Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczęśliwa Siódemka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczęśliwa Siódemka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2020

Siedem lat szczęścia.

Fot. Sylwia Łęcka


Tak kiedyś miał się nazywać ten blog. Siedem lat liczyłam wówczas od - dajmy na to - dnia, w którym zrozumiałam, że jeśli chcę być szczęśliwa, to muszę zacząć szukać tego szczęścia gdzie indziej niż szukałam do tej pory. I znalazłam je!:)

Dziś myślę jednak o innej rocznicy, która miała miejsce kilka dni temu. O siódmej rocznicy naszego ślubu kościelnego :)

Co zmienił ślub kościelny?

Pisałam kiedyś już o tym, co zmienił w moim życiu ślub cywilny, który odbył się rok wcześniej. Jeśli miałabym porównać, które z tych wydarzeń stanowiło większą zmianę w naszym życiu - przyznam, że nie do końca potrafiłabym odpowiedzieć na to pytanie. Oba śluby były ważne. Kiedy ktoś pyta nas, od jak dawna jesteśmy małżeństwem, przeważnie odpowiadamy, że od ośmiu lat. Jednak gdy wracamy myślami do dnia naszego ślubu, częściej wspominamy jednak ten kościelny.

Oboje jesteśmy wierzącymi osobami. Zawarcie małżeństwa jako sakramentu miało dla nas wielkie znaczenie i wbrew temu, co niektórzy sądzili, było naszym celem od samego początku, to znaczy od dnia zaręczyn.

Choć duchowy aspekt był dla nas najważniejszy, zależało nam również na ładnej oprawie, pięknej muzyce, strojach, kwiatach, weselu - trochę tradycyjnym, ale jednak w "naszych" klimatach, na dobrej zabawie w gronie bliskich nam osób... No i zależało nam też na pięknych strojach :)

Fot. Sylwia Łęcka

Nie jest to rzecz, z której byłabym wybitnie dumna, ale - jeszcze jako mała dziewczynka wymarzyłam sobie wygląd mojej sukni ślubnej. To znaczy, zmodyfikowałam trochę ten dziecięcy projekt w oparciu o sugestie mojego męża. Tak powstał projekt sukni idealnej :) 

Całości stroju dopełniły buty, których historię opowiadałam Wam już kiedyś. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jesteśmy typową parą młodą.

Zrobiliśmy wiele, żeby ten dzień miał nasz własny, indywidualny charakter. Zamiast typowej weselnej kapeli, grał nam zespół rockowy. Było też karaoke. Zatańczyliśmy do ulubionej romantycznej piosenki, ale wpletliśmy w nią również zaskakującą, szybką wstawkę. W podziękowaniach dla rodziców pomogły nam muppety :) 

Fot. Marcin Tytko

Nawet figurki na torcie weselnym były jedyne w swoim rodzaju!

Fot. Sylwia Łęcka


Siedem lat małżeństwa - siedem chudych lat?

Po szalonym, nietypowym, nieszablonowym weselu zaczęło się małżeńskie życie codzienne. W nowym domu, bo nasza przeprowadzka ostatecznie niemal zbiegła się w czasie ze ślubem. W tym samym tygodniu przewoziliśmy meble i szliśmy do ołtarza :D

Jesteśmy dobrym, szczęśliwym małżeństwem. Nieraz jednak myślę o tych pierwszych siedmiu latach jako tych najtrudniejszych, "chudych", po których nadejdą następne, lepsze, spokojniejsze. Można to ująć tak, że patrzę z nadzieją w przyszłość :)

Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam tuż po ślubie, było podpisanie dużej, znaczącej umowy z ważnym klientem. Za to następną rzeczą było potknięcie się na dziurze w asfalcie – nie, to nie jest przenośnia :) Nie chodziłam i nie pracowałam przez następne dwa miesiące. Strach pomyśleć, jak wpłynąłby na moje życie jakiś poważniejszy wypadek, skoro skutki drobnego, niegroźnego złamania odczuwałam jeszcze przez lata, a właściwie gdzieś tam pośrednio nadal je odczuwam.

W ciągu pierwszych dwóch lat naszego małżeństwa odebraliśmy dwie bardzo gorzkie lekcje od losu. Pierwsza brzmiała tak: to, że chcecie mieć dziecko, wcale jeszcze nie znaczy, że będziecie mieć dziecko. Druga: szybki i niespodziewany sukces zawodowy może skutkować bolesnym, bolesnym upadkiem. Gorszym niż potknięcie na asfalcie, choć fizycznie bezbolesnym.

Rok 2014 był katastrofą. Rok 2015 był rokiem lizania ran, składania siebie na nowo do, pardon my French, kupy, i przede wszystkim rokiem próbowania, próbowania, próbowania. Jedyne, co było w tym piękne to, że byliśmy w tym razem. 

Kolejny rok przyniósł cud - Roberta :) Na pewno pisałam Wam już, że pierwsza ciąża była dla mnie cudownym doświadczeniem, był to jednak również trudny, stresujący czas. Miałam w pamięci to, co zawsze słyszałam o kobietach w ciąży, że nie wolno im się denerwować... I drżałam o nasze dziecko.

Rodzicielstwo wynagrodziło nam te trudne początki, a druga ciąża pokazała mi, jak bardzo relaksujące, piękne i radosne może być oczekiwanie na dziecko. Przynajmniej do momentu, kiedy nie wysiadło mi zdrowie :D

Mam wrażenie, że minione siedem lat, choć cudowne i pełne miłości, przeciągnęło nas jednak przez spore koleiny. Z chęcią przyjmiemy teraz siedem tłustych lat! To znaczy, mam nadzieję, że ta tłustość nie będzie dotyczyła naszych gabarytów, a przynajmniej nie tylko ich!

Siedem lat szczęścia.

Bez względu na różne trudności, jakie napotkaliśmy – nie miejcie wątpliwości, że to był czas pełen pięknych chwil. Dobrych wspomnień jest o wiele więcej niż tych złych. To były lata pełne radości, śmiechu, wspaniałych imprez, śpiewu, spotkań z przyjaciółmi, wycieczek w piękne miejsca… Nawet z trudniejszych dni staraliśmy się zawsze wyłuskać to, co było w nich najlepsze. Każde wyzwanie traktowaliśmy jak ciekawą przygodę, urozmaicenie, szansę na przeżycie czegoś wyjątkowego. Wracamy do tych wspomnień z przyjemnością.

Fot. Janusz Bilski

Fot. Agata Łudzik

 
Fot. Andrzej Dymek


Szanowne życie, losie, przeznaczenie, szczęśliwa gwiazdo – dziękujemy za te siedem lat :) i prosimy o więcej!



czwartek, 18 kwietnia 2019

Marzenia się spełnia, a plany się realizuje - czyli kwiecień u Siódemki.

Powiem Wam, że zawsze chciałam być stoikiem. I nigdy mi się to nie udało :D Zrozumienie, że raz jest gorzej, a raz lepiej, przekracza moje niemałe przecież możliwości. Niby wiem, że to sama prawda, ale jakoś nie umiem się nie emocjonować, nie przeżywać. Spokój i dystans to dla mnie zjawiska egzotyczne.

I tak po wyjątkowo słabym, dołującym początku roku zaczął się czas intensywny i niełatwy, ale bez wątpienia - dobry dla mnie.

Tak w (dużej) pigułce o tym, co ostatnio się u mnie dzieje:

Zmiany kosmetyczne, remonty i "mniej stresu!"


Nie mieszkamy teraz u siebie. Już od tygodnia zajmujemy pokój u teściów w Krakowie. (Jakby ktoś z Krakowa chciał się ze mną spotkać, to gdzieś do połowy maja jest to nieco łatwiejsze niż zwykle). Powodem jest planowany od dawna remont łazienki. Nie wiem, czy pamiętacie, że był on na liście moich postanowień noworocznych. Teraz właśnie staje się faktem :) 

Moja zasługa jest w tym tak naprawdę niewielka, może tylko taka, że udało mi się zbudować bardzo pozytywne i wyjątkowe relacje z ludźmi, dzięki którym to wszystko okazało się możliwe do zrealizowania. Teraz natomiast wiele zależy ode mnie. To, jak nasza rodzina poradzi sobie z niecodzienną sytuacją, przede wszystkim z faktem, że przez jakiś miesiąc nie będziemy gospodarzami, a gośćmi. To oznacza wiele kompromisów i współpracy, ale też wiele cennych chwil spędzonych z ludźmi, których kochamy.


W tym samym czasie trwa jeszcze jeden remont - czyli moja rehabilitacja. Czyli w zasadzie, kolejny punkt na liście postanowień! Okazuje się, że ćwiczenia typu "weź oddech i napnij mięśnie" to jest akurat ten poziom aktywności sportowej, z którym radzę sobie naprawdę dobrze ;) Poprawa jest widoczna na pierwszy rzut oka. Przyznam szczerze, że czuję się z tym fantastycznie. Ta cząstka mojej osoby, która potrzebuje od czasu do czasu poczuć się zaopiekowaną, doskonale się w tej sytuacji odnajduje. No i oczywiście, wspaniała jest świadomość, że niedługo wrócę do pełnej formy i że zrobiłam coś w tym kierunku. Fizycznie czuję się nieco bardziej krucha - świadomość, że coś w moim ciele nie do końca działa sprawia, że zwracam większą uwagę na różne dolegliwości, które bez tej świadomości pewnie bym zwyczajnie zignorowała. Ale poza tym jest dobrze :)

Dlaczego mam się mniej stresować? Bo każde napięcie znajduje swoje odzwierciedlenie w kondycji mięśni. To niby oczywistość, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ta korelacja jest aż tak silna. W każdym razie, jest to rada, do której chwilowo nie mogę się zastosować - mimo wszystko remont łazienki jest zjawiskiem bardzo stresogennym ;)

Śpiewam, tańczę, przeganiam gołębie - Genezyp Kapen i "Moja dzielnia".

Genezyp Kapen

Pisałam Wam, że miniony rok, choć ogólnie bardzo dobry, był wyjątkowo nieudany pod względem moich udziałów w projektach muzycznych. Był jednak pewien wyjątek. Pod koniec roku, już w bardzo zaawansowanej ciąży wzięłam udział w nagraniu chórków do dwóch piosenek zespołu Genezyp Kapen. Już wtedy niezobowiązująco mówiliśmy o kręceniu teledysku na wiosnę. Mimo wszystko byłam zaskoczona, gdy kilka tygodni temu odezwał się do mnie Janusz Mika, wokalista zespołu, z pytaniem, która sobota w kwietniu byłaby dla mnie najlepszym terminem na nagranie klipu. Wówczas odpowiedziałam, że jest mi wszystko jedno, bo nie mam jeszcze planów na kwiecień. Jak można się domyślić, kiedy przyszło co do czego, kwiecień miałam cały załadowany planami :D Udało nam się jednak spotkać i mimo niesprzyjającej pogody przejść się wspólnie na mały, taneczno-śpiewający spacer.

Bawiłam się fantastycznie :) Czuję, a może raczej - wierzę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie z przesympatycznymi muzykami z zespołu Genezyp Kapen.

Czasami to jest takie proste, odpowiesz bez większych nadziei na jedno małe ogłoszenie, a ono zaowocuje taką wspaniałą przygodą :)

Poniżej notka o zespole:

Zespół powstał w maju 1985 w Krakowie, z inicjatywy Janusza „Gonzo” Miki, po częściowym rozpadzie punkowej kapeli Wee Wees, której był wokalistą. Pierwszy koncert Genezyp Kapen zagrał w sierpniu 1985 podczas festiwalu Poza Kontrolą w Warszawie.
Jesienią 1991 grupa odbyła trasę po Litwie (m.in. koncert w Wilnie), a rok później nakładem firmy Fala ukazała się kaseta „Polski Bronx” zawierająca 14 utworów. Kilka z nich znalazło się na licznych punkowych składankach.
W ciągu 17 lat aktywności scenicznej krakowska formacja zagrała ok. 120 koncertów, występując m.in. z zespołami takimi jak: Deuter, Dezerter, Izrael, Elektryczne Gitary, T. Love, Farben Lehre, ANKH, Post Regiment, Inkwizycja, Id, PRL, Pudelsi, Die  Gewaltlosen czy francuski Skaferlatine. W tym czasie przez skład Genezyp Kapen przewinęło się ponad 20 muzyków.
W lutym 2002, po ostatnim koncercie w klubie „Kredens” zespół zawiesił działalność, jak się okazało, na... 16 lat.

GENEZYP KAPEN

Reaktywowany w marcu 2018 Genezyp Kapen powrócił do składu z lat 90. Tworzą go obecnie: wokalista i basista Janusz „Gonzo” Mika; gitarzysta Jacek Buzdygan (ex- Krwawy Okres, Yard, The Beans, The Avarians); perkusista Jarek Gil (ex- The Cooks, Cock A Doodle Do, Yard, No Knock), który aktualnie gra także w Night Patrol oraz saksofonista Rafał Mazur (ex- Przewróć Się Na Cyce Lala).
Efektem wspólnej pracy jest zawierająca trzy studyjne utwory płyta DVD poświęcony w całości – w materii tekstowej – krakowskiej dzielnicy Krowodrza, gdzie mieszkają lub czasowo mieszkali wszyscy członkowie Genezyp Kapen.

Od 2018 grupa znów koncertuje. Po dwóch jesiennych występach w klubie „Kornet” (w towarzystwie Krawal Bandy oraz Ukrainy i Secesji), Genezyp Kapen zagrał w „Awarii” z Night Patrol, a 8 czerwca zaprezentuje się w „Pracowni Pod Baranami” razem z The Awarians. W drugiej połowie roku zespół przystąpi do nagrania płyty studyjnej.


Kto wygrał SHARE WEEK 2019?



Przyznam Wam, że zanim jeszcze poznałam wyniki tegorocznego plebiscytu, miałam ochotę napisać tekst pod takim, nieco clickbaitowym tytułem -  że niby ja wygrałam, bo dwa polecenia ze strony tak wspaniałych blogerek uważam za ogromne wyróżnienie i moje wielkie zwycięstwo, niezależnie od prawdziwego wyniku plebiscytu.

Po czym okazało się, że mam nie dwa, a trzy polecenia (nie wiem jeszcze, od kogo jest to trzecie) i tym samym pojawiłam się w rankingu SHARE WEEK 2019 w gronie "blogów przebijających się z nisz".

Większość blogerów pewnie wie, co oznacza wyróżnienie w SHARE WEEK. Tym z Was, którzy nie blogują, chciałabym trochę przybliżyć, o co chodzi.

Nawet nie chcę się wygłupiać z szacowaniem, ile w Polsce jest blogów, ale możemy śmiało przyjąć, że jest to siedmiocyfrowa liczba. SHARE WEEK to plebiscyt ogólnopolski, czyli na dobrą sprawę każdy z tych milionów blogów był dla mnie konkurencją. Owszem, jest pewien nacisk na to, by głosować raczej na tych początkujących i niszowych blogerów niż na wielkich graczy polskiej blogosfery. Ale uwierzcie, że początkujących blogerów też jest mnóstwo! Dla porównania: pewna znakomita blogerka uważana za wschodzącą gwiazdę blogosfery ma 17 razy więcej obserwujących niż ja! 

Trzy osoby, dokonujące wyboru spośród tych milionów możliwości uznało, że warto polecić właśnie mnie i mój blog.

Wiem, że to może trochę tak wygląda, jakby zagłosowało na siebie kółko wzajemnej adoracji ;) Ale wiecie, ja nie znam tych dziewczyn osobiście (JESZCZE!), a powodem, dla którego regularnie odwiedzają ten adres jest to, że przekonałam je do siebie swoim pisaniem. Czyli zagłosowali na mnie moi stali czytelnicy.

Moje wysokie miejsce w rankingu SHARE WEEK nie czyni mnie jedną z najpopularniejszych blogerek w Polsce. Jeśli już, to powiedziałabym, że świadczy o tym, że mój blog należy do tych trzydziestu kilku polskich blogów, które mają najwierniejszych przyjaciół. I to jest dla mnie bardzo miła myśl, i o takiego bloga walczyłam :)

A kto naprawdę wygrał SHARE WEEK 2019? Pani Swojego Czasu oraz Life Managerka :) Zajrzyjcie do nich, bo warto!

Piszę - na kolanach, ale do przodu!


Nie wiem, czy na tym etapie zawracanie Wam głów pisaną przeze mnie książką ma jakikolwiek sens. Na dobrą sprawę nie wiadomo, czy ja ją kiedykolwiek skończę. Choć zaczyna do mnie docierać, że spod moich palców wyłania się gigantyczna cegła i w związku z tym podział na tomy staje się jedyną możliwą opcją. To oznacza, że muszę wymyślić więcej chwytliwych tytułów (a znalezienie tego jednego uważałam za sukces), ale oznacza też, że mogę stać się autorką serii :)

Mierzę się z tematem, który chodził mi po głowie, kiedy miałam jeszcze kilkanaście lat. Moje pisarstwo cechowało wówczas wszystko, tylko nie pokora. Myślałam, że takie arcydziełko to ja sobie pyknę raz, dwa, trzy, w wygodnym mieszkanku, z zerowym doświadczeniem życiowym, nie mając niczego mądrego do powiedzenia i żadnych sensownych poglądów poza tym, że wszyscy, którzy czegoś ode mnie wymagają, są źli, niedobrzy i ograniczają moją wolność. Teraz podjęłam temat z dużo większą rozwagą - ale też w międzyczasie, w trakcie pisania upadłam na kolana. I tak już na nich zostałam. Na co ja się porywam! Po czym ja chlastam! Chyba codziennie zastanawiam się, czy dobrnę do końca, aż do mocnego finału, który od dawna mam w głowie - i piszę dalej. Wiem, że jeśli nie skończę, to ta książka do końca życia nie opuści mojej głowy.

Mojej sytuacji nie poprawia fakt, że (ze względu na planowany czas akcji) będę musiała odnieść się w tej książce do strajku nauczycieli. A nauczyciele, przynajmniej niektórzy, odgrywają w książce wyjątkowo nieładne role... Jeśli miałam mało wyrzutów sumienia, to teraz mnie po prostu zjadają. Jaki jest sens pisania w dzisiejszych czasach książki, która ukazuje nauczycieli w złym świetle? Ale może z drugiej strony, da mi to pretekst, żeby pokazać jakieś porozumienie między obiema stronami konfliktu - uczniami i nauczycielami?

Taka blogerka parentingowa, a o dzieciach zapomniała.


Co jeszcze u mnie słychać? A, no, dzieci mam...

Najważniejszym newsem, jeśli chodzi o Roberta jest to, że na dobre zaprzyjaźnił się z nocnikiem. Coraz więcej też mówi, nieraz nas zaskakuje swoimi wypowiedziami. Zostaliśmy ostatnio praktycznie z dnia na dzień postawieni przed decyzją: czy Robert pójdzie od września do przedszkola? Uznaliśmy, że to dobry pomysł. Nie ma sensu zatrzymywać go w żłobku, jeśli może już pójść dalej.

Doskonale się przystosował do nowej sytuacji, w której się teraz znaleźliśmy. Właściwie nie widzę żadnych znaków świadczących o tym, że Robertowi mogłoby być ciężko z tym, że mieszka teraz u dziadków. Mam wrażenie, że świetnie się bawi.

Nadal jest niesamowicie opiekuńczym i czułym starszym bratem. Kiedy usłyszy płacz Michała, biegnie do niego nawet z drugiego końca mieszkania, bo "braciszek płacze!". Ostatnio pomaga mi też myć Michała :)

Misio rozwija się pięknie, nauczył się już turlać po całym łóżku. Z łatwością obraca się z pleców na brzuszek, z brzuszka na plecy czasem jeszcze ma kłopot, ale jak złapie rytm, to ho ho... :) Jest niezwykle radosny i prześliczny. Już niedługo odbędzie się jego chrzest. Trochę się stresujemy, ale na pewno wszystko będzie dobrze!

Rozpisałam się, ale to dlatego, że - jak widzicie - naprawdę dużo się dzieje! Jak zawsze, będę ogromnie wdzięczna za Wasze komentarze :)

środa, 27 lutego 2019

O Wróżce, która nie miała skrzydeł.

Co wiecie o wróżkach?
Ja wiem tyle, że żyją w bajkach, potrafią czarować i mają dobre serca. Wiem także, że mają skrzydła, dzięki którym potrafią latać i tańczyć wśród promieni słońca, wysoko ponad głowami ludzi.
Ale nie wszystkie. Niektóre wróżki nie mają skrzydeł. To jest bajka o pewnej Wróżce, która miała skrzydła, ale zostały jej ukradzione.

Ale bez obaw... To nie jest smutna bajka :)

1. Skrzydła.



Właściwie to Wróżka Bez Skrzydeł zawsze wiedziała, że ktoś jej te skrzydła kiedyś ukradnie. Wróżki potrafią czasem przewidzieć, co się wydarzy, przynajmniej w pewnym zakresie. A jej skrzydła były jakoś słabo przytwierdzone do pleców, a przy tym wyjątkowo piękne i niejeden już chciał się na nie połakomić.

Zresztą... kradli już jej te skrzydła, tylko mało skutecznie. Po pewnym czasie Wróżka Bez Skrzydeł odkrywała, że jednak znowu ma parę pięknych skrzydeł na plecach. Jak to się stało? Są sprawy dotyczące wróżek, które ciężko zrozumieć nam, zwykłym ludziom. Ale wiedzcie jedno: kiedy wróżka naprawdę uwierzy, że znowu ma skrzydła, to one w magiczny sposób odrastają. 

Zdarzyło się jednak, że te skrzydła naprawdę zostały skradzione, skutecznie i nieodwracalnie. Wróżka Bez Skrzydeł nie wiedziała, dlaczego tak się stało. Podejrzewała jednak, że mogło to mieć coś wspólnego z faktem, iż Wróż, Który Nie Lubił Latać bardzo chciał zniechęcić ją do dalekich wypraw, które uwielbiała. Może myślał, że gdy odbierze jej skrzydła, łatwiej będzie mu zatrzymać ją w jego bezpiecznym małym domku.

Smutne było to, że gdyby poprosił: "Wróżko, zostań ze mną w moim bezpiecznym małym domku", to ona zostałaby. Ale kiedy ukradł skrzydła, odeszła na piechotę.

2. Życie wśród traw.



Świat przemierzany pieszo był przepiękny! Wróżka Bez Skrzydeł nie zdążyła nigdy przyjrzeć mu się dobrze, zajęta fruwaniem pod chmurami. Teraz mogła w spokoju obserwować, jak mrówki pracowicie budują dom, jak kwiaty podnoszą swoje cudne twarze, jak jaszczurki leniwie wygrzewają się w słońcu, jak kaczki wskakują do stawu... Idąc przez świat na własnych dwóch nogach, Wróżka Bez Skrzydeł zobaczyła więcej piękna niż kiedykolwiek spodziewała się ujrzeć.

Był tam też on - Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów. Wróżka Bez Skrzydeł nieraz podziwiała jego taniec, pozdrawiając go z wysoka, teraz jednak mogła nareszcie zatańczyć razem z nim. Szło jej to bardzo nieporadnie, myliła kroki, słabo jeszcze radziła sobie bez skrzydeł. Ale miała czas, by się nauczyć, a Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów był bardzo cierpliwym nauczycielem.

Podczas jednej ze swoich wędrówek Wróżka Bez Skrzydeł spotkała inne wróżki, które tak jak ona nie miały skrzydeł. Nie narzekały jednak z tego powodu. Potrafiły pięknie tańczyć, szybko biegać, wspinały się na drzewa zwinnie jak wiewiórki. Wróżka Bez Skrzydeł z radością dołączyła do nich, choć w głębi serca nadal trochę tęskniła za swoimi skrzydłami.

3. Brzeg morza.



Wróżka nie zaprzestała dalekich wypraw, nadal lubiła przygody. Chodzenie pieszo zajmowało więcej czasu niż latanie, ale pozwalało też więcej zobaczyć i doświadczyć. Któregoś dnia zapragnęła wybrać się nad morze. Nieraz z zachwytem oglądała z góry, jak spienione morskie fale biją o brzeg. Zwierzyła się przyjaciołom, że bardzo chciałaby odwiedzić to miejsce.

"Nie idź tam", usłyszała w odpowiedzi. "Tam jest niebezpiecznie! Tam można stracić skrzydła".
Wróżka Bez Skrzydeł zastanowiła się. "Skoro można tam stracić skrzydła, to może ja odnajdę moje?" - i udała się w drogę.

Nie znalazła skrzydeł. Znalazła za to małe muszelki i bursztyny. Czuła piasek pod stopami i orzeźwiającą morską bryzę we włosach, długo podskakiwała na spienionych falach, a potem aż do wieczora wygrzewała się w słońcu.

4. Pożar łąki.



Któregoś dnia wydarzyło się straszne nieszczęście. Łąka, którą Wróżka Bez Skrzydeł pokochała, stanęła w płomieniach! Stało się to podczas suszy, zapewne jakaś zabłąkana iskra zapaliła wyschnięte trawy. Przyjaciele Wróżki Bez Skrzydeł znaleźli się w tarapatach. Wśród nich był również Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów. 

Wróżka Bez Skrzydeł razem z wszystkimi biegała po wodę i pomagała ugasić pożar. Pomagała sobie swoimi skromnymi wróżkowymi czarami. Udało się! Łąka została uratowana, jej przyjaciele byli bezpieczni. Wróżka Bez Skrzydeł długo nie mogła się jednak uspokoić.

"Tyle czasu zmarnowałam, szukając skrzydeł! Tak niewiele brakowało, żebym straciła łąkę, zanim nauczyłam się ją doceniać. Gdyby nie udało się powstrzymać ognia, nie miałabym już ani skrzydeł, ani łąki", zrozumiała. 

5. Żyli długo i szczęśliwie.



Tak kończą się wszystkie bajki, prawda? Wiedzcie, że wróżki żyją naprawdę długo. Cała ta historia wydarzyła się dawno, dawno temu. Wróżka Bez Skrzydeł i Wróż, Który Tańczył Wśród Kwiatów są szczęśliwi do tej pory, a tańczą razem piękniej niż kiedykolwiek.

"Czy tęsknisz za swoimi skrzydłami?", zapytał ktoś Wróżkę Bez Skrzydeł.
"Ani trochę!", zapewniła z uśmiechem.
"To dlaczego nazywasz się Wróżką Bez Skrzydeł?"

Wróżka zastanowiła się.
"Bo tak naprawdę to, co najpiękniejsze przeżyłam dlatego, że miałam skrzydła i je straciłam. Gdyby nie to, nigdy nie doceniłabym, jak wspaniałe jest życie na łące".

To już koniec tej bajki. Kiedy następnym razem zobaczycie łąkę pełną kwiatów, pomyślcie o tym, że żyje tam cała gromada małych i bardzo dzielnych wróżek, które znają dobre czary i które życzą Wam wszystkiego najlepszego.

A, i wiecie co? Kiedy wróżka naprawdę uwierzy, że znowu ma skrzydła, to one w magiczny sposób odrastają :)

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Grudniowa magia pomagania - kilka słów o "Brzuszkowym Mikołaju".

Tekst powstał w ramach akcji #blogrudzień2018.


Fot. Kocie Kadry

Duża paczka pieluch - z posiadanego zapasu wybieram te lepsze, w końcu to na prezent. Zapas nawilżanych chusteczek. Wkładki laktacyjne - mam, a chyba nigdy nie użyłam. Czas przejrzeć tę stertę ubranek i zdecydować, które z nich mogę włożyć do paczki, a które będzie nosił mój synek. O, na przykład to body z uroczymi uśmiechniętymi potworkami będzie idealne! Wszyscy lubią potworki oprócz... mnie, więc podarowanie ich innej młodej mamie to dla mnie podwójne zwycięstwo. 
Otwieram mikołajkowe paczki ze słodyczami i zastanawiam się, z których smakołyków zrezygnuję bez żalu. Przeglądam zabawki, kosmetyki.

Moja tegoroczna paczka w ramach "Brzuszkowego Mikołaja" powstanie w oparciu o to, co już mam w domu. Na szczęście mam tego sporo. Kilka dni po porodzie zwyczajnie nie dam rady wybrać się na większe zakupy. Myślę jednak, że obdarowana przeze mnie młoda mama będzie mogła czuć się usatysfakcjonowana :)

Co to jest "Brzuszkowy Mikołaj"?


O tej akcji pisałam już sporo w innych miejscach, przede wszystkim w opisie wydarzenia na FB. Pisali też o niej inni, i to w bardzo pięknych słowach :)

Krótko mówiąc - akcja polega na samodzielnym przygotowaniu mikołajkowej paczki dla młodej, potrzebującej mamy. Stanowi swego rodzaju wyzwanie, daje też jednak mnóstwo satysfakcji i radości zarówno osobie obdarowującej, jak i obdarowywanej. Możecie mi wierzyć na słowo - w zeszłym roku przygotowałam ostatecznie dwie takie paczki :) Nie zapomnę nigdy tej radości, gdy odebrałam od szczęśliwych przyszłych rodziców wiadomości z podziękowaniami oraz zapewnieniami, że w przyszłym roku zrobią to samo dla kogoś innego!

Postanowiłam puścić "Brzuszkowego Mikołaja" w świat. Jeśli wśród kilkudziesięciu osób, które wyrażają zainteresowanie akcją, powstanie choć kilka paczek - to już jest dla mnie wielki sukces. Wiem, że jedna wspaniała, naprawdę bogata paczka już powstała :) Wiem też, że informacja o "Belly Santa Claus" dotarła poza granice naszego kraju i wzbudziła tam pewne zainteresowanie! 

Skąd nazwa? Nie zastanawiałam się nad nią długo. Miała jednoznacznie wskazywać na to, o co chodzi w tej inicjatywie. Dzięki tej nazwie pojawił się też pomysł na zdjęcia, których użyłam do promowania akcji.

Fot. Kocie Kadry


Czy akcja obejmuje tylko mamy będące w ciąży?


Przypuszczam, że ten element opisu może budzić wątpliwości. Nie, nie tylko. Kiedy zaczęłam po raz pierwszy myśleć o akcji, sama byłam w bardzo zaawansowanej ciąży i chodziło mi przede wszystkim o to, by pomagać takim właśnie osobom. Jednak w momencie wysyłania moich paczek jedna z obdarowywanych przeze mnie mam była już po porodzie. Wiedziała już, że dostanie paczkę, cieszyła się ogromnie z jej powodu i naprawdę jej potrzebowała. I co, miałam nagle stwierdzić, że już nieaktualne? :)

Chodzi o mamy, które mają malutkie dzieci - jeszcze w brzuszku lub niedawno urodzone. Osoby, którym taka pomoc się przyda. Tak naprawdę najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że chcecie pomagać i dzielić się mikołajkową radością z innymi :)

Do kogo pójdzie moja paczka?


Mam już wstępnie wybraną osobę. Muszę jeszcze znaleźć sposób, by dostarczyć jej paczkę. Z całą pewnością przyda jej się pomoc - jej maleństwo jest bardzo chore.

Chcę też zapytać moją położną środowiskową, czy zna jakąś potrzebującą mamę w okolicy. Na co dzień ma kontakt z wieloma młodymi mamami. Bardzo prawdopodobne, że będzie mogła mi kogoś polecić.

Jeśli zajrzeliście pod zalinkowany przeze mnie adres wydarzenia, to wiecie, że podałam tam kilka przykładów, gdzie można szukać potrzebujących mam. Najłatwiej - wśród znajomych, przez strony ze zbiórkami internetowymi (np. Siepomaga.pl), można też pytać w Ośrodkach Pomocy Społecznej lub w Domach Samotnej Matki. Jedno jest - niestety - pewne: potrzebujących mam jest w naszym kraju bardzo wiele.

Dlaczego to robię?


Dla siebie. 

Zauważyłam, że osoby zajmujące się pomaganiem innym często odpowiadają w ten sposób na tak postawione pytanie - ale myślę, że podobnie jak ja mówią szczerze. To nie kokieteria ani hipokryzja. Świadomość, że niewielkim kosztem zrobiło się coś dobrego dla innej osoby, to niesamowity zastrzyk pozytywnej energii i dobrych emocji :) Po prostu nie da się nie uśmiechnąć, kiedy wiesz, że ktoś właśnie ma w oczach łzy wzruszenia i szczęścia z powodu prezentu od Ciebie!

Myślę też, że okres świąteczny i w ogóle grudzień sprzyja takim inicjatywom. To nie przypadek, że większość znanych akcji charytatywnych wiąże się z tym miesiącem. W grudniu myślimy o prezentach, o sprawianiu radości, w grudniu każdy z nas jest trochę bardziej bezinteresowny niż zwykle. I bardziej niż na co dzień pamiętamy o tych potrzebujących. Gdzieś w nas żyje tradycja świąteczna - zostawianie pustego miejsca przy stole, by mógł je zająć niespodziewany gość. Gdzieś w nas przetrwało wspomnienie o nieszczęsnej andersenowskiej "Dziewczynce z zapałkami", która przecież mogła żyć, gdyby tylko ktoś w porę wyciągnął do niej pomocną dłoń. Patrzymy na radość naszych dzieci i nawet mimo woli pojawia się myśl o tych dzieciach, które z jakichś przyczyn nie mają tyle szczęścia. Widzimy śnieg za oknem i myślimy o tym, że być może ktoś właśnie marznie...

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze chciałam zostawić swój ślad, zmienić jakąś cząstkę świata wokół siebie. Ta akcja daje mi właśnie taką możliwość. Lubię być widoczna, lubię robić szum wokół siebie. Taka już jestem i mam świadomość, że nie są to wspaniałe cechy. Ale dzięki nim może się wydarzyć coś naprawdę wspaniałego

Pamiętaj: jeśli podoba Ci się akcja, ale z jakichś względów (np. finansowych) nie możesz się do niej przyłączyć - możesz pomóc, przekazując informację dalej! Może kogoś z Twoich znajomych zainteresuje taka forma pomocy.

Na koniec chciałabym podzielić się z Wami wspaniałym artykułem, który ukazał się na blogu Passion Piece. Mam wrażenie, że Natalia opisała to wszystko jeszcze lepiej i składniej, niż ja byłam w stanie!
Przyznam, że już prawie nauczyłam się tego artykułu na pamięć - czytam go sobie czasem na poprawę nastroju, a jestem humorzasta ostatnio ;)
https://passionpiece.com/pl/2018/12/01/akcja-charytatywna-dla-przyszlych-mam-czyli-o-kulisach-brzuszkowego-mikolaja/.

--




Blogrudzień to wspólna akcja blogerek – odpowiednik blogowego kalendarza adwentowego, tyle, że trwa do końca grudnia i ma przerwę świąteczną na 'prawdziwe życie' W trakcie trwania akcji przeczytasz wiele wartościowych wpisów i poznasz masę cudownych kobiet!
W roku 2018 Blogrudzień ponownie zaczyna Ewelina i w swoim Pozytywnym Domu opowie o magii Świąt. 2 grudnia Emilia jako część Zgranego Teamu pokaże nam piękne świąteczne książeczki dla dzieci. 3 grudnia Martyna na swoim blogu Szczęśliwa Siódemka opowie o charytatywnej akcji mikołajkowej. 4 grudnia Wysmakowana Karolina podpowie, co podarować dzieciom na Święta. 5 grudnia Kasia, czyli Tarapatka podpowie, jak nie dać się zwariować w tym całym prezentowym szale. 6 grudnia na blogu Dagmary – dziubdziak.pl poznasz wspaniałe zimowe i świąteczne zabawy. 7 grudnia Blond Pani Domu Mirka opowie o wspomnieniach towarzyszących Świętom. 8 grudnia Agnieszka na agumama.pl przypomni, że czas wstawić bigos 9 grudnia Młodamamma Karolina zainspiruje nas sposobami na piękne zapakowanie świątecznych prezentów.
10 grudnia Młoda Mama Pisze, czyli Sylwia pokaże nam magiczne miejsca, które warto odwiedzić w świąteczno-zimowym okresie. 11 grudnia Małgosia wraz ze swoimi Jaśkowymi Klimatami wprowadzi nas w klimat Świąt pokazując świąteczne ozdoby. 12 grudnia Agnieszka zaprezentuje nam świąteczne DIY na swoim 321startdiy.pl. 13 grudnia Magda M. pokaże, w co ubrać się na Wigilię. 14 grudnia Magda na mumslife.pl pokaże nam tekst pod tytułem "10 dni do świąt, czyli jak to wszystko przygotować, nie zwariować i znaleźć czas dla siebie". 15 grudnia Agata, czyli Beztroska Mama zaprezentuje listę filmów wprowadzających w świąteczny nastrój. 16 grudnia Mama Carla będzie kontynuować filmowy nurt i pokaże świąteczne bajki i filmy dla dzieci. 17 grudnia Asia i jej Humory Zmory przedstawią sposoby na spędzanie Świąt Bożego Narodzenia. 18 grudnia Marta na swoim blogu Dzieciorka pokaże kolejną odsłonę godnych polecenia książeczek dla dzieci ze Świętami w tle. 19 grudnia Ania z kulinarnego bloga Zjem Cię pokaże przepis na kruche ciasteczka na choinkę.
20 grudnia Ania na swoich Kęsach Codzienności pokaże przepis na cudną świąteczną struclę makową. 22 grudnia swój grudniowy temat zaprezentuje Karolina z bloga Małe i duże dziecięce podróże. 23 grudnia Ela z bloga Mama pod prąd opowie o tym, jak dzięki macierzyństwu na nowo odkryła magię Świąt. 29 grudnia Magda z bloga AsertywnaMama.pl zmierzy się z wątpliwościami, czy mamy niemowlaków mogą się wybrać na Sylwestra, 30 grudnia Monika, czyli Mama na Całego podpowie co robić, gdy Twoje nastoletnie dziecko wybiera się na Sylwestra. Zapraszamy, bądźcie z nami!


wtorek, 2 maja 2017

Siedem głów, cztery ogony, czyli: jak nie dostać kota, gdy masz w domu koty.


Fot. Monia Dębowska
Pisałam o tym już kiedyś, ale mogło Wam umknąć: jest nas siedmioro pod jednym adresem. Z czego element ludzki jest tu w mniejszości. I tak też się nieraz czuje; jak ta uciśnięta nieco mniejszość, zwłaszcza w nocy, gdy chce się pójść do łazienki, a nie można, bo zwierzątka się obudzą... Na ogół jednak element ludzki i element zwierzęcy żyją ze sobą w zupełnie rozsądnej relacji, o której chętnie Wam opowiem.

Mieć koty i mieć dziecko.


Mam wrażenie, choć może trochę upraszczam, że są dwie grupy właścicieli zwierząt domowych: ci, którzy najpierw mieli dzieci i dopiero później przygarnęli zwierzaka oraz ci, którzy najpierw mieli zwierzęta, a później dziecko. My należymy do tej drugiej grupy. Lata temu, zanim w ogóle przyszło nam do głowy, że moglibyśmy kiedyś zostać rodzicami, zdecydowaliśmy, że zamieszka z nami kotek -  chudziutka, biała kupka nieszczęścia wzięta ze schroniska. Podpisaliśmy z fundacją, która się nią opiekowała, umowę adopcyjną. Słyszycie, jak to brzmi? Adoptowaliśmy kicię. To ona była naszym pierwszym oczkiem w głowie, to ją tuliliśmy, nosiliśmy na rękach, karmiliśmy, czuwaliśmy nad jej snem i uspokajaliśmy, gdy płakała. Ona uczyła nas odpowiedzialności, gdy nie mogliśmy już tak po prostu jechać na weekend w góry bez zatroszczenia się o to, co w tym czasie będzie robił kot. Ale uczyła nas też bezwarunkowej miłości i oddania. Cieszyliśmy się, gdy przybierała na wadze, zdrowiała, robiła postępy, uczyła się nowych rzeczy. Rok później przygarnęliśmy kolejne dwa kociaki i odtąd obserwowaliśmy dzień po dniu, jak nasza kocia rodzina buduje relację - najpierw z mieszaniną ostrożności, strachu i ciekawości, potem poprzez zabawę do wzajemnej troski i miłości. Obserwowaliśmy z uwagą, jak nasze podopieczne radzą sobie z przeprowadzką, jak odnajdują się w nowym miejscu i na nowo porządkują sobie role w kociej hierarchii. Jakiś czas później zastanawialiśmy się, jak zareagują na pojawienie się psa. Jeszcze później - rok później - zastanawialiśmy się, jak zareagują na dziecko.

Co próbuję powiedzieć? Że dylemat co zrobimy ze zwierzętami, gdy pojawi się dziecko nigdy tak naprawdę nie istniał. One są tu u siebie. Od momentu, gdy stawialiśmy pierwsze kroki w naszym domu, nasze koty były jego domownikami. Wątpliwości, czy zdecydujemy się być nadal opiekunami naszych kotów, nigdy się nie pojawiły. Tu nie ma miejsca na takie wątpliwości.

Co nie znaczy, że nie mieliśmy obaw.


Obaw było całkiem mnóstwo. Nasze koty mają swój charakter, bywają głośne, absorbujące. To nie są ciche, niewidzialne mruczki leżące sobie gdzieś na szafie, oj nie! Nasze koty przytulają się do nas, przychodzą do nas, wskakują na kolana, nieraz włażą na głowę - dosłownie i w przenośni... Czy będą włazić na dziecko? Co będzie, jeśli podrapią dziecko albo je przyduszą? Czy będą o niego zazdrosne? Czy z nim też będą walczyć o to, kto jest w domu najważniejszy? Rodzina jeszcze podsycała nasze lęki, opowiadając mrożące krew w żyłach historie o dzieciach zagryzionych w łóżeczku, o strasznych chorobach przenoszonych przez koty... Jako że nasze trzy kłębki zaczęły mościć się w dziecięcym łóżeczku, kiedy tylko zostało ono rozstawione, byliśmy co najmniej zaniepokojeni nadchodzącymi zmianami.

Jak było naprawdę?


Naszym głosem rozsądku i jednocześnie wsparciem moralnym stała się moja serdeczna koleżanka Magda, autorka blogów Handmade by Taja oraz Różanecznik, matka dwojga pięknych dzieci i zarazem właścicielka dwóch dorodnych kocic. Z uśmiechem na ustach pokazała nam, jak u nich wygląda wspólne życie całej gromadki. Wytłumaczyła, że owszem, koty wchodzą do łóżeczka, ale dobrze wiedzą, że w łóżeczku jest dziecko, któremu nic nie może się stać. Że dzieci od małego przyzwyczajają się do zwierząt w domu, są na nie uodpornione, a przy tym mają więcej bodźców i szybciej się rozwijają. Pokazała nam, że da się pogodzić posiadanie kotów z opieką nad malutkim dzieckiem. Uspokoiliśmy się.

Jak było naprawdę? Okazało się, że nasze koty doskonale rozumieją, że w domu pojawił się mały człowiek. Widocznie rozumiały z naszego gadania o wiele więcej niż sądziliśmy. Interesowały się Robertem, ale zachowywały jednocześnie pełną ostrożność, nawet go nie dotykały. Dopiero po pewnym czasie zaczęły się o niego ocierać, a potem przytulać. Powoli, łagodnie sprawdzały, na ile mogą sobie pozwolić.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że koty nie interesowały się zabawkami Roberta. Byłam przekonana, że karuzelka z tańczącymi pluszakami będzie dla nich co najmniej ciekawym obiektem do upolowania, one jednak konsekwentnie ignorują ją od początku. Ani razu nie próbowały się nią bawić. Po prostu wiedzą, że to nie dla nich.

Fot. Monia Dębowska

Ważna sprawa!


Nie mam stuprocentowej pewności, co przesądziło o tym, że nasze koty tak mądrze przyjęły najmłodszego członka rodziny, ale jedna rzecz zasługuje na podkreślenie. Przez cały czas, zarówno przed pojawieniem się dziecka, jak i później, bardzo staraliśmy się pokazać im, że nadal są ważne i kochane. Nie przestaliśmy okazywać im czułości. Tłumaczyliśmy im, że pojawił się mały człowieczek, że jest bezbronny i potrzebuje dużo naszej uwagi, ale one w dalszym ciągu są naszymi ukochanymi kotkami i pod tym względem nic się nie zmienia.

Koty naprawdę dużo rozumieją. Są teorie, że rozumieją wszystko, ale czasem dla własnej wygody udają, że nie zrozumiały :)

Nasze koty nie są idealne i nie zawsze są grzeczne. Czasem się na nie złościmy. Czasem czujemy się bezradni, czasem pojawiają się problemy i szukamy rozwiązania. Ale nigdy nie myśleliśmy o tym, żeby się ich pozbyć. Z każdym problemem poradzimy sobie wszyscy w komplecie: my, ludzie, trzy koty i jeden pies (który w tym tekście został trochę pominięty, ale zapewniam, że jest równie wspaniały i kochany jak koty).

Na koniec w skrócie - garść przydatnych informacji:

  • Zwierzęta domowe stymulują rozwój dziecka, stanowią dla niego dodatkowy bodziec i zachęcają m.in. do szybszej nauki przemieszczania się - dziecko chce dogonić kotka ;)
  • Zagrożenie przenoszonymi przez koty chorobami właściwie nie istnieje w sytuacji, gdy koty są niewychodzące i zaszczepione. Oczywiście, pewne środki ostrożności nie zaszkodzą - ja na przykład przez całą ciążę nie dotykałam kuwety. Nie ma jednak sensu panikować.
  • Im wcześniej dziecko ma styczność z kotem, tym mniejsze ryzyko, że będzie na niego uczulone.
  • Koty żyją średnio koło 20 lat. Jest duża szansa, że będą towarzyszyć dziecku przez cały okres dzieciństwa i dorastania.
  • Zawsze warto pamiętać o sterylizacji kotów. One wcale nie potrzebują mieć potomstwa, nie czerpią radości ze spółkowania (dla kotek jest to przede wszystkim ból!), nie czują się okradane z "daru posiadania dzieci".
  • W schronisku jest pełno potrzebujących kotów i psów. Zwierzę wzięte ze schroniska przywiązuje się bardzo mocno do człowieka, który je przygarnął i oddaje mu całe serce. Czasem mam wrażenie, że nasza Molly ciągle stara się nam podziękować za to, co zrobiliśmy siedem lat temu :)
  • Kot przywiązuje się do człowieka równie mocno jak pies. Rozstanie z bliską osobą sprawia, że kot cierpi i może stracić chęć do życia.
Fot. Monia Dębowska
Autorką zdjęć naszych kotów jest Monia, która prowadzi blog Kolory życia. 


 

sobota, 15 kwietnia 2017

Wielkanoc w Siódemkę

Kadr z filmu "Pasja", na zdjęciu Maia Morgenstern
Żródło: Onet Film
Piszę na szybko, na kolanie, między jednym a drugim punktem na świątecznej to-do-liście, bo muszę zdążyć złożyć Wam świąteczne życzenia i podzielić się z Wami moją małą świąteczną refleksją.

Własnie w tle pobrzmiewa mi playlista z hiszpańską muzyką instrumentalną (Robert pięknie przy tym usypia!), i taki psikus od losu: na playliście pojawiła się kolęda. Czyli dzień przed Wielkanocą słucham kolędy. Jest w tym jakieś ponadczasowe piękno: od Świąt do Świąt, od niemowlęcia do dorosłego człowieka, od jednej Wielkiej Tajemnicy do drugiej Wielkiej Tajemnicy. 
Raz w żłobie, raz w grobie, jak ujął jeden dowcipny ksiądz. 

To są drugie Święta, które przeżywam jako matka. Właściwie trzecie, ale rok temu jeszcze nie wiedziałam na pewno, że jestem matką. Boże Narodzenie spędziłam z malutkim noworodkiem, niespełna dwa tygodnie starszym od Jezuska w stajence. To było niesamowite przeżycie. Niezwykle się czułam, chodząc do kościoła w Adwencie i jednocześnie przeżywać swój mały "Adwent", oczekując nie tylko tych wielkich Narodzin, ale też przecież własnego porodu. Teraz spędzam Wielkanoc z wyraźnie już starszym, czteromiesięcznym dzieckiem. O ile Boże Narodzenie i przygotowania do tych Świąt miały w sobie ogromną magię, o tyle czas poprzedzający Wielkanoc na swój sposób mną wstrząsnął. Mną jako matką. Nie byłam na to gotowa. 

Kadr z filmu "Pasja", na zdj. Maia Morgenstern i Jim Caviezel
Źródło: Pinterest
Muszę Wam się przyznać do odrobinę może wstydliwej rzeczy: od pewnego czasu nieco trudniej mi się rozważa Mękę Pańską. Miałam w tym momencie mrugnąć okiem i zostawić resztę Waszym domysłom, ale zdecydowałam się napisać to jednak wprost: tak, dzieje się tak od tego czasu, kiedy moje serce tak mocno pokochało drugiego człowieka. To krępujące i nie do końca zgodne z wykładnią Kościoła, ale niewiele mogę na to poradzić: choć zawsze ciężko było mi znieść myśl o torturach i okrutnej śmierci Jezusa, to jednak jestem w stanie znieść tę myśl. Z trudem, z płaczem, ilekroć oglądałam "Pasję" Mela Gibsona, tyle razy dosłownie szlochałam, ryczałam, wyłam przez cały film, ale jednak byłam w stanie go obejrzeć. Nie jestem w stanie znieść myśli, wyobrażenia o cierpieniu bliskiej osoby. 

A w tym roku, kiedy zostałam mamą, dotarło do mnie, że kiedyś będę patrzeć na cierpienie mojego dziecka. Kiedyś na pewno, nawet jeśli dane mu będzie długie i szczęśliwe życie. Każdy kiedyś poznaje smak cierpienia. Kiedyś ktoś go zrani. Kiedyś będzie potrzebował pomocy. Kiedyś pozna ból, a ja będę bezradnie patrzeć i jedyne, co będę mogła mu dać, to moja obecność. Nie wyobrażam sobie, a jednak wiem, że są tacy rodzice, którzy borykają się z tym na co dzień. Rodzice ciężko chorych dzieci. Nie wyobrażam sobie tego, co Matka Boska przeżywała pod krzyżem. Nawet kiedy piszę te słowa, chce mi się płakać. 

Kadr z filmu "Pasja", na zdj. Maia Morgenstern
Źródło: Pinterest
Ciężko rozważa się Drogę Krzyżową, gdy jest się matką. Czwarta stacja dosłownie łamie serce.

Nieraz zastanawiałam się, czy tak powinno być. Ale zawsze dochodziłam do wniosku, że chyba tak, że chyba ostatecznie o to tak naprawdę chodzi: o miłość. I jeśli Bóg kiedyś żył między nami jako człowiek, to może właśnie dlatego, żeby i teraz szukać Go w drugim człowieku. I żeby to szukanie i to kochanie czasami tak bardzo bolało, a czasami przynosiło uśmiech. Bardzo, bardzo dużo uśmiechu. 

Po śmierci jest przecież Zmartwychwstanie :) 

Życzę Wam z całego serca tej miłości, czasem trudnej, czasem łamiącej serce, ale jednak pięknej, dobrej, radosnej i zwycięskiej. Życzę Wam dużo śmiechu. Alleluja!

Kadr z filmu "Pasja"
Źródło: YouTube



środa, 22 marca 2017

Szczęśliwa Siódemka w kuchni: placuszki makaronowe z rzodkiewką.


Po wpisaniu w Google frazy "Co zrobić z rozgotowanym makaronem?" jedna z uzyskanych odpowiedzi brzmi: "Daj psu. Innego wyjścia nie widzę". Niektórzy próbują podpowiadać rozwiązania typu: dodaj mnóstwo sera i spróbuj zrobić zapiekankę, może będzie jeszcze dało się zjeść. Jednak większość pytanych sugeruje, że nie warto do tego stopnia oszczędzać na jedzeniu, lepiej wyrzucić zepsuty makaron i ugotować nową porcję.

Czułam się więc trochę nieswojo, wrzucając makaron do gotującej się, osolonej wody wiedząc, że nie tylko prawdopodobnie go rozgotuję, ale co więcej, zamierzam go rozgotować, a przynajmniej uczynić na tyle miękkim, by dało się zrobić z niego plastyczną masę.

Uwielbiam eksperymentować w kuchni. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek odtworzyłam wiernie choć jeden znaleziony przepis na danie obiadowe lub przekąskę. Zawsze wszystko robię po swojemu. Kiedy wpadło mi do głowy, że mogę zrobić placki z makaronu, chęć zrealizowania odważnego pomysłu była silniejsza niż internetowe głosy rozsądku.

To mój pierwszy wpis kulinarny. Nie jestem pewna, czy będzie ich więcej i czy w ogóle powinnam iść tą drogą, po prostu nie mogłam oprzeć się pokusie zakomunikowania Internetowi, że owszem, da się coś zrobić z rozgotowanym makaronem!

Jak to zrobić?


Składniki:

170 g makaronu pełnoziarnistego
5 rzodkiewek
ząbek czosnku
2 jaja
mąka
sól, pieprz, cukier, papryka do przyprawienia
oliwa lub olej do smażenia

Do gotującej się, osolonej wody wrzuć około 170 g makaronu pełnoziarnistego (na oko, ja też robiłam na oko i wyszło). Gotuj tak długo, aż makaron będzie miękki, a wody w garnku zostanie naprawdę mało, po czym zmiksuj makaron z wodą na jednolitą papkę.
(Tu muszę zaznaczyć, że przestrogi internautów jednak trochę dały mi do myślenia i nie rozgotowałam makaronu tak zupełnie, po prostu ugotowałam go na miękko. Choć nie wiem, czy to cokolwiek zmienia, skoro i tak ostatecznie zrobiłam z niego papkę).


Do tak przygotowanej masy dodajesz to wszystko, czym chcesz wzbogacić smak placków, w moim przypadku były to drobno pokrojone rzodkiewki (5 sztuk) oraz ząbek czosnku. Doprawiasz solą, pieprzem, papryką i odrobiną cukru, następnie dodajesz dwa jaja i tyle mąki, ile potrzeba, żeby powstało gęste ciasto - ja dałam tej mąki dość dużo. Placki smaż na dobrze rozgrzanej patelni z niewielką ilością tłuszczu. Niech będą chrupiące i złociste!

Świetnie smakują z sosem czosnkowym.


Gotowe! Z tej ilości składników wychodzi całkiem sporo placków, muszę jednak przyznać, że tak nam posmakowały, że po krótkiej konsultacji z mężem zrobiłam następną porcję na kolację :)

Chociaż przepisy kulinarne nie są objęte prawem autorskim, przyzwoitość nakazuje przyznać, że w Internecie roi się od przepisów na placki z rzodkiewkami. Próbowałam znaleźć ten, którym się inspirowałam, ale - z ręką na sercu - nie mogłam sobie przypomnieć, z której to strony. Natomiast pomysł na wykorzystanie rozgotowanego makaronu jest mój własny, pozbawiony zewnętrznych inspiracji i jestem z niego ogromnie dumna!

Jeśli chcecie zobaczyć tutaj więcej przepisów, dajcie znać w komentarzach. Jak już wspomniałam, lubię i pewnie jeszcze nieraz będę eksperymentować w kuchni :)

niedziela, 19 marca 2017

O tekście, który nigdy nie powstał, czyli historia mojego bloga.

W ramach wyzwania, które pojawiło się na facebookowej grupie Biznes, blogowanie i marketing dla kobiet, miałam napisać tekst o tym, jak powstał mój blog. Zadania podjęłam się tym chętniej, że pewnie prędzej czy później i tak napisałabym notkę na ten temat. Historia mojego bloga jest bowiem tak wyjątkowa, że aż szkoda by było, żebym znała ją tylko ja.

Uwierzycie, że blog powstał po to, żeby znalazł się na nim jeden jedyny tekst na określony temat, wrzucony w jednym konkretnym dniu - i ten tekst nigdy nie powstał?


Ale może zacznę od początku.


Zacznijmy od tego, że nigdy nie chciałam być blogerką. No, może kiedyś przez chwilę chciałam, bardzo dawno temu, ale szybko mi przeszło. Generalnie uważałam, że stanowczo za dużo osób bloguje, a nie każdy powinien, ja zaś jestem zbytnią indywidualistką, żeby w ten sposób iść za tłumem. Czasem pojawiała się w mojej głowie myśl, że gdybym miała swój blog, to napisałabym taki i taki wpis na ten czy tamten temat. Nie przywiązywałam szczególnej uwagi do tych myśli. Wreszcie pojawił się pomysł, który to zmienił.

Nieco ponad osiem lat temu zdarzyło się coś, co wywróciło moje życie do góry nogami. Do tego stopnia, że nie jestem w stanie patrzeć na to wydarzenie wyłącznie negatywnie. Było w końcu motorem zmian, ważnych zmian, istnej rewolucji w planach życiowych. Dość powiedzieć, że wszystko, co stanowi w chwili obecnej sens mojego życia, zawdzięczam tamtym zmianom i - pośrednio - tamtemu wydarzeniu. Myślę o tym w ten sposób, że od ośmiu lat jestem szczęśliwa.


Ale możecie sobie wyobrazić, że osiem lat temu nie było mi do śmiechu.


Przeszłam przez liczne etapy "radzenia sobie". To w sumie fascynujące, jak różnych sposobów szuka umysł, żeby wygrać z czymś, z czym nie tak łatwo jest wygrać. Rzucałam się w wir zajęć. Innym razem nie robiłam nic. Rozmawiałam długo i szczerze. Śmiałam się. Śpiewałam, pisałam wiersze. Słuchałam najsmutniejszych piosenek i próbowałam znaleźć w każdej z nich chociaż po jednym pozytywnym wersie. Na którymś z tych etapów, niekoniecznie na ostatnim, pomyślałam sobie: "szkoda by było, żeby to wszystko się zmarnowało. Coś przeżyłam, coś wiem. Dobrze byłoby przekazać to dalej. Pomóc komuś innemu. Jakiejś innej".

Plan był taki - w siódmą rocznicę zdarzenia umieszczę w specjalnie przygotowanym miejscu w sieci szczery tekst o tym, że od siedmiu lat jestem szczęśliwa. Chciałam napisać w nim, czego się przez te siedem lat nauczyłam i co mogę powiedzieć innym osobom, które były w takiej sytuacji. Mój blog pierwotnie nosił nazwę "Siedem lat szczęścia". Wiecie już, skąd się wzięła Szczęśliwa Siódemka? :)

Taki był plan, gorzej z realizacją.


Tak naprawdę nie wiedziałam, ile czasu mi zajmie napisanie tekstu. Może zostawiłam sobie za mało tego czasu. Może brakło mi odwagi, umiejętności, mądrości, żeby go napisać. Z pewnością nie ułatwił mi zadania fakt, że w tygodniu, w którym miałam opublikować tekst, musiałam jechać na drugi koniec Polski na pogrzeb osoby z bliskiej rodziny. Ten pogrzeb pokrzyżował mi też inne plany, ale o tym może napiszę kiedy indziej. W każdym razie - nie zdążyłam.

Blog został sobie w sieci, zupełnie pusty i nieużywany. A w mojej głowie rosły nowe teksty, skądś nagle pojawiła się potrzeba ubierania moich myśli w coraz dłuższe formy, sięgające coraz głębiej i mówiące coraz więcej o mnie, o moich poglądach, o moim życiu, o moich doświadczeniach. Potem urodził się mały, ja trochę odpoczęłam i zobaczyłam, że w sumie mam czas na pisanie tych tekstów, a kolejne osoby od czasu do czasu podpytywały, czy nie myślałam o założeniu bloga...

Musiałam zmienić nazwę bloga - minęło w końcu już więcej niż siedem szczęśliwych lat. Szczęśliwa Siódemka mogła natomiast zostać, bo tak się złożyło, że ta nazwa jest mimo wszystko adekwatna - bo jest nas teraz siedmioro. Ja, mąż, synek, trzy koty i pies :) Okazało się, że pomysłów na kolejne wpisy mam na kilka miesięcy do przodu :)

Z tekstem na ósmą rocznicę też nie zdążyłam. Ale nie chciałam już czekać, chciałam pisać. Może wyrobię się na dziewiątą rocznicę. Albo okrągłą dziesiątą :) To musi być naprawdę mądrze napisane.


czwartek, 2 marca 2017

O tym, kim nie jestem.

Witajcie,

Z okazji trzydziestych urodzin postanowiłam zrobić coś dla siebie. Aktywowałam więc blog. Aktywowałam, nie reaktywowałam - bo choć blog istnieje od roku, to jednak do tej pory nie odważyłam się zasilić go żadna treścią. Czas to zmienić.

O czym będę pisać? O tym, co znam, co wiem i co myślę. Nie chcę już na tym etapie ograniczać się do wąskiej tematyki. Uprzedzam lojalnie, że jestem od dwóch miesięcy mamą i mój świat ma chwilowo rozmiary pokoju dziecięcego, można się więc spodziewać, że tematyka okołodziecięca będzie tu najczęstszą. Ale raczej nie jedyną.

Na początek chciałabym się przedstawić.
Albo nie.

Pomyślałam sobie, że bardziej niż wiedza o tym, kim jestem, przyda się moim czytelnikom wiedza o tym, kim nie jestem.

Kim zatem nie jestem?

  • Nie jestem terapeutą, lekarzem, psychologiem, pedagogiem, coachem. Właściwie nie jestem specjalistą w żadnej dziedzinie. 
  • Nie jestem, jak się okazało ostatnio, osobą z traumą. To dla mnie bardzo cenne odkrycie i będę się go trzymać.
  • Nie jestem autorką innego bloga, która z jakichś przyczyn postanowiła zacząć od początku z nową ksywką. To jest mój pierwszy blog. Zresztą nie wątpię, że to widać... ;)
  • Nie jestem grafikiem ani informatykiem. To też widać. Niemniej mam nadzieję, że z czasem ta strona zacznie wyglądać nieco atrakcyjniej.
  • Nie jestem "wszyscy" i nie nazywam się "każda". Wszystkie moje przeżycia i odczucia z tym związane są tylko moje.
  • Nie jestem Tobą. Nie wiem, co przeżyłeś/przeżyłaś. Mogę to sobie tylko wyobrazić i próbować przełożyć na swoje, ale to zawsze będą tylko próby.
  • Nie jestem matką Twojego dziecka. To, co napiszę o swoim dziecku, niekoniecznie da się zastosować w przypadku Twojego dziecka.
  • Nie jestem krytykiem filmowym. W ogóle żadnym krytykiem. Jestem stanowczo za mało wybredna.
  • Nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili. Och, wiem, że to oklepany tekst, ale szalenie go lubię. Chyba nawet trochę mi pomógł nabrać dystansu do siebie. 
  • Nie jestem wielbłądem. No nie jestem.

Skoro już wiecie, kim nie jestem, wiecie też - mam nadzieję - czego możecie się nie spodziewać na tym blogu. Czego możecie się spodziewać - to na razie pozostanie zagadką :)