Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

"10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego" Marzeny Żurek - recenzja przedpremierowa!

Uwielbiam polecać Wam wartościowe książki. A już szczególną przyjemność mam wtedy, gdy mogę Wam polecić wartościową książkę napisaną przez autorkę, którą znam i lubię. Tak jest właśnie w tym przypadku :)

Marzenę Żurek poznałam ...dzieści lat temu, gdy obie byłyśmy nastolatkami. Już wówczas uważałam się za pisarkę, a w mojej głowie powoli zaczynała kiełkować opowieść, którą spisałam znacznie później, i która niedługo będzie mieć swoją premierę. O twórczości Marzeny natomiast nie wiedziałam nic, zupełnie nic. Dowiedziałam się dopiero dwa lata temu, gdy Marzenka wysłała mi jeden z wierszy o Tobim, kotku na schwał. Od tamtej pory śledzę z fascynacją i podziwem jej drogę pisarską, jej relacje ze spotkań autorskich i wszystkie fantastyczne działania, które podjęła, by kotek Tobi dotarł ze swoimi mądrymi radami do jak najszerszego grona młodych odbiorców.

Uroczy, puchaty kot (narysowany w mój absolutnie ulubiony sposób, czyli zero karykatury, a samo kocie piękno!) i mądre porady dotyczące zdrowego odżywiania się i trybu życia - co za doskonałe połączenie! Wyrazista, łatwo zapamiętywalna postać Tobiego z miejsca zdobędzie uwagę tych czytelników, których twarz rozpromienia się na widok kociej mordki. Porady napisane prostym językiem, ilość tekstu, która nie przytłacza, a dzięki rymom łatwo wpada w ucho - to idealny sposób, by trafić do dziecięcego odbiorcy :) Niewątpliwie pomysł Marzeny się sprawdził, i dlatego dzielny Tobi doczekał się kolejnej książki, w której dzieli się z dziećmi swoją mądrością. Nosi ona tytuł: "10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego".

O ile pierwsza część, czyli "Żywieniowe przygody Tobiego..." skupiała się na kwestiach dotyczących zdrowej diety, "10 czynności..." porusza nieco szerszą tematykę. Rymowane porady Tobiego dotyczą tutaj takich kwestii jak higiena osobista, znaczenie sportu i ruchu w codziennym rytmie, rola odpoczynku i snu, a także oczywiście - zdrowe posiłki spożywane o odpowiednich porach.

Tobi przygląda się porządkowi dnia, od śniadania zjedzonego z samego rana (to ważne, by o nim nie zapominać!), poprzez poranną higienę, obowiązki szkolne, aż po wieczorny odpoczynek i kolację zjedzoną 2 godziny przed dobrym i zdrowym snem. Myślę, że całkiem sympatycznym pomysłem byłoby spróbować spędzić cały dzień, stosując się dokładnie do wytycznych Tobiego - zresztą, kto mówi o jednym dniu? Gdy młody czytelnik zaprzyjaźni się z psotliwym kotkiem i zaufa jego mądrym radom, może się okazać, że zacznie pilnować zasad higieny i stałych pór posiłków bardziej niż kiedykolwiek - bo Tobi tak powiedział. Pamiętam z mojego dzieciństwa, a teraz widzę to samo u moich dzieci - że celne stwierdzenia płynące z ust postaci z bajek wielokrotnie zapadają w pamięć mocniej niż uwagi pań w przedszkolu. Nie od dzisiaj wiadomo, że nauka staje się bardziej efektywna, gdy jest związana z zabawą i rozrywką. Tobi wydaje mi się idealną postacią do roli mądrego przewodnika po zdrowym życiu, takiego, który jednocześnie uczy, bawi i zachwyca swoim nieodpartym kocim urokiem.

Dodam, że niemal na każdej stronie znajdują się proste i zabawne ilustracje z Tobim, wykonane przez Martę Raźniewską. Mam wrażenie, że nie tylko dzieci, ale też całkiem dorośli miłośnicy kotów będą mieli sporo frajdy z ich oglądania!

Książkę zamyka wspaniały bonus dla całej rodziny: gra planszowa! Ucieszyłam się ogromnie na jej widok, bo mój Robert przeżywa właśnie etap fascynacji grami planszowymi. Gra "Kraina pokus" zaproponowana przez Marzenę Żurek polega między innymi na jedzeniu pysznych warzyw i owoców, na odpowiadaniu na proste pytania (np. wymień pięć czerwonych warzyw) i wykonywaniu prostych ćwiczeń, bo w końcu w zdrowym ciele zdrowy duch! Jestem przekonana, że dzieci będą się przy niej świetnie bawić, a spożycie warzyw i owoców w domu wzrośnie, oj, wzrośnie :)




Czy widzę jakieś minusy? Może jeden: pierwszy wierszyk, poświęcony samej postaci Tobiego i opisywaniu, jaki z niego piękny kot, wydaje mi się dosyć długi. Takie rozwiązanie ma oczywiście swoje zalety, dziecięcy czytelnik zdoła się dzięki niemu bardziej przywiązać do postaci kotka i z tym większą przyjemnością będzie czytać, co czarujący Tobi ma do powiedzenia. Ale ja, dorosły czytelnik, czekałam z pewną niecierpliwością, kiedy Tobi skończy opowiadać o sobie i przejdzie do rzeczy ;)

Nie jestem też wielką fanką ilustracji przedstawiającej wirusy i bakterie ;) Ale to jest tylko i wyłącznie kwestia moich osobistych preferencji. Zauważyłam, że taki trend - pokazywania małych stworków, które trzeba wyeliminować - jest ogólnie bardzo modny w różnych bajkach zachęcających dzieci do dbania o higienę. Widocznie to po prostu się sprawdza. Dodam też, że w wykonaniu Marty Raźniewskiej nawet te nieszczęsne wirusy i bakterie prezentują się całkiem niebrzydko i niestrasznie!

Komu polecam "10 czynności dla zdrowotności"?

- rodzicom, którzy lubią czytać dzieciom na głos, a przy okazji chcą, żeby lektura miała walory edukacyjne,

- kociarzom, którzy chcą popatrzeć na ładne i zabawne obrazki z kotkiem w roli głównej,

- w zasadzie każdemu, kto potrzebuje pewnego przypomnienia zasad dotyczących zdrowego trybu życia, 

- dzieciom, dzieciom, dzieciom. Książka adresowana jest raczej do dzieci szkolnych, mniej więcej 1-2 klasa podstawówki, odnoszę jednak wrażenie, że przedszkolaki też będą się przy niej świetnie bawić i zrozumieją zawarty w niej przekaz.

Czekam z niecierpliwością na premierę! Dam Wam znać, kiedy "10 czynności... " będzie dostępne w sprzedaży!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki przed premierą bardzo dziękuję autorce, Marzenie Żurek.



środa, 17 lipca 2019

30 faktów o mnie - co lubię, czego nie lubię?



Bez żadnej specjalnej okazji :) Pisałam Wam już o moich ulubionych książkach, filmach i piosenkach. Dziś wspominam o kilku innych rzeczach. Kto wie, może podczas czytania stwierdzicie, że macie ze mną sporo wspólnego?

Zaczynamy!


1. Kiedy odwiedzam moich rodziców, za każdym razem gramy z mamą w Scrabble. Gramy codziennie, czasem kilka razy dziennie :)

2. W dzieciństwie uwielbiałam zespół Kelly Family, wielokrotnie śniłam/ wyobrażałam sobie/ udawałam, że jestem na ich koncercie :) Miałam kasetę wideo z ich występem i włączałam ją tak często, że w końcu odtwarzacz przerwał taśmę. (No, popsuty już był, to dlatego).

3. Uważam, że nie istnieje na świecie nic pyszniejszego niż domowe ciasto czekoladowe. Na przykład takie.

4. W podstawówce brałam udział w olimpiadzie z wiedzy o sztuce. To było jedno z pierwszych moich doświadczeń związanych z intensywnym uczeniem się. Nie miało ono jednak wielkiego wpływu na moje życie.

5. Uwielbiam wiewiórki. Kiedy wypatrzyłam w jednym sklepie książeczkę o wiewiórce dla Roberta, cieszyłam się chyba bardziej niż on :)

6. Mam dziką radochę z faktu, że najnowszym agentem 007 będzie ciemnoskóra kobieta. Nie zmienia to faktu, że James Bond zawsze będzie wyglądał dla mnie jak Pierce Brosnan.

7. Oglądałam skoki narciarskie długo przed tym, zanim Małysz zaczął wygrywać.

8. Nie wszystkie lektury szkolne przeczytałam, ale bez większych problemów pisałam sprawdziany z ich treści.

9. Kiedy drugi raz w życiu odwiedzałam Barcelonę, czułam się tak, jakbym wracała do domu.

10. Oglądałam filmową adaptację musicalu "Hair" tyle razy, ile razy była powtarzana w telewizji.

11. Niedawno obejrzeliśmy z mężem wszystkie 5 sezonów serialu z czasów naszego dorastania, czyli "Ally McBeal". Przedziwna sprawa z tym serialem. W żadnym innym nie widziałam tylu moich ulubionych aktorów i zarazem tylu irytujących mnie, w jakiś sposób obrzydliwych dla mnie motywów, zahaczających o moje fobie. Aż dziwne, że pająki tam nie łaziły. Mimo wszystko oglądałam z dużą przyjemnością, a Robert zakochał się w piosence tytułowej.

12. Moją pierwszą pracą w życiu było udzielanie korepetycji z angielskiego. Pierwszą bardziej oficjalną - roznoszenie ulotek jednej pizzerii. Wolałam korepetycje, choć wspomnienia związane z ulotkami mają po latach pewien urok.

13. Pierwszym kotem, którego przygarnęłam, była Molly. To było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy broniłam pracę magisterską.

14. Nigdy w życiu nie jadłam hamburgera. I pewnie już nie zjem :D

15. Ponad osiem lat temu z dnia na dzień przestałam pić kawę. Zaczęłam z powrotem, kiedy urodziłam drugie dziecko. Nie, to wcale nie ma związku :D

16. Alejka, przy której mieszkam, nazywa się Akacjowa. Zanim się o tym dowiedzieliśmy, chcieliśmy przeforsować nazwę "Pod wielkim świerkiem".

17. Kiedy myślę o najlepszych wspomnieniach, zawsze przed oczami stają mi wakacje. Wspinanie się na szczyt góry, przeskakiwanie przez morskie fale, oglądanie tęczy nad rzeką, śpiewanie przy ognisku...

18. Obejrzałam tylko jeden odcinek "Gry o tron" i nigdy nie poczułam potrzeby, żeby obejrzeć więcej.

19. Niedawno po raz pierwszy widziałam mecz kobiecej piłki nożnej. Naprawdę się zaangażowałam! (tylko emocjonalnie).

20. Chętnie odwiedziłabym jeszcze raz Chorwację, to jedno z ciekawszych miejsc, w których byłam.

21. Uwielbiam abstrakcyjne dowcipy. Albo takie, w których wystarczy opowiedzieć samą puentę i już jest śmiesznie :) W ogóle uważam, że w dowcipach jest często więcej mądrości życiowej, niż by się zdawało.

22. Poszłam do ślubu w bordowych butach, które kosztowały mnie jedyne 20 zł, bo miały niepopularny rozmiar i maleńką plamkę przy obcasie. Uwielbiałam je.

23. Gdyby ktoś chciał kiedyś stworzyć idealne perfumy dla mnie, musiałyby pachnieć mandarynkami, kawą i czymś absurdalnym, np. tortem urodzinowym.

24. Kocham lata osiemdziesiąte, przede wszystkim za muzykę. Zdecydowana większość moich ulubionych utworów pochodzi z tego okresu.

25. Rozumiem, co się do mnie mówi po francusku, włosku i hiszpańsku, ale sama nie posługuję się tymi językami (może trochę francuskim).

26. Raz w życiu śpiewałam w filharmonii.

27. Mam kilka sukienek z czasów, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum. Nadal czasem noszę, choć już rzadko.

28. Miewam względnie często sny, w których prowadzę samochód. W rzeczywistości nie umiem tego robić, nie mam prawa jazdy.

29. W tym roku po raz pierwszy obejrzałam disneyowskiego "Dzwonnika z Notre Dame" i pokochałam ten sposób opowiedzenia historii o Quasimodo. Wcześniej udawałam, że ta kreskówka nie istnieje. W ogóle uwielbiam disneyowskie wersje istniejących historii :)

30. Zapytałam męża, jaka jest jego ulubiona potrawa robiona przeze mnie. Wskazał między innymi pizzę ziemniaczaną :) Wspomniał też o torcie z pizzy, który zrobiłam kiedyś na jego urodziny.

To na razie tyle :) Ciekawa jestem, czy coś z tej listy Was zaskoczyło?

Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

piątek, 24 sierpnia 2018

A-a-a, kotki (tylko) dwa...


Niedawno śpiewałam synkowi kołysankę o kotkach i wymyślałam na bieżąco nowe zwrotki, których tekst inspirowany był naszą codziennością:

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy,
Były sobie kotki trzy,
Gdyby tylko jeden był,
To by wszystkie szklanki zbił.
(To prawda!)

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, 
Były sobie kotki trzy,
Gdyby były kotki cztery,
To dostalibyśmy... kota!

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy,
Były sobie kotki trzy,
Gdyby były tylko dwa,
To by było smutno nam...


Nie miałam pojęcia, że niedługo słowa tej ostatniej zwrotki staną się rzeczywistością. W ogóle nie brałam pod uwagę tego, że któregoś z naszych kotów może zabraknąć. Wiadomo, że pewnych rzeczy nie da się przewidzieć, jednak - bazując na informacjach o średnim wieku życia kota - nie spodziewałam się takich pożegnań w ciągu kilku najbliższych lat.

Molly


Zdrowe koty żyją około 20 lat. Koty schorowane natomiast żyją średnio do 10 lat. Choć Molly od lat była zdrowym i szczęśliwym kotem, heroiczna walka o jej zdrowie i życie stoczona osiem lat temu musiała pozostawić trwałe ślady w jej organizmie. Było to zresztą widać na pierwszy rzut oka. Była drobniejsza, znacznie mniejsza i chudsza od innych kotów. Co jakiś czas zdarzało się, że jej piękne zielone oczy łzawiły - pozostałość po ciężkim kocim katarze. Jeśli chodzi o charakter - nie była tak przebojowa jak dwie młodsze kotki, przeważnie im ustępowała. Była jednak szczęśliwą, wiecznie mruczącą pieszczoszką, garnęła się do ludzi, nie bała się niczego.

Przygarnęliśmy Molly, gdy miała rok. Była tym najsłabszym, najbardziej zabiedzonym i schorowanym kotem w schronisku, pozbawionym chęci życia i woli walki. Miała żółtaczkę, katar, wrzód na języku uniemożliwiający jedzenie, ropiejącą ranę po źle zrobionej sterylizacji. Skóra pękała jej od byle dotknięcia. Świętowaliśmy z jej tymczasową opiekunką, gdy Molly osiągnęła wagę 1,5 kg - bo to znaczyło, że kicia będzie żyć. Dzięki Asi i dzięki niezwykłemu weterynarzowi udało się doprowadzić Molly do względnie dobrego stanu. Reszta należała do nas. Musieliśmy pokazać jej, że warto żyć, że jest kochana i potrzebna i że już nigdy nie zostanie porzucona. Niedługo później mogliśmy się przekonać, jak bardzo kochający i szczęśliwy może być kot, któremu okazano trochę serca po ciężkich przeżyciach.

Jak odeszła?


Wszystko rozegrało się w dwa dni. Rano, może koło południa zauważyłam, że kicia jest dziwnie osowiała. Siedziała lub leżała w jednym miejscu i prawie się nie ruszała. To nie tak, że w normalnym stanie biegałaby energicznie po całym domu - wszystkie nasze koty to raczej leniwe mruczki, zwłaszcza w taki upał. Jednak w tym spokoju Molly było coś dziwnego, coś nowego. Uznaliśmy, że w poniedziałek trzeba będzie odwiedzić weterynarza. Przeszło mi przez myśl, że są przychodnie czynne również w weekendy. Taka wyprawa z różnych względów nie była nam jednak na rękę, a poza dziwną osowiałością Molly nie zdradzała żadnych niepokojących objawów.

Pierwszy sygnał mówiący jednoznacznie, że dzieje się coś niedobrego pojawił się wieczorem, kiedy Molly nie mogła - nie chciała - napić się wody. Najpierw pomyślałam, że może po prostu woda jest nieświeża i nalałam świeżej wody do miski, Molly jednak zaczęła rozlewać wodę, zamiast ją pić. Wiedzieliśmy już, że sprawa jest poważna. W poniedziałek do weterynarza, koniecznie!

Poniedziałek to była już agonia kota. Molly właściwie tylko leżała w jednym miejscu, nie dała się nawet napoić strzykawką. Schudła o połowę! Chyba nie uwierzyłabym, że kot może tak bardzo schudnąć w tak krótkim czasie, gdybym tego nie widziała na własne oczy. Zawsze była drobniutka, ale nagle zostały z niej skóra i kości. Zmieniła się też na pyszczku. Tak naprawdę czułam, że to już jej ostatnie chwile. Nie wiedziałam tylko, czy odejdzie w domu, czy u weterynarza. Odeszła tuż przed tym, zanim zdążyliśmy wyjść z domu.

Czy można było coś zrobić?


Z jednej strony cieszę się, że Molly odeszła w domu - wśród bliskich, w miejscu, które znała i kochała, a nie w gabinecie weterynarza. Z drugiej strony - męczy mnie świadomość, że tak naprawdę nic nie wiem. Nie wiem, czy można było ją uratować. Może gdybyśmy od razu w niedzielę pojechali do weterynarza? Może jeszcze wcześniej, może były jakieś mniej dramatyczne objawy choroby, których nie zauważyliśmy? Może różne dziwne zachowania, które braliśmy za objaw stresu (mieliśmy ostatnio remont, trochę się w domu zmieniło), były tak naprawdę zwiastunem zbliżającego się końca?

Miała 9 lat. To dość zaawansowany wiek dla zwierzęcia, ale koty żyją zazwyczaj dwa razy tyle.

Czytam moje własne wyjaśnienia, moją relację z tych dwóch dni - i sama sobie nie wierzę. Jak to, zdrowy, niestary kot nagle położył się i umarł? W ciągu doby schudł o połowę? Umarł tak szybko, że nie zdążyliśmy dojechać do lekarza? To brzmi jak kretyńskie tłumaczenie się kogoś, kto ma coś na sumieniu... Zapewniam, że nigdy nie zrobiłabym krzywdy zwierzęciu, zwłaszcza takiemu, które kochałam i przygarnęłam.

Przez jakiś czas myślałam, że może zatruła się podczas remontu. Była głupiutka i nieostrożna, może wsadziła pyszczek do puszki z farbą, gdy nikt nie patrzył? Potem uświadomiłam sobie jednak, że od remontu minęło już trochę czasu. Gdyby się zatruła, objawy nastąpiłyby wcześniej.

Widziałam parokrotnie zwierzęta tuż przed śmiercią, słyszałam też opisy podobne od moich. Pewnego dnia zwierzę po prostu słabło, jego ruchy stawały się spowolnione, przestawało jeść i pić, a potem odchodziło. Dokładnie tak było z Molly. Jedyne, co nie pasuje do tego obrazu, to jej wiek. Tłumaczymy sobie, że widocznie przez choroby, które przeszła w młodości, jej organizm był znacznie bardziej doświadczony, był jak organizm dwudziestoletniego kota. To jedyny sposób, w jaki mogę to sobie wytłumaczyć.

Wspominamy


To na pewno potrwa trochę czasu, zanim przyzwyczaimy się do tego, że nie ma już z nami Molly. Była maleńka i niepozorna, ale w jakiś zwykły-niezwykły sposób wypełniała sobą cały dom. Czasem jeszcze łapię się na tym, że szukam jej wzrokiem. Nie, nie chcę innego kota na jej miejsce. Może za następne osiem czy dziewięć lat. Na razie a-a-a, kotki dwa...

Powspominajcie razem z nami.




wtorek, 2 maja 2017

Siedem głów, cztery ogony, czyli: jak nie dostać kota, gdy masz w domu koty.


Fot. Monia Dębowska
Pisałam o tym już kiedyś, ale mogło Wam umknąć: jest nas siedmioro pod jednym adresem. Z czego element ludzki jest tu w mniejszości. I tak też się nieraz czuje; jak ta uciśnięta nieco mniejszość, zwłaszcza w nocy, gdy chce się pójść do łazienki, a nie można, bo zwierzątka się obudzą... Na ogół jednak element ludzki i element zwierzęcy żyją ze sobą w zupełnie rozsądnej relacji, o której chętnie Wam opowiem.

Mieć koty i mieć dziecko.


Mam wrażenie, choć może trochę upraszczam, że są dwie grupy właścicieli zwierząt domowych: ci, którzy najpierw mieli dzieci i dopiero później przygarnęli zwierzaka oraz ci, którzy najpierw mieli zwierzęta, a później dziecko. My należymy do tej drugiej grupy. Lata temu, zanim w ogóle przyszło nam do głowy, że moglibyśmy kiedyś zostać rodzicami, zdecydowaliśmy, że zamieszka z nami kotek -  chudziutka, biała kupka nieszczęścia wzięta ze schroniska. Podpisaliśmy z fundacją, która się nią opiekowała, umowę adopcyjną. Słyszycie, jak to brzmi? Adoptowaliśmy kicię. To ona była naszym pierwszym oczkiem w głowie, to ją tuliliśmy, nosiliśmy na rękach, karmiliśmy, czuwaliśmy nad jej snem i uspokajaliśmy, gdy płakała. Ona uczyła nas odpowiedzialności, gdy nie mogliśmy już tak po prostu jechać na weekend w góry bez zatroszczenia się o to, co w tym czasie będzie robił kot. Ale uczyła nas też bezwarunkowej miłości i oddania. Cieszyliśmy się, gdy przybierała na wadze, zdrowiała, robiła postępy, uczyła się nowych rzeczy. Rok później przygarnęliśmy kolejne dwa kociaki i odtąd obserwowaliśmy dzień po dniu, jak nasza kocia rodzina buduje relację - najpierw z mieszaniną ostrożności, strachu i ciekawości, potem poprzez zabawę do wzajemnej troski i miłości. Obserwowaliśmy z uwagą, jak nasze podopieczne radzą sobie z przeprowadzką, jak odnajdują się w nowym miejscu i na nowo porządkują sobie role w kociej hierarchii. Jakiś czas później zastanawialiśmy się, jak zareagują na pojawienie się psa. Jeszcze później - rok później - zastanawialiśmy się, jak zareagują na dziecko.

Co próbuję powiedzieć? Że dylemat co zrobimy ze zwierzętami, gdy pojawi się dziecko nigdy tak naprawdę nie istniał. One są tu u siebie. Od momentu, gdy stawialiśmy pierwsze kroki w naszym domu, nasze koty były jego domownikami. Wątpliwości, czy zdecydujemy się być nadal opiekunami naszych kotów, nigdy się nie pojawiły. Tu nie ma miejsca na takie wątpliwości.

Co nie znaczy, że nie mieliśmy obaw.


Obaw było całkiem mnóstwo. Nasze koty mają swój charakter, bywają głośne, absorbujące. To nie są ciche, niewidzialne mruczki leżące sobie gdzieś na szafie, oj nie! Nasze koty przytulają się do nas, przychodzą do nas, wskakują na kolana, nieraz włażą na głowę - dosłownie i w przenośni... Czy będą włazić na dziecko? Co będzie, jeśli podrapią dziecko albo je przyduszą? Czy będą o niego zazdrosne? Czy z nim też będą walczyć o to, kto jest w domu najważniejszy? Rodzina jeszcze podsycała nasze lęki, opowiadając mrożące krew w żyłach historie o dzieciach zagryzionych w łóżeczku, o strasznych chorobach przenoszonych przez koty... Jako że nasze trzy kłębki zaczęły mościć się w dziecięcym łóżeczku, kiedy tylko zostało ono rozstawione, byliśmy co najmniej zaniepokojeni nadchodzącymi zmianami.

Jak było naprawdę?


Naszym głosem rozsądku i jednocześnie wsparciem moralnym stała się moja serdeczna koleżanka Magda, autorka blogów Handmade by Taja oraz Różanecznik, matka dwojga pięknych dzieci i zarazem właścicielka dwóch dorodnych kocic. Z uśmiechem na ustach pokazała nam, jak u nich wygląda wspólne życie całej gromadki. Wytłumaczyła, że owszem, koty wchodzą do łóżeczka, ale dobrze wiedzą, że w łóżeczku jest dziecko, któremu nic nie może się stać. Że dzieci od małego przyzwyczajają się do zwierząt w domu, są na nie uodpornione, a przy tym mają więcej bodźców i szybciej się rozwijają. Pokazała nam, że da się pogodzić posiadanie kotów z opieką nad malutkim dzieckiem. Uspokoiliśmy się.

Jak było naprawdę? Okazało się, że nasze koty doskonale rozumieją, że w domu pojawił się mały człowiek. Widocznie rozumiały z naszego gadania o wiele więcej niż sądziliśmy. Interesowały się Robertem, ale zachowywały jednocześnie pełną ostrożność, nawet go nie dotykały. Dopiero po pewnym czasie zaczęły się o niego ocierać, a potem przytulać. Powoli, łagodnie sprawdzały, na ile mogą sobie pozwolić.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że koty nie interesowały się zabawkami Roberta. Byłam przekonana, że karuzelka z tańczącymi pluszakami będzie dla nich co najmniej ciekawym obiektem do upolowania, one jednak konsekwentnie ignorują ją od początku. Ani razu nie próbowały się nią bawić. Po prostu wiedzą, że to nie dla nich.

Fot. Monia Dębowska

Ważna sprawa!


Nie mam stuprocentowej pewności, co przesądziło o tym, że nasze koty tak mądrze przyjęły najmłodszego członka rodziny, ale jedna rzecz zasługuje na podkreślenie. Przez cały czas, zarówno przed pojawieniem się dziecka, jak i później, bardzo staraliśmy się pokazać im, że nadal są ważne i kochane. Nie przestaliśmy okazywać im czułości. Tłumaczyliśmy im, że pojawił się mały człowieczek, że jest bezbronny i potrzebuje dużo naszej uwagi, ale one w dalszym ciągu są naszymi ukochanymi kotkami i pod tym względem nic się nie zmienia.

Koty naprawdę dużo rozumieją. Są teorie, że rozumieją wszystko, ale czasem dla własnej wygody udają, że nie zrozumiały :)

Nasze koty nie są idealne i nie zawsze są grzeczne. Czasem się na nie złościmy. Czasem czujemy się bezradni, czasem pojawiają się problemy i szukamy rozwiązania. Ale nigdy nie myśleliśmy o tym, żeby się ich pozbyć. Z każdym problemem poradzimy sobie wszyscy w komplecie: my, ludzie, trzy koty i jeden pies (który w tym tekście został trochę pominięty, ale zapewniam, że jest równie wspaniały i kochany jak koty).

Na koniec w skrócie - garść przydatnych informacji:

  • Zwierzęta domowe stymulują rozwój dziecka, stanowią dla niego dodatkowy bodziec i zachęcają m.in. do szybszej nauki przemieszczania się - dziecko chce dogonić kotka ;)
  • Zagrożenie przenoszonymi przez koty chorobami właściwie nie istnieje w sytuacji, gdy koty są niewychodzące i zaszczepione. Oczywiście, pewne środki ostrożności nie zaszkodzą - ja na przykład przez całą ciążę nie dotykałam kuwety. Nie ma jednak sensu panikować.
  • Im wcześniej dziecko ma styczność z kotem, tym mniejsze ryzyko, że będzie na niego uczulone.
  • Koty żyją średnio koło 20 lat. Jest duża szansa, że będą towarzyszyć dziecku przez cały okres dzieciństwa i dorastania.
  • Zawsze warto pamiętać o sterylizacji kotów. One wcale nie potrzebują mieć potomstwa, nie czerpią radości ze spółkowania (dla kotek jest to przede wszystkim ból!), nie czują się okradane z "daru posiadania dzieci".
  • W schronisku jest pełno potrzebujących kotów i psów. Zwierzę wzięte ze schroniska przywiązuje się bardzo mocno do człowieka, który je przygarnął i oddaje mu całe serce. Czasem mam wrażenie, że nasza Molly ciągle stara się nam podziękować za to, co zrobiliśmy siedem lat temu :)
  • Kot przywiązuje się do człowieka równie mocno jak pies. Rozstanie z bliską osobą sprawia, że kot cierpi i może stracić chęć do życia.
Fot. Monia Dębowska
Autorką zdjęć naszych kotów jest Monia, która prowadzi blog Kolory życia.