Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 maja 2021

Mama - oczami moich dzieci

Mama widziana oczami Michałka ma czarne włosy, choć przypuszczam, że młody portrecista użył czerni w ramach kompromisu, bo nie mógł znaleźć flamastra o kolorze ciemnoblond. Z kolei na jednym z niedawnych rysunków Roberta włosy mamy są różowe, ale to może wynikać z tego, że cały portret został narysowany różową kredką.

Niezależnie jednak od koloru, długie włosy mamy muszą być rozczesane, dlatego Michaś wziął dziś rano szczotkę i starannie mamę czesał, miał z tego dużo radości. A potem mama czesała jego jasne, jedwabiste włoski.

Mama to pierwsze słowo wypowiedziane przez każdego z nich, pierwsze słowo, które Robert nauczył się pisać i czytać, a nawet pierwsze na swój sposób "przeczytane" przez Michałka, choć więcej było w tym przypadku niż świadomego czytania.

Usłyszane po raz pierwszy, to słowo wywołało we mnie wielkie wzruszenie. Teraz, gdy słyszę je kilkadziesiąt razy w ciągu dnia, budzi we mnie czasem zniecierpliwienie. Wiem jednak, że to pokazuje, jak ważną osobą jest mama w życiu moich synków.

Mama

To trochę osoba, a trochę zjawisko. Rozpoznawana przez dzieci na każdym zdjęciu, nawet w peruce i charakteryzacji. A jednocześnie mylona czasami ze Stevie Nicks z Fleetwood Mac, z królową Lilian ze "Shreka" i z innymi blondynkami o długich, bujnych włosach, nieraz bardzo atrakcyjnymi. Pochlebiają mi te pomyłki :)

Ale mama to przede wszystkim osoba, która przytula dziecko, gdy obudzi się w nocy w ciemnym pokoju. To osoba, która karmi, nosi na rękach, rozśmiesza i ociera łzy, i daje całusa na pożegnanie, potrafi się bawić w policjanta i złodziejaszka, przybija piątkę, smaży pyszne naleśniki i śmieje się głośno ze wspólnych żartów, wygłupów i łaskotek.

Mama śpiewa piosenki, przeważnie wtedy, gdy tekst na ekranie podświetla się na różowo - tak jak tutaj. Mama czyta książki, najczęściej o Elfie, o strażaku albo o zwierzątkach. Mama często też pisze na komputerze, to jest jej praca. 

Ja jestem mamą, a ty Robertem

Ostatnio w naszych zabawach z Robertem pojawiają się tego typu akcenty - zamiana ról. Obserwuję jego pomysły z ciekawością, bo mam wrażenie, że mogę w ten sposób dowiedzieć się sporo na temat naszej relacji widzianej jego oczami.

Rzecz jasna, nie zawsze to działa :) Czasami Robert chce wcielić się w rolę mamy, bo liczy na to, że uda mu się wtedy wymigać od robienia czegoś, na co nie ma ochoty. Raz chciał na przykład, żebym była Robertem i umyła się za niego ;) Oczywiście się nie zgodziłam.

Innym razem prosiłam go, żeby posprzątał po sobie zabawki. Stwierdził: może ja będę mamą, a ty Robertem. Robert posprząta, a mama będzie oglądać bajkę. No co za spryciarz! Odpowiedziałam, że o nie, mama w tej sytuacji na pewno nie włączałaby bajki, tylko puściłaby sobie dobrą muzykę. Poszedł za moją sugestią, a że radzi sobie całkiem dobrze z obsługą komputera, niebawem słuchałam razem z nim świetnej muzyki wybranej specjalnie dla mamy. Trzeba przyznać, że mama ma dobry gust ;)

Jednak najmilej jest wtedy, gdy jestem Robertem i np. układam klocki, a malutka mama serdecznie mnie dopinguje: świetnie sobie radzisz, Robert. Bardzo ładnie, Robert. Dasz radę, Robert. Tak sobie myślę, że jeśli pierwszym skojarzeniem z rolą mamy, jakie pojawia się w główce mojego czteroletniego synka, są te wspierające i serdeczne słowa - to chyba coś mi jednak wyszło w tym macierzyństwie. 

Nigdy nie twierdziłam, że jestem idealną mamą. Ale podoba mi się bycie mamą widzianą ich oczami.

środa, 17 lipca 2019

30 faktów o mnie - co lubię, czego nie lubię?



Bez żadnej specjalnej okazji :) Pisałam Wam już o moich ulubionych książkach, filmach i piosenkach. Dziś wspominam o kilku innych rzeczach. Kto wie, może podczas czytania stwierdzicie, że macie ze mną sporo wspólnego?

Zaczynamy!


1. Kiedy odwiedzam moich rodziców, za każdym razem gramy z mamą w Scrabble. Gramy codziennie, czasem kilka razy dziennie :)

2. W dzieciństwie uwielbiałam zespół Kelly Family, wielokrotnie śniłam/ wyobrażałam sobie/ udawałam, że jestem na ich koncercie :) Miałam kasetę wideo z ich występem i włączałam ją tak często, że w końcu odtwarzacz przerwał taśmę. (No, popsuty już był, to dlatego).

3. Uważam, że nie istnieje na świecie nic pyszniejszego niż domowe ciasto czekoladowe. Na przykład takie.

4. W podstawówce brałam udział w olimpiadzie z wiedzy o sztuce. To było jedno z pierwszych moich doświadczeń związanych z intensywnym uczeniem się. Nie miało ono jednak wielkiego wpływu na moje życie.

5. Uwielbiam wiewiórki. Kiedy wypatrzyłam w jednym sklepie książeczkę o wiewiórce dla Roberta, cieszyłam się chyba bardziej niż on :)

6. Mam dziką radochę z faktu, że najnowszym agentem 007 będzie ciemnoskóra kobieta. Nie zmienia to faktu, że James Bond zawsze będzie wyglądał dla mnie jak Pierce Brosnan.

7. Oglądałam skoki narciarskie długo przed tym, zanim Małysz zaczął wygrywać.

8. Nie wszystkie lektury szkolne przeczytałam, ale bez większych problemów pisałam sprawdziany z ich treści.

9. Kiedy drugi raz w życiu odwiedzałam Barcelonę, czułam się tak, jakbym wracała do domu.

10. Oglądałam filmową adaptację musicalu "Hair" tyle razy, ile razy była powtarzana w telewizji.

11. Niedawno obejrzeliśmy z mężem wszystkie 5 sezonów serialu z czasów naszego dorastania, czyli "Ally McBeal". Przedziwna sprawa z tym serialem. W żadnym innym nie widziałam tylu moich ulubionych aktorów i zarazem tylu irytujących mnie, w jakiś sposób obrzydliwych dla mnie motywów, zahaczających o moje fobie. Aż dziwne, że pająki tam nie łaziły. Mimo wszystko oglądałam z dużą przyjemnością, a Robert zakochał się w piosence tytułowej.

12. Moją pierwszą pracą w życiu było udzielanie korepetycji z angielskiego. Pierwszą bardziej oficjalną - roznoszenie ulotek jednej pizzerii. Wolałam korepetycje, choć wspomnienia związane z ulotkami mają po latach pewien urok.

13. Pierwszym kotem, którego przygarnęłam, była Molly. To było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy broniłam pracę magisterską.

14. Nigdy w życiu nie jadłam hamburgera. I pewnie już nie zjem :D

15. Ponad osiem lat temu z dnia na dzień przestałam pić kawę. Zaczęłam z powrotem, kiedy urodziłam drugie dziecko. Nie, to wcale nie ma związku :D

16. Alejka, przy której mieszkam, nazywa się Akacjowa. Zanim się o tym dowiedzieliśmy, chcieliśmy przeforsować nazwę "Pod wielkim świerkiem".

17. Kiedy myślę o najlepszych wspomnieniach, zawsze przed oczami stają mi wakacje. Wspinanie się na szczyt góry, przeskakiwanie przez morskie fale, oglądanie tęczy nad rzeką, śpiewanie przy ognisku...

18. Obejrzałam tylko jeden odcinek "Gry o tron" i nigdy nie poczułam potrzeby, żeby obejrzeć więcej.

19. Niedawno po raz pierwszy widziałam mecz kobiecej piłki nożnej. Naprawdę się zaangażowałam! (tylko emocjonalnie).

20. Chętnie odwiedziłabym jeszcze raz Chorwację, to jedno z ciekawszych miejsc, w których byłam.

21. Uwielbiam abstrakcyjne dowcipy. Albo takie, w których wystarczy opowiedzieć samą puentę i już jest śmiesznie :) W ogóle uważam, że w dowcipach jest często więcej mądrości życiowej, niż by się zdawało.

22. Poszłam do ślubu w bordowych butach, które kosztowały mnie jedyne 20 zł, bo miały niepopularny rozmiar i maleńką plamkę przy obcasie. Uwielbiałam je.

23. Gdyby ktoś chciał kiedyś stworzyć idealne perfumy dla mnie, musiałyby pachnieć mandarynkami, kawą i czymś absurdalnym, np. tortem urodzinowym.

24. Kocham lata osiemdziesiąte, przede wszystkim za muzykę. Zdecydowana większość moich ulubionych utworów pochodzi z tego okresu.

25. Rozumiem, co się do mnie mówi po francusku, włosku i hiszpańsku, ale sama nie posługuję się tymi językami (może trochę francuskim).

26. Raz w życiu śpiewałam w filharmonii.

27. Mam kilka sukienek z czasów, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum. Nadal czasem noszę, choć już rzadko.

28. Miewam względnie często sny, w których prowadzę samochód. W rzeczywistości nie umiem tego robić, nie mam prawa jazdy.

29. W tym roku po raz pierwszy obejrzałam disneyowskiego "Dzwonnika z Notre Dame" i pokochałam ten sposób opowiedzenia historii o Quasimodo. Wcześniej udawałam, że ta kreskówka nie istnieje. W ogóle uwielbiam disneyowskie wersje istniejących historii :)

30. Zapytałam męża, jaka jest jego ulubiona potrawa robiona przeze mnie. Wskazał między innymi pizzę ziemniaczaną :) Wspomniał też o torcie z pizzy, który zrobiłam kiedyś na jego urodziny.

To na razie tyle :) Ciekawa jestem, czy coś z tej listy Was zaskoczyło?

Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

czwartek, 18 kwietnia 2019

Marzenia się spełnia, a plany się realizuje - czyli kwiecień u Siódemki.

Powiem Wam, że zawsze chciałam być stoikiem. I nigdy mi się to nie udało :D Zrozumienie, że raz jest gorzej, a raz lepiej, przekracza moje niemałe przecież możliwości. Niby wiem, że to sama prawda, ale jakoś nie umiem się nie emocjonować, nie przeżywać. Spokój i dystans to dla mnie zjawiska egzotyczne.

I tak po wyjątkowo słabym, dołującym początku roku zaczął się czas intensywny i niełatwy, ale bez wątpienia - dobry dla mnie.

Tak w (dużej) pigułce o tym, co ostatnio się u mnie dzieje:

Zmiany kosmetyczne, remonty i "mniej stresu!"


Nie mieszkamy teraz u siebie. Już od tygodnia zajmujemy pokój u teściów w Krakowie. (Jakby ktoś z Krakowa chciał się ze mną spotkać, to gdzieś do połowy maja jest to nieco łatwiejsze niż zwykle). Powodem jest planowany od dawna remont łazienki. Nie wiem, czy pamiętacie, że był on na liście moich postanowień noworocznych. Teraz właśnie staje się faktem :) 

Moja zasługa jest w tym tak naprawdę niewielka, może tylko taka, że udało mi się zbudować bardzo pozytywne i wyjątkowe relacje z ludźmi, dzięki którym to wszystko okazało się możliwe do zrealizowania. Teraz natomiast wiele zależy ode mnie. To, jak nasza rodzina poradzi sobie z niecodzienną sytuacją, przede wszystkim z faktem, że przez jakiś miesiąc nie będziemy gospodarzami, a gośćmi. To oznacza wiele kompromisów i współpracy, ale też wiele cennych chwil spędzonych z ludźmi, których kochamy.


W tym samym czasie trwa jeszcze jeden remont - czyli moja rehabilitacja. Czyli w zasadzie, kolejny punkt na liście postanowień! Okazuje się, że ćwiczenia typu "weź oddech i napnij mięśnie" to jest akurat ten poziom aktywności sportowej, z którym radzę sobie naprawdę dobrze ;) Poprawa jest widoczna na pierwszy rzut oka. Przyznam szczerze, że czuję się z tym fantastycznie. Ta cząstka mojej osoby, która potrzebuje od czasu do czasu poczuć się zaopiekowaną, doskonale się w tej sytuacji odnajduje. No i oczywiście, wspaniała jest świadomość, że niedługo wrócę do pełnej formy i że zrobiłam coś w tym kierunku. Fizycznie czuję się nieco bardziej krucha - świadomość, że coś w moim ciele nie do końca działa sprawia, że zwracam większą uwagę na różne dolegliwości, które bez tej świadomości pewnie bym zwyczajnie zignorowała. Ale poza tym jest dobrze :)

Dlaczego mam się mniej stresować? Bo każde napięcie znajduje swoje odzwierciedlenie w kondycji mięśni. To niby oczywistość, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ta korelacja jest aż tak silna. W każdym razie, jest to rada, do której chwilowo nie mogę się zastosować - mimo wszystko remont łazienki jest zjawiskiem bardzo stresogennym ;)

Śpiewam, tańczę, przeganiam gołębie - Genezyp Kapen i "Moja dzielnia".

Genezyp Kapen

Pisałam Wam, że miniony rok, choć ogólnie bardzo dobry, był wyjątkowo nieudany pod względem moich udziałów w projektach muzycznych. Był jednak pewien wyjątek. Pod koniec roku, już w bardzo zaawansowanej ciąży wzięłam udział w nagraniu chórków do dwóch piosenek zespołu Genezyp Kapen. Już wtedy niezobowiązująco mówiliśmy o kręceniu teledysku na wiosnę. Mimo wszystko byłam zaskoczona, gdy kilka tygodni temu odezwał się do mnie Janusz Mika, wokalista zespołu, z pytaniem, która sobota w kwietniu byłaby dla mnie najlepszym terminem na nagranie klipu. Wówczas odpowiedziałam, że jest mi wszystko jedno, bo nie mam jeszcze planów na kwiecień. Jak można się domyślić, kiedy przyszło co do czego, kwiecień miałam cały załadowany planami :D Udało nam się jednak spotkać i mimo niesprzyjającej pogody przejść się wspólnie na mały, taneczno-śpiewający spacer.

Bawiłam się fantastycznie :) Czuję, a może raczej - wierzę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie z przesympatycznymi muzykami z zespołu Genezyp Kapen.

Czasami to jest takie proste, odpowiesz bez większych nadziei na jedno małe ogłoszenie, a ono zaowocuje taką wspaniałą przygodą :)

Poniżej notka o zespole:

Zespół powstał w maju 1985 w Krakowie, z inicjatywy Janusza „Gonzo” Miki, po częściowym rozpadzie punkowej kapeli Wee Wees, której był wokalistą. Pierwszy koncert Genezyp Kapen zagrał w sierpniu 1985 podczas festiwalu Poza Kontrolą w Warszawie.
Jesienią 1991 grupa odbyła trasę po Litwie (m.in. koncert w Wilnie), a rok później nakładem firmy Fala ukazała się kaseta „Polski Bronx” zawierająca 14 utworów. Kilka z nich znalazło się na licznych punkowych składankach.
W ciągu 17 lat aktywności scenicznej krakowska formacja zagrała ok. 120 koncertów, występując m.in. z zespołami takimi jak: Deuter, Dezerter, Izrael, Elektryczne Gitary, T. Love, Farben Lehre, ANKH, Post Regiment, Inkwizycja, Id, PRL, Pudelsi, Die  Gewaltlosen czy francuski Skaferlatine. W tym czasie przez skład Genezyp Kapen przewinęło się ponad 20 muzyków.
W lutym 2002, po ostatnim koncercie w klubie „Kredens” zespół zawiesił działalność, jak się okazało, na... 16 lat.

GENEZYP KAPEN

Reaktywowany w marcu 2018 Genezyp Kapen powrócił do składu z lat 90. Tworzą go obecnie: wokalista i basista Janusz „Gonzo” Mika; gitarzysta Jacek Buzdygan (ex- Krwawy Okres, Yard, The Beans, The Avarians); perkusista Jarek Gil (ex- The Cooks, Cock A Doodle Do, Yard, No Knock), który aktualnie gra także w Night Patrol oraz saksofonista Rafał Mazur (ex- Przewróć Się Na Cyce Lala).
Efektem wspólnej pracy jest zawierająca trzy studyjne utwory płyta DVD poświęcony w całości – w materii tekstowej – krakowskiej dzielnicy Krowodrza, gdzie mieszkają lub czasowo mieszkali wszyscy członkowie Genezyp Kapen.

Od 2018 grupa znów koncertuje. Po dwóch jesiennych występach w klubie „Kornet” (w towarzystwie Krawal Bandy oraz Ukrainy i Secesji), Genezyp Kapen zagrał w „Awarii” z Night Patrol, a 8 czerwca zaprezentuje się w „Pracowni Pod Baranami” razem z The Awarians. W drugiej połowie roku zespół przystąpi do nagrania płyty studyjnej.


Kto wygrał SHARE WEEK 2019?



Przyznam Wam, że zanim jeszcze poznałam wyniki tegorocznego plebiscytu, miałam ochotę napisać tekst pod takim, nieco clickbaitowym tytułem -  że niby ja wygrałam, bo dwa polecenia ze strony tak wspaniałych blogerek uważam za ogromne wyróżnienie i moje wielkie zwycięstwo, niezależnie od prawdziwego wyniku plebiscytu.

Po czym okazało się, że mam nie dwa, a trzy polecenia (nie wiem jeszcze, od kogo jest to trzecie) i tym samym pojawiłam się w rankingu SHARE WEEK 2019 w gronie "blogów przebijających się z nisz".

Większość blogerów pewnie wie, co oznacza wyróżnienie w SHARE WEEK. Tym z Was, którzy nie blogują, chciałabym trochę przybliżyć, o co chodzi.

Nawet nie chcę się wygłupiać z szacowaniem, ile w Polsce jest blogów, ale możemy śmiało przyjąć, że jest to siedmiocyfrowa liczba. SHARE WEEK to plebiscyt ogólnopolski, czyli na dobrą sprawę każdy z tych milionów blogów był dla mnie konkurencją. Owszem, jest pewien nacisk na to, by głosować raczej na tych początkujących i niszowych blogerów niż na wielkich graczy polskiej blogosfery. Ale uwierzcie, że początkujących blogerów też jest mnóstwo! Dla porównania: pewna znakomita blogerka uważana za wschodzącą gwiazdę blogosfery ma 17 razy więcej obserwujących niż ja! 

Trzy osoby, dokonujące wyboru spośród tych milionów możliwości uznało, że warto polecić właśnie mnie i mój blog.

Wiem, że to może trochę tak wygląda, jakby zagłosowało na siebie kółko wzajemnej adoracji ;) Ale wiecie, ja nie znam tych dziewczyn osobiście (JESZCZE!), a powodem, dla którego regularnie odwiedzają ten adres jest to, że przekonałam je do siebie swoim pisaniem. Czyli zagłosowali na mnie moi stali czytelnicy.

Moje wysokie miejsce w rankingu SHARE WEEK nie czyni mnie jedną z najpopularniejszych blogerek w Polsce. Jeśli już, to powiedziałabym, że świadczy o tym, że mój blog należy do tych trzydziestu kilku polskich blogów, które mają najwierniejszych przyjaciół. I to jest dla mnie bardzo miła myśl, i o takiego bloga walczyłam :)

A kto naprawdę wygrał SHARE WEEK 2019? Pani Swojego Czasu oraz Life Managerka :) Zajrzyjcie do nich, bo warto!

Piszę - na kolanach, ale do przodu!


Nie wiem, czy na tym etapie zawracanie Wam głów pisaną przeze mnie książką ma jakikolwiek sens. Na dobrą sprawę nie wiadomo, czy ja ją kiedykolwiek skończę. Choć zaczyna do mnie docierać, że spod moich palców wyłania się gigantyczna cegła i w związku z tym podział na tomy staje się jedyną możliwą opcją. To oznacza, że muszę wymyślić więcej chwytliwych tytułów (a znalezienie tego jednego uważałam za sukces), ale oznacza też, że mogę stać się autorką serii :)

Mierzę się z tematem, który chodził mi po głowie, kiedy miałam jeszcze kilkanaście lat. Moje pisarstwo cechowało wówczas wszystko, tylko nie pokora. Myślałam, że takie arcydziełko to ja sobie pyknę raz, dwa, trzy, w wygodnym mieszkanku, z zerowym doświadczeniem życiowym, nie mając niczego mądrego do powiedzenia i żadnych sensownych poglądów poza tym, że wszyscy, którzy czegoś ode mnie wymagają, są źli, niedobrzy i ograniczają moją wolność. Teraz podjęłam temat z dużo większą rozwagą - ale też w międzyczasie, w trakcie pisania upadłam na kolana. I tak już na nich zostałam. Na co ja się porywam! Po czym ja chlastam! Chyba codziennie zastanawiam się, czy dobrnę do końca, aż do mocnego finału, który od dawna mam w głowie - i piszę dalej. Wiem, że jeśli nie skończę, to ta książka do końca życia nie opuści mojej głowy.

Mojej sytuacji nie poprawia fakt, że (ze względu na planowany czas akcji) będę musiała odnieść się w tej książce do strajku nauczycieli. A nauczyciele, przynajmniej niektórzy, odgrywają w książce wyjątkowo nieładne role... Jeśli miałam mało wyrzutów sumienia, to teraz mnie po prostu zjadają. Jaki jest sens pisania w dzisiejszych czasach książki, która ukazuje nauczycieli w złym świetle? Ale może z drugiej strony, da mi to pretekst, żeby pokazać jakieś porozumienie między obiema stronami konfliktu - uczniami i nauczycielami?

Taka blogerka parentingowa, a o dzieciach zapomniała.


Co jeszcze u mnie słychać? A, no, dzieci mam...

Najważniejszym newsem, jeśli chodzi o Roberta jest to, że na dobre zaprzyjaźnił się z nocnikiem. Coraz więcej też mówi, nieraz nas zaskakuje swoimi wypowiedziami. Zostaliśmy ostatnio praktycznie z dnia na dzień postawieni przed decyzją: czy Robert pójdzie od września do przedszkola? Uznaliśmy, że to dobry pomysł. Nie ma sensu zatrzymywać go w żłobku, jeśli może już pójść dalej.

Doskonale się przystosował do nowej sytuacji, w której się teraz znaleźliśmy. Właściwie nie widzę żadnych znaków świadczących o tym, że Robertowi mogłoby być ciężko z tym, że mieszka teraz u dziadków. Mam wrażenie, że świetnie się bawi.

Nadal jest niesamowicie opiekuńczym i czułym starszym bratem. Kiedy usłyszy płacz Michała, biegnie do niego nawet z drugiego końca mieszkania, bo "braciszek płacze!". Ostatnio pomaga mi też myć Michała :)

Misio rozwija się pięknie, nauczył się już turlać po całym łóżku. Z łatwością obraca się z pleców na brzuszek, z brzuszka na plecy czasem jeszcze ma kłopot, ale jak złapie rytm, to ho ho... :) Jest niezwykle radosny i prześliczny. Już niedługo odbędzie się jego chrzest. Trochę się stresujemy, ale na pewno wszystko będzie dobrze!

Rozpisałam się, ale to dlatego, że - jak widzicie - naprawdę dużo się dzieje! Jak zawsze, będę ogromnie wdzięczna za Wasze komentarze :)

czwartek, 10 stycznia 2019

Trzy piosenki dla dzieci, których przekaz uważam za szkodliwy.

"Moje dziecko nie będzie oglądać filmików na YouTube!"


- powiedziała matka, która nie była zmęczona ani chora, nie czuła się źle w drugiej ciąży i zawsze miała pomysł na ciekawą, kreatywną i rozwijającą zabawę dla dziecka... Tak, możliwe, że nawet ją znam. Ale nie o niej jest ten tekst.

Od pewnego czasu w naszym domu znalazło się więc miejsce dla kilku nowych znajomych. Jest wśród nich smok Edzio, są Teletubisie, nazywane przez Roberta misiami, są też księżniczki Anna i Elsa, bo tak wyszło, że nasz kochany chłopiec bardzo lubi piosenki z "Krainy lodu". 

Nie twierdzę, że to bardzo dobrze, ale nie przyznam też, że bardzo źle. Zdziwiłabym się, gdyby dziecko, które przez niemal dwa lata swojego życia regularnie widziało mnie pracującą przy komputerze, nie interesowało się komputerem w ogóle. Filmiki, które razem oglądamy, są najczęściej edukacyjne. Widzę, jak Robert uczy się z nich piosenek i układów tanecznych, poznaje nazwy kolorów i zwierzątek. My, rodzice, też się uczymy - przede wszystkim piosenek. Te melodie, szczególnie gdy są powtarzane po wielokroć, potrafią na dobre utkwić w głowie! Przy okazji wsłuchuję się w ich tekst.

Niektóre są niemądre.



Większość tych piosenek znam jeszcze z mojego dzieciństwa. Od wielu lat mają za zadanie bawić, a przy okazji uczyć. Kiedy byłam dzieckiem, interesowała mnie jedynie ich wartość rozrywkowa,  tekstów z oczywistych przyczyn nie analizowałam. Teraz, jako dorosła osoba, mimowolnie bardziej interesuję się tym, o czym jest dana piosenka. A kolorowe teledyski, które bardzo dokładnie oddają treść utworów, dodatkowo sprzyjają temu analizowaniu.

Zdaję sobie sprawę z tego, że śmieszne rymowanki dla dzieci nie muszą być w pełni sensowne i logiczne. Dlatego nie zamierzam się tutaj czepiać np. piosenki o tym, że boimy się niedźwiedzia-ludożercy, dlatego godzinami krążymy wokół niego na palcach i liczymy na to, że się nie obudzi. Albo koszmaru każdego kierowcy - piosenki o autobusie, którego drzwi ciągle się otwierają i zamykają, sprzęgło trafia szlag, kierowca bez przerwy trąbi, a pasażerowie podskakują na wybojach, przez co małe dziecko płacze wniebogłosy. Nie będę nawet próbowała dociekać, o co chodzi z kółkiem graniastym. Nieważne. Ktoś tak to kiedyś napisał, ktoś inny podał dalej. Dla dzieci to i tak tylko śmieszne pioseneczki, dzięki którym mogą się wesoło bawić i tańczyć. Nie ma sensu obawiać się, że nauczą się z nich czegoś niewłaściwego.
Niestety, są i takie piosenki, które między wesołymi rymami niosą szkodliwy przekaz. To o nich postanowiłam dziś napisać.

1. "Jestem sobie przedszkolaczek"




... Nie grymaszę i nie płaczę,
Na bębenku marsza gram,
Ram pam pam! Ram pam pam!

Klasyka :) Robert ją uwielbia - jest wesoła, rytmiczna i można przy niej wykrzykiwać "ram pam pam!", uderzając w bębenek  (lub w stolik, jeśli bębenka nie ma pod ręką). Niestety, ostatnia zwrotka tej piosenki zawiera przykre słowa:

"Kto jest beksą i mazgajem,
Ten się do nas nie nadaje,
Niechaj w domu siedzi sam!
Ram pam pam! Ram pam pam!"

Serio, taki przekaz w piosence dla dzieci?
Ktoś, kto napisał te słowa, zapewne chciał dobrze. Chciał przekonać dzieci, że lepiej jest być radosnym, pogodnym i grzecznym. Wiadomo, wtedy wszyscy będą się świetnie bawić, a panie w przedszkolu będą miały spokój.

Tylko że obecnie takie podejście jest nie do przyjęcia. W czasach, kiedy do pedagogów i do rodziców dotarło, że dziecko ma emocje, musi się ich uczyć i ma prawo je wyrażać, nazywanie małego dziecka beksą i stwierdzanie, że się nie nadaje, jest po prostu niedopuszczalne. Nie uczmy dzieci, że nie wolno im płakać. Nie uczmy dzieci, że są gorsze od innych dlatego, że są wrażliwe. Jeśli płaczą, bo ktoś sprawił im przykrość - zamiast piętnować ofiarę, może lepiej przyjrzyjmy się sprawcy.

Nadal śpiewamy z Robertem tę piosenkę, jednak staramy się zmieniać słowa ostatniej zwrotki. Np. "Kto jest beksą i mazgajem, tego zaraz przytulimy, bo się bardzo tu lubimy!" - zawsze to trochę lepiej...

2. "Mam chusteczkę haftowaną"



... co ma cztery rogi, 
Kogo kocham, kogo lubię, rzucę mu pod nogi. 
Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję, 
a chusteczkę haftowaną tobie podaruję.

Oczywiście to znacie. Śpiewaliśmy to w przedszkolu wszyscy. Zastanawiam się, jak myśmy to z koleżankami przetrwały. Przecież dzięki tej piosence nasi koledzy zyskali tak znakomitą okazję do dokuczenia nam. Wystarczyło wskazać wymownie na nielubianą koleżankę przy śpiewaniu "Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję"...  Chyba po prostu nie traktowaliśmy  tego poważnie.

Możliwe, że dzisiejsze dzieci też dobrze wiedzą, ze to tylko taka zabawa i nie płaczą z jej powodu. Mimo wszystko jednak - po co uczyć dzieci piosenki o tym, że kogoś nie lubimy? Czy nie lepiej skupić się na pozytywnym przekazie? Na budowaniu relacji, a nie na podziałach i niechęci?

3. "Dlaczego gruszka chce być chuda jak pietruszka?"



Trochę mniej znana piosenka. I dobrze! Kiedy ją usłyszałam, wszystkie włosy stanęły mi dęba.
Choć wydawałoby się, że jej przekaz jest bardzo prawidłowy. Mało tego, mam nawet tekst na blogu o tej samej wymowie! - odsyłam do tekstu "Szkoda życia na odchudzanie" i mojego przykładu ze słoniem.

Naprawdę doceniam, że autor tej piosenki chciał przekazać dzieciom, że są piękne takie, jakie są, nie muszą się odchudzać i próbować upodabniać się do kogoś innego. Niestety, zrobił to wyjątkowo niezręcznie. W piosence pojawia się rapowana zwrotka, która brzmi tak:

Rzekł ogrodnik: "Mądra gruszka 
dumna jest ze swego brzuszka, 
Wszystkich nęci zapachem i aromatem, 
Nic nie wolno zmieniać zatem. 
Będziesz taka jaka jesteś,  
Chudej gruszki nikt nie zechce. 
Bądź świadoma swej wartości,  
Niech ktoś inny Ci zazdrości!"

Co jest nie tak w tym fragmencie? Wszystko! 
Po kolei: mądra gruszka dumna jest ze swego brzuszka - czyli: jeśli nie jesteś zadowolona ze swojego wyglądu i chcesz w sobie coś zmienić, to najwyraźniej nie jesteś mądra.
Nic nie wolno zmieniać zatem, będziesz taka jaka jesteś - czyli: próby zmiany swojego wyglądu są złe i niewłaściwe, musisz wyglądać tak, jak wyglądasz i jak oczekują od Ciebie inni.
Chudej gruszki nikt nie zechce - no, to po prostu WRRR! 😠 Za jednym zamachem - ryzykowne krytykowanie chudości jako nieatrakcyjnej (uwaga, wiadomość z ostatniej chwili: chude osoby też mają uczucia!) i sugestia, że masz wyglądać tak, a nie inaczej po to, by podobać się innym. Nie ma znaczenia, czego Ty chcesz i jaki wygląd podoba się Tobie. Masz być taka, jaką chcą Cię widzieć inni.

Ktoś chciał dobrze, ale bardzo nie wyszło...


Jestem ciekawa, co o tym myślicie. A może macie coś do dodania do mojej listy?

poniedziałek, 24 września 2018

Złote myśli, pele-mele, czyli 10 x NAJ...


Ostatnie dni nie były dla mnie najłatwiejsze. Na szczęście mam niezawodny sposób na poprawę humoru. Od dawna miałam ochotę napisać ten tekst, czekałam tylko na odpowiedni moment. Nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy piszesz o swoich ulubionych rzeczach :)

Czy Wy też mieliście w dzieciństwie zeszyt z pytaniami - o ulubiony kolor, ulubiony zespół, ulubioną koleżankę itd.? Ja miałam dwa albo nawet trzy. Starałam się wymyślać oryginalne pytania, inne niż w większości takich zeszytów. Skłaniające do myślenia.

U nas nazywało się to "Złote myśli". Kiedy przeprowadziłam się do Krakowa, poznałam nazwę "Pele-mele". Niezbyt przypadła mi do gustu, ale doceniam ją teraz - pozwala potraktować wpisywanie się do takich zeszytów jako lekką, nieskomplikowaną rozrywkę, którą ono w istocie jest :) "Złote myśli", to brzmi tak pompatycznie! Sądzę jednak, że każda nazwa jest dobra, o ile pozwala jednoznacznie zidentyfikować, o jakie zjawisko chodzi.

Zastanawiam się, czy tzw. dzisiejsza młodzież też bawi się w ten sposób. Czy quizy i łańcuszki na Facebooku wyparły całkowicie papierowe zeszyty z pytaniami? Dla mnie właśnie łańcuszki są takim wirtualnym "przedłużeniem" zabawy z dzieciństwa. Może dlatego tak lubię brać w nich udział. 

To, co przygotowałam dzisiaj, to łańcuszek wszystkich łańcuszków :D Dziesięć numerów jeden, dziesięć pierwszych miejsc. Wiecie, bardzo się ucieszę, jeśli postaracie się również odpowiedzieć na te pytania!

Moje ulubione/najważniejsze dla mnie/mające na mnie największy wpływ...?


1. Książka


Ken Kesey, "Lot nad kukułczym gniazdem", niezmiennie od osiemnastu lat (naprawdę tak długo?!). A oto i okładka. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak wyglądała okładka tego zaczytanego przeze mnie na amen egzemplarza. Chyba była w ogóle jednokolorowa, brązowa.


2. Film


"Efekt motyla". Może i kontrowersyjny, jednak bardzo ważny dla mnie. Wątek szpitala psychiatrycznego pojawia się i tutaj, widocznie mam jakąś słabość do tego motywu.

3. Książka dla dzieci


O książkach dla dzieci napisałam cały tekst - "Książki dzieciństwa". Wybranie tylko jednej z nich wydaje mi się niemożliwe. Pewnie jednak nieprzypadkowo wspomniałam w pierwszej kolejności o "Bajeczkach z obrazkami" Wladimira Sutiejewa.

4. Bohater literacki


Pułkownik Jerzy Michał Wołodyjowski :) Choć konkurencję miał silną!


5. Najbardziej nielubiany bohater literacki


Józef Pałys, zwany Józinkiem.


6. Płyta


Tekst o płytach ukazał się niedawno, można go przeczytać tutaj: "10 najważniejszych dla mnie płyt - i dlaczego własnie te". Na pierwsze miejsce trafiła płyta zespołu Evanescence "Fallen", jednak pozostałe również odegrały dużą rolę w moim życiu.

7. Kadr z filmu


Tropienie pięknych, artystycznych kadrów w filmach to jedna z moich pasji. Wybrałam tę scenę z filmu bollywoodzkiego "Kabhi Alvida Naa Kehna" ("Nigdy nie mów żegnaj").



Tak naprawdę praktycznie każdy kadr ilustrujący piosenkę "Tumhi dekho naa" zasługiwałby na to pierwsze miejsce. W kinie bollywoodzkim piosenki i towarzyszące im sekwencje taneczne zwykle zastępują sceny miłosne. "Tumhi dekho naa" opowiada o miłości w wyjątkowo kolorowy sposób.

Nie, nie będzie tak, że stwierdzicie teraz "a, nie lubię Bollywood" i pójdziecie dalej. Musicie to zobaczyć! To jest naprawdę przepiękne, niezależnie od upodobań filmowych czy muzycznych.

8. Gra komputerowa


Właściwie na wyróżnienie zasługują wszystkie gry wspomniane przeze mnie w tym tekście: "Cztery lekcje życiowe zaczerpnięte z gier komputerowych". Jest jednak coś jeszcze. Nie jestem pewna, czy można to nazwać grą, ale właściwie - jak to inaczej określić? Chodzi o Kisekae, zwane popularnie KiSS. Jest to wywodząca się z Japonii forma aktywności polegająca na ubieraniu narysowanych postaci w różne stroje. Nieraz można też zmieniać im fryzurę, makijaż, wyraz twarzy. Bardziej zaawansowane pliki pozwalają nawet na zastosowanie dźwięku lub krótkiej animacji. 

"Lalki" najczęściej pochodzą z mangi i anime, ale też ze znanych animacji disneyowskich i innych, często też jest to postać wymyślona przez autora danego pliku.

Grafika ze strony DeviantArt, autorką jest artystka o pseudonimie Hazel/LadyHazy

Nie potrafię zliczyć, ile czasu spędziłam, dobierając setkom postaci najpiękniejsze stroje i fryzury. Myślę, że odpowiednią jednostką czasową byłyby tutaj lata :) Po pewnym czasie zaczęłam też rysować własne postacie i projektować im ubrania. Z chęcią pokażę je Wam, jeśli uda mi się odnaleźć pliki :)

9. Widok


Tak, trafiłam kiedyś na pytanie o ulubiony/najważniejszy widok :) W odpowiedziach pojawiały się m.in. sceny z filmów, zdjęcia, krajobrazy. 

Moja odpowiedź na to pytanie z pewnością zmieniła się po urodzeniu Roberta. Bardzo lubię jednak moją poprzednią odpowiedź i zaskoczenie, jakie nieraz wywołuje, nie oprę się więc pokusie umieszczenia jej tutaj. Numer jeden to... Angelina Jolie.


(Nawet teraz, podczas przeglądania tych ujęć, serce zaczęło mi bić jakoś szybciej!)

Ponieważ gdzieś na drugim czy trzecim miejscu mojej listy widoków pojawiłaby się odpowiedź czerwona sukienka (pisałam Wam, ile ich mam w szafie!), wygląda na to, że widokiem idealnym byłaby Angelina Jolie w czerwonej sukience. Czyli na przykład taka:



A może Angelina Jolie w morzu?


Dobra, już przestaję...

10. Wymarzona sesja zdjęciowa


Tu odpowiedź jest o tyle trudna, że spośród moich pomysłów na zdjęcia ciężko wybrać jeden najbardziej wymarzony, taki, na którym zależy mi bardziej niż na innych. Ale chyba tym najbardziej nieodżałowanym pomysłem, który już, już miał być realizowany, a jednak się nie udało - jest pomysł na sesję portretową w gęstwinie... ludzkich rąk. Dłoni. Byłam już dogadana z fotografem, był termin, miejsce, były nawet dłonie, jednak wskutek zbiegu okoliczności sesja została odwołana w ostatniej chwili (nie przeze mnie). Może kiedyś jeszcze się uda :)


Mam nadzieję, że mieliście choć trochę przyjemności z czytania tego tekstu :) Liczę na to, że uda mi się zachęcić Was do napisania własnych odpowiedzi! A może jest jeszcze coś, o co chcielibyście mnie zapytać?

czwartek, 20 września 2018

Imię dla chłopca!


Za inspirację do napisania tego tekstu serdecznie dziękuję Mamie Pod Prąd :) Zobaczcie, jak wyglądało wybieranie imienia dla jej synka! "Najtrudniejsza rzecz w ciąży, czyli historia jednego imienia". 

Niedawno, najwyżej dwa tygodnie temu maż spojrzał na mój duży ciążowy brzuch i pytającym tonem wypowiedział to jedno męskie imię. A ja po raz pierwszy nie odpowiedziałam wymijająco, tylko spojrzałam mu w oczy i powtórzyłam to samo imię, ale już z pewnością w głosie. 

Wybór imienia dla młodszego synka sprawił nam dużo więcej trudności niż się tego spodziewaliśmy. Zdecydowanie więcej niż w przypadku Roberta.

A właśnie, skąd imię Robert?


Często jestem o to pytana. Zazwyczaj odpowiadam, że jest to jedyne imię męskie, które podobało się nam obojgu. Jak już pisałam, od początku byliśmy przekonani, że nasze pierwsze dziecko będzie dziewczynką. W związku z tym z łatwością znajdowaliśmy kolejne imiona dla dziewczynki. Okazało się jednak, że jesteśmy rodzicami chłopca.

Nasze kryteria nie były szczególnie wygórowane. Imię miało być ładne, nie kojarzyć się głupio, łatwo się zdrabniać, nie sprawiać większych problemów obcokrajowcom i nie tworzyć komicznego połączenia z nazwiskiem. Nazwisko mamy z tych problematycznych. Jak kogoś ciekawi, to zerknijcie na fanpage Szczęśliwa Siódemka i zobaczcie, kto go prowadzi :) Powiedzmy, że np. imię Tymoteusz nie było brane pod uwagę nawet przez chwilę...

Ciekawostką jest, że jeszcze jako mała dziewczynka chciałam nadać swojemu ewentualnemu przyszłemu synkowi imię Robert (choć i tak byłam przekonana, że będę mieć córeczkę). Po pierwsze, podobało mi się to imię. Po drugie i ważniejsze, kojarzyło mi się z muzyką.

Źródło: Youtube
Na polskiej scenie muzycznej było wówczas chyba z pięciu bardzo znanych Robertów, wśród nich wokaliści, instrumentaliści, kompozytorzy. Żadne inne imię męskie nie mogło się pochwalić tak liczną reprezentacją w tej branży.

Robert to także... imię mojej pierwszej miłości :) Mężczyzna noszący to imię jest bardzo porządnym człowiekiem, rozstaliśmy się w zgodzie i nadal utrzymujemy serdeczny, choć bardzo sporadyczny kontakt. Nie tyle nadałam dziecku jego imię, co raczej nie widziałam przeszkód, by moje dziecko nosiło imię takiej osoby.

Imię "Robert" oznacza w wolnym tłumaczeniu "ten, który żyje w chwale" lub "ten, który jaśnieje w ciemności". Przyznam, że znaczenie imienia jest dla mnie bardzo ważne. Kilka lat temu duże wrażenie zrobiła na mnie konferencja o. Adama Szustaka OP, w której mówił on o znaczeniu swojego imienia i o tym, jak wpłynęło ono na jego życie. Zapragnęłam wtedy nadać mojemu dziecku (którego wówczas jeszcze się nawet nie spodziewałam) imię, które będzie miało piękne i wartościowe znaczenie.

No i na koniec... muszę się przyznać, że tak ostatecznie zainspirowała mnie Lady Gaga i piosenka "Alejandro" :) Choć moje uczucia w stosunku do tego utworu są co najmniej mieszane (wolę "Don't turn around" w wykonaniu Ace of Base!), a teledysku nawet za bardzo nie jestem w stanie obejrzeć w całości, jednak motyw wykorzystanych w tej piosence imion ogromnie mi się podoba. Imię Alejandro, czyli Alexander odpadało na dzień dobry - to imię nosi chłopczyk w najbliższej rodzinie :) Dwóch Alexów przy jednym stole - no nie, tak się nie robi. Imię Fernando, czyli Ferdynand też nie było brane pod uwagę - dla mnie Ferdynand to albo Wspaniały, albo Kiepski, i żadne z tych skojarzeń mi nie odpowiada :) Zostawało Roberto, czyli właśnie Robert :)

Źródło: Youtube
Po pierwszym zaskoczeniu, że jednak nie dziewczynka i po odrzuceniu kilku opcji, które nie podobały się przynajmniej jednemu z nas, decyzja o wyborze imienia Robert zapadła względnie szybko :)

Za drugim razem było trudniej.


O matko, już widzę, że ten tekst będzie długi... 

Początkowo wydawało się, że wybór imienia jest dla nas oczywisty. Imię dla dziewczynki wybraliśmy jednogłośnie i bez wahania - miała być Magdalena. Powiedzmy, że dość analogicznie do Roberta :) Magda to po prostu imię pierwszej dziewczyny mojego męża. Przy okazji, jest to bardzo ładne imię, łatwo się zdrabnia, brzmi dobrze z nazwiskiem, raczej nie sprawia problemów obcokrajowcom - czyli dokładnie to, o co nam chodziło.

Imię dla chłopca? Mieliśmy wstępnie wybrane. Na zasadzie: "to będzie dziewczynka i będzie miała na imię Magdalena, a gdyby jednak jakimś cudem okazało się, że będzie chłopiec, to będzie miał na imię... " :)

Po czym okazało się, że mimo zupełnie innych objawów w ciąży i mimo tego, że na USG I trymestru dziecko wyglądało na dziewczynkę, z całą pewnością jest jednak chłopcem :) I dopiero wtedy - gdy już wiedzieliśmy, że Magdalena odpada - ogarnęły nas wątpliwości odnośnie imienia. Czy na pewno takie, o jakim myśleliśmy? Może jednak inne? Wybór imienia Roberta był w końcu tak dobrze przemyślany i przemawiało za nim tyle różnych argumentów, a teraz mieliśmy w zasadzie tylko jeden mocny argument: "bo ładne".

Zaczęliśmy więc się wahać, szukać, myśleć, kombinować... I odrzucać kolejne opcje.

"A jest jakieś imię, które Ci się podoba?".


Muszę się teraz przyznać do małego niedopowiedzenia. Tak jak pisałam, zazwyczaj tłumaczę wszystkim, że wybrane przez nas imię to jedyne, które podobało się nam obojgu. Jest to prawda, ale niepełna. W rzeczywistości wygląda to tak, że wybieramy jedno z bardzo, bardzo wąskiej listy imion, które jest w stanie zaakceptować mój mąż :)

Dwukrotnie przerobiliśmy wszystkie typowe i mniej typowe pułapki czyhające na osoby, które szukają imienia dla dziecka. Skojarzenia, przekręcanie imion, wymyślanie hipotetycznych przezwisk i powodów, dla których dziecko znienawidzi nas za nadanie takiego imienia... Starą prawdę, że "nie masz pojęcia, ilu osób nie lubisz, dopóki nie przyjdzie Ci szukać imienia dla dziecka"... Generalnie wyglądało to tak, że ja wychodziłam z kolejnymi propozycjami, a mój mąż znajdował powód, dlaczego to imię odpada.


Jeśli odnieśliście wrażenie, że w wyborze imienia dla Roberta skupiłam się głównie na moich skojarzeniach i na tym, co mnie się podoba, bądźcie łaskawi to teraz zrozumieć :)

"- Mateusz?
- Wajchę przełóż! Adam, już przekładam!
- Łukasz?
- Czego szukasz?
- Krystian?
- Krystian Andersen? Ten od smutnych baśni, w których zawsze ktoś umiera? Źle mi się kojarzy.
- Przemysław?
- Nie, żadnych -sławów!
- Mariusz?
- Nie... Nie podoba mi się."

I tak w nieskończoność! Wreszcie faktycznie zapytałam, czy jest w stanie zaproponować jakieś imię, które mu się podoba. Nie był w stanie :)

Jakie imiona odrzucaliśmy?


Imiona rymujące się z nazwiskiem. 

Wiadomo, te odrzucaliśmy w ciemno. Przy czym okazało się, że dla mojego męża problematyczne są nie tylko imiona takie jak Tymoteusz czy Szymon, ale też Jacek, Marek i w ogóle imiona, które zdrabnia się za pomocą końcówki -ek.

Imiona bardzo popularne oraz "obciachowe".

Tu chyba nie muszę nic tłumaczyć. Odpadły zarówno spolszczone wersje angielskich imion, jak i wracające ostatnio z wielką mocą imiona staropolskie. Co do imion "obciachowych" - uważam to za głupotę, że zupełnie normalne imię z jakichś powodów staje się nagle synonimem obciachu, jednak wolę nie musieć tłumaczyć nikomu, dlaczego nadałam takie imię dziecku.


Imiona bardzo rzadkie, oryginalne, egzotyczne.

Jedno słowo - nazwisko. Od początku było dla nas jasne, że nasze dziecko nie może mieć bardzo nietypowego imienia, bo w połączeniu z nazwiskiem stworzy ono ryzykowny zestaw.

Imiona osób, których nie lubimy.

My raczej lubimy ludzi :) Ale takie na przykład imię mojego byłego partnera odpadło bez dyskusji, choć obiektywnie jest to bardzo piękne imię męskie.  

Imiona, które wywołują silne i w związku z tym kłopotliwe skojarzenia.

Czyli na przykład wspomniany Ferdynand. Albo Mikołaj. Kilka osób sugerowało mi, że to bardzo ładne imię, na co ja zawsze odpowiadałam niezmiennie - dla mnie Mikołaj to w ogóle nie jest imię, tylko taki Święty z brodą :) Pozdrawiam wszystkich Mikołajów i wszystkich rodziców Mikołajów, nie gniewajcie się, proszę, to tylko moje odczucia!


Imiona, których znaczenie do mnie nie przemówiło.

Przyznaję, tu raczej ja podeszłam bardziej krytycznie. Odrzuciłam np. imię Filip. Konie to bardzo zacne zwierzęta i dobrze jest je kochać, jednak niekoniecznie chciałam, by właśnie taka wiadomość była zapisana w imieniu mojego synka.


Odpadło też imię Emil - to znaczy "ten, który rywalizuje". Nasz syn z pewnością będzie z kimś rywalizował, pewnie nawet ze starszym bratem, ale niekoniecznie musi mieć do tego dodatkową motywację w postaci imienia :)

"Miłosz, czekaj!"

Imię Miłosz było jednym z mocniejszych kandydatów nawet za pierwszym razem. To znaczy, było takie dla mnie - mój mąż oczywiście nie był do niego przekonany. Ta opcja odpadła jednak natychmiast, gdy pewnego dnia usłyszeliśmy na parkingu, jak jedna mama woła swojego synka: "Miłosz, czekaj" - co brzmiało zupełnie jak "Miło szczekaj!"...
Wizja kulturalnego, uprzejmie szczekającego psa już nas nie opuściła :)


Imiona osób, które lubimy.

To było najtrudniejsze.
Jednym z kilku imion, które najdłużej braliśmy pod uwagę, było imię Marcin. Wydaje mi się, że to była opcja, do której mój mąż był najbardziej przekonany. Ładne imię. Niezbyt częste i zarazem niezbyt oryginalne. Nie rymuje się ani nie kojarzy z niczym. Da się je zdrobnić. Obcokrajowcy sobie z nim poradzą, pewnie będą mówić "Martin". Jak na razie same zalety. Mało tego! Marcin to imię jednej z najbliższych nam osób, naszego najlepszego przyjaciela, w zasadzie już członka rodziny.

I właśnie dlatego jednak się nie zdecydowaliśmy.
Wydaje mi się, że to zawsze byłby problem. "Marcin! Ale który?"... "Nie mówię o Tobie, tylko o wujku Marcinie"... Wiem, że można sobie z tym poradzić. Nadawać pseudonimy, różne zdrobnienia... Ale po co sobie radzić, skoro można po prostu nie doprowadzać do tego, by problem się pojawił? 
Poza tym wyobraziłam sobie, że Robertowi mogłoby być przykro, że to jego brat dostał imię po wujku, a nie on. Długo się wahaliśmy, ale ostatecznie imię Marcin odpadło.

Innym mocnym typem było imię Artur. Robert i Artur, jakie to piękne połączenie! Tak mnie zachwyciło, że byłam nawet gotowa machnąć ręką na niezbyt ambitne znaczenie imienia Artur - mniej więcej "piękny niedźwiedź". 


O odrzuceniu tej opcji przesądził jednak fakt, że mamy kolegę Artura. I w sumie mamy z tym kolegą dość skomplikowaną relację. Wydaje mi się, że dziwnie odebrałby fakt, że nasz synek miałby nosić jego imię. Może uznałby, że mam jakąś obsesję na jego punkcie czy coś w tym stylu... Może to głupie, ale naprawdę nie chciałam doprowadzać do takiej sytuacji. 


Po przemyśleniu tych wszystkich opcji i odrzuceniu szeregu innych imion, które po prostu, najzwyczajniej w świecie jakoś nam nie brzmiały - okazało się, że nasz pierwszy wybór jest jednak tym najlepszym i najwyraźniej jedynym. Może dało się myśleć nad tym dłużej... W końcu rodzę dopiero za dwa miesiące. Chcieliśmy jednak móc już mówić do naszego młodszego synka po imieniu.

Michał.


To zawsze było w moim odczuciu jedno z ładniejszych imion męskich. Gdybym miała wymienić kilka takich najładniejszych, byłoby pewnie w pierwszej piątce - razem z imionami Robert i Andrzej :) 

Imię Michał nie wywołuje żadnych złych skojarzeń (no dobra, wiem, że Michał popychał i się skichał... Ale to nas nie zniechęciło!), daje się łatwo zdrobnić. Dla obcokrajowców może być nieco trudniejsze niż imię Robert, ale też można sobie z tym poradzić - mówić np. Michael, Michel, od biedy nawet Mike czy Mick :)

Dodatkowy argument za imieniem Michał - podobnie jak Robert, jest to imię znakomitego polskiego piłkarza. W czasie, gdy nadawaliśmy imię starszemu synkowi, nasza drużyna narodowa cieszyła się nieco lepszą opinią niż obecnie. Dużo osób się wtedy zachwycało, że mały będzie miał takie samo imię jak Lewandowski :) Będziemy mieć zatem małego "Lewego" i małego Pazdana. Wiadomo, że to nie jest najważniejszy argument - ale chłopcy pewnie się ucieszą, jak będą starsi i odkryją to powiązanie.

A drugie imię?


Andrzej. Tak samo, jak ma Robert - po tacie.

Byłoby inaczej, gdybyśmy od początku wiedzieli, że będzie dwóch chłopców. Ale kto to przewidzi? My na pewno nie przewidywaliśmy. Robert miał początkowo odziedziczyć drugie imię po jednym z dziadków. I właściwie w ostatniej chwili pojawiła się wątpliwość: a czy drugiemu dziadkowi nie będzie przykro?

Skoro już jeden z chłopców otrzymał drugie imię po ojcu, nie wyobrażam sobie, żeby młodszy miał dostać inne. Czy na pewno zdołalibyśmy mu to wytłumaczyć? Czy nie czułby się przez to gorszy, mniej kochany? Bardzo przemówił mi do wyobraźni motyw z filmu "Gattaca" - słabszy z synów, któremu wróżono krótkie życie, nie zasłużył na imię po ojcu. Otrzymał je młodszy, silniejszy syn.

Źródło: Youtube

Jeśli jakimś cudem zdarzy nam się, że będziemy mieć jeszcze jednego, trzeciego synka, on również otrzyma drugie imię po tacie :) Nad pierwszym nawet nie mam siły się zastanawiać...

I tak nigdy nie wiadomo, czy dziecko polubi swoje imię.


Ja sama długo nie lubiłam mojego imienia. Oznajmiałam rodzicom na przykład: "Od dzisiaj mówcie na mnie Asia!" :) Planowałam, że zmienię imię, jak będę dorosła. Potem mi przeszło, uczyłam się lubić moje imię, szukałam znośnych zdrobnień, próbowałam znaleźć w nim jakieś zalety. Bywa i tak.

Może się okazać, że tak starannie wybierane przez nas imiona nie spodobają się naszym synkom. Liczę się z tym. Myślę jednak, że sobie z tym poradzą - może wymyślą sobie jakieś pseudonimy? Będziemy wtedy używać pseudonimów, a co! :)

poniedziałek, 10 września 2018

10 najważniejszych dla mnie płyt - i dlaczego właśnie te.

Wydawałoby się, że ktoś, dla kogo muzyka jest tak ważną częścią życia, będzie częściej o niej pisać na blogu. Tymczasem to właściwie drugi mój tekst o tej tematyce. Jeśli nie widzieliście pierwszego, to serdecznie zapraszam :) "Posłuchaj ze mną muzyki".

Pisałam Wam już kiedyś, że uwielbiam tworzyć listy, zestawienia :) Nie jestem pewna, skąd mi się to wzięło - może stąd, że od dzieciństwa z wielką przyjemnością oglądałam muzyczne listy przebojów. Tak czy inaczej, kiedy kilka lat temu moi znajomi na Facebooku zaczęli bawić się w łańcuszki typu "wymień 10 książek, które wpłynęły na Twoje życie", "wymień 10 filmów..." itd., zawsze z największą przyjemnością przyjmowałam zaproszenie do takiej zabawy. Mało tego, nawet jeśli nie zostałam przez nikogo zaproszona, sporządzałam takie zestawienia sama dla siebie.

Niedawno zostałam zaproszona do wytypowania dziesięciu płyt, które miały największy wpływ na moje życie. Choć zawsze byłam raczej miłośniczką poszczególnych utworów niż całych płyt, podjęłam wyzwanie. Chciałabym teraz napisać Wam kilka słów o tych płytach. No, może trochę więcej niż kilka ;)

Jak płyta może wpłynąć na życie?


Oto jest pytanie. Pewnie łatwiej byłoby po prostu wytypować 10 ulubionych. Ale 10 najbardziej znaczących, najważniejszych?

Wydawałoby się, że dla osoby w jakiś sposób związanej z muzyką odpowiedź na to pytanie nie będzie trudna. Poszczególne płyty mogły mnie inspirować, rozwijać muzycznie, skłaniać w kierunku danego gatunku muzycznego lub techniki śpiewania. Tyle tylko, że tak nie było ;) Łatwiej mi wymienić poszczególnych artystów lub utwory, które naprawdę na mnie wpłynęły. Dla przykładu, jednym z zespołów, które zdecydowanie najmocniej wpłynęły na moje życie, jest Queen - ale nie potrafię wskazać, która z ich płyt była tą jedyną. Wszystkie najważniejsze dla mnie utwory tego zespołu znam ze składanki zawierającej ich największe przeboje.

Właśnie, składanki. Jeśli naprawdę miałabym wskazać 10 płyt, które wpłynęły na moje życie, kształtowały mój gust i których słuchałam najczęściej, całkiem możliwe, że byłoby to 10 składanek. No, może przesadziłam - ale swego czasu moja półka z płytami była wypełniona tytułami w stylu "Greatest Hits", "Golden Ballads", "Rock Ballads" itd., i to z nich czerpałam wiedzę o muzycznym świecie.

Spośród wymienionych poniżej płyt może trzy tak naprawdę wpłynęły na kształtowanie mojego gustu muzycznego, dwie albo trzy miały wpływ na moje śpiewanie. Reszta to przede wszystkim płyty, których słuchałam, które miałam w domu, płyty na swój sposób ważne w moim życiu. Już nie przedłużam, zapraszam do zapoznania się z moją listą! 

1. Evanescence "Fallen".


Tak naprawdę zastanawiałam się nad tym pierwszym miejscem już dawno, dobrych kilka lat temu. Chciałam tu umieścić którąś z płyt z miejsc 2, 3 lub 4. Coś bardziej klasycznego, mocniejszego, bardziej określającego mnie jako fankę mocnych brzmień. Kiedy jednak zrobiłam solidny muzyczny rachunek sumienia, wyszło mi, że to jednak "Fallen" jest płytą, której słuchałam najczęściej i którą znam najlepiej. Nie tylko potrafię zanucić wszystkie utwory z tej płyty, ale też dużą część z nich potrafię zaśpiewać na tyle poprawnie, że nadaje się to do zaprezentowania publiczności :) I nawet zdarzyło mi się dostać za to jakąś nagrodę :)

Fascynacja muzyką Evanescence wiąże się też z fascynacją osobą wokalistki Amy Lee - jak dla mnie, jednej z najpiękniejszych i najbardziej utalentowanych istot na świecie. Myślę, że wpłynęła  nie tylko na moje śpiewanie, ale też na... niektóre moje pozy na zdjęciach :)

Evanescence "My immortal"


2. Metallica "Master of Puppets".


Metallica to też jeden z najważniejszych zespołów mojego życia. Tak trochę... mało oryginalnie, co? ;) Ale wyrywkową znajomość płyt i utworów Metalliki* zawdzięczam mojemu kuzynowi Wojtkowi. Przy czym pamiętam czasy, kiedy ja nienawidziłam puszczanej przez niego muzyki, a on wyśmiewał popowe hity, których ja słuchałam :) Na szczęście w którymś momencie dotarło do mnie, że ta Metallica ma naprawdę świetne utwory. A kiedy zapoznałam się z tekstami pisanymi przez Jamesa Hetfielda, przepadłam na dobre. Szczególnie pokochałam utwór "Welcome Home (Sanitarium)", a co za tym idzie, całą płytę "Master of Puppets".

Metalliki nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu. A jeśli chodzi o samą płytę - nie zapomnę nigdy, jak jeden starszy ode mnie kolega z wzrokiem pełnym politowania pytał mnie: "A, mówisz, że lubisz Metallicę? A którą płytę najbardziej?" - po czym, kiedy dowiedział się, że umiem podać tytuł płyty i wymienić znajdujące się na niej utwory, jego mina dość znacząco się zmieniła :D

* proszę się nie irytować, tak wygląda prawidłowa odmiana słowa Metallica w języku polskim.

Metallica "Welcome Home (Sanitarium)"


3. King Crimson "In the Court of the Crimson King".


Z tej płyty pochodzi mój ulubiony utwór z mojej ulubionej płyty :) Skomplikowane? Pisałam wyżej, że słuchałam wielu składanek... Chodzi o utwór "Epitaph". Kiedy udało mi się wejść w posiadanie całej płyty, byłam zaskoczona, że jest na niej tak mało utworów - ale wszystkie są cudowne. Poza "Epitaph", moje serce podbiło także "Moonchild". Nie znam chyba bardziej klimatycznego utworu. To jest jak malowanie dźwiękiem przepięknego obrazu.

Widok okładki płyty przestraszył ostatnio Roberta, a i mnie zrobiło się trochę nieswojo :)

King Crimson "Epitaph"


King Crimson "Moonchild"



4. Hey "Ho!".


Pierwsza polska płyta w zestawieniu. Wiedziałam, że Hey musi się w nim pojawić, miałam tylko wątpliwości, z którym tytułem -  bo zasłuchiwałam się również w późniejszej "Karmie", pełnej niesamowitych poetyckich tekstów, a także w debiutanckiej "Fire", z której pochodzą chyba największe przeboje zespołu. Ale jednak "Ho!" było moim pierwszym zetknięciem z twórczością grupy Hey. Ta płyta odegrała w moim życiu jeszcze jedną ważną rolę - śmiejcie się, ale to dzięki niej po raz pierwszy zetknęłam się z takim zjawiskiem, jak... książeczka z tekstami piosenek! 

Jeśli chodzi o wokal - Kasia Nosowska była pierwszą zachrypniętą wokalistką w moim życiu. Przez wiele lat marzyłam o tym, żeby umieć tak pięknie chrypieć - a kiedy się już nauczyłam, trochę nie mogłam przestać ;)

Hey "Ja sowa"


5. Pink Floyd "Dark Side of the Moon".


Pink Floyd byłoby pewnie wyżej na liście, gdyby wybór pomiędzy "Dark Side of the Moon" a "The Wall" sprawił mi mniej trudności :) Obie te płyty były dla mnie ogromnie ważne i przywodzą na myśl wyjątkowe wspomnienia z okresu dorastania. "Dark Side of the Moon" wygrało nieznaczną przewagą, i to chyba za sprawą... okładki. Zawsze robiła na mnie duże wrażenie, podczas gdy okładki "The Wall" za bardzo nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć.  

Najpierw dość długo słuchałam tej płyty pożyczonej od kolegi. Potem mama znalazła ją w sklepie :) Pamiętam moją radość i lekką konsternację koleżanek, dla których wówczas hitem numer jeden było "Angel" Shaggy'ego :) Nie przeszkadzało mi to szczególnie. Do słuchania utworów takich jak "Breathe/Time", "The Great Gig in the Sky" czy "Us and Them" nie potrzebowałam towarzystwa...

Pink Floyd "Breathe/Time"

6. Edyta Górniak "Dotyk".


Trochę inny klimat... Ale gdyby tej płyty zabrakło w moim zestawieniu, musiałabym przyznać, że oszukiwałam. Nawet jeśli po latach stwierdzam, że nie jest to najlepsza płyta. Poza trzema-czterema utworami, które naprawdę są tam na swoim miejscu, reszta to taka trochę zbieranina wszystkiego, co Edyta Górniak zdążyła zaśpiewać publicznie w tamtym okresie. 

Ale wtedy tego nie wiedziałam. Edytka była wówczas taką moją żywą lalką Barbie, ukochaną idolką kilkuletniej dziewczynki, którą byłam. Marzyłam o tym, by ją poznać. Szczerze przeżywałam różne sytuacje z nią związane (np. rozdanie Fryderyków z 1994 roku, kiedy mimo pięciu nominacji nie dostała żadnej nagrody - do tej pory uważam, że to jakieś nieporozumienie!). Wszystkie piosenki oczywiście znałam na pamięć, znam je zresztą do dzisiaj.

Jeśli chodzi o śpiew - oczywiście nie mam głosu Edyty Górniak ani jej techniki śpiewania, ani też jej niezwykłej umiejętności improwizacji. Myślę jednak, że fakt, iż w tak młodym wieku potrafiłam dość dobrze odtworzyć trudne i wymagające utwory jak choćby "Jestem kobietą" czy "To nie ja", musiał wpłynąć na mój rozwój muzyczny.

 Edyta Górniak "Jestem kobietą"


7. HIM "Razorblade Romance".


Co jak co, ale ta płyta naprawdę zmieniła moje życie :) Pamiętam jak dziś: trzynastoletnia ja, o dość jeszcze niesprecyzowanym guście muzycznym, jedna z pierwszych wizyt w Krakowie, jeden z pierwszych odwiedzonych przeze mnie sklepów z płytami. Dwie płyty do wyboru: debiutancki album Britney Spears (którą zachwycałam się jak inne dziewczynki w moim wieku) oraz właśnie HIM. Zwróciłam na niego uwagę nie dzięki hitowi "Join me" , ale nieco wcześniej, za sprawą utworu "When love and death embrace". Spodobał mi się - i utwór, i długowłosy przystojniak Ville Hermanni Valo. 

Nie wiem, co ostatecznie przeważyło - chyba to, że płytę Spears znałam już dość dobrze dzięki koledze. W każdym razie, zdecydowałam się na płytę HIMa. I to był dla mnie przełomowy moment, jakieś takie symboliczne opowiedzenie się po stronie rocka i mocniejszych brzmień. Potem szłam w tę stronę coraz bardziej zdecydowanie, zostawiając słodki jasnowłosy pop gdzieś w krainie wspomnień. Za to teraz czasem do niego wracam :)

HIM "Join me"


8.  Red Hot Chili Peppers "Californication".


Tu już wybór zaczynał się robić trudny. Zdecydowałam się na płytę, której naprawdę słuchałam na okrągło i dzięki której pokochałam co najmniej kilka wspaniałych utworów, na czele z "Otherside" i tytułowym "Californication", ale też "Savior" i "Road Trippin'" - ach, harmonie w tym utworze! Chyba jest trochę niedoceniany, bo dość nietypowy dla zespołu, a przecież to muzyczna perełka.

Tak naprawdę nie mogę powiedzieć, żebym była fanką zespołu Red Hot Chili Peppers. Jestem fanką płyty "Californication". Późniejsze płyty wydają mi się trochę wtórne, na wcześniejszych nie znalazłam nic szczególnie mnie interesującego, oczywiście poza kilkoma znakomitymi hitami z  "Blood Sugar Sex Magik". Jednak to "Californication" naprawdę zdobyło moje serce.

Red Hot Chili Peppers "Savior"

Red Hot Chili Peppers "Road Trippin'"


9. Aerosmith "Get Your Wings".


Zanim przekonałam się do Metalliki, pierwszym hard rockowym zespołem w moim życiu było Aerosmith. To była miłość od pierwszego usłyszenia: świetny, melodyjny refren "Falling in Love", przystojny gitarzysta Joe Perry i oczywiście charyzmatyczny wokalista Steven Tyler. Każdy następny utwór tego zespołu utwierdzał mnie w przekonaniu, że kocham ich miłością wieczną i niezniszczalną.

OK, spójrzcie na listę utworów na płycie "Get Your Wings". Znacie któryś z nich? Ja nie znałam :) W momencie kupowania płyty wiedziałam tyle, że jest to moje ukochane Aerosmith i że wszystkie utwory z tej płyty zostały nagrane przed 1975 rokiem, czyli ponad 20 lat przed choćby wspomnianym "Falling in Love" i innymi przebojami, które najbardziej kojarzą się z Aerosmith.

Słuchajcie, poświęćcie chwilę na zapoznanie się z tą starą płytą. Usłyszycie Aerosmith, jakiego nie znacie. Charakterystyczny, drapieżny wokal Stevena Tylera w utworach zdecydowanie spod znaku rock and rolla początku lat 70., z długimi gitarowymi solówkami i wrażeniem pewnego muzycznego bałaganu - ale bardzo przy tym smakowitego. Dwa utwory szczególnie skradły moje serce - rytmiczne, pełne niezwykłego klimatu "Spaced" oraz jedyna ballada na płycie "Season of Wither", melodyjna i nostalgiczna, moim zdaniem zwiastująca już przyszły sukces Aerosmith zbudowany na wspaniałych balladach rockowych.

Aerosmith "Spaced"

Aerosmith "Season of Wither"


10. Varius Manx "Elf".


Czy Wy też tak macie, że najtrudniej jest wybrać ten dziesiąty numer z dziesięciu? Nagle okazuje się, że jest tyle płyt, które równie mocno zasługują na miejsce dziesiąte! - a żadna z nich nie wydaje się zasługiwać na nie bardziej niż pozostałe.

Najwięcej płyt, a właściwie kaset słuchałam w dzieciństwie. Przeważnie był to polski pop-rock, tak popularny w latach dziewięćdziesiątych. Varius Manx, De Su, wielki powrót Bajmu z płytą "Etna"... Która z tych płyt była ważniejsza niż inne?

Zdecydowałam się na tę jedną, która miała wpływ na moje występy publiczne. Co więcej, na przesłuchaniu do Szkoły Wokalno-Aktorskiej śpiewałam utwór właśnie z tej płyty, który w dodatku nie był wydany na singlu - zatem nie poznałabym go w ogóle, gdyby nie płyta!

"Elf" - chyba najlepsza płyta zespołu Varius Manx, zgodzicie się? Rewelacyjne piosenki ze ścieżki dźwiękowej do filmu "Młode wilki", do tego perełki jak mój ukochany "Bez" oraz łamiący serce "Wstyd". Nawet okładka tej płyty jest na swój sposób cudowna i magiczna. Nawet tytuł :)

Varius Manx "Bez" 

Varius Manx "Wstyd"

Już po sporządzeniu tej listy śniło mi się, że odwiedzili mnie chłopcy z zespołu Kelly Family. Mieli żal, że nie uwzględniłam żadnej z ich płyt :) Pewnie załapaliby się na miejsce 11!

Podzielicie się ze mną wspomnieniami związanymi z płytami, które były dla Was najważniejsze?