Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 listopada 2020

W psim raju nie ma trucizn. Wspomnienie o Fortisie


Kiedy myślę "Fortis", przed oczami widzę roześmianą, złocistą mordkę i zgrabną sylwetkę psa młodego, silnego i pełnego energii. Był przepiękny, wiecznie w ruchu, zawsze radosny.

Kiedy myślę o moim psie, przypomina mi się, jak siedziałam przy nim, głaskałam go i zapewniałam, że jestem przy nim i będę tak długo, jak długo będzie trzeba. Pamiętam, że niebo wypogodziło się wtedy. Wiem, jak sentymentalnie to brzmi, ale uwierzcie, że ten widok utkwił mi w głowie - promienie słońca przebijające się przez chmury i rozświetlające ogród, cały w ciepłych barwach, a obok mnie Fortis, który już tego ogrodu nie widział. Powoli kończył swoją walkę.

Przypomina mi się, jak jechałam z nim do weterynarza, kochana złota mordka leżała na moich kolanach. Póki był zdrowy, był jednym wielkim żywiołem. Możliwe, że nigdy nie wytuliłam go tak mocno, jak w ciągu tych ostatnich dwóch dni.

Brakuje mi wspomnień. Dobrych wspomnień. Szukam ich rozpaczliwie w pamięci, bo wiem, że przecież muszę je mieć. Może chwilowo się schowały.

To nie jest jedna z tych sytuacji, kiedy można powiedzieć, że przynajmniej miał długie i piękne życie. Nie miał. Nie dożył nawet sześciu lat. A czy jego życie było piękne? On chyba tak uważał. 

Wspomnienia


Zbieram je jedno po drugim. Fortis jako szczeniaczek, prześliczny, podobny do pieska z reklamy papieru miękkiego jak aksamit, nasze niespodziewanie spełnione marzenie o labradorze. Pierwsze, co zrobił, gdy znalazł się w ogrodzie? Przeszedł pod ogrodzeniem. Dość dobitnie pokazał nam, co sądzi o stawianiu jakichś ograniczeń na jego drodze :D 



Fortis - łowca rekinów. Jego pierwszą ulubioną zabawką był pluszowy rekin, niewiele mniejszy od niego, tarmoszony bezustannie z wielkim zawzięciem.

Kiedy było nam smutno, Fortis to wyczuwał. Przybiegał, uśmiechał się, wymachiwał pięknym ogonem.

Chciał się witać i zaprzyjaźniać z wszystkimi. Zaczepiał przechodniów, gdy prowadziliśmy go do weterynarza, wdzięczył się do nich i skutecznie podbijał serca.


Pamiętam imprezę w ogrodzie, urodziny męża. Fortis podpijał wodę z basenu :D Pięknie się bawił z naszym siostrzeńcem, a gdy się zmęczył, spał przytulony do Andrzeja.

Pamiętam wspólne długie spacery, zwiedzanie naszych malowniczych okolic. Kiedy pojawił się Robert, chodziliśmy w czwórkę - Andrzej z pieskiem na smyczy, ja z Robertem w wózku. Z dwójką dzieci było już trudniej, ale też się zdarzało :)

Fortis zaakceptował pojawienie się nowych członków stada bez chwili zawahania, pokochał obu od razu. Oni też go kochali, zawsze cieszyli się na jego widok.



Bałam się chodzić sama na spacery z Fortisem, bo wiedziałam, że jest silniejszy ode mnie. Po wypadku w 2017 musiałam jednak przejąć na jakiś czas rolę wyprowadzacza. Fortis rozumiał sytuację. Chodził wolniej niż zazwyczaj, nie nadużywał siły, zaledwie kilka razy zdarzyło się, że pociągnął mocniej (raz, niestety, dość niefortunnie). Lubiłam te spacery, choć wracałam z nich wykończona.

W ogóle postawa Fortisa po tamtym wypadku była imponująca. Kiedy laweta przywiozła auto, a ja długo chodziłam wte i wewte po ogrodzie i nosiłam rzeczy z bagażnika do domu, a potem jeszcze szukałam kota, bo uciekł w całym tym zamieszaniu, Fortis zachowywał stoicki spokój. I nawet nie protestował, że ominął go w tamtym dniu wieczorny spacer.

Kiedy wyjeżdżaliśmy na kilka dni, Fortis jeździł do sprawdzonego hoteliku. Uwielbiał panią Agnieszkę, która przyjeżdżała po niego, a potem przywoziła go z powrotem. Za każdym razem chwaliła go, że taki kochany, bezproblemowy pies.

Do końca był żywiołowym i energicznym psem, ale od pewnego czasu już wyraźnie spokojniejszym, rozsądniejszym. Jak to określał mąż - biegał tylko po całej podłodze, już nie po ścianach :)


Ostatnie dobre wspomnienia pochodzą z tych dni, kiedy dzielny Fortis już nas opuszczał. Wydawał się dobrze reagować na leczenie. Byliśmy szczęśliwi, gdy patrzyliśmy, jak odzyskiwał siły, znów chodził, machał ogonem, próbował biegać. Łatwo było uwierzyć, że najgorsze ma już za sobą. Najgorsze jednak dopiero nadchodziło.

Co teraz?


Przyjaciele namawiają nas, byśmy poszukali psa, który zapełni puste miejsce po Fortisie. Na razie nie chcemy tego robić. Na pewno nie przygarniemy nowego zwierzaka na zimę, to raz. Dwa, chcemy trochę pożyć w tej rzeczywistości bez psa. Odzwyczaić się od szczekania, układania harmonogramu każdego dnia i tygodnia w rytm spacerów, uwzględniania potrzeb psa we wszystkich planach. Chcemy zobaczyć, jak to jest i jeszcze raz przekonać się, czy jesteśmy gotowi.

Przygarnięcie kolejnego psa to jeszcze większa odpowiedzialność. Trochę tak, jak z drugim dzieckiem ;) Za drugim razem już wiesz, już się sprawdziłeś. Wiesz, czego się spodziewać. Decyzja jest bardziej świadoma. Nie chcemy podejmować jej pochopnie, w emocjach.

Jak się czujemy? Powoli godzimy się ze stratą. Wiecie, ja widzę, z jakimi dramatami mierzą się ludzie, również w moim bliskim otoczeniu. Wiem, że są gorsze rzeczy w życiu niż utrata psa. Najbardziej boli tylko świadomość, że musiał tak strasznie cierpieć pod koniec. Za to pomaga myśl, że walczyliśmy o niego do końca i byliśmy przy nim do ostatniej chwili. Nie odpuściliśmy, dopóki istniał choć cień szansy. Nie umierał samotnie.


Dziś rano wydawało mi się, że słyszałam szczekanie. Może psi raj jest całkiem blisko? Wiem, czego w nim nie ma: płotów. I trucizn. To musi być wspaniałe miejsce, w sam raz dla Fortisa.

czwartek, 4 czerwca 2020

Pamiętam



Pamiętam nasz taniec.

Królowa parkietu była ze mnie wówczas żadna, jak i przez większość mojego życia, więc nic dziwnego, że zapamiętałam taniec z chłopakiem. To nie zdarzało się często. A Ty miałeś w sobie coś, co intrygowało mnie od samego początku naszej znajomości.

I odprowadziłeś mnie na autobus. Prawdopodobnie nie było to dla Ciebie nic szczególnego, po prostu zadbałeś o bezpieczeństwo szurniętej małolaty. Nie miałeś pojęcia, że dałeś mi w tamtej chwili prezent na całe życie. Dałeś mi wspomnienie. To był mój bal Kopciuszka, moja pierwsza wielka impreza, na której poczułam prawdziwy smak bycia nastolatką. Bez alkoholu, ale i tak zaszumiało mi w głowie.

Nie mogę powiedzieć, żeby połączyła nas wybitnie bliska relacja, niemniej szczerze Cię lubiłam, o czym raczej wiedziałeś. Miałam też wrażenie, że widzisz mnie nieco inaczej niż wszyscy, widziałeś prawdziwą osobę pod nastolatką, która miotała się i gubiła w tym, kim jest i kim chciałaby być. W każdym razie zawsze byłeś dla mnie miły.

Potem nie widziałam Cię przez lata. Nie mam pojęcia, co się stało. Jedyna osoba, która próbowała porozmawiać ze mną o Tobie, przedstawiła sprawę w taki sposób, że właściwie to nie ma czego żałować, i tak nie byłoby z Ciebie nic dobrego. W sumie mam do niej o to żal.

***

Pamiętam Twój śmiech.

Często się razem śmiałyśmy, choć zdarzały się nam również poważne rozmowy. Chyba nie pamiętam Ciebie smutnej.

Byłaś genialna, i szokująco przy tym skromna. Gigantyczny mózg w delikatnej, dziewczęcej głowie. I kompletnie nie umiałaś śpiewać. Daruj, że pamiętam taką rzecz, ale byłaś jedną z zaledwie trzech znanych mi osób, które nie potrafiły powtórzyć najprostszej melodii. To też swego rodzaju wyjątkowość i tylko w ten sposób na to patrzyłam.

Pamiętam, jak mocno się zaangażowałaś, by pogodzić mnie z jednym naszym wspólnym znajomym. 

Kazanie na temat niejedzenia obiadów, które od Ciebie usłyszałam, też oczywiście pamiętam. Bardzo chciałabym Ci powiedzieć, że już dotarło do mnie to, co chciałaś mi przekazać... Ale niektórym ludziom naprawdę ciężko przyznać się do błędu, nawet po latach. Przyjmij po prostu, że doceniam troskę.

Byłaś chyba najbardziej delikatną osobą, jaką znałam. Dziewczyną-dzieckiem. Jasne, że wszyscy byliśmy wtedy bardzo młodzi, ale Twoja dziecięcość szczególnie rzucała się w oczy. Przypuszczam, że zachowałaś ją do końca.

***

Pamiętam Twój entuzjazm.

Wszystko w Tobie krzyczało: kocham to, co robię! Nic dziwnego, że mnie przekonałeś. Chciałam nauczyć się tego, co wychodziło Ci tak świetnie, chciałam iść po Twoich śladach.

Nadal czerpię z niektórych rzeczy, których mnie nauczyłeś. Gdy coś mi się nie udaje, pamiętam, jak patrzyłeś na mnie z podziwem i gratulowałeś mi, że się nie poddałam. Wytłumaczyłeś mi wtedy, że niepowodzenia często nie są naszą winą, że najlepsze, co można zrobić, to próbować dalej, do skutku.

Chciałabym Ci powiedzieć, że to właśnie robię: próbuję do skutku. Choć już w innych barwach, w sumie w moich własnych. Nie wyszło mi tam, gdzie się spotkaliśmy. Potwornie mi nie wyszło. Ale dalej tu jestem. Ty nie.

***

Nie myślę o Was często, darujcie, rzadko spoglądam tam, gdzie zostaliście. Życie zmusza do patrzenia przed siebie. Ale kiedy przypominacie mi się, tak jak dzisiaj, zawsze zadziwia mnie świadomość, że już Was nie ma. Jak to? Przecież byliście. 

Was nie ma, a ja nadal jestem. Niesamowite, nie? Słuchajcie, nadal tu jestem! Mam trzydzieści trzy lata, nieźle, co? Kiedyś nie spodziewałam się, że starczy mi paliwa na taką długą trasę. 

Wiem, że nie mogłam pomóc nikomu z Was. Nie było mnie w pobliżu. Nawet gdybym chciała ratować życia, nie da się bezustannie czuwać nad wszystkimi poznanymi przez siebie ludźmi. Skąd mogłabym wiedzieć, że to o Was trzeba się zatroszczyć bardziej niż o innych? Po czym miałam to poznać? Po łobuzerskim uśmiechu? Zaangażowaniu? Pasji w oczach?

Może ktoś mógł coś zrobić. A może nie, w końcu nikt nie pomógł.


Nigdy nie jest tak, że nie obchodzisz nikogo. Na zawsze zapamiętam tych ludzi, choć pojawili się w moim życiu na chwilę. I z całą pewnością nie tylko ja o nich pamiętam.

wtorek, 15 stycznia 2019

Życie toczy się dalej.



"Rzeczywistość wymaga, 
żeby i o tym powiedzieć: 
życie toczy się dalej. "

Dobrze znam to uczucie. Nie po raz pierwszy go doświadczyłam. Wydaje mi się zresztą, że pamiętam ten pierwszy raz. Miałam dziesięć lat, układałam sobie puzzle i usłyszałam nagle wiadomość, że zginęła księżna Diana. Był to wtedy dla wszystkich wielki szok. Pamiętam, że po obejrzeniu materiału w wiadomościach wróciłam do tych moich puzzli i było mi tak strasznie dziwnie: jak to, mam teraz się bawić? Mam je układać? Kiedy wydarzyło się coś tak dramatycznego i nieodwracalnego, ja mam wracać do zabawy?

Potem nieraz doświadczałam tego samego uczucia. Przeważnie wtedy, gdy rzecz dotyczyła kogoś z mojej rodziny. Ale też wtedy, gdy jako nastolatka zobaczyłam w telewizji, jak najpierw jedna, potem druga wieża WTC zostaje uderzona przez samolot.

Albo wtedy, gdy w pewną leniwą kwietniową sobotę słuchaliśmy z moim chłopakiem (obecnie mężem) radia, a spiker między jedną a drugą piosenką rzucił mimochodem, że rozbił się samolot prezydencki i wszyscy zginęli. Nie słuchaliśmy więcej tej stacji radiowej. Ofiarom katastrofy należy się szacunek, niezależnie od poglądów politycznych.

Teraz, po tragedii, która wydarzyła się w Gdańsku, czuję się tak samo. Nie, nie porównuję tych wydarzeń, piszę tylko o swoich odczuciach. Czuję, że jest wokół mnie świat, który istnieje nadal i życie, które toczy się dalej, a ja tak trochę nie mam pomysłu, jak się w nie włączyć...

Bo zginął człowiek. Bo został ugodzony nożem chwilę po tym, jak powiedział, że kocha swoje miasto i żyjących tam ludzi. Bo radosne święto w jednej chwili zmieniło się w dramat. Bo ta jedna straszliwa śmierć położyła się cieniem na całym sukcesie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Bo inny człowiek, który przez wiele lat napędzał niesamowitą machinę czynienia dobra, mówi teraz, że rezygnuje. I choć wierzę, tak jak inni, że Orkiestra będzie grała dalej - to jednak dzisiaj wygląda to tak, jakby zło zatriumfowało. Ktoś zabił, ktoś zginął, ktoś się poddał. 

Nie ustają kłótnie, spory, szukanie winnych. Z jednej strony zapewniamy, że potrafimy się jednoczyć w obliczu tragedii, z drugiej strony - ciągle pomstujemy na jedną lub drugą opcję polityczną.  

Jest smutno. I strasznie. Ciężko dziś o wiarę i nadzieję.

"Tyle ciągle się dzieje, 
że musi dziać się wszędzie." 

Moje dziecko właśnie się obudziło, gaworzy w swoim łóżeczku. 
Miałam wczoraj dobry dzień. Dzieci są zdrowe, my dorośli też już czujemy się lepiej - weekend nas dość mocno wymęczył. Robaczek pięknie się wczoraj bawił i nawet wrócił mu apetyt. Chciałam Wam pisać o tym, że lubię takie dni i że to podwójne macierzyństwo bywa bardzo satysfakcjonujące. 

O tych mniej pozytywnych aspektach też chciałam pisać. O tym, że czasem trzeba wcisnąć dziecku na siłę lekarstwo do buzi. Że czasem dziecko przez cały dzień nie chce nic zjeść. Że czasem niemowlak płacze rozpaczliwie, a mama jest w toalecie i choćby bardzo chciała, nie może w tym akurat momencie pobiec do niego i go utulić. Ale co to za problemy? Zwykła proza normalnego, udanego życia

Za miesiąc mam urodziny, zaczęłam już myśleć o tym, jak chciałabym je spędzić. Jakie to ma znaczenie? Sam fakt, że dożyło się urodzin jest wystarczającym szczęściem.

Mąż pocałował mnie dziś na pożegnanie, wychodząc do pracy. Po południu wróci i przywita się ze mną serdecznie. Inny mąż innej żony nie pożegnał się z nią wczoraj, choć lekarze chcieli mu to umożliwić.

Żaden temat nie wydaje mi się dzisiaj wystarczająco ważny, by o nim pisać. Żaden inny - w obliczu tragedii, zbrodni, chorej nienawiści i podziałów. Moje myśli są przez cały czas przy rodzinie zamordowanego Prezydenta. Dlatego piszę dzisiaj ten tekst.

"Nie bez po­wa­bów jest ten straszny świat, 
nie bez poranków, 
dla których warto się zbudzić." 

Życie ruszy do przodu. Będą kolejne dni, tygodnie, miesiące. Choć ciężko to sobie dziś wyobrazić - ci, którzy teraz płaczą, będą się jeszcze kiedyś uśmiechać. Tym wszystkim, którzy mówią o końcu, o przegranej, o klęsce, chcę powiedzieć: nieprawda! Przetrwamy to. Podźwigniemy się, tak jak już wiele razy wcześniej. Będą kolejne dni, kolejne lata. Zło chwilowo triumfuje, ale ta chwila przeminie, jak każda.

I wierzę, że Orkiestra nadal będzie grała. Nikt nie zdoła jej uciszyć. Będzie grała za rok i w następnych latach. Do końca świata i o jeden dzień dłużej. 


Wszystkie cytaty zawarte w tym tekście pochodzą z wiersza Wisławy Szymborskiej "Rzeczywistość wymaga".

piątek, 24 sierpnia 2018

A-a-a, kotki (tylko) dwa...


Niedawno śpiewałam synkowi kołysankę o kotkach i wymyślałam na bieżąco nowe zwrotki, których tekst inspirowany był naszą codziennością:

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy,
Były sobie kotki trzy,
Gdyby tylko jeden był,
To by wszystkie szklanki zbił.
(To prawda!)

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, 
Były sobie kotki trzy,
Gdyby były kotki cztery,
To dostalibyśmy... kota!

Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy,
Były sobie kotki trzy,
Gdyby były tylko dwa,
To by było smutno nam...


Nie miałam pojęcia, że niedługo słowa tej ostatniej zwrotki staną się rzeczywistością. W ogóle nie brałam pod uwagę tego, że któregoś z naszych kotów może zabraknąć. Wiadomo, że pewnych rzeczy nie da się przewidzieć, jednak - bazując na informacjach o średnim wieku życia kota - nie spodziewałam się takich pożegnań w ciągu kilku najbliższych lat.

Molly


Zdrowe koty żyją około 20 lat. Koty schorowane natomiast żyją średnio do 10 lat. Choć Molly od lat była zdrowym i szczęśliwym kotem, heroiczna walka o jej zdrowie i życie stoczona osiem lat temu musiała pozostawić trwałe ślady w jej organizmie. Było to zresztą widać na pierwszy rzut oka. Była drobniejsza, znacznie mniejsza i chudsza od innych kotów. Co jakiś czas zdarzało się, że jej piękne zielone oczy łzawiły - pozostałość po ciężkim kocim katarze. Jeśli chodzi o charakter - nie była tak przebojowa jak dwie młodsze kotki, przeważnie im ustępowała. Była jednak szczęśliwą, wiecznie mruczącą pieszczoszką, garnęła się do ludzi, nie bała się niczego.

Przygarnęliśmy Molly, gdy miała rok. Była tym najsłabszym, najbardziej zabiedzonym i schorowanym kotem w schronisku, pozbawionym chęci życia i woli walki. Miała żółtaczkę, katar, wrzód na języku uniemożliwiający jedzenie, ropiejącą ranę po źle zrobionej sterylizacji. Skóra pękała jej od byle dotknięcia. Świętowaliśmy z jej tymczasową opiekunką, gdy Molly osiągnęła wagę 1,5 kg - bo to znaczyło, że kicia będzie żyć. Dzięki Asi i dzięki niezwykłemu weterynarzowi udało się doprowadzić Molly do względnie dobrego stanu. Reszta należała do nas. Musieliśmy pokazać jej, że warto żyć, że jest kochana i potrzebna i że już nigdy nie zostanie porzucona. Niedługo później mogliśmy się przekonać, jak bardzo kochający i szczęśliwy może być kot, któremu okazano trochę serca po ciężkich przeżyciach.

Jak odeszła?


Wszystko rozegrało się w dwa dni. Rano, może koło południa zauważyłam, że kicia jest dziwnie osowiała. Siedziała lub leżała w jednym miejscu i prawie się nie ruszała. To nie tak, że w normalnym stanie biegałaby energicznie po całym domu - wszystkie nasze koty to raczej leniwe mruczki, zwłaszcza w taki upał. Jednak w tym spokoju Molly było coś dziwnego, coś nowego. Uznaliśmy, że w poniedziałek trzeba będzie odwiedzić weterynarza. Przeszło mi przez myśl, że są przychodnie czynne również w weekendy. Taka wyprawa z różnych względów nie była nam jednak na rękę, a poza dziwną osowiałością Molly nie zdradzała żadnych niepokojących objawów.

Pierwszy sygnał mówiący jednoznacznie, że dzieje się coś niedobrego pojawił się wieczorem, kiedy Molly nie mogła - nie chciała - napić się wody. Najpierw pomyślałam, że może po prostu woda jest nieświeża i nalałam świeżej wody do miski, Molly jednak zaczęła rozlewać wodę, zamiast ją pić. Wiedzieliśmy już, że sprawa jest poważna. W poniedziałek do weterynarza, koniecznie!

Poniedziałek to była już agonia kota. Molly właściwie tylko leżała w jednym miejscu, nie dała się nawet napoić strzykawką. Schudła o połowę! Chyba nie uwierzyłabym, że kot może tak bardzo schudnąć w tak krótkim czasie, gdybym tego nie widziała na własne oczy. Zawsze była drobniutka, ale nagle zostały z niej skóra i kości. Zmieniła się też na pyszczku. Tak naprawdę czułam, że to już jej ostatnie chwile. Nie wiedziałam tylko, czy odejdzie w domu, czy u weterynarza. Odeszła tuż przed tym, zanim zdążyliśmy wyjść z domu.

Czy można było coś zrobić?


Z jednej strony cieszę się, że Molly odeszła w domu - wśród bliskich, w miejscu, które znała i kochała, a nie w gabinecie weterynarza. Z drugiej strony - męczy mnie świadomość, że tak naprawdę nic nie wiem. Nie wiem, czy można było ją uratować. Może gdybyśmy od razu w niedzielę pojechali do weterynarza? Może jeszcze wcześniej, może były jakieś mniej dramatyczne objawy choroby, których nie zauważyliśmy? Może różne dziwne zachowania, które braliśmy za objaw stresu (mieliśmy ostatnio remont, trochę się w domu zmieniło), były tak naprawdę zwiastunem zbliżającego się końca?

Miała 9 lat. To dość zaawansowany wiek dla zwierzęcia, ale koty żyją zazwyczaj dwa razy tyle.

Czytam moje własne wyjaśnienia, moją relację z tych dwóch dni - i sama sobie nie wierzę. Jak to, zdrowy, niestary kot nagle położył się i umarł? W ciągu doby schudł o połowę? Umarł tak szybko, że nie zdążyliśmy dojechać do lekarza? To brzmi jak kretyńskie tłumaczenie się kogoś, kto ma coś na sumieniu... Zapewniam, że nigdy nie zrobiłabym krzywdy zwierzęciu, zwłaszcza takiemu, które kochałam i przygarnęłam.

Przez jakiś czas myślałam, że może zatruła się podczas remontu. Była głupiutka i nieostrożna, może wsadziła pyszczek do puszki z farbą, gdy nikt nie patrzył? Potem uświadomiłam sobie jednak, że od remontu minęło już trochę czasu. Gdyby się zatruła, objawy nastąpiłyby wcześniej.

Widziałam parokrotnie zwierzęta tuż przed śmiercią, słyszałam też opisy podobne od moich. Pewnego dnia zwierzę po prostu słabło, jego ruchy stawały się spowolnione, przestawało jeść i pić, a potem odchodziło. Dokładnie tak było z Molly. Jedyne, co nie pasuje do tego obrazu, to jej wiek. Tłumaczymy sobie, że widocznie przez choroby, które przeszła w młodości, jej organizm był znacznie bardziej doświadczony, był jak organizm dwudziestoletniego kota. To jedyny sposób, w jaki mogę to sobie wytłumaczyć.

Wspominamy


To na pewno potrwa trochę czasu, zanim przyzwyczaimy się do tego, że nie ma już z nami Molly. Była maleńka i niepozorna, ale w jakiś zwykły-niezwykły sposób wypełniała sobą cały dom. Czasem jeszcze łapię się na tym, że szukam jej wzrokiem. Nie, nie chcę innego kota na jej miejsce. Może za następne osiem czy dziewięć lat. Na razie a-a-a, kotki dwa...

Powspominajcie razem z nami.




czwartek, 21 czerwca 2018

Mój syn - kaskader.

Mój syn ma półtora roku.


Po raz pierwszy spadł z łóżka, kiedy miał 2,5 miesiąca. Dopiero uczył się pełzać. Jak udało mu się to zrobić w tym ułamku sekundy, kiedy nie stałam przy łóżku, bo sięgałam po jego zabawkę - nie mam pojęcia. Oczywiście czułam się wtedy najgorszą z matek i przysięgałam, że nigdy więcej do tego nie dopuszczę. A jednak, zanim skończył pół roku, spadł z łóżka ponownie, w jeszcze bardziej niewyjaśnionych okolicznościach. Nawet nie leżał z brzegu. Jakoś tak mocno się wybił, że wystrzelił jak z procy i wylądował pod łóżkiem.

Niedługo później jego ulubioną rozrywką było turlanie się wzdłuż i wszerz po całym łóżku. Musieliśmy być w ciągłym pogotowiu. Kiedy miał dziesięć miesięcy, nauczył się samodzielnie schodzić z łóżka, a my odetchnęliśmy z ulgą.

Tuż przed ukończeniem roku postawił pierwsze kroki. Patrzyliśmy na to z dumą i zachwytem, chyba jeszcze nieświadomi, jak wielka rewolucja rozgrywała się właśnie na naszych oczach.

Obecnie...


Jeśli da się gdzieś wejść, to on tam wejdzie. Jeśli można się na coś wspiąć, to będzie się wspinał. Potrafi wejść na wszystkie krzesła i fotele, włącznie z obrotowymi (na szczęście u nas w domu takich nie ma). Potrafi stanąć na swojej jeżdżącej zabawce, by po coś sięgnąć.

Bez trudu porusza się po wszelkiego rodzaju schodach, w górę i w dół, i korzysta z tego przy każdej możliwej okazji.

Długo trwała u nas w domu batalia: jak powstrzymać dziecko przed wchodzeniem na stół. Najpierw zaczęliśmy przewracać krzesła na bok. Nauczył się wchodzić po przewróconych. Zaczęliśmy przewracać je do góry nogami. Nasz dom wygląda codziennie jak po ostrej awanturze, ale przynajmniej udało się ukrócić zapędy młodego alpinisty. Oczywiście nadal próbuje się wspinać, ale bez wielkich sukcesów ;)

Nauczył się otwierać zabezpieczenia na szafkach. Kupiliśmy nowe, takie, które sami otwieramy z pewnym wysiłkiem :)

Potrafi sam wejść do swojego wózka. Jak się bardzo postara, potrafi również z niego wyjść - pomimo zapiętych pasów. To wymaga od niego sporej gimnastyki, musi się więc bardzo nudzić, żeby próbować - a do tego zwykle nie dopuszczamy. Z fotelika samochodowego na szczęście nie jest w stanie się wydostać, co wcale nie znaczy, że nie próbował.

Po kilku pierwszych, w pełni asekurowanych zjazdach na zjeżdżalni nasz mały indywidualista doszedł do wniosku, że zwykłe zjeżdżanie na pupie nie jest do końca w jego stylu, zaczął więc zjeżdżać na brzuchu, z głową w dół. Podobno próbował nawet hamować nosem, ale nie spodobało mu się to.

Kiedy się przewraca, to się śmieje, że wydarzyło mu się coś tak niespodziewanego.

Nieco ponad miesiąc temu upadł w okropny sposób i rozciął sobie wargę. Wtedy nikomu nie było do śmiechu. Próbował wskoczyć na krzesło, które dokładnie w tym momencie odsuwałam. Widok był tak przerażający, że do tej pory na samo wspomnienie robi mi się zimno. Na szczęście rana szybko się zagoiła. Czy to była moja wina? Raczej nie. Czy czułam się winna? Potwornie.


Jest ostrożny.


Może w kontekście tych wszystkich wymienionych powyżej faktów stwierdzenie, że mój synek jest ostrożny, brzmi jak kiepski dowcip - ale to prawda. Przy całej swojej ciekawości i chęci odkrywania, Robert robi wszystko bardzo uważnie, bada, sprawdza, ocenia. Nie pędzi na oślep. Próbuje. Obserwuje. Dlatego pozwalam sobie nieraz na luksus zaufania mu. Nie rzucam się z ratunkiem, gdy tylko widzę, że próbuje czegoś nowego. Pozwalam mu próbować.

W Słupsku doszło w tym tygodniu do strasznej tragedii.


Słyszeliście o tym, prawda? Chyba każdy musiał się zetknąć z tą wiadomością. Zginął mały chłopczyk. Wypadek w domu. Rodzice spali, starsza siostrzyczka nie mogła znaleźć brata, który skutecznie się ukrył podczas zabawy w chowanego.

Wszyscy pytają: jak to mogło się stać?

Ja czasem się zastanawiam, jak to się dzieje, że tyle dzieci wychodzi cało z tego najbardziej szalonego okresu dzieciństwa...

Tyle niebezpieczeństw czyha na nie każdego dnia. Są jeszcze tak bardzo nieświadome, tak bardzo chcą wszystkiego spróbować, a przy tym są takie bezbronne. Potrafią zaryzykować, a nie zawsze potrafią wyjść cało z ryzykownej sytuacji. Potrafią gdzieś wejść, a często nie potrafią wyjść/zejść. Każdego dnia uczą się samodzielności i niezależności, ale tak bardzo potrzebują jeszcze naszej opieki i czujności.

Proszę, zanim zaczniecie rzucać oskarżeniami i podejrzeniami, pomyślcie, ile razy udało Wam się zapobiec wypadkowi z udziałem Waszego dziecka. Ile razy to Waszemu dziecku groziło niebezpieczeństwo. Ile razy o tym, że nic się nie stało, zadecydowała nie Wasza niezawodna czujność, ale odrobina szczęścia, przypadek. Nie oceniajcie. Żaden rodzic nie chciałby, żeby jego dziecku stała się krzywda.

sobota, 28 kwietnia 2018

Alfie.


Jeśli jeszcze nie wiecie, kim był Alfie Evans, to najwyraźniej mieliście szczęście przeżyć tydzień bez Internetu i mediów. Mam wrażenie, że o tej sprawie mówiono dosłownie wszędzie.

Niespełna dwuletni Alfie, dotknięty nieznaną chorobą neurologiczną, zmarł dziś o 2:30 w nocy, 5 dni po tym, kiedy zgodnie z decyzją lekarzy ze szpitala Alder Hey w Liverpoolu został odłączony od aparatury podtrzymującej jego życie.

Nie byłam pewna, czy będę pisać o Alfiem na blogu. W lipcu zeszłego roku napisałam emocjonalny tekst o innym maleńkim chłopcu, który zmarł odłączony od aparatury - "Charlie Gard nie żyje". Nie jestem z tego tekstu szczególnie dumna. Emocje bywają kiepskim doradcą, gdy chodzi o pisanie. Na myśl o użytej przeze mnie wówczas argumentacji trochę się dziś rumienię. Czy to w ogóle dobry pomysł, pisać o tak trudnych i bolesnych sprawach na blogu, który zwykle krąży wokół znacznie radośniejszych tematów? Pomyślałam jednak, że sprawa Alfiego zasługuje na kilka słów komentarza.

Przez cały tydzień śledziłam doniesienia na temat stanu zdrowia Alfiego oraz najnowszych decyzji podejmowanych w jego sprawie. Historia Alfiego ogromnie mnie poruszyła, jeszcze bardziej, niż historia małego Charliego Garda. Chwilami ciężko mi było czytać o nim i nie płakać. Nie wyobrażam sobie nic równie strasznego jak bezradność rodziców, którzy patrzą, jak ich ukochane dziecko powoli gaśnie, desperacko chwytają się każdej potencjalnej możliwości ratunku i za każdym razem, ciągle i nieustannie słyszą w odpowiedzi "nie".

Wokół tej sprawy narosła niewiarygodna ilość mniej lub bardziej szalonych teorii spiskowych, hipotez, mnóstwo dezinformacji i nieufności. Pozornie, z racjonalnego punktu widzenia, sprawa jest prosta. Nieuleczalnie chore dziecko, które tak naprawdę już od dawna było sztucznie podtrzymywane przy życiu, decyzją sądu zostało odłączone od aparatury. Fakt, że dziecko samodzielnie oddychało, że reagowało na głos, że otwierało oczy, uśmiechało się - to nic nie znaczy, to były tylko ostatnie odruchowe reakcje umierającego organizmu. 70% uszkodzenia mózgu nie pozostawiało wątpliwości, Alfiemu nie dało się już pomóc. Doraźne ratowanie życia nie miało sensu, bo o życiu dawno nie było mowy. Lekarze znają się na swojej pracy, Alfie był wielokrotnie przebadany i zdiagnozowany. Codziennie ratują setki żyć, nie ma więc podstaw, by sądzić, że nie chcieli ratować Alfiego.

Wystarczy jednak, że pojawi się cień wątpliwości, który w tej sprawie z jakichś powodów się pojawił - i nagle okazuje się, że zakwestionować można dosłownie wszystko.

Czy lekarze się nie pomylili? Nie są przecież nieomylni. Dlaczego tak bardzo zależało im, żeby nikt inny nie zbadał Alfiego? Jakim cudem Alfie przeżył tak długo bez respiratora? Skoro jednym z kluczowych argumentów przemawiających za tym, by zakończono życie Alfiego, była troska o jego godną śmierć, dlaczego te ostatnie dni Alfiego wyglądały tak dramatycznie? Dlaczego nie opiekowano się nim, dlaczego nie dostawał pożywienia? Dlaczego lekarze po prostu czekali i sprawdzali, czy już wreszcie umarł? Jeśli chodziło o najlepszy interes dziecka, czemu to wszystko wyglądało tak... bezdusznie? Jeśli lekarze mieli rację, to dlaczego najwyraźniej nikt nie zatroszczył się o psychologiczną pomoc i wsparcie dla rodziców Alfiego, dwojga tak bardzo młodych jeszcze ludzi przeżywających potworny dramat? 

Chciałabym prosić Was, którzy podchodzicie do tej sprawy trzeźwo i racjonalnie, o zrozumienie. W gąszczu informacji, z których praktycznie każda wymaga sprawdzenia, a połowa okazuje się nieprawdziwa, wśród mnożących się pytań bez odpowiedzi, to zupełnie normalne, że pojawiają się wątpliwości, nieufność, szalone teorie. Staram się być sceptyczna i nie wierzyć w przerażające wizje roztaczane przez osoby, które poruszyła historia Alfiego. Nie dziwi mnie ani trochę, że takie wizje powstają. Wydarzyło się coś bardzo smutnego, bolesnego i niezrozumiałego. To zrozumiałe, że ludzie są pełni żalu i emocji.

Na koniec chciałabym powtórzyć apel, który pojawił się na oficjalnej stronie Armii Alfiego. Przytulcie dziś mocno tych, których kochacie. Nigdy nie wiecie, ile zostało jeszcze tego czasu, który spędzicie na tym świecie razem.

Śliczny mały "gladiatorze", spoczywaj w pokoju.

sobota, 29 lipca 2017

Charlie Gard nie żyje.

Źródło: BBC
Charlie Gard nie żyje. Zmarł wczoraj po odłączeniu od maszyn podtrzymujących jego życie. W przyszłym tygodniu skończyłby rok.

Wiecie, ilekroć spotykam się ze sformułowaniem "uporczywa terapia", mimowolnie wracam pamięcią do wydarzeń sprzed siedmiu lat i do jednej pani weterynarz, do której moja koleżanka przyniosła wówczas ciężko chorą, wychudzoną białą kotkę. Pani doktor uważała, że kotkę należy natychmiast uśpić. W ostrych słowach skrytykowała toczącą się walkę o uratowanie kotki. Padły słowa takie jak "eksperymentowanie na zwierzęciu", "przedłużanie cierpienia", "znęcanie się".

Kotka ma na imię Molly, właśnie widzę ją wchodzącą do pokoju. Jest zdrowa i piękna, choć dosyć drobna, jest szczęśliwa i kocha swoją rodzinę, czyli nas, potężnym sercem o wiele większym niż jej malutkie ciało.

Eksperymentowanie na zwierzęciu zakończyło się sukcesem.

Czy źle robię, porównując kota do dziecka? Może i źle. Jednak to kot dostał szansę na długie życie.

Usiłowałam być bezstronna, jeśli chodzi o sprawę Charliego Garda. Ale czy matka może być w ogóle bezstronna? Tak łatwo i jednocześnie tak trudno wyobrazić sobie ból innej matki. Matki dziecka skazanego na śmierć. Walczyła do samego końca. Gdy lekarze odmówili współpracy - ona nadal walczyła. Gdy sąd przyznał rację lekarzom - ona się odwoływała. Gdy już nie było dokąd się odwołać, ona mimo wszystko walczyła dalej.

W świecie, w którym tak bardzo cenną wartością jest wolność wyboru, wyborem rodziców Charliego było "chcemy, aby nasze dziecko żyło". I to ten wybór im odebrano.

Powiecie mi, że nie mam racji, że to było sztuczne podtrzymywanie dziecka przy życiu. A ja zapytam: czym różniło się ratowanie tego dziecka od ratowania setek, tysięcy dzieci, o których słyszymy każdego dnia, na których leczenie zbierane są pieniądze? Rozumiałabym, gdyby nie było żadnej szansy. Ale to było powiedziane wyraźnie: szansa była, szansę stanowiło eksperymentalne leczenie, na które rodzice Charliego mieli potrzebne środki.

Śledzę losy chłopczyka z Polski, który obecnie przebywa w Stanach i jest poddawany eksperymentalnej terapii. Jego życie jest dosłownie pasmem bólu. Kibicuję mu z całego serca i wierzę, że się uda. Jednak nie rozumiem, dlaczego Charlie nie mógł dostać takiej szansy.

Mama Biznesowa napisała niedawno, że jeśli masz obok siebie zdrowe dziecko, to masz wszystko. Choć zazwyczaj tak formułowane tezy budzą we mnie sprzeciw, to jednak w tym przypadku zgadzam się w stu procentach. Mam zdrowe dziecko, mam wszystko. Mój codzienny widok to radosne, żywe dziecko rozwijające się pięknie i codziennie uczące się nowych umiejętności, a nie dziecko leżące na szpitalnym łóżku, podpięte do aparatury. Moim zmartwieniem jest, jak uśmierzyć ból wywołany powoli przebijającymi się górnymi siekaczami, a nie - jak pomóc dziecku przetrwać potworny ból wywołany nieuleczalną chorobą. Mam zdrowe dziecko. Nie usłyszę w sądzie, że zapadła decyzja o zakończeniu leczenia mojego dziecka. Jeśli Bóg da, będę patrzeć na mojego syna - nastolatka, mężczyznę, ojca, może nawet dożyję chwili, gdy zobaczę jego wnuki. Mam zdrowe dziecko.

Spoczywaj w pokoju, Charlie, mały wojowniku.


wtorek, 11 lipca 2017

O snach.


Przeżyłam w swoim życiu dwie spektakularne katastrofy: jedną miłosno-związkową, drugą zawodowo-finansową. Z perspektywy czasu uważam, że gorsza była ta druga, gdyż jej bezpośrednie skutki odczuwam do tej pory. Dodajmy do tego cały burzliwy okres mojego dorastania, które nawet jeśli przypominało w czymś znane seriale młodzieżowe, to ja raczej nie byłam w tym serialu żadną z postaci, którymi kiedykolwiek chcieliście być. Niestety, los obdarzył mnie wyjątkowo trwałą pamięcią, co sprawia, że moja kolekcja złych wspomnień jest znacznie większa niż bym tego chciała. Mimo tego wszystkiego, jestem absolutnie przekonana, że nigdy nie przeżyłam nic gorszego niż kilka tygodni temu, kiedy przyśniło mi się, że moje dziecko nie żyje.

Pojawienie się dziecka odkryło przede mną i moim mężem całkowicie nowy poziom koszmarów sennych. W ciągu tych niespełna siedmiu miesięcy obojgu nam dwukrotnie śniła się śmierć synka, a ja mogę do tego zestawienia dopisać jeszcze dwa sny o tym, jak zostawiłam Roberta samego gdzieś poza domem i potem długo próbowałam go znaleźć. A także sny o tym, że mały chodzi sobie swobodnie po łóżku i lada chwila z niego spadnie.

Z reguły im spokojniej Robert śpi, tym bardziej pokręcone są nasze sny. Tak jakby podświadomość przygotowywała nas na to, że jeśli dziecko jest zbyt długo ciche, to znaczy, że sytuacja jest w jakiś sposób nietypowa. Najczęściej gwałtowne przebudzenie jednego z nas budzi i jego. Potem on zazwyczaj zasypia bez trudu. My - z trudem albo wcale.

"Nie mogę zasnąć, bo jak zamykam oczy, znowu to widzę", powiedział mój mąż niedawno w nocy po jednym z takich przebudzeń. Chyba nigdy nie zapomnę, jaki był wtedy poruszony i jak przepraszał synka za jakieś swoje nieistniejące winy, które we śnie doprowadziły do tragicznych wydarzeń. Ja zasnąć mogłam, więc obróciłam się na drugi bok i zamknęłam oczy, aby śnić o długim, upalnym i pełnym różnych perypetii dniu, który kończył się tak, że miałam coś do załatwienia na dworcu w Warszawie, więc udałam się tam razem z małym w foteliku, po czym w drogę powrotną wyruszyłam już bez fotelika... Obudziłam się rano, zlana potem i przerażona, ale szczęśliwa, że to się nie wydarzyło.

A jeszcze niedawno taki śmiech pomieszany z irytacją budziły we mnie hasła krążące po Internecie, wypisane piękną czcionką na jakimś słodkim obrazku z małymi stópkami i serduszkiem z dłoni. Prawdziwą miłość i strach poznasz dopiero, gdy zostaniesz rodzicem. Dziś nadal twierdzę, że poznałam prawdziwą miłość kilka lat przed tym, zanim zostałam matką. Ale strach? Bywałam przerażona. Bywałam bezradna. Bywałam zdruzgotana. Zdarzało mi się czuć, że moje życie się skończyło. I żadne z tych uczuć nie było nawet w połowie tak okropne jak te kilka minut, może sekund, kiedy myślałam, że mojego dziecka już ze mną nie ma. 

Przepraszam. Wiem, że różne rzeczy zdarzają się w życiu i wiem, że może się tak zdarzyć, że te słowa przeczyta jakaś mama, dla której to doświadczenie jest zupełnie realne. Nie wiem i nie wyobrażam sobie, co przeżyłaś. Całe moje doświadczenie to tylko sen. Rano już było po wszystkim.

Przede mną wiele snów, i wiele nowych strachów, których jeszcze nie znam. Będę śnić o jego pierwszych krokach, o pierwszych wyjściach z domu, o jego szkole, o jego pierwszych znajomościach. Będę się bać. I będę się mierzyć z jego strachem, z jego pierwszymi nocnymi koszmarami, z pierwszymi katastrofami w jego życiu. Przetrwamy to wszystko razem. Modlę się tylko o to, żebym zawsze miała o kogo się bać.