Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2020

Siedem lat szczęścia.

Fot. Sylwia Łęcka


Tak kiedyś miał się nazywać ten blog. Siedem lat liczyłam wówczas od - dajmy na to - dnia, w którym zrozumiałam, że jeśli chcę być szczęśliwa, to muszę zacząć szukać tego szczęścia gdzie indziej niż szukałam do tej pory. I znalazłam je!:)

Dziś myślę jednak o innej rocznicy, która miała miejsce kilka dni temu. O siódmej rocznicy naszego ślubu kościelnego :)

Co zmienił ślub kościelny?

Pisałam kiedyś już o tym, co zmienił w moim życiu ślub cywilny, który odbył się rok wcześniej. Jeśli miałabym porównać, które z tych wydarzeń stanowiło większą zmianę w naszym życiu - przyznam, że nie do końca potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie. Oba śluby były ważne. Kiedy ktoś pyta nas, od jak dawna jesteśmy małżeństwem, przeważnie odpowiadamy, że od ośmiu lat. Jednak gdy wracamy myślami do dnia naszego ślubu, częściej wspominamy jednak ten kościelny.

Oboje jesteśmy wierzącymi osobami. Zawarcie małżeństwa jako sakramentu miało dla nas wielkie znaczenie i wbrew temu, co niektórzy sądzili, było naszym celem od samego początku, to znaczy od dnia zaręczyn.

Choć duchowy aspekt był dla nas najważniejszy, zależało nam również na ładnej oprawie, pięknej muzyce, strojach, kwiatach, weselu - trochę tradycyjnym, ale jednak w "naszych" klimatach, na dobrej zabawie w gronie bliskich nam osób... No i zależało nam też na pięknych strojach :)

Fot. Sylwia Łęcka

Nie jest to rzecz, z której byłabym wybitnie dumna, ale - jeszcze jako mała dziewczynka wymarzyłam sobie wygląd mojej sukni ślubnej. To znaczy, zmodyfikowałam trochę ten dziecięcy projekt w oparciu o sugestie mojego męża. Tak powstał projekt sukni idealnej :) 

Całości stroju dopełniły buty, których historię opowiadałam Wam już kiedyś. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jesteśmy typową parą młodą.

Zrobiliśmy wiele, żeby ten dzień miał nasz własny, indywidualny charakter. Zamiast typowej weselnej kapeli, grał nam zespół rockowy. Było też karaoke. Zatańczyliśmy do ulubionej romantycznej piosenki, ale wpletliśmy w nią również zaskakującą, szybką wstawkę. W podziękowaniach dla rodziców pomogły nam muppety :) 

Fot. Marcin Tytko

Nawet figurki na torcie weselnym były jedyne w swoim rodzaju!

Fot. Sylwia Łęcka


Siedem lat małżeństwa - siedem chudych lat?

Po szalonym, nietypowym, nieszablonowym weselu zaczęło się małżeńskie życie codzienne. W nowym domu, bo nasza przeprowadzka ostatecznie niemal zbiegła się w czasie ze ślubem. W tym samym tygodniu przewoziliśmy meble i szliśmy do ołtarza :D

Jesteśmy dobrym, szczęśliwym małżeństwem. Nieraz jednak myślę o tych pierwszych siedmiu latach jako tych najtrudniejszych, "chudych", po których nadejdą następne, lepsze, spokojniejsze. Można to ująć tak, że patrzę z nadzieją w przyszłość :)

Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam tuż po ślubie, było podpisanie dużej, znaczącej umowy z ważnym klientem. Za to następną rzeczą było potknięcie się na dziurze w asfalcie – nie, to nie jest przenośnia :) Nie chodziłam i nie pracowałam przez następne dwa miesiące. Strach pomyśleć, jak wpłynąłby na moje życie jakiś poważniejszy wypadek, skoro skutki drobnego, niegroźnego złamania odczuwałam jeszcze przez lata, a właściwie gdzieś tam pośrednio nadal je odczuwam.

W ciągu pierwszych dwóch lat naszego małżeństwa odebraliśmy dwie bardzo gorzkie lekcje od losu. Pierwsza brzmiała tak: to, że chcecie mieć dziecko, wcale jeszcze nie znaczy, że będziecie mieć dziecko. Druga: szybki i niespodziewany sukces zawodowy może skutkować bolesnym, bolesnym upadkiem. Gorszym niż potknięcie na asfalcie, choć fizycznie bezbolesnym.

Rok 2014 był katastrofą. Rok 2015 był rokiem lizania ran, składania siebie na nowo do, pardon my French, kupy, i przede wszystkim rokiem próbowania, próbowania, próbowania. Jedyne, co było w tym piękne to, że byliśmy w tym razem. 

Kolejny rok przyniósł cud - Roberta :) Na pewno pisałam Wam już, że pierwsza ciąża była dla mnie cudownym doświadczeniem, był to jednak również trudny, stresujący czas. Miałam w pamięci to, co zawsze słyszałam o kobietach w ciąży, że nie wolno im się denerwować... I drżałam o nasze dziecko.

Rodzicielstwo wynagrodziło nam te trudne początki, a druga ciąża pokazała mi, jak bardzo relaksujące, piękne i radosne może być oczekiwanie na dziecko. Przynajmniej do momentu, kiedy nie wysiadło mi zdrowie :D

Mam wrażenie, że minione siedem lat, choć cudowne i pełne miłości, przeciągnęło nas jednak przez spore koleiny. Z chęcią przyjmiemy teraz siedem tłustych lat! To znaczy, mam nadzieję, że ta tłustość nie będzie dotyczyła naszych gabarytów, a przynajmniej nie tylko ich!

Siedem lat szczęścia.

Bez względu na różne trudności, jakie napotkaliśmy – nie miejcie wątpliwości, że to był czas pełen pięknych chwil. Dobrych wspomnień jest o wiele więcej niż tych złych. To były lata pełne radości, śmiechu, wspaniałych imprez, śpiewu, spotkań z przyjaciółmi, wycieczek w piękne miejsca… Nawet z trudniejszych dni staraliśmy się zawsze wyłuskać to, co było w nich najlepsze. Każde wyzwanie traktowaliśmy jak ciekawą przygodę, urozmaicenie, szansę na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wracamy do tych wspomnień z przyjemnością.

Fot. Janusz Bilski

Fot. Agata Łudzik

 
Fot. Andrzej Dymek


Szanowne życie, losie, przeznaczenie, szczęśliwa gwiazdo – dziękujemy za te siedem lat :) i prosimy o więcej!



czwartek, 19 grudnia 2019

Mamo, nie czekaj!


Grudzień sprzyja refleksjom i wspomnieniom. Dla mnie są to szczególne wspomnienia. Trzy lata temu tuliłam noworodka i wszystko było dla mnie tak bardzo nowe. Dwa lata później, również w grudniu, tuliłam następnego noworodka, a śliczny dwulatek patrzył na niego z zaciekawieniem i pytał "A co to?". Wiedziałam już, że pewnymi sprawami nie muszę się tak bardzo przejmować. Nabyłam doświadczenia, a jednocześnie widzę wyraźnie, że większość rzeczy robię jednak tak samo jak za pierwszym razem. 

Choć może nie jestem już nowicjuszką, z upływem czasu mam coraz więcej pokory. Tak jak trzy lata temu, tak i teraz nie czuję się odpowiednią osobą, by uczyć kogoś, jakim powinien być rodzicem. Mam doświadczenie tylko z moją dwójeczką, a skąd w ogóle mogę mieć pewność, że nie popełniam błędów? Czas pokaże. Mogę tylko podpowiedzieć, co u mnie - mam wrażenie - świetnie się sprawdziło.

Mamo, nie czekaj!


Na początku mojej wielkiej przygody z macierzyństwem często słyszałam "poczekaj", "warto poczekać". I jakoś tak wyszło, że nigdy się do tej rady nie zastosowałam. Nie dlatego, że nie chciałam - po prostu tak się złożyło. Może jestem z natury niecierpliwa. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że nie czekałam! Uważam, że wyszło mi to na dobre. I możesz się ze mną nie zgodzić, tym bardziej, że zapewne słyszałaś nieraz coś zupełnie przeciwnego - ale chciałabym Ci powiedzieć, młoda mamo, że w tych sytuacjach po prostu nie warto czekać.

Nie czekaj z dzieleniem się swoją radością.


"Poczekaj do trzeciego miesiąca z mówieniem o ciąży, bo wcześniej to jeszcze nic nie wiadomo" - znacie to skądś? Ja owszem. Gdy to słyszałam, kiwałam z powagą głową i święcie wierzyłam, że tak właśnie trzeba. Miałam szczery zamiar poczekać do tego trzeciego miesiąca i aż do tego czasu nie zdradzać nikomu mojego słodkiego sekretu, bo przecież jeszcze nie wiadomo... Czy przeżyje

Cóż, tajemnicy przed mężem i tak nie zdołałabym zachować, bo obserwował mnie jeszcze uważniej niż ja sama. Rodzina dowiedziała się zaraz później, pracodawca zresztą też, bo okazało się, że moja pierwsza ciąża była zagrożona i faktycznie nie było jeszcze wiadomo, czy oboje z Robertem wyjdziemy z tego cało. Musiałam więc iść na L4. Jak się skończyło, to dobrze wiecie :) Ale chciałam zwrócić Waszą uwagę na coś innego.

A gdyby moja historia wyglądała inaczej? Gdyby jednak Robert nie przetrwał tych pierwszych, trudnych tygodni? Musiałabym wtedy zmierzyć się z bardzo bolesną stratą... SAMA?

Czy właśnie tego oczekujemy od kobiet, czy z tym się liczymy, kiedy decydujemy się na wszelki wypadek nic nie mówić? Gdybym straciła Roberta, na pewno byłoby to dla mnie potwornie trudne i jestem przekonana, że nie chciałabym zachować tego w tajemnicy. Nie chciałabym przechodzić przez to sama. Powiedziałabym rodzinie, przyjaciołom. Szukałabym w nich oparcia.

Nie twierdzę, ze trzeba od razu powiadamiać o ciąży wszystkich znajomych i cały świat. Ale moim zdaniem, nie warto zwlekać z rozmową z najbliższymi osobami.

Nie czekaj ze spotkaniami z bliskimi ludźmi.


W trosce o zdrowie maleństwa i jego wątłą jeszcze odporność, wiele mam decyduje, by przez pierwsze trzy miesiące po urodzeniu nikt go nie odwiedzał, poza może absolutnie najbliższą rodziną. I ono też nie jest zabierane w odwiedziny. Kiedy piszę te słowa, aż sama sobie nie dowierzam i sprawdzam co chwilę: nie pomyliło mi się coś?

Pierwsza sprawa: ta troska zupełnie na nic się nie zda, gdy maleństwo ma starsze rodzeństwo, które uczęszcza do żłobka lub do przedszkola. Pamiętam, że gdy Michał był malutki i poważnie zachorował, stanęłam przed dylematem: czy powinnam wypisać Roberta ze żłobka na te kilka miesięcy? Byłaby to bardzo trudna decyzja, i na pewno miałaby ogromny, niekoniecznie pozytywny wpływ na Roberta. Na szczęście później było już tylko lepiej.

Obaj moi synowie od początku mają kontakt z wieloma osobami. Zapraszamy gości, zabieramy ich w różne miejsca, do przyjaciół, do rodziny. Mam wrażenie, że dzięki temu wyrastają na otwartych, odważnych chłopców. Łatwo nawiązują kontakty, spotkania rodzinne nie wywołują w nich stresu, który musieliby potem odchorować.

Nie czekaj z dbaniem o swoje potrzeby.


Zadbaj o formę. Nie, wcale nie musisz z tym czekać x lat od urodzenia dziecka. Nie katuj się dietami matki karmiącej, bo to jedna wielka bujda, jedz co chcesz. Nie bądź niezastąpiona, zaangażuj bliskich w opiekę nad dzieckiem, a Ty idź - na fizjoterapię. Na aerobik. Na kawę. Na pogaduchy. Na zakupy. Na co chcesz. Napij się wina, jeśli to sprawia Ci przyjemność. Ufarbuj włosy, zjedz coś niezdrowego, zaszalej. A potem wróć do swojego maleństwa i bądź najlepszą na świecie zrelaksowaną, zadowoloną z życia mamą.

Dlaczego Ci nie wolno? Bo ono jest takie malutkie i zależne od Ciebie?

Cóż, może być też gorzej. Możesz mieć, dajmy na to, wypadek i trafić do szpitala. Wtedy będzie naprawdę nieciekawie, jeśli okaże się, że ta machina nie potrafi zadziałać bez Ciebie.

Nie chodzi mi o to, by wzbudzić w Tobie poczucie wiecznego zagrożenia i zmusić do przewidywania czarnych scenariuszy. Wręcz przeciwnie! Chcę Ci tylko powiedzieć, że... Masz prawo się dobrze bawić. Masz prawo myśleć o sobie. Jak ktoś już to kiedyś powiedział, szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Czyli tak naprawdę, robisz to też dla niego :)


Co jeszcze dodalibyście do mojej listy? Z czym nie warto zwlekać?

środa, 4 grudnia 2019

Co mogę dla Ciebie zrobić w grudniu? "Brzuszkowy Mikołaj" raz jeszcze!



Wpis powstał w ramach akcji #blogrudzień2019

Brzuszka już nie ma, ale "Brzuszkowy Mikołaj" działa nadal! 


I będzie działać, póki starczy mi zapału, choć codzienność podwójnej matki, przeziębienia, obowiązki i plany nieraz skutecznie mi go odbierają. Ale bez obaw, z początkiem grudnia poczułam przypływ sił, chęci i świątecznego nastroju :) W tym roku pomożemy kolejnym wspaniałym, dzielnym mamom!

Powiem Wam, że to jest istna magia. Grudniowa magia pomagania, jak pisałam w zeszłym roku. Jeszcze kilka dni temu godziłam się z tym, że cała para poszła w gwizdek, zabrakło mi determinacji i po prostu w tym roku to nie wyszło. Czułam się niezręcznie na myśl o tym, że miałabym poruszać w rozmowach temat organizowanej przeze mnie akcji, bo przecież co to za akcja, jakaś fanaberia jednej blogerki, której się wydaje, że może zmieniać świat? Listopad minął, sama nie wiem kiedy, a w temacie "Brzuszkowego Mikołaja" nie działo się nic. Zastanawiałam się, czy to może nie był jednorazowy zryw serca? Czy warto próbować jeszcze raz?


Zaczął się grudzień i wszystko się zmieniło :) Wróciła do mnie ta energia i motywacja sprzed roku, zaczęłam się cieszyć na myśl o przygotowaniu paczki. Wspaniałe osoby zaoferowały wsparcie dla akcji :) Liczba osób zainteresowanych akcją ciągle rośnie. Spodziewam się, że w tym roku powstanie jeszcze więcej cudownych prezentów niż poprzednio!

Mam już wybraną mamę, do której zostanie wysłana moja paczka. Wiem, że naprawdę przyda jej się pomoc, którą mogę jej zaoferować. Tymczasem w mojej głowie ciągle kiełkują nowe pomysły: jak jeszcze możemy pomóc? Co jeszcze mogę zrobić dla drugiej osoby, przy ograniczonym budżecie, licznych obowiązkach i niemałych własnych potrzebach?

Jedną z cennych tegorocznych lekcji (chyba zacznę je spisywać!) było dla mnie odkrycie, że przeważnie możesz jednak coś zrobić. Ludzie boją się prosić o pomoc, co nie znaczy, że jej nie potrzebują. Czasem warto zapytać. Zastanowić się. Gdybym była na miejscu tej osoby, co sprawiłoby mi radość? Jaką pomoc najchętniej bym przyjęła?

Odwiedziny


Ludzie są nieraz porażająco samotni. Życie toczy się obok nich, a oni nie mogą się w nie włączyć, bo brak im zdrowia, sił, a może kogoś, kto po prostu zdjąłby z nich na chwilę część obowiązków. Gdy ktoś spędza czas w szpitalu, przykuty do łóżka, lub może poświęca każdą chwilę na opiekę nad bliską osobą, nawet krótkie spotkanie i rozmowa może być okazać się wyjątkowym prezentem i świątecznym cudem.

Przyznam, że marzy mi się, żeby przejść się któregoś dnia na oddział pediatrii, gdzie spędziliśmy Święta w zeszłym roku, i poprawić trochę humor pacjentom i ich rodzicom :) Teraz, kiedy napisałam Wam o tym, mam jeszcze silniejszą motywację, by faktycznie to zrobić! Mam tylko nadzieję, że mnie stamtąd nie wygonią :D

Oczywiście, odwiedziny mogą poprawić nastrój nie tylko osobie przebywającej w szpitalu. Może znasz kogoś, kto choruje lub po prostu jest w kiepskiej formie i potrzebuje towarzystwa? Zapytaj. Zaproponuj :)

Pomoc w wykonywaniu obowiązków


Osobiście wydaje mi się, że to jedna z trudniejszych form pomagania. Wszyscy mamy przecież swoje zajęcia, codzienną rutynę, nierzadko pod koniec dnia jesteśmy bardzo zmęczeni. Skąd wziąć siłę i czas na to, by jeszcze przejąć część obowiązków innej osoby? Ale może jest coś, co lubisz robisz, co będzie stanowić dla Ciebie miłą odskocznię od rzeczywistości - a ktoś dzięki Tobie na chwilę odpocznie?

Mam też wrażenie, że nawet te same, żmudne, codzienne zadania mogą sprawić nam przyjemność o wiele większą niż zwykle, gdy zobaczymy, jak bardzo ktoś się cieszy z ich powodu :)

Kartki świąteczne


Źródło: Madka roku

Niektórzy o nie proszą. Muszę przyznać, że pod tym względem zawsze zawalam :( Nigdy mi nie po drodze na pocztę, zapominam, przegapiam terminy. Może w tym roku zbiorę się i wyślę choć jedną :)

Piękne kartki świąteczne, wraz z egzemplarzem książki "O królewiczu, który się odważył" można licytować teraz u Madki roku. Kwota zostanie przekazana na cel charytatywny - i patrzcie, tym sposobem można pomóc dwóm osobom jednocześnie!

Wsparcie finansowe


Mimo wszystko taka pomoc jest zazwyczaj najpilniejsza. To nie muszą być duże kwoty. Ja najczęściej wpłacam 10-20 zł, rzadko więcej. Zdarza się, że chcę wesprzeć kilka różnych zbiórek w tym samym czasie, dlatego większa kwota byłaby już pewnym obciążeniem dla mojego budżetu.

Wspomniałam wcześniej o aukcji charytatywnej. Z pewnością wielu spośród Was będzie szukać w najbliższym czasie prezentów - mikołajkowych, gwiazdkowych, może macie jeszcze inne okazje, tak jak ja? Warto rozejrzeć się, może znajdziecie coś interesującego właśnie na aukcjach tego typu. Wtedy nie tylko dajecie radość swoim bliskim, ale też realnie pomagacie komuś potrzebującemu.

Pomóżmy!


Z całego serca zachęcam Was, byście współtworzyli ze mną akcję "Brzuszkowy Mikołaj". Im więcej nas będzie, tym więcej mam dostanie wspaniałe prezenty! Poza tym - będę miała większą motywację, żeby bardziej się przyłożyć w przyszłym roku ;)

Oczywiście, jeśli zamiast tego wspieracie inną akcję, w pełni to rozumiem. Tak naprawdę chodzi o to, żeby w tym magicznym, świątecznym miesiącu okazać serce komuś, komu poszczęściło się trochę mniej niż nam.

Życzę Wam wszystkim dużo, dużo miłości!


Wpis powstał w ramach corocznej akcji #blogrudzień, organizowanej przez Magdę, autorkę bloga Magda M. Codziennie przez cały grudzień będzie pojawiał się kolejny wpis o tematyce okołoświątecznej. Odwiedźcie nasze strony!

1 grudnia – Mama na całego
2 grudnia – Tarapatka
3 grudnia – Dzieciorka
4 grudnia – Szczęśliwa Siódemka 
5 grudnia – Do herbaty
6 grudnia – Z naciskiem na szczęście
7 grudnia – Przed ślubem
8 grudnia  – MamAsia Ogarnia
9 grudnia – Wysmakowana
10 grudnia – Dziubdziak
11 grudnia  – Pozytywny Dom
12 grudnia – Młoda mama pisze 
13 grudnia – Atrakcyjne wakacje z dzieckiem
14 grudnia – Młoda Mamma
15 grudnia – Kopanina.pl
16 grudnia – Pogodnie przez życie
17 grudnia – Humory Zmory
18 grudnia – Asertywna Mama
19 grudnia – Jaśkowe Klimaty
20 grudnia – I jak w domu
21 grudnia – Carpe Diem
22 grudnia – Dieta To Kobieta
30 grudnia – Magda M.

poniedziałek, 9 września 2019

5 lat z życia jednego brzucha.



Dzień zaczynam od dawki hormonów i od serii ćwiczeń. To pierwsze już raczej się nie zmieni, tego drugiego sama nie chcę zmieniać, choć nikt mi już nie każe ćwiczyć. Daje mi to jednak fantastyczne poczucie, że robię coś dla siebie i jestem aktywna, a jeśli przy tym może sprawić, że zdjęcie z 2020 roku będzie wyglądało lepiej niż to aktualne, to chyba warto się starać :)

Jak już kiedyś zauważyłam, w tym roku zapanowała istna moda na porównywanie zdjęć z przeszłości z obecnymi. Ja sama niezależnie od tej mody zawsze lubiłam sporządzać takie zestawienia, przede wszystkim dlatego, że jestem strasznie sentymentalna. Ale w tym zestawieniu chodzi nie tylko o powrót do wspomnień.

Te zdjęcia pokazują coś, o czym pewnie dobrze wiecie, ale być może nieczęsto patrzycie na to w ten sposób. Pokazują, jaką wielką rewolucją dla naszego ciała jest decyzja o zajściu w ciążę. Te zmiany wpływają na cały organizm, na gospodarkę hormonalną, co za tym idzie, na nasze samopoczucie i na równowagę psychiczną. Przyznam, że pomysł na sporządzenie takiego zestawienia przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, po tym, gdy jedna z bliskich osób zarzuciła mi, że stałam się humorzasta... Pomyślałam wtedy: Ej, po dwóch ciążach w krótkich odstępie czasu, dwukrotnych zmianach wagi o 20 kg w jedną i drugą stronę, to niby jaka ja mam być? :)

Zapraszam do podróży w czasie.

2015: Starania o ciążę.


Fot. Michał Buczek

Ten temat przewija się co jakiś czas na blogu, ale chyba nigdy nie pochyliłam się nad nim w sposób wyczerpujący. Zasadniczo, cały rok 2015 (i spory kawałek 2014, a także początek 2016) był dla mnie czasem starania się o pierwsze dziecko. W marcu jeden lekarz zdiagnozował u mnie zespół policystycznych jajników (PCOS), choć sam dziwił się przy tym, że nie wyglądam na osobę dotkniętą tym schorzeniem - typowe objawy to m.in. nadwaga, nadmierne owłosienie. Zaczęłam kurację hormonalną. Kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nie pewien zbieg okoliczności. Przyjechałam do przychodni na umówioną wizytę, aby dostać receptę na kolejną porcję hormonów i dowiedziałam się... że mój lekarz już tam nie pracuje. Przyjęła mnie inna lekarka, która jednak odmówiła wypisania recepty - stwierdziła, że jeśli leczenie do tej pory nie dało rezultatów, to prawdopodobnie przyczyna mojej bezpłodności jest inna. Szereg kolejnych wizyt wykazał, że diagnoza była błędna, nie miałam nigdy PCOS. Źle dobrane leki raczej mi zaszkodziły niż pomogły. Miałam cierpliwie czekać, aż wreszcie się uda. Wiecie, jak to mówią... staranie się o dziecko nie jest nieprzyjemne ;)

Jak wyglądałam? Uczciwość nakazuje przyznać, że to zdjęcie jest wyjątkowo korzystne, to już nie były moje najszczuplejsze czasy. Nie miałam już organizmu dwudziestolatki, która mogła zjeść wszystko i nie przytyć, hormony też pewnie zadziałały po swojemu. Ważyłam 55 kg, co było prawie najwyższą moją wagą w czasach przed dzieckiem. Miałam sporo zmartwień, bo końcówka roku 2014 przyniosła mi duże kłopoty zawodowe i finansowe, których skutki odczuwałam bardzo silnie przez cały następny rok. Raczej nie wpłynęło to dobrze na mój wygląd.

2016: Upragniona ciąża!


Fot. Sobie Jestem

Tak, historia moich starań o dziecko jest znacznie mniej dramatyczna niż wiele innych historii, z którymi mogliście się spotkać. Pewnego dnia po prostu się udało. Mniej więcej w tym czasie, kiedy miałam już zamiar poddać się znacznie poważniejszym badaniom w celu zdiagnozowania przyczyn bezpłodności. Śmiejemy się czasem, że trzeba nam było wyjątkowego dnia - bo początek mojej ciąży datuje się na noc z 29 lutego na 1 marca :)

W pierwszych tygodniach moja ciąża była zagrożona. Potem, gdy zagrożenie minęło - kwitłam, czułam się wspaniale, nie miałam większych dolegliwości. Czasem, zwłaszcza w trzecim trymestrze, robiło mi się słabo. Przeważnie uważałam na siebie bardziej z rozsądku niż dlatego, że naprawdę nie czułam się na siłach, by coś zrobić. Pod koniec zaczęłam odczuwać problemy z chodzeniem i ból bioder. 

Jak wyglądałam? Znajomi dziwili się, gdy mówiłam, że przytyłam aż 20 kg, bo ponoć nie było tego po mnie widać. Ja widziałam. Im bliżej porodu, tym pełniejszą miałam twarz, no i oczywiście wielki brzuch. Nie wiem, jaki miałam obwód w pasie, bo gdy próbowałam rozciągnąć metr krawiecki, by się nim opasać, to go rozerwałam :D Przed ciążą zawsze miałam wąską talię, musiałam się zatem bardzo mocno rozciągnąć, rozrosnąć. Mój kręgosłup, biodra odczuwały, że nagle muszą dźwigać znacznie większy ciężar. Niełatwo było mi znaleźć wygodną pozycję do spania. Za to moje włosy i cera były w świetnej kondycji i przyznam, że nigdy w życiu nie czułam się tak piękna jak wtedy.

2017: Stan po ciąży.


Fot. Joanna Schönborn-Tomczak: Przerwa w dostawie deszczu

Czułam się dobrze, więc też nie szukałam pomocy u żadnych lekarzy. Może niesłusznie? Bywałam zmęczona i senna, ale powiedzmy, że matkom niemowlaków zdarza się to dość często ;) Nie miałam depresji ani problemów zdrowotnych, laktacja bez zarzutu, fantastycznie się odnalazłam w roli mamy. Dość szybko zaczęliśmy się starać o drugie dziecko. Nie chcieliśmy czekać, nauczeni doświadczeniem z poprzednich lat. Wiedzieliśmy już, że w naszym przypadku to może trwać dłużej, niż byśmy tego chcieli. 

Jak wyglądałam? Nie wracałam do sylwetki sprzed ciąży z jakąś wyjątkową szybkością, ale też nie mogę powiedzieć, by mi na tym bardzo zależało. Miałam może drobne momenty słabości, gdy widziałam siebie i swój pociążowy brzuch na zdjęciach. Albo wtedy w czerwcu, gdy zapytano mnie, czy jestem w ciąży. Ale nie było źle, zaczęłam znów pozować do zdjęć, wskoczyłam nawet w dość skąpy strój. Gdzieś pod koniec roku wróciłam do wagi sprzed ciąży - 55 kg.

2018: Druga ciąża!


Fot. Nina Filek

Udało się szybko, co zakrawa na mały cud, biorąc pod uwagę liczne okoliczności, które mogły to upragnione drugie zajście opóźnić. Tym razem było inaczej. Praktycznie w tym samym czasie dowiedziałam się o ciąży i o Hashimoto. Nadal trochę nie mogę uwierzyć, że mam jakąś przewlekłą chorobę. W ogóle nie czuję się jak osoba chora. Za to zyskałam piękne wytłumaczenie dla wszelkich moich huśtawek nastrojów i gorszych stanów :D Ale nie korzystam z tego za często.

Druga ciąża była trudniejsza, więcej dolegliwości, więcej problemów zdrowotnych. Do tej pory wspominam końcówkę października z pewną zgrozą i poczuciem, że dosłownie walczyłam o życie. A w tym wszystkim był też ze mną mały, kochany człowieczek, który musiał zrozumieć, że mama nie może już go nosić na rękach i czasem znika na kilka dni albo leży w łóżku.

Jak wyglądałam? Tym razem brzuszek był widoczny dużo wcześniej, tak naprawdę już w drugim miesiącu dało się go zauważyć - czyli na tym etapie, kiedy niektóre kobiety wolą jeszcze nikomu nie mówić o ciąży! Wcześniej pojawiły się też problemy z chodzeniem. Wagę 75 kg, czyli taką, jak przy pierwszym porodzie, osiągnęłam już na początku ósmego miesiąca. Obawiałam się, że pod koniec ciąży ta waga będzie jeszcze znacznie większa, ale jakimś cudem nie przytyłam już nawet o jeden kilogram. Nie czułam się może już tak wyjątkowo piękna jak w pierwszej ciąży, za to nawet nie zauważyłam, kiedy moje włosy tak bardzo urosły. Pogodziłam się dawno z myślą, że dłuższe niż do połowy ramienia nie będą już nigdy, taka ich uroda, tymczasem teraz są do pasa.

2019: Stan po ciąży.


Zaniepokoiło mnie, że ból bioder i kręgosłupa nie minął po porodzie, tak jak to było za pierwszym razem. Poszłam na konsultację z fizjoterapeutą i dowiedziałam się, że mam rozstęp mięśni brzucha. Dolegliwość, którą opisałam rok wcześniej na blogu, posiłkując się głównie wiedzą z Internetu, poznałam teraz na własnej skórze. Okazało się, że problemy z chodzeniem wynikały pośrednio właśnie z tego - brak oparcia w mięśniach brzucha powodował, że kręgosłup i biodra były nadmiernie obciążone. 

Przez trzy miesiące regularnie uczęszczałam na fizjoterapię. Spotkania wyglądały tak, że najpierw terapeutka oceniała, w jakim stanie są moje mięśnie, potem robiła mi masaż (coś cudownego :)), a następnie wykonywałam ćwiczenia. Z początku bardzo proste, polegające właściwie na samym napięciu mięśni. Zaskoczyło mnie, jak bardzo byłam słaba - w ogóle nie czułam, że mam tam jakieś mięśnie i że one choć trochę pracują! Z czasem było lepiej, a ćwiczenia stawały się coraz bardziej zaawansowane. Na koniec każdego spotkania terapeutka zaklejała mnie taśmami, żeby mięśnie przyzwyczajały się do prawidłowego działania. Nosiłam te taśmy za każdym razem przez kilka dni i śmiałam się, że tak wygląda człowiek bez pępka :D Czułam się z nimi bardzo dobrze, bezpiecznie, stabilnie. Naprawdę pomagały, choć pod koniec pewnie to było działanie bardziej na podświadomość.


Czuję się dobrze. Wydaje mi się, że miałam niezbyt poważną depresję poporodową, choć moje gorsze samopoczucie w tamtym czasie mogło też wynikać z różnych problemów, które mnie wówczas dotknęły, a także, oczywiście z mojego stanu zdrowia. W każdym razie, szybko przeszło :)

Jak wyglądam? Nie narzekam ;) Moje mięśnie są już w dobrym stanie, jednak brzuszek nadal trochę widać. Zauważam go przede wszystkim na zdjęciach. Ważę około 60 kg, z drobnymi wahaniami o 1-2 kg. Nie czuję, żeby to było jakoś strasznie dużo :)


Pięć lat - w czasie których zażyłam całą aptekę hormonów, a jeszcze więcej wyprodukowało moje ciało najpierw w jednej, potem w drugiej ciąży, podczas dochodzenia do siebie po porodach i w czasie karmienia piersią, dwa razy przytyłam i dwa razy "zrzuciłam" 20 kg (no, pięć kilogramów jeszcze zrzucam), obciążałam mięśnie i kręgosłup na wiele możliwych sposobów (a już najzabawniej było wtedy, kiedy w zaawansowanej ciąży brałam 12-kilogramowego Roberta na ręce), rozciągałam skórę, przeżywałam najróżniejsze stresy, napięcia, zmartwienia, no i nie zapominajmy o tym, że dwa razy zostałam rozcięta skalpelem (i drugi raz był dość ekstremalny).

Wszystko dla tych dwóch łobuziaków.


Idealną puentą do tego tekstu byłyby zdjęcia moich uśmiechniętych synków, ale darujcie, nie umieszczam ich buziek w Internecie. Są piękni, uwierzcie na słowo. Pogodni, zdrowi, przytulaśni, dają mi tyle miłości i szczęścia, że dla nich mogłabym i ze czterdzieści kilo przytyć i zjeść ze trzy apteki różnych leków, byle tylko mieć ich w swoim życiu. 

Pomyśl ciepło o swojej mamie, o mamach, które znasz. 

czwartek, 16 maja 2019

STRASZNY tekst o porodzie! Czyli: nikt nie powiedział, chociaż każdy wiedział.


Kiedy zostajesz blogerką piszącą o macierzyństwie, na starcie pojawia się dylemat: jak pisać? Pokazywać piękno macierzyństwa czy wręcz przeciwnie, jego gorsze strony? Kreować się na wspaniałą mamę, która zna się na rzeczy, czy śmiało przyznawać się do swoich porażek? Raczej zachęcać, czy raczej przestrzegać?

Myślę, że taki dylemat dotyczy nie tylko blogujących mam, ale w ogóle wszystkich mam, które mają w swoim otoczeniu kobiety dopiero przygotowujące się do macierzyństwa. Co im powiedzieć? Przecież one i tak mogą sobie tylko wyobrażać, jak to jest. I wcale nie wiadomo, czy będą miały tak samo jak Ty. W moim przypadku wiele obaw nigdy się nie sprawdziło, często byłam straszona na wyrost. Te wszystkie legendy o nieprzespanych nocach! Kurczę, ja śpię. Każdej nocy. Czasem zdarzy się pobudka, ostatnio nawet często, ale potem po prostu śpimy dalej. Nauczyłam się w ogóle nie traktować tych pobudek w kategorii zakłócenia snu.

Albo teksty o zimnej kawie. Nie wiem, jak to się dzieje, ale ja zawsze piję ciepłą.

Jednak nie wszystkie strachy były na wyrost. Zdarzyło się i tak, że było wręcz przeciwnie: zapewniano mnie, że nie ma się czego obawiać, a w moim przypadku okazało się, że jednak było. To dotyczy przede wszystkim obu moich porodów.

Nikt nie powiedział...


"Nie chciałam Cię straszyć", napisała mi przyjaciółka po moim pierwszym porodzie. "Uważam, że dobre nastawienie ma też znaczenie".

Oczywiście, że to rozumiem. Co więcej, sama tak robię. Po co mam straszyć młodą mamę, że może być tak, że będzie rodziła całą noc w bólu, a potem i tak ją potną? Przecież znam całe mnóstwo kobiet, którym oszczędzono takich przeżyć. Znam dziewczyny, które nawet się nie zorientowały, że już rodzą, bo nic nie bolało. Znam dziewczyny, dla których skurcze porodowe były bardziej drażniące niż bolesne. Skoro to się zdarza, to po co od razu nastawiać się, że będzie strasznie?

Ja miałam dobre nastawienie. W końcu zawsze byłam odporna na ból. Próg wytrzymałości mam duży. Dlaczego żałuję, że jednak nikt mnie nie ostrzegł? Bo po porodzie, jednym i drugim czułam, że zawaliłam (po drugim czułam to trochę krócej). Bo skoro miało być łatwo, miało być dobrze, a nie było, to chyba musiałam zrobić coś nie tak. Jak to ja. I od razu w myślach wyświetlała mi się cała lista innych rzeczy, z którymi ludzie na ogół nie mają problemu, a ja jakoś mam.

W każdym razie, po tym pierwszym porodzie wiedziałam już, że rodzenie siłami natury to niekoniecznie moja specjalność, byłam za to dość entuzjastycznie, a na pewno spokojnie nastawiona do cięcia cesarskiego. Już wiedziałam, że czasem trzeba, że to też poród równie dobry jak naturalny, że czasem ratuje życie. Już wiedziałam, że nie boli...

Z historią podobną do mojej spotkałam się raz, to znaczy raz, zanim to przydarzyło się mnie. Wyczytałam ją jeszcze jako dziecko w którejś gazetce u babci lub cioci, wiecie, w tych kolorowych czasopismach. Było to opisane jako sensacja, coś nieprawdopodobnego, sytuacja jedna na milion. Oczywiście opis zrobił na mnie wielkie wrażenie. Po porodzie wracał do mnie jak bumerang.

Już wiecie, prawda?

Znieczulenie nie zadziałało.


Tak, poczułam, jak rozcina mnie skalpel.
Nawet pisanie o tym boli.
Wiedziałam, że może być różnie już w chwili, gdy anestezjolog miał jakieś przedziwne kłopoty ze zrobieniem mi zastrzyku. Naprawdę, za pierwszym razem poszło za jednym wkłuciem, a przecież nie było dużo czasu, bo już rodziłam od dawna. Teraz - niby na spokojnie, proszę usiąść, wypiąć plecy - a próbował się wkłuć chyba ze cztery razy. Podobno mogło być tak, że po pierwszym zastrzyku zrobił mi się jakiś zrost i znieczulenie poszło bokiem... Wytłumaczenie dobre jak każde.

Zaczęłam wpadać w panikę, kiedy usłyszałam pytanie "Czy nogi robią się ciepłe?", pytanie rzucone od niechcenia, z pełnym przekonaniem, że musi być dobrze - a moja odpowiedź brzmiała "nie". Potem przez dłuższy czas trwało ustalanie, czy ja jeszcze czuję, czy już nie czuję, aż wreszcie z jakiegoś powodu lekarz uznał, że chyba jednak już nie czuję.

Powiem Wam, że nie od razu się zorientowałam. Pewnie trudno w to uwierzyć, bo jak można się nie zorientować, że jest się rozcinanym bez znieczulenia? Jednak jest coś takiego jak szok. Poza tym wmawiałam sobie, że musi być dobrze. To, co czułam, brałam za zwykły dyskomfort, ale w którymś momencie poczułam, że więcej nie jestem w stanie wytrzymać... Zaczęłam machać nogami, które podobno miały być już nieruchome. Wtedy wszyscy się zorientowali, co się dzieje. Dostałam narkozę.

Generalnie operacji pod narkozą nie polecam, bo rurka do oddychania bardzo podrażniła mi gardło i ciągle chciało mi się kasłać, a na brzuchu miałam świeżą bliznę. Ale to nie było najgorsze. W gorszym stanie była moja psychika. Zanim jakoś to poukładałam w głowie, na zmianę wyrzucałam sobie, że nie wytrzymałam zwykłego cięcia cesarskiego - a w innych chwilach przeżywałam strasznie fakt, że zostałam rozcięta żywcem, rozcięta żywcem, jak ta kobieta z artykułu! Naprawdę nie było łatwo sobie z tym poradzić. Po kilku dniach pogodziłam się z tym, co się stało. Ale nigdy, już nigdy nie chcę rodzić. 

...a każdy wiedział.


Przed wyjściem ze szpitala zdążyłam usłyszeć cztery historie podobne do mojej. Nie, nie byłam wcale długo w tym szpitalu. Nagle się okazało, że każdy zna jakąś kobietę, którą operowano na żywca, albo przynajmniej każdy zna kogoś, kto zna kobietę, którą operowano na żywca.

Serio, jak tu nie przestrzegać, jak nie straszyć, skoro wychodzi na to, że to całe znieczulenie to jakaś loteria - raz działa, a raz nie? Zrobił mi się zrost, jak często po takim zastrzyku robi się zrost? Nie brzmi to jak coś bardzo nietypowego.

Nie dziwi mnie to, że takie historie wychodzą na jaw dopiero po fakcie. Bo przecież kto miałby z czystym sumieniem opowiadać takie straszne rzeczy kobiecie w ciąży? Codziennie przeprowadza się setki cesarek, z pewnością zdecydowana większość z nich przebiega bez zarzutu. Kto mógł przewidzieć, że będzie tak źle? Nikt.

Wiem, że straszę Was teraz.
Wiem, że może mnie czytać kobieta w ciąży.
Ale może mnie też czytać kobieta, która potrzebuje zrozumieć, że naprawdę, czasami coś przebiega niezgodnie z planem i nie dzieje się tak dlatego, że to z nią jest jakiś problem.

Czasami porody nie są dobre.
Czasami cesarka nie przebiega zgodnie z planem.
Czasem nie nakarmisz swojego dziecka piersią. Choć wiele problemów z laktacją da się rozwiązać, to jednak nie wszystkie.
Czasem Twoje dziecko nie da Ci przespać nocy przez dobre kilka lat.
Może być tak, że Twoje dziecko nie będzie zdrowe.
Może się zdarzyć, że nie przed wszystkim je uchronisz.
Możesz mieć depresję. Możesz nie poczuć instynktu macierzyńskiego. Możesz złościć się na swoje dzieci.

Nie jesteś jedyna. Nie jesteś sama. Wszystko jest z Tobą w porządku. Twoje macierzyństwo nadal może być piękne.

Historia pierwszego porodu jest tutaj:
https://szczesliwavii.blogspot.com/2017/03/nie-ty-jedna-miaas-taki-porod.html

sobota, 29 grudnia 2018

Podsumowanie roku 2018 - na blogu i poza nim.


Pisałam Wam już, że lubię te coroczne podsumowania :) Tym razem naprawdę jest o czym pisać! Niewątpliwie, to był wyjątkowy rok. Aż sama nie wiem, od czego zacząć... 
No dobrze, wiem :)

Kto nie marzy, ten nie spełnia marzeń!


Kiedy rok temu spisywałam moją listę siedmiu postanowień noworocznych, byłam naprawdę ciekawa, ile z nich uda mi się zrealizować. Czy tworzenie tak dużej listy to porywanie się z motyką na słońce, czy wręcz przeciwnie? 

Dziś mogę z dumą powiedzieć - Kochani, zrealizowałam sześć z siedmiu postanowień. Tak jak pisałam, dwa pierwsze punkty na mojej liście wykluczały się wzajemnie, więc z góry zakładałam, że cała lista siedmiu postanowień jest dla mnie nieosiągalna.

Rodzeństwo dla Roberta - jest! Śliczny, maleńki Michał :) Mam teraz lekkie wyrzuty sumienia, że rok temu myślałam o nim tak bezosobowo, jako o rodzeństwie - a przecież to zupełnie odrębny mały człowiek, który ma swoje życie, swoją osobowość, swoje własne cele i zadania.


Do pełnoetatowej pracy nie poszłam, choć naprawdę niewiele brakowało. Byłam już po rozmowie, miałam zdecydować, czy podejmę pracę. Oczekiwano jednak ode mnie takiej dyspozycyjności, jakiej nie byłam w stanie zapewnić.

Remont w domu - zrobiony, co prawda, właściwą odpowiedzią byłoby tu raczej: zaczęty. Jest już jednak o wiele ładniej niż było.

Na castingu byłam - i tyle. Nie dostałam się. Jeśli miałabym oceniać ten rok tylko pod kątem osiągnięć wokalnych, to musiałabym uznać, że był to rok bardzo nieudany. Trochę to przykre, biorąc pod uwagę, że w przyszłym roku też raczej za wiele nie pośpiewam. Cóż, wszystko ma swój czas. Widocznie czas na śpiewanie będzie kiedy indziej.

Akcja "Brzuszkowy Mikołaj" odbyła się z powodzeniem :) Na pewno będę ją organizować również w przyszłym roku, i będę miała o wiele więcej sił, czasu i możliwości, by się nią zająć! :)


Pozowałam do zdjęć. Był czas, kiedy myślałam nawet, że to będzie najlepszy zdjęciowy rok w moim życiu! - niestety, nie doszły do skutku pewne projekty, na które bardzo liczyłam. Ale i tak było bardzo dobrze.

Fot. Paweł Świrek
Fot. Marta Szopińska
Fot. Jan Bandura
Fot. https://www.maxmodels.pl/fotograf-landscaper.html

No i jadłam ciasta :) A nawet je piekłam, bo w naszym domu pojawił się nowy piekarnik. Nareszcie jestem w pełni zadowolona z moich wypieków!

Po raz pierwszy moja lista postanowień była tak długa i po raz pierwszy udało mi się zrealizować aż tyle punktów. Wnioski nasuwają się same - nie warto się ograniczać. Warto mieć odważne, ambitne plany i wierzyć w nie.

Mało tego! Rok wcześniej moim postanowieniem był debiut literacki. Nie udało mi się wówczas go zrealizować. W tej chwili moja powieść jest w przygotowaniu do druku. Ukaże się też książka z bajkami mojego autorstwa :)

Rok na blogu.


Dla Szczęśliwej Siódemki ten rok to przede wszystkim cztery istotne wydarzenia:

1. Publikacja tekstu: "Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?".


Niektórzy z Was może nie wiedzą, że mój blog powstał między innymi po to, aby ten tekst się ukazał. Udało się. Opublikowałam go 27 lutego. Wasza reakcja na ten tekst była po prostu niesamowita :) Dostałam mnóstwo wiadomości, komentarzy (jest to zdecydowanie najczęściej komentowany z moich tekstów), napisaliście mi wspaniałe rzeczy. Dzieliliście się swoimi doświadczeniami i refleksjami. Dostałam od Was o wiele więcej, niż się spodziewałam.

2. Tekst o mojej pracy - "Festiwal Kolorów - najczęstsze mity kontra fakty".


Tekst, który ma najwięcej wyświetleń, choć nawet nie promowałam go w jakiś szczególny sposób. Cieszę się, że chętnie czytaliście o czymś, co daje mi tak dużo radości i jest dla mnie tak bardzo ważne.

3. Alternatywne zakończenie bajki o Calineczce.


Nawet nie spodziewałam się, że zrobi taką furorę. Dziękuję za wszystkie miłe słowa! Przepraszam, jeśli poczuliście się rozczarowani, że na mojej stronie nie pojawiło się póki co więcej bajek. Postaram się to nadrobić!

4. Akcja "Brzuszkowy Mikołaj".

Fot. Kocie Kadry

To jeden z ważniejszych punktów nie tylko w historii bloga, ale też... w moim życiu. Dzięki tej akcji wiele osób zyskało wspaniałe prezenty, ale najwięcej zyskałam ja sama. Zostawiłam swój maleńki ślad na świecie - i jest to taki piękny ślad, pełen radości i dobrych myśli. Odkryłam, że można przekuć swoje marzenia i potrzeby w czynienie dobra dla innych. Oczywiście, nie zamierzam na tym poprzestać. Pod moją mikołajkową czapką kiełkują już nowe pomysły!

Nie mogę też nie odnotować wspaniałej reakcji, jaką wywołało opublikowane w Wigilię na moim fanpage'u zdjęcie przedstawiające mnie i plecy Michała przy szpitalnej choince :) Jestem pod wrażeniem i bardzo Wam wszystkim dziękuję.

Rok poza blogiem.

Gdzie byłaś? W szpitalu.

Serio, myślę sobie czasem, że tak będzie brzmiała moja odpowiedź, gdy ktoś mnie zapyta, gdzie byłam w 2018 roku. Cztery kilkudniowe pobyty w szpitalu  (od trzech do siedmiu dni), do tego trzy wizyty na SORze.  Nie liczę już innych, planowych odwiedzin, np. konsultacji lekarskich.

Dwa razy byłam w szpitalu jako pacjentka (pisałam o tym tutaj i tutaj), dwa razy jako mama małego pacjenta (pierwszy pobyt opisałam tutaj). Przyznam, że ten drugi pobyt, z malutkim Michasiem chorym na zapalenie płuc, był dla mnie na swój sposób łatwiejszy, choć dwa razy dłuższy. Z kilku powodów. Po pierwsze, noworodek jest o wiele bardziej ugodowym pacjentem niż półtoraroczny chłopiec. Po drugie, mimo poważnej choroby Michał przez większość czasu czuł się całkiem dobrze. Aż trudno było uwierzyć, że nie był zdrowy! Po trzecie, miałam wygodny, rozkładany fotel ufundowany przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Spałam wygodnie!

Wiecie... Tyle osób wypowiada się negatywnie o Jurku Owsiaku. Również moi znajomi. Nazywają go oszustem, oskarżają o przekręty. Tymczasem dla mnie to jest ten człowiek, który zobaczył osobę ludzką w mamie czuwającej przy łóżku chorego dziecka. A wiem z doświadczenia, że nie każdy potrafi to zobaczyć.

Najpiękniejszy najgorszy rok.

Kiedy w Wigilię Bożego Narodzenia dzieliliśmy się z mężem opłatkiem w małej szpitalnej sali, życzyłam mu żartobliwie "udanego października, listopada i grudnia, bo z resztą roku jakoś nam to wychodzi". To jest przedziwna prawidłowość: odkąd pamiętam, końcówka roku zawsze jest dla nas dość niełaskawa. Wszystkie wypadki, choroby, problemy w pracy, problemy finansowe zawsze pojawiały się właśnie w tym czasie.

W tym roku również wyjątkowo trudna końcówka przyćmiła nieco fakt, że był to dla nas bardzo dobry rok. Dwóch pięknych synów, praca dająca satysfakcję, spełniające się marzenia - czego chcieć więcej?

Jednak, choć spotkało mnie tak wiele szczęścia, doświadczyłam też w tym roku smutku. Może nawet było go więcej niż w innych latach, kiedy było trudniej, kiedy trzeba było zakasać rękawy, wziąć się w garść i nawet nie było czasu na myślenie o tym, czego jeszcze brakuje, czego jeszcze by się chciało...

Wiecie, w poprzednich latach byłam biedniejsza, niespełniona, miałam różne problemy, ale miałam też przyjaciół. W tym roku wiodło mi się dobrze i nie miałam większych zmartwień, ale jakoś tak często nie miałam z kim dzielić tego szczęścia.

Chyba każdy ma w życiu taki moment, kiedy wydaje się, że dosłownie wszyscy przyjaciele zapominają o nim i znikają z jego życia. Zawsze myślałam, że osoby, którym się to przydarza, w jakiś sposób same to na siebie ściągają, np. poprzez niewłaściwe traktowanie przyjaciół. Teraz sama tego doświadczam i naprawdę nie wiem, czym zawiniłam. Czy naprawdę chodzi tylko o brak czasu? Czy faktycznie wszyscy pracują teraz od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu, a tylko ja jedna potrafię znaleźć od czasu do czasu chwilę na spotkanie z kimś znajomym?

Bolą mnie i uwierają pewne rzeczy, o których nie wypada pisać publicznie. Również takie, o których dawno nie myślałam. To był specyficzny rok. Powiedzmy, że nie mogłam się powstrzymać od wyobrażania sobie, jakby to było być kimś innym: łatwiejszym w obsłudze, bardziej udanym, bardziej akceptowanym.

Wiem, że takie zmartwienia to żadne zmartwienia. Wiem, że świadczą tylko o tym, że naprawdę nie miałam poważniejszych problemów, którymi mogłabym się przejmować. Jednak było ich w tym roku trochę za dużo. Trudno o nich nie myśleć teraz, gdy staram się podsumować miniony rok.

Plany na rok 2019.


To już czas na postanowienia? :) Może jeszcze chwilkę z nimi poczekam...

Ciężko coś zaplanować przy dwójce małych dzieci. Zwłaszcza gdy okazało się, że te dzieci potrafią łapać choroby od innych dzieci i lądować w szpitalu. Nawet nie wiecie, ile miałam pomysłów na grudzień, na Święta... Ale już mniejsza z tym. Prawdą jednak jest, że nie wiem, co będę robiła przez najbliższe miesiące. Poza, oczywiście, opieką nad maluchami.

Na pewno zamierzam pisać. Dawno - a może jeszcze nigdy? - nie miałam w sobie takiego zapału do pisania. Któregoś dnia przypomniał mi się stary, zarzucony pomysł na książkę - jeszcze z czasów, kiedy byłam nastolatką zafascynowaną wielkimi dziełami światowej literatury. Dotarło do mnie, że to był bardzo dobry pomysł i postanowiłam do niego wrócić. Pewnie realizacja tego planu zajmie mi kilka lat - ale jakie piękne będą te lata!

Zamierzam w miarę możliwości wrócić do zdjęć. Pewnie będę pozować bardzo sporadycznie, raz na jakiś czas, kiedy uda mi się zapewnić opiekę chłopakom. Nie chcę jeszcze jednak z tego rezygnować. Jeszcze za dużo pomysłów czeka na realizację :)

No i na pewno zamierzam nadal prowadzić blog. Wiecie już, że nawet w moim codziennym zabieganiu potrafię znaleźć czas na publikowanie nowych tekstów, zatem bez obaw :) Bądźcie pewni, że tu będę. Zapraszam!


poniedziałek, 3 grudnia 2018

Grudniowa magia pomagania - kilka słów o "Brzuszkowym Mikołaju".

Tekst powstał w ramach akcji #blogrudzień2018.


Fot. Kocie Kadry

Duża paczka pieluch - z posiadanego zapasu wybieram te lepsze, w końcu to na prezent. Zapas nawilżanych chusteczek. Wkładki laktacyjne - mam, a chyba nigdy nie użyłam. Czas przejrzeć tę stertę ubranek i zdecydować, które z nich mogę włożyć do paczki, a które będzie nosił mój synek. O, na przykład to body z uroczymi uśmiechniętymi potworkami będzie idealne! Wszyscy lubią potworki oprócz... mnie, więc podarowanie ich innej młodej mamie to dla mnie podwójne zwycięstwo. 
Otwieram mikołajkowe paczki ze słodyczami i zastanawiam się, z których smakołyków zrezygnuję bez żalu. Przeglądam zabawki, kosmetyki.

Moja tegoroczna paczka w ramach "Brzuszkowego Mikołaja" powstanie w oparciu o to, co już mam w domu. Na szczęście mam tego sporo. Kilka dni po porodzie zwyczajnie nie dam rady wybrać się na większe zakupy. Myślę jednak, że obdarowana przeze mnie młoda mama będzie mogła czuć się usatysfakcjonowana :)

Co to jest "Brzuszkowy Mikołaj"?


O tej akcji pisałam już sporo w innych miejscach, przede wszystkim w opisie wydarzenia na FB. Pisali też o niej inni, i to w bardzo pięknych słowach :)

Krótko mówiąc - akcja polega na samodzielnym przygotowaniu mikołajkowej paczki dla młodej, potrzebującej mamy. Stanowi swego rodzaju wyzwanie, daje też jednak mnóstwo satysfakcji i radości zarówno osobie obdarowującej, jak i obdarowywanej. Możecie mi wierzyć na słowo - w zeszłym roku przygotowałam ostatecznie dwie takie paczki :) Nie zapomnę nigdy tej radości, gdy odebrałam od szczęśliwych przyszłych rodziców wiadomości z podziękowaniami oraz zapewnieniami, że w przyszłym roku zrobią to samo dla kogoś innego!

Postanowiłam puścić "Brzuszkowego Mikołaja" w świat. Jeśli wśród kilkudziesięciu osób, które wyrażają zainteresowanie akcją, powstanie choć kilka paczek - to już jest dla mnie wielki sukces. Wiem, że jedna wspaniała, naprawdę bogata paczka już powstała :) Wiem też, że informacja o "Belly Santa Claus" dotarła poza granice naszego kraju i wzbudziła tam pewne zainteresowanie! 

Skąd nazwa? Nie zastanawiałam się nad nią długo. Miała jednoznacznie wskazywać na to, o co chodzi w tej inicjatywie. Dzięki tej nazwie pojawił się też pomysł na zdjęcia, których użyłam do promowania akcji.

Fot. Kocie Kadry


Czy akcja obejmuje tylko mamy będące w ciąży?


Przypuszczam, że ten element opisu może budzić wątpliwości. Nie, nie tylko. Kiedy zaczęłam po raz pierwszy myśleć o akcji, sama byłam w bardzo zaawansowanej ciąży i chodziło mi przede wszystkim o to, by pomagać takim właśnie osobom. Jednak w momencie wysyłania moich paczek jedna z obdarowywanych przeze mnie mam była już po porodzie. Wiedziała już, że dostanie paczkę, cieszyła się ogromnie z jej powodu i naprawdę jej potrzebowała. I co, miałam nagle stwierdzić, że już nieaktualne? :)

Chodzi o mamy, które mają malutkie dzieci - jeszcze w brzuszku lub niedawno urodzone. Osoby, którym taka pomoc się przyda. Tak naprawdę najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że chcecie pomagać i dzielić się mikołajkową radością z innymi :)

Do kogo pójdzie moja paczka?


Mam już wstępnie wybraną osobę. Muszę jeszcze znaleźć sposób, by dostarczyć jej paczkę. Z całą pewnością przyda jej się pomoc - jej maleństwo jest bardzo chore.

Chcę też zapytać moją położną środowiskową, czy zna jakąś potrzebującą mamę w okolicy. Na co dzień ma kontakt z wieloma młodymi mamami. Bardzo prawdopodobne, że będzie mogła mi kogoś polecić.

Jeśli zajrzeliście pod zalinkowany przeze mnie adres wydarzenia, to wiecie, że podałam tam kilka przykładów, gdzie można szukać potrzebujących mam. Najłatwiej - wśród znajomych, przez strony ze zbiórkami internetowymi (np. Siepomaga.pl), można też pytać w Ośrodkach Pomocy Społecznej lub w Domach Samotnej Matki. Jedno jest - niestety - pewne: potrzebujących mam jest w naszym kraju bardzo wiele.

Dlaczego to robię?


Dla siebie. 

Zauważyłam, że osoby zajmujące się pomaganiem innym często odpowiadają w ten sposób na tak postawione pytanie - ale myślę, że podobnie jak ja mówią szczerze. To nie kokieteria ani hipokryzja. Świadomość, że niewielkim kosztem zrobiło się coś dobrego dla innej osoby, to niesamowity zastrzyk pozytywnej energii i dobrych emocji :) Po prostu nie da się nie uśmiechnąć, kiedy wiesz, że ktoś właśnie ma w oczach łzy wzruszenia i szczęścia z powodu prezentu od Ciebie!

Myślę też, że okres świąteczny i w ogóle grudzień sprzyja takim inicjatywom. To nie przypadek, że większość znanych akcji charytatywnych wiąże się z tym miesiącem. W grudniu myślimy o prezentach, o sprawianiu radości, w grudniu każdy z nas jest trochę bardziej bezinteresowny niż zwykle. I bardziej niż na co dzień pamiętamy o tych potrzebujących. Gdzieś w nas żyje tradycja świąteczna - zostawianie pustego miejsca przy stole, by mógł je zająć niespodziewany gość. Gdzieś w nas przetrwało wspomnienie o nieszczęsnej andersenowskiej "Dziewczynce z zapałkami", która przecież mogła żyć, gdyby tylko ktoś w porę wyciągnął do niej pomocną dłoń. Patrzymy na radość naszych dzieci i nawet mimo woli pojawia się myśl o tych dzieciach, które z jakichś przyczyn nie mają tyle szczęścia. Widzimy śnieg za oknem i myślimy o tym, że być może ktoś właśnie marznie...

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze chciałam zostawić swój ślad, zmienić jakąś cząstkę świata wokół siebie. Ta akcja daje mi właśnie taką możliwość. Lubię być widoczna, lubię robić szum wokół siebie. Taka już jestem i mam świadomość, że nie są to wspaniałe cechy. Ale dzięki nim może się wydarzyć coś naprawdę wspaniałego

Pamiętaj: jeśli podoba Ci się akcja, ale z jakichś względów (np. finansowych) nie możesz się do niej przyłączyć - możesz pomóc, przekazując informację dalej! Może kogoś z Twoich znajomych zainteresuje taka forma pomocy.

Na koniec chciałabym podzielić się z Wami wspaniałym artykułem, który ukazał się na blogu Passion Piece. Mam wrażenie, że Natalia opisała to wszystko jeszcze lepiej i składniej, niż ja byłam w stanie!
Przyznam, że już prawie nauczyłam się tego artykułu na pamięć - czytam go sobie czasem na poprawę nastroju, a jestem humorzasta ostatnio ;)
https://passionpiece.com/pl/2018/12/01/akcja-charytatywna-dla-przyszlych-mam-czyli-o-kulisach-brzuszkowego-mikolaja/.

--




Blogrudzień to wspólna akcja blogerek – odpowiednik blogowego kalendarza adwentowego, tyle, że trwa do końca grudnia i ma przerwę świąteczną na 'prawdziwe życie' W trakcie trwania akcji przeczytasz wiele wartościowych wpisów i poznasz masę cudownych kobiet!
W roku 2018 Blogrudzień ponownie zaczyna Ewelina i w swoim Pozytywnym Domu opowie o magii Świąt. 2 grudnia Emilia jako część Zgranego Teamu pokaże nam piękne świąteczne książeczki dla dzieci. 3 grudnia Martyna na swoim blogu Szczęśliwa Siódemka opowie o charytatywnej akcji mikołajkowej. 4 grudnia Wysmakowana Karolina podpowie, co podarować dzieciom na Święta. 5 grudnia Kasia, czyli Tarapatka podpowie, jak nie dać się zwariować w tym całym prezentowym szale. 6 grudnia na blogu Dagmary – dziubdziak.pl poznasz wspaniałe zimowe i świąteczne zabawy. 7 grudnia Blond Pani Domu Mirka opowie o wspomnieniach towarzyszących Świętom. 8 grudnia Agnieszka na agumama.pl przypomni, że czas wstawić bigos 9 grudnia Młodamamma Karolina zainspiruje nas sposobami na piękne zapakowanie świątecznych prezentów.
10 grudnia Młoda Mama Pisze, czyli Sylwia pokaże nam magiczne miejsca, które warto odwiedzić w świąteczno-zimowym okresie. 11 grudnia Małgosia wraz ze swoimi Jaśkowymi Klimatami wprowadzi nas w klimat Świąt pokazując świąteczne ozdoby. 12 grudnia Agnieszka zaprezentuje nam świąteczne DIY na swoim 321startdiy.pl. 13 grudnia Magda M. pokaże, w co ubrać się na Wigilię. 14 grudnia Magda na mumslife.pl pokaże nam tekst pod tytułem "10 dni do świąt, czyli jak to wszystko przygotować, nie zwariować i znaleźć czas dla siebie". 15 grudnia Agata, czyli Beztroska Mama zaprezentuje listę filmów wprowadzających w świąteczny nastrój. 16 grudnia Mama Carla będzie kontynuować filmowy nurt i pokaże świąteczne bajki i filmy dla dzieci. 17 grudnia Asia i jej Humory Zmory przedstawią sposoby na spędzanie Świąt Bożego Narodzenia. 18 grudnia Marta na swoim blogu Dzieciorka pokaże kolejną odsłonę godnych polecenia książeczek dla dzieci ze Świętami w tle. 19 grudnia Ania z kulinarnego bloga Zjem Cię pokaże przepis na kruche ciasteczka na choinkę.
20 grudnia Ania na swoich Kęsach Codzienności pokaże przepis na cudną świąteczną struclę makową. 22 grudnia swój grudniowy temat zaprezentuje Karolina z bloga Małe i duże dziecięce podróże. 23 grudnia Ela z bloga Mama pod prąd opowie o tym, jak dzięki macierzyństwu na nowo odkryła magię Świąt. 29 grudnia Magda z bloga AsertywnaMama.pl zmierzy się z wątpliwościami, czy mamy niemowlaków mogą się wybrać na Sylwestra, 30 grudnia Monika, czyli Mama na Całego podpowie co robić, gdy Twoje nastoletnie dziecko wybiera się na Sylwestra. Zapraszamy, bądźcie z nami!