Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 stycznia 2020

"Siedmiodniowa kolekcja rzeczy ważnych" Agaty Matraś.


Zadziwiająca jest ta książka.


Niby dla dzieci, a jakoś wydaje mi się, że dorośli docenią ją równie mocno, może nawet bardziej.

Kiedy ją czytałam, z jednej strony czułam się tak, jakbym wróciła do czasów dzieciństwa i do moich bardzo dziecięcych zachwytów nad rozgwieżdżonym niebem, słońcem zachodzącym nad wodą czy grzybami znalezionymi w lesie. Z drugiej strony - przypomniały mi się całkiem niedawne rozważania dorosłej już Siódemki nad moimi ulubionymi widokami, melodiami, książkami. W każdym razie, pochłonęłam "Siedmiodniową kolekcję rzeczy ważnych" tak, jak się czyta świetną książkę, która coś w czytelniku porusza i inspiruje. Niezależnie od wieku czytelnika.

To zaledwie 20-stronicowa książka, z czego połowę stanowią ilustracje. (Przepiękne, nawiasem mówiąc!). Choć tak naprawdę stron jest więcej - gdy już kończy się siedmiodniowa kolekcja bohaterki książki, autorka zachęca nas do tego, żebyśmy sami stworzyli własną kolekcję. Puste strony znalazły się tam po to, by zapełnił je czytelnik.

Ale o co chodzi z tą kolekcją?


Już wyjaśniam. Bohaterka książki, której imienia nie poznajemy, za namową taty postanawia przez siedem dni gromadzić kolekcję. Chce sprawdzić, czy spodoba jej się kolekcjonowanie. Ponieważ trudno jej się zdecydować, jaki charakter powinna mieć jej kolekcja - bo przecież tak wiele jest rzeczy ważnych w jej życiu! - postanawia stworzyć kolekcję rzeczy ważnych.



Ważne jest niebo o zachodzie słońca, z chmurą w kolorze sukni Kopciuszka.
Ważna jest piosenka, którą nuci mama, taka z mruczącym ehrrr.
Ważne jest to uczucie, kiedy jest już po czymś, czego się obawiasz, na przykład po wizycie u dentysty.

Ważnych rzeczy jest oczywiście więcej, ale nie napiszę Wam o wszystkich. Nie chcę Wam odbierać przyjemności odkrywania ich samodzielnie!

Myślę, że byłoby wspaniale, aby na pewnym etapie życia każdy człowiek - mały i duży - stworzył swoją kolekcję rzeczy, które są ważne dla niego. I zachował ją na zawsze, czy w zeszycie, czy w albumie ze zdjęciami, czy po prostu w sercu.

Autorką książki oraz ilustracji jest Agata Matraś, której prace możecie podziwiać między innymi na stronie Gackolandia - rysunki Agaty Matraś. Och, jak ja kocham taki styl rysowania! Bez maniery, bez pseudo-artystycznych udziwnień, po prostu piękne, przyjemne dla oka kompozycje. Wspominałam Wam już kiedyś, że jestem wybredna, jeśli chodzi o ilustracje. Styl Agaty Matraś naprawdę trafił w mój gust.




To tyle z mojej strony. Pozdrawiam Was i pędzę pracować nad własną kolekcją! ;)

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki składam serdeczne podziękowania wydawnictwu Dziwny Pomysł.

piątek, 15 listopada 2019

Listopad podwójnej matki.



Miałam ochotę zatytułować ten tekst "Listopadowe wpadki podwójnej matki", ale pomyślałam, że przez ten rym za bardzo skopiuję nazwę bloga mojej koleżanki, Sylwii - matkiupadki.pl (pozdrawiam!) :) Zostaje więc taki tytuł, jaki jest, choć będzie o wpadkach, a nawet i o upadkach i wypadkach.

Słuchajcie, co odkryłam w ciągu minionych dwóch tygodni, kiedy najpierw chorował jeden synek, potem drugi, w międzyczasie obaj, i tak przez pół miesiąca w ogóle nie mieliśmy odpoczynku od chorób i lekarstw:

Z jednym dzieckiem w domu jest łatwiej.


Przekonałam się o tym ostatnio, kiedy po długim weekendzie Michał, jako już zupełnie zdrowe dziecko, pojechał do żłobka po raz pierwszy od tygodnia. Robert natomiast został w domu z gorączką i kaszlem. Spodziewałam się huraganu, ośmiu godzin nieustannego zabawiania biedaka przyzwyczajonego do codziennych rozrywek w przedszkolu, no i ogólnie przewidywałam, że będzie raczej ciężko. Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, spędziliśmy razem spokojny, wręcz relaksujący dzień. Po części wynikało to zapewne z osłabienia wywołanego gorączką, ale też z faktu, że byliśmy tylko we dwoje.

Prawie trzyletni Robert wydaje się o wiele bardziej absorbujący niż niespełna roczny Michałek. Wszędzie go pełno, ma milion pomysłów na minutę. Jest też jednak o wiele bardziej samodzielny. Łatwiej się z nim dogadać, potrafi powiedzieć, czego potrzebuje. 

Wiecie, jaki był ten jeden, decydujący argument, dzięki któremu zdecydowaliśmy z mężem, że Robert będzie miał młodsze rodzeństwo? Bo będą się ze sobą bawić we dwóch/we dwoje. Cóż, na ten etap jeszcze musimy poczekać. Jak na razie tych chwil, w których dwaj braciszkowie zajmują się sobą nawzajem jest znacząco mniej niż tych, w których czuję, że powinnam się rozdwoić, żeby nadążyć za potrzebami starszego i młodszego dziecka.

Dwoje dzieci, dwa kolana...


Śmiałam się ostatnio, że gdybym miała zostać mamą po raz trzeci, musiałoby mi wyrosnąć trzecie kolano. Bo jak inaczej wszystkie moje dzieci miałyby siedzieć mi na kolanach?

Michaś jest jeszcze ode mnie bardzo uzależniony, nawet pomimo tego, że świetnie sobie radzi beze mnie w żłobku. Jednak czas, który spędzamy razem, wypełniony jest przytulaniem, wspólną zabawą, strojeniem min i siedzeniem na moich kolanach. Czy raczej: na jednym kolanie, bo drugie lubi zajmować Robert.

Mój starszak ma różne fazy; czasami mam go nie tulić, nie dotykać i w ogóle dać mu spokój. Szanuję jego zdanie i nie pcham się z łapami, póki nie ma takiej konieczności. Innym razem - ostatnio bardzo często - chce się tulić, wchodzi mi na kolana i na plecy, chce siedzieć ze mną na jednym krześle, potrzebuje bliskości, czułości. Uwielbiam te nasze czułe chwile. Bywa jednak ciężko, kiedy np. karmię malucha, a starszy ciągnie mnie za rękę tą swoją małą łapką i prosi: "Mama, chodź do mnie".

Wspólne wyjścia z domu.


Praktycznie zawsze w czwórkę. Niezależnie od celu i potrzeby. Jedziemy z maluchem do lekarza? Przecież Robert nie zostanie sam. Jedziemy z Robertem? Michał jedzie z nami. Zakupy z mężem? Przecież nie będziemy szukać opieki dla dzieci na każdą taką okazję!



Niedawno byłam na spacerze z Robertem, tylko z nim, przy okazji jego choroby i wizyty u lekarza. Trafiła nam się piękna pogoda, dużo złotych liści i bardzo przyjemna przechadzka, w czasie której mogłam się zachwycać tym, jaki ten mój chłopiec już duży i samodzielny, a zarazem jaki ostrożny! On natomiast zachwycał się przejeżdżającymi autami, wszystkie zauważał i nazywał.

Zdarzają się w(y)padki.


Każdemu się zdarzają, więc i mnie, podwójnej matce, też. Posłanie chorego dziecka do żłobka? Zaliczone. Kiedy trwa sezon na przeziębienia i wszyscy wokół mniej lub bardziej pokasłują, zdarza się, że dylemat - czy on powinien zostać dziś w domu? - towarzyszy mi codziennie. Zdarzyło mi się podjąć błędną decyzję i czułam się z tego powodu bardzo źle.

Czasami nie zdążę zareagować, gdy obaj chłopcy w tym samym czasie potrzebują mojej uwagi. Biegnę do Roberta, bo ma jakiś problem, a w tym samym czasie BAM! Michał uderzył się w główkę. Krzyk, łzy jak grochy, czerwona buźka, trzeba natychmiast utulić, ukoić.

Wiecie, co jest dla mnie najtrudniejsze w macierzyństwie? To, jak często może się zdarzyć coś złego. Przeważnie nic się nie stanie, bo uważasz. Masz oczy dookoła głowy, refleks, instynkt, codziennie ratujesz swoje dzieci przed całą serią wypadków. Po czym zdarzy się ten jeden raz, kiedy nie zareagujesz wystarczająco szybko, kiedy popełnisz błąd. Wtedy nie ma znaczenia, ile razy dzięki Twojej skuteczności uniknęłaś podobnej sytuacji.

Minione dwa tygodnie, męczące, wypełnione chorobami, miały wiele momentów, w których nie byłam idealną mamą, jaką chciałabym być. Tłumaczę sobie jednak po raz kolejny: moje dzieci nie potrzebują ideału, potrzebują mnie.

Będzie tylko lepiej.


Michał bierze do rączki autko-zabawkę, jeździ nim po podłodze, świetnie się bawi. Robert zauważa go i stwierdza głośno: "Ja też chcę się bawić autkiem!". Czekam na rozwój wydarzeń. Dogadają się? Obejdzie się bez płaczu i bitwy o autko?

Robert spokojnie bierze do ręki drugi samochód, mniejszy, i dołącza do Michała. Bawią się razem, każdy swoim autkiem.

Takich sytuacji jest coraz więcej. Michał staje się bardziej kontaktowy, łatwiej wciągnąć go we wspólna zabawę, z czego Robert chętnie korzysta. Myślę, że za rok o tej porze będą mieć już swoje ulubione sprawdzone zabawy i własny, braterski świat, do którego od czasu do czasu zaproszą rodziców. Kiedy tak patrzę, jak oni szybko rosną i wspaniale się rozwijają, myślę sobie - a może nawet nastąpi to wcześniej niż za rok? :)

piątek, 4 października 2019

Sławków, miasto mojego dzieciństwa :) Kościół, karczma i inne miejsca.



Autorką większości zdjęć jest Magdalena Nowacka-Kolano, artystka pochodząca ze Sławkowa, malarka i ilustratorka.

Rzadko piszę tutaj o miejscach, miastach, zabytkach. W zasadzie - nigdy? :) Teraz jednak nadarzyła się wyjątkowa okazja. W tym miejscu dziesięć lat temu miałam wziąć ślub. Wyszło inaczej ;) Jednak nadal mam ogromny sentyment do Sławkowa, zresztą nie ze względu na niedoszły ślub, a na lata, które w nim spędziłam.

Jedno z najtrudniejszych pytań, które można mi zadać, brzmi: "Skąd jesteś?", bo znam co najmniej pięć prawidłowych odpowiedzi na to pytanie :) Jednak to w Sławkowie spędziłam niemal całe dzieciństwo i okres dorastania. Moi rodzice wyprowadzili się stamtąd w 2012 roku, kiedy byłam już dorosłą osobą. Wszelkie wspomnienia związane z dzieciństwem, z domem rodzinnym, to właśnie Sławków. Aż dziwne, że nie byłam tam od tylu lat! A jeszcze dziwniejsze, że kiedy wreszcie tam pojadę, to będzie niby to samo miasto, ale jednak inne niż je zapamiętałam. I to mieszkanie, które tak dobrze pamiętam, należy już do kogoś innego i wygląda pewnie zupełnie inaczej.

Tak naprawdę wspomnienia to przede wszystkim ludzie, a w drugiej kolejności miejsca. Ale dzisiaj mówimy o miejscach :)

Sławków



Miasteczko małe, ale wyraziste. Jedno z najstarszych miast w Polsce. Położone niemal dokładnie pośrodku między Krakowem a Katowicami, a jeszcze dokładniej - między Olkuszem a Dąbrową Górniczą. Ma urok dawnych lat - ha, to cytat z piosenki o Sławkowie, jednej z wielu, bo to miasteczko inspirowało przez lata licznych poetów i tekściarzy. Wyjątkowo trafny cytat. Kiedy jesteś w Sławkowie, od razu zauważasz, że to miejsce ma historię, że setki lat temu tu również toczyło się życie.

Wiecie, jest coś ciekawego w byciu dziewczyną z małego miasteczka - kiedy tam dorastasz, często go nie doceniasz, marzy Ci się wielkie miasto, wielki świat. Gdy stamtąd wyjedziesz, miasteczko w Twoich wspomnieniach nagle pięknieje, staje się tym wyjątkowym, do którego będziesz tęsknić nawet po wielu latach. Wiecie, o czym mówię?

Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego



Gdy byłam mała, to był mój ulubiony obiekt w Sławkowie, albo i ulubiony w ogóle :) Pamiętam, że mieliśmy w domu bardzo dużo pocztówek ze zdjęciem kościoła. Zgaduję, że musiałam regularnie prosić rodziców, żeby kupili "kościółek"!

Jest bardzo stary i rzeczywiście przepiękny. Pochodzi z XIII wieku, jest jednym z najważniejszych zabytków Sławkowa i jednym z najstarszych zabytków sakralnych powiatu będzińskiego. Wybudowany w stylu przejściowym między romańskim a gotyckim, natomiast wnętrze ma cechy barokowe. Nie będę Wam tutaj robić wykładu z historii sztuki, bo ani nie jestem najlepszą osobą do tego (co innego moja siostra), ani to nie jest adres poświęcony takim zagadnieniom :) Możecie jednak poczytać więcej na temat sławkowskiego kościoła na jego stronie internetowej. A najbardziej polecam odwiedzić Sławków i zobaczyć kościół na własne oczy!



Kościół znajduje się tuż przy Rynku, jest dość wysoko położony i dzięki temu widoczny z daleka. Kiedy przejeżdżasz przez Sławków, widzisz jego wieżę wznoszącą się nad okolicą. Ja mieszkałam na Rynku, więc mijałam kościół dosłownie codziennie. Tuż przy nim znajdowała się też filia szkoły podstawowej, gdzie chodziłam przez pierwsze dwa lata mojej edukacji.




Jedne z najmilszych wspomnień związanych ze sławkowskim kościołem to chyba roraty :) Codziennie po południu chodziliśmy tam razem z innymi dziećmi, oświetlaliśmy sobie drogę lampionami, odliczaliśmy dni do Świąt Bożego Narodzenia... Nie zapomnę też nigdy pierwszej Pasterki, na której byłam. Niespodziewanie spadło wtedy bardzo dużo śniegu. Pogrążony w mroku, przysypany śniegiem kościół wyglądał dosłownie magicznie.

W tym kościele po raz pierwszy śpiewałam psalm :) To było na mojej pierwszej komunii świętej. 

Karczma Austeria


Karczma Austeria
Źródło: slawkow.pl

Kiedy mówię ludziom, że wychowałam się w Sławkowie, rzadko zdarza się, że ktoś kojarzy tę miejscowość. Jeśli już, to pojawiają się skojarzenia związane z ulicą Sławkowską w Krakowie - tak, jej nazwa pochodzi od naszego Sławkowa. Natomiast bardzo sporadycznie, ale jednak zdarza się, że na wzmiankę o Sławkowie ktoś przypomina sobie - a, Sławków, to tam jest ta stara karczma!

To kolejny sławkowski zabytek. Jedna z najstarszych i niewątpliwie najpiękniejsza austeria zachowana do dzisiejszych czasów. Fragmenty fundamentów budynku pochodzą nawet z XIII wieku, natomiast karczma w jej obecnym wyglądzie pochodzi z XVIII wieku. Od tego czasu była oczywiście wielokrotnie remontowana, zmieniał się też jej charakter i rola. Przez pewien czas pełniła funkcję muzeum, potem domu kultury, w latach 2003-2017 funkcjonowała jako restauracja. Nie mam informacji o jej dalszym losie - wiem, że niedawno zmienił się najemca, a strona internetowa i fanpage nie funkcjonują.

Chyba tylko raz miałam okazję jeść obiad w sławkowskiej karczmie. To zrozumiałe, w końcu mieszkałam kilka kroków od niej i jadałam obiady w domu :) Ale ten jeden raz zapadł mi w pamięci, zamówiłam wówczas lokalną specjalność - pierogi z bobem. Coś wspaniałego! W przeciwieństwie do wielu osób, które znam, nieszczególnie przepadam za bobem, co dziwi nawet mnie, bo jestem fanką wszelkich warzyw strączkowych... poza bobem właśnie. Ale te pierogi smakowały po prostu wyśmienicie! Skoro nawet dla mnie były tak pyszne, to co powiedzieliby o nich prawdziwi amatorzy bobu? 

Uwielbiam stare, klimatyczne wnętrze Austerii. Byłam szczerze zainteresowana organizacją wesela w tak wyjątkowym miejscu - choć pewną przeszkodę stanowił fakt, że karczma nie mogła pomieścić zbyt wielu gości, zdaje się, że górną granicę stanowiło 60 osób. Chcieliśmy jednak zaprosić więcej osób.

Z dzieciństwa pamiętam między innymi zajęcia plastyczne, które odbywały się w karczmie, a także spektakl "Kopciuszek", na którym byłam. Przede wszystkim pamiętam jednak, że codziennie przechodziłam obok niej, bo mieszkałam bardzo niedaleko. Mijałam karczmę w drodze do szkoły, do parku, do sklepu. Była stałym elementem mojego codziennego krajobrazu.


Na koniec zapraszam Was do obejrzenia kilku zdjęć autorstwa Magdaleny Nowackiej-Kolano. Fantastycznie oddają klimat Sławkowa!






A Wy? Gdzie spędziliście dzieciństwo? :)

niedziela, 21 lipca 2019

Kiedyś, panie, były inne czasy... czyli: JAKO DZIECKO BYŁAM HOMOFOBEM.



Kiedyś było lepiej! Prawdopodobnie te słowa jako pierwszy wypowiedział jeden jaskiniowiec do drugiego, gdy poczuł się przygnębiony tymi nowymi czasami. Mogło mu chodzić o jakieś rewolucyjne metody polowania albo o zmiany w prehistorycznych zasadach życia w społeczeństwie.

Zawsze były jakieś inne czasy. Zawsze istniała jakaś rzeczywistość zastana, do której ludzie się przyzwyczaili, a w tej rzeczywistości pojawiały się zmiany, które witano z mniejszą lub większą nieufnością. Można nie lubić zmian, ale gdyby nie one, nigdy nie opuścilibyśmy jaskiń.

Na przestrzeni tych zmieniających się lat jesteśmy w gruncie rzeczy prawie tacy sami: niepewni, wystraszeni, przywiązani do tego, co znamy i co wydaje nam się bezpieczne. Słabo się uczymy.

Jakie czasy, takie internety.


W moim dzieciństwie nie było Internetu, nie było smartfonów, był za to telewizor. Często włączany w moim domu. Przyznam, choć to dziś niepopularne, że wiąże się z nim wiele moich przyjemnych wspomnień. Pamiętam na przykład świąteczne popołudnia, kiedy przy stole zastawionym smakołykami oglądaliśmy całą rodziną dobre filmy. Zawsze wolałam książkę niż telewizor, ale muszę przyznać, że wspólne oglądanie o wiele bardziej sprzyjało rodzinnej integracji. Można było wymieniać się wrażeniami i refleksjami na bieżąco, śmiać się z tych samych gagów, wspólnie komentować i przeżywać oglądany film. 

Teraz oglądanie telewizji jest niemodne, niechętnie się do niego przyznajemy. Za to jesteśmy wiecznie on-line, przyklejeni do monitora, do telefonu. Zamieniliśmy jeden ekran na drugi i wydaje nam się, że to jakaś wielka rzecz.

Jako nastolatka czułam, choć jeszcze o tym nie wiedziałam, ogromną potrzebę korzystania z mediów społecznościowych. Wymieniałam się liścikami z koleżankami, prowadziłam zeszyty, do których można było się wpisywać. W przypływie złego humoru lub refleksji wysyłałam wiadomości do wszystkich osób, których numery miałam wpisane w telefonie. Czasami brałam kartkę i długopis i po prostu pisałam, co mi przyszło do głowy, przelewałam strumień świadomości na papier. Gdybym była nastolatką dziś, zmarnowałabym pewnie trochę mniej papieru.

Rośnie nasza świadomość.


Nie ma tygodnia bez tragedii. Wiecie, kiedyś też nie było, tylko docierało do nas o wiele mniej informacji. Często nie widzieliśmy ludzkich dramatów, bo nie mieliśmy świadomości, że dzieje się coś złego. Bicie nazywaliśmy karceniem, gwałty małżeńskie - obowiązkiem żony, przemoc u sąsiada - nie naszą sprawą.

Wpadło mi niedawno w oko zdanie, w którym ktoś ubolewał nad tym, że w dzisiejszych czasach dzieciom odbiera się niewinność. Rany, nie i nie. Po pierwsze, przestańmy myśleć o niewinności jako o czymś, co można komuś odebrać. To jakieś średniowieczne myślenie. Niewinność możemy stracić, gdy postępujemy źle. Czyjeś postępowanie, nawet bardzo gorszące, nie może wpłynąć na naszą niewinność. Każdy ma swoje sumienie.

Po drugie, na czym ma niby polegać to odbieranie niewinności dzieciom? Na dostrzeżeniu, że dziecko jest istotą seksualną? Jest, czy tego chcemy, czy nie. Na uświadomieniu sobie zagrożeń? Im większa świadomość, tym łatwiej przeciwdziałać. Naszym zadaniem jest nie tylko uchronienie naszych dzieci przed złem, ale też wychowanie ich na myślące, rozumne i empatyczne istoty, które nie krzywdzą innych, reagują, gdy komuś dzieje się coś złego i nie wahają się szukać pomocy, gdy jest to konieczne. To jest wielka odpowiedzialność. Troska o niewinność naszych dzieci nie może nam przysłonić innych zadań, takich jak nauczenie ich szacunku i otwartości na drugiego człowieka.

JAKO DZIECKO BYŁAM HOMOFOBEM. 


Nazwanie kogoś jednym z tych obraźliwych określeń mniejszości seksualnych było wówczas największą obelgą. Chciałeś kogoś obrazić = sugerowałeś, że jest homoseksualny. Śmialiśmy się z głupich żartów. Nasz śmiech budziły np. osoby ubrane na czerwono w piątek, bo to niby miało oznaczać, że ktoś jest gejem/lesbijką. Dlaczego na czerwono i dlaczego akurat w piątek? Pojęcia nie mam. Przy mojej miłości do koloru czerwonego, pewnie w niejeden piątek byłam ubrana jak lesbijka.

Jako nastolatka uważałam się już za osobę bardzo otwartą i tolerancyjną dla inności, stawałam w obronie osób homoseksualnych, uważałam, że należy im się szacunek. Miałam jednak wielkie i tłuste ALE do dodania. Szanuję ich, ale… niech się nie afiszują, niech nie oczekują żadnych praw, przywilejów, niech nie próbują się uważać za normalnych.

A potem poznałam A. I M., i N., i M., i P., i K., i P., i G., i A., i G., i K., i F., i S. … I jeszcze wiele, wiele wspaniałych osób. Nie podaję ich imion, bo nie wszyscy są wyoutowani. Niektórych z nich znałam najpierw dość długo jako życzliwych, oddanych ludzi, niepoprawne gaduły, zdolnych muzyków, aktywnych studentów, odważnych artystów, a potem dowiadywałam się o takim drobiazgu jak orientacja seksualna. Nie zmieniała nic w moim spojrzeniu na fascynującego człowieka, którego znałam. Może poza tym, że wiedziałam już, że niektórzy koledzy raczej nie będą mną zainteresowani ;)

Jestem zwykłą kobietą, która kocha z całego serca pewnego mężczyznę. Mam to szczęście, że nikogo ta nasza miłość nie kłuje w oczy, nikt nie chce nam odmawiać prawa do niej. Tworzymy poprawną, akceptowaną rodzinę. Ha! Gdyby mężczyzna, którego kocham, był kobietą – ja byłabym lesbijką. Tylko tyle różni mnie od tego strasznego LGBTQ, którego niektórzy tak bardzo się boją. Gdyby mężczyzna, którego kocham, był kobietą, musiałabym walczyć o naszą miłość z wrogością społeczeństwa, z nienawiścią kiboli, z przemocą i okrucieństwem ludzi, którzy ruszyli wczoraj do walki z LGBTQ podczas marszu w Białymstoku. Wielu z nich z Bożym imieniem na ustach.

Nie ma nic bardziej niekatolickiego i niechrześcijańskiego niż nienawiść. To powinno być proste. 

Kiedyś moi synowie staną przed wyborem partnera życiowego (a może nie, różnie w życiu bywa). Wiecie, co mówi mi serce matki? Boże… Niech nikt nigdy nie rzuca w nich jajkami, kamieniami, racami za to, że kochają. Bez względu na to, kogo wybiorą.

Przesyłam mnóstwo, mnóstwo ciepłych myśli dla uczestników marszu w Białymstoku. Jesteście kroplą, która drąży skałę. Może dziś wydaje się Wam, że nie zmieniliście wiele, ale to właśnie Wy zmieniacie świat.


Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

środa, 17 lipca 2019

30 faktów o mnie - co lubię, czego nie lubię?



Bez żadnej specjalnej okazji :) Pisałam Wam już o moich ulubionych książkach, filmach i piosenkach. Dziś wspominam o kilku innych rzeczach. Kto wie, może podczas czytania stwierdzicie, że macie ze mną sporo wspólnego?

Zaczynamy!


1. Kiedy odwiedzam moich rodziców, za każdym razem gramy z mamą w Scrabble. Gramy codziennie, czasem kilka razy dziennie :)

2. W dzieciństwie uwielbiałam zespół Kelly Family, wielokrotnie śniłam/ wyobrażałam sobie/ udawałam, że jestem na ich koncercie :) Miałam kasetę wideo z ich występem i włączałam ją tak często, że w końcu odtwarzacz przerwał taśmę. (No, popsuty już był, to dlatego).

3. Uważam, że nie istnieje na świecie nic pyszniejszego niż domowe ciasto czekoladowe. Na przykład takie.

4. W podstawówce brałam udział w olimpiadzie z wiedzy o sztuce. To było jedno z pierwszych moich doświadczeń związanych z intensywnym uczeniem się. Nie miało ono jednak wielkiego wpływu na moje życie.

5. Uwielbiam wiewiórki. Kiedy wypatrzyłam w jednym sklepie książeczkę o wiewiórce dla Roberta, cieszyłam się chyba bardziej niż on :)

6. Mam dziką radochę z faktu, że najnowszym agentem 007 będzie ciemnoskóra kobieta. Nie zmienia to faktu, że James Bond zawsze będzie wyglądał dla mnie jak Pierce Brosnan.

7. Oglądałam skoki narciarskie długo przed tym, zanim Małysz zaczął wygrywać.

8. Nie wszystkie lektury szkolne przeczytałam, ale bez większych problemów pisałam sprawdziany z ich treści.

9. Kiedy drugi raz w życiu odwiedzałam Barcelonę, czułam się tak, jakbym wracała do domu.

10. Oglądałam filmową adaptację musicalu "Hair" tyle razy, ile razy była powtarzana w telewizji.

11. Niedawno obejrzeliśmy z mężem wszystkie 5 sezonów serialu z czasów naszego dorastania, czyli "Ally McBeal". Przedziwna sprawa z tym serialem. W żadnym innym nie widziałam tylu moich ulubionych aktorów i zarazem tylu irytujących mnie, w jakiś sposób obrzydliwych dla mnie motywów, zahaczających o moje fobie. Aż dziwne, że pająki tam nie łaziły. Mimo wszystko oglądałam z dużą przyjemnością, a Robert zakochał się w piosence tytułowej.

12. Moją pierwszą pracą w życiu było udzielanie korepetycji z angielskiego. Pierwszą bardziej oficjalną - roznoszenie ulotek jednej pizzerii. Wolałam korepetycje, choć wspomnienia związane z ulotkami mają po latach pewien urok.

13. Pierwszym kotem, którego przygarnęłam, była Molly. To było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy broniłam pracę magisterską.

14. Nigdy w życiu nie jadłam hamburgera. I pewnie już nie zjem :D

15. Ponad osiem lat temu z dnia na dzień przestałam pić kawę. Zaczęłam z powrotem, kiedy urodziłam drugie dziecko. Nie, to wcale nie ma związku :D

16. Alejka, przy której mieszkam, nazywa się Akacjowa. Zanim się o tym dowiedzieliśmy, chcieliśmy przeforsować nazwę "Pod wielkim świerkiem".

17. Kiedy myślę o najlepszych wspomnieniach, zawsze przed oczami stają mi wakacje. Wspinanie się na szczyt góry, przeskakiwanie przez morskie fale, oglądanie tęczy nad rzeką, śpiewanie przy ognisku...

18. Obejrzałam tylko jeden odcinek "Gry o tron" i nigdy nie poczułam potrzeby, żeby obejrzeć więcej.

19. Niedawno po raz pierwszy widziałam mecz kobiecej piłki nożnej. Naprawdę się zaangażowałam! (tylko emocjonalnie).

20. Chętnie odwiedziłabym jeszcze raz Chorwację, to jedno z ciekawszych miejsc, w których byłam.

21. Uwielbiam abstrakcyjne dowcipy. Albo takie, w których wystarczy opowiedzieć samą puentę i już jest śmiesznie :) W ogóle uważam, że w dowcipach jest często więcej mądrości życiowej, niż by się zdawało.

22. Poszłam do ślubu w bordowych butach, które kosztowały mnie jedyne 20 zł, bo miały niepopularny rozmiar i maleńką plamkę przy obcasie. Uwielbiałam je.

23. Gdyby ktoś chciał kiedyś stworzyć idealne perfumy dla mnie, musiałyby pachnieć mandarynkami, kawą i czymś absurdalnym, np. tortem urodzinowym.

24. Kocham lata osiemdziesiąte, przede wszystkim za muzykę. Zdecydowana większość moich ulubionych utworów pochodzi z tego okresu.

25. Rozumiem, co się do mnie mówi po francusku, włosku i hiszpańsku, ale sama nie posługuję się tymi językami (może trochę francuskim).

26. Raz w życiu śpiewałam w filharmonii.

27. Mam kilka sukienek z czasów, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum. Nadal czasem noszę, choć już rzadko.

28. Miewam względnie często sny, w których prowadzę samochód. W rzeczywistości nie umiem tego robić, nie mam prawa jazdy.

29. W tym roku po raz pierwszy obejrzałam disneyowskiego "Dzwonnika z Notre Dame" i pokochałam ten sposób opowiedzenia historii o Quasimodo. Wcześniej udawałam, że ta kreskówka nie istnieje. W ogóle uwielbiam disneyowskie wersje istniejących historii :)

30. Zapytałam męża, jaka jest jego ulubiona potrawa robiona przeze mnie. Wskazał między innymi pizzę ziemniaczaną :) Wspomniał też o torcie z pizzy, który zrobiłam kiedyś na jego urodziny.

To na razie tyle :) Ciekawa jestem, czy coś z tej listy Was zaskoczyło?

Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

sobota, 13 lipca 2019

Ulubione zabawki moich dzieci!



Wiecie, gdyby ktoś zadał mi pytanie, dlaczego zdecydowałam się pisać blog o dzieciach, odpowiedź brzmiałaby: bo mam dzieci. To takie proste, prawda? Gdybym miała hodowlę szynszyli, pewnie pisałabym blog o szynszylach. Ale nie mam.

Tak naprawdę chciałam po prostu pisać, a temat pojawił się sam... No dobra, może niekoniecznie sam, ale to nie jest tekst o tym, skąd się dzieci biorą. W każdym razie, od przeciętnej blogerki parentingowej dzieli mnie z pewnością wiele. Przede wszystkim, nie wrzucam na bloga zdjęć moich dzieci. Nie wystawiam recenzji, nie piszę o kosmetykach (wręcz przyznaję się do tego, że moje dzieci używają tylko niezbędnego minimum), nie chwalę się ciuszkami ani mebelkami. 

Ale dzisiaj chciałabym zarekomendować Wam kilka świetnych zabawek, które moje dzieciaki: Robert (2,5 roku) i Michał (7 miesięcy) naprawdę uwielbiają!

Kiedy wejdziecie do przeciętnego sklepu z zabawkami, zostaniecie z miejsca zbombardowani: kolorami, przepychem, różnorodnością. Potem zobaczycie, że połowa tych dobrodziejstw świeci, a jedna trzecia gra albo gada. A większość tych, które grają i gadają, potrafi też świecić. I vice versa. A niektóre też potrafią się poruszać samodzielnie. Można im regulować głośność, zmieniać melodie, kolor światła i częstotliwość migania... Kiedy widzisz to wszystko i jesteś mało doświadczonym rodzicem, który nie wie jeszcze, że wkrótce będzie wyjmować baterie z grających zabawek - łatwo uwierzyć, że dziecko potrzebuje tych wszystkich bajerów. Przecież są dostępne, najwyraźniej są modne. 

Moje dzieci też oczywiście je mają, nie twierdzę, że nie. Mają też puzzle, książeczki, klocki, autka. Ale czy wiecie, jak świetne zabawki macie w domu już teraz, zanim w ogóle wybierzecie się do sklepu z tymi grającymi i świecącymi cudami?

Kuchenna miska.



To wielofunkcyjne cacko może służyć zarówno maluchowi, jak i starszemu dziecku. Można z niego w łatwy sposób zrobić instrument muzyczny perkusyjny lub finezyjne nakrycie głowy. Sprzyja integracji z bratem, bo można mu je założyć na łepek. Można też wrzucać do miski inne zabawki, a nawet napełnić ją wodą i zrobić zabawkom basen.

Wyjątkowo utkwiła mi w pamięci chwila, gdy Robert odłożył jedną ze swoich najfajniejszych grających, gadających, śpiewających, świecących i jeżdżących zabawek, bo zdążył się nią lekko znudzić, i zaczął się z zapałem bawić miską. Ten kontrast robił wrażenie!

Kolorowe nakrętki.



Zbieramy, jak pewnie wielu z Was. To jeden z prostszych sposobów, by komuś pomóc - niewielkim kosztem i nakładem sił. Zanim jednak nakrętki pojadą na zbiórkę, służą jako zabawka dla Roberta. Wyjmuje je z pojemnika, wkłada z powrotem, wkłada jedną do drugiej, a potem rozdziela (często z pomocą mamy). Czasem układa je według kolorów albo jedną na drugiej.

W ogóle wszystkie nieduże przedmioty, które można wkładać i wyjmować z pojemnika, rewelacyjnie sprawdzają się w roli zabawki. Oczywiście, nie mogą być to przedmioty zbyt małe - ale np. klamerki do prania są w sam raz :)

Kartka papieru i długopis.



Dzieci naśladują nas we wszystkim, nie dziwi mnie więc, że Robert zafascynował się pisaniem. Stopniowo uczy się liter i kształtów, ale najczęściej po prostu pokrywa całą kartkę tego typu rysunkami. 

Butelka wody mineralnej.



To zabawka malucha, starszak używa butelki zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem. Mały uwielbia ją turlać, bębnić w nią rączkami, zachwyca się efektami świetlnymi i dźwiękowymi, jakie wywołuje poruszanie butelką. To działa prawie jak kalejdoskop.

Gąbka.



Ulubiona zabawka do kąpieli. Choć w wannie lądują nieraz kaczuszki, rybka, a nawet autka, żadna z tych zabawek nie ma takich cudownych właściwości jak gąbka, która cała nasiąka wodą i można ją powoli wycisnąć do wanny. A potem jeszcze raz, i jeszcze raz... :)


Słuchajcie, polecam z całego serca wszystkie te zabawki! Sprawdziły się u nas, są trwałe, wielofunkcyjne, zapewniają mnóstwo atrakcji dla całej rodziny. Dałabym Wam jakieś kody rabatowe, ale pewnie i tak macie je wszystkie w domu :)


Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

sobota, 22 czerwca 2019

Klaps to TEŻ bicie - o wypowiedzi Rzecznika Praw Dziecka.



Cześć, mam na imię Robert. Mam 2,5 roku. Jestem energiczny i bardzo bystry, i szybko się uczę. Często naśladuję to, co robią rodzice. Oni nie zawsze są z tego zadowoleni, na przykład wtedy, gdy powtórzę jakieś niezrozumiałe dla mnie słowo. Albo wtedy, gdy chcę się bawić telefonem. Trochę tego nie rozumiem; skoro oni to robią, to dlaczego ja nie mogę? 

Wiem, że nie wolno bić dzieci. W ogóle nikogo nie wolno bić, chyba że ktoś chce mi zrobić krzywdę.

Moja mama nie bije dzieci. Mój tata też nie. Czasem się denerwują, gdy tak bardzo roznosi mnie energia i mam ochotę robić różne rzeczy, których mi nie wolno. Ale nigdy mnie nie uderzyli, mojego braciszka też nie. Myślę, że to dlatego, że mnie kochają. 

Dlatego ja też nie biję tych, których kocham.


Cześć, mam na imię Martyna. Mam 32 lata. Moi rodzice mnie bili i wyrosłam na człowieka, choć myślę czasem, że ciągle jeszcze na tego człowieka wyrastam.

Nie mam im za złe tego, że stosowali kary cielesne. Z prostego powodu - wiem bardzo dobrze, że gdyby wiedzieli wówczas, że to nie jest dobra metoda wychowawcza, żadne z nich nigdy w życiu nie podniosłoby na mnie ręki. Są dobrymi ludźmi i dobrymi rodzicami.

Uwaga! To, co napiszę, możecie uznać za herezję, ale myślę, że jest wielu dobrych rodziców, którzy biją swoje dzieci.

Biją, bo tak są nauczeni, a nie potrafią przyznać, że nauczono ich źle. Bo oni tylko dają klapsy. Tylko w pupę. 

Od lat zadziwia mnie ten wyjątek dla pupy

Pupa jest na tyle intymną częścią ciała, że nie wypada jej odsłaniać w miejscu publicznym, a złapanie kogoś za pupę ma zdecydowanie konotacje erotyczne, ale gdy idzie o klapsa, wówczas pupa nagle przestaje być intymna i osobista, a staje się tym jedynym punktem na ciele dziecka, którego intymność można bezkarnie naruszać.

Po słynnym już wystąpieniu Rzecznika Praw Dziecka, na którym wielu mądrych ludzi nie zostawiło suchej nitki, mnożą się celne pytania. Czy klaps wymierzony samemu panu rzecznikowi byłby już biciem, czy nadal niewinnym klapsem? Czy jeśli wyceluję w pupę, a dziecko mi się wywinie i trafię je w głowę, to nadal jestem dobrą mamą, która dała klapsa, czy już okrutną mamą, która bije? Czy kiedy obca osoba da klapsa mojemu dziecku, to nadal nic złego się nie dzieje, skoro to tylko klaps w pupę? Czy ja wobec tego mogę iść zbić dziecko sąsiada po pupie? A samego sąsiada też?

Dodam do tej listy jeszcze jedno pytanie: czy klaps wymierzony przez moje dziecko innemu dziecku to też tylko klaps, czy już bicie?

Nie trzeba być ekspertem, by stwierdzić, że dzieci uczą się przede wszystkim przez przykład. Wystarczy spędzić nie więcej niż godzinę w towarzystwie takiego, dajmy na to, dwulatka. Zobaczymy cały wachlarz zachowań, które to dziecko skopiowało od dorosłych. Klapsów też się nauczy, nie miej co do tego wątpliwości. Przy odrobinie szczęścia będzie bić tylko swoje lalki i misie.

Nauczy się nieufności, nauczy się strachu przed karą. Nauczy się, że jego rodzice nie grają z nim w jednej drużynie. Nauczy się, że gdy jesteśmy niezadowoleni z czyjegoś zachowania, możemy się uciec do argumentów siłowych. Nauczy się hipokryzji, bo przecież jego rodzice go nie biją, oni tylko dają klapsy. Nauczy się, że fakty można dowolnie naginać do swoich potrzeb, a gdy coś nam się nie podoba w obowiązujących zasadach, zawsze można znaleźć w nich wyjątek.

Nie uczmy tego naszych dzieci.
Nie pozwalajmy na to, żeby klapsy były akceptowane w społeczeństwie.
Nie pozwalajmy, by były akceptowane przez Rzecznika Praw Dziecka.

Słyszałam, że rzecznik odżegnuje się teraz od tych słów, twierdzi, że zostały wyrwane z kontekstu i że został sprowokowany. Nie podoba mi się, że w ten sposób próbuje uniknąć odpowiedzialności za własne słowa, ale wiecie co? Przynajmniej mu głupio :)

Poniżej znajdziecie linki do petycji, które warto podpisać:


środa, 12 czerwca 2019

Wystawianie ocen - czy to może wyglądać inaczej?


Teraz, kiedy siadam do pisania tego tekstu, nie mam jeszcze zielonego pojęcia, jak on będzie wyglądać. Wy widzicie już gotową wersję, tymczasem przede mną jest biała, pusta strona. I milion moich myśli: w którą stronę pójdzie ten tekst? O czym odważę się napisać? Czy kogoś nie zranię tymi słowami?

Mamy prawie połowę czerwca. Oceny prawdopodobnie już wystawione, ale może jeszcze gdzieniegdzie trwają ostatnie zaliczenia, rozpaczliwe próby poprawienia końcoworocznego rezultatu. Czas, kiedy dzieci wielu spośród Was biegają od nauczyciela do nauczyciela i pytają: co mogę zrobić na piątkę, co mogę zrobić na szóstkę?...
Proszę pani, brakuje mi jednego punktu do świadectwa z paskiem...

Dobrze pamiętam to bieganie 


Nauczyciele reagowali różnie: od irytacji poprzez głębokie zafrasowanie aż po rozbawienie. Zazwyczaj się zgadzali. Trzeba było opanować dodatkowy materiał, przygotować dodatkową pracę, czasem to była kwestia wzięcia udziału w jakimś konkursie czy wydarzeniu. Prawie zawsze się udawało.

Przy czym ja nie biegałam za nauczycielami dlatego, że brakowało mi jednego punktu do paska. Dla mnie 4,75 to jeszcze nie był wynik na miarę moich ambicji. 

Bałam się złych ocen tak, jak dzisiaj bałabym się... nie wiem, czego. Aresztowania? Ciężkiej choroby? Skalpela? Pamiętam, kiedy dostałam pierwszą trójkę. To była ocena za nieładny charakter pisma. Pamiętam, kiedy dostałam pierwszą jedynkę, była za brak zadania. Pierwszą jedynkę za brak wiedzy dostałam dopiero w liceum. Nie przeszkodziła mi w zdobyciu piątki na koniec roku. Pamiętam i te złe oceny, których nie dostałam, bo wzięłam nauczycieli na litość. To nie było z mojej strony wyrachowane działanie. To był autentyczny strach.

Wiecie, kiedy po raz ostatni zostałam zapytana o ocenę, jaką otrzymałam? To było pod koniec 2010 roku, kiedy po studiach starałam się o moją pierwszą pracę. Prawdopodobnie pytanie i tak padło tylko dlatego, że mój pierwszy pracodawca był profesorem AGH.


Dziesięć świadectw z czerwonym paskiem (nie pamiętam, czy w pierwszej klasie było coś takiego jak pasek) od wielu lat nie ma w moim życiu żadnego znaczenia. Za to do moich nagród książkowych czasem jeszcze zaglądam :)

Dziś czuję się trochę oszukana przez życie. Nigdy nie spełniłam niczyich oczekiwań. Rodzice uważali, że za mało się uczę jak na moje możliwości. Rówieśnicy nie znosili faktu, że mam lepsze oceny od nich, a i tak nie jestem zadowolona. Nauczyciele uważali, że nie zasługuję na moje piątki, bo moje zachowanie jest dalekie od wzorowego. Promotorzy na studiach oczekiwali, że będę wiedziała, jaki temat pracy magisterskiej wybrać, skoro mogę pisać o czymś, co mnie interesuje. Kolejni pracodawcy oczekiwali, że będę pewna siebie, kreatywna, spontaniczna i będę myśleć outside the box, a ja tylko chciałam zasłużyć na kolejną piątkę lub szóstkę. Chyba wszyscy liczyli na to, że mimo bycia tak wkurzającą jednostką, w końcu zostanę kimś wyjątkowym i będzie ze mnie przynajmniej tyle pożytku, że będzie można się pochwalić, że się mnie znało. Nie zostałam nikim wyjątkowym.

Swoje własne oczekiwania też dopiero zaczęłam spełniać. Nawet dzisiaj boję się, że znów zawiodę, znów kogoś rozczaruję.


Coraz częściej słyszę o pomyśle, by zrezygnować w ogóle z ocen w szkole 


To by była dopiero rewolucja! Mam wrażenie, że wszyscy się jej trochę boją. W końcu od lat jesteśmy przyzwyczajeni do systemu ocen. To zawsze tak działało, i choć może ma wady, to jednak wszyscy ukończyliśmy te szkoły z lepszymi lub gorszymi ocenami na świadectwie. To jest coś, co znamy i na co jesteśmy gotowi. Nie jesteśmy gotowi na to, że oceny nagle znikną. 

Ja myślę, że to byłaby świetna zmiana. Oczywiście, nie da się jej wprowadzić z dnia na dzień, ale stopniowo, z rozwagą.
System oceniania w szkole to tak naprawdę to samo, co system kar i nagród. Wiem, piszę oczywistości :) Ale skoro przyznajemy coraz częściej, że można wychować dziecko bez kar, dlaczego nie widzimy szans na szkołę bez jedynek? Jesteśmy przekonani, że uczeń bez bata nad głową się nie nauczy?

Pamiętam, że z niektórych przedmiotów w szkole dość łatwo było dostać piątkę. Trochę to może odbierało tej ocenie prestiż, ale nie sprawiało wcale, że wszyscy przestawali się przykładać. Jeśli nauczyciel potrafił zainteresować uczniów swoją lekcją, nie musiał ich straszyć jedynkami. Jeśli uczeń zaciekawił się danym tematem, nie musiał na każdej lekcji dostawać piątki.
Pamiętam, że kiedyś podeszłam do mojej polonistki i pokazałam jej zadanie domowe - choć stopnie były już wystawione i to zadanie nie miało wpływu na moją ocenę. Pokazałam je nauczycielce, bo byłam zadowolona z tego, co napisałam i chciałam się tym z nią podzielić.

Chciałabym, żeby to zawsze tak działało.

Co zmieniłaby szkoła bez ocen?

  • Uczniowie przestaliby czuć, że muszą być równie dobrzy z wszystkiego. Może łatwiej byłoby im wówczas odkryć, co naprawdę ich interesuje.
  • Uczniowie przestaliby się ścigać o lepsze oceny, szufladkować się wzajemnie na podstawie tego, jakie wyniki osiągają w nauce (tak, to brzmi jak utopia).
  • Uczniowie uczyliby się po to, by zdobyć wiedzę, nie po to, by zdobyć piątkę.
  • Nauczyciele mieliby dużo więcej spokoju.
  • Skończyłyby się czerwcowe pielgrzymki "po lepszą ocenę".
  • Skończyłyby się histerie, bo ktoś dostał jedynkę.
  • Może nawet skończyłoby się ściąganie na sprawdzianach? W końcu nikt nie musiałby tego robić w obawie przed jedynką.
To wszystko brzmi tak, że aż ciężko zachować mi względnie poważny ton. Dla osoby z mojego rocznika, z mojego pokolenia, to brzmi po prostu nierealnie. Zwłaszcza dla mnie, po tym wszystkim, co Wam - w dużym skrócie - opisałam. Ale w zasadzie... nie wiem, czemu to musi być nierealne. 

Za parę lat mój syn będzie chodził do szkoły. Bardzo prawdopodobne, że któregoś dnia wróci do domu i powie: mamo, dostałem czwórkę. Chciałabym wierzyć, że nie zadam wtedy tego strasznego pytania: a czemu nie piątkę? - ale wiem, że mogę tego nie uniknąć. Bo będę chciała dobrze, bo będę chciała mu pomóc, bo będzie mi zależało, żeby opanował cały materiał. Mam nadzieję, że będę umiała mu przekazać, że tu wcale nie chodzi o oceny.

A może ocen już wtedy nie będzie? ;)

Zapraszam do dyskusji!

czwartek, 10 stycznia 2019

Trzy piosenki dla dzieci, których przekaz uważam za szkodliwy.

"Moje dziecko nie będzie oglądać filmików na YouTube!"


- powiedziała matka, która nie była zmęczona ani chora, nie czuła się źle w drugiej ciąży i zawsze miała pomysł na ciekawą, kreatywną i rozwijającą zabawę dla dziecka... Tak, możliwe, że nawet ją znam. Ale nie o niej jest ten tekst.

Od pewnego czasu w naszym domu znalazło się więc miejsce dla kilku nowych znajomych. Jest wśród nich smok Edzio, są Teletubisie, nazywane przez Roberta misiami, są też księżniczki Anna i Elsa, bo tak wyszło, że nasz kochany chłopiec bardzo lubi piosenki z "Krainy lodu". 

Nie twierdzę, że to bardzo dobrze, ale nie przyznam też, że bardzo źle. Zdziwiłabym się, gdyby dziecko, które przez niemal dwa lata swojego życia regularnie widziało mnie pracującą przy komputerze, nie interesowało się komputerem w ogóle. Filmiki, które razem oglądamy, są najczęściej edukacyjne. Widzę, jak Robert uczy się z nich piosenek i układów tanecznych, poznaje nazwy kolorów i zwierzątek. My, rodzice, też się uczymy - przede wszystkim piosenek. Te melodie, szczególnie gdy są powtarzane po wielokroć, potrafią na dobre utkwić w głowie! Przy okazji wsłuchuję się w ich tekst.

Niektóre są niemądre.



Większość tych piosenek znam jeszcze z mojego dzieciństwa. Od wielu lat mają za zadanie bawić, a przy okazji uczyć. Kiedy byłam dzieckiem, interesowała mnie jedynie ich wartość rozrywkowa,  tekstów z oczywistych przyczyn nie analizowałam. Teraz, jako dorosła osoba, mimowolnie bardziej interesuję się tym, o czym jest dana piosenka. A kolorowe teledyski, które bardzo dokładnie oddają treść utworów, dodatkowo sprzyjają temu analizowaniu.

Zdaję sobie sprawę z tego, że śmieszne rymowanki dla dzieci nie muszą być w pełni sensowne i logiczne. Dlatego nie zamierzam się tutaj czepiać np. piosenki o tym, że boimy się niedźwiedzia-ludożercy, dlatego godzinami krążymy wokół niego na palcach i liczymy na to, że się nie obudzi. Albo koszmaru każdego kierowcy - piosenki o autobusie, którego drzwi ciągle się otwierają i zamykają, sprzęgło trafia szlag, kierowca bez przerwy trąbi, a pasażerowie podskakują na wybojach, przez co małe dziecko płacze wniebogłosy. Nie będę nawet próbowała dociekać, o co chodzi z kółkiem graniastym. Nieważne. Ktoś tak to kiedyś napisał, ktoś inny podał dalej. Dla dzieci to i tak tylko śmieszne pioseneczki, dzięki którym mogą się wesoło bawić i tańczyć. Nie ma sensu obawiać się, że nauczą się z nich czegoś niewłaściwego.
Niestety, są i takie piosenki, które między wesołymi rymami niosą szkodliwy przekaz. To o nich postanowiłam dziś napisać.

1. "Jestem sobie przedszkolaczek"




... Nie grymaszę i nie płaczę,
Na bębenku marsza gram,
Ram pam pam! Ram pam pam!

Klasyka :) Robert ją uwielbia - jest wesoła, rytmiczna i można przy niej wykrzykiwać "ram pam pam!", uderzając w bębenek  (lub w stolik, jeśli bębenka nie ma pod ręką). Niestety, ostatnia zwrotka tej piosenki zawiera przykre słowa:

"Kto jest beksą i mazgajem,
Ten się do nas nie nadaje,
Niechaj w domu siedzi sam!
Ram pam pam! Ram pam pam!"

Serio, taki przekaz w piosence dla dzieci?
Ktoś, kto napisał te słowa, zapewne chciał dobrze. Chciał przekonać dzieci, że lepiej jest być radosnym, pogodnym i grzecznym. Wiadomo, wtedy wszyscy będą się świetnie bawić, a panie w przedszkolu będą miały spokój.

Tylko że obecnie takie podejście jest nie do przyjęcia. W czasach, kiedy do pedagogów i do rodziców dotarło, że dziecko ma emocje, musi się ich uczyć i ma prawo je wyrażać, nazywanie małego dziecka beksą i stwierdzanie, że się nie nadaje, jest po prostu niedopuszczalne. Nie uczmy dzieci, że nie wolno im płakać. Nie uczmy dzieci, że są gorsze od innych dlatego, że są wrażliwe. Jeśli płaczą, bo ktoś sprawił im przykrość - zamiast piętnować ofiarę, może lepiej przyjrzyjmy się sprawcy.

Nadal śpiewamy z Robertem tę piosenkę, jednak staramy się zmieniać słowa ostatniej zwrotki. Np. "Kto jest beksą i mazgajem, tego zaraz przytulimy, bo się bardzo tu lubimy!" - zawsze to trochę lepiej...

2. "Mam chusteczkę haftowaną"



... co ma cztery rogi, 
Kogo kocham, kogo lubię, rzucę mu pod nogi. 
Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję, 
a chusteczkę haftowaną tobie podaruję.

Oczywiście to znacie. Śpiewaliśmy to w przedszkolu wszyscy. Zastanawiam się, jak myśmy to z koleżankami przetrwały. Przecież dzięki tej piosence nasi koledzy zyskali tak znakomitą okazję do dokuczenia nam. Wystarczyło wskazać wymownie na nielubianą koleżankę przy śpiewaniu "Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję"...  Chyba po prostu nie traktowaliśmy  tego poważnie.

Możliwe, że dzisiejsze dzieci też dobrze wiedzą, ze to tylko taka zabawa i nie płaczą z jej powodu. Mimo wszystko jednak - po co uczyć dzieci piosenki o tym, że kogoś nie lubimy? Czy nie lepiej skupić się na pozytywnym przekazie? Na budowaniu relacji, a nie na podziałach i niechęci?

3. "Dlaczego gruszka chce być chuda jak pietruszka?"



Trochę mniej znana piosenka. I dobrze! Kiedy ją usłyszałam, wszystkie włosy stanęły mi dęba.
Choć wydawałoby się, że jej przekaz jest bardzo prawidłowy. Mało tego, mam nawet tekst na blogu o tej samej wymowie! - odsyłam do tekstu "Szkoda życia na odchudzanie" i mojego przykładu ze słoniem.

Naprawdę doceniam, że autor tej piosenki chciał przekazać dzieciom, że są piękne takie, jakie są, nie muszą się odchudzać i próbować upodabniać się do kogoś innego. Niestety, zrobił to wyjątkowo niezręcznie. W piosence pojawia się rapowana zwrotka, która brzmi tak:

Rzekł ogrodnik: "Mądra gruszka 
dumna jest ze swego brzuszka, 
Wszystkich nęci zapachem i aromatem, 
Nic nie wolno zmieniać zatem. 
Będziesz taka jaka jesteś,  
Chudej gruszki nikt nie zechce. 
Bądź świadoma swej wartości,  
Niech ktoś inny Ci zazdrości!"

Co jest nie tak w tym fragmencie? Wszystko! 
Po kolei: mądra gruszka dumna jest ze swego brzuszka - czyli: jeśli nie jesteś zadowolona ze swojego wyglądu i chcesz w sobie coś zmienić, to najwyraźniej nie jesteś mądra.
Nic nie wolno zmieniać zatem, będziesz taka jaka jesteś - czyli: próby zmiany swojego wyglądu są złe i niewłaściwe, musisz wyglądać tak, jak wyglądasz i jak oczekują od Ciebie inni.
Chudej gruszki nikt nie zechce - no, to po prostu WRRR! 😠 Za jednym zamachem - ryzykowne krytykowanie chudości jako nieatrakcyjnej (uwaga, wiadomość z ostatniej chwili: chude osoby też mają uczucia!) i sugestia, że masz wyglądać tak, a nie inaczej po to, by podobać się innym. Nie ma znaczenia, czego Ty chcesz i jaki wygląd podoba się Tobie. Masz być taka, jaką chcą Cię widzieć inni.

Ktoś chciał dobrze, ale bardzo nie wyszło...


Jestem ciekawa, co o tym myślicie. A może macie coś do dodania do mojej listy?

środa, 14 listopada 2018

Matka Polka - patriotka?

Zamek w Mirowie, na szczycie polska flaga

Chyba nie da się uniknąć refleksji na temat Polski, polskości, patriotyzmu - teraz, kiedy świętowaliśmy tak piękną rocznicę 100 lat odzyskania niepodległości. Wszędzie widać biało-czerwone flagi, w radiu ciągle trafiam na dyskusje o patriotyzmie i na wspominki o wybitnych Polakach... Słyszę pytanie "Za co kochasz Polskę?" zadawane różnym osobom i bardzo, bardzo rozmaite odpowiedzi na to pytanie.

Za co ja kocham Polskę?


I czy nie powinnam spytać najpierw - czy w ogóle kocham?

Boję się czasem, że nie będę umiała przekazać moim dzieciom takiego patriotyzmu, jakiego ja sama byłam nauczona. Moje dzieciństwo przypadło na lata dziewięćdziesiąte, wówczas naprawdę treści patriotyczne dosłownie wylewały się z każdej półki z książkami dla dzieci. Nawiasem mówiąc, słowo "Polska" było pierwszym, jakie kiedykolwiek napisałam własnoręcznie :) Dziś trochę nie wyobrażam sobie, żeby jedną z największych idolek moich dzieci była Wanda, co nie chciała Niemca, żeby wśród ich przedszkolnych i wczesnoszkolnych czytanek znajdowały się opowiadania i wierszyki o Warszawie zniszczonej w czasie Powstania. Jasne, to jest nasza historia i tradycja, o której trzeba pamiętać, ale... szczerze? Wolałabym chyba, żeby w tym wieku czytali bajki.

Strona z książki "O Wandzie, co nie chciała Niemca"
tekst: Magdalena Grądzka, ilustracje: Zdzisław Byczek

Niewiele dziś we mnie z tamtej małej patriotki, którą byłam. Zgoda, to jest mój kraj, tu się urodziłam. Mogłam urodzić się gdzie indziej. Na pewno byłabym wtedy zupełnie inną osobą, tylko czy to na pewno byłoby dla mnie gorsze? A może lepsze? Jeśli poznałabym Niemca, który byłby tak wspaniałym człowiekiem jak mój mąż Polak, to czemu miałabym go nie chcieć? To jest mój kraj, który nawet polscy tekściarze kochają tak jakoś pomimo wszystko, wyliczając mu szare ulice, brudne dworce, nietolerancję... Im starsza jestem, tym mniej to do mnie przemawia. Czemu mam kochać dla zasady miejsce, o którym myślę w taki sposób?

Jeśli już mamy uczyć dzieci patriotyzmu - to chciałabym, żeby to odbywało się inaczej. Żebyśmy pokazywali im to, co w Polsce jest naprawdę piękne i kochane. Nasze cudowne krajobrazy, zamki, zabytki, rezerwaty przyrody. Radosne piosenki, wielobarwną twórczość regionalną. Wspaniałą polską kuchnię, słynną na cały świat (PIE-RO-GI!). Te ulice, które są kolorowe i pełne świateł. Te dworce, które są nowoczesne i zadbane. Te postawy, które pokazują naszą gościnność, otwartość i chęć pomocy potrzebującym. Przecież to wszystko tutaj jest, wystarczy się rozejrzeć.

Kocham Polskę...


... bo tutaj żyją ludzie, których kocham. Po prostu. Moja rodzina, moi bliscy, moi przyjaciele - oni wszyscy są Polakami. Choć wielu z nich rozjechało się w różne strony świata, choć posługują się na co dzień językiem innym niż nasz arcytrudny, syczący i szeleszczący język ojczysty, choć może żyje im się lepiej niż nam tutaj - nigdy nie rozważałam wyjazdu na stałe. Wiem, że tęskniłabym. Wiem, że tylko tutaj naprawdę jestem u siebie. Choć bardzo lubię np. Barcelonę, wspominam ją z ogromnym sentymentem i pamiętam, że czułam się tam fantastycznie. Ale wiem, że tęskniłabym za Polską. Po prostu tutaj jest mój dom.

Bytyń (woj. lubelskie)

Kocham Polskę, bo większość pięknych wspomnień i miejsc, które pokochałam, to właśnie Polska. Miejsca, gdzie mieszka moja rodzina, gdzie spędzałam wakacje, miejsca, w których przeżyłam cudowne chwile... To wszystko Polska. Polskie morze, polskie góry, polskie jeziora, przecież nawet mój Kraków, z którym jestem związana już tyle lat - i żałuję czasem, że nie mogę go znowu odwiedzić po raz pierwszy i zachwycić się nim tak, jak wtedy. Miałam to szczęście, że zwiedziłam kilka europejskich krajów i one z pewnością też zapisały się mocno w mojej pamięci, ale jednak cały ogromny kawał mojego życia - to Polska.

Lubię być dumna z Polaków, którzy odnieśli międzynarodowy sukces. Zawsze im kibicuję. Przejmuję się ich porażkami. Lubię polską siłę charakteru, niezłomność, upór, waleczność, zdolność do jednoczenia się w obliczu trudnych sytuacji.

Ludzie, 100 lat niepodległości to naprawdę coś! Państwo, które znikło z mapy świata, od stu lat znowu jest wolne. Polacy nie poddali się, gdy stracili wszystko, gdy chciano odebrać im język i tożsamość. Walczyli do skutku. Kiedy o tym myślę, to naprawdę jestem pod wrażeniem.

... bo jestem Polską.


Poważnie, czasami czuję się bardziej polska niż oscypek :D Żyję na co dzień z typowo polskimi kompleksami, typowo polskim przekonaniem, że to, co atrakcyjne, ciekawe i warte naśladowania - to gdzie indziej, nie u mnie. Mam typowo polską skłonność do patosu i nieraz do użalania się nad sobą. Bywam po polsku niezaradna i czasem po polsku kombinuję. Popełniam typowo polskie gafy. Czasem i ja widzę wokół siebie tylko szare ulice i smutnych ludzi. Czasem sama jestem tym smutnym polskim człowiekiem na szarej polskiej ulicy. 

Ale kiedy przychodzą trudności, poważne sprawy, z którymi trzeba się zmierzyć, jestem po polsku niezniszczalna, uparta i waleczna. Kiedy zamykają się wszystkie drzwi, ta Polka we mnie szuka, którym oknem najłatwiej będzie wleźć. Jestem po polsku wytrwała i pracowita, a kiedy już mogę odpocząć, wtedy leniuchuję w najlepsze przed polską telewizją na łóżku... ze Szwecji :)

Pewnie byłabym zupełnie inną osobą, gdybym urodziła się gdzie indziej. Ale urodziłam się właśnie tutaj :)

Chciałabym, żeby moi synowie kochali Polskę.


Ale niekoniecznie za to, że to nasza Ojczyzna zdobyta krwią i blizną. Oczywiście, o tym trzeba pamiętać i trzeba to szanować. Chciałabym jednak przede wszystkim, żeby kochali jej piękno, bogactwo, różnorodność, ślady jej wieloletniej historii rozsiane po wszystkich zakątkach kraju, godne podziwu świadectwa jej kultury. Chciałabym też, żeby kochali ludzi. Nie tylko Polaków. Wszystkich ludzi :)

Milówka (Beskid Żywiecki)

Władysławowo-Chłapowo
Kraków! (Bagry)

Łysokanie :) (woj. małopolskie, gm. Kłaj)
Wieliczka