawet dzień, w którym straciłam pracę, wydawałoby się, że idealną dla mnie. Nawet dzień, w którym pod względem zawodowym i finansowym straciłam praktycznie wszystko, co miałam. Nawet dzień, w którym dowiedziałam się, że nikt nie jest w stanie pomóc mi z moją bezpłodnością (haha, tak, był taki dzień!). W każdym z tych dni czułam się tak, jakby zawalił się dach mojego domu. Ale dziewięć lat temu czułam, jakby zawaliły się jego fundamenty.

Kiedyś myślałam o tym, co się wtedy zdarzyło, jako o wypadku. Teraz najczęściej używam słowa zdrada. Bo tak to widzę - zdeptanie czyjegoś zaufania i potraktowanie drugiej osoby jak przedmiot, to w pierwszej kolejności zdrada.

Dlaczego nie napiszę bardziej dosadnie? Mam kilka powodów, ale najważniejszym z nich jest uniwersalność tego, co chciałabym Wam przekazać. Każdy z nas nosi w sobie różne blizny. Niektórzy z Was stracili kogoś kochanego. Niektórzy zmagają się z ciężką chorobą, swoją lub bliskiej osoby. Niektórzy nie mogą mieć czegoś, czego pragną najbardziej na świecie. Niektórzy mają za sobą nieszczęśliwe małżeństwo, inni noszą w sobie jeszcze rany z dzieciństwa. Nie podejmuję się oceniania, kto cierpiał bardziej, czyja tragedia jest gorsza. To, co chcę Wam powiedzieć, jest do Was wszystkich.

I jeszcze - skąd we mnie tyle śmiałości, że chcę przekazywać Wam jakąś mądrość, jakąś wiedzę, jakieś rady? Czy nie mam w sobie pokory? Owszem, mam. Tyle lat różnych doświadczeń nauczyłoby pokory każdego, więc i ze mną się udało :) Mam jednak wrażenie, że nauczyłam się kilku ważnych rzeczy i moim obowiązkiem jest przekazać je dalej, bo może ktoś jeszcze ich potrzebuje. Być może każdy z Was mógłby napisać taki tekst. Ale napisałam go ja.

Czego nauczyłam się przez te dziewięć lat od największej życiowej kraksy?

1. Nikt nie poradzi sobie z tym, co Ci się przydarzyło, lepiej niż Ty.



Nie piszę tego po to, aby zniechęcić Was do zwierzania się, do dzielenia się swoją historią. Broń Boże! Jeśli tylko macie siłę i czujecie potrzebę, by o nich mówić, mówcie głośno! Piszę raczej po to, żeby usprawiedliwić te wszystkie osoby, które nie umiały odpowiednio zareagować.

Kiedy byłam nastolatką, miałam swój życiowy dramat, o którym wspominałam tutaj już raz. W pewnym momencie poczułam potrzebę, żeby podzielić się nim z osobami, które uważałam za bliskie. Spotkało mnie wówczas sporo rozczarowań. Okazało się, że prawie nikt nie potrafił zareagować na moje zwierzenie tak, jak tego oczekiwałam. Dzisiaj, jako osoba dorosła, nie widzę w tym nic dziwnego. Tak po prostu jest.

Ludzie kiepsko sobie radzą z bólem, którego nie czują.

Kiedy będziesz opowiadać innym o tym, co przeżyłaś, trafisz najprawdopodobniej na trzy rodzaje reakcji. Pierwszy: jak to dobrze, że nie mnie to spotkało. Często uzupełniony uzasadnieniem: nie spotkało mnie, bo jestem inna niż Ty, ostrożniejsza, rozsądniejsza. Drugi rodzaj reakcji to: a wierz, zdarzyło mi się/mojej koleżance/komuś coś podobnego, tylko że... i od tej pory rozmawiacie już tylko o tamtej osobie i o tym, co jej się przydarzyło, a wiadoma rzecz, że ona miała o wiele gorzej. Trzeci, najbardziej przykry typ reakcji to negowanie Twoich słów, a wręcz zarzucanie kłamstwa. Przecież to niemożliwe, no już nie rób z niego takiego drania, to taki porządny facet! Może coś źle zrozumiałaś? Może Ci się wydawało? Jesteś pewna? 

Wiesz... To jest bardzo trudne i bolesne, ale te osoby nie mówią tego, by Cię zranić. One najzwyczajniej w świecie nie mają pojęcia, co powiedzieć. A coś powiedzieć trzeba. Te osoby, które negują Twoje doświadczenie, najprawdopodobniej nie są w stanie sobie z nim poradzić. Może świadomość, że coś złego spotkało Ciebie, osobę tak bliską i ważną, jest dla nich zbyt trudna i bronią się przed nią właśnie w ten sposób. Udają, wmawiają sobie, że to na pewno nieprawda, to nie mogło się zdarzyć.

Kiedy zrani Cię czyjaś reakcja, spróbuj zrozumieć, skąd mogła się wziąć? Co jest jej przyczyną? I nie rezygnuj z mówienia o sobie. Ale pociechy, pomocy szukaj nie w czyichś słowach, ale raczej w samym fakcie, że możesz o tym opowiedzieć, że nie musisz dusić tego w sobie. Jeśli natomiast potrzebujesz usłyszeć od kogoś konkretne słowa pocieszenia, poproś o nie! Proszę, powiedz, że to nie moja wina. Proszę, powiedz, że kiedyś to nie będzie tak boleć. Może gdy nakierujesz swoich rozmówców na oczekiwany tor, okaże się, że jednak potrafią z Tobą porozmawiać na ten temat? Przecież to są Twoi bliscy. Zasługują na szansę.

2. Twoje życie się nie kończy. Jeszcze możesz być szczęśliwa.



Już słyszę, jak mówisz: "łatwo powiedzieć!". Tak, łatwo powiedzieć. Tak samo, jak łatwo mi było powiedzieć parze starającej się o dziecko: "nie martwcie się, uda się Wam, nam też się w końcu udało". Nie jestem już tą osobą, która zmagała się z bezpłodnością, tak samo nie jestem już osobą, która zmagała się z traumą. Mówię te słowa łatwo, bez ciężaru emocjonalnego, z coraz słabszą pamięcią o tym, jak się czułam, kiedy dotyczyły one również mnie. Ale mimo wszystko mówi przeze mnie także moje doświadczenie.

Nie wiem, kim jesteś i co przeżywasz. Ale prawdopodobnie masz przed sobą jeszcze wiele lat. Prawdopodobnie nie przeżyłaś jeszcze nawet połowy swojego życia. Naprawdę myślisz, że jedno wydarzenie jest w stanie przyćmić te wszystkie lata i wszystko, co się w ciągu nich wydarzy?

Być może potrzebujesz dużo czasu, by się pozbierać. Może to będzie kilka lat. Może dziesięć. Może więcej. Ale gdy minie ten czas, nadal będziesz mieć życie przed sobą. I okaże się, że słońce nadal wschodzi, jedzenie smakuje, a po ulicy chodzą ludzie, których jeszcze nie poznałaś. To po prostu niemożliwe, żeby już nigdy nie miało Ci się przydarzyć nic dobrego!

Jestem żoną fantastycznego mężczyzny i mamą cudownego dziecka. Jestem zakochana jak nastolatka. Jestem szczęśliwa. Walczyłam o to szczęście, ale też nie robiłam nic niemożliwego, nic szczególnie trudnego, by je osiągnąć. Po prostu żyłam, byłam, kochałam. Nie jestem nikim bardzo wyjątkowym. Nie istnieje żaden powód, dla którego ja miałabym na to zasługiwać, a Ty nie.

Niedawno pisałam bardzo emocjonalną recenzję, w której ze szczególnym oburzeniem odniosłam się do fragmentu książki mówiącego o tym, że nie da się pokonać raka. Bo to nieprawda i kłamstwo. Są ludzie, którzy wygrali z rakiem. Nie wiem, kim jesteś i co przeżywasz, ale jeśli nawet z rakiem można wygrać, to z Twoim cierpieniem też. Ono nie jest nieuleczalne.


3. Związki bez przyszłości powinno się zakończyć jak najszybciej.



Słyszałam to już tyle razy. Ty pewnie też. W różnych sytuacjach, w różnych okolicznościach. Może nawet też zdarzyło Ci się tak powiedzieć. Co za podła kobieta, jak mogła zostawić takiego wspaniałego mężczyznę! Nie mogę jej wybaczyć, że tak go potraktowała (zupełnie jakby to nie była sprawa wyłącznie pomiędzy nimi dwojgiem)! Co za nieszczęście, że ten związek się rozpadł!

Słuchajcie. Co za szczęście, że ten związek się rozpadł!

Wiecie, jaka była alternatywa? Że ten związek by przetrwał. I dwoje ludzi, którzy nie powinni być ze sobą, którzy nie umieją być ze sobą, tkwiliby dalej w przedziwnym układzie, w którym przynajmniej jedna strona nie jest już szczera. Może jeszcze pchnęliby ten kulawy związek na jakiś wyższy etap. Może pojawiłyby się dzieci. Straszna wizja, prawda?

Masz złamane serce i cierpisz, bo zostałaś sama, ale czy wiesz, co Ci groziło? Mogłaś tkwić w związku bez miłości. Z facetem, który nie chce z Tobą być. Który Cię oszukuje, może zdradza, nie szanuje, może nawet stosuje wobec Ciebie przemoc. Albo: z facetem, którego Ty już nie kochasz. Na którego nie możesz patrzeć. Którego wolałabyś zostawić i być z kimś zupełnie innym, ale z jakichś szalonych powodów decydujesz się jednak to ciągnąć.

Tu nie chodzi o to, kto zawinił! Czujesz, że to Ty jesteś tą złą stroną? Zatem zrób najlepszą rzecz, którą możesz zrobić i odejdź.

Facet Cię nie szanuje? Zostaw go! Ty już go nie szanujesz? Zostaw go!

Nie odejdziesz, choć Ci źle, bo boisz się, co ludzie powiedzą? A jeśli znajdą się tacy ludzie, którzy powiedzą "to fantastycznie, że od niego wreszcie odchodzisz", to będzie Ci łatwiej podjąć decyzję? To poszukaj takich ludzi, a reszty po prostu nie słuchaj.

To jest Twoje życie. Nikt nie przeżyje go za Ciebie, więc nikt też nie ma obowiązku wybaczać Ci decyzji, które dotyczą Twojego życia.

4. To, co się stało, nie świadczy o Tobie.



Kiedy byłam jeszcze nastolatką ze wspomnianym wcześniej bagażem doświadczeń, usłyszałam raz w odpowiedzi na moją opowieść:
"Nie możemy być przyjaciółkami, bo jesteśmy od siebie zbyt różne. Ja bym nigdy nie pozwoliła, żeby coś takiego się wydarzyło". 

Nawet mnie to jakoś nie zabolało. Chyba miałam już trochę dystansu do całej tej sprawy, a reakcję koleżanki uznałam za zwyczajnie niemądrą. Ale zapadło mi w pamięć, że wówczas chyba po raz pierwszy ktoś uznał, że coś, co mi się przydarzyło świadczy o tym, jaką ja jestem osobą. Pewnie nie po raz ostatni.

I mnie samej zdarzało się nieraz pomyśleć o sobie, że chyba mam w sobie coś, co sprawia, że przyciągam różne dziwne, niefajne sytuacje. Chyba wiele osób ma gdzieś zakorzeniony taki sposób myślenia. Zupełnie krzywdzący i niesprawiedliwy.

Czy zdarzyło Ci się pomyśleć kiedyś: nie mogę się z nią przyjaźnić, bo ona złamała kiedyś nogę? Albo nie lubię go, bo go okradziono? Czy zdarzyło Ci się pomyśleć, że nie znajdziesz wspólnej płaszczyzny z tym człowiekiem, bo zmarła mu babcia?

Dlaczego jedne wydarzenia z życia nie są traktowane jako podstawa do formułowania ocen i wypowiadania się na temat czyjegoś charakteru czy osobowości, a inne już tak?

Kiedy zdecydowałam, że napiszę ten tekst, zastanawiałam się przez chwilę, czy udzielić w nim jakichś praktycznych rad: jakich sytuacji unikać, na co uważać, kiedy powinna Wam się zapalać ostrzegawcza lampka w głowie. Po czym dotarło do mnie, że wcale tego nie chcę. Nie chcę przekazywać nikomu, że warto żyć jak cień, w wiecznym poczuciu zagrożenia, wiecznie ostrożnie i zachowawczo. Żyjąc w ten sposób wcale nie gwarantujesz sobie, że nic Ci się nigdy nie przydarzy, a przy okazji zamykasz się na wiele ciekawych przeżyć. Robisz sobie więcej krzywdy niż pożytku.

Ten chłopak, którego skreśliłaś, bo w Twoim odczuciu jedno wypowiedziane przez niego zdanie może świadczyć o tym, że lepiej go unikać - mógł być w rzeczywistości rewelacyjnym facetem, może nawet tym jedynym. To miejsce, w które wolałaś nie pójść, mogło być w rzeczywistości miejscem, w którym spotkałoby Cię coś wspaniałego. Ta sytuacja, której na wszelki wypadek wolałaś uniknąć, mogła być punktem wyjścia dla nowego, wyjątkowego rozdziału w Twoim życiu.

5. Co za tabu, do cholery?



No właśnie, co za tabu, do cholery?

Pół życia, a może dłużej słyszę, że o czymś nie wypada mówić. Publicznie albo i w ogóle. Przeważnie dotyczy to kobiet i spraw związanych z płciowością. O seksie oczywiście nie wypada mówić. Pożądanie, orgazm - nie wypada, no skąd, porządna kobieta nie mówi o takich rzeczach. Miesiączka - nie wypada, przecież jak to tak można mówić wprost o tym, że krwawisz co miesiąc jak większość kobiet na świecie? Zresztą o braku miesiączki też nie wypada mówić. O chorobie - nie wypada, przecież to sprawy osobiste. O częściach ciała - nie wypada, o ile są to części ciała przypisane tylko do jednej płci. O bezpłodności - nie wypada. O poronieniach - nie wypada. O doznanej przemocy też oczywiście nie wypada mówić. Całkiem spora rzesza kobiet postanowiła przełamać to tabu w ramach akcji #metoo, ale szybko dostało im się, że to przesada i niedługo nie wolno będzie nawet komplementu powiedzieć.

Ludzie! Nie wypada to łysemu włos z głowy. Nie wypada stały ząb u zdrowego człowieka. 

Czy ja zrobiłam coś złego, żeby mieć się teraz tego wstydzić?

Niech to będzie jasne: bardzo szanuję i popieram prawo do tego, żeby ktoś milczał, jeśli nie chce o czymś mówić. Jeśli nie czuje się na siłach. Jeśli ma swoje powody. Ale wstyd? Ale tabu? Wielkie bzdury i tyle. Wielkie, krzywdzące bzdury.


6. Nie jesteś sama.



Na którymś etapie radzenia sobie z wspomnianą sytuacją, zaczęłam szukać pozytywów w tym zdarzeniu. Jest ich, wbrew pozorom, bardzo dużo. Największym jest niewątpliwie to, że był to dla mnie impuls do zakończenia związku. Ale to nie wszystko, pozytywnych aspektów jest o wiele więcej. Dlatego właśnie mówię, że od dziewięciu lat jestem szczęśliwa.

Nie chcę jednak bawić się tutaj w Pollyannę i zarażać Was moim podejściem. Nie ośmieliłabym się tłumaczyć osobie, która naprawdę cierpi, że powinna się zamiast tego cieszyć, bo jej cierpienie ma też dobre strony. Ale jest jedna dobra rzecz, o której chcę Wam powiedzieć: wspólne doświadczenia zbliżają ludzi.

Ja odkryłam cały nowy świat. Zaczęło się od tego, że sporo czytałam. Oczywiście na interesujący mnie temat. Widziałam tytuł, uznawałam, że to może mnie dotyczyć i czytałam. I odkryłam, jak wiele osób myśli i czuje podobnie jak ja. Odkryłam, że to jest cała rzesza osób podobnych do mnie, dzielących wspólne doświadczenia i przemyślenia. I że to są te osoby, których wcześniej unikałam, bo wydawały mi się dziwne, zbyt głośne, zbyt zasadnicze. Okazało się, że naprawdę wiele nas łączy.

Żałuję trochę, że nie miałam wcześniej takiej wiedzy. Ale cóż, kiedyś musiałam ją zdobyć.

7. Nie oceniaj pochopnie doświadczenia innych osób.



Właśnie, jeśli już mowa o doświadczeniach...
Często zbyt łatwo zakładamy, że jeśli ktoś o czymś nie mówi, to znaczy, że tego nie ma. Albo jeśli podzielimy się z kimś naszym doświadczeniem, to ten ktoś odwzajemni nam się swoją historią. A skąd. Wcale nie musi.

Ja też nieraz robiłam ten błąd. Dwie sytuacje dość mocno dały mi do myślenia. Pierwsza, krótko po rozpadzie mojego związku: spotkanie w gronie kobiet, cztery nieznajome dziewczyny, uczestniczki badania. Miałyśmy rozmawiać czysto teoretycznie o kwestiach bezpieczeństwa, ale dość szybko zaczęłyśmy sięgać po przykłady z własnego życia. Trzy spośród nas. Jedna, pomimo przedłużających się rozmów i atmosfery coraz bardziej zachęcającej do zwierzeń, nie powiedziała o sobie właściwie nic. Czy to możliwe, że ona jedna nie miała żadnej historii w zanadrzu? Czy raczej: nie czuła się na siłach, by o niej opowiedzieć?

Druga sytuacja. Siedzimy sobie przy piwku, ja i moja przyjaciółka ze szkolnej ławy. Ja jej opowiadam w miarę szczegółowo, jak doszło do tego, że byłam z jednym facetem, a teraz jestem z drugim. Kiedy w bardzo oszczędnych słowach zasygnalizowałam, że coś przełomowego wydarzyło się w tamten wieczór 9 lat temu, ona nagle zrobiła dziwną minę i bardzo szybko musiała akurat w tym momencie iść do toalety. Przypadkiem tak się złożyło? Tyle o niej wiedziałam, ale może jednak nie powiedziała mi wszystkiego?

Nie wiesz, co przeżyła druga osoba. Nawet jeśli jesteście ze sobą blisko. Nawet jeśli mówi Ci "wiesz o mnie wszystko", to wcale nie musi mówić prawdy.

8. On też jest czyimś dzieckiem.



Ten punkt może dziwić na tej liście, ale uwierzcie mi, odkąd jestem mamą, tak właśnie na to patrzę.

Ta osoba, która Cię zraniła, która Cię źle potraktowała, też jest czyimś dzieckiem. Jego mama tuliła go z czułością do snu. A może właśnie tej czułości w którymś momencie zabrakło. Pewnie starała się nauczyć go wszystkiego, co ważne. Może czasem ustępowała zbyt łatwo. Może przypadkiem przekazała coś, czego wcale nie chciała przekazać. Może coś było w relacji między rodzicami, co pozwoliło mu uwierzyć w jakąś dziwną wizję bycia w związku. Myślę, że jego rodzice bardzo się starali, by wychować wartościowego człowieka. Myślę, że zrobili mnóstwo świetnej roboty. Nawet idealna matka nie jest w stanie zagwarantować, że jej dziecko nigdy nie zrobi niczego złego. Ja też nie mogę zapewnić, że żadna kobieta nie zapłacze nigdy przez mojego syna. Wiem, że będą płakały. Już teraz tulę te kobiety w moim sercu i przepraszam je, ale mój syn jest i będzie tylko człowiekiem. Popełni błędy. Mam nadzieję, że wyciągnie z nich wnioski i poprawi się, i kiedyś naprawdę uszczęśliwi jakąś kobietę.

Wierzę, że mężczyzna, z którym na kilka lat zetknęło mnie życie, jest dobrym człowiekiem. Tak jak i ja jestem dobrą kobietą, choć zrobiłam w życiu niejedną złą rzecz i niejedną osobę zraniłam. Wierzę, że być może tworzy teraz piękny, szczęśliwy związek z kimś innym. Może ma córeczkę i myśli sobie, że pozabijałby wszystkich, którzy potraktują ją kiedyś tak, jak on potraktował mnie. Myślę, że może być dobrym mężem i ojcem.

Wybaczenie jest najlepszym, co możesz zrobić dla siebie. On może, ale wcale nie musi przejmować się tym, czy mu wybaczyłaś. Ale Ty dzięki temu będziesz mogła ruszyć do przodu. Póki nie wybaczasz, tak naprawdę tkwisz jeszcze w przeszłości.

9. Jeśli to przetrwasz i nie zwariujesz, to już nic Cię nie pokona.



To była tak naprawdę pierwsza rzecz, jakiej się nauczyłam, ale zdecydowałam się zostawić ją praktycznie na koniec, jako pewne podsumowanie.

Może i stwierdzenie, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni jest dość radykalne, ale jednak - doświadczenia sprawiają, że nie tylko nabierasz odporności, ale też przekonujesz się, ile tak naprawdę masz w sobie siły. W komfortowych warunkach tego nie sprawdzisz.

Wspomniałam na początku, że życie nie rozpieszczało mnie także i później. Bywało ciężko. Nawet dwa ostatnie lata, tak cudowne dla mnie, miały swoje dramatyczne momenty. Ale zawsze towarzyszyła mi świadomość, że przecież na słabą nie trafiło. Że może to chwilkę potrwa, ale w końcu i tak sobie poradzę. Przecież już wiem, na ile mnie stać.

10. Skorzystaj z pomocy.



Trochę dziwnie mi umieszczać tu radę, z której sama nie skorzystałam. Ale uważam, że zbrodnią byłoby ją pominąć. Jeśli zmagasz się z trudnym, bolesnym doświadczeniem, poszukaj pomocy psychologa lub psychoterapeuty. Nie lecz się samodzielnie. Nie ryzykuj kontaktu z jakimiś wątpliwej profesji "specjalistami". Poszukaj lekarza.

Ja żałuję, że tego nie zrobiłam. Ale kiedy dojrzałam do takiej decyzji, to już właściwie nie było o czym gadać; żyłam już zupełnie innymi sprawami, ważniejszymi i pilniejszymi.

Nie twierdzę, że na pewno nie poradzisz sobie bez fachowej pomocy. Ale to jest trochę jak samodzielne skręcanie mebli bez żadnej instrukcji. Może się uda, a może okaże się, że jakaś śrubka miała być jednak w innym miejscu. I niby mebel stoi, ale w zupełnie niespodziewanym momencie może się załamać.

No i - czy samodzielnie stwierdzisz, że już na pewno sobie poradziłaś? Mnie zajęło to sporo czasu.

To żadna ujma czy wstyd, korzystać z pomocy, kiedy jej potrzebujesz.

--

Bardzo liczę na to, że podzielicie się ze mną swoimi refleksjami. Zapraszam również na mój fanpage Szczęśliwa Siódemka. Jeśli chcecie, możecie tam do mnie napisać.